Profil użytkownika Vinny

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Hrabia Vincent Iulius Eevellyn del Ascant-Flove
Rasa: Dhampir
Wiek: 125 lat


Aura



Wygląd

~⚜~ WE DWORZE ~⚜~

Odkąd otrzymał tytuł szlachecki, włości i nowe obowiązki (raptem kilka miesięcy temu) staram się zrobić z niego… coś. Popracować nad poprawą jego mało reprezentatywnego, choć intrygującego wyglądu. On jednak uparcie jaki był taki nadal jest i za nic w świecie nie chce chyba stać się prawdziwym arystokratą, myślami ciągle wracając do swojej kamienicy i spokojnego naukowego życia z Mimi oraz do książek i ziół na półkach…

Oczywiście są pewne cechy, których nie da się zmienić, a jedynie lekko skorygować. Ciało chociażby. Na nie Hrabia Vinny-Julek nie ma wpływu i o ile go znam - żałuje. Od dzieciństwa ciągną się za nim liczne kompleksy i mimo, że powinien dorosnąć - nadal je ma. Jest jedną z tych strasznie wnerwiających osób, które przyciągają do siebie przeciwną płeć jak zgniłe mięso muchy, ale tego jakoś nie dostrzegają. Gdyby opowiadał własną historię twierdziłby zapewne, że jest szkaradny i w ogóle nie do oglądania. No, powiedzmy, że czai się gdzieś tam odrobina zdrowego rozsądku - Vincent nie jest brzydki, ale, no… inny od reszty. A wbrew wielu opowieściom ładne i najbardziej pożądane jest często to co znane i nawet - typowe. Jego uroda zaś typowa nie jest i choć może zaciekawiać przypomina też jakie z niego dziwactwo.

⚜ MIESZANIEC ⚜


Ku jego utrapieniu od razu widać, że coś go od reszty społeczeństwa różni - i nie ważne które ze społeczeństw by to nie było (co go dobija). Niby typowy los dhampira, ale Vinny i tak wolałby być takim ,,czystym” dhampirem. Nie jakąś hybrydą. Wampir-wampir i człowiek-człowiek - oni dają dobre połączenia! Niektóre z ich dzieci to z wyglądu prawie ludzie! On zaś…
W kwestii wyjaśnienia. Jego matka przemieniona została z elfki. Dokładniej krzyżówki elfa mrocznego i pustynnego, co jest o tyle ważne, że Vinc przejął po niej wiele cech, które nawet ją odróżniały mocno od pobratymców. Ojciec niby był zwykłym Alariańczykiem, ale to dhampira nie uratowało. Gdyby był zwierzęciem, hodowca dostałby za niego nagrodę szaleńca roku, a potem wpakowano by go do aresztu. Za szerzenie herezji.

⚜ BUDOWA OGÓLNA ⚜


Przeciętny elf pustynny nie będzie wyższy niż na 6 stóp (178, 2 cm), przeciętny mroczny - nie zejdzie poniżej tej wartości, a dodatkowo ma muskularne ciało.
Vini mierzy sobie nieco mniej niż piędź i dłoń wzrostu (184 cm), a smukły jest jak model. Model z tendencją do lalusia, ale nie gibkiego szermierza. Ramiona ma wąskie i z natury słabe (co jak się okaże maskuje za pomocą ubioru), kończyny długie, tors rozciągnięty, talię i biodra węższe jeszcze niż barki. Chudy i lekki mógłby być niezłym tancerzem czy akrobatą, ale, no cóż - nie jest. Udaje statecznego księgowego.
Muskulatury nie wytrenował, jest więc idealnie przeciętny (jedna przeciętna cecha huraa!… a nie, znaczna część jego kolegów jednak ma się czym chwalić. Niech to!). Nie należy zapominać jedynie, że tryb jego życia nie jest stale siedzący i Vinc dorobił się przyzwoitej kondycji - nie wybija się ponad normę, ale i nie zmęczy zbyt szybko w trakcie podróży.
Porusza się przy tym cicho jak elf; pewnie i dumnie jak mroczny, lecz nieco sztywno choć szybko, jak wypada człowiekowi. Na swój sposób od dawna ćwiczył postawę arystokraty, bo trzyma się prosto i wygląda na napuszonego bałwana dopóki nie usiądzie, przygarbi się i zacznie widelcem dłubać w kremowym ciastku. Matka-najemniczka niestety zbyt szybko wróciła do pracy i nie nauczyła go jeść. Do dzisiaj Vincent przy posiłkach czyta, a spożywa je nieuważnie, jakby od niechcenia, nawet gdy smaczne. Ponoć nie chce tracić czasu na wgapianie się w talerz.
Na bankietach się ucieszą.

⚜ GESTY ⚜


W gestach zwykle jest oszczędny, lecz za to pewny kiedy już na jakiś ruch się zdecyduje. Zdaje się niekiedy trochę ospały, ale to dlatego, że najpierw się namyśla, a dopiero potem robi. Charakterystyczne dla niego jest trzymanie czegoś w dłoniach i wskazywanie tym przedmiotem innych - nigdy nie robi tego palcem. Potrafi też cofnąć dłoń zanim po coś sięgnie lub czegoś dotknie - to jedyne przypadki, gdzie często się waha i zwykle zaniechuje podjętej czynności. Chodzi o jego dłonie. Kolejny z idealnych kompleksów, ale chyba najsilniejszy ze wszystkich - Vinny nie znosi wyglądu swoich rąk. I wcale nie dlatego, że są po elficku zgrabne, bo płeć nadal dałoby się odróżnić, ale dlatego, że duże, a palce wydają mu się za długie, jakieś takie drapieżne, z upiornymi stawami i co najgorsze wiecznie długimi pazurami zastępującymi paznokcie. Szaro-czarnymi pazurami dodajmy. Są głęboko osadzone, a obcinanie i piłowanie ich strasznie uciążliwe, bo charakteryzują się niemałą twardością i są nieco inaczej zbudowane niż klasyczna płytka paznokcia - szybko też odrastają. Vincent żyje z nimi co prawda od maleńkości, nawet sobie nimi pomaga, ale nie lubi ich wyglądu. Bardzo. Oduczył się więc prezentować ręce wskazując na coś, a nawet oszczędza na gestykulacji, bo dłonie odgrywają w niej niebagatelną rolę.

⚜ KARNACJA I WŁOSY ⚜


Idąc dalej - to co bardzo rzuca się w oczy poza strasznymi-o-smoku!-dłońmi, to szpiczaste, a odstające nieco uszy kochasia, stosunkowo długie, choć nie do przesady; oraz kolor jego skóry i włosów. Oczu jak podejdzie się bliżej. Właśnie te cechy przejął po matce (choć nadal nieco się w tej materii różnią). Trudno szukać drugiego o takiej palecie - gładką i zadbaną (poniekąd przez eksperymenty z maściami) skórę ma Julcio w kolorze szaro-beżowym. Ciężko lepiej określić ten kolor. Jest to zmieszanie czarnej skóry mrocznych elfów z ciepłym brązem pustynnej odmiany, wybielone dodatkowo przez wampirze pochodzenie i ludzką krew. Wygląda to o dziwo całkiem naturalnie, choć czy zdrowo? Zastanawiająco raczej, ale ostatecznie widać, że jest to skóra kogoś bardziej żywego niż martwego.
Włosy prezentują się nie tak nietypowo, bo jest to taka waniliowa, mleczna żółć, którą można zobaczyć u pustynnych elfów - gęsta czuprynka pozostaje jednak krótka, a nie spinana w warkocz lub rozpuszczona falami na plecach jak u wygnańców (w długich włosach Vincent od tyłu wygląda jak całkiem niezła laska - pewnie dlatego ścina). Jednak nawet przy krótkich pasmach sięgających co najwyżej karku widać, że kudły są całkiem grube, a mimo tego podkręcają się z lekka - nie są to jeszcze loki, ale daleko im do nienagannej prostoty. Z tego względu część z nich zachodzi Vinny'emu na policzki lub oczy, albo jakimś kędziorkiem odstaje od reszty czuprynki, kiedy źle się chłopak uczesze (lub dopiero wstał). Ogólnie to stara je się ugładzać na różne sposoby i chodzi potem taki ulizany - ale więcej niż parę godzin fryzura zwykle mu się nie utrzymuje i wraca do stanu subtelnej rebelii.

⚜ TWARZ ⚜


Z nietypowych kolorów zostały oczy, ale nim do nich przejdę opiszę i całą gębę.
Czy jemu się ona podoba? Nie, zapewne nie, bo to kretyn. Choć być może się mylę - rysy odziedziczył po ojcu, a większość swoich ludzkich cech lubi. Ja sam gdybym miał go polecać kobietom (a narzeczoną jakąś należałoby hrabiemu znaleźć) skupiłbym się na twarzy właśnie. Jest niebrzydka, młoda, o zdrowej skórze, choć w wyżej wspomnianej dziwnej karnacji. Kształt jej wygładzony został elfim pochodzeniem, choć nadal widać w niej wystarczającą ilość męskiego pierwiastka i jakieś drapieżne rysy. Zbliżona do diamentu charakteryzuje się wąskim czołem, ostrym podbródkiem i całkiem widocznymi kośćmi policzkowymi. Mimo tego ze względu na pełne, gładziutkie policzki i niewielki w swych wymiarach nos, wydaje się być łagodniejsza w wyrazie i delikatniejsza niż można by sobie życzyć - a co za tym idzie - młodsza. Ciężko przez to określić wiek Vinca, bo zależnie od ubioru i fryzury może pozować na 16 - 27 ludzkich lat. Przeważnie jednak nikt nie daje mu więcej niż 21, a mylony z nastolatkiem też bywał (najczęściej przypisują mu 18).
Usta ma wąskie, kolorem warg mało odbiegające od reszty skóry, kryjące za sobą charakterystyczną parę ostrzegawczych kłów. Nad nimi wąski niewydatny nos i cienkie, ostro wygięte, jasne brwi nadające jego buźce groźny i mało przychylny wyraz. Ogólnie wygląda na stale poirytowanego, nawet gdy się odpręży - gdyby się uśmiechał przybrałby wygląd iście diabelski, więc doprawdy dobrze, że tego z reguły nie robi. Najlepiej mu z dystansującą, poważną miną, zwłaszcza teraz, gdy jako hrabia ma się panoszyć po dworach. Surowe oblicze, nawet jeśli młode zawsze działa lepiej niż ryj naiwniaka.
Oczy zaś całe szczęście dopełniają efektu nieprzystępności i niemego ataku.
Wąskie, stale jakby zmrużone, rzucają przenikliwe spojrzenia. Podejrzliwe nawet. Ich wewnętrzne kąciki opadają lekko ku dołowi, a zewnętrzne unoszą się, co razem z brwiami stanowi idealny komplet wrogości. Nie niwelują tego, a wręcz podkreślają gęste, czarne rzęsy, nieco długie jak na faceta, ale czarnym konturem podkreślające ostry kształt. Właściwie to te oczy u kobiety byłyby pewnie uznane za uwodzicielskie. Może jakaś córka to po nim odziedziczy.
W sumie połasić by się mogły również na kolor tęczówki. Ten bywa przyciągający. Tak jak matka, Vinny ma oczy o barwie ciemnego bursztynu, w którym mroczny karmazyn wymieszał się z ciepłą żywicą pustyni (*określenie ściągnięte z tomiku poezji barona K. Wyrwigrosza). Niejednolite i zmieniające się pod wpływem światła, mieszczą w sobie całą gamę ciepłych odcieni - od brązowej czerwieni, przez krwiste pomarańcze i miedziane łuny aż po złote refleksy, mieszające się ze sobą w skrzącym zwodniczo chaosie (*praca własna). Sprawiają wrażenie niezwykle… żywych. Jakby balowały i pragnęły uwagi na przekór powściągliwości właściciela. Ich dhampirzy kolor jest intensywny, wręcz hipnotyzujący, lecz ciemnieje pozbawiony światła. Zupełnie inaczej odbija się w nich słońce, a inaczej ogień - księżyc zaś wydobywa z nich jakiś chłodniejszy blask. W cieniu natomiast zdają się czerwonawe lub brązowe, bardziej jednolite; przygaszone. Martwe.
Takie niemal wampirze.

Dobrze, że Vinny nie zdaje sobie z tego sprawy, bo nie lubi zwracać na siebie uwagi ani się w żaden sposób (czy pozytywny czy też naganny) wyróżniać. W sumie idealne podejście dla kogoś kto nie tylko nie przypomina człowieka, ale tak naprawdę to i niczego innego. A człowiekiem to chciałby być. Albo chociaż elfem. No, ale to nie pierwszy raz, gdy wnętrze tego gościa nie chce dopasować się do powierzchowności (i vice versa).

⚜ UBRANIA ⚜


Bardzo dużo zdradza w tej kwestii ubiór. Ten w końcu można sobie samemu wybrać i dopasować do okoliczności (chyba, że jest się hrabią, ale do tego to Julek nie dorósł). Za to są w jego garderobie pewne elementy, które stale się powtarzają i zdradzają z kim ma się do czynienia.
Vinny lubi elegancką prostotę - coś co wygląda porządnie, ale nie bogato. Zostało mu z uczelnianych lat i pasuje (pasowało) do trybu życia miejskiego podróżnika. Kiedy utrzymywał się ze stypendiów i nieregularnej sprzedaży swoich dziełek magicznych czy alchemicznych, jeden komplet ubranek musiał wystarczać na długo - nosił go przeważnie do zdarcia, a potem oddawał znajomym do naprawy (za zaoszczędzone w ten sposób drobniaki kupował kolejne składniki wywarów, a nie nowy komplet odzieży). Potem zmieniło się tyle, że oddawał rzeczy do naprawy szybciej i nie szczędził pieniążków na pozszywanie i renowację wiekowego płaszczyka (niektóre ukochane części jego garderoby mają już więcej niż 30 lat). Jeżeli coś naprawdę jest już nie do noszenia często zamawia identyczne kopie, bo już się przyzwyczaił i nie chce od nowa uczyć się funkcjonalności i układu guzików.
Ubiera się stosownie do pogody i warunków, ale z założenia nie lubi pokazywać więcej ciała niż to koniecznie - słowem zwykle widać jego dłonie (które chowa) i głowę (może by ją tak uciąć i po problemie?) Krótki rękawek to u niego rzadkość - w razie upałów lepiej przecież służy jasna, długa koszula batystowa lub lniana, niż nagość. Teoretycznie przypieczony Vincent zyskałby bardziej żywotny odcień skóry, ale do opalania zmusić jest go w stanie tylko półnagie plemię, które nie przyjmuje w swe gościnne progi zasłoniętych torsów.
Poza tym nieodzowne odzienie pozwala mu maskować pewne przywary - jeśli kogoś by zastanawiało czemu nawet w pomieszczeniach nosi płaszcz, i to taki, który ma wyraźnie przydługie rękawy (więc zwisają luźno z boku jako część okrycia) to spieszę z wyjaśnieniem - otóż poszerza on optycznie barki i ramiona (za długimi mankietami zaś w razie niepogody można schować te szkaradne ręce). Podobnie skrojone są także wszelkie inne kaftany, gdzie zależy mu, by go niedoszczuplały. Nie nosi też zbyt chętnie peleryn, bo nie dają takich efektów.
Pasy u spodni często ma dwa, w tym jeden dla ozdoby - jasny, szeroki, najlepiej wystający spod ubrania i niesymetrycznie leżący, dodaje chudzinie masy, ale z lekka zaburza zgrabne proporcje, gdy nic sztywno nie okrywa ramion - po Kamienicy Vinny łaził często bez takich elementów, więc pas też zdejmował.
Szyję ma zgrabną, więc nie musi przejmować się kołnierzykami, a kiedy nosi wszelkiego rodzaju chusty to zawsze wygląda w nich dobrze - z drugiej jednak strony (i to dosłownie) stara się nie nosić odkrytych butów i nie pokazywać stóp, bo u nóg rosną mu podobne ciemne pazury jak na palcach dłoni - wykorzystuje fakt, że te może zakrywać. Z górnymi też oczywiście starał się coś robić -
próbował chyba wszystkich krojów rękawiczek, ale i tak wyglądało to jeszcze gorzej niż źle. Odpuścił więc sobie.
Czego nie zaniechał to wybierania sobie bufiastych lub luźnych rękawów - zgrabność zgrabnością, ale nie trzeba się nią zanadto chwalić.

Kolory jakie przeważnie nosi to wszelkie możliwe odcienie ziemiste, nie rzucające się w oczy; płowe, szare i przydymione. Ozdoby i wzory proste, choć stylowe, dopasowane do mody miejskiej, by wyjść na swojaka, a nie dzikusa (gorzej jak moda się zmienia, a on od 20 lat lata w podobnym komplecie). Wśród ludzi zdarzyło mu się usłyszeć opinię, że ubiera się jak czyjś pradziadek, ale że moda powraca to jeszcze parę wiosen i na nowo stanie się młodziakiem w oczach ludu.

Nie przepada za ekstrawagancją, więc koszule, kamizelki, tuniki, kaftany i proste spodnie to podstawa jego garderoby. Oczywiście różne są wariacje na temat rękawów, mankietów, spinek, guzików, kołnierzyków i apaszek, ale na ogół Vinny nie wydziwia. Dobrze ubrany, skromnie ozdobiony i przykurzony z lekka.
Wytrzymałe, praktyczne materiały ceni bardziej niż drogie, delikatne tkaniny, co jest moim największym utrapieniem. Jako hrabia za nic nie chce nosić się jak należy, pozostając przy starych zwyczajach. Wchodzenia we wzorzyste pantalony odmawia, frak czy żakiet proszę bardzo, ale na pewno nie w tych odcieniach… ,,Nie chce wyglądać jak pajac”, tak mawia. Więc lepiej jak włóczęga biblioteczny! Do żabotu jestem w stanie go zmusić, ale za pończochy omal mnie nie wywalił za drzwi. Kiedy już się zorientował co właściwie mu przyniosłem. Na początku wgapiał się przez pół godziny analizując co to za ustrojstwo, samotne rękawy. Dopinane?
No więc nie i jakoś się nie ucieszył, kiedy go oświeciłem. Choć dla obcego plemienia jest w stanie się obnażyć, a na spotkanie naukowe przyodziać się w chiton czy najbardziej niewygodną togę, to dla arystokracji (jego nowej rodziny) pantofli z klamrą nie założy. Ten rodzaj dworskiej elegancji w ogóle do niego nie przemawia, moim zdaniem przez kompleksy właśnie. Delikatny z budowy nie chce się udziewiczać bardziej, nawet jeżeli w ten sposób łatwiej zyskałby upragnioną akceptację. Po prostu sam siebie przestałby szanować.
Nie muszę chyba mówić, że ja ubieram się tak jak należy i nikt mi tego nie wytyka (w sumie to mnie biorą za hrabiego, a Vinca za pomagiera), ale to go nie przekonuje. 125 lat przyzwyczajenia robi swoje i do rajtuzów trudno go będzie namówić (w sumie się nie dziwię - wie już, że mam ładniejsze nogi, nie chciałby konkurować).

