Fragment filozoficzny z poprzedniej ery, autor nieznany.
~~~
Wprowadzenie – Gdy kota nie ma, myszy harcują
Czasy przed narodzinami Vinzenta
~~~
Rapsodia posiadała wiele rodów, które zamieszkiwały to państwo od wieków, pławiąc się w bezpieczeństwie i bogactwie, w jakim to witane było każde kolejne pokolenie. Nie oznaczało to jednak, iż każdy pławił się w bogactwie i luksusach, nieuniknione było bowiem wytworzenie różnych warstw społecznych, w tym także tych zajmujących mniej chwalebne miejsce w historii miasta. Na całe szczęście nawet dla tych, którym niepisana była wielkość i sława, los zawsze mógł się uśmiechnąć i to właśnie od takiego uśmiechu zaczęła się historia Vinzenta.
Na szczycie można było znaleźć wiele rodów, ale tylko jeden ma prawdziwe znaczenie dla tej historii. Elfi ród Sad’o’Masso od setek lat pomagał w tworzeniu i utrzymywaniu magicznych ogrodów będących jednym z głównych filarów tutejszej społeczności. Magowie należący do tej rodziny byli znani wśród praktykantów magicznych arkan wzdłuż i wszerz Alaranii dzięki naturalnemu talentowi do obdarzania roślin wzmocnieniami, które utrzymywały się nawet w przyszłych szczepkach i nasionach. Nawet ci, którzy nie podążyli ścieżką magiczną, a którzy to narodzili się pod herbem tego rodu, często byli słynnymi uczonymi czy też wybitnymi ogrodnikami. Jak można się domyślić, w obecnych czasach ród ten był nie tylko bogaty, ale i wielce szanowany wśród wszelkich sfer społecznych Rapsodii. To, oczywiście, sprawiło, iż posiadali oni zaszczyt, jakim było posiadanie i zarządzanie sporą willą i przynależących do tejże terenów, na których to rosły jedne z licznych magicznych sadów.
Jak można sobie wyobrazić, taka willa i sady do niej przynależące wymagały nie tylko mądrego zarządzania przez głowę rodziny i uzdolnionych potomków, ale i także licznej pomocy i służby, która dbała o wszelkie błahostki, drobnostki czy oczywistości, którym faktyczni członkowie rodu nie powinni się zajmować. Wśród nich był wienry lokaj, Dadi Bedeesem, zwykły alarianin, który swoim nienagannym zachowaniem i dedykacją stał się szanowany zarówno przez resztę służby, jak i większość elfiego rodu. Można było także wyróżnić wśród służek jedną ze sprzątaczek, kotołaczkę znaną jako Dommi Mommi, która może i nie była najwybitniejsza, to jednak braki w zdolnościach i profesjonalizmie nadrabiała wiecznie dobrym humorem, którym łatwo zarażała nawet osoby powszechnie uważane za sztywne niczym kij od miotły.
Dadi oraz Dommi znali się od lat, przez ten czas będąc zarówno współpracownikami, jak i dobrymi przyjaciółmi. To wszystko zmieniło się, gdy przez tydzień cały ród Sad’o’Masso przebywał poza willą, pozostawiając ją pod opieką służących. Nie dochodziło do niczego drastycznego podczas tej nieobecności, nikt bowiem nie był na tyle naiwny, by ryzykować swoją pracę, ale służba otwarcie spędzała razem czas, zarówno podczas pracy, jak i w przerwach które poświęcali na relaksie. I tak się akurat złożyło, iż Dadi i Dommi zdołali podczas tych chwil odnaleźć między sobą coś więcej niż tylko przyjaźń. Ledwie trzy miesiące później rozeszła się informacja o ich przyszłym dziecku. Głowa rodu Sad’o’Masso, doceniając ich ciężką pracę na rzecz rodu, wykazał się hojnością i pozwolił im, aby dziecko mogło wraz z rodzicami mieszkać w kwaterach służby wraz ze swoimi rodzicami. W ten oto sposób, miesiące później na świat przyszedł młody kotołak, Vinzent.
