Profil użytkownika Kuna

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Kuna (Vianna)
Rasa: Czarodziejka
Wiek: 50 lat (fizycznie 15)


Aura

Słabiutka i delikatna aura lśni soczystym i wciąż młodym szmaragdem. Nie jest on jednak lity, zawiera w sobie delikatnie obsydianowe centra wokół których reszta połysku pływa i kotłuje się, zupełnie jakby dopiero następne lata miały poświatę ukształtować i zadecydować o jej ostatecznym wyglądzie. Jej psotne iskierki odbijają się jaskrawie w splotach srebra i cyny, podczas gdy w oddali słychać delikatne grzmoty i uderzenie kowalskiego młota. Mieszają się one ze sobą by zniknąć pod głęboką melodią, która zaniknie niewiele później. Wyczuwa się tu bardzo subtelny zapach potu, i chociaż wydaje się on być nieco mylącym, choć by się chciało nie można mu nawet przez chwilę zarzucić braku prawdziwości. Emanacja ma w sobie trochę całkiem twardych fragmentów pomieszanych z gładko chropowatą mozaiką. A giętka to ona jest niczym sama łasica, ucieka i zmyka spod palców, ledwo dając ci dokończyć jej oględziny, mało co nie kalecząc cię swoimi ostrymi krawędziami. Smak jej zdaje się być lekko suchym, o delikatnie pikantnym posmaku, który ubarwiony jest nikłymi nutkami słodyczy.


Wygląd

Jakby ktoś pytał mnie jak wyglądam odpowiedziałabym - zwyczajnie. Bo nie mam ani żadnych wyjątkowych mankamentów urody, ani żadnych pozytywnych cech, które by mnie wyróżniały, choć tak jak ja, wyglądam tylko ja - Kuna.

Nie rzucam się w oczy, bo nie jestem wyjątkowo niska, ani też zanadto wysoka (161 cm). Z budowy to raczej ze mnie smukła flądra i przypominam młodego chłopca, co jak sądzę minie mi z wiekiem. Nogi, ręce, szyja i tułów wydają się długie i są chude dość, choć dbam o to, by miały porządny zarys, ha! Kiedyś dorobię się prawdziwych mięśni, a wtedy będę mogła się lać z kim trzeba. Póki co przesadnej siły nie mam, raczej kondycję i to mi wystarcza. Jeśli mam być szczera różnice między kobietami, a mężczyznami guzik mnie obchodzą, dlatego wybieram stroje, które są dla mnie wygodne, a nie, które moją pozycję w oczach ludzi zmieniłyby na lepszą. O płciach zaś wspomniałam, bo moje ubranka pożyczam sobie od chłopców lub biorę przyduże łachmanki starszych dziewcząt, wszystko jedno. W lato ma być przewiewne, w zimie… również niezbyt warstwowe, bo chodzi o to aby nic nie ograniczało mi ruchów. Nie znoszę tego. Gdyby nie niewłaściwe spojrzenia chodziłabym naga, ale tak to po co się wydurniać. Lubię więc wszystko na ramiączkach i krótkie lub szerokie spodenki. Nie noszę żadnych dodatków o ile nie mają praktycznego zastosowania, a choć większość wymyślonych przez ludzkość jakieś ma, to nie dla mnie. Mogę nosić sakiewki na sznurku lub pasku, albo cacaną magiczną bransoletkę (nie mam takiej), ale nie potrzebuję niczego na kształt zbroi, pancerzy, a ochraniaczy nie mam bo po pierwsze nie stać mnie, a po drugie ciężkie są, a moim atutem jest szybkość i zręczna ucieczka w razie kłopotów lub ochoty. Ozdoby pogubiłabym lub zahaczyłyby się o coś i tyle z nich pożytku. Kieszenie są miłe, kieszenie lubię, ale nadal lepsze są sznurowane sakiewki, bo nic z nich nie wypadnie. Chyba, że masz kieszeń z guzikiem, ale kto u mnie widział guziki! Doszyć sobie mogę co najwyżej jaką kostkę zwierzęcą, pętelkę dorobić i tak zapinać. Tak, to w sumie niezły pomysł jest!

Ruszam się jak większość młodocianych - żywo, sprawnie, niekiedy lekko nerwowo lub chaotycznie. Rozciągnięta jestem jak mało kto (z tych, których znam), a wspinanie się na balkony, bramy czy ogrodzenia to dla mnie chleb powszedni. Przejść przez czyjś ogródek milej niż ulicą, tam brudno aż szkoda patrzeć, a tu? Kwiaty, trawka, grządeczki… niekiedy moje ślady, ale staram się nie bałaganić. Czasem wypocznę u kogoś na tarasie, ale słowo daję, że zostawiam wszystko jak zastałam! Może coś ze szklaneczki dopiję, a to tyle. Ostatecznie jak nie ja to muchy, a tym maluchom to szkoda cokolwiek oddawać.

Gestykuluję jak mi się podoba - nie przesadnie, nie za mało, choć podobno mową ciała wyjątkowo mało się zdradzam. Tak mi jeden z braciszków powiedział. ,,Co ci chodzi po głowie?” spytał ,,Bo jak tak na ciebie patrzę, to nigdy nie wiem, czy ty poważnie mówisz, czy sobie żarty stroisz.”

Ja też nie wiem co wtedy myślałam, więc trudno mi powiedzieć. Mówią, że patrzę się kpiarsko i tak jakby mnie ludzkie zdanie nie obchodziło. Jak zwierzątko, które chodzi swoimi ścieżkami i w nosi ma czy na tej ścieżce stoi właśnie jabłonka czy czyjaś posesja. Ale przerazić się też umiem jak mnie kto pogoni. I śmiać się. Lubię się śmiać. I uśmiechać - nawet jeśli głównie łobuzersko. No już nic nie poradzę - taką twarz mam to takiej używam. Mi się podoba, moja jest.