⚜ GŁOS ⚜


Często się ze mną spiera na ten i inne tematy (chociażby, że nie znosi jak zdrabnia się jego imię), ale robi to głosem tak idealnie beznamiętnym, że aż dostaję dreszczy. Wiem, że gość w środku się gotuje, ale nie mogę tego usłyszeć - już prędzej zobaczę. Nie wiem czego to kwestia, pewnie znowu przyzwyczajenia - mówi wyraźnie i z namysłem, jednostajnie, czasem trochę za cicho, a czasem znów za głośno. Zawsze obojętnie… a jednak tak poważnie i stanowczo, że aż groźnie. Tym głosem i surowym obliczem Vinny buduje zupełnie inny od rzeczywistego obraz siebie - nie zgubionego mieszańca, a zbierającego armię przyszłego pana świata. Dzięki temu mam szansę zrobić z niego arystokratę i może nawet ktoś nam uwierzy!
Nie, on to spartoli. Mogę iść o zakład.
Ale wracając - sam z siebie głos byłby zwyczajnie przyjemny dla ucha. Młodzieńczy i świeży nadawałby się lepiej do kuszenia kobiet niż podbijania krajów (lecz jak wiadomo Vincent wszystko potrafi sknocić i przekręcić). Czysty, jasny, choć odpowiednio ciężki robi wrażenie kiedy mówi się nim wolno i spokojnie, choć z tempem typowego młodzieńca i naturalną zmianą tonów Vincent nie osiągnąłby efektów budzących respekt. Teraz z kolei brzmi dużo dojrzalej i poza dreszczami wzbudza też profesjonalne zaufanie, bo mówiąc o rzeczach na których się zna, nie waha się i nie mąci. Zasób jego słownictwa też jest dosyć szeroki, choć żaden z niego poeta - mówi zwykle rzeczowo i krótkimi zdaniami, choć potrafi się zapędzić w terminy fachowe i podrzędne złożoności przy opisywaniu zmagań filozoficzno-społecznych z opisywanym światem.

⚜ DODATKI ⚜


Z rzeczy, które nie zawsze widać, ale się pojawiają warto wspomnieć o rodowym sygnecie i pierścieniach, które mu wtykam na palce. Są dosyć ważne i poza funkcją praktyczną (sygnet) wyznaczają status, ale Julek wolałby ograniczyć biżuterię - poza paroma ulubionymi broszami. Te najczęściej mają swoją historię i bywają rodzajem odznaczenia - za ukończenie jakiejś pracy, osiągnięcia stopnia adepta i tym podobne. Jedna zaś z tego co wiem jest pamiątką od dziewczyny z czasów szczeniacko-uczniowskich. Nadal ją trzyma gdzieś w toaletce. (Broszę, nie dziewczynę). To skończony sentymentalista.
Dowodem na to może być też złoty medalion - właściwie to dwa medaliony zawierające tę samą podobiznę przystojnego, ludzkiego hrabiego. Jeden z nich otrzymała 125 lat wstecz Nyia, a drugi trafił do żony i ślubnych dzieci jegomościa przedstawionego na portrecikach. Był to naturalnie ojciec Vincenta i jeden z poprzednich posiadaczy nazwiska del Flove. W czasie swojej młodości Vinny otrzymał od matki jej medalion, by pamiętał tak o swoim ojcu jak o tym, że zawsze będzie należeć do ludzkiego społeczeństwa. Gdy nieco spoważniał oddał jej go z powrotem. Ale najwidoczniej nie dlatego, że już go nie chciał - bo kiedy po przeprowadzce do dworu wpadł w jego ręce drugi egzemplarz, natychmiast położył na nim łapy i trzyma go w swoim pokoju lub nosi pod ubraniem. Tylko nikomu go nie pokazuje.

Nie pokazuje też jeszcze jednego. Ostatniego elementu swojego wizerunku, czegoś w co absolutnie bym nie uwierzył, gdybym nie zobaczył. Ma drań na plecach, w okolicy łopatki wzorzysty, konturowy tatuaż pojedynczego, nietoperzego skrzydła. Nie mam pojęcia skąd, po co i dlaczego, a on sam nie chce tego zdradzić.


Charakter

~⚜~ W KAMIENICY ~⚜~


Żeby dobrze oddać już nie wygląd, a charakter Vinca, muszę się wrócić do niedawnych czasów, gdy miał z nami ułożone życie i swoje mieszkanko w Fargoth. Właścicielem kamienicy był przez właściwie pięć lat i ustabilizowały się jego zwyczaje - wyrobił sobie normy, których się trzymał… bardziej lub mniej. Dostosował się do miejsca na tyle, że ujawniały się jego odruchy i upodobania. We dworze cały czas nie może się odnaleźć, co zaburza dostrzeżenie faktycznych jego cech.
Cofnijmy się więc…

⚜ NASTRIA ⚜


Vinny budzi się ze słońcem. Czasami tak mu się zdarza. Od rana, po śniadaniu z Mimi, zatapia się w swoich księgach i zwojach naukowych. W zasadzie nie ma biblioteki, bo co raz przeczyta jest do odłożenia. Pożycza więc komplet na tydzień, a potem wymienia na następny. I tak w kółko.
Siedzi w swoim gabinecie godzinami. Nie nudzi się, nie męczy - po prostu wertuje strona po stronie. Czego nie zrozumie od razu, ułoży się w głowie później, kiedy i informacji do skojarzenia przybędzie. A jeśli nie… no cóż, to nie. Nawet Vinny nie we wszystkim może być dobry. I chyba nawet nie aspiruje do tego - ma wielkie ambicje i chce zostać szanowanym naukowcem w wybranych dziedzinach, ale godzi się też z faktem, że nie będzie mistrzem każdego wydziału. Jednak lepiej nie przypominać mu o tym za często, bo obruszy się i jeszcze zamknie na parę dni z woluminami i korepetytorem, by poszerzyć i tak nazbyt rozległą wiedzę.
Nie przeszkadzam mu - nie mieszkam nawet w tym samym domu. Obserwuję go jednak z polecenia i widzę jak do jego pokoju dobija się Mimi - wzywa na obiad. Gdyby nie ona, dhampir chyba zapomniałby, że ma żołądek. A tak idzie posłusznie, przywykły do jej towarzystwa i praw gospodyni. W zasadzie w takich sprawach zawsze jest uległy. Może to kwestia tego, że sam nic nie potrafi zrobić? W sensie praktycznego i życiowego?
Przeważnie oddaje się studiowaniu, ma więc w zanadrzu zatrważająco niewiele umiejętności typowego dorosłego mężczyzny, kobiety, dziecka, cokolwiek. Umie się ubrać i uczesać i… to chyba na tyle. Kawałka ciastka nie potrafi sobie zapakować. Obcęgi kiedyś pewnie dotknął i równie szybko mu je zabrali. Nie naprawia (to groza co potrafi zrobić niewinnej poręczy), nie sprząta (bo chyba na to nie wpadł), a do kuchni w ogóle nie należy go wpuszczać (jeszcze zostawi w przyprawach jakiś tajemniczy proszek, a kardamonu doda do nowej mikstury).
To nie jego teren, więc nie dyskutuje z wprawionymi gosposiami. Nie ma kwalifikacji.

Nie wiadomo też czy ma uprawnienia do oceniania sztuki, bo sam nie potrafi jej tworzyć. Poezja, opowieści, malarstwo, gra na jakimkolwiek instrumencie… Do tych rzeczy nie ma ręki, ani całej reszty. Nie poświęca im też zwykle dużo uwagi - gdy jakiś obraz mu się podoba to wiesza go w reprezentatywnym miejscu, nawet jeżeli jest to kicz nad kicze i patrzy na niego ,,przy okazji”, analizując własne reakcje. Czasem zastanawia się jak to jest powoływać do życia coś czego wcześniej nie było, co przemawia do innych i mówi o czymś… o ile rzecz jasna jego zdaniem dane dzieło posiada w sobie wartość edukacyjną. Bardzo fascynuje go związek ras rozumnych ze sztuką i kulturą, a także z samym pojęciem piękna. Jest to dobry temat do analiz. Jednak czy sam chciałby zostać artystą? Podziwia największych z nich, ale głównie przez fachową wiedzę jaką posiadają. Początkujący twórca czy uczniak na wydziale magii to jedno i to samo, nie warte większej jego uwagi.
Same jednak wytwory wielkich mistrzów nieraz zyskują dhampirzy podziw - Vinc potrafi nowet przystanąć i zamyślić się nad monstrualną rzeźbą, w duchu pochwalić wiedzę literacką autorów (choć ignoruje teksty nienaukowe, więc małą ma z nimi styczność), a już szczególnie upodobał sobie muzykę. Jest w niej coś… jeszcze do końca tego nie zrozumiał, ale na pewno wiąże się to z umysłem. Emocjami. Uwielbia poruszające melodie, lecz przede wszystkim sposób w jaki dźwięki wpływają na ludzi. Z tego względu, skoro muzyka jest poniekąd częścią jego naukowych ciągotów może poświęcać jej więcej cennego czasu i udawać się na koncerty, a także słuchać różnorakich grajków i plemiennych wykonawców kiedy nadarzy się taka okazja.

⚜ DERIA ⚜


Okazji nie było, poszedł spać wcześnie, więc wstaje wyspany i wypoczęty - w humorze w sam raz, by pobawić się w alchemika. Albo niech będzie, przyznaje mu, jest w tym niezły. Pracuje. Miewa jednak dziwaczne pomysły. Uważnie wsypuje do kolby jakieś drobiny, dopracowując nową recepturę. Nic go nie rozprasza, ale sam z siebie też potrafi zapomnieć o jakimś palniku. Chyba, że w przepisie ma zapisane by go wyłączyć. Wszystko krok po kroku, punkt po punkcie, jak dla idioty.
Tym razem pewnie miał na liście takie polecenie, bo nie przypalił niczego - po kilku godzinach otrzymuje dziwną niebieską kostkę i idzie ją wypróbować. Najpierw zbliża się do drzwi Mimi - waha się jednak. Pewnie ustrojstwo jest nazbyt niecodzienne by testować je jak byle maseczki na dziewczynie. Sam więc idzie do umywalni i nalewa sobie wody do kąpieli. Chwilowo daruję sobie obserwację, ale gdy wychodzi po parunastu minutach, widzę błękitne smugi na jego skórze i włosach. Nie jest zadowolony. Nic dziwnego - okazało się, że łatwo się to nie zmywa. Nadal jednak nie jest to powód, by ukrywać się cały dzień w sypialni - współlokatorzy kamienicy nie w takim stanie go widywali, więc choć na ulicę nie odważył się wyjść, to po domu chodził spokojnie. No, na tyle na ile pozwalało mu gorączkowe obmyślanie poprawek do niebieskiej kostki (niestety) farbującej.

Zaintrygowani mieszkańcy próbowali mu posłużyć radą, ale wraz z ich rosnącym zainteresowaniem pęczniało też jego poczucie porażki. Chciałby być bezbłędny, przynajmniej w swoim zawodzie, więc wstydzi się pomyłek. Właściwie choć docenia swoje umiejętności, ma problem z prawidłowym wartościowaniem własnej osoby - im lepsze osiąga rezultaty i im bardziej go chwalą, tym czuje się lepszą istotą - im mniej udaje mu się osiągnąć i zrobić, tym w większe popada rozgoryczenie. Stwierdziłbym, że nie potrafi funkcjonować jako samodzielna jednostka - musi robić coś dla innych i dla nich się liczyć. Definicje dobra i zła też ma mało subiektywne - wybiera to co pomaga większej ilości osób, a szkodzi mniejszości, każde życie traktując jako równą walutę i w miarę chłodno to kalkulując.
Nie jest jednak pozbawiony emocji i subiektywizmu - martwi się o swoją rodzinę i dba o nią mocniej niż o innych, czego jest świadomy. Dla znajomych zrobi więcej niż obcych, ale nie lubi o tym rozmawiać, bo to mało logiczne zachowanie z jego strony. Jednak ma uczucia i się do nich stosuje, chcąc tego bardziej lub mniej (nie zdecydował się jeszcze jak wielkim jest egoistą). Nie jest tylko pewny na ile powinien sobie pozwalać, skoro przeważnie robi za urządzenie do robienia notatek. Nie umie ocenić jak ważne jest jego zdanie, ale o dziwo nie daje sobą zbytnio manipulować - wie kogo chce słuchać i kogo darzy szacunkiem oraz stale rozważa z czego będzie większy pożytek. Poza tym w codziennym życiu robi raczej to co mu się podoba i nawykł do decydowania o sobie samym, czasem łamiąc przy tym ogólnie przyjęte konwenanse lub nawet - zasady zdrowego rozsądku.

Bo co rozsądnego jest w nauczaniu magii roztrzepanej błogosławionej (poza tym że jest cudwona, kochana i każdy chciałby mieć ją bliżej siebie), całkowicie prywatnie i właściwie za darmo? I nawet nie są to lekcje wybitnie restrykcyjne, pewnie dlatego, że już się trochę poznali. Pomaga jej przede wszystkim dziedziną emocji, której dziewczyna (jak niegdyś on) raczej nie kontroluje (może dlatego się tym zajął?). To że taka współpraca im się udaje jest zapewne zasługą jej cierpliwości i ciepłego charakteru, ale jest zarazem dowodem, że Vincent poczuwa się do odpowiedzialności w pewnych niejasnych okolicznościach - zwykle przeprasza za wpadki błogosławionej, a także naprawia to co udało jej się zamącić.

Możliwe też, że po prostu chciał pomóc bo umiał. Uważa, że dobrze korzystać z własnej wiedzy i jak zmęczony by nie był, jeśli może komuś posłużyć radą czy czynem - to posłuży. Lubi być potrzebny, więc gdy ktoś z kłopotami stanie na jego drodze, niezdarnie bo niezdarnie, ale pomoże. Jeżeli uważa, że warto. Jest typem, który nie da nałogowcowi pieniędzy i ominie jak nie będzie miał czasu, ale jest w stanie siłą zabrać go na terapię i zrobić z niego na powrót porządnego obywatela, kiedy nie ma żadnego ważniejszego projektu na głowie.

⚜ LERIA ⚜


Tego dnia miał ochotę wyjść. Ciągnęło go do południowego słońca - zaplanował więc sobie wycieczkę na targ i do zielarzy, by skompletować brakujące składniki. Idzie skoncentrowany i skupiony na zadaniu - dlatego nie podziwia przyrody, ptaszków, niewiast w kolorowych sukienkach czy rynsztoka. Nieobecnym, surowym spojrzeniem przebiega po sylwetkach wszelkich płci, nie rejestrując żadnej, która nie posiada cech zastanawiających. A co go interesuje? Nietypowość! Norma w wyjątkowości. Mieszańce elfów, ludzi, błogosławieni, dhampiry (choć te rzadko widuje się na ulicach) - to go przyciąga. Pewnie kwestia kompleksów z dzieciństwa, ale będąc kim jest, Vinny w swej karierze naukowej skupił się na zagadnieniach biologiczno-społecznych i intryguje go wszystko to co może mu pomóc w badaniach i zrozumieniu świata (a być może samego siebie). Mimo prywatnej nieśmiałości potrafi zaczepić każdego kto go zaintryguje, z odważnym i bezpośrednim pytaniem czy zdradzi coś o sobie. Nie jest jednak zupełnie ślepy i nietaktowny - czasami dostrzega z kim należy najpierw przełamać pierwsze lody, nim zapyta się o niektóre dane, więc choć nigdy nie ukrywa swoich zamiarów, potrafi także przejść do nich mniej bezpośrednio niż zazwyczaj. Właśnie w takich sytuacjach najczęściej kończy w gospodzie, piekarni, czy rynku, rozmawiając z kimś i z pełnym zaangażowaniem zbierając informacje. To jest przeważnie to - nie nowe relacje, uczucia czy nadzieje - pan Eevellyn potrzebuje kolejnych notatek do swoich projektów. Nie znaczy to jednak, że istoty, które poznał go nie obchodzą - o ile wybaczą mu jego naukowe odchyły, pozorny brak wrażliwości, dżentelmeńskich odruchów (te może się czasem pojawią) i dociekliwe pytania, to może się z nimi nawet zaprzyjaźnić - tylko kto chciałby mieć za kolegę kogoś takiego? Tyle dobrze, że pomóc czasami potrafi. Jednak jak z nim rozmawiać? Przeważnie to on słucha, jeśli zaś mówi, to o ludach które widział, o cechach elfich ras, dziedziczności barwy włosów, ostatnich wykładach wielmożnego Septemberga czy kto poprowadzi następną wyprawę archeologiczną na pustynię Nanher. O sobie? Co ostatnio czytał lub nad czym pracuje. Znowu praca. Zawsze ona - nie ma innych zajęć. Tyle dobrze, że posiada dosyć szeroki wachlarz zawodowych umiejętności. Bo normalnie trudno mu określić kim jest i co lubi. Beznamiętnie podchodzi do wszystkiego co nie łączy się z jego dziedzinami - w sumie mało ciekawa persona. No, albo szczęściarz, że zajmuje się tym co najbardziej go fascynuje i nie musi już dalej szukać. Po prostu działa.

