Oglądasz profil – Sadik

Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Sadik el-Bihtu
Rasa:
Mahińczyk
Płeć:
Mężczyzna
Wiek:
27 lat
Wygląda na:
32 lat
Profesje:
Strażnik, Żołnierz
Majątek:
Zasobny
Sława:
Znany

Aura

Gdyby emanacje oceniać jedynie przez pryzmat ich siły, ta byłaby niemalże niewidoczna. Nie czuć bijącej od niej magii, więc to, że w ogóle daje o sobie w ten sposób znać, zdradza Ci już coś o postaci, którą otacza. Dla niewnikliwego obserwatora staje się jednak zupełnie nieistotna na tle jasnej i błyszczącej kopuły, jaką wokół siebie roztacza. Topazowe blaski przebiegają delikatnie po okolicy, w której panuje naturalna i spokojna cisza. Zapach gorącego piasku i słonego ludzkiego potu miesza się z przyjemną wonią opium, mylącą nieco zmysły i pozostawiającą po sobie łagodny, słodki posmak. Bowiem jak emanacja tak jednolicie żelazna może być jednocześnie tak przyjemna w dotyku, niczym najdroższe tkaniny z dalekich krain? Wyjątkowo twarda, jednak bardziej niż skałę przypomina porządnie naciągnięty materiał namiotu, dzielnie przeciwstawiający się ciepłym powiewom wiatru, dzięki ostrym szpikulcom, mocującym go w ziemi. Puszczone luzem poły tkaniny są giętkie i elastyczne, przelewając się przez palce niczym aksamit, wciąż jednak niemal jednolicie żelazne. A może nie tak zupełnie? Kapka miedzi, ot niewielka plamka, tworzy przyjemny dla oka wzór, zaś jednolity cynkowy spód powoli zmienia się, jakby ktoś spruwał jego nici, przemieniając barwę na nieco bardziej cynową, zapowiadając zmiany.

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Sadik
Grupy:
Martwe postacie:
Płeć gracza:
Kobieta

Skontaktuj się z Sadik

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
2 lat temu
Ostatnio aktywny:
23 godziny temu
Liczba postów:
42
(0.05% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.05)
Najaktywniejszy na forum:
Na'Zahir
(Posty: 41 / 97.62% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
[Oaza Mia-Alkhama] Musicie być jak szalona rzeka, jak...
(Posty: 30 / 71.43% wszystkich postów użytkownika)

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:raczej silny, raczej wytrwały, wytrzymały
Zwinność:niezwykle zręczny, błyskawiczny
Percepcja:przeciętna
Umysł:ineligentny, b. silna wola
Prezencja:Ładny, władczy

Umiejętności

Walka z bronią białą [noże]Mistrz
Walka wręczEkspert
Wręcz Sadik walczy brutalnie i krwawo, większość jego ciosów jest zaplanowana na szybkie zakończenie walki w sposób definitywny - przez zabicie albo ogłuszenie przeciwnika. Jakieś tańce z przeciwnikiem nie są dla niego - do takich pokazów ma nóż.
DowodzenieEkspert
Szybki kurs przeszedł w ciągu ostatnich paru miesięcy w garnizonie
UnikiEkspert
Strategia i taktykaZaawansowany
Element wykształcenia, które musi odebrać każdy pałacowy strażnik
Walka mieczemOpanowany
Nigdy mu to nie leżało, co nie znaczy, że nie wie, za którą stronę miecza złapać
ŁucznictwoOpanowany
PrzetrwanieOpanowany
Siłą rzeczy podszkolił się przez ostatnie miesiące.
SzpiegostwoOpanowany
Nigdy się tego nie uczył, ma po prostu wrodzony talent do wścibiania nosa w nieswoje sprawy
JeździectwoOpanowany
TaniecOpanowany
SokolnictwoPodstawowy
Skradanie sięPodstawowy
PływaniePodstawowy
GimnastykaPodstawowy
EtykietaPodstawowy
Na tyle, na ile może ją opanować osoba spędzająca większość życia na służbie w pałacu
PoliglotyzmPodstawowy
Pierwsza pomocPodstawowy
KulturoznawstwoPodstawowy
TropieniePodstawowy
Czytanie i pisaniePodstawowy
GotowaniePodstawowy

Cechy Specjalne

KobraZaleta
Węże słyną z tego, że potrafią zaatakować nagle, bez żadnego ostrzeżenia, tak by ofiara nie miała szans się wyrwać. Taki też jest Sadik. W konfrontacji jeden na jednego potrafi na samym początku się przyczaić i uderzyć szybko jak błyskawica, czasami od razu nokautując albo nawet zabijając przeciwnika.
AlkoholizmSkaza
Tak po prostu - ponoć wielu wysoko postawionym wojskowym cierpi na tę przypadłość. Sadik stanowczo zbyt często zagląda do kieliszka i jest z tym coraz gorzej. Póki co panuje nad tym na tyle, by nikt z jego podkomendnych go na tym nie przyłapał ani by nie wywołać skandalu, ale każdy wie, że pułkownik el-Bihtu jest… rozrywkowy. Tylko bawi się w swoim własnym towarzystwie.