Owalna trochę, dziewczęca i pełna z bladymi, szerokimi ustami, zgrabnym, krótkim noskiem i niewydatnym podbródkiem. Często mam na policzkach rumieńce, bo robią mi się tak od ekscytacji jak i najlżejszego wysiłku - pół twarzy potrafią mi zalać, ale szybko też bledną, choć znikają zupełnie tylko jak dłuższy czas siedzę bez pomysłów lub śpię. Co do ust to uśmieszek zadowolenia jest w nie już wpisany - kąciki naturalnie do góry mi idą, lekko co prawda, ale skutecznie. Oczy mam całkiem duże i podłużne z lekka, a tęczówki wyjątkowego moim zdaniem koloru. To taki niebieski z fioletem. Blady. Jak to szło?… Nie no, właśnie taki. Nie będę poetyzować skoro nie umiem. Może kiedyś jaki przemiły poeta powie mi jak to po ichniemu się nazywa. Albo jakiś ogrodnik?

Ludzie często zwracają uwagę na rzęsy, ale u mnie nie są jakieś niezwykle długie - i tak spełniają swoją podstawową funkcję, więc po co więcej i bardziej? Kiedyś będę jeszcze nimi łapała mężczyzn, ale na to przyjdzie czas.

Nad oczami mam cienkie brwi, a jakże, dość proste, ściągające się niekiedy wewnętrzną krawędzią do góry lub w dół - ponoć jednak częściej je unoszę iż marszczę. Chyba to może być prawda.

Jako, że słabo widzę czasem przymykam powieki jeśli próbuję się czemuś przyjrzeć, ale takie mrużenie znowu tak dużo nie daje.
Włosy ścinam zwykle dość krótko i nierówno, a noszę potargane i w nieładzie - puszyste są dosyć i lubią się kołtunić, więc co ja poradzę? Są popielato brązowe i miłe w dotyku o ile nie zaplątały się w nie żadne gałązki lub trujące żuki.

Mój głos jest przenikliwy i nieco szorstki, wręcz suchy, może i nieco skrzekliwy, a przy tym na swój sposób melodyjny. Nie mam jednak zbyt pięknej barwy do śpiewania, ale to nie znaczy, że będę się tym zanadto przejmować. Grunt, że nie fałszuję, a kiedy chcę to mnie i z daleka usłyszą.

Nie wspomniałam jeszcze o dłoniach, a je także mam - nieduże, zgrabne, o długich paluszkach i brudnych paznokciach - oraz stopach - długich i smukłych i także przybrudzonych. W ogóle często jestem umorusana ziemią, pyłami czy sokami roślin - jak jest sposobność to się umyję i przepiorę wdzianko, ale jak nie to nie. Nie śmierdzę jakoś karygodnie chyba, a przynajmniej nie ponad to jak wonieją mieszkańcy miast. Przynajmniej nie przegrzewam się w przydługich ubrankach. Staram się tylko regularnie przemywać rany czy zadrapania - wiem, że z tym nie ma żartów. Poza tym odrobina łoju i brudu nikomu (chyba) nie zaszkodziła. Jak będę chciała to się wyszorować mogę i wodą kwiatową, ale szczerze mówiąc jakoś nie lubię być przesadnie czysta. To jakieś takie aż nadto wydumane jest… niepokojące. Czyści ludzie często knują.

ale dość o nich, a więcej o mnie - skoro byliśmy przy skórze to nadmienię, że karnację mam nieco nadbrzeżną, bo śniadą i łatwo się opalam, słońce natomiast nie jest mi znowu aż takie straszne. Mam na ciele trochę blizn, mniejszych czy większych, przeważnie pamiątki po moich wybrykach i nieudanych próbach dostania się gdzieś lub na coś, ale giną pod pudrującym nalotem otoczenia. Fajnie nie?


Charakter

Podobno jak ktoś o sobie mówi to zawsze podkręci coś w jakąś stronę. A to doda sobie zalet i powabów, a to pchany nieśmiałością przesadnie uskromni swój charakterek. Ja tak nie zrobię. Tak myślę. A przynajmniej się postaram - będę szczera, bo jestem szczera i nieco krytyczna… bo taka też jestem. A nie ma chyba sensu tutaj niczego ukrywać, prawda? No, to się dogadamy!

Kiedy spotykam jakąś nową osobę to zależenie od aury (jej aury) mówię o sobie dużo lub mało. Potrafię uparcie milczeć i wymigiwać się od odpowiedzi jak komu nie ufam, ale i rozgadać o sobie jak kogoś polubię. Nie ma dla mnie znaczenia wtedy czy będzie starszy czy młodszy (z tym wiekiem to w ogóle jakieś straszne zawirowania są u nas) ani co tam będzie robił - grunt, żebyśmy czuli się dobrze w swoim towarzystwie.

Załóżmy więc, że ci ufam - i stoję teraz przed tobą jako Vianna, nie do końca człowiek. Bo nie jestem człowiekiem. I mogę się chyba przyznać, że nie wiem czym jestem - czymś co długo żyje i wolno się starzeje i w sumie tyle. Nie mam pojęcia ile jeszcze będzie trwała moja młodość, niemalże dzieciństwo, ale jakoś za bardzo się tym nie przejmuję - żyję raczej z dnia na dzień, nie planując zbyt wiele. Bo i co mogłabym planować?