Jest też perfekcjonistą - kiedy idzie do zielarza, a ten coś źle mu odmierzy, albo ma nie tak podpisany składnik… trudno powiedzieć czemu do Vincenta nie przemawia nawet uniesiona szczota i serdecznie wywrzeszczane prośby żeby raczył sklepowe progi opuścić, ale póki błąd nie zostanie poprawiony, a winowajca ze skruchą przyzna się do pomyłki, póty będzie tam stał i patrzył na niego groźnie, kolejnymi mechanicznymi argumentami udowadniając, że przecież to on ma rację. Liczy się logika, nie wyczucie. Czasem jest to dobre, czasem…

⚜ UNTRIA ⚜


Jedziemy na skraj lasu po składniki, których nie udało się kupić, bo straż zamknęła sklep przez awantury. Ruszamy późno, bo obruszony głupotą ludzką Vinny spał do południa. Zabiera mnie, bo wie, że i tak będę podążał za nim - jednym powozem będzie więc wygodniej.
Niestety on powozi. Nie jest w tym wybitnie zły, ale też nie najlepszy. Konie go nie lubią. Pewnie wyczuwają w nim tępotę emocjonalną. Ale jakoś docieramy na miejsce - po drodze zostaję poczęstowany obiadem przygotowanym przez Mimi. Cieszy mnie to szczególnie, bo jej kuchnia nie ma sobie równych, ale wolałbym dostać posiłek bezpośrednio od niej a nie od… tego gościa. On jednak nie jest na tyle nieczuły, by się nie podzielić. Właściwie to obrzydliwe, ale o moim komforcie myśli całą drogę (kiedy nie rozważa niuansów swoich projektów, czyli łącznie jakieś trzy minuty), chociaż dźgam go z pogardą w plecy i mówię mu żeby się odwalił. Do niego nie dociera. Może dlatego, że słowa to tylko słowa - ostatecznie pilnuję jego życia i choć nie z własnej woli to to wystarcza, by był po mojej stronie. Chociaż przeważnie to ja stoję po jego. A czasami naprawdę lepiej nie…
W swoich ziołach siedzi kilka godzin. Nie jest jakoś przesadnie związany z naturą i najlepiej czuje się w uporządkowanym terenie albo chociaż przy jakiś śladach cywilizacji, ale chce znaleźć najidealniejsze kwiatki. Równe i niezbrukane żadnym grzybem, broń nawet Prasmoku użarte przez ślimaka (ślimaki też zbiera). Pytam czy to konieczne. Nie odpowiada. Znaczy, że nie. Zawsze gdy odpowiedź zdradziłaby luki w jego rozumowaniu, milczy. Mógłby jeszcze kłamać, ale nawet na odczepnego w temacie takich błahostek nie potrafi. Nie szczędzi natomiast na uwagach zabarwionych brutalną szczerością, w tematach, które w normalnych okolicznościach wymagają taktu i wyczucia. Ale on nie jest normalną okolicznością. Kiedy więc rozdzieram sobie spodnie na łydce, on z kamienną miną oznajmia mi, że wyglądam teraz jak włóczęga, a w ogóle to jego znajoma zazdrości dhampirom tego, że nie mają włosów na nogach, bo też by chciała być taka kobieca. Jakby musiał mi przypominać elfisyn jeden! Krzyczę, że on też jest dhampirem do cholery, a on tylko potwierdza spokojnym ,,tak” i wraca do swoich płatków, zadowolony że kojarzę fakty.
Mogę zemścić się kiedy w powrotnej drodze odpada nam koło. Vinny schodzi z kozła i przygląda się uszkodzeniu, studiując je z palcem przy brodzie, jak zawodowy mędrzec drogowy. Pytam co wie o kole. On pełnym namysłu tonem odpowiada, że nie posiada ono najpewniej jednego wynalazcy i nie do końca wiadomo jaka jest jego geneza, ale we wszystkich bardziej rozwiniętych kulturach pojawiło się… Zdziwił się, że ni o to mi chodziło. Pytam o to konkretne. Słyszę, że spięte metalową obręczą, złożone z kilkudzwonowego wieńca, a wytworzone przez Marco Vendassa i… Odpycham go i sam sprawdzam co się zepsuło. Dochodzimy do jednego wniosku - obaj nie znamy się na pojazdach. Czyli z zemsty nici. Właściwie to źle na tym wszystkim wychodzę, bo głupio mi zatrzymywać podróżnych, by nam pomogli, a Vinny nie widzi w tym żadnej ujmy na swoim honorze. W końcu usterki tego typu to nie jego działka, więc może zdać się na kogoś innego i nawet nie mędrkować jak u zielarza.
O pomoc oczywiście muszę prosić ja - ze zdrowego rozsądku, bo długouchy samą swoją postawą prosił się, by tamten przejezdny dryblas go zbił. Nikt w szczerym polu, nie umiejąc sobie poradzić i nie mając już żadnego prowiantu nie wygląda tak dumnie i na miejscu jak Vinny. Jakby sam tak postanowił sobie stać i hańba temu, kto ośmieli się zaproponować mu pomoc, przecież on tak arystokratycznie nie wie co robi. Zagadywać postanawiają przeważnie kobiety (o ile jakaś jedzie z bratem czy mężem, a ten akurat nie patrzy), bo każdy zdrowy chłop minąłby go spluwając na ziemię. Ja niestety wiem, że Vinc ma po prostu taką twarz i taką postawę. Kiedy mówiłem o pewnym upośledzeniu nie eskalowałem zanadto - on poważnie ma problem z wyrażaniem niektórych emocji, choć absolutnie nie jest ich pozbawiony. Jego zachowanie niejednokrotnie wydaje się przez to sztuczne lub skrajnie bezczelne.
Jednak ma na to sposób - czego nie robi odruchowo, redaguje umysłem - wie doskonale czego od niego oczekiwać może dana osoba (wiek, płeć, rasa, rola społeczna, miejsce zamieszkania) i jeśli się zastanowi potrafi dopasować do tego reakcję i odnieść zamierzony skutek. Co nie zmienia faktu, że większości małoletnich dziewczynek na kontynencie niezależnie od przynależności przychodzi to naturalnie. No, ale to też rodzaj kłamstwa - a Vinny nie wiedzieć czemu jakoś go unika.

⚜ FIRIA ⚜


Wracamy po nocy - w zasadzie jest już następny dzień. Zamieniłem Viniego w roli powoziciela i dałem mu spać na tyłach. Omal nie zrzuciłem go jedynie wtedy, gdy raz skręciłem nie na ten trakt, a on przez sen wymruczał ,,teraz na północ”. Czy on nawet gdy śpi musi mnie irytować?
Dojechaliśmy przed świtem - poszedłem nocować do nich, bo moja gospodyni nie znosi jak się włóczę po nocy. Padłem na kanapę w gościnnym wspólnym salonie, a Vinc pokraka zamiast do swojego, wlazł najpierw nie do tego mieszkania co trzeba. Ale wynajmujący już tak są przyzwyczajeni, że właściwie byłoby im wszystko jedno nawet gdyby zwinął się na dywanie przy ich małżeńskim łóżku. Tylko rano trzeba uważać by go nie nadepnąć. Nadepnięty zasypia mocniej i nie obudzisz go aż do wieczora. Czasem miewa takie okresy wzmożonego odpoczynku - może by w pamięci posegregować wszystkie informacje. Nie wiem. Dziwne.
Ale tym razem jakoś doczołgał się do swego apartamenciku, choć jak to geniusz, zostawił gdzieś klucz. Zapasowy miał właściciel budynku (czyli on i oczywiście trzymał go w mieszkaniu) oraz Mimi i jedna sąsiadka, ale nie chciał ich budzić. Na podłodze wolał nie leżeć (nie było nawet dywanu), kanapa zaś tylko jedna. Wyziewałem, że ma problem, a on kazał mi rozkładać mebel i tak półprzytomni szuraliśmy tym wszystkim, aż stłukliśmy ozdobny talerzyk i zaniepokojeni mieszkańcy wylegli z pogrzebaczami, by zobaczyć jak bez sił padliśmy sobie w ramiona i posnęliśmy snem sprawiedliwych.
Najgorsza noc mojego życia.
Nie odzywałem się potem do niego.
Ale on jak zwykle nie widział problemu.
Logika wiedziała jak było, lepiej niż plotkujące miasteczko.

Na szczęście i jemu potem było głupio, jak już pewne pogłoski do niego dotarły. Wbrew pozorom bardzo przejmuje się opinią otaczających go ludzi i pragnie być poważanym obywatelem. Mieszkańcem, sąsiadem, wszystko jedno. Zależy mu na spojrzeniach pełnych podziwu (to w przyszłości, jak stanie się jeszcze bardziej wnerwiającym uczonym), a obecnie na akceptacji. Pragnie jej tak gorąco, że aż sam przed sobą się nie chce do tego przyznawać. To dlatego stara się nikomu nie podpadać (chyba, że w kwestiach fachowych) i dostosowywać się do środowiska. I lepiej idzie mu samo dostosowanie niż udawanie, bo aktorem jest tragicznym. Jeżeli chce być miły, a zupa mu nie smakuje to przemilczy, ale na pewno nie powie dobrego słowa. Może zmieni temat. A co dopiero kiedy idzie o ważniejsze sprawy! Tam działa identycznie, więc łatwo domyślić się jego opinii. Zbyt łatwo. Lepiej więc by miał towarzystwo, które odwracać będzie od niego uwagę. Może to być Mimi, mogę być ja (choć nie chcę), może być Roze (moja szalona siostrzyczka). Wszystko, byle zrównoważyć jego bezbarwną osobowość i nieprzyzwoitą szczerość gęsto przeplataną milczeniem.

⚜ SUNRIA ⚜


Poprzedni feralny dzień Vincent wegetował, więc teraz aktywny był już od wczesnych godzin nocnych. Nadrabiał jakieś zaklęcia bawiąc się alchemią i kryształkami. Kreomagowanie. Jedno ze źródeł jego zarobków i dumy. Ale musi się z tym obchodzić ostrożnie. Kiedy pakuje się w zioła i maści magię emocji oraz umysłu, nie można oddawać tego byle komu. Vinni popełnił już w życiu kilka błędów z tym związanych, więc teraz jest bardzo ostrożny. Choć na pewno tworzy też rzeczy, do których się nie przyznaje i nie ma za bardzo na kim użyć… chyba, że nadarzy się okazja. W noce takie jak ta widzę niebezpieczne błyski w jego oczach. Choć wcale nie patrzę na jego oczy! To po prostu aż nazbyt się rzuca. Ten bezduszny zapał, zafiksowanie na kipiących odczynnikach, gromadzenie materiałów, które mogą siać chaos i zniszczenie, zamykanie ich w kuferku, znoszenie do piwnicy…
Tam czekają.
Na kogo?
Wychodząc Vinny zabiera butelkę konserwowanej krwi. Zawraca po drugą. Będzie je porównywał. Idzie do siebie, gdzie nalewa po trochu do szklaneczek (czasem zdarza mu się i do probówek, za to jakoś skąpi na kieliszki). Bierze łyk jednej, wypija duszkiem. Źle. Nie zdążył posmakować. Mimo tego z drugą postępuje równie łapczywie. Dopiero w następnej turze udaje mu się zwolnić i przeanalizować skład. Nawet z zaburzonym odbiorem smaku innych potraw, nic nie stracił w sferze krwiopijstwa. Wyczulony jak rasowy wampir. Lecz w przeciwieństwie do większości z nich, nie gryzie. Wie które rody zajmują się dystrybucją krwi i choć być może wspiera w ten sposób przemysł niewolniczy, zawsze kupuje już przygotowaną. Znaczy do picia - jest jeszcze taka do analiz. Choć płyny ustrojowe bywają tematem tabu i jest ciężko nie wystraszyć człowieka prosząc o szklaneczkę, to Vini i to zrobi w imię nauki. I smaku. Jego opracowania nie byłyby dość idealne gdyby nie zawierały kompletnych opisów ras. Jeśli zaczniecie podejrzewać go o kanibalizm to nie rozwieję waszych wątpliwości - wiem tylko, że nie zabija.
Z drugiej strony nie mogę rzucać na niego wyłącznie cieni, więc i wspomnę, że nie chcąc ulegać niskim instynktom, z krwiopijstwem wstrzymuje się zwykle do momentu, gdy głód naprawdę zaczyna go rozpraszać. Poza tym opija się mlekiem i ogólnie je to co mu się nawinie (lub co Mimi przyniesie pod drzwi).
Nie chce przecież niczyjej krzywdy…

⚜ SANDRIA ⚜


… ale ją toleruje. Nie zawsze i nie wszędzie co prawda, ale wedle prawa danych społeczności czy miejsc. Jest raczej bierny i własne poglądy często spycha na dalszy plan (choć nadal jest ich świadomy) - pozornie przejmuje sposób oceny od innych i dostosowuje do tego działania - byle nie zaburzyć porządku. Nie wybija się przed szereg i nie domaga się specjalnego traktowania dla nikogo. Jeżeli gdzieś karą za zerwanie jabłka jest wygnanie - niech wygnają. Jeżeli sankcjonują niewolnictwo - proszę bardzo. To ich świat i ich prawa. Vinny jest obserwatorem i nie uważa, że może burzyć ustalone przez innych zasady. Przestrzega większości reguł, jak dziwne by nie były - bezkonfliktowy do bólu. Ale o dziwo nie zawsze. Są rzeczy, których nie zrobi nigdy, choćby przez wzgląd na społeczność, w której się wychował (do której przynależy) i uczucia jakie wywołuje w nim myśl, że mogliby się dowiedzieć…
A co to za społeczność?
Julek (od Iuliusa) nie za bardzo rozumie pojęcie domu. Dzieciństwo spędził w Pustej Dolinie z matką i rodziną zaprzyjaźnionych z nią elfów - ale świadom był w jakiś sposób, że to nie jest ich miejsce, że tylko tam pomieszkują. Odkąd zaś skończył 7 lat wysyłany był na nauki i często zmieniał miejsce pobytu. Choć mocno zsocjalizowany, nie wie za kogo się uważać - blisko czuje się związany z elfami i czarodziejami, poniekąd też z ludźmi, ale wie, że wiele dzieli z wampirami. Nie miał ,,swojego” miasta, a grupa do której przynależy jest bardzo szeroka i niekiedy wewnętrznie skłócona. Społeczność akademicka i rozległe sieci magów rozproszone po całym kontynencie - wśród nich znaleźć można wiele ras, motywacji i planów, ale mimo wszystko to tam może czuć się swobodnie. W miarę. Jego ojczyzną stała się nauka, braćmi magowie i naukowcy. Nie ma w nim patriotycznych odruchów, nie jest zwolennikiem jednego tylko państwa, choć ma swoje ulubione i uważa jedne systemy za lepsze od drugich. Nie czuje się jednak zobowiązany wobec władzy i w ogóle w te sprawy wolałby się nie mieszać. Ceni sobie (s)pokój i ma nadzieję, że żaden z jego mądrych kolegów nie da żadnemu królowi broni, która skłoniłaby go do podbojów.

Po zastanowieniu muszę dodać, że jeśli o Własne Miejsce na Ziemi chodzi, to sprawa uległa pewnej zmianie, gdy 5 lat temu Vinny został właścicielem wcześniej wspomnianej kamienicy w Fargoth - ludzka część jego rodziny zawsze związana była z tym miastem, ale on rzadko się tam pokazywał. Miejski budynek jednakże, w którym się ulokował stał mu się bardzo bliski. Niedługo po jego przeprowadzce Nyia przepchnęła tam też Mimi - jej towarzystwo, własny kąt, znajomi lokatorzy - być może wszystko to sprawiało, że dhampir był gotów pozostać tam na dłużej (choć nie porzucając wyjazdów). Rozgościł się (po właścicielsku) i na spokojnie uprzykrzał mi życie samym swoim istnieniem. W Nastię budził się wraz se słońcem, chodził do znajomych zielarzy, jeździł do lasu po resztę składników, czytał nowe księgi, schodził po butelki krwi, w Sandrię kładł się, by zacząć ten cykl od nowa…

Aż mianowali go Hrabią.

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt silny, Raczej wytrwały, Wrażliwy,
Zwinność:Zręczny, Flegmatyczny, Precyzyjny,
Percepcja:Dobry wzrok, Wyostrzony węch, Przytępiony smak, Wyostrzone czucie, Czuły zm.mag,
Umysł:Niezwykle bystry, Ineligentny,
Prezencja:Piękny, Godny,

Cechy specjalne

Mieszana Krew [W]Choć dhampiry to z natury mieszańce, ten jest mieszańcem nieco mniej oczywistym. Przez wzgląd na to, że jego matka była elfią krzyżówką nim została przemieniona w wampira, w jego żyłach płynie specyficzna fuzja krwi kilku ras, a specyficzna dlatego, że rzadka, a nie koniecznie jakoś przesadnie specjalna. Jego matka zrodziła się z elfa mrocznego i pustynnego, ale jako wampir związała się ze zwykłym człowiekiem. I choć sam Vinny powtarza, że możliwości innych doborów jest doprawdy wiele (co go fascynuje), to jest jedynym znanym mi osobiście przypadkiem złączenia tych właśnie przedstawicieli świata rozumnych istot i musi sobie jakoś wystarczyć za przykład. Pewnie i tak cicho liczy na to, że doczeka się rodzeństwa i będzie mógł pobawić się w porównania. Póki co przyrównać go można jedynie do matki, ale to daje zaskakująco dobre rezultaty. Kolor skóry, włosów i oczu ma właśnie po niej. Także typowe dla elfów smukłe ciało i szpiczaste uszy. Jak elfy mroczne i pustynne ma słaby smak, a przez ich odmienne przystosowania problemy ze snem i zegarem biologicznym. Bywa, że nie śpi przez dwie doby, by następnie odespać to w chaotycznych ratach. Czasem odczuwa przemożną potrzebę wygrzania się w słońcu, a niekiedy tygodniami przebywa w zacienionych miejscach. Aktywny może być zarówno w dzień jak i w nocy, nie wpływa to na jego pracę umysłową. Dobrze widzi w ciemności, ale źle znosi rażące światło. Nie odziedziczył mroczno-pustynnej wytrzymałości, choć potrafi przez jakiś czas obejść się bez jedzenia i picia - zwłaszcza jeśli w pobliżu znajdzie się źródło krwi, na której smak jest wrażliwy i za którą zdarza mu się paląco tęsknić. Jego organizm nie toleruje czystej wody, błyskawicznie trawi alkohol i domaga się sporych ilości mięsa i mleka - wprost je uwielbia. Nie przepada za to za czosnkiem, choć ten mu nie szkodzi, a wizualnie podoba mu się srebro, którego lepiej aby nie dotykał.
Pamięć Dwubiegunowa [Z]Czyżby dar i przekleństwo? Jakże słynna kwestia! Vinny także mógłby jej używać, obdarowany bowiem został pamięcią równie beznadziejną co doskonałą. Jeśli na czymś się skupi, a o skupienie u niego łatwo, zapamiętuje informację po jednym z nią kontakcie, niezależnie od jej złożoności (nie musi jej nawet rozumieć!). Czasem ma problem z szybkim przywoływaniem wspomnień, ale raz zakodowanej wiedzy nigdy nie traci. Często przypomina sobie rzeczy na zasadzie skojarzeń, bo te u niego są niezwykle silne - nierozerwalne łańcuszki powiązanych ze sobą danych prowadzą od widoku znanego przedmiotu, do konkretnych słów i tonu osoby, która dwa lata temu go dotykała. Jednak zdecydowanie lepiej idzie Vincowi odtwarzanie wiedzy teoretycznej, książkowej i suchej niż fragmentów z życia. Bywały przypadki, że zgubiwszy zeszyt z notatkami przepisywał wszystko słowo w słowo, zachowując przy tym skreślenia, znaczki informacyjne i krzywość tabelek, choć większość z tego była całkiem zbędna (jednak gdyby coś pominął mógłby pomylić później kolejność akapitów lub co gorsza jakiś w ogóle zignorować - do czasu nagłej refleksji, że czegoś mu w zapiskach brakuje). Nie będzie przesadą jeśli powiem, że ma w głowie całą bibliotekę. Tym bardziej zadziwia mnie fakt, że mylenie imion kolegów, z którymi dzielił klasę przez 5 lat jest dla niego co najmniej typowe. Korytarzy i sal również. Niekiedy z pół prelekcji potrafił przesiedzieć nie na tym wydziale co trzeba zanim się zorientował, że chyba nie o tym miły być jego zajęcia… mimo spojrzeń, szeptów i rzucania w niego papierkami (co w końcu ustało, kiedy wszyscy się przyzwyczaili, że on już tak ma). Kiedy ktoś opowiada mu o swoich mniej intrygujących przeżyciach, zwykle nie jest w stanie powtórzyć z tego słowa, bo myśli w tym czasie o czymś innym (chociażby po kim rozmówca odziedziczył kolor włosów i jakie może być jego ostateczne miejsce w społeczności danego miasta). Potrafi zgubić się we własnym domu. W teatrze myli zarezerwowane uprzednio miejsca, nie zapamiętuje adresów, zabiera nie swoje rzeczy. A kiedy kolega Glinneusz w zamian za pomoc z fizyką dał mu kanapkę z serkiem, podebraną siostrze, Vincent relacjonował, że dostał krakersy od siostry Henryka. W zamian za pomoc z fizyką oczywiście. Tego nie pomylił, gdzieżby śmiał. Do tego geniusza-idioty trzeba mieć zwyczajnie cierpliwość, bo trudno przewidzieć kiedy nie rozpozna starego znajomego na ulicy, a kiedy powie ile piegów na twarzy miała elfka, którą raz w życiu na oczy widział.
Raz usłyszane [Z]Dzięki swojej pamięci Vinni bardzo szybko uczy się nowych języków. Oczywiście szybciej mu idzie jak od razu dostaje tłumaczenia, ale i z osłuchaniem się nie ma zbytnich problemów. Zależnie od skomplikowania i formy przekazywania wiedzy może nauczyć się kolejnej mowy w czasie od tygodnia (proste języki plemienne) do dwóch miesięcy i jak to już bywa - nie zapomina jej. Potrafi pisać w niemal każdym znanym sobie języku (o ile ten posiada jakąś formę zapisu, czy to alfabet, sylabariusz, pismo ideograficzne czy złożone) ale nie wszystko potrafi wymówić (inna budowa aparatu głosowego). Poza tym często słychać u niego silny elficki akcent przypisywany klasycznej odmianie rasy leśnej, czym różni się chociażby od swojej matki. Poza tym dobrze podrabia akcent nieumarłych oraz pradawnych.