Magia:

Nowicjusz

Przedmioty Magiczne

Mroczny

Charakter

Sadik jest… cóż - bucem. Jako dowódca garnizonu spełnia się bez zarzutu, jego przełożeni ze stolicy są zachwyceni. Wszyscy pod jego komendą chodzą jak w zegarku, raporty są na czas i nie można się do nich przyczepić, a żołnierze mu powierzeni zdecydowanie wiedzą za którą stronę miecza złapać i nie dają się przyłapać na drzemce podczas warty, bo wiedzą, że ich przełożony urządzi im wtedy prawdziwe piekło. To nie przysparza mu jednak sympatii z ich strony, choć widać przy tym, że mu na tym nie zależy. Działa, jakby nie odczuwał w życiu żadnej radości i na nią nie liczył - ma obowiązek do spełnienia i nic poza tym. Nie szuka przyjaźni, sympatii, tylko praca, praca i praca. Poza nią nie ma przyjaciół, a wszystkich stara się trzymać na dystans. Mieszkańcy oazy nie znają jego przeszłości i nie wiedzą co sprawiło, że trafił w to miejsce i dlaczego taki jest, choć być może niektórzy czują, że on nie mógł być taki przez cały czas. Po tym jednak jak usunięto go z pałacu, bo był politycznie niewygodny, a żona zostawiła go dla jakiegoś obcego kundla i wszyscy w życiu się od niego odwrócili, nie miał już żadnego powodu by o siebie walczyć. Mocno przeżył to, co ładnie nazwano awansem, a było tak naprawdę zsyłką. Wyrzuca sobie, że zawiódł - swój kraj, swoją rodzinę, samego siebie. Często rozpamiętuje tamtą porażkę, ale jednocześnie nie ma odwagi, by wyrwać się z tej machiny. Całe jego życie było walką, na tym polegała chwała jego rodziny. Jakby odszedł z wojska… Co miałby ze sobą zrobić? Trwa więc i wykonuje swoje obowiązki, ale już na nic nie liczy. Nie szuka nowej żony - choć kiedyś, nawet gdy był żonaty, lubił flirtować, teraz już tego nie robi. Nie tańczy też i nie bawi się z innymi. Szukając ucieczki od swoich problemów i próbując też jakoś zabić czas, zaczął pić. Na razie nie wywołał w ten sposób żadnego skandalu i chociaż podkomendni często powtarzają, że pułkownik to niezła oliwa, nie przyłapano go na służbie nietrzeźwego, choć pewnie niejeden cicho marzy o tym, by pogrążyć dowódcę, który jest taki ostry. 
A względem obcych… Służbista, po prostu służbista. Kiedyś lubił poznawać podróżnych, ale teraz jeśli nie chcą oni zgłosić przestępstwa to niech idą szukać szczęścia gdzie indziej. Tak jak kiedyś pragnął poznawać nowe, egzotyczne dla niego osoby, tak teraz go one tylko irytują. Może przez to, że widzi w nich echo tego, co utracił. Przeszkadza mu to, że niedawno żył w stolicy, obracał się w wielkim świecie, a teraz siedzi na takiej zapyziałej prowincji. Nieważne, że dobrze zarabia - na co niby ma to wydać? Nieważne, że jest jedną z najważniejszych osób w mieście - uważa, że jako strażnik pałacowy, nawet niższej rangi, cieszył się o wiele większym szacunkiem i prestiżem.