Oh, nikt jeszcze nie wiedział cóż za tragedią był ów fakt.
~~~
Rozdział Pierwszy – Pierwsze koty za płoty
Czasy do piętnastego roku życia Vinzenta
~~~
Vinzent był grzecznym dzieckiem. Kochał swoich rodziców i z uśmiechem na twarzy witał zarówno członków służby, jak i prawowitych właścicieli willi. Tak uroczego dziecka jak on nie sposób było rozpieszczać, a był on jedynym nieletnim w willi, dlatego też bardzo szybko wszyscy dookoła stali się niejako rodziną dla młodego chłopaka. Od elfów zawsze mógł liczyć na kosztowne prezenty oraz edukacje, która zazwyczaj zarezerwowana była dla prawowitych potomków rodu. Od służby tymczasem zawsze mógł liczyć na skromne ale znaczące gesty, jak choćby najsmaczniejsze kąski obiadu, pełne śmiechu gonitwy po korytarzach willi czy nawet opowieści na dobranoc zawsze, gdy tego pragnął.
Tak było, takie były fakty. Lecz prawdziwy powód, czemu dzieciństwo Vinzenta było tak owoce miało źródło nie w wyglądzie czy zachowaniu młodego kotołaka, a w jego magicznej naturze. Czy to przez uśmiech losu, czy też zapomniane geny przodków, już od urodzenia był on zdolny do magii, nawet jeżeli sam o tym nie wiedział. Gdy miał już naście lat, zaczął on zauważać, iż jego bliscy nigdy nie odmawiali mu tego, czego pragnął. Z początku nieświadomy magicznych konsekwencji, a jednocześnie ciekawy tego, gdzie leżą granice tego, co dla niego zrobią, zaczął on wystawiać ich dobrotliwość na próbę. Z początku były to niewinne rzeczy - pieniądze na które nie zapracował ale o które poprosił, dodatkowa porcja słodyczy, mimo iż dopiero co zjadł poprzednią, a nawet pozostanie poza łóżkiem długo po tym, jak na niebie zalśniły gwiazdy. Z kolejnymi latami jednak jego zachcianki stały się coraz to bardziej wykraczające poza to, na co powinni mu pozwolić. I choć pojawiał się okazjonalny opór, to jednak wystarczyło aby jego pragnienie, jego wola, były niezłomne i skupione, aby każdy kto od lat przebywał w willi był mu niczym sługa. Byli oni gotowi zrobić dla niego wszystko, od dawania mu drogiego alkoholu zarezerwowanego tylko dla członków elfiego rodu, po nawet skradnięcie pocałunku od jednej z elfich kobiet.
Vinzent nie był głupi, a jego edukacja o świecie była dostateczna, by był on w stanie usnuć teorię, jakoby magia czy inna nadnaturalna siła wspierała go. Wystarczyło mu kilka miesięcy, by ustalić, iż potrafił on własną magią napierać na emocje i umysły innych. Jego rodzice i wszyscy którzy mieszkali w willi przez lata byli wystawieni na podświadomą manifestacje tego, aż w końcu stali się oni kompletnie mu ulegli, nawet jeśli we wszystkich innych kwestiach wciąż zachowywali pozory normalności. Okazjonalni goście, którzy w tym czasie przyszli do willi, nie byli tak łatwi do skontrolowania - ich umysły i emocje były niczym za murem, który musiał albo delikatnie rozłamywać z biegiem czasu, albo zburzyć pod naciskiem własnej woli. Pierwsza opcja była dyskretna, ale wymagała godzin, jeżeli nie dni a nawet miesięcy, zależnie od tego jak silna była wola osób, na których testował swoje zdolności. Druga opcja okazała się o wiele mniej delikatna, ale na całe szczęście Vinzent był na tyle mądry, by tą przetestować na kimś mniej ważnym.