Umiejętności

Jeździectwo i powożenie [P] Nie zna się zbytnio na koniach i nie umie naprawić pojazdów, ale dotrzeć na miejsce dotrze. Nie na narowistym rumaku może, ani nie karocą, ale jakoś da radę. Tylko dobrze by było aby wozem nie podróżował samotnie i miał kogoś do pomocy w razie czego. Przy jeździe wierzchem zaś to dla konia lepiej aby ktoś Vinca pilnował, bo gotów biedaka zajeździć.
Handel [O] Przez większość życia skupiał się głównie na składnikach zielarskich i alchemicznych oraz ogółach mogących mówić mu coś o zasobach danych kultur, ale obecnie bardziej go ten temat dotyczy, więc się do niego przykłada.
Targowanie się [P] Mam być szczery? Umie co nieco, ale brakuje mu uporu i tej iskry, która krzyczy ,,to ja mam rację!”. A jeśli ma rację mówi o tym tak beznamiętnie, że idzie się załamać.
Kartografia [O] Zna się na mapach - umie je bez problemu odczytywać, odnaleźć się w terenie i nawigować. Tworzy też własne w różnych skalach, choć nie są idealne. Do prywatnego użytku jednak się nadadzą.
Etykieta [P] Pomocy… Powinien to opanować jak najszybciej, ale czy naprawdę to ja muszę go nauczać? Z postawą jeszcze nie byłoby tak źle, tylko ta reszta! Przecież on od zawsze był tylko mieszczuchem, uczniakiem średniej klasy… a o zastawie stołowej jakoś nie chce się dureń uczyć. Mogę mu tysiąc razy powtarzać! A on co? Będzie czytał nad miską, dłubiąc w zupie widelcem. No, może nie na przyjęciach, ale na tych wyraźnie cierpi (i dobrze!). Niby płynie w nim hrabiowska krew, ale chyba przez tyle lat zwyczajnie zdążyła się zepsuć.
Polityka [P] Od tego jawnie zależy już nie tylko jego wygoda, a dobrobyt rodziny i nowych poddanych, więc wziął się do nauki. Jednak o ile przyswaja bardzo szybko ustroje i rządzące nimi zasady o tyle konkretne osoby wypadają mu z pamięci. A ważniacy tego nie lubią. Poza tym Vinniego najlepiej by ktoś reprezentował, bo sam przedstawia sobą obraz persony mało oblatanej w temacie. Od razu widać, że nie polityk z niego a naukowiec.
Taniec [P] Że co proszę? To bardzo kiepska parodia drewnianej kukły. Kukły bez stawów. W sumie to taki patyk. Postawić przy ścianie i niech tam czeka aż ktoś mu pomoże.
Jubilerstwo/Złotnictwo [P] Chcę wykorzystać jego wiedzę z zakresu krystalografii, gemmologii i petrologii i uzupełnić ją o istotne informacje byśmy mogli sobie zarobi… utrzymać źródło dochodu niezależne od własności ziemskich i podatków. Złocenie, filigran, granulacja, wyrób biżuterii, ozdób i przedmiotów codziennego użytku. Podszkolę go i wepchnę do jakiegoś cechu. Ze swoją magią ziemi na pewno jest w stanie pracować w ten sposób. Jedynym problemem tutaj może być srebro… no nic, będzie pracował w złocie i kamieniach!
Rysunek [O] Dobry, ale nie artystyczny. Szkice wykorzystywane głównie przy opisach ras i konkretnych osób - Vinny dobrze wychwytuje proporcje i charakterystyczną budowę danych części ciała, ale uwiecznia także budynki i przedmioty codziennego użytku (bez finezji - tak jak widzi i jak najdokładniej). Rysunek pomaga mu też przy niektórych zaklęciach i na pewno przyda mu się przy branży jubilerskiej.
Czytanie i Pisanie [W] W większości znanych mu języków, choć to zależy od tego czy miał materiały do nauki. Posługuje się pismem sprawnie, czyta szybko, a zasób jego słownictwa bywa zatrważający. Nie jest jednak mistrzem konstruowania wypowiedzi, jego teksty niekiedy trzeba redagować, by byłe ciekawsze. Potrafi mieszać też stylistyki lub nawet języki, zwłaszcza gdy jest w miejscu, gdzie używa się mowy innej niż Wspólna czy Elficki. Ogólnie nie zna się na poezji i omija to to z daleka, ale rozszyfruje niemal każdy artykuł naukowy.
Odnajdywanie źródeł magii [W] Odrobina zmysłu magicznego i długie praktyki. Zazwyczaj wie gdzie magia piszczy.
Czytanie aur [W] Rozczyta większość, choć nie każde maskowanie przejrzy. Panuje jednak doskonale nad tym kiedy i co widzi, przez co aury które mógłby wychwycić nie rozpraszają go kiedy nie trzeba.
Wiedza tajemna [W] Tyluletni uczeń magii jest w końcu do czegoś zobowiązany. Oblatany w niemal każdej dziedzinie, choć naturalnie o specyfice emocji, umysłu i ziemi wie najwięcej i praktykuje. Widział i wytworzył już wiele magicznych przedmiotów, spamiętał predyspozycje ras, a nawet miejsca gdzie magia występuje najgęściej. Ma jeszcze się czego dowiadywać, ale jak na swój wiek posiada zdecydowanie dużo informacji.
Pismo runiczne [W] Widziane, zapamiętane, najpewniej nie raz użyte. Niewiele jest zapisów, których Vinny nie da rady rozszyfrować i wykorzystać. Bywały jednak i takie - ma w swojej pamięci zakodowane pewne zwoje, których znaczenia nie pojmuje (celowo go nie nauczono). W ten sposób służy pewnym osobom za przenośne archiwum dla run, które zniszczyli. Jeden z powodów, przez który przy nim czatuję - stał się dość ważnym pionkiem w nie swojej grze, a stron konfliktu jest wiele. I w zasadzie tylko naszej zależy na jego życiu. Powinni jednak uważać, bo Vincent w moim mniemaniu dość ma wiedzy by samodzielnie odczytać to co przed nim ukryli jeżeli zacznie mu na tym zależeć.
Kreomagowanie [M] Zaczynał jeszcze jako młodzik, obecnie pamięta wiele ,,przepisów” na magiczne przedmioty. Zna podatność konkretnych surowców na dane dziedziny, ich trwałość i odpowiednie procedury zaklinania (w tym runy). Najczęściej używa magi emocji i umysłu i wymyśla coraz to bardziej skomplikowane działania (ziemią też się zajmuje). Nie chwali się jednak swoimi umiejętnościami, bo wielu jest takich, którzy z ochotą wywieraliby na nim presję chcąc otrzymać pewne zaklęte obiekty, a on nie ma zamiaru rozdawać ich byle komu. Magie wpływające bezpośrednio na umysł i funkcjonowanie innych to nie zabawki - i kolejny powód bym przy nim tkwił i pilnował czy nikt go nie nęka.
Zielarstwo [M] Pewnie myślał skubaniec, że nie będzie się tego uczył. Ale to dziedzina głównie pamięciowa, więc wraz z doświadczeniem medyczno-alchemicznym, a także ekologiczną biologią zostawało mu coraz więcej w głowie. Przydatne w sumie, jak się zorientował, więc przy okazji podróży zostawał nieraz u pustelników, druidów i innych szaleńców, by poznawać florę coraz to nowych regionów. Po tylu latach wie co gdzie rośnie, pamięta jak kwitnie, na co, dla kogo i jak przygotować, z czym mieszać i dlaczego nie z tym. Przy okazji nauczył się sporo na temat przypraw, ale nadal nie potrafi wykorzystać tych mądrości do celów kulinarnych.
Alchemia [W] Wspomagany wiedzą z chemii, zielarstwa, petrologii, a nawet biologii i wiedzy tajemnej umie wytworzyć zastraszającą ilość dziwacznych substancji, maści i innych specyfików. Tłuste, nie tłuste, barwiące, czyszczące, jadalne, magiczne, kolorowe czy bezbarwne - regularnie eksperymentuje z zasobami. Jest na takim etapie, że przygotowywanie starych, znanych form jest dla niego niezwykle proste, więc szuka coraz to nowych rozwiązań i pomysłów. Choć to akurat potrafi skończyć się różnie…
Medycyna [P] Od razu trzeba zaznaczyć, że nie jest lekarzem. Zna świetnie anatomię wielu ras, wie jakie choroby mogą je nękać, jaka dieta i tryb życia są dla nich najlepsze. Jednak poza ziołolecznictwem i paroma lekami nie umie zbyt wiele poradzić - nie nastawi kości, nie zaszyje rany
Nauki biologiczne [W] Stwierdzenie bardzo ogólne, ale co poradzić - taka jest właśnie wiedza Vincenta - bardzo rozległa, choć niekiedy niezbyt szczegółowa. W skład jego zasobów informacji wchodzi przede wszystkim świetnie opanowana socjobiologia, bestiologia, anatomia, biologia ogólna (jakżeby inaczej), kladystyka czy taksonomia. Mniej opanowaną ma paleontologię czy botanikę oraz pokaźny zbiór wyrywkowych informacji z innych dziedzin.
Nauki matematyczno-przyrodnicze [O] Nie szczędzono mu matematyki, fizyki, chemii, czasologii ani astronomii, ale w tym przypadku teoria nie zawsze przekłada się na praktykę. Krótko mówiąc - z całą swoją inteligencją Vinny jest noga z matmy. Nie w szystko też co fizyczne czy astronomiczne jest dla niego zrozumiałe i do wykorzystania. Lepiej radzi sobie z chemią czy czasologią, ale zdecydowanie najlepiej zna się na naukach o ziemi - geografii, gemmologii, krystalografii czy petrologii. Krótko mówiąc - im mniej działań tym lepiej sobie radzi.
Nauki społeczne [W] Jego konik. Jego absolutny konik, jeden jedyny, którego nie zajeździ, choć z całych sił się stara. Pamięciówka połączona z obserwacją i godzinami medytacji skojarzeniowej. Jak to wszystko działa i dlaczego? Antropologia, etnografia, historia, psychologia, socjologia czy religioznastwo odpowiadają na te pytania i generują nowe. Julek jak może zdobywa kolejne materiały i wchłania wiedzę w niezdrowym niemal tempie. Trzeba jedynie pamiętać, że dane z różnych źródeł niekiedy się różnią, a społeczeństwa nieustannie się zmieniają, więc wiedzę trzeba odświeżać i nie traktować jej jako absolutu.
Wszechstronna wiedza o rasach [W] Mówiłem coś o koniku? Więc to jest ziemia po której stąpa. Niedające się objąć wzrokiem stepy po sam horyzont - powołanie Vincenta. Być może wzięło się z idiotycznego kompleksu i nastoletniego poczucia odmienności, ale ostatecznie przerodziło się w coś co nawet ja… szanuję. Rasologia jako taka to tylko szczyt postepowej góry. Anatomia porównawcza, kulturoznastwo czy architektura są tutaj równie ważne, a zmieszane z naukami społecznymi, memetyką i filozofią robią wrażenie i dają niezwykłe możliwości… których Vinc nie umie jeszcze wykorzystać. Trudno. Największą jego uwagą cieszą się rasy ludzkie, elfie oraz wszystko to co może się z nimi krzyżować. Krzyżówki zaś takie jest w stanie tropić i z obłędem w oczach obserwować i wypytywać. Błogosławieni, dhampiry, a także nierasowe mieszanki odmian - dąży do pojęcia tego czym są i jaki jest cel ich istnienia… miejsce na świecie. Niekiedy przyjmuje to już formę obsesji, choć raczej nieszkodliwej dla otoczenia. Ze względu na swoje preferencje Vinny nie zajmuje się zbyt często piekielnymi, niektórymi naturianami czy zmiennokształtnymi, nie obchodzą go też za bardzo smoki i byty bezcielesne. I o nich coś by powiedział, ale uczył się ich raczej po to, aby mieć porównanie. Nie można powiedzieć, że jest zupełnym ignorantem w temacie, ale wyraźnie widać różnicę w znajomości między wspomnianymi rasami, a tym co naprawdę go interesuje.
Filozofia [W] Trudno stwierdzić gdzie filozofia się dla niego kończy, a gdzie zaczyna i kiedy jest bardziej przedmiotem badań, a kiedy sposobem myślenia. Temat bardzo obszerny i płynny, a wiele autorytetów ma swoje własne definicje i teorie na ten temat, a Vinc… chce poznać je wszystkie. Rozumienie i poznawanie wydają się go prawdziwie pociągać. O ile więc naukowo patrzy na samą historię filozofii i różne jej odmiany to niektóre paradygmaty wplata we własne życie, a liczne z zagadnień i pytań, na które chce poznać odpowiedź ciągną się za nim od dziesięcioleci. Chyba nie pomylę się dużo, jeżeli stwierdzę, że filozofowanie to w sumie większa część (obok czystego wkuwania i irytowania mnie) jestestwa tego dhampira.
Wiedza bezużyteczna [W] Mógłbym w sumie darować sobie wspominanie o tym, ale aż samo się prosi. Od wyjętych z kontekstu fragmentów z rozlicznych dziedzin naukowych, przez informacje zwyczajnie przestarzałe, po zupełnie nieistotne szczegóły takie jak historia pewnego domu w trzeciej dzielnicy małego miasteczka gdzieś na końcu łuski. I czasem te kurioza dają o sobie znać. Część z nich trzyma Vinny całkowicie świadomie, na inne nie zwraca na co dzień uwagi. Wiele natomiast z tych ciekawostek zapisuje w Księdze Niepamięci, jednak ile by tam nie pisał - zawsze jego umysł pełen będzie szczegółów, których nikt do niczego nigdy nie wykorzysta.

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Inkantacje
Emocji [A]Vinny świetnie opanował tę dziedzinę - na pamięć zna tonę zaklęć, na każdą chyba okazję, choć ogranicza jej wykorzystywanie ze względów etycznych. Najczęściej używa jej na zwierzętach (choćby wierzchowcach) lub do produkcji leków magicznych mających wpływać na emocje, nastawienie czy sny. Równoważy także efekty magii Mimi (lub swoich mocy), choć zadanie to wymaga nie tylko formułek, ale i pojęcia stanu wyjściowego. By lepiej zrozumieć tę dziedzinę uczył się określeń w wielu językach, na emocje, które nie w każdej kulturze bywają opisane. Uczucia wiążą się też silnie z jego zainteresowaniami, a magia pomaga mu badać zmiany zachodzące w jednostkach w danych okolicznościach. Czasami gdy nie pojmuje cudzego zachowania, używa zaklęć do symbolicznej wizualizacji stanu wewnętrznego - taki rodzaj tłumaczenia na zrozumiały dla niego kod. Co ciekawe zaczął uczyć się inkantacji dlatego, że bardzo wcześnie ujawniły się u niego moce - emocji i umysłu, nad którymi nie miał kontroli. Silnie wpływając na otoczenie był pod coraz większą presją i nie umiejąc zapanować nad wrodzonym sposobem rzucania zaklęć poszedł inną drogą - wymagającą pamięci i precyzji, a więc jego atutów. Do dzisiaj używa dziedzin właśnie w ten sposób, ale czasami moce przypominają o sobie i w chwilach wzburzenia Vincent wbrew własnej woli używa właśnie ich.
Umysłu [U]Druga z dziedzin, na którą nie miał wpływu, aż nie opanował inkantacji. Naginanie woli innych do własnych pragnień jest dla niego wyjątkowo łatwe - do tego stopnia, że teraz budzi w nim to niepokój, a kiedyś prawdziwy strach. Często powtarza, że najlepszą, choć nadal niedoskonałą (w jego wykonaniu) kontrolę nad osobą daje splecenie w jedno emocji i umysłu. Dla niego te dwa światy są nierozerwalnie z sobą połączone, wynikające jeden z drugiego. Motywacje, odczuwanie, sposób myślenia - dhampira fascynują te wewnętrzne mechanizmy i stara się je dzięki magii i nauce pojąć i lepiej opisać. Znów ze względów etyczno-moralnych (i pewnie z powodu młodzieńczej traumy spowodowanej gwałtownym ostracyzmem) nie używa jej w codziennych kontaktach. Służy mu ona do celów badawczych, wytwarzania zaklętych przedmiotów i ewentualnie samoobrony (to wyjaśnia dlaczego taka panienka jak on z każdej eskapady wraca cała i zdrowa). Podświadomie używa jednak jej pierwotnej formy częściej niż chciałby przyznać. Zwykle niweluje ją wtedy inkantacjami. No chyba że chodzi tylko o drobnostki…
Ziemi [N]Wyuczona przez inkantacje, jedyna dziedzina jaką sobie wybrał. Z jej pomocą uzyskuje składniki alchemiczne (zwłaszcza te o mniej skomplikowanej budowie). Może tworzyć kryształy, metale i skały, których potrzebuje - takie co łatwo poddają się zaklinaniu w nich magii. Służy mu tutaj szeroka wiedza z zakresu krystalografii, gemmologi czy petrologi, a obecnie namawiam go, by zainteresował się także jubilerstwem i pomyślał trochę o szlifach i estetyce.

Magiczne przedmioty

Czysta Koszula [ZAC]Ekwipunek podróżnika. Prezent od dobrze znającej niewygody matki-najemniczki, trafiony tak absurdalnie praktycznym pomysłem jak i rozmiarem. Biała, całkiem elegancka, choć wygodna i przewiewna tkanina ma to do siebie, że się nigdy nie brudzi. Można ją nosić przez miesiąc, a ona nadal pachnieć będzie jak świeżo po wyjęciu z balii. Żaden pył się do niej nie przylepi, błoto zejdzie, krew… się wyssie. Ideał. Niektórzy mówią co prawda, że koszula nie pachnąca potem traci swój charakter, ale zmienili by zdanie gdyby w ich ręce wpadło to cudeńko.
Niepamiętniczek [ZAK]W oryginale Księga Niepamięci. Notes w formie oprawionej książki - co się w nim zapisze zostaje wymazane ze wspomnień. Przydatne, kiedy przyjmujesz zbyt dużo niepotrzebnych informacji. Nie wiadomo jakie ograniczenia może mieć umysł Vinca, więc co uważa za zbędne zapisuje i zapomina. Księga działa na każdego, pod warunkiem, że nie był kontrolowany, a całkowicie świadomy używanych słów. Nie da się też wymazać informacji zbyt ściśle powiązanych z codziennym życiem i często używaną wiedzą - Vin mógłby napisać ,,jestem dhampirem”, ale na tym opiera się jego jestestwo, więc wszystkie inne wspomnienia zaraz by mu tę prawdę przypomniały. Zapiski w księdze znikają każdorazowo po zamknięciu jej. Na raz da się zapisać 366 stron.