Wygląd

W Środkowej Alaranii Sadik przyciąga wzrok zdecydowanie bardziej niż w swojej ojczyźnie, gdzie uchodzi za mężczyznę przeciętnej urody. Chodzi oczywiście o ciemny kolor skóry, którego nie można pomylić z opalenizną i te niebieskie oczy, które zdają się wręcz fosforyzować. Resztę dostrzega się zdecydowanie później. 
Na pierwszy rzut oka Sadik nie wygląda na twardego dowódcę garnizonu - jest za szczupły, zbyt delikatnej urody, za dobrze i zbyt kolorowo ubrany. Ma sześć i pół stopy wzrostu - to teoretycznie niemało, lecz przy reszcie mężczyzn z rodziny wyglądał trochę jak wymoczek. I jeszcze ta sylwetka - szczupła i chociaż umięśniona, to niespecjalnie rozbudowana; w ubraniach z długim rękawami i nogawkami wygląda jak przeciętniak. Ma wąskie ramiona o prostej linii, wyraźnie odznaczające się obojczyki, a szyję z mocnym zarysem ścięgien i słabo widoczną grdyką. Długi tors zwęża się odrobinę w stronę bioder, a na granicy miednicy i płaskiego brzucha wyraźnie odznaczają się głębokie linie mięśni “od noszenia dziewczyn na rękach”. Ma nogi wędrowca - o długich udach, mocnych kostkach i szerokich, dużych stopach. Jak stopy są też jego dłonie, dość szerokie, idealnie pasujące do dzierżenia miecza.
Twarz jego jest trójkątna, choć mocno zarysowany podbródek w połączeniu z zachodzącymi na twarz włosami sprawiają mylne wrażenie, jakoby była raczej prostokątna. Ma duży, prosty nos, co dodatkowo podkreśla to, jak głęboko osadzone są jego oczy, pod którymi często rysują się cienie, nawet jeśli jest wypoczęty - taka po prostu jego uroda. Rzęsy ma krótkie i niespecjalnie gęste, a powieki grube, jeszcze dobitniej nadające jego twarzy wyraz zblazowania i zmęczenia. To mylne wrażenie odrobinę łagodzi intensywny lazurowy kolor jego tęczówek o ciemnej, granatowej obwódce. Ma delikatnie uniesione kąciki jego szerokich ust o cienkich wargach - jakby się uśmiechał, choć nie jest to sympatyczny uśmiech. A gdy już tak naprawdę się uśmiechnie, odsłania rząd wyjątkowo białych zębów, które wydają się jeszcze bielsze przez kontrast z kolorem jego skóry.
El-Bihtu ma dość charakterystyczną fryzurę, a to przez szerokie pasmo siwizny nad jego czołem i pojedyncze pasemka w reszcie włosów. Nie ma to nic wspólnego z jakimś dramatycznym wydarzeniem, które przedwcześnie go posiwiało, bądź działaniem jakiejś trucizny - po prostu taki się urodził, z kępką jaśniejszych włosów. Nie przeszkadza mu to, a wręcz może trochę pomaga w kontaktach z płcią piękną, której z jakiegoś powodu ten akcent wyjątkowo się podoba. Jednak przez inną strukturę włosa to białe pasmo jest wyjątkowo kruche i z reguły nie urasta do tej samej długości, co reszta włosów, nieumyślnie formując w ten sposób coś na kształt grzywki. I to jest całkiem fortunne, bo w połączeniu z luźnym upięciem maskuje zakola, które już zaczęły tworzyć się nad czołem Sadika. A jeśli o wspomnianą już długość jego włosów chodzi, sięgają one trochę poniżej ramion; el-Bihtu wiąże je w bardzo luźny warkocz, obejmujący jakieś dwa, góra trzy zaploty. Nie ma zbyt gęstych włosów, więc nie jest to imponująca fryzura. Od jakiegoś czasu rozważa, by je ściąć, bo w podróży czy walce okazują się niepraktyczne - wcześniej nie musiał się tym przejmować, bo podczas służby miał na głowie hełm albo kefiję i nie można go było pociągnąć za włosy. Na razie jednak nadal są długie.
Jeśli o ubrania chodzi, Sadik dostosowuje się do lokalnej mody z dużą łatwością. Gdyby miał nosić tylko to co lubi, miałby na sobie luźne spodnie ściągane w kostkach i kamizelkę noszoną na gołe ciało, lecz nie zawsze klimat i kultura temu sprzyjają, a przede wszystkim jego pozycja. Jednakże luźne spodnie z nogawkami wepchniętymi w cholewki butów i tunika również dobrze na nim leżą i pozwalają mniej wyróżniać się w tłumie. Sadik lubi intensywne, ciemne kolory - bordowy, zielony, granatowy - i w tym się z reguły nosi. Nie przepada za bielą, choć w Na’Zahirze często ją nosił ze względów czysto praktycznych - mniej się wtedy grzał. Ma przekłute uszy i nosi w nich duże złote koła, a w kraju nie stronił też przed innymi rodzajami biżuterii, jakimiś naszyjnikami czy obręczami na ramiona. Teraz jedynym wybitnie egzotycznym elementem jego wyglądu (z wyjątkiem jego twarzy ma się rozumieć) jest noszony przy pasku, lekko zakrzywiony nóż.
Sadik ma przyjemny dla ucha głos, który podczas służby bardzo często podnosi i równie często gwiżdże, zwłaszcza gdy chce zwrócić na siebie czyjąś uwagę i nie chce wołać po imieniu. Sprawia wrażenie, jakby dobrze panował nad swoim akcentem, bo prywatnie mówi jak typowy mieszkaniec Na’Zahiru, a między ludźmi z łatwością pozbywa się wszelkich lokalnych naleciałości. Nie jest jednak osobą gadatliwą i od jakiegoś czasu stroni od nawiązywana kontaktów. Porusza się szybko i pewnie, a gdy idzie przez garnizon, nawet więksi od niego podwładni prędko schodzą mu z drogi. Zwłaszcza, gdy łypnie na nich nieprzychylnie.