Nie mam żadnego zawodu, ani stałego miejsca zamieszkania. Robię to co chcę i kiedy chcę, a także gdzie chcę. Ale w granicach rozsądku.
Przyzwyczaiłam się żyć wśród ludzi i im podobnych, w Nowej Aerii i potrafię trzymać się tamtejszych zasad, a one są różnorodne zależnie od dzielnicy. Znam je, pamiętam i staram się nie drażnić nikogo, kto drażniony nie powinien być. Unikam silniejszych typków spod ciemnej rozgwiazdy, ale od jakiegoś czasu lubię sobie poprzepłaszać rzezimieszków, którzy wiem, że przegrają z moją malutką magią. Jednak normalnie nie wchodzę im w drogę. Ludzie bez sumienia są straszni i groźni bez względu na to ile umieją. A ja… ja nie chcę się denerwować, że coś może się na mnie czaić za zaułkiem. Tyle ostrożności ile mi już z przyzwyczajenia siedzi we krwi wystarcza mi dla reszty i nie potrzebuję zawracać sobie głowy bardziej.
Zwykle nikt mnie nie ściga, bo jak wspomniałam - unikam kłopotów. Owszem, przechodzę przez cudze posesje jak przez ulicę, ale komu to robi krzywdę? Ja na pewno nikomu nic nie robię. Lubię czuć swobodę, ale nie jestem ani wredna (nazbyt) ani głupia - nikogo nie okradam (z resztą nie muszę), ani nic nie pożyczam bez pozwolenia. Lubię prosić o pozwolenie o nocleg w ogródku, bo mam już gdzieniegdzie reputację nieszkodliwego stworzonka. I tak, ludzie wpuszczają mnie do siebie - czasem za nic czasem za pomoc. A jak obiecam, że pomogę to słowa na wampirzy bank dotrzymam! Nie zwykłam kłamać ani oszukiwać - z chłopakami czasem się pobije, ale to tak dla ustalenia porządku i odpowiedniej hierarchii. Choć nie kleję się do wszystkich ludzi potrzebujących pomocy to nie omijam ich - jeśli moje bezdomne umorusanie nie będzie mi przeszkadzać to i na drugi koniec miasta z nimi pójdę! Bo czemu nie?
Nie ograniczają mnie żadne zajęcia (przeważnie), chyba, że sama sobie coś ustalę. Żyję ze zbierania drobnych upominków, śmieci i darów natury czego sporo jest poza miastem. Mogę też dożywiać się energią, jestem więc w pewien sposób przez los uprzywilejowana.
Mam ‘swoich’, o których dbam, reszta nie tyle co mnie nie obchodzi co wiem, że różnie mogą się do mnie odnosić. Nie jestem kimś na czyj widok rozwiera się ręce i krzyczy… coś bardzo pochlebnego. Jestem dzieciakiem z ulicy, w dodatku część mieszkańców pamięta mnie zza swych młodych lat. Więc wiedzą, że zwykłym człowiekiem być nie mogę - mało kto w tym mieście zwraca na to uwagę, ale niekiedy czujność wzrasta. Były nawet przypadki, że uważano mnie za zjawę!
Kręcę się po ulicach trochę omijając strażników, choć mam takiego jednego swojego ulubieńca co znam go od dzieciaka. Prowadziłam go do szkoły jak był jeszcze smarkiem, a teraz - ha! Jest taki duży, silny i wąsaty! Ale spróbowałby mnie tknąć!
Ze wszystkim staram się koegzystować. Rasy są różne, osobnicy z nich są odmienni, jest wiele budowli, wynalazków, roślin i ziwrząt. Są pory roku i pogoda. I tak ma być, tak właśnie jest w porządku. Nie narzekam na nic.
No dobrze, zdarza mi się. Bywam nawet trochę kapryśna i marudna, ale przede wszystkim cięta na osoby, które mi nie podpasują lub za wysoko zadzierają nosa. Bo wszyscy jesteśmy równi, nie? Choć każdy ma inną pozycję i zajęcie to ostatecznie życie zaczyna się i kończy zawsze tak samo. Ale obawiam się, że niektórzy o tym zapominają.

Pomijając ludzką tępotę lub zafiksowanie przeróżnych person na zadziwiających błahostkach takich jak władza, pieniądze czy luksusy (a nie kiedy posiadanie jednego, konkretnego przedmiotu!) to sądzę, że rozumne rasy są naprawdę fajne i pożyteczne. Lubię w zasadzie wszystkich. Poza naprawdę złymi gośćmi. Słyszałam też bardzo nieprzychylne opowiaski o wampirach, demonach i mieszkańcach piekła i w sumie ich zaliczam chyba do zupełnie odmiennej kategorii.

Choć dbam o swoje zdrowie i jakiśtam komfort to w sumie do większości spraw podchodzę z godną pozazdroszczenia niefrasobliwością. Póki nikt z głodu nie ginie póty jest w porządku, świat kręci się dalej, a my powinniśmy korzystać! Mogę zagadywać nieznajomych, plątać gdzie mi się podoba, patrzeć na burze, wschody i zachody słońca, wybierać się nad rzeczkę i uczyć różnych drobnostek, które zawsze lepiej w zanadrzu mieć. Muszę przyznać, że już nie jestem naiwna, wiem jak działa świat, ale czasem czuję, że to co dzieje się dookoła mnie nie dotyczy. Żadne układy, ceny, rodzinne porachunki, zmiana władzy, poglądy kogośtam z domku naprzeciwko… jeśli nie są to klęski nieurodzaju nie widzę w tym większego zagrożenia. I inni też rozumieją, że to mnie nie dotyczy.
Gdy idę ulicą poznają, że ja to ja i idziemy dalej. Wiem, kto za mną przepada, w jakich dzielnicach będę witana jak w domu i gdzie się nie zapuszczać po zmroku. Jak znudzi mi się miasto to opuszczę je na jakiś czas. Albo ktoś na wsi przyjmie mnie do pomocy albo ulokuję się w stodole i będę grać mu na nerwach, by zobaczyć gdzie stoją granice. Ale i tak myślę, że tym samotnym ludziom to umilam czas. Mam w końcu młodość, charakterek, a ogólnie to jestem porządną dziewczyną - kto jak kto, ale oni bardzo to doceniają, bo do pewnych rzeczy tęsknią.

Umiem z resztą nie tylko trzepotać jęzorem, ale i słuchać. I słyszę dużo historii. Różnych. I widzę niektóre przez tę moją moc… dlatego właśnie wiem tak dużo, choć nie wszystko potrafię pojąć. Mogę być wiernym słuchaczem, pomocnikiem i przyjaciółką - moi znajomi cenią mnie, a ja ich. Ale potrafię być też rywalem lub konkurentem, bo choć na dużo spraw macham tylko ręką to nie lubię jak się robi ze mnie smarkacza (a już zwłaszcza jak robią to chłopcy młodsi ode mnie). Skoro omijają mnie przepisy bywa, że zaczepię i kogoś poważniejszego (z majątku tylko). Tacy dobrze sytuowani młodzieńcy w ślniących ciuszkach to grupa, z której najlepiej się żartuje. Ich duma jest nadęta jak worek na gardle fregaty wielkiej, a zarazem często nie mają absolutnie żadnej władzy i nic na docinki nie mogą zrobić komuś, kto nie jest nawet zakwaterowany w mieście. Trudno!
Ale i miło by było mieć wśród nich przyjaciół - tylko traf tu na takiego.