Towarzysz


Historia

~ ⚜ ⚜ ⚜ NYIA ⚜ ⚜ ⚜ ~


Jak każda historia i ta nie należy tylko do jednego bohatera. Bo nie pojawiłby się on gdyby wiele lat przed nim, gdzieś i kiedyś nie narodziła się pewna dziewczynka. Mała elfka ni to pustynna ni mroczna. Wykluczona z obydwu światów do których nie mogła należeć. Dowód na to, jak silna potrafi być miłość; dopełnienie przysięgi dwóch istot i skaza na historii dwóch klanów. Nowy członek rodziny i powód dla którego była ona tak mała.


~ ⚜ ⚜ ⚜ NYIA EEVELLYN ⚜ ⚜ ⚜ ~


O ile jej rodziciele zwyczajnie zerwali więzy z krewnymi, ona nigdy ich nie utworzyła. Nie znam jej całej historii. Wiem tylko tyle.
Nie wychowywała się w społeczeństwie i długo żadne nie chciało jej przyjąć. Być może była sama. Z ograniczoną edukacją lecz sprawnym ciałem została najemniczką. Chodziła to tu to tam chwytając się różnych zadań. Przeżywając przygody. Być może nie wiedząc kim jest.

Jednak jej usposobienie dalekie było od melancholii - radosna i żywiołowa głęboko ukrywała wszystkie swoje niepewności i żale. Miała przecież przyjaciół, choć ze względu na wygląd i zawód nie posiadała domu, a za to niemało wrogów. Ale nie umiała się zatrzymać czy chociażby zwolnić. Cieszyła się, że ma cokolwiek i tą radością potrafiła się dzielić.

Kiedyś podzieliła się nią z wampirem.

Była wtedy sama. I on był sam. Więc stała się ciekawa, a empatia kazała jej podejść. I tak podchodziła. Każdej kolejnej nocy. On patrzył w niebo - ona też zaczęła. Lecz przede wszystkim mówiła. Czuła, że może mu mówić.
Mieli swoje miejsce - gdzieś między Sarenaą a Fargoth. Właściwie to ona miała - tam znalazła dla siebie chatkę, bazę wypadową i w pobliżu niej osiadł i wampir. Creighton, takie nosił imię.
Bardzo się polubili, ale Nyia duszę miała podróżnika i co raz znikała wykonać kolejne zadania. Czasami nie było jej tygodniami, czasami znikała na całe miesiące. Spotykała się z innymi osobami, przeżywała przygody, pracowała. I za każdym razem wracała do swojej chatki. Do przyjaciela.

Nie wiedziała wtedy, że ta jedna osoba może zwrócić i odebrać jej życie. Nie miała pojęcia jak ważna dla niego się stała. Co dla siebie i dla niej jest on w stanie zrobić.

Dowiedziała się pewnej nocy. Szła już ostatkiem sił. Nie rozróżniała barw, nie widziała kształtów. Uciskała palącą ranę, zbyt głęboką i zbyt dawno zadaną. Ale wracała. Musiała wrócić ten ostatni raz… żeby się pożegnać. Spędzili razem tyle czasu… nie chciała przepaść bez wieści.

I udało jej się. Dotarła… czy on do niej podbiegł? Nieważne. Spotkała go. To się liczyło. Mogła już…
Nie, nie mogła. Musiała zostać. Tak zadecydował. I napoił ją własną krwią.

Elfka nie pamięta swojej przemiany - i dobrze, bo szalenie brzydziła się swojej nowej natury. Z jej ciała zniknęło ciepło, ze skóry słońce, a bogactwo smaków zastąpiła już na zawsze jedna tylko posoka.

Wdzięczna czy przerażona nie miała nigdy Creigowi za złe przemiany. Właściwie była mu wdzięczna. Nawet jeżeli nie umiała przywyknąć do swojego stanu i miała dość nocy. Ale nie powiedziała mu tego. Jej instynkty zdziczały; stała się drapieżnikiem niezdolnym do komunikacji z innymi. Gdy tylko widziała człowieka miała ochotę zatopić kły w jego ciele… a tak bardzo przecież tego nie chciała!
Do tej pory nie wiedziała co znaczy być odmieńcem.
Co naprawdę znaczy samotność.
Krycie się w cieniu, gdzieś na odludziu. Polowanie na zwierzęta, żeby oszczędzić ludzi. Musieli mieć ją za potwora…

Jedynym oparciem pozostał sam Creig. I być może za bardzo to wykorzystała. Może oszalała. Może stała się niepoczytalna próbując wrócić do dawnych zachowań, a nie umiejąc nijak tego zrobić. Te dwa lata spędzone we dwójkę… były najgorszymi latami jej życia.
Ciemne i mroczne. Nawet nie potrafili ze sobą rozmawiać.

Ale czas mijał, a siły i to co wrodzone zaczęło się w Nyii odradzać. Choć nie mogła już pochwycić dnia, powili wracało jej promienne oblicze. Na początku nieśmiało i trwożnie, lecz panując już nieco nad głodem, zaczęła podchodzić do wiosek. Tak brakowało jej towarzystwa! A i pewna była, że Creig ma jej już dość. Pewnie przez całą tą smętność i niezrównoważenie jakim go traktowała przez te wszystkie miesiące. Mogła mu tylko dziękować za wyrozumiałość. I ruszyć dalej. Nie w jej naturze było siedzenie w miejscu - trzeba było przekonać się jak bardzo wampiry nienawidzone się w świecie. W końcu jak inaczej pozna nowych znajomych? Jak będzie mogła być Nyią jeżeli stanie się tylko wampirzycą?


~ ⚜ ⚜ ⚜ WAMPIRZYCA NYIA EEVELLYN ⚜ ⚜ ⚜ ~


Może na przekór wszelkim przesądom i oczekiwaniom, właśnie jako krwiopijczyni Nyia naprawdę dojrzała i stała się osobą o wiele pełniejszą. Choć wiek już miała poważny dopiero wtedy z nastolatki wyrosła prawdziwa kobieta. Pewność swojej wartości oraz wyrozumiałość dla innych - wcześniej wahała się i nie rozumiała. Teraz potrafiła słuchać i odpowiadać. Miała się znienawidzić, ale oto jakoś życie na powrót wydało jej się piękne. Było tyle do zrobienia, tyle wspaniałych osób do… pocieszenia? Zawsze pełna miłości dla świata dopiero teraz potrafiła ją odpowiednio okazać. Może nie była aż tak miła. Może sarkazm i cięte uwagi stały się jej bliższe. Ale z nimi przyszła odpowiedzialność, solidność i opanowanie. Wampirzyca Nyia nie była już elfią roześmianą nastolatką, która uśmiechnie się i pójdzie dalej; z własnymi problemami do własnych przygód; nie, Nyia wampirzyca podchodziła i ingerowała gdy trzeba było. Ganiła i radziła. I zostawała, by sprawę doprowadzić do końca. Co prawda nie zawsze, bo roztrzepanie i chęć zniknięcia za następnym pagórkiem nigdy jej nie opuszczały - ale teraz nie była już tylko ona. Byli też inni. Równie ważne… a może ważniejsze stworzenia.

Bywa jednak i tak, że trafia się ten jeden wyjątkowy osobnik - w parku, gdy siedzisz na ławce, późnym wieczorem podchodzi do Ciebie młodzieniec w bogatych pantalonach i pyta co młoda dama sama robi po nocy. Przecież powinna od dawna być w domu!
Lecz ty śmiejesz się, bo choć twarz masz niewinną, dla tego człowieka mogłabyś być więcej niż prababką.
I spoglądasz na niego. Zbyłaś go, ale on nadal stał i… też patrzył. Tak łagodnie, tak po ludzku. Nyia widziała ten wzrok tak rzadko… czy jako elfka czy już po przemianie - choć młodzieniec najpewniej nie wiedział, że rozmawia akurat z wampirem. Nie szkodzi. Mimo koloru skóry, mimo krwistych oczu, ubrania i broni - on patrzył na młodą kobietę siedzącą samą po zmroku. I mimo, że twarz miał surową, a plecy aż nazbyt proste, teraz był sympatyczny. Nawet jeżeli mówił tonem nadąsanego bufona - była w nim nadal jakaś niepewna nuta. Ten arystokrata jeszcze nie był panem. Był paniczykiem.

Ale Nyia także miała w sobie wiele młodości - i obie te jasne dusze właśnie się spotkały. Oczy z oczami, słowa ze słowami, uśmiech z uśmiechem. Minuty z godzinami. Ciało z ciałem. Wampir z człowiekiem. On jeden i ona jedna.
A potem jeszcze ono.

Związek z paniczem, a następnie hrabią trwał tak długo jak krótko. Dla niej za krótko. Od początku musieli się ukrywać - tak przed dniem jak i innymi ludźmi. Ale nie przeszkadzało im to. Rozumieli się doskonale. Ona bez wykształcenia i on arystokrata. Ona wiekowy potwór i on ludzki mężczyzna. Jakim cudem się dogadywali? O czym rozmawiali tak długo? Nic ich nie łączyło.
I byli dla siebie najważniejsi.
Tylko, że…

Hrabiemu w końcu znaleziono żonę. Wampir w rodzinie był nie do pomyślenia, choć może zwykłą kochankę i dało by się jakoś tolerować… praca i obowiązki… jak długo można było ciągnąć relację łamiącą wszelkie zasady? Nyia zabierała czas głowie rodu - w dzień trzymała go w komnatach, w nocy porywała ze sobą. Ale hrabia nie mógł tak żyć. Nikt by się na to nie zgodził.

Niewygodna ‘obca’ musiała w końcu odejść.

Lecz mimo odgórnej presji to była jej decyzja, jej uśmiech i jej łzy. Nie dała się ani wygnać, ani zatrzymać - odeszła dumnie, każąc ukochanemu całą uwagę poświęcić żonie. Tak należało postąpić. Choć przecież miała możliwość aby go nakłonić…

Odeszła tym spieszniej. Z dzieckiem, choć jeszcze nie na rękach. Znalazła pomoc u nieznanej osoby - w gospodarstwie, gdzie aż trzy kobiety mogły nad nią czuwać i wymieniać się uwagami.
Tam urodziła swojego syna.


~ ⚜ ⚜ ⚜ VINCENT ⚜ ⚜ ⚜ ~


Dhampirek nie przyszedł na świat w ciszy i spokoju - ale kto przychodzi? Wszystkie kobiety latały dookoła, jedna sama ciężarna z istną paniką w oczach. Wiele par rąk zajmowało się oseskiem, choć tylko jedne były takie zimne i takie mu miłe…
Niemowlę co prawda było pomarszczoną, dziwnoskórą pokraką, ale cieszyło się uznaniem godnym królewicza, a hołubione było do nieprzytomności. Bo i kobiety po raz pierwszy widziały prawdziwego dhampira…
Był całkiem ludzki. Pił tylko mleko i płakał, ot nieszkodliwa jednostka.
Otrzymał już jednak imię - Vincent.
Żeby Nyia nadal miała kogo tak nazywać.

Nie mogła też oszczędzić małemu dziecku podróży - gdy przywykła do swej nowej roli, a mały Vinny okazał się zdrowy i łatwy do noszenia, zabrała go z miłego gospodarstwa i ruszyła w drogę powrotną…
Do starego przyjaciela.
Musiała mu przecież pochwalić się synem. Był taki wspaniały! No i czyż to nie będzie niespodzianka? Bardzo długo nie dawała znaku nieżycia… Creig się ucieszy!
Ona się cieszyła. Choć w drzwiach chatki stanęła sama, bez męża u boku, nie mogła przestać się uśmiechać.
Wampir dał jej tę szansę. Tylko dzięki niemu otworzyła na powrót oczy i teraz także Vinny mógł patrzeć na świat. Dlatego już od początku skazany był na dwóch ojców.
I na żadnego.


~ ⚜ ⚜ ⚜ VINCENT IULIUS ⚜ ⚜ ⚜ ~


Dostał za to dwie matki, wujka i brata. Oraz ich psa Skoczka i kota Pazura. I gadającą papugę, która okazała się jeszcze straszniejsza, bo dziabnęła go w palec.
Jak?
Przez pręty.
A! Rodzina! Wyjaśniam.
Choć czasami zdarza mi się powątpiewać w inteligencję pani Nyii, nie mogę odmówić jej miłości do syna oraz pewnej świadomości.
Świadomości chociażby tego, że dhampir w przeciwieństwie do niej i Creiga potrzebuje słońca.
Poza tym nie mogła jeszcze wtedy zrzucić wampirowi dzieciaka na głowę. Nie, zszokowawszy przyjaciela zabrała zawiniątko i ruszyła dalej - do dobrej przyjaciółki.

Ta mieszkała w Pustej Dolinie, na planowanym stanowisku archeologicznym - z mężem, synami, kotem, psem i papugą. Wszyscy też (poza kotem, psem i papugą) byli elfami. Nyia zamieszkała u nich - trochę z boku, trochę razem. I oddała im syna pod częściową opiekę.
Ciocia, którą otrzymał znała się już na berbeciach, była też bardzo mądra i o samych dhampirach posiadała więcej informacji niż Nyia. Dawała jej z resztą rozliczne rady i wskazówki, a kiedy mogła wychodziła z Vinny’m do ogrodu, by bawił się w świetle dnia. Nie był z resztą sam, bo młodszy syn elfki, Chan, wtedy nastolatek, zakochał się w małym gryzaku od pierwszego wejrzenia i zapragnął zostać jego niańką. Nadal co prawda było elfowi bliżej do dzieciaka niż podrostka, ale sprawdzał się w swych zadaniach śpiewająco. A Vincuś go srodze uwielbiał.
Heh, chciałbym aby kiedyś Changhin opowiedział nam o przygodach małego Vincenta. Przy nim oczywiście. Jego mina byłaby bezcenna.
Bo póki co opowieści z dzieciństwa zatrzymuje dla siebie.

Wiadomo mi jednak, że już wtedy jego pamięć i szybkość uczenia była zastraszająca - z początku może nie było tego widać, ale zdarzały się chwile, które wprawiały w zamyślenie. Przede wszystkim jednak Vinny był normalnym dzieciakiem, śliniącym się, przewracającym i biorącym do buzi co się napatoczy (żegnajcie pradawne pieczątki); potem zaś biegającym za bratem, roześmianym szkrabem, po którym nie spodziewano się większych wyczynów. Nie miał wampirzej zręczności czy siły, ominęły go szalone ciągoty do krwi - elfia rodzina zdawała się dla niego lepszym środowiskiem niż ramiona wampirzej matki. Ale on zawsze był jej wierny. Bez pudła rozpoznawał, że to ta jedna jedyna osoba, z którą dzieli coś więcej niż miejsce zamieszkania i spędzone wspólnie chwile.
Które i tak nie trwały zbyt długo.

Bo kiedy nadal bardzo dzieciakowaty Julek zaczął wyraźniej przejawiać swoje talenty intelektualne, Elfka zasugerowała (dosyć stanowczo), że trzeba go koniecznie oddać w ręce fachowych elfich edukatorów. Nyia uznała to za świetny pomysł.

Już wcześniej miała takich kilka - ściągnęła do Pustej Doliny Creiga by zajmował się małym kiedy ona poszła na odmacierzyński urlop i wróciła do pracy. Nie będę spekulował co chciała osiągnąć przyzwyczajając tych dwóch do siebie, ale zakładam, że miała jakieś niecne, babskie zamierzenie. Dodatkowo nieco później poznała swoją chwilową drużynę z synem i nawet zabrała go na parę misji, by zapamiętywał różne informacje. Przez chwilę łudziła się chyba, że Vincek pójdzie w jej ślady i zacznie pomagać w robocie jako ,,ten inteligentny”, ale… jakoś nie wyszło. Już wtedy ciapował kompletnie jeżeli chodzi o praktyczne zadania życiowe, choć wtedy można to było przynajmniej wytłumaczyć wiekiem. Wątły płaczliwy dhampirek nie miał w sobie ducha zawadiaki i nie ciągnęło go do odległych krain i tego co niebezpieczne - był domatorem, lubił się mościć na kanapie, ściskać kota i oglądać książeczki.

Być może dlatego Nyia tak ochoczo wysłała go do szkoły. Jej tryb życia nie był dla niego, więc…

Dostał po niej nazwisko, torbę z ubrankami i eskortę do Kryształowego Królestwa, gdzie zaczął niemal samodzielne życie na łonie nauki.
Miał wtedy z 7 lat.


~ ⚜ ⚜ ⚜ VINCENT IULIUS EEVELLYN ⚜ ⚜ ⚜ ~


Już i tak był nieźle wyedukowany, mieszkał wszak z uczonymi. Umiał czytać i pisać w trzech (sic!) językach - na poziomie dziecięcym, ale zawsze. Liczył dość sprawnie, a historię znał tak dobrze, że odesłałbym go do czubków. Tak na wszelki wypadek.
Dalszym jego kształceniem zajęła się matka Elfki - szanowana i znana uczona w magii, surowa i wymagająca, ale niemal bezbłędna. W odległej młodości guwernantka, umiała zająć się młodymi podopiecznymi i tak przygarnęła do siebie Vincenta, by określić co tu z nim dalej zrobić… do czego się będzie nadawał. Dość szybko przekonała się, że choć mazgaj to ma przed sobą całkiem ciekawą przyszłość i da się ukształtować go na porządnego elfa.
Porządnego, uczonego elfa.

Trzeba zaznaczyć, że Vinny sam dał się w to wciągnąć. Zawsze uległy i posłuszny, podświadomie szukał aprobaty. Lubił ciszę, a chwalony był za swoją pamięć, więc naturalnym dla niego było przylgnięcie do książek i cichych sal. Wkuwanie na pamięć bez świadomości dlaczego właściwie chcą by to robił, stało się dla niego codziennością. Chciał by jego opiekunowie byli zadowoleni. By go chwalili. Czuł się wtedy tak dobrze.
Oczywiście lubił się też czasem powygłupiać, pobiegać na dworze, poeksperymentować na sprzęcie domowym… ale wtedy bywali zawiedzeni i zirytowani. Zwłaszcza jeżeli coś zepsuł. Nadwrażliwy na krytykę szybko porzucił więc wszelkie problematyczne zachowania i oddał się nauce zaniedbując chociażby kondycję i umiejętności społeczne.

Elfka-matka nie była jednak głupia i Vincent nie uczył się sam - miał kolegów. Przerwy. Rozrywki ruchowe. Ale niewiele. Niewiele, bo wyjątkowo dobrze znosił siedzenie w bezruchu. Nauka nie męczyła go tak jak rówieśników, więc z logicznego punktu widzenia należało to wykorzystać. Nie buntował się, nie marudził, nie wybuchał agresją i nie chciał się bawić drewnianymi żołnierzykami. Chciał widzieć jak oczy dorosłych pełne są podziwu, a na usta wypływa delikatny uśmiech dumy. Tylko Nyia robiła to gdy się bawił.
Ale teraz jej tu nie było.