Historia

Stoję przed moim dowódcą. Wokół jest ciemno i tylko lampka oliwna oświetla na żółto jego twarz. Nie ma świadków tej rozmowy. I to napawa mnie jeszcze większym niepokojem, bo wiem, że zła odpowiedź oznacza, że stąd nie wyjdę. Jednak już powoli brakuje mi sił, by odpowiadać tak jak mi każą. Lecz na razie słucham. 
- Nie miałeś jakiegoś wybitnego przebiegu służby - mówi mój dowódca, cedząc słowa nie ze złości, lecz przez to, że ma fatalny akcent i usilnie próbuje to zmienić. - Mierny… chyba jak całe twoje życie, co?
- Wolę określenie stabilny, k’an - odpowiadam, bo dałem się już poznać jako osoba, która dyskutuje w takich nieistotnych kwestiach. Dowódca nie odbiera tego jako złośliwy komentarz na temat swojej wymowy. Kontynuuje.
- Pod nami twoja kariera nabiera tempa - oświadcza. A ja mam mu być do jasnej cholery wdzięczny za to, że awansowałem, bo wymordował mi rodzinę? Zaciskam pięści, lecz milczę, bo życie mi miłe. Nawet, jeśli nie takiego życia chciałem. Jeszcze niedawno było zupełnie inaczej.