Jeżeli jest coś do czego się przykładam, to są to dzieciaki. Nie robienie ich oczywiście, ale znajdywanie i upychanie po ludziach. W domku pod górami mogę je tam nawet trzymać, ale nie mam środków, by zapewnić im wyżywienie. Korzystam więc z siateczki znajomości i sprawdzam kto ma w ‘nadmiarze’ miejsca czy jedzenia. Niektórzy wyrzucają niechciane potomstwo do lasu lub zostawiają gdzieś na ulicy - domy dziecka porobiły się u nas dziwne lub przepełnione, bo i jest ich niewiele. Po naszym otworzono tylko jedną placówkę, której ufam, ale nie wszystkie smarki mogę tam zanieść. Mało tolerują magię. To jest - nie tolerują jej. Ja widzę często czy ktoś ma szanse na jakieś uzdolnienia, choć aury dzieci są często łudząco do siebie podobne i nieukształtowane - jednak jeżeli czuję, że jest taka szansa to staram się im znaleźć inny dom. Starsi i silniejsi mogą mieszkać w sroższych warunkach tam, gdzie będzie miejsce - w opuszczonych budynkach, w pustych piwnicach. I ta banda jest moja. Wszystkie porzucone dzieciaki to moi bracia i siostry - zawsze tak było. Musimy trzymać się razem, zwłaszcza gdy brak jest dorosłych, którzy by się nami zajęli. Lub zajęli poprawnie - znam paru uciekinierów, którzy zwyczajnie nie mogli wytrzymać we własnych domach. Uczę ich jak poradzić sobie na ulicy, jak omijać zasady, a jednocześnie czego robić kategorycznie nie wolno. I oceniam jakie mają szanse. Jak marne z nich łobuzy to szukamy jakiejś pracy dla nich. W sumie wielu to wychodzi na dobre. Ja czuję się wyjątkiem, bo żeby przetrwać nie muszę ani zarabiać ani kraść. A tego drugiego nie popieram u nikogo. Może miałeś pecha, ale to nie znaczy, że musisz zabierać innym.

Nie zaprzeczę jednak, że choć sama raczej błagam o jałmużnę to nie powstrzymuję jak jacyś desperaci postanawiają zwinąć komuś parę owoców. To niesprawiedliwe, wiem, ale każdy ma prawo walczyć o swoje przetrwanie. A jak robią to dla kogoś słabszego to już w ogóle nie wypada mi nic powiedzieć. Choć jestem zdania, że można inaczej, trzeba tylko się uprzeć - uwierzysz jak powiem, że pracowałam kiedyś jako służka u jednego lorda? Paskudna robota, nie znosiliśmy się zdrowo z resztą, ale zarobiłam na porządne zapasy. Tak się to robi!

Ale do tego trzeba mieć charakter i jakieś doświadczenie. Moje zbieram już wiele lat i pewnie dlatego daję sobie radę z tym, co paru- i kilkunastolatków zwyczajnie przerasta. Żyję w innym trybie niż oni. Niż wszyscy właściwie. Oczywiście, jestem do nich podobna, ale żaden ze mnie człowiek czy elf. Nie jestem nawet zmiennokształtnym. Ale z życia do nich mi chyba najbliżej. Dlatego nazwałam się Kuną. To synantropijne zwierzątko, sprytne i trudno uchwytne. Proste to też w wymowie, krótkie i jeśli mam być szczera ma dla mnie znaczenie symboliczne. Bo kiedyś byłam jedynie Vianną, nazwaną przez kogoś, być może bez powodu. Na miano Kuny natomiast musiałam sobie zapracować. To jak odznaczenie. Jak zdobyty zawód. A ja jestem w nim dobra. Bo i nie ma drugiej takiej Kuny jak ja!

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt silny, Wytrzymały,
Zwinność:Bardzo zręczny, Szybki, Niedokładny,
Percepcja:Niedowidzący,
Umysł:Ineligentny, B. silna wola,
Prezencja:Nieokrzesany, Charyzmatyczny,

Cechy specjalne

Nieczytająca [S]Przez wadę wzroku nie widzę zbyt dobrze przedmiotów znajdujących się nazbyt blisko. Mogąc z liter dojrzeć co najwyżej te na tabliczkach przy domach lub drogowskazach nigdy nie nauczyłam się sztuki czytania (i pisania). Znam jednak litery od A do G oraz cyfry, więc w adresach mam szansę się nie pogubić… aż tak zupełnie.
Podlotek [W]Mimo pięciu dekad na karku, przez wzgląd na rasę nadal pozostaję chyba ledwo podrosłą trzpiotką. Wolno rozwija się nie tylko moje ciało, ale - nie ukrywajmy - i umysł, mentalnie więc nie jestem do końca dorosła i na niektóre rzeczy patrzę jeszcze oczami dziecka, na inne zaś tak jak patrzeć umie tylko ktoś niedojrzały, a posiadający wiele doświadczenia.
Ludzka aura [W]Kiedyś ktoś z tych szczęściarzy co opanowali tak zwane czytanie aur powiedział mi, że moja aura ma ludzki zapach i jest bardzo słaba, a więc teoretycznie powinnam być normalnym człowiekiem. Ale nie mogę nim być, więc o co w tym chodzi? Stwierdził, że inną opcją jest… trudna do wyjaśnienia właściwość lub zaklęcie maskujące. Oba niewiele mi mówią.
Ukryty talent [S]A podobne cechy lub klątwa mogą też ponoć odpowiadać za moje problemy ze zmysłem magicznym. Niektórzy sądzą, że powinien być u mnie bardziej wyczulony, bowiem najpewniej jestem jakąś krzyżówką człowieka z długowieczną rasą, a one chwalą się zwykle niezłym magicznym wyczuciem. No cóż, mówi się trudno!
Łakomczuch [D]Teraz jest to być może kwestia praktyki tylko, ale dar ten zrodził się zdecydowanie za sprawą potrzeby. Używanie magii zawsze ratowało mi skórę i tak jedna z dziedzin pozwoliła mi już stale zapasy energetyczne czerpać ze środowiska, a nie jedynie z samego pokarmu (którego nieraz brakuje). Odżywiać oczywiście nadal się muszę i tradycyjnymi metodami, ale jestem w stanie dłużej niż zwykły dzieciak wytrzymać o głodzie lub na minimalnych porcjach. Ale… i tak uwielbiam jeść!