Co mnie zadziwia to fakt, że beksa Vinny stosunkowo szybko się przyzwyczaił do tego stanu rzeczy. Nie wiem nawet czy trudniejszym nie było dla niego odejście z Pustej Doliny niż brak kontaktu z rodzicielką. Kiedy znikała, gdy jeszcze tam mieszkał przyjmował to jak porę roku - taka kolej rzeczy. Dobrze się czuł z Elfką, jej mężem, synami, kotem, psem… i nawet papugą. Lubił jak zajmował się nim Creig. Kochał Nyię, ale sama chyba natura szeptała mu, że nie może być do niej uwiązany.
A on a do niego.

Podlizywał się więc wszystkim opiekunom, a że było to grono takie a nie inne jego priorytetem stało się przyjmowanie wiedzy.
Nawet jeżeli nie wiedział co ma właściwie z nią robić.


⚜ ⚜ ⚜


Ale spokojnie, to nie koniec problemów! Specyficzna beztroska blondyna skończyła się w ósmym roku jego życia, gdy już względnie wykształcony oficjalnie okrzyknięty został geniuszem (jakimś tam jego rodzajem) i wysłany do uczelni. Nie wyższej jeszcze, ale i tak. Prywatne lekcje i spokój skończyły się jak ręką uciął, a zaczęła codzienna zbieranina przed budynkiem, przepychanie się przez tłum, szukanie ławki, której nigdy się nie pamiętało… dzieciaki tam były w mieszanym wieku i kilku różnych ras, ale i tak łypano na niego od czasu do czasu. Nie było wcale jednak źle. Większą furorę robiła czystej krwi mroczna elfka, młoda inteligentka, która w przeciwieństwie Vinniego posiadała także charakter i urok osobisty. Z tym, że nieco odstraszający. Vinc opowiadał mi kiedyś o niej - nie jest pewien kiedy go zafascynowała, ale od pewnego momentu nie spuszczał z niej wzroku (to jest jak wychowawca nie patrzył). Imponowała mu wiedzą, błyskotliwością i o zgrozo! - ciętym dowcipem. Umiała też przywalić. Ale choć wielu jej zazdrościło, miała i przyjaciół, bo w sumie dobra to była dziewczyna. Dziewczyna Vinniego.

Tak, nie pomyliłem się! Pierwsza jego miłość! Ale wiadomo jak wyglądają romanse w tym wieku - trzymanie się za rączkę, dzielenie kanapeczkami i zniesmaczenie kolegów, którzy wstrętne baby wolą trzymać z daleka. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że to był najbardziej udany związek w jego życiu.

Przyjaźnili się, dogadywali i nawet zamiast sobie dokuczać, że jedno mądrzejsze tam, a drugie gdzie indziej, to pomagali sobie, albo przynajmniej pomijali to wszystko milczeniem. Nie wiem jakim cudem taka harda dzieweczka przyznawała się do mimetycznej kluski, która nie potrafiła powiedzieć ,,nie”, ale zakładam, że Vinny po prostu był dobrym kolegą. Dobry - uczciwy, sumienny, cichy i potulny. Nie chcący niczyjej krzywdy.
Mogła go lubić.

Jednak życie Vinca ma to do siebie, że kiedy już zaczyna nad nim panować, coś diametralnie się zmienia i zabawę trzeba rozpocząć od nowa.
Tym razem chodziło o magię.

Biedny nadzdolny dzieciak, po elfio-wampirzej matce odziedziczył talent do absolutnej demolki. Z tym że ona atakowała od zewnątrz, a on - od środka.
Na początku nie wiedział za bardzo co się dzieje. Wszyscy nagle stali się dla niego jacyś milsi. Nie czepiali się jego ni elfki wyglądu, pożyczali mu przybory jeśli zapomniał, nie kpili już z niego i w ogóle po pewnym czasie przestali go szturchać. Cieszył się z tego i z nowo zdobywanego respektu. Kiedy o coś prosił - dostawał, kiedy zwracał kolegom uwagę - miał rację, kiedy jakaś osoba go zaciekawiła - zupełnym przypadkiem podczas następnej pauzy chciała z nim porozmawiać. Dhampirek nigdy wcześniej nie czuł się tak dobrze wśród własnej grupy wiekowej. W sumie to nawet przez chwilę przestało mu tak zależeń na opinii starszych. Kto wie - może wyrosłaby z niego ciekawa osobowość, burzyciel obecnego porządku świata lub przynajmniej hedonistyczna glista co dorobiła się na manipulacji, ale… był w szkole.
Musieli to naprawić.
Choć opornie im poszło.
Bo i nie każdy tam zajmował się magią. Śmietanka pedagogiczna była wykształcona pod zupełnie innymi kątami i nie tego uczyli. W końcu ktoś jednak zobaczył przepływy magii, które oddziałują na niemal każdą osobę w sali - nawet nauczycieli. A może wpierwej wydało im się dziwne, że mała szara pokraka nagle zdobyła uznanie największych delikwentów jak i każdego innego gościa w szkole? Jak nie oszustwo to co to innego?
Na raz więc stało się kilka rzeczy - wśród wychowawców rozniosła się wiadomość o tym co Vinny wyprawa, dowiedziała się o tym klasa i dowiedział się on.
Tak, wcześniej nie miał pojęcia!
Zdolność do używania magii nie poszła w parze z jej rozumieniem, a nawet jej dostrzeganiem - Vincent był pewien że wszystko to zasługa jego charakteru… że jest fajny. Lubiany! Tak po prostu.
A guzik!
Drań obudził się z mocami umysłu i emocji i z tygodnia na tydzień coraz mocniej potrafił wpływać na innych. Podświadomie. Jeżeli czegoś od nich chciał (a jakie dziecko nie chce) to wymuszał taką lub inną reakcję. Bez udziału woli, więc ostatecznie uniknął kary. Musiał się tylko popłakać, załamać, a klasa go znienawidzić. Bo mieszanie w umysłach to tabu. Można kogoś pobić, można mu coś zakosić - odegra się albo poskarży, ale gdy zabiera się mu możliwość zrozumienia co się dzieje, dokonania wyboru… wtedy kończy się jak Vinny.

To chyba dość niemiłe dla dopiero kształtującego się smarka, spaść z piedestału i nagle stanąć w samym środku burzy. Wszystko co osiągnął przez tamte miesiące stało się kłamstwem, haniebną sztuczką. Ci, którzy do niedawna śmiali się w jego towarzystwie teraz przejawiali jawną agresję. Zabierali mu rzeczy, bili, a nawet pluli. Bali się go. Chociaż on nie tak to odczuwał - właściwie skupił się na czymś zupełnie innym.
Trzeba było przenieść go do innej placówki, więc rówieśniczy terror szybko się skończył; ale nawet gdy nikt go jeszcze w nowym miejscu nie nienawidził on już wiedział. Wiedział, że jest nikim.
Nikt by go nie polubił gdyby nie magia… mały, obmierzły krwiopijca.
Może przesadzona reakcja, ale od tego czasu bał się nawet zapytać o zapasową stalówkę. Po kilku miesiącach stałego używania zaklęć stracił wiarę w to, że może cokolwiek osiągnąć bez nich. Stał się nie tyle małomówny, co w ogóle się nie odzywał. Bał się podnieść wzrok na nowych kolegów. A kiedy już go podnosił to był on smętny i nieciekawy. Zostawiano go więc w spokoju, co utwierdzało go w przekonaniu że bez magii sobie nie poradzi.

⚜ ⚜ ⚜


Nyia oczywiście się z tym nie zgadzała. Przy jednych z odwiedzin, gdy zorientowała się w jakiej sytuacji znalazł się jej Vinny, niewiele myśląc zgarnęła go ze sobą w kolejną podróż. Nie chciała co prawda przerywać jego edukacji w tak nieplanowy sposób, ale ostatecznie jego psychika i dusza liczyły się bardziej niż jakieś tam szkolne ramki, a nawet sama wiedza. Poczuła, że muszą spędzić ze sobą trochę czasu i że musi coś ważnego Vinny’emu przekazać… miała trochę mądrości życiowej, z której należało skorzystać.
To były najbardziej błogie, a zarazem niezwykle męczące miesiące - błogie, bo Nyia idealnie odgadywała czego Vincentowi trzeba i miała dla niego tyle cierpliwości i miłości co nikt inny. Choć podróżowanie z nim nie powinno być łatwe, dla niej się przymykał i nie narzekał na bolące nogi. Chociaż kiepsko znosił polowanie na potwory i okazyjne rozprawianie się z grupami podrzędnych bandziorów - a tego to wampirzyca nie mogła sobie odpuścić. Jednak poza stresem na jaki wystawiały go takie przygody, nie nakładała na niego żadnego innego nacisku. Dawała mu zrozumienie, pomoc i wsparcie - nie złościła się gdy użył na niej magii, nie umiała nawet na niego krzyknąć. Nigdy. Zagłaskałaby go najpewniej gdyby sam po jakimś czasie nie zaczął tęsknić do nauki.
Tak to z nimi było - najważniejsi dla siebie na świecie, ale nie mogący długo żyć razem. On miał swoje zajęcia i do nich pragnął wrócić, ona za nie umiała porzucić wypraw i nie mogła na siłę szkolić go na najemnika. Nie chciała z resztą - nie urodził się nim i nie zamierzała go na niego przerabiać. Jak sama wielokrotnie powtarzała - będzie go kochać zawsze, nieważne jak będą się różnić i kim ostatecznie zostanie. Byle był porządną osobą!
Nie wiedziała jakie to szczęście, że nałożyła ten jeden warunek na swoją matczyną miłość. Była to iskra ojcowskich wymogów wpleciona w serię pochwał i absolutną akceptację Vinniego jako istoty. Tak długo jak tylko się starał.
To było mu bardzo potrzebne.

⚜ ⚜ ⚜


Trzymało go nieco w ryzach, gdy wrócił do mniej sprzyjających okoliczności szkolnych. Przez ten czas bowiem nie nauczył się wcale rozmawiać z innymi dziećmi i znosić ich humorów. A i w ich oczach nadal czuł się zerem.

Pierwszy raz chciał więc czegoś co było zabronione. Święcie przekonany, że bez zaklęć nie może nawet liczyć na zwykłą rozmowę, pragnął odzyskać dawny posłuch. I faktycznie - w początkowych etapach jego nauki była to kwestia woli. No, bardziej chęci, bo w końcu moce.
Na tyle silne, by skutecznie działały na bandę dzieciuchów i na tyle słabe, że pokorny Vincencik był w stanie nad nimi panować. Ale nie długo.
Każdy kolejny dzień w placówce, każdy krok postawiony w środku bursy był męczarnią dla chłopca, który w zasadzie nikomu nie mógł już powiedzieć o swoich problemach. Nikomu bliskiemu. Nie miał tu na stałe przyjaciół czy rodziny, a Nyii… z jakiś względów nie chciał niepokoić. Bardzo nie chciał. Już wtedy czuł się za nią dziwnie odpowiedzialny. Przeważnie więc był sam, a sam nie umiał sobie poradzić z wszystkimi emocjami jakie w nim kipiały. Z każdym tygodniem było ich więcej, tłumionych do granicy rozsądku - aż w końcu moce, niewypowiedziane życzenia, zaczęły wymykać się spod kontroli.

Tym razem Vinny wiedział co robi, ale nie potrafił przestać. Dostawał tylko kolejne nagany, pouczenia, niepewne spojrzenia kolegów, a wydłużone treningi magiczne na nic się nie zdawały - wręcz poszerzały zakres możliwości, nie dając nad nimi żadnej kontroli.
Nic dziwnego, że w naturze leży powolne odkrywanie każdej kolejnej dziedziny i stopniowa ich nauka - dwie na raz, w dodatku ze sobą splecione, to było za dużo.

Z marzenia o dawnym posłuchu moce przerodziły się w coś czego Vinny autentycznie się bał. Z początku myślał, że złamanie zasad może rozzłościć wychowawców, ale ostatecznie się opłaci - że sprytnie pokieruje kolegów tak jak tego chce i znów lubiany nie będzie musiał przejmować się niczyją więcej opinią, tylko nowych przyjaciół. Ale jakoś nikt go nie lubił. Tylko zastanawiające incydenty zaczęły dziać się coraz częściej. Elfy nie dzieliły się z nim owocami, a przynosiły mu z domu pełne ich koszyki. Zrywały się w środku lekcji, by udzielić odpowiedzi, którą sobie wyobraził. Zmieniały własne relacje i tworzyły nowe… niestabilne i jakieś chore. A potem otrząsały się i szukały winnego… Najgorzej było, gdy go znajdowały. Przez to w wszystko nie tylko stwierdził, że używanie magii w ten sposób mija się z celem, ale i zorientował się, że nie za każdą osobą przepada. I że chyba traci przy tym szacunek do samego siebie.
Nie był przecież pozbawiony emocji i w tym duża część problemu. Nie ufał własnym zdolnościom, a jednocześnie chciał je rozwijać. Chciał prawdziwej przyjaźni, a tworzył sztuczne. Nietrafione w dodatku. Wychowawcy i opiekunowie nie potrafili go zrozumieć - i on ich, choć chciał przecież pojąć to wszystko! Nie chciał być złą osobą. Nie chciał nikogo!… skrzywdzić.

Ale stało się to pewnego dnia. Plotki już były w obiegu, środki ostrożności względem Vincenta podjęte - nie zbliżać się i donosić jak zacznie się wydurniać. Ale dwóch wyrostków widziało swoje. Obić kurdupla i już nie będzie im skakał! Gnojek bezczelny!
Złapali go więc na osobności, w pustej sali i osaczyli. Nie kryli się z intencjami, a tchórz Vinny ze łzami w oczach błagał o litość, kurcząc się pod ławką. Tym chętniej natarli, choć zatrzymali się w pół gestu. Buzująca adrenalina i bezradna wściekłość pokazała dhampirkowi nowy kierunek działania - a gdyby tak napastnicy pozbyli się samych siebie?
Nie chciał, oczywiście, że nie chciał! Był już na tyle rozsądny by rozumieć, że to nie są żarty. Że czynów nie da się cofnąć i że mogą one wszystko zmienić w ułamku chwili. Więc oczywiście, że świadomie nie chciał zranić kolegów. Pragnął jedynie by się odczepili, by zniknęli… mu z oczu. I to ,,zniknięcie” okazało się kluczem.

Dla niego to wspomnienie zaczyna się gdy pierwszy z oprawców leży już pobity do nieprzytomności przez silniejszego kompana. A ten, skoro nikt nie może go już powstrzymać zaczyna celować sam w siebie. Najpierw pięściami, potem skuteczniej… cyrklem. Mierzył, trzęsąc się, we własny brzuch. Vinny płakał. Darł się, by przestał, że nie może tego zrobić! I jednocześnie czuł, że to tylko i wyłącznie jego wina. Że on go do tego popycha. Że ma nad tym władzę…
Więc dlaczego nie może nic zrobić?!
Błagał siebie - nie mogło się przecież okazać, że chciał zabić kolegę! Nie chciał! Nie miał zamiaru wierzyć w coś takiego. Nie był potworem! Nie był!
Aż szpikulec przebił ciało.
Vinny był potworem.

⚜ ⚜ ⚜


Ale by uspokoić - koniec końców nie było tak źle - masakra masakrą, ale ostatecznie tylko 3 osoby brały w tym udział. Pobity napastnik doszedł do siebie wyjątkowo szybko, drugi zaś co prawda stracił oko - bo w nie ostatecznie wycelował - ale nic ponad to. Spokojnie żyli. Mają za napady na beksy, ot co.

Ale markotność i trwoga już się po szkole rozniosły. Wychowawcy gęsto musieli się tłumaczyć, jeden z nich odszedł z pracy w niewyjaśnionych okolicznościach, rodzice zaś stali się podejrzliwi. Kroki należało podjąć skrajne i bardzo wymowne, więc dla zaufania i chwilowego spokoju zapieczętowano całkowicie magię Vinny’ego.
Było to sensowne działanie - brakowało im doświadczonych magów, którzy mogliby go pilnować, a i on sam wpadł w jakiś rodzaj histerii. Nie chciał by ktokolwiek się zbliżał, nie chciał ich widzieć, słuchać, czuć! Siebie też nie. Czasami wydawało się, że zdrapie z siebie skórę, byle tylko uwolnić się od tego ,,złego Vincenta”, który potrafił kogoś celowo okaleczyć. Zwijał się na ziemi i płakał albo krzyczał o pomoc, chociaż tak bezskładnie, że nikt nie potrafił go zrozumieć i faktycznie udzielić mu wsparcia.

Tak właśnie wkroczył w wiek nastoletni.

Rok to właściwie była terapia mająca na celu poskładać go do kupy. Wtedy zainterweniowała już Elfka-matka i osobiście wyznaczyła mu nowych opiekunów, sama także poświęcając mu sporo uwagi. Miał ciekawe zdolności.
Ale nie był w stanie ich rozwinąć. Każda próba dyskusji na ten temat kończyła się napadem drgawek lub podobnymi wyskokami.
Powoli więc, pod czujną obserwacją wrócił Vincent do swojego dawnego zajęcia - do książek.

Siedzenie samotnie w czytelni, sączące się leniwie światło, cisza i rytmiczny szelest przekładanych stron. Żadnych tam znajomych, magii, szkół czy relacji - żadnych uczuć i najlepiej myśli. Trzeba zapamiętać wszystkie daty. Kolejność wydarzeń, stroje bohaterów, wiek i rodzaje ich szabli, imiona kochanek, córek i ich mężów. Nazwę każdej rośliny w 13 językach, liczbę stron każdej księgi na wszystkich półkach, na każdym regale w bibliotece. Nawet fikcyjne powieści Vinny przewertował, ale losy bohaterów burzyły jego spokój i kazały się zastanawiać… nie chciał myśleć o życiu!
Siedział więc jak we śnie, jak w transie, nad swoimi danymi, aż wiedział już wszystko co było do zapamiętania w bibliotece. Trochę czasu minęło, więc gdy w końcu wyszedł i spojrzał uważnej w lustro dostrzegł, że urósł. Zmieniła się jego twarz, uszy stały się jeszcze bardziej szpiczaste, spodnie przykrótkie, dłonie jakieś duże… i te pazury.
Patrzył z zażenowaniem i awersją na własne odbicie, widząc to co najgorsze na zewnątrz, jak i w środku. Szkaradna skorupka dla zepsutego wnętrza.
Ale nieważne. Nikogo nie musiało to obchodzić.