Urodziłem się w takiej rodzinie, że od początku było wiadomo, iż niczego mi nie zabraknie - el-Bihtu mieli pieniądze, szacunek i pozycję, która zapewniała wygodne życie i jednocześnie nie była kąskiem tak tłustym, by ktokolwiek się na nią połasił. Wszyscy mężczyźni z tego rodu służyli w pałacowej straży, nieliczni zaś w wojsku - taka była tradycja, z którą nikt nawet nie myślał walczyć.
Gdy przyszedłem na świat, w naszym domu mieszkał już ponad tuzin osób, gdyż gnieździliśmy się wszyscy w jednej ogromnej posiadłości na skraju miasta - taka tradycja. Byli moi dziadkowie ze strony ojca, był stryj ze swoją rodziną i rodzina jego najstarszego syna, był jeszcze trzeci brat z tego pokolenia, był też mój ojciec z żoną i dwoma moimi starszymi braćmi. Kobiet w posiadłości mieszkało niewiele - zgodnie z tradycją, te przeprowadzały się do swoich mężów, w domu zostawali jedynie synowie. Ja byłem najmłodszy z tego pokolenia i jak często mówiono: najmniej udany. Od samego początku wyróżniała mnie relatywnie wątła budowa, która może nie odbiegała od standardów mego wieku, ale na pewno od standardów mojej rodziny, gdzie wszyscy przypominali byki w ludzkich skórach. Powtarzano jednak, że na pewno nadrobię braki jako nastolatek, bo przecież niemożliwe, bym aż tak bardzo się różnił. Dobrze, że miałem kilka cech - między innymi kształt nosa i ust - które upodobniały mnie do ojca, gdyż w przeciwnym razie pewnie uznano by, że byłem dzieckiem z nieprawego łoża. A z pewnością kilka osób korciło, by rzucić takie oskarżenia i wykluczyć mnie z rodu, gdyż nie przynosiłem im chluby na żadnym etapie mojego życia…
Od samego początku kształcono mnie tak, bym jako dorosły wstąpił w szeregi straży pałacowej, co wymagało ode mnie krzepy, sprytu i nieposzlakowanej opinii… cóż, ostatecznie o tym, że jednak mnie przyjęto, zadecydowało chyba tylko i wyłącznie moje nazwisko. Nie chcę zostać źle zrozumiany, bo nie było tak, że specjalnie sabotowałem starania mojej rodziny; wręcz przeciwnie, starałem się ze wszystkich sił, by sprostać stawianym przede mną wymaganiom… Ale nie byłem tak wybitny jak moi bracia, odstawałem od nich w każdej dziedzinie. Brakowało mi ich siły, choć podczas ćwiczeń wypruwałem sobie żyły i niejednokrotnie byłem o włos od kontuzji - byłem słabej budowy, miecz nie leżał mi w dłoni i nie mogłem tego w żaden sposób nadrobić, nawet gdy byłem już dorosłym mężczyzną i nie można było już zrzucić niczego na wiek dojrzewania. Nie wygrałem nigdy z nimi żadnego pojedynku - zawsze byli w stanie mnie rozbroić i powalić. A jeśli o opinię chodzi, cóż… Nie byłem awanturnikiem, lecz ojciec często wytykał mi zbytnią swobodę. Już gdy byłem nastolatkiem, cechowała mnie lekkość w nawiązywaniu kontaktów, zwłaszcza z kobietami. Zawsze wiedziałem, co dzieje się w moim najbliższym otoczeniu, przez co zarzucano mi, że jestem plotkarzem, by więc nie narażać się na drwiny, większość informacji zachowywałem dla siebie. Chciałem zadowolić moją rodzinę i nie przynosić wstydu el-Bihtu, przez co całą swoją indywidualność musiałem schować do kieszeni.
Ostatecznie służbę w pałacu rozpocząłem jako dziewiętnastolatek. To był kiepski wiek, bo mój charakter jeszcze nie był tak solidnie określony i gdy otrzymałem już nagrodę w postaci uniformu i miecza, uznałem, że to koniec moich starań, że mogę sobie trochę odpuścić. Dlatego nigdy nie odkleiła się ode mnie łatka czarnej owcy w rodzinie el-Bihtu. Z początku były jeszcze jakieś nadzieje: byłem mierny, ale uważano, że mam potencjał, no bo przecież jak syn tak znamienitego wojownika ma go nie mieć? Otóż szybko rozwiałem ich wątpliwości. Mimo starań, byłem do niczego, a potem sobie odpuściłem, bo ileż można prowadzić tę nierówną walkę? Pogodziłem się z tym, że nigdy nie zrobię kariery, uodporniłem się na wyrzuty rodziców i wiodłem życie zwykłego strażnika - oddanego sprawie, ale bez aspiracji na cokolwiek więcej. Było mi z tym dobrze, bo na niskim szczeblu mogłem w znacznie większym stopniu pozwolić sobie na bycie sobą - rzadziej obrywałem za pogaduszki na warcie i uwodzenie panien, nie oczekiwano, że wygram każdą walkę podczas treningów. Z tym ostatnim wiąże się jednak ciekawa historia o tym, jak poznałem pewnego niezwykłego człowieka, który miał mi ocalić życie.
Nazywał się Malam Bahar, był tak stary i pomarszczony, że mawiano, iż normalni ludzie tyle nie żyją i pewnie ma on w żyłach domieszkę krwi innych ras albo zawarł pakt z demonem na życie wieczne, nie zastrzegając jednak, że ma to być życie w pełni sprawności. Nie wiedziałem jaką rolę pełnił w pałacu, widywałem go tylko gdy pętał się po korytarzach i ogrodach, postukując swoją laską. Często oglądał treningi, siedząc gdzieś w cieniu palm, przez co zacząłem przypuszczać, że może to jakiś emerytowany gwardzista, nikt jednak z mojej rodziny go nie kojarzył. Zacząłem wypytywać z czystej ciekawości, nim jednak poznałem jego prawdziwą tożsamość, miałem okazję poznać go osobiście. Malam odezwał się do mnie pierwszy - wlokłem się wtedy do koszar po tym, jak dostałem solidny wycisk na treningu.
- Walczysz jak mięczak - rzekł z tą typową dla starszych osób bezpośredniością. Czy też raczej bezczelnością. Spojrzałem na niego, a że nie potrafiłem na szybko wymyślić żadnej błyskotliwej riposty, powlokłem się dalej.
- Ale i styl nie dla ciebie, więc co się dziwić - kontynuowała niezrażony Malam. Przystanąłem, bo ewidentnie mówił do mnie, a ja nie chciałem okazać mu braku szacunku, bo może akurat to ktoś ważny.
- Może to i efektywne, ale miecz ci w dłoni nie leży ewidentnie. Własnej dupy nie przeskoczysz, jak to się mówi, hm…
- Dziękuję za trafny komentarz - odpowiedziałem trochę sarkastycznie, bo moje obite żebra odbierały mi poczucie humoru. Malam gadał o czymś, co ja wiedziałem już od dawna.
- Nieważne, że przegrywasz z innymi strażnikami - zauważył. - Ważne, byś wygrywał z wrogiem. A tam zasady ustalasz sam. Idź do Tutisept, niech ci pokaże kilka sztuczek.
- Ale…
- Idź, idź - ponaglił mnie Malam, choć ja chciałem oponować, że regulamin, że musztra, że generalnie to mi się nie chce, ale czułem, że wtedy dostanę lagą w łeb, więc skapitulowałem i poszedłem. A Malam powlókł się za mną, jakby zamierzał sprawdzić czy faktycznie zrobię to, co mi kazał.
Tutisept była kobietą i to na dodatek tak małą, że niektóre koty wygrzewające się w ogrodach bywały większe od niej. Lekceważyłem ją, bo jakże taka drobina mogłaby mnie czegoś nauczyć, i byłem przekonany, że tracę na nią czas, ale ona miała do mnie cierpliwość… I szybko pokazała mi w jakim byłem błędzie. Dostrzegła mój problem z taką łatwością, jakby Malam ją wcześniej uprzedził kim jestem i o co chodzi. Pokazała mi parę sztuczek, otworzyła oczy na zupełnie inny styl walki: szybki i brutalny, taki gdzie to moje ciało stało się bronią. To dodało mi pewności siebie i nawet trochę pomogło w walce z mieczem, bo wiedziałem, że zawsze jest jakaś alternatywa. Malam jednak nie pozwolił mi dowiedzieć się wszystkiego, co wiedziała Tutisept i poznał mnie z kolejną osobą, tym razem mężczyzną imieniem Sahim - on doskonale władał nożami. I tak to trwało, Malam prowadził mnie od człowieka do człowieka, ja nabrałem pewności siebie, zupełnie zmieniłem styl walki i nawet złożyłem wniosek o przeniesienie do innego oddziału, który przyjęto. Nie było jednak tak różowo jak się wydaje, bo zarzucano mi brak umiejętności pracy w grupie - ucząc się dobrze walczyć, zaniedbałem tę część. Mając już jednak jakąś wiedzę, mogłem to nadrabiać.