Umiejętności

Opieka [O] Nad samą sobą, dziećmi, przyjaciółmi czy potrzebującymi mnie w danym momencie biedakami, jak się jaki trafi. Od młodości uczono mnie pilności w tej kwestii, a empatii też mi chyba nie brakuje. Z cierpliwością tu coś podać, tu posprzątać, to nakarmić - czuwać. No i podnosić na duchu.
Zielarstwo [O] Sporo czasu spędziłam poza miastem, tam pokazano mi wiele ziół i nauczono jak robić z nich leki, wywary, maści czasem. Niektóre to tylko przyprawy.
Opatrywanie ran [P] Ha, każdy się czasem obtłucze! Nie miałam niestety gdzie zdobywać bardziej rzetelnej wiedzy niż parę podstawowych prawd przekazanych na gębę, a popartych doświadczeniami… terenowymi. Kiedy mogę zabieram ludzi do znachorów czy innych mądrogłosicieli, a jak się da do Mikao, to już w ogóle zacnie! Ale czasem muszę wystarczyć ja, prosty odkażalnik i jakaś szmatka. Grunt by zachować zimną krew.
Pływanie [O] Zimna woda też nie jest zła, póki nie zbytnio brudna. Spotkałam na swojej drodze parę niezgorszych jeziorek, trochę sadzawek i może z jedną zbyt głęboką jak na mój gust wannę. We wszystkim (poza tą ostatnią) lubię się taplać.
Przetrwanie [O] W mieście, poza miastem, wśród ludzi, gdzieś dalej od nich… mam do tego talent. I szczęście. Zjem wszystko co tylko trochę jadalne, potrafię podratować się magią. Jestem odpowiednio bystra i płochliwa, by uciec na czas, a gdy trzeba i dość odważna by zaryzykować. Nie boję się zostać sama i wiem, że na wiele mnie stać. Mogę więc i będę chodziła gdzie mi się tylko spodoba! Choć właściwie nigdy nie odeszłam zbyt daleko od Nowej Aerii…
Skradanie się [O] Jestem w tym niezgorsza, choć czasem nie mam już do tego cierpliwości i czymś szurnę kiedy nie trzeba. Czasem przez nieuwagę coś potrącę lub nadepnę w półmroku. Ale jeżeli teren znajomy lub presja duża to dam radę podkraść się gdzie należy lub podsłuchać co trzeba.
Wspinaczka [O] Moje ulubione jedno z zajęć! Czy to drzewa, czy murki, ogrodzenia, rusztowania przy domach, lub dopiero powstających budowlach - wlezę wszędzie! To znaczy - chciałabym wszędzie, ale głupia nie jestem toteż i nie szaleję. Nawet pomagając sobie magią nie łażę po zbyt niepewnych miejscach i nie wchodzę zanadto wysoko. Już wystarczające wrażenie robi na gapiach kilka szybkich kroków na pionowej ścianie - i tyle wystarczy. Ale ciągle ćwiczę!
Bitka [P] Przywalić jakiemuś podrostkowi jak podpadnie? Dobra! Ale tak po prawdzie… faktycznie ryzykowne walki nie są dla mnie. Umiem poszarpać się z równymi sobie, ale silniejszych się boję. Umiem z daleka w nich czymś rzucić i nieraz to robię, ale panikuję kiedy znajdą się za blisko. Nie wiem czemu. Może gdybym miała w sobie więcej ,,walecznego ducha” umiałabym użyć magii przeciwko nim w jakiś efektywny sposób? Tyle, że… wydaje mi się to bardzo nie na miejscu. Tak zwyczajnie.
Ucieczki [W] Ale w zwiewaniu jestem dobra! Śmignę to tu to tam, przeskoczę parę przeszkód, zakręcę i już mnie nie ma! Potrafię ponadto w biegu obmyślać jak spowolnić pościg i w przeciwieństwie do konfrontacji i rozwiązań siłowych nie tracę przy tym głowy.
Uniki [O] Głównie przed kamieniami lub innymi takimi dziadostwami, jak ktoś już zdecyduje się rzucić. Ale jak kto próbuje mnie złapać na ulicy to też zwykle udaje mi się wymknąć. Mam chyba jakiś wrodzony dar do wymykania się.
Gimnastyka [O] Rozciągam się i to regularnie! Nie tak, że znam zawodowe figury jak objazdowi cyrkowcy lub piękne panie występujące na scenach z desek. Jak mi się udało podpatrzyć to i staram się zapamiętać, ale wykonuję raczej podstawowe ćwiczenia. Grunt, że efektywnie. Potrafię zrobić chociażby szpagat, gwiazdę, a przewroty i upadki mam opanowane. Stanie na głowie, rękach, a nawet przejście tak kawałek - różne skoki, wygibasy, przegięcia na boki… rozciągnięte ciało pomaga w wielu sytuacjach, a ja mam sporo czasu by ćwiczyć.
Śpiew i recytacja [O] Niektórzy nie rodzą się z piękną barwą głosu i nawet gdy nie fałszują nie zostaną raczej uznani za prawdziwych artystów. To właśnie ja. Mocnym, nieco zachrypniętym głosem opowiadam baśnie, legendy i podania, nauczone na pamięć fragmenty powieści mające na celu uczyć i bawić moich małych słuchaczy. Bo to głównie dla dzieciaków robię występy, choć przed każdym mogę. Jest to też dla mnie sposób by pamiętać o życiowych mądrościach i lekcjach jakie z opowiedzianych mi kiedyś przez kogoś bajek płyną. Dzięki rytmowi, rymom, melodii łatwiej jest odtworzyć w pamięci to czego nie posiada się na kartkach.
Kuglarstwo [W] Bo najlepiej jest, gdy wokół panuje wesołość! Nie taka chamska, z czyjejś niedoli, ale lekka, przyjemna, oczyszczająca atmosferę. To każdemu dobrze robi. Dlatego wygłupiam się jak mogę, wysławiam jak umiem i żartuję jak tylko wyobraźnia pozwoli, byśmy mogli chociaż przez chwilę cieszyć się tym co jest. Dla smarkaczy robię też wybitne przedstawienia z udziałem pacynek.
Używanie magii [O] Pomysłowo i do wszystkiego! To dar od niebios, grzechem wręcz byłoby go zmarnować! W ogóle marnowanie czegokolwiek jest absolutnie niedopuszczalne. Dlatego przy chodzeniu, myśleniu, łowieniu, zabawie, uciekaniu, odpoczynku, gotowaniu, byciu - używam moich szóstozmysłowych zdolności (co ciekawe ten zmysł nie jest u mnie przodujący) do czegokolwiek do czego się nadadzą. Tak już po prostu mam.
Targowanie się [P] Tak też już po prostu mam. Nie dam się naciągnąć i basta! A to, że sama chętnie wycisnęłabym z bogatszych jak najwięcej to już inna sprawa. Ostatecznie im nie zaszkodzi. Tylko weź tu dyskutuj z dorosłymi!
Bestiologia [P] Byłam nie raz na wsi i pod górami, miałam do czynienia ze zwierzętami i innymi stworami - część nawet miał mi kto opisać i właśnie tyle wiem. Lubię zwierzęta.
Rasologia [P] W końcu nie tylko ludzie chodzą po tym świecie! Wiem też, że elfy, zmiennokształtni, czarodzieje… coś co zwie się naturianami czy nordami…. coś takiego. Wiem też, że istnieją wampiry i demony i ich należy się bać. Niemal każde podanie tak mówi. A skoro tak to coś w tym musi być, prawda?
Liczenie [P] Podstawy, ale ze sprawnością nie mam problemów. Dodawanie, mnożenie, garstka ułamków i to wszystko w pamięci - tego uczyli nas w Domu i starałam się potem tego nie zapomnieć. Więcej! Teraz sama pokazuję to innym! To przyjemne być najmądrzejszą osobą w grupie.
Mowa wspólna [O] Wszyscy od zawsze się nią posługują wokół mnie.
Elficki [P] A tym też całkiem często, ale nikt mi go nie objaśniał. Rozumiem trochę przez osłuchanie.
Szycie [P] Głównie cerowanie ubrań i robienie tych cudniastych pacynek. Średnio mi to idzie, bo słabo widzę co robię, ale jak ktoś mi nawlecze nitkę na igłę to kosztem dziurawych palców osiągnę znośny efekt. A pacynki wychodzą mi śliczne!
Przygotowywanie posiłków [O] Żeby było toto jadalne bardziej niż w formie surowej. Kiedy mam dostęp do kuchni umiem zrobić coś czym się nie gardzi, w innych warunkach i tak nie gardzi się niczym, więc sprawa załatwiona. O, i tyle!

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Rozkazy
Energii [U]Magia, którą posługuję się najsprawniej, ale z niewielką siłą. Pomaga mi przetrwać, kiedy energią z otoczenia rekompensuję sobie braki żywieniowe. Umiem też bronić się z jej pomocą. Najciekawsze co mi przychodzi do głowy na jej temat to fakt, że mogę wyssać magię z różnych zaczarowanych przedmiotów (w tym magicznych zwojów) i użyć jej do, na przykład, silniejszego ataku lub przechować w innym przedmiocie i trzymać na czarną godzinę.
Mocy [U]Powiedziałabym, że to manipulacja tym co mnie otacza, ale nie do końca wiem jak ja to robię. Słyszałam, że to bardzo naukowa magia, ale mi wystarczy, że mogę się dzięki niej wspinać po pionowych murkach, rzucić kamieniem baaardzo daleko albo czasem nawet stać się taka dziwnie lżejsza! Bardzo pomaga przy sprawnym przemieszczaniu się, ale nie ryzykuję za bardzo z wysokością - nie do końca ufam swojemu doświadczeniu i wolę bardziej namęczyć się z bieganiem niż spaść raz a za dobrze.
Umysłu [N]Bo to jest tak, że czasem gdy skupiam się na jakiejś osobie w pobliżu, widzę w głowie wydarzenia z jej przeszłości. Niekiedy zaś widzę to co się może wydarzyć. Nie za bardzo nad tym panuję i nie zawsze chcę wiedzieć to co wiem, ale niekiedy… no, mogę z tego mieć jakieś korzyści! Tylko czy mi się zdaje czy to jest też pewna odpowiedzialność?

Magiczne przedmioty

Towarzysz


Historia

Urodziłam się… sama nie wiem gdzie. Ale wychowana zostałam w domu sierot w Nowej Aerii. Zawsze mówię, że miałam szczęście kiedy tam trafiłam, choć nie mam pojęcia co by się stało gdyby rodzice jednak mnie nie oddali. Nie chcieli mnie? Nie mogli się mną opiekować? Czasem myślę, że może chcieli mnie chronić. To bardzo optymistyczna opcja, ale nie przywiązuje się do niej zanadto. W sumie bez większego sensu jest gdybanie o tym.

W Domu nigdy niczego nam nie brakowało. No, nie bardzo przynajmniej. Takie życie uznawaliśmy za normalne, tylko to znaliśmy. To był nasz wzorzec i przyznam, że nie najgorszy. Uspołecznialiśmy się wychowując w gromadzie - od dziecięctwa rozbudzano w nas respekt do starszych, troskę o siebie nawzajem i bojaźń wobec Pana. Przekazywano nam prawdy moralne - w baśniach, opowieściach. Nie brakło nam też czułości. Dorośli nie pogardzali nami, a troszczyli się i w jakiś ciekawy sposób lubili. Niektórzy patrzyli na nas z żalem, a inni z nadzieją. Ale najwspanialsza była Niania, w której obliczu dostrzegaliśmy to czego tak byliśmy złaknieni - prawdziwą matczyną miłość. Przez jej ręce przechodziło wiele pociech, które ciepło przygarniała do siebie, ale jej największym szczęściem było tak naprawdę oddawanie ich do jak najlepszych ,,normalnych” domów. Jak tak teraz myślę musiała być bardzo silna, bo każdego traktowała jak własnego potomka, ale trzymanie nas przy sobie mijało się z celem ośrodka. To co było słuszne i obiektywnie najlepsze przedkładała nad własne uczucia.
A może tak naprawdę już się przyzwyczaiła?
No nieważne. Ona dawała nam duchową podporę i rozbudzała rodzinne instynkty, w tym solidarność. Czasami wiadomo - tworzyły się między nami mniejsze grupki. A czasem i bez tego nie trudno było o przepychanki. Sama lałam się z chłopakami kiedy się dało, ale to nie tak, że się nienawidziliśmy. Po prostu musieliśmy jakoś między sobą ustalić porządek. Dziewczynkom ponoć wypadało się tłuc jeszcze mniej niż wyrostkom, ale części z nas to nie przekonywało - jak któryś podpadł musiał dostać po gębie!
Z drugiej strony więcej czasu i tak spędzało się wiążąc smarkom sznurówki lub czyszcząc im fartuszki.

Uczono nas w większości praktycznych umiejętności i wyrabiano pożądane cechy charakteru. Szyliśmy, pomagaliśmy w kuchni, opiekowaliśmy sobą nawzajem, sprzątaliśmy - musieliśmy więc być pilni, raczej zdyscyplinowani i gotowi sobie pomagać.
Kiedy były już takie możliwości nauczano nas alfabetu i liczenia. Liczenia częściej, bo było bardziej przydatne takim prostaczkom jak my. Z tym, że ja z takich nauk nie wyciągnęłam za wiele. Dość szybko okazało się, że to co zapisane na kartkach czy tablicy rozmazuje mi się przed oczami. Nie za bardzo można było coś na to poradzić, więc zostałam w grupie tych biedaków, którym szkolna nauka nie szła z innych powodów (niektórzy z nich byli bardzo otępiali, albo mieli takie defekty jak głuchota). W sumie nie pamiętam czy żałowałam, ale szybko się do tego przyzwyczaiłam. Tym bardziej, że siedzenie na krzesełku przez bitą godzinę, a potem następną i znowu tak, wcale mi się nie podobało. Już wolałam zajęcia techniczne, gdzie można było coś robić, stale zajmować ręce (czymś innym niż piórem). A może w ogóle nie lubiłam się uczyć? Nie wiem, ale nadzwyczaj dobrze pamiętam za to sprzątanie. Lubiłam latać z wiadrami i szmatami i pędząc przez korytarz krzyczeć na innych żeby złazili mi z drogi!
No i było to przydatne tu i teraz. A do mnie zawsze przemawiała teraźniejszość bardziej niż to co było lub miało być.
A miało być różnie.

Po pierwsze - coś odkryłam. W sumie stało się to oczywiste wraz z upływem lat… ale nie starzałam się tak jak inni. Do tej pory wszyscyśmy byli przekonani, że tak jak inne dziewczęta wyrosnę na zdrową, porządną kobietę i albo będę mieć szczęście znaleźć uczciwą pracę, albo męża. No, chyba, że wcześniej by mnie kto przygarnął, ale to było wątpliwe. Najprędzej chyba jako służkę, skoro nawet czytać nie mogłam się nauczyć. Ale dorośli niechętnie oddawali nas dla takiej akurat przyszłości.
Nawet jeżeli było się dzieckiem wiele, wiele lat.
Moje przyjaciółki już dawno wyrosły i opuścił placówkę - a ja tylko patrzyłam za nimi, zdezorientowana. Zastanawiałam się dlaczego tak jest - przecież nie byłam elfem nawet!
Ale faktów to nie zmieniało. Nie starzałam się, nie dorastałam. Chociaż moje relacje z dorosłymi i dziećmi uległy przekształceniu. Ci pierwsi bardziej mi teraz ufali (skoro znali mnie taki szmat czasu), więc pozwalali mi wychodzić samej na miasto (po sprawunki najczęściej, ale i dla rozrywki niekiedy), drudzy zaś podziwiali i czuli pewien respekt. Jak i do innych podobnych długowiecznych, bo ostatecznie nie byłam jedyna. Choć i tak stanowiliśmy ledwie garstkę, w dodatku z początku nie czułam z nimi jakiejś specjalnej więzi. W końcu zawsze uważałam się za człowieka i tak też chciałam żyć.

Ostatecznie jednak dało się przyzwyczaić. Nadal pomagałam dorosłym, opiekowałam się dzieciarnią, ale (co należało do nowości) zaczęłam chodzić własnymi drogami. Lubiłam włóczyć się po mieście, oglądać kolorowe tłumy, nowe rasy, przedstawicieli różnych społecznych klas. Z chęcią oglądałam towary wystawiane na targach i bazarach, w Domu zaś lubiłam zaszywać się na dachu i z wysokości obserwować tak niebo jak miejskie mury.
W sumie to była sielanka, ale kiedyś się w końcu skończyła.

Nasz Dom został zamknięty, a mnóstwo dzieci zostało na ulicy. Pewnie - część oddano do innych domów, niekiedy zakładów, a część poratowało nasze starsze rodzeństwo mające już własne domy, lub chociaż pokoje. Ale miejsca było mało, jedzenia zazwyczaj niewiele - część z nas pozostała na ulicy. Znajoma mi część, bo wśród nich i ja. Wszyscy, którzy nie byli ludźmi lub na równi traktowanymi elfami nie mieli większego wyboru jak spróbować odnaleźć się w nagle rozrosłym świecie dorosłych na własną rękę. Rodzeństwo nadal oczywiście mogło nam pomóc, ale często czując się starsi i odpowiedzialniejsi nie chcieliśmy zabierać miejsca najmłodszym z dzieci.
Nie było łatwo. Szybko zaczęliśmy żebrać, a wkrótce niektórzy - także kraść. Zawsze to potępiałam, zawsze mówiłam im, że nie wolno… chociaż byliśmy głodni. Zwłaszcza oni, bo ja już od dłuższego czasu umiałam nasycić się własną magią. Więc na jakiej podstawie miałam ich upominać? Nie każdy z nich miał magiczne zdolności. Ja sama kiedy bawiłam się energią ,,za młodu” nie sądziłam, że kiedyś pomoże mi przetrwać. Ale pomagała.
Inna sprawa, że próbowaliśmy także pracować!
Sama robiłam za afiszera, zamiatacza, posłańca, praczkę nawet! Ale nigdzie nie zostałam na długo i często oddawałam posady innym, którym gorzej powodziłoby się bez pieniędzy. Ja potrafiłam czasem dzięki uroczej buźce lub za parę przysług wysępić od kogo jabłko lub chlebek, a to potrafiło mi na długo wystarczyć.