Choć oczywiście obchodziło - Vinny nie był sam wbrew własnym przekonaniom. W czasie tych lat spotykał się ze swoimi elfimi braćmi, rodziną z Pustej Doliny, a także korespondował z Nyią, która utknęła daleko od Kryształowego Królestwa. W swoich listach zaś zapewniał, że wszystko jest w porządku i ostatecznie nie zdradził się ze szczegółami. Wcześniej zaś o swoich wątpliwościach nie mówił Creightonowi - jednemu ze swoich półojców, gdy ten zjawił się na zastępstwie w klasie nie wiadomo skąd, a jeszcze nim Vinny przez swoją magię popadł w poważne kłopoty. Dajmy im teraz chwilę: tłumacząc dzieciakom podstawy astronomii wampir pokazał się od ciekawej strony, która Vincenta mocno zainspirowała - chciał się dowiedzieć więcej! Gdy więc rówieśnicy powyjeżdżali na wywczasy do domów, on zabrał się z Creigiem, by pobierać indywidualne nauki. I choć uczniem był idealnym to towarzyszem podróży już niezbyt - mało wytrzymały, lękliwy i gapowaty, w lesie co krok pakował się w tarapaty - a to usiadł na mrowisku, to dotknął trującego bluszczu, włożył przez pomyłkę nie tę jagodę do buzi, zajrzał do nory zamieszkanej przez wścieknięte zwierzątko lub ogólnie marudził po przejściu kilkudziesięciu kroków, że nogi go bolą i w ogóle dlaczego chodzą zamiast siedzieć i oddawać się rozwijaniu erudycji.
Ale tak łatwo nie było - i mała podróż z wampirem okazała się pierwszym prawdziwym szkoleniem dla chłopca (nie licząc potencjalnie zabójczych przygód jakie zafundowała mu Nyia). Ile z tego zapamiętał? Wszystko co się dało o fizyce i konstelacjach i praktycznie nic co tyczy się lasu i ogólnie pojętego przetrwania. Przez następne 15 lat każda jego wyprawa groziła połknięciem muchomora lub wpadnięciem we wnyki.

⚜ ⚜ ⚜


Kończąc dygresję - w końcu podrósł, uspokoił się i był gotowy przenieść się do nowej biblioteki, by tam w spokoju porastać mchem. Ale na szczęście nie pozwolono mu na to - miał rozpocząć porządną naukę na uniwersytecie. Dokładniej na ogólnoszkolącym kierunku dla młodych geniuszy - miał już tyle wiedzy, że tylko niedojrzałość emocjonalna mogła stanowić problem.
Istotki tam zebrane miały przeważnie 10-17 lat, więc mieścił się w tej kategorii. Pierwsze 3 lata przesiedział z nimi, choć zajęcia były mocno zindywidualizowane i ostatecznie więcej było lekcji prywatnych niż grupowego słuchania. Ogólnie jak to geniusze, czyli osoby w czymś wyraźnie upośledzone, większość miała własne problemy i nie zajmowała się sobą nawzajem. W atmosferze ignorowania znajomych, zabiegania i uwielbienia nauki Vincent… czuł się dobrze. Albo przynajmniej tak mu się zdawało. Rozwinął się bardzo jako przyszły naukowiec, ale niemal w ogóle jako osoba - z magią miał do czynienia tylko teoretycznie, nie próbowano jakoś wzmocnić jego psychiki i przywrócić mocy. Nie miał też za bardzo z kim rozmawiać o sprawach nielekcyjnych. Aż zdecydowano, że zacznie właściwą, uniwersytecką edukację.

Miał 15 lat i był zdecydowanie młodszy od większości nowych kolegów - jednak nie rzucało się to w oczy. Małomówny, zewnętrznie zrównoważony i nad wiek poważny nie odstawał od grupy inaczej niż wyglądem. Już przygotował się na następne lata w ciszy i duchowej izolacji, kiedy okazało się, że to ma wyglądać zupełnie nie tak.

Nowa grupa wiekowa i całkiem nowy świat - osoby rozumiejące twoje problemy, uśmiechające się i gotowe udzielić wsparcia nieproszone. Mężczyźni ustępowali pannom, słownictwo było grzeczne w niewymuszony sposób, zachowanie dojrzałe. Dzielenie się planami, zainteresowaniami i wątpliwościami ponad blatami do pisania wchodziło w skład dnia, tak jak witanie profesorów czy przerwa obiadowa. Vinny był jak odurzony i popełnił z początku parę gaf, ale zaadaptował się szybko, a jeszcze prędzej naprawdę docenił nowe otoczenie.
Nie umiał nijak tego okazać ani komu o tym powiedzieć - ostatecznie powysyłał listy, które powściągliwie skropił rodzącą się nadzieją.
Grupa także szybko zaakceptowała Vinniego - jego charakter, niepewność oraz wiedzę. Rozmawiali z nim bardzo swobodnie, wprawiając go za każdym razem w zdumienie - ale polubił to i w końcu uznał za słuszną normę. Tak, tak powinno być!
Chcąc się dostosować, powoli bo powoli, ale zaczął się w końcu otwierać. Uczył się odpowiadać i rozmawiać na codzienne tematy, zagadywać w odpowiednich momentach i właściwe osoby (choć to trochę potrwało). Ostatecznie można by powiedzieć, że ‘wyszedł na ludzi’, ale już miał swoje dziwactwa, które stały się permanentnymi cechami jego osobowości. Ogólnie uśmiechał się wtedy całkiem sporo, ale bardzo nieśmiało. Często robił pauzy między zdaniami i zamyślał się lub nagle odchodził od stolika. Zasadniczo nie okazywał entuzjazmu ani przesadnej radości - miewał też chwile mocnej melancholii i właśnie tak go postrzegano. Uważano przez to, że ma wrażliwą, artystyczną duszę, choć od sztuki trzymał się z daleka - nawet gdy próbował nie umiał jakoś oddać się temu zajęciu.
Stał się więc w końcu Naukowym Poetą i taka łatka przylgnęła do niego już na długie lata. Całkiem przyjemne zresztą choć i pełne wyzwań.

⚜ ⚜ ⚜


Uczelnia magiczna więc należało w końcu uwolnić swojego studenta i zacząć właściwie nad nim pracować. Vinny wcale nie był przekonany czy chce moce odzyskać, ale nie dyskutował - miał trochę wiedzy teoretycznej i ufał magom, pod których skrzydła trafił. W zasadzie to fascynowały go te zjawiska - chciał je poczuć i zrozumieć, na nowo ujarzmić - choć do tego wiodła długa droga.
Moce zwrócono mu, choć z ograniczeniami - musiał powoli przyzwyczajać się do dziedzin i własnych podświadomych pragnień. Przez wzgląd na sposób rzucania zaklęć zaczęto uczyć go o emocjach - ich podłożu, działaniu, przejawach. I wydało mu się to wcale nie mniej interesujące… w zasadzie skomplikowany świat uczuć i myśli był dla niego niczym olśnienie - to tłumaczyło tak wiele!
Bogatszy o pewne doświadczenia i nowe fascynacje starał się trzymać magię na wodzy i nie sprawiać problemów. Ale oczywiście nie zawsze mu się udawało - miał straszne wyrzuty sumienia i gotów był panikować za każdym razem, ale okazało się, że… wszyscy rozumieją. Sami mają problemy z własną magią. I pokazywali mu. Opowiadali jak ktoś niechcący spalił notatki czy powyginał oparcia - czasem zajęcza łapka zaczęła lewitować przy tablicy - to było normalne. I choć nikt nie lubił być kontrolowany przez Vinca to i się nie obrażali - byle nie stały za tym złe intencje.
I to właśnie środowisko pozwoliło Vinny’emu rozwinąć skrzydełka i nieco dorosnąć. Przestał być tak bojaźliwy czy niepewny - czuł się akceptowaną częścią większej całości i rozumiał, że to uczucie jest mu niezbędne do życia. Zrozumiał też jeszcze inną rzecz. Po kolejnym spotkaniu z Nyią.

Była zachwycona jak bardzo wydoroślał, choć upływ czasu mocno ją zaskoczył. Dostrzegła też w obliczu Vincenta pewne zmiany, których nie mogła odkryć w listach, ale nie naciskała, by jej opowiadał. I tak miał o czym…
Została w okolicy i często się widywali - nie chciała by zarywał noce, choć on i tak miał kłopoty ze snem. Podwójna natura dawała o sobie znać. I nie tylko ona… był już nastolatkiem, zastawiał się nad wieloma sprawami. I w końcu, choć długo zwlekał, zdecydował się zapytać o coś bardzo ważnego - Co zaszło między Nyią a jego ojcem?
Dlaczego nigdy go nie poznał?

⚜ ⚜ ⚜


- Pokłóciliście się?
- Nie Vini… nie pokłóciliśmy.
- Dlaczego więc nie mieszkamy razem?
Przez chwilę milczała. Ale wiedziała, że syn kiedyś ją spyta. Zafundowała mu nietypowe dzieciństwo. Bardzo niestandardową rodzinę. A o ojcu starała się nie wspominać. Wiedział jedynie, że żyje.
- Widzisz… - Wyjątkowo zabrakło jej słów.
- Jeśli źle cię traktował to powiedz. - Vinny zachęcał - Bez szczegółów. Chcę tylko wiedzieć.
- Nie, to nie tak!… Myślałeś, że go nie lubię?
- Nie widujecie się.
- … Masz rację. Przepraszam Vini. Nie byłam w stanie cię z nim zapoznać… a powinnam była. Być może. Szczerze mówiąc nie jestem pewna… - popatrzyła na niego - chciałbyś?
- Nie wiem.
- No tak… pewnie myślisz, że jest złym człowiekiem?
- Skoro nie, to dlaczego nigdy go nie widziałem? Nie mówisz o nim. ... Przepraszam, że pytam.
- Spokojnie! Masz prawo wiedzieć! Ja… bardzo kocham twojego ojca. Dlatego nie mówię o nim, nie wspominam. Bo bardzo za nim tęsknię.
- Przecież żyje?…
- Tak - Uśmiechnęła się przez gromadzące się łzy. - Żyje. I powinieneś móc go zobaczyć… po prostu ja… my… trudno byłoby nam się znowu spotkać. - przyznała - Czasami myślę, że jeśli znowu go zobaczę nigdy już nie odejdę. I gdby on poznał ciebie… aż boje się myśleć na jaką głupotę by się porwał! - Otarła oczy i spojrzała gdzieś w nocną dal. Gdzieś gdzie on nadal był. Daleko od niej.
- Nie rozumiem - Vinny jakoś nie odnajdywał się w skomplikowanej relacji - Skoro go kochasz… i on ciebie, to dlaczego nie możecie się spotkać?
Westchnęła z uśmiechem.
- To dlatego, że nie możemy żyć razem Vini. Znałam go i kochałam kiedy był jeszcze kawalerem… to zamożny człowiek, arystokrata. Potem został hrabią. I choć bardzo chcieliśmy, nie mógł się ze mną ożenić. Nawet gdy miałeś przyjść na świat… naprawdę, wiele byśmy dali żeby gdzieś uciec razem… powiedział, że jego marzeniem jest, by mieszkać z nami gdzieś w małej chatce przy lesie - znowu nie mogła powstrzymać łez, jak i pełnego miłości uśmiechu - Bardzo chciał… cię wychować. Naprawdę Vini... nie jest złym człowiekiem.
Chłopak długo analizował nowe wiadomości, ale nadal nie wszystko było jasne. Nie wszystko zamknięte.
- Skoro tak… - zastanawiał się - to dlaczego w końcu nie żyjecie razem? Skoro był bogaty… nie, ogólnie mógł robić co chciał, prawda? Byliście dorośli!
- Właśnie dlatego został - szepnęła czule. Pogłaskała syna po głowie.
- Po świecie krąży wiele romantycznych historii. Na pewno nie jedną słyszałeś. Może i sam czytałeś… opowieści w których para kochanków, nie ważne co by się działo, robiła wszystko by zostać razem… to ich jedyny cel, jedyne pragnienie. My też tak chcieliśmy. Ale Vinni; są jeszcze inni ludzie. Jego rodzina. Słudzy. Poddani. Współpracownicy… wszyscy na niego liczyli. Był mądry i elokwentny… miał zostać głową rodu odkąd był dzieckiem. A ja… oni się mnie bali. Jego rodzina to ludzie, nie zaakceptowaliby wampira… poza tym… - zrobiła pauzę - w końcu musiał się ożenić. Nie ze mną. Być może… choć naprawdę wolę o tym nie myśleć, mogłabym tam zostać i tak. Nadal trwać u jego boku. Tak się zdarza, ale, widzisz, nie potrafiłam tego zrobić innej kobiecie. Nie umiałam jej nie nienawidzić, ale to była taka dobra dziewczyna… wychowywana na damę, na żonę dla jakiegoś zamożnego szlachcica… trafił się jej naprawdę dobry małżonek - ścisnęło jej gardło, ale dalej mówiła z uśmiechem:
- To nie była jej wina. Ani jego. Ani moja. Zjawiłam się pewnie nie tam gdzie trzeba i zakochałam się w kimś, z kim nie mogłam spędzić reszty życia. Mogliśmy uciec jak mówiłeś, prawda, ale powiedz… co by się z nimi stało? Z całą jego rodziną, która wychowywała go i liczyła teraz na niego? Co z poddanymi, o których miał zamiar tak dobrze dbać? Życie wielu ludzi stałoby się bardzo niestabilne i chaotyczne gdyby nagle zniknął. A ona? Jak czułaby się, gdyby znaleziony jej małżonek po prostu uciekł? Czy ktoś inny wziąłby ją do siebie? Czy rodzina by się jej nie wyrzekła? To bardzo okrutny świat. Ta arystokracja. - zamyśliła się i spoważniała.
- Mogłam go im zabrać. Tym wszystkim ludziom. I dać tobie - popatrzyła na syna ze skruchą - zasługujesz na to. Ale nie byłam w stanie… nawet dla ciebie i dla mnie. Jest nas dwoje Vini, byłam pewna, że sobie poradzimy. Serce czasem każe nam być wielkimi egoistami - pogładziła go po policzku - ale to nie jest jego prawdziwa natura. Jeżeli umiesz kochać tylko jedną osobę… tylko dwie… to tak jakbyś nie potrafił w ogóle. - poważna czerwień matczynych oczu zdawała się go hipnotyzować - Nie możesz skrzywdzić tych którzy na tobie polegają; których życie zależy od ciebie, tylko dlatego, że ty tak chcesz. To żadna miłość. - Oznajmiła głucho - Dlatego wychowywałam cię sama. Z przyjaciółmi. I wszystkie te osoby są twoją rodziną. Choć nie jesteśmy spokrewnieni, choć może nie zawsze się zgadzamy, może nawet nie znamy aż tak dobrze. Jesteśmy gotowi sobie pomagać i wiele dla siebie zrobić. I choć oczywiście to wspaniale, kiedy możesz wieść harmonijne życie ze swoim ukochanym, to mi się nie udało. … Jeśli kiedyś będziesz chciał go poznać szukaj hrabstwa Flove przy Fargoth i hrabiego Vincenta - uśmiechnęła się, bo teraz dziwnie było jej się przyznać, że nazwała Vinny’ego po niedoszłym mężu. Była zbyt sentymentalna. - Weź też to - zdjęła z szyi złoty medalion i włożyła mu w dłoń.
- Jesteś do niego bardzo podobny - uśmiechnęła się z dumą, gdy otworzył wieczko i spojrzał na mały portrecik poważnie wyglądającego młodzieńca. Człowieka.
- Naprawdę nie chcę być myślał o nim źle. Mam nadzieję też, że nam wybaczysz… pewnie wolałbyś mieć normalną rodzinę i żebyśmy żyli gdzieś razem.
Ale pokręcił głową, zdecydowany. Jeszcze nigdy Nyia nie zaimponowała mu tak jak teraz. Początkowy żal, że nie był dość ważny by ojciec rzucił wszystko i się nim zajął wygłuszony został przez nowe prawdy i dziwną, niezrozumiałą dla chłopca dumę. Jego rodzice… byli wspaniali. I on też chciał taki być! Nie będzie więcej myślał tylko o sobie! Przecież do tej pory zawsze tylko na to zwracał uwagę - czy jemu dobrze, co sam myśli i co czuje. Aż się tego zawstydził. Nyia była imponująca. Jak wcześniej w jego oczach miała jakąś dziwną słabość, teraz, gdy poznał powody, stała się niezachwiana i silna. Daleko mu było do tej wspaniałej kobiety.

⚜ ⚜ ⚜


Ta nowa lekcja była kolejną przełomową w życiu Vincenta. Nie tylko dlatego, że poznał nieco lepiej własną rodzicielkę i swoją historię, ale i bo zburzyło to jego dotychczasowy system wartości. Resztki romantyzmu (jeżeli jakiekolwiek w nim były) wyparowały, a Vinny w następne lata doszedł do podstawowej formy swojej filozofii, w której każda istota jest z założenia tyle samo warta, liczy się więc bardziej ilość solidnych relacji i ich wpływ na egzystencję wielu jednostek niż subiektywne odczucia i wartościowanie pojedynczych z nich. Tak, to cały Vinny i jego romantyzm. Wszystko przez Nyię.

⚜ ⚜ ⚜


Po tym przełomie nastąpił długi okres, w którym charakter mu się szlifował, ale zasadniczo pozostał w niezmienionej formie. Pasywny i pomocny, był Vinny nadal nieśmiały i stronił od aktywności towarzyskich - znów skupił się na rozwijaniu relacji ze starszymi od siebie i statecznymi osobami, od których mógł się więcej dowiedzieć. Poświęcał się wielu dziedzinom nauki, konkurując nieco z Chanem, którego dogonił i zaczynając mocną (a jednostronną) rywalizację ze starszym bratem, Mournelianem, na punkcie której dostał niemal obsesji. Charyzmatyczny, doświadczony i z mało kogo robiący sobie cokolwiek elf był kolejnym wzorem dla dhampira, choć w zasadzie i tak byli już do siebie zastraszająco podobni - z tym, że Mournelian miał silną osobowość i bardziej chamski charakter. Pasję do nauki za to (choć czasem w rozbieżnych dziedzinach) podzielali. Jakimś sposobem dzielili też między siebie popularność wśród dziewczyn, na które obaj byli w zasadzie ślepi (więc zawiść odrzuconych młodzieńców także ich dosięgała). Jeśli mnie spytacie - nie mam pojęcia czym zasłużyli na taką uwagę, ale cóż - kobiety się nie znają.

Przez następne lata Vinny był przykładnym, choć nieco problematycznym studentem. Ostatecznie genialna pamięć nie zawsze przekłada się na rozumienie - niektóre nauki więc nie były dla niego łatwe, a przez zaawansowaną matematykę ze dwa razy by nie zdał. Potrafił bezbłędnie po znaku równości przepisać całe działanie na pół tablicy… w niezmienionej formie. I tak kilka razy. Tak łatwiej mu się myślało, kiedy nie mógł wymyślić nic. Poza tym nadal nie radził sobie ze swoimi mocami i musiał poświęcać im sporo uwagi. W innych z kolei przypadkach stawał się rozkoszą wykładowców, bo nie dość, że przygotowywał się przed zajęciami to jeszcze po jednym wykładzie wszystko zapamiętywał i zadawał cenne pytania. Niewiele minęło gdy sam mógł pewne prelekcje prowadzić, choć jakoś tego unikał. Wolał pracować w ciszy i samotności, a swoimi odkryciami dzielić się z osobami bardziej, a nie mniej doświadczonymi od niego.

Kiedy z Kryształowego przeniósł się do Adrionu zaczął studiować w prestiżowej akademii medycznej - choć nie miał w planach zostania ani lekarzem ani medykiem, wiedza o budowie ras i funkcjonowaniu organizmów bardzo mogła mu się przydać. Po kolejnych dziesięciu latach oddelegowano go do Rapsodii, gdzie skupił się na alchemii, zielarstwa a także magii, którą w końcu postanowił opanować. Inkantacjami. Myśl o panowaniu nad magią poprzez emocje porzucił - był na to chyba za mało stabilny. Inkantacje za to wielce mu przypadły do gustu - łączyły w sobie wszystko to w czym był dobry, a jednocześnie zaklęcia były jasne i klarowne. Przynajmniej z początku.