Przewodnictwo Malama dało mi jeszcze jedno: poznałem wiele osób z różnych oddziałów. W pewnym momencie nawet on sam mnie czegoś nauczył - okazało się, że był nadwornym medykiem i ponoć nawet magikiem, choć tej drugiej plotki nie zweryfikowałem, bo jego jedynym celem w nauczaniu mnie było pokazanie mi granic możliwości mojego ciała. Gdy to mu się udało, zaraz posłał mnie do kolejnych osób, które mogły mi pomóc. To przynosiło mi wiele drobnych korzyści i informacji, które przydawały mi się w dość niewielkim stopniu, ale liczyłem, że kiedyś zrobię z nich solidny użytek. Pielęgnowałem więc te kontakty i starałem się nadrobić te lata, gdy byłem ledwie miernym strażnikiem. Przyznam, że start był ciężki, bo wszyscy przyzwyczaili się do tego, że po Sadiku el-Bihtu nie ma co się spodziewać cudów i nie ma co powierzać mu jakiś skomplikowanych czy odpowiedzialnych zadań - odbiłem się od przeźroczystej ściany opinii, którą sam sobie zbudowałem. To było frustrujące - teraz, gdy miałem ambicje na więcej. Później jednak wszystko zaczęło dziać się zbyt szybko, bym mógł udowodnić ile jestem wart…
W końcu stuknęło mi 25 lat i nadszedł czas, bym się ożenił. To była czysta formalność, po prostu mężczyzna o pewnym statusie społecznym musiał mieć żonę i potomków, a czy ją kochał… Zawsze mógł sprowadzić sobie metresę. Dla mnie od wielu już lat była przeznaczona jedna dziewczyna - miała na imię Antsu i była sześć lat młodsza ode mnie. Ładna, dość mądra, znająca swoje miejsce. Nie zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale jakoś się dogadywaliśmy, to miało szansę powodzenia. Gdy już oficjalnie się zaręczyliśmy, pobłogosławił nam sam król podczas króciutkiej audiencji - był to jeden z zaszczytów należnych strażnikom pałacowym. Oczywiście cała wizyta trwała ledwie chwilę, tyle co uklękliśmy przed tronem, a władca wypowiedział dwa zdania, wyciągając do nas ręce - i było po wszystkim, lecz Antsu to się podobało - poczuła się ważna i wyróżniona, bo mogła później opowiadać o tym swoim przyjaciółkom. Później nastąpił długi okres przygotowań i huczne wesele, na którym były bez mała dwie setki gości, a po którym Antsu sprowadziła się do nas do domu. Byliśmy małżeństwem jak wiele tego typu zaaranżowanych par - dogadywaliśmy się, dzieliliśmy łoże, ale namiętności w tym nie było. Z czasem pojawiły się drobne tarcia, bo Antsu, przebywając zbyt dużo z moją rodziną, nabrała przekonania, że popełniła błąd, wychodząc za mnie i że nie czeka ją ze mną żadna świetlana przyszłość, bo jestem zakałą rodziny. Trudno było zachować twarz i spokój jednocześnie, a ja nie byłem do niej przywiązany tak bardzo, by się jeszcze starać, dlatego coraz więcej czasu spędzałem po prostu w pałacu. Byłem tam również tej feralnej nocy, która zapoczątkowała cały ciąg nieszczęść, które spadły na Na’Zahir.
To była dziwna noc… Z początku spokojna jak wszystkie poprzednie, lecz nad ranem podniesiono alarm. Krzyki, bieganina, napięcie, panika, rozpacz… Zamordowano króla. Co więcej, morderczynią była księżniczka, a ciało znaleziono w jej komnacie. Królowa oszalała z rozpaczy, nawet ja czułem się, jakbym dostał w twarz. W pościg za następczynią tronu rzucono wszelkie dostępne siły, lecz nikt jej nie dogonił - może nie chcieli, a może faktycznie nie byli w stanie… Sytuacja w pałacu zaś była dramatyczna - bez króla, bez następczyni, z oszalałą z rozpaczy królową… Wielu próbowało na nią wpłynąć, by się opamiętała i dla dobra królestwa wzięła się w garść, lecz to nic nie dało. Stracono każdego, kto mógł mieć z tym jakikolwiek związek, wszystkich strażników, którzy mogli pomagać księżniczce w ucieczce, nawet jeśli zaklinali, że tego nie zrobili. Miałem szczęście, że tamtego dnia byłem pod skarbcem, inaczej również straciłbym głowę. Krew jednak nie ugasiła żalu królowej i wkrótce targnęła się ona na własne życie, a my - cały naród - zostaliśmy bez ani jednego członka głównej linii królewskiego rodu… Zapanował chaos i niepewność, Na’Zahir stał się rannym zwierzęciem z połamanymi nogami i wyłupionymi oczami. Na ten moment czekał drapieżnik.
Kraj podbito z łatwością, która nikogo nie powinna dziwić, zważywszy na okoliczności. Próbowano walczyć, w stolicy kilka dni trwały zamieszki, które jednak zostały zduszone wręcz błyskawicznie. Walki w pałacu trwały dwa dni, broniliśmy zawzięcie każdego łokcia korytarzy, ale nie mieliśmy większych szans. Gdy nastał koniec, byłem po łokcie ubabrany we krwi i z wyczerpania nie widziałem na oczy. Koniec walk stał się istnym chaosem, nie mogliśmy już utrzymać żadnej formacji, każdy walczył na własny rachunek, a morale były tak dramatycznie niskie - nawet nie wiedzieliśmy po co i dla kogo walczymy, czuliśmy jedynie taki obowiązek, który z czasem zaczął przegrywać z chęcią przeżycia, bo przecież i tak nikt nam za to nie podziękuje. Wtedy dopiero wprowadziłem w życie wszystkie nauki, jakie otrzymałem za pośrednictwem Malama, choć pamiętam to jak przez mgłę - nie dałem się zabić, może nawet komuś pomogłem, na pewno w jednej chwili przejąłem przywództwo nad grupą strażników wokół, gdy zabito najwyższego z nas rangą. Później jednak ugięliśmy się; to była kwestia czasu, a wtedy rozbrojono nas i zebrano na pałacowym dziedzińcu - wszystkich strażników bez wyjątku. Szybko się z nami uporano, najeźdźca doskonale wiedział co zrobić, byśmy więcej nie mogli kąsać. Określono pewien stopień w hierarchii straży, powyżej którego wszystkich bez wyjątku ścięto - nie muszę mówić, że byli to wszyscy mężczyźni z mojej rodziny z wyjątkiem mnie, bo ja jeszcze byłem za niski rangą. Wybrano jeszcze kilku wyjątkowo oddanych upadłej monarchii żołnierzy i tych widowiskowo stracono na głównym rynku miasta, by nikomu nie przyszło do głowy sprzeciwiać się przejęciu władzy… A później nastał nowy porządek, który dla zwykłych obywateli nie różnił się specjalnie od poprzedniego, bo podatki i praca były te same, tylko nie było już K’umeti, nie było K’aminy, tylko jacyś obcy, ale to wypływało jedynie od czasu do czasu w rozmowach. Przebywającą na wygnaniu księżniczkę wspominano z pewną tęsknotą, bo była uwielbiana przez tłum, ale nikt nie śmiał wspominać o tym, by wróciła na tron. Zresztą, nie było nawet wiadome czy żyje.
Do mnie zaś w tym czasie krzywo uśmiechnął się los - najeźdźca, by zaprowadzić porządek i uzupełnić braki w pałacu, szybko awansował co zdolniejszych strażników i ja byłem wśród nich, bo nie było już nikogo, kto kwestionowałby moje umiejętności; nikogo, kto nazwałby mnie “czarną owcą el-Bihtu”. Wręcz może w tym momencie jawiłem się jako “czarny koń”. Oczywiście była nas garstka, bo wszystkie najważniejsze stanowiska dostali jego ludzie. Awans wcale mnie nie cieszył - straciłem połowę rodziny w trakcie walk, mojej matce serce pękło z żalu i targnęła się na własne życie po tym, jak była świadkiem egzekucji ojca, Antsu zaś przywdziała żałobę, uznała mnie za najważniejsze, by nie powiedzieć jedyne źródło swych nieszczęść, za niedojdę i sprzedawczyka - i przestała ze mną rozmawiać. A ja nie miałem innego wyjścia, jak starać się na razie przeżyć, by może w przyszłości odmienić swój los. Mogłem oczywiście dać się stracić w imię dumy i honoru, lecz co by to dało? Wolałem odczekać.