Wkrótce polubiłam takie życie. Tylko w zimie starałam się o jakiś kąt, ale całe dnie chodzić gdzie się chciało… to było całkiem przyjemne! Mieliśmy swoją siatkę znajomych - wiedzieliśmy od którego piekarza dostaniemy chleb, gdzie wyrzuca się zużyte ubrania. Monitorowaliśmy gdzie jakie dzieciaki się kręcą, a przede wszystkim - mieliśmy na oku dorosłych bezdomnych, bo to oni nieraz stanowili dla nas największe zagrożenie. Nasze szeregi trochę się zmieniały, ale zawsze pozostawaliśmy w kontakcie. Jak to rodzina.

Na moją egzystencję składało się głównie bycie, grzanie się w słońcu i pomaganiu takim jak ja tylko słabszym. Nie rozpamiętywałam przeszłości, nie zastanawiałam się nad tym co przyniesie przyszłość - łaziłam sobie tu i teraz, w pełni już teraz świadoma, że to najbardziej jest zgodne z moją naturą. W zgodzie z nią zaczęłam także wychodzić za mury miejskie, zwłaszcza kiedy moi dawni przyjaciele nie mieli już dla mnie czasu i zajmowali się własnymi dziećmi. Wtedy już mało czego się bałam więc chętnie zagadywałam obcych i czasem w ten sposób znalazłam schronienie, a kiedy indziej - nauczycieli. A niekiedy wrogów. Tak! Ja, wrogów! Naprawdę nie miałam wtedy jeszcze pojęcia o tym jacy to ludzie potrafią być szaleni. Roselilowie, tak się nazywali. Było ich kilku i choć na początku nie mieli do mnie żadnych zastrzeżeń kiedy użyłam magii i wygadałam się, że człowiekiem być nie mogę, nagle się na mnie rzucili. Teraz wspominam to z lekka panicznym uśmiechem, ale wtedy naprawdę byłam przerażona. Nie wiem co by ze mną było gdyby nie pomoc gościa o imieniu Dovakhin. Cenna lekcja. Nie ufać byle komu i liczyć na pomoc znikąd… ale tak chyba bywa? Od tamtej pory jestem nieco bardziej czujna, ale i chyba cicho liczę na to, że znajdzie się ktoś o nieco lepszej woli. Poznałam też nowe typy osób i ich fiksacji. Ciekawe urozmaicenie sielskiego, choć wyczerpującego życia na wsi!
Ale i tak zawsze wracałam do mojego miasta.
Tam coraz częściej zabawiałam dzieciaki, uczyłam je opowiadając bajki, które kiedyś sama usłyszałam. Robiłam za nianię, pomagałam mojemu rodzeństwu, kiedy przestały mi już doskwierać różnice w naszym dojrzewaniu i przechodzeniu życia. Poznałam też kilka ciekawskich osób, o których warto wspomnieć, a do których wpraszam się czasami - Florka. To pierwsza z nich. Jaka rozrywkowa kobieta! Ma herbaciarnię, kolorowe włosy i niezłą do mnie cierpliwość. Czasem mnie przenocuje kiedy jest zimno. Ma też koleżankę - Verę, znaną zdaje się skrzypaczkę. W branży artystycznej inaczej ją wołają… też przyzwoita panna. Elfka! Ale o zgrozo młodsza ode mnie… Jest jeszcze ktoś. ,,Naprawiacz”. Czuję, że jeszcze nie raz będę korzystać z jego pomocy. Jest to ludzki mag (mag, bardzo go lubię), którego polecili mi jak rozwaliłam se nogę… od tamtego czasu przyprowadzam mu kogoś od czasu do czasu, a jak nie kogoś to siebie. Ma jedną wielką zaletę - córkę Svetę. Cudny urwis. Niekiedy wykradam ją by mogła zaznać odrobiny swobody. Nie ma rodzeństwa, więc muszę to jakoś nadrobić! Szkoda mi jedynie, że kiedyś dorośnie. Póki co jednak możemy razem wspinać się na drzewa i piec razem jabłka!
Takie są moje rozrywki kiedy nie robię niczego innego. Poznaję jednych ludzi, innych mijam - niektórzy mijają mnie. I to łuczkiem. W pewnych dzielnicach zerkają z okien w ustalonych godzinach i z wesołym okrzykiem ,,Ej, Kuna!” rzucają we mnie resztkami obiadu by zobaczyć jak łapię je magią i uciekam. Taki nasz mały rytuał.
Po latach tułaczki nabrałam większego dystansu do licznych spraw, zmądrzałam i wycwaniłam się. Instynktowny rozsądek nigdy mnie nie opuścił na szczęście, nawet jeśli zrobiłam się odważniejsza i częściej ryzykowałam, tak przy zabawie z magią jak i igraniem ze złodziejaszkami. Nie czuję się już dzieckiem, ale wiem, że nie jestem dorosłą osobą. Nie mam za to pojęcia ile jeszcze ten stan będzie trwać, ale to nie szkodzi!
Tak jest właśnie najlepiej.

Dane gracza: Kuna

Nazwa użytkownika:
Kuna
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Lotta,
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
So lip 14, 2018 10:53 pm
Ostatnia wizyta:
Śr wrz 12, 2018 10:08 pm
Liczba postów:
5 | Znajdź posty użytkownika
(0.01% wszystkich postów / 0.03 posty dziennie)
Ostatni post:
Kto dogoni psa? kto dogoni psa?
Pt lis 30, 2018 7:34 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Księga Boskich Praw
(Posty: 2 / 40.00% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Kto dogoni psa? kto dogoni psa?
(Posty: 2 / 40.00% postów użytkownika)

Podpis

,,ha Kuna! ma tata" ~ Frigg xD
cron