Wystarczyło parę słów do służby willi, aby przyprowadzona została losowa sierota, pod pozorem zaoferowania jej ciepłego jedzenia i wygodnego łóżka. Rzecz jasna jedyne co ją spotkało to ból, gdy kotołak zaczął rozszarpywać to, co stało między nim a dostępem do głowy dziecka. Nieletni umysł, stłamszony życiem na ulicy, nie stawiał zbyt dużego oporu. Jednak zamiast przejąć nad nim kontrolę, Vinzent przez kolejne tygodnie eksperymentował, odkrywając wszystkie dotychczas nieznane mu tajniki jego magii. Odkrył on swoje limity, zarówno te wynikające z natury jego magii jak i również z siły jego umysłu, która to wyczerpywała się przy nadmiernym wykorzystywaniu jego zdolności. dowiedział się także tego, jak odczytywać, kontrolować, nadpisywać a nawet usuwać emocje, myśli i wspomnienia. Zdołał nawet odkryć jak swoją władzę nad umysłami wykorzystać w celu kontrolowania ciała i zmysłów innych, czy to w bezpośredni czy pośredni sposób.
To jednak, co było najważniejszym z jego odkryć? Kochał on pozycje, w jakiej się znalazł. Był niczym ostateczny łowca, a każdy w zasięgu jego woli był jego zwierzyną. Radość, jaką czuł gdy dał sierocie fałszywą nadzieje na ucieczkę, tylko po to by ją odebrać, była nie do opisania. Świadomość iż nawet cudze umysły nie są dla niego przeszkodą obudziło w nim poczucie niestłamszonej wolności i wyższości, która nadmuchała jego i tak już olbrzymie ego. Każdy i wszystko było w zasięgu jego ręki. Słabsze umysły bez problemu mógłby stłamsić, zaś tych o żelaznej woli pokona z czasem, tak długo jak zdoła ich mieć przy sobie wystarczająco długo.
W obliczu tego wszystkiego, ciężko nie było Vinzentowi myśleć o tym, iż był on ponad wszystkimi żywymi istotami. Nie jako bóg, władca czy w inny, ezoteryczny sposób. Zamiast tego w jego umyśle utrwalił się obraz jego jako drapieżnika. Umysły innych były jego zwierzyną, a jego moc szponami i zębami, które zamierzał zatopić w każdym, kto przykuje jego uwagę.
Ten ciąg myślowy sprawił, iż kolejne lata jego życia były dla niego równie interesujące, co krwawe.
~~~
Rozdział Drugi – W nocy wszystkie koty są czarne
Czasy od piętnastego do trzydziestego piątego roku życia
~~~
Vinzent wiedział, iż to, co dotychczas robił to była ledwie zabawa. Owszem, trenował swoje umiejętności ale na celach które nie oferowały zagrożenia czy wyzwania. Jeżeli faktycznie miał urzeczywistnić swoją wizję na szczycie łańcucha pokarmowego tego miasta, musiał on uzyskać faktyczne doświadczenie, a to oznaczało wybieranie trudniejszych ale zarazem bardziej angażujących osób na kolejne cele jego wrodzonej magii.
To jednak wymagało przygotowań, każdy drapieżnik bowiem liczył się ze śmiercią, a miasto, choć pełne umysłów stojących przed nim otworem, to jednak było miejscem niebezpiecznym. Jego kontrola nad niemal całością rodu Sad’o’Masso w Rapsodii nie miała znaczenia poza murami willi. Wręcz przeciwnie - jako ktoś urodzony z miłości lokaja i służki nie mógł w żaden sposób pokazać, iż jest traktowany lepiej niż faktyczni członkowie ów rodu, to by bez wątpienia bowiem zrzuciło na niego podejrzenia, szczególnie jeżeli w tym samym czasie zacznie on swoje polowania.
Czy było to frustrujące? Poniekąd.