- Masz potencjał - mówi on zblazowanym tonem, bym zaczął merdać ogonem i łasić się jak pies, którego się zapyta “kto jest grzecznym chłopcem?”. - Otwarty umysł, to cię wyróżnia. Możesz wiele zrobić, by ten kraj stał się lepszym miejscem. Musisz tylko wykonać dla nas jedną misję.
Złapać księżniczkę. No pewnie, to takie proste: odnaleźć ją i przyprowadzić, bo ślub naszego nowego władcy z księżniczką z poprzedniej dynastii tak bardzo umocni jego pozycję, a ja jako ten, który tak dopomógł sprawie, dostąpię nie wiadomo jakich zaszczytów. Nieźle to sobie wykombinowali - oferta jest naprawdę kusząca, wystarczy sprowadzić K’aminę do kraju i mogę osiągnąć to wszystko, czego nie miałem za panowania jej ojca… Któż by odmówił? Ja na pewno nie. Przyjmują więc dwie sakiewki - jedną ze złotem, a drugą z bransoletą, która pozwoli księżniczce wrócić do kraju - i po chwili wychodzę. Wyruszam skoro świt.

AKTUALNIE
- Doskonale sobie poradziłeś, el-Bihtu.
Przełożony znowu mówi do mnie takim tonem, jakbym miał zacząć merdać ogonem, choć wcześniej traktowano mnie co najmniej jak podejrzanego, prowadząc mnie pod eskortą od drzwi apartamentów uzurpatora do jego gabinetu. Teraz rozmawiamy w cztery oczy, ale wiem, że za drzwiami czekają strażnicy. Co jest grane? Milczę, czekając co nastąpi. Mam złe przeczucia.
- Nie spodziewaliśmy się, że odnajdziesz księżniczkę, a tymczasem ty to zrobiłeś i, co więcej, zrobiłeś to całkiem szybko - mówi mój przełożony, jakby naprawdę był zadowolony. Ten przydługi wstęp mi się nie podoba, ale milczę. - Jak mówiłem przed twoim wyjazdem, dostrzegliśmy twój potencjał, a ty nie zawiodłeś naszych oczekiwań. Zostajesz awansowany do rangi pułkownika. Jeszcze dziś wydam decyzję o twoim awansie i przeniesieniu.
- Słucham? - wykrztuszam, nie kryjąc zaskoczenia. Przesłyszałem się? On powiedział “przeniesieniu”?


