Profil użytkownika Avarralie

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Avarralie Amora Brokhart
Rasa: Przemieniona z ludzkiej kobiety
Wiek: Około osiemdziesiąt cztery (84) lata, z czego już sześćdziesiąt (60) lat przeżyła jako przemieniona


Aura

Emanacja zalicza się do tych raczej słabszych. Została silnie pokryta rtęciową farbą, którą dojrzeć można już z daleka. Natomiast barachitowe wcięcia bardzo sprytnie znajdują ukrycie przed ciekawskim spojrzeniem. Sprawę utrudnia także topazowe światło nieodłącznie towarzyszące aurze. Dźwięki tu nie występują, więc panuje błoga cisza. Wydziela dość niespotykaną woń, naprawdę ciężką do sklasyfikowania. Wydaje się być mieszaniną różnych zapachów, żaden jednak nie jest konkretny i łatwy do rozpoznania. W dotyku miękka, z łatwością ugina się, gdy ktoś zechce sprawdzić jej wytrzymałość. Występują momenty, gdy niespodziewanie robi się sztywna, ukazuje ostre krańce i stara się nimi obronić. Mocno zniechęca swą chropowatością. Ponadto w smaku jest sucha, co za tym idzie, wywołuje pragnienie. Oczywiście, jeśli czytający wystarczająco się skupi może odkryć też jakiś ślad lepkości.


Wygląd

Zwykle, kobiety zwie się uosobieniem wdzięku, gracji oraz czystym pięknem. Avarralie jednak nie jest zwykłą kobietą, jest potworną mieszanką między ludzką dziewczyną a pajęczą bestią. Mianowicie, mniej więcej od pasa w górę, posiada ludzki tułów, ręce oraz głowę. Przynajmniej w pewnym stopniu ludzkie, bowiem z jej pleców wystają z trzy pary odnóży, dwa kroczne oraz jedne ukształtowane na końcach w coś na kształt zdeformowanych rąk, wszystkie w kolorze czarnym z domieszką czerwonego w miejscach zgięć.

Dodatkowo, na łokciach, na sporej część pleców, na bocznych częściach żeber i pod piersiami skórę zastępuje twarda, chitynowa skorupa o nierównej, momentami ostrej powierzchni koloru czarnego, zaś z czubka jej głowy wyrastają dziwaczne czułki w liczbie dwóch par, jedne skierowane w bok, drugie w górę, znacznie różniące się od siebie nawzajem wyglądem. Służą one za dodatkowe, ale niezwykłe czułe narządy odpowiednio słuchu (czułki skierowane w bok) oraz węchu (czułki skierowane ku górze).

Dolna jej połowa zaś, zamiast ludzkich bioder z dołączonymi nogami, prezentuje pokaźnej wielkości odwłok, pokryty zachodzącymi na siebie warstwami chityny o niezwykłej gładkości i połysku. Sam odwłok zakończony jest gruczołem, który służy jej jedynie do uwalniania feromonów kontrolujących pająki. Pod odwłokiem, czy też raczej na brzusznej jego części są umiejscowione pozostałe dwie pary odnóży krocznych, nieróżniących się zbytnio od pozostałych.

To, co w niej jest najbardziej ludzkie, to między innymi jej twarz, ukazująca dojrzałą kobietę o rysach do pewnego stopnia łagodnych, a co za tym idzie, uroczych. Jej niezwykle jasno-błękitne oczy są źródłem nieskończonego szaleństwa, które często jest skryte pod przyjaznym spojrzeniem. Nosek jej drobny i uroczy, zaś policzki dumnie i z pełnią wdzięku zdobią lica pół pajęczycy. To, co także przykuwa uwagę, to wieczne sine powieki, które wyglądają, jakby były umalowane, a które po prostu przybrały ten kolor pewnego dnia, prawdopodobnie za sprawą jednej z chorób, którą kiedyś Avarralie przeszła. Podobną genezę mają także inne, przypominające twarzowe malunki kolorowe kształty na skórze przemienionej, będące kolejno krwistą, pionową kreską na czole oraz szaro-brązowe kółka na bokach tego samego czoła.

Wzrost jej, zależnie od tego, kiedy mierzony, jest różny. Gdy stoi jedynie na najbardziej z tyłu ułożonej parze odnóży niczym na ludzkich nogach, jest wysoka na więcej niż jeden (1) sążeń (ok. 190cm/1,90m). Gdy z dwóch par odnóży, położonych najbliżej odwłoku, korzysta, jest niższa o ponad jedną (1) dłoń (ma wtedy ok. 180cm/1,80m). Zaś gdy, niczym pająk prawdziwy, na wszystkich czterech parach odnóży krocznych przemieszcza się, czego często nie robi, wydaje się wysoka na ledwie jeden (1) krok (ok. 70cm/0,7m).