Po kolejnych latach wrócił do Adrionu gdzie kontynuował nauki - często przenosił się między oddziałami, stanowiskami i zespołami - wiele też podróżował, by zdobywać wiedzę praktyczną. Po skończeniu 50 lat wrócił do swojej Alma Mater w Kryształowym Królestwie, a potem na dobre zaczął wariować na punkcie badań. Rozpoczął własne projekty skupiając się na kulturze i rasologii, a jako stanowiska obserwacyjne upodobał sobie Nową Aerię, Soral, Naverith i Na’Zahir. Podróżując poznał też wiele innych miejsc i nawet pewnie przeżywał coś co można by nazwać przygodami. Zbratał się również z paroma wampirzymi rodami, w tym jednym słynącym z Kolonii Niewolników i dystrybucji krwi. Można różnie o tym myśleć, ale Vincentowi bardzo to pomogło w zbieraniu danych i… wie już gdzie się zaopatrywać.

Gdzieś w międzyczasie stracił nieco swojej wrażliwości - albo może zagłuszył ją dla własnego zdrowia psychicznego. Nigdy nie nauczył się panować nad uczuciami i przez słabą nad nimi kontrolę więcej było z nich szkody niż pożytku. Obojętniał więc stopniowo, ucząc się ignorować własne emocje i obserwując jedynie reakcje fizjologiczne. Już od dawna przestał traktować siebie jako centrum (nawet własnego) świata, więc łatwo poniewierał sobą dla wyższych celów. Po latach z nadwrażliwego młodzieńca stał się wręcz żywym narzędziem, gotowym robić rzeczy nie według każdego moralne; w imię nauki i poznania. Nigdy nie odrzucił empatii i współczucia, szanuje też stany emocjonalne innych stworzeń; ale istnieją też rzeczy i idee jego zdaniem ważniejsze (w ogólnym rozrachunku zgadzające się z ideą humanizmu). W swoim dążeniu do wiedzy i zrozumienia łączy scjentyzm, fenomenologię, natywizm czy idealizm nie skłaniając się ostatecznie ku żadnemu z nich, ale ze wszystkich czerpiąc (a trzeba zaznaczyć, że niektóre są sprzeczne). Bywały lata gdy bliżej mu było do pozytywisty, ale także i takie, w których grał raczej rolę stoika. Jednak ostatecznie w swoich przekonaniach pozostawał marnym stworzeniem, któremu brakuje mądrości i znajomość świata, by podejmować naprawdę ważne decyzje - chyba, że za ludzi 'głupszych' od niego lub z woli mędrców. Ostatecznie kto, jak nie oni, wie co należy robić? I kto, jak nie on, może to wykonać?

Nie omieszkał też poznać w końcu swojego ojca - choć chwilowo milczy na ten temat. Domyślam się jedynie, że darzy dziada szacunkiem, bo całkiem niedawno przewiesił jego portret z zakurzonego korytarza do gabinetu.

Tak czy inaczej - rywalizacja z bratem trwała, wiedzy zaś przybywało w zastraszającym tempie (chociażby dlatego, że poza jej zdobywaniem Vincent nie miał życia). Jednak nadal czegoś mu brakowało. Mimo wystarczającej kontroli nad magią chciał wiedzieć więcej. Zrozumieć dlaczego nie umie opanować wrodzonego sposobu rzucania zaklęć i dlaczego akurat przylgnęły do niego dziedziny umysłu i emocji. Jak działa to wszystko? I co powinien z tym zrobić?
Wtedy poznał jego.

To dla mnie trochę drażliwy temat, bo tym kimś był nie kto inny jak mój własny tato. Potężny wampir, mistrz nad mistrze w rozpirzaniu spokojnego życia! Tak, ekhem, mało sobie robi z zakazów czy nakazów. Mistrz tak umysłu jak emocji co potrafi kontrolować niemalże każdą żyjącą na łusce istotę i zrobić z nią co mu się podoba.
Dlatego było to zabójczo nudne.
Żył na uboczu, czekając przeważnie aż ofiary same do niego przyjdą, a angażował się w sprawy raczej niewielkiej wagi. Ponoć nie miał głowy do chaosu ani uciekania przed wściekniętym tłumem (nawet on ma jakieś ograniczenia). Dlatego czekał na dobrowolnych jeńców by zobaczyć czy zniszczyć im psychikę od razu, czy może jednak zostawić w spokoju i lepiej poznać.
Nie wiem na jakiej zasadzie do kogoś zaczyna czuć sympatię, a kiedy planować zabawy z udziałem naiwniaka, ale niestety Vincent go zainteresował i pozostał nietknięty. Nie znałem jeszcze wtedy tego elfo-dhampira, więc pewnego dnia stanąłem po prostu przed faktem, że jest oczkiem w głowie ojca. Jaka to była relacja… nie chcę się domyślać, bo wkurza mnie, że ktoś na tacie mógł położyć ręce. Dla Juliusza został Mistrzem mimo ich odmiennych filozofii i charakterów. Jeden z nich pragnął akceptacji i zasadniczo nie łamał reguł, drugi był odizolowany i sam stanowił swoje prawa. Obaj umieli mieszać w umysłach. Obaj potrafili eksperymentować na innych. Dla obu moralność była kwestią umowną. Obaj potrzebowali czegoś co trudno im było zdobyć. I obaj się szanowali.
Tatko opowiedział mu wiele o magii, dziedzinach, jak i samych ludziach. Ogólnie uczył go życia. A jego osobiste nie należało do tych tuzinkowych. I tak cholerny Vincent dowiedział się o moim ojcu więcej niż ja. Żyli tak całe lata - i ani Vinc go sobą nie znudził, ani nie sprowokował do pociachania go na kawałeczki. Coś ojciec musiał w nim widzieć, bo kiedy się w końcu rozstali, wydał mi jedno polecenie - bym od tej pory strzegł życia Julka.
Roze z resztą, mojej siostry też to nie ominęło - i tak zaczęliśmy krążyć za nim jak cienie, jeszcze wtedy nie wychylając się zbytnio.


~ ⚜ ⚜ ⚜ VINCENT IULIUS EEVELLYN DEL FLOVE ⚜ ⚜ ⚜ ~


Widzieliśmy jak wraca do rodzinnego hrabstwa, by utrzymać jakiś kontakt z rodziną, jak zajmuje się handlem, dalej jeździ po świecie i wpada w kłopoty, z których musieliśmy go wyciągać (chociażby spotkanie z łowcami ‘potworów’ Roselilami było emocjonujące). Długo nie wiedział kim i czemu jesteśmy, ale przyzwyczaił się do nas. A gdy w końcu zamieszkał w Fargoth, w rodzinnej kamienicy, którą mu z łaski podarowali (w końcu od pewnego czasu nosił ich nazwisko!) i my się tam osiedliliśmy.
I jakoś się to kręciło - chcąc nie chcąc poznaliśmy się i zaczęliśmy na dobrą sprawę żyć we trójkę, choć na odległość. I w sumie zostało nam tylko czekać na kolejny przewrót w naszym chaotycznie poukładanym życiu - a była nim Mimi.

Trudno powiedzieć jak ważna dla Vincenta się stała i od kiedy, ale ja cieszyłem się gdy tylko przybyła. Przeurocza dziewczyna! Choć czuję, że ta znajomość nie skończy się dla mnie za dobrze. Tak czy inaczej - kiedy już nieco czasu minęło zaczęliśmy podróżować w 3-4 osoby. Vinny, Mimi i obowiązkowo ja lub Roze. Vincent wyciąga Mim nawet kiedy nie trzeba, a im dłużej się znają tym trudniej ich od siebie odkleić - nawet jeżeli mało jest to rozsądne. Z drugiej strony - czemu nie mielibyśmy trzymać się wszyscy razem?

Tym bardziej, że teraz mieszkamy wspólnie!


~ ⚜ ⚜ ⚜ HRABIA VINCENT IULIUS EEVELLYN DEL ASCANT-FLOVE ⚜ ⚜ ⚜ ~


Mówiłem już jak to było, prawda? Główna linia rodu del Flove (obecnie del Ascant-Flove przez połączenie dwóch hrabstw i rodów) wygasła i pozostał im tylko Vinny. Na dobrą sprawę mogli pokombinować i zatrzymać władzę dla siebie, bo Vincowi wcale do niej nie było spieszno. Ale rodzina popadła w tarapaty i potrzebowali kogoś mądrego i wytrwałego, kto by to odkręcił - stuletni dhampir-naukowiec stroniący od rozpusty i zaszczytów wydał się więc nawet dobrym kandydatem.
Zgodził się - dla rodziny i wszystkich tych ludzi, o których teraz musi myśleć i dbać.
Przyjął stosowne nauki (ta, akurat! Się dopiero uczy frędzel jeden!), otrzymał tytuł hrabiowski, poprzysiągł lojalność i…
przeprowadziliśmy się do zaczepistej posiadłości, z rodowym pałacem, który teraz regularnie przystraja Mimi, niczym pani na dworze.

Większość rzeczy nadal nie jest ustalona - rodzina Vinni’ego jest całkiem spora i ma bardzo podzielone opinie na temat wszystkiego (z samym dhampirem na czele). On zaś nie jest jeszcze wcale porządnym arystokratą. Wiele kontrowersji budzi też pozycja Mimi, która jest to ni swawolną przyjaciółką, ni ułożoną gosposią - w ogóle nie wiadomo czym, ale nie mieszka ze służbą, a wraz z nami w piano nobile. Z nami… to też był problem, bo Roze jest nieco niestandardowa jeżeli o przyzwyczajenia i zachowanie chodzi, no i oboje jesteśmy nieumarłymi… więcej krwiopijców pod jednym dachem! Ale nie mogą odmówić nam przydatności - w końcu to ja szkolę Vincenta na godnego hrabiego, a Roze jest urodzoną arystokratką i ma wiele talentów.
I tak zaczynamy przyzwyczajać się do nowej sytuacji i wymagań jakie stawia przed nami wejście w kręgi ludzkiej śmietanki. Ciekawe czy będzie zabawnie?


~ ⚜ ⚜ ⚜ VINNY I ZNAJOMOŚCI ⚜ ⚜ ⚜ ~


Mały dodatek na koniec. Vinc to ten irytujący typ co nie znosi jak skraca się jego imię (od młodości!) i gotów jest niemal zawsze poprawiać jeśli nazwie się go inaczej niż Vincent, ale mimo tego ma swoich przyjaciół. Oto kilkoro z tych, którzy z nim wytrzymali (+ kilka przelotnych, a jakże pouczających znajomości):

Wilhelmina Earhart - Mimi… cudowne stworzenie, a dla niego przyjaciółka (?) czy też uczennica (?). Są całkiem zżyci - nie sądzę aby za sobą szaleli, ale umieją żyć razem; a może nie umieją oddzielnie. Wampir ich wie. Darzą się wzajemnym szacunkiem i każde z nich rządzi na swoim terenie - Mim w kuchni i w domu, Vinc w temacie magii… może też gdzieś dalej. Obaj uwielbiamy jej wypieki.

Creighton Fimattiqu - Przyjaciel jego matki, chwilowy opiekun w młodości… praktycznie członek rodziny. Mimo różnicy wieku doceniają swoją wiedzę i umiejętności. Nie widują się często, ale bywają w kontakcie - choć jeszcze sporo mogliby się o sobie dowiedzieć…

Lucy - Nill Wassley, Kawiarz z wyspy Lariv, a przy tym wilkołak i były człowiek. Opowiedział Vinny’emu wiele o wyspiarskich rasach i zwyczajach, a także (zapytany) o swoich przemianach. Według dhampira ciekawy przypadek. Dziwnie szybko znaleźli nić porozumienia - łatwo im ze sobą rozmawiać, choć trudno pozbyć się wrażenia, że 31 letni wilk jest tutaj starszy. Piszą do siebie, choć kto wie o czym - Lucy pewnie donosi mu o wydarzeniach czy osobnikach jacy nawiedzają jego zajazd, a także naciąga go na literaturę.

Marika Ragrafford - Spotkali się na wyspie Lariv, w zajeździe wyżej wspomnianego wilkołaka - była na wyjeździe, ale szybko zaprzyjaźniła się z Mimi. Z Vincem nie rozmawiała wiele i nie o wszystko dała się wypytać, ale on zdaje sobie sprawę z jej istnienia - i chce się dowiedzieć dlaczego mimo możliwości posiadania ludzkiego działa przybiera formę tyciej antropomorfki.

Lottana Vasco - Stosunkowo młoda jak na swoją rasę, przytępa czarodziejka. Razem z Vinnym są jak dzieci we mgle - niemal jak bliźnięta. On nie zawsze wie co dookoła niego się dzieje i ona też nie. Mogą razem podróżować bo się lubią, ale zwykle kończy się to tak, że zamiast gdzieś trafić błądzą po jakiś odludziach - on cierpi z dala od cywilizacji, ale Lotta się nim zajmuje - przyniesie mu tyle surowego mięsa ile chce! Nie wiem jak daleko sięga ich relacja, ale jestem niemal pewien, że mimo jej częstej nagości i obłapiania dhampira są niewinni jak porzucone niemowlęta. Gdyby to nie było szkodliwe dla otoczenia pewnie mogliby się nawzajem adoptować.

Vera Claire Minova - Niezwykle utalentowana, elfia skrzypaczka z Nowej Aerii. Przyjaciółka Mimi - bywali razem na jej koncertach - Vinny podziwia ją jako artystkę, choć mało zna.

Floriana Crux - Zna za to Florkę, charakterną panterołaczkę prowadzącą własną herbaciarnię. Z Mimi i Verą przeważnie trzymają się razem, ale ta akurat złapała Vinca na osobności. Lubi poić go herbatą, a Vinny zadawać jej pytania - o rasę, barwniki do włosów, a nawet o zioła. Wyjątkowo dobrze się dogadują, a Vinc od czasu do czasu coś jej przesyła. Uważa ją za jedną z ważniejszych młodych znajomych i chyba bardzo odpowiada mu jej charakter. Chętnie widywałby ją nieco częściej.

Rael Biennevanto - Błogosławiona, więc ciekawa dla niego osoba - ze względu na konwenanse i jej pochodzenie musiał podchodzić do niej bardzo ostrożnie, ale z odrobiną taktu zdobył sporo z potrzebnych mu danych (a nawet widział jej skrzydełka kiedy założyła elegancką suknię!). Lubi z nią pisać, więc chociaż się nie widują często wymieniają korespondencje.

Saskia Lethsalu - Spotkanie czarodziejki w bibliotece nie powinno być zaskoczeniem - za to o dziwo nie zignorowała dhampira i skończyli na długich dyskusjach na tematy filozoficzno-historyczne okraszone magią. Choć oboje ładni, mam wrażenie, że jakoś się odpychali. Jednak w razie czego pewnie byliby w stanie podać sobie pomocną dłoń. No i już sporo się od niej dowiedział.

Rayruu - Smoczyca, która cudem go nie okradła, bo nie miała z czego. Spotkali się kiedy był bardzo młody i namolnie, choć z wprawą zadawał pytania (jeszcze bardziej namolnie niż teraz, jeśli to kogoś ciekawi). W trakcie rozmów wyciągnął z kobiety wiele mądrości, choć sama nie robiła za nauczycielkę - po prostu odpowiadała. Było to jego pierwsze spotkanie ze smokiem i szczerze mówiąc wspomina je z pewną nostalgią. Choć nie zajmuje się już za bardzo tą rasą, wtedy był jej niezwykle ciekawy i zaczął wyrabiać sobie opinię na jej temat (a dzięki Ruu do dziś uważa, że smoki z natury są chciwe).

Kvaser - Vinny poznał go jako uczniak. Wyższej uczelni, ale zawsze - ich spotkanie skończyło się silną przyjaźnią, jedną z ważniejszych dla Vincenta, którą niestety nieco zatarł czas. Ale wiele ich łączyło. Obaj nieczystokrwiści mieli się czym dzielić, a Vinny na ten czas naprawdę potrzebował kogoś z kim mógłby podyskutować… lub chociaż posiedzieć w niemym porozumieniu. Z początku mówili głównie o magii, zwłaszcza nim zaczęli zdradzać informacje prywatne, ale kiedy już się wciągnęli i otworzyli okazało się, że od tej pory będą mogli na siebie liczyć. To ten gość pokazał Vincowi jak fascynującą i pouczającą dziedziną jest filozofia, co zaowocowało później jego dążeniem do poznania rozlicznych jej odmian, a także wyjaśniania i kształtowania własnych poglądów w zupełnie nowy sposób. Do dzisiaj Vinny nie waży się zapomnieć przyjaciela - chociaż to już dekady minęły od ostatniego listu…

Róża, Olivia, Maggi - Młode trojaczki o śnieżnobiałych włosach. Córki panterołaczki Adiraelli, nadal szukające matki - Vinny wpadł na nie przypadkiem i został za to postrzelony (miły początek znajomości). Gdy okazało się, że nie jest wrogiem opatrzyły go w ramach zadościuczynienia. Róża zajmowała się sztuką, Olivia strzelała do nieznajomych mężczyzn, a Maggi… interesowała się magią. Vinc nie ma serca z kamienia, ale chyba dlatego właśnie bardziej zainteresował się ich losem - wziął nawet Mag na krótkie szkolenie. siostry jakoś ją puściły (może dlatego, że dhampir nie jest zbyt groźny), a on nawet odnalazł się w nauczaniu ledwie nastoletniej istoty. Miał nadzieję, że będzie umiała sobie dalej poradzić i pewnego dnia wiedza jaką jej przekazał okaże się przydatna. Czasem nadal zastanawia się co się z siostrami dzieje. Trochę zaangażował się w poszukiwania ich matki.

Xenja, Arista i Asteria - Czteroręka kobieta? Rogate dzieci przemienionej i elfa? Kiedy wpadł na nie w porcie w godzinach nocnych już wiedział, że do rana nie puści - tak wyjątkowe istoty są ozdobą jego notatek i spisu rasowych fenomenów! Znaczy… polubił je ze względu na charakter choć… nie, Vincent jest beznadziejnym przypadkiem jeżeli chodzi o miłość do własnych badań - ale chętnie natknął by się na tych piratów raz jeszcze i poznał całą załogę. Już mniejsza co robią - są doprawdy fascynujący…

Medard Alaric Ulric książę von Karnstein de Nasfiret - Tego pana nigdy nie poznał osobiście, ale zaintrygowany jest Karnsteinem jak i ostatnio - sprawowaniem władzy. Sam podsunąłem mu wampira (wampira!) jako jeden z przykładów do nauki. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Z księstwa sprowadza platynę i kość słoniową.

Dane gracza: Vinny

Nazwa użytkownika:
Vinny
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta, Rosa,
Martwe postacie:
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Wt sty 01, 2019 4:14 pm
Ostatnia wizyta:
So lut 23, 2019 12:36 am
Liczba postów:
2 | Znajdź posty użytkownika
(0.00% wszystkich postów / 0.03 posty dziennie)
Ostatni post:
Prośby o sprawdzenie KP
Śr lut 27, 2019 12:32 am
Najaktywniejszy w dziale:
Góra Przeznaczenia
(Posty: 1 / 50.00% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Poszukiwany/Poszukiwana
(Posty: 1 / 50.00% postów użytkownika)

Podpis

Pisany przy Nothing But Thieves

WYZNAWCA (themka)
cron