Pułkownik Sadik el-Bihtu. Brzmi dumnie. El-Bihtu nie jest jednak człowiekiem dumnym. Przyjechał do oazy Mia-Alkhama ze stolicy, mówi się, że naraził się przełożonym i został zdegradowany, choć patrząc na jego wysoki stopień brzmi to nieprawdopodobnie. Jest jednak zgorzkniały, niezbyt towarzyski. Garnizonem, którym został mu powierzony, rządzi twardą ręką i nikt go tam specjalnie nie lubi. Zresztą jak w całym tym niewielkim mieście - nikt nie może powiedzieć, by przyjaźnił się z pułkownikiem albo żeby go chociaż dobrze znał. To dość dziwne, bo nie jest to mężczyzna bez zalet - jest przystojny i zadbany, dobrze zarabia i najwyraźniej jest kawalerem, ale żadne kobiety się przy nim nie kręcą. Mówi się, że kryje jakieś mroczne sekrety, ale nikt nie wie co mogłoby to być. Ktoś mówił, że zabił żonę, inni, że brał udział w jakimś pałacowym przewrocie, ale to tylko plotki. A od niego nic się nie dowiesz. Żyje pracą, rozkazami, musztrą i raportami. Jest jakby go nie było.

Posiadłość

Lokalizacja: Na'Zahir
W oazie Mia-Alkhama niedaleko garnizonu znajduje się niewielki dom, nieróżniący się niczym od zabudowań dookoła. Na jego parterze znajduje się niewielki salon i trzy pokoje urządzone tak, jakby miały stanowić sypialnie, choć tak naprawdę tylko jedna z nich jest zajęta. Na piętrze, poza dużym, zadaszonym tarasem, znajduje się kuchnia, niewielka jadalnia i zupełnie pusty pokój o niewiadomym przeznaczeniu. Za domem kiedyś być może był ogród, ale teraz jest on raczej zaniedbany, nie licząc zagrody dla konia i wiaty na powóz, które są w całkiem dobrym stanie. 
  • Najnowsze posty napisane przez: Sadik
    Odpowiedzi
    Odsłony
    Data