Ying i Yang jako zrośnięci bracia nie mieli łatwego początku w życiu. W dniu narodzin przysporzyli swoimi rodzicom ogromnego szoku i stali się powodem wielkiej kłótni małżonków. Para od lat starała się o dziecko, a teraz gdy wreszcie pierworodni przyszli na świat stali się koszmarem zamiast cudem. Małżeństwo było szanowanymi czarodziejami o szlacheckim pochodzeniu. Nie mogli sobie pozwolić na taki wybryk natury, bo tak też określali bliźnięta. Wizja wykluczenia społecznego i plotek stała się w tym momencie zdecydowanie bardziej przejmująca niż wychowanie dzieci o specyficznej anatomii. Dlatego skończyło się na tym, że matka wraz z synkami została zmuszona do pozbycia się problemu. Obwiniono ją, że ów genetyczne komplikacje to zapewne jej wina, dlatego miała to wszystko naprawić i została z tym kompletnie sama.
Pradawna ceniła jedynie swoją wygodę, dlatego, gdy tylko znalazła najbliższy sierociniec, zostawiła tam synków bez wahania. Nie czuła nic poza pogardą i zdenerwowaniem, że musiała znosić trudy ciąży tylko po to, aby urodziło się coś takiego. Nawet nie nadała im imion, nie chciała żadnego powiązania. Bez zbędnego zastanowienia zapukała do drzwi i czym prędzej uciekła, nie przejmując się dalszym losem maluchów. Cieszyła się, że wróci do swoich bogactw i żaden niemowlak nie zmąci jej snu.
***
Matka braci nawet nie zdawała sobie sprawę, że przybytek, pod który podrzuciła swoich synków, był w rzeczywistości wyjątkowym miejscem. Tu nie przyjmowano każdej sieroty, ale te uzdolnione magiczne, których moc potrzebowała mniejszego lub większego okiełznania. Pracowało tu kilka osób, większość zajmowała się edukowaniem podopiecznych, natomiast role przybranej matki pełniła kobieta imieniem Luisa. Miała wielkie serce i choć z początku nie wiedziała, czy chłopcy będą mieć jakiekolwiek specjalne zdolności, od razu ich przyjęła. Jednakże szybko okazało się to wręcz idealnym zrządzeniem losu, bo bliźniaki były wszak małymi czarodziejami.
To tutaj chłopcy dostali swoje imiona i zaczęli odkrywać nowe talenty. Luisa nawet szyła dla nich specjalne ubrania dostosowane do ich anatomii, a jak podrośli również ich tego uczyła, aby mogli być jak najbardziej samodzielni w dorosłym życiu. Choć dzielili jedno ciało, ich charaktery były zupełne również tak samo, jak magia, którą władali.
Niestety, w miarę jak dorastali, zaczęło się między nimi pojawiać coraz więcej napięć. Pragnęli niezależności i prowadzenia własne oddzielnego życia, zwłaszcza że znaleźli sobie grupę przyjaciół, gdzie pragnęli jak najlepiej zaakcentować, że nie są jedną osobą. Na dodatek Yang zakochał się w jednej z koleżanek. Luisa widziała cierpienie braci i postanowiła im jakoś pomóc. Pytała nauczycieli i znajomych magów, czy byliby w stanie pomóc rozdzielić bliźniaki przy pomocy magii. Niestety spotykała się z wiecznymi odmowami. Ludzie bali się możliwych komplikacji i nie chcieli przypadkiem skrzywdzić dzieci.
Yang najbardziej dopytywał o możliwość potencjalnego rozdzielenia. Zauroczony w Innocencie nie wyobrażał sobie dzielenia potencjalnego związku z bratem. Ying tymczasem skupiał się na relacjach przyjacielskich z Garethem czy jego przybraną siostrą Jillian.
Ich pięcioosobowa grupa była wręcz nierozerwalna. Wszystko robili razem, śmiali się, snuli plany, jaka czeka ich przyszłość albo dokuczali nielubianemu profesorowi. Mimo to uczyli się całkiem nieźle, każdy miał jakiś magiczny talent. Yang był niczym promień słońca, wesoły i pełen życia, zachwycał kolegów i koleżanki swoją magią tworzenia. Natomiast Ying potrafił wywołać spory dyskomfort swoim uwielbieniem do demonicznych istot, które ku przerażeniu młodszych dzieci był w stanie stworzyć.
Zawsze widział piękno w mroku. Dlatego, gdy do sierocińca zawitała Gillian, Księżniczka Cieni to wprost nie mógł oderwać od niej wzroku. Wtedy też wreszcie zrozumiał uczucia brata i oboje zaczęli wywierać większą presję na Luisie, aby ich rozdzielić. Pytali ją o to codziennie, błagali, aby się nie poddawać i rozważali opcje, szukając odpowiedzi w magicznych księgach. Kobieta wiedziała, że nie może ich zawieść, więc zaczęła szukać gdzieś w dalekich stronach, rozsyłając listy. W końcu ktoś odpowiedział, przyjmując wyzwanie.
***
Rytuał przeprowadzony przez wiekowego i uzdolnionego maga zakończył się sukcesem. Chłopcy w końcu mogli zacząć żyć niezależnie od siebie. Chłopcy byli przeszczęśliwi. Wreszcie mogli chodzić, gdzie tylko chcieli bez kłótni i ciągłej doskonałej koordynacji. Zgłębiali arkany, które ich interesowały oraz rozwijali swoje własne osobne pasje.
Gdy Gillian wraz z ojcem odwiedziła ich sierociniec po raz kolejny, Ying przepełniony nowo zdobytą pewnością siebie odważył się nawet zagadać. Z przejęciem opowiedział nemoriance fascynującą historię, jak to z bratem odzyskali prawo do własnych, oddzielnych żyć.
Takich sytuacji było jeszcze kilka, młody pradawny za każdym razem starał się jak najwięcej czasu spędzić z księżniczką. Nie umknęło to uwadze Kralla Nevermore, który nie pochwalał zuchwałości młodzieńca. Z czasem zaczął widzieć w nim zagrożenie, mimo że czarodziej skończył ledwo szesnaście wiosen. Mężczyzna, widząc rosnącą fascynację chłopaka swoją córką, zdecydował się na drastyczny zabieg. Zdążył już poznać historie wcześniej zrośniętych bliźniaków, dlatego postanowił odebrać im ich szczęście, aby trzymać jednego z braci jak najdalej od Gillian.
Nałożył on na Yinga klątwę, która sprawiła, że ponownie połączył się z bratem, a ich rozdzielenie miało być możliwe jedynie, gdy ktoś pokocha ich obu z wzajemnością. Krall dobrze wiedział, że Yang zdecydowanie bardziej zainteresowany był niebianką, będącą jedną z tutejszych podopiecznych Luisy, przez co został w tym wszystkim przypadkową ofiarą. W efekcie bracia po raz kolejny utknęli w ciele, które miało pozostać jedynie wspomnieniem.
***
Dla obu braci była to ogromna tragedia. Ying czuł się winny, a Yang nieustannie go obwiniał i nie mógł wybaczyć, że przez to żaden z nich nie będzie nigdy ze swoją ukochaną. Taki brak współpracy i koordynacji przy jednoczesnym współdzieleniu ciała często prowadził do trudności w codziennym funkcjonowaniu. Nieraz nie mogli nawet dojść do porozumienia, w którą stronę chcą iść lub którą nogą zacząć. Ogromne napięcie nie umknęło uwadze przyjaciół, którzy byli coraz bardziej zmęczeni próbami ich pogodzenia. Na dodatek nie mogli przecież pogadać na osobności z każdym. Nawet najbardziej opanowany Gareth miał trudności z ich pogodzeniem. Lekcje zamieniły się koszmar gorszy niż przed rytuałem. Nic nie mogli zrobić dobrze, a ich magia zdawała rywalizować sama ze sobą. Życie tworzone przez Yanga było niemal natychmiast pochłaniane przez pustkę Yinga. Razem potrafili rzucać naprawdę silne zaklęcia, ale zwaśnieni byli niczym dzieci we mgle, które prędzej zaszkodzą sobie nawzajem, niż jakkolwiek zaprezentują swoje umiejętności.
Trwało to aż do pewnej nocy, gdzie smród dymu i trzaski płomieni postawiły na nogi większość mieszkańców. Sierociniec się palił. Przerażeni bliźniacy podobnie jak reszta wyskoczyli z łóżka i zaczęli uciekać. Po drodze starali się pomóc, komu tylko mogli.
To było zaledwie kilka sekund, które trwały niczym wieczność. Dopiero gdy poczuli pod stopami zimną trawę, odetchnęli. Byli bezpieczni, ale to nie był czas na celebracje, dach budynku właśnie się zawalił, a wciąż brakowało sporej liczby osób.
- Gdzie Jillian? – spytał zmartwiony Ying, widząc przyjaciela stojącego bez ruchu ze szklącym się oczami. Patrzył prosto w ogień, który brutalnie niszczył cząstkę ich życia.
Gareth nie zareagował, bliźniacy spojrzeli po sobie, domyślając się, co to znaczy. Półelfka nie miała tyle szczęścia.
Tej mrocznej nocy zginęło znacznie więcej osób, w tym wszyscy dorośli. Jednakże to właśnie odejście ich przyjaciółki najbardziej nimi wstrząsnęło. Zdali sobie wtedy sprawę, że być może to dzięki klątwie wciąż mają siebie. Wtedy też postanowili się ze sobą pojednać i zaakceptowali sytuację, w której utknęli.
Ponadto teraz mieli na głowie większe problemy. Dom spłonął, a wokół nich dzieciaki zaledwie kilkuletnie, oszołomione i zapłakane zupełnie nie wiedziały co robić.
Wtedy jako pierwszy odezwał się Gareth. Mimo iż w oczach miał jedynie ból i wstrzymywane łzy zasugerował odprowadzenie maluchów do miejskiego sierocińca. W końcu lepszy jakikolwiek dach nad głową niż żaden. Innocenta jako niebianka od razu się zgodziła i zaczęła uspokajać dzieci. Ying i Yang również dołączyli, przecież ta gromada ocalałych mogła liczyć tylko na ich starszą czwórkę.
***
Dopiero gdy dzieci zostały odprowadzone Ying i Yang wraz z Innocentą mogli zobaczyć, jak Gareth oddaje się rozpaczy, pozwalając sobie na potoki łez spływające po policzkach. Uściskali się wtedy w czwórkę ku pokrzepieniu serc, w końcu oni też byli załamani śmiercią Jillian, będącej ich bliską przyjaciółką. Na dodatek ich życie właśnie straciło swoją bezpieczną rutynę i stanęli na rozdrożu, zarówno dosłownym, jak i metaforycznym. Mimo strachu oraz niepewności wiedzieli jednak, że będą trzymać się razem, w końcu mieli tylko siebie.
Ruszyli więc nieznane bez niczego, bez bagaży, planu czy celu, po prostu licząc, że los będzie im sprzyjał.
Spanie pod gwiazdami stało się ich nową rzeczywistością, a wykonywanie drobnych zleceń za pieniądze formą przetrwania. Nic nie trzymało ich w miejscu, wprawdzie nie mieli zbyt wiele, ale mieli ten specyficzny rodzaj wolności, za którą tęsknią ci zasiadający na tronach, patrzący na świat przez zakratowane okna swoich złotych klatek.