Ale Vinzent, mimo przekonaniu o swojej wyższości i tego, że kiedyś całe miasto będzie na jego łasce, przyjął to wyzwanie z determinacją. Z początku myślał, aby ukrywać się w cieniu i stać się straszliwą legendą, która sprawi iż każdy cień, każda ciemna uliczka i odosobniony zakamarek będą jego królestwem. I choć brzmiało to intrygująco, to jednak zbyt przypominało to byle zbira, co skutecznie go odrzuciło od ów pomysłu. Nie mogąc samemu wymyślić skutecznej metody zebrał on wszystkich mieszkańców willi, którzy to bez choćby drgnięcia powieką zaczęli z nim knować, tak bowiem głęboko szpony jego mocy wbiły się w ich umysły.
Wiele pomysłów, mniej lub bardziej praktycznych, zostało rzuconych w eter, gdzie zresztą pozostały. O dziwo, to młode damy pracujące w willi, sprzątaczki, kucharki i pokojówki, miały najbardziej intrygujące pomysły, które wyznały iż brały z książek czytanych w wolnych chwilach, gdzie romanse przeplatały się z wszelkiego rodzaju intrygami. To dzięki nim Vincent dowiedział się o czymś, co powtarzało się aż nadmiernie w książkach o tajemniczych morderstwach. Był to fakt iż to lokaj był niemal zawsze osobą odpowiedzialną. Ten niejaki stereotyp brzmiał równie absurdalnie, co interesująco.
Stać się lokajem i wszędzie tam, gdzie się znajdzie, wdzierać się dzień po dniu w umysły innych aż staną się jego posłusznymi kukiełkami? Postawić się w pozycji pozbawionej władzy czy kontroli, a jednak w rzeczywistości ciągnąć za sznurki wszystkich dookoła? Vincent musiał przyznać iż był do tego coraz bardziej przekonany.
Tak więc oto poświęcił on pięć lat swojego życia, aby z rozpieszczonego nastolatka stać się przykładnym lokajem, któremu nie zabraknie pracy, a którego nawet najbardziej szanowane z rodów byłyby w stanie zatrudnić. Czas ten spędził w willi, podążając za naukami swojego ojca wspieranymi przez resztę służby. Fakt, iż w tym samym czasie członkowie rodu zdradzali mu czego zazwyczaj oczekiwano od lokaja pomogło mu utworzyć nienaganną maskę, pod którą był wstanie skryć swoje prawdziwe emocje i intencje.
Kolejne piętnaście lat spędził żyjąc pełnią życia. Z początku był zatrudniany przez pomniejsze rody, czasami na tylko konkretny czas, a czasami na czas nieokreślony, choć w tej drugiej sytuacji moc Vincenta pozwalała mu by ukrócić życie jego pracodawcy w ten czy inny sposób. Pokojówka która sypiąca trutkę zamiast przyprawę do obiadu, samobójstwo głowy rodu po tym gdy jego żona zostawiła go dla kochanka a nawet absurdalne sytuacje jak utopienie się wodą, którą się piło. Nie robił tego często, a jak już to Vincent pilnował, by nie istniało żadne podejrzenie ani motyw, który mógłby zostać do niego przypisany.
Tych, których nie pozbył się, zostawiał jako narzędzia, czy też zabawki, na przyszły czas. Nie każdy był na tyle słaby mentalnie by po kilku miesiącach ciągłego kontaktu być pod jego kontrolą, tych uznawał za wyzwania na przyszłość, ale pozostali byli jego własnością i czasami umilał sobie czas ich cierpieniem lub śmiercią. Owszem, niektóre z tych czynów wzbudziły podejrzenia, do tego stopnia że zarówno ci, którzy rządzili miastem, jak i osoby postronne, zaczęły wzmagać badanie kolejnych to pozornie niepowiązanych wypadków, które to pozostawiał za sobą zmiennokształtny.
Cała ta zabawa, tym dla niego bowiem były wszystkie jego zbrodnie i próby odnalezienia faktycznego winowajcy, była wprost ekscytująca dla Vincenta. Kto wie, jakie wykwintne ofiary wpadną w jego pazury, szukając sprawiedliwości?
~~~
Rozdział trzeci– Jak kot z myszką
Czasy obecne
~~~
…