Od czubka głowy do żądła umieszczonego na odwłoku mierzy mniej niż pięć (5) stóp (ok. 140cm/1,4m). Każde z jej odnóży krocznych ma, jeśli byłyby idealnie proste, podobną długość (ok. 140cm/1,4m). ta para odnóży umieszczona najwyżej, będąca odpowiednikiem nogogłaszczek u pająków, jest dłuższe od odnóży krocznych o dwie (2) piędzi (mają ok. 180cm/1,8m). Czułka na jej głowie zaś mają długość około dwóch (2) dłoni (ok. 15cm/0,15m)

Cała Avarralie, ze względu na dość nietypowe ciało, waży znacznie więcej niż po kobiecie można by się spodziewać, bowiem aż cztery (4) centary (ok. 170kg). Spora część tego jest zasługą jej odwłoka, rzyci, czy też jak to pospolicie mówią, tyłka. Głos jej bez wątpienia nie jest dziecinny, a brzmi tak, jak brzmieć powinien u dorosłej i dojrzałej kobiety. Nie za piskliwy, nie za głęboki.

Jeśli chodzi o ubrania, nie ma za bardzo o czym mówić, bo jest tego niewiele, ale przyznać trzeba, iż garderoba Amory jest dosyć niecodzienna. Piersi jej nie są zakryte, przynajmniej nie w całości. Najdelikatniejsze punkty jej klatki piersiowej są okryte złotymi płytkami, dopasowanymi do miejsca, które okrywają, a które połączone są ze sobą dwoma pasmami utworzonych z nitek czerwonej tkaniny. Krótsze pasmo przebiega między piersiami kobiety, dłuższe zaś pasmo przechodzi za plecami, po drodze zahaczając o jedną z par odnóży.

Ostatnim elementem jej ubioru jest płachta materiału, utkana z tych samych czerwonych nitek co wcześniej wymienione, a która owinięta jest tak, iż spoczywa na grzbietowej części odwłoku, konkretnie w miejscu gdzie chityna przechodzi w skórę, jednocześnie będąc zasupłana przy brzusznej części odwłoku, skąd luźno zwisa pozostała część owej tkaniny, która gdy Avarralie stoi tylko na ostatniej parze odnóży, zasłania je w całości.


Charakter

Oszalała wskutek bólu, którego doznała w przeszłości oraz poddana potężnej dawce magii i alchemii na przestrzeni lat, umysł Avarralie, podobnie zresztą jak jej sposób postrzegania świata, jest dosyć nieprzeciętny. Kiedyś była jeszcze w miarę normalną socjopatką, żądną bólu własnego i innych, zaś obecnie można by powiedzieć, iż odbiło jej kompletnie.

Cały jej obecny świat krąży wokół jej "dzieci", dla których jest niczym niezwykle nadopiekuńcza matka. Swoje wybory opiera, jeśli tylko może, na tym, by pająki, nad którymi sprawuje piecze, były bezpieczne. Często wywołuje to absurdalne, groteskowe, a momentami niebezpieczne dla niej samej sytuacje, bowiem zdarza jej się wyolbrzymiać problemy i zagrożenia, gdy te dotyczą jej maleństw. Gdy zobaczy, iż jedno z jej maleństw zostało skaleczone bądź, co gorsza, zabite, ten, który tego dokonał, może pożegnać się z dobrymi relacjami z Avarralie, ta bowiem będzie żądna zabić jegomościa bez wahania, powoli i boleśnie.

Sama Amora zaś zdaje ignorować zagrożenie, które dotyczy ją, bądź też kogokolwiek innego. Momentami jest tak, iż celowo sprowadza to zagrożenie na siebie oraz innych, a to wszystko z powodu, iż czasem, gdy sytuacja na to pozwala, zadaje ból sobie i innym, mniej lub bardziej bezpośrednio. Jest to swego rodzaju pasja, bowiem istna z niej sadystka, z okazjonalnymi przejawami do masochizmu, które powodują, iż uwielbia spożywać własnoręcznie sporządzone mikstury, szczególnie gdy te są niezbyt bezpieczne dla jej życia i zdrowia.

Jeśli chodzi o stosunki z innymi istotami, nie jest ona szczególnie wybredna - wszystkich omija tak samo, chyba że jej dzieci, jak i ona sama są głodne, to wtedy pierwsze żywe mięso trafia na pajęczy stół. Rozumie, że taki człowiek czy anioł to coś innego niż zwykłe zwierze, lecz nie przejmuje się tym zbytnio. Nikogo nie ocenia z góry, nie darzy szacunkiem danej rasy, nie oburza ją inna. Tak długo, jak ona nie jest głodna, a dana osoba czy zwierze nie zagraża jej potomstwu, jest ona neutralnie, a czasem i pokojowo nastawiona. Nie jest jednak zbyt chętna na zawieranie nowych znajomości, co jednak zdarza się raz na jakiś czas. A gdy już do tego dojdzie, często zaczyna traktować swoich nowych przyjaciół niczym pająki, czyli zupełnie jak swoje dzieci.

Ze względu na stan jej wyniszczonego przez lata ciała, zaczęła doceniać porządny posiłek czy też wielogodzinne leniuchowanie. Czasami, gdy sen nie chce przyjść, a ma ochotę odpocząć, zabiera się za tkanie pajęczej sieci w przeróżne rzeczy, jakie akurat przyjdą jej do głowy, które następnie odrzuca na bok, co by zacząć od nowa. Rzadko kiedy zachowuje to, co utka z nudów.

Atrybuty

Krzepa:Zanik mięśni, Padaka, Kruchy,
Zwinność:Bardzo zręczny, Powolny, Precyzyjny,
Percepcja:Półślepy, Dobry słuch, Wyostrzony węch, Wyostrzony smak, Wyczulony na wibracje, Pozbawiony zm.mag.,
Umysł:Pojętny, Ineligentny, Silna wola,
Prezencja:Maszkaron, Odszczepieniec,

Cechy specjalne

Chitynowa Panna [D]Pewnego dnia, Avarralie postanowiła zostać pająkiem. Wraz z pomocą maga miało to stać się prawdą, lecz rytuał, z którego pomocą miało to się dokonać, został przerwany. W wyniku czego powstała magiczna hybryda, piękno ludzkiej kobiety zostało zbezczeszczone przez pajęcze odnóża, odwłok oraz chitynę, pokrywającą część jej ciała i zrzucaną raz na kilka tygodni. W dodatku, na jej głowie wyrosły czułko-podobne narządy, które wzmacniają jej zmysły słuchu oraz węchu. Innym efektem ubocznym było to, iż jej ciało znacznie spowolniło, jeśli chodzi o proces starzenia się, co jest widoczne dla tych, co rozumieją, iż osiemdziesięciolatka bez wątpienia by tak nie wyglądała. Warto też nadmienić, iż Avarralie potrafi sprawić, by pająki uznawały ją za swoją matkę. Wszystko to za sprawą tego, iż wraz z potem, ciało przemienionej wydziela także feromony, które, choć wyczuwalne przez wszystkich ze względu na swój miodowy zapach, to jednak oddziałują tylko i wyłącznie na pająki, sprawiając, iż te chronią ją i służą jej jak swojej matce, bądź też królowej, zależnie od punktu widzenia, jednocześnie spełniając jej życzenia, prośby, pragnienia czy też zachcianki. Poza tym, ze względu na to, iż posiada ona aż pięć par dodatkowych odnóży, a także dysponuje odwłokiem sporych rozmiarów, jej ciało zużywa energię oraz wszystko, co potrzebne do funkcjonowania, o wiele szybciej niż u normalniej kobiety. Jest to na tyle znacząca różnica, iż nie tylko musi ona odżywiać się znacznie częściej, bądź też znacznie więcej niż ktoś normalny, ale też potrzebuje ona o wiele więcej odpoczynku takiego jak sen bądź też zwykłe leniuchowanie.
Długotrwale Przedawkowanie Alchemo-Magiczne [K]Organizm Amory, wyniszczony przez alchemię i magię na przestrzeni wielu lat, stał się istną kopalnią problemów dla Avarralie. Jej ciało stało się wrażliwe na ataki fizyczne, magiczne oraz wszelkiego rodzaju choroby czy trucizny. Komórki jej ciała potrafią samoistnie przestać działać bądź też działają, ale nie w sposób, w jaki powinny, przez co ciało Avarralie może z sekundy na sekundę odmówić posłuszeństwa. Jej tkanki mogą samoistnie się rozrywać, tworząc rany wewnętrzne bądź zewnętrze, krew może nie przenosić tlenu jak należy, narządy mogą przestać działać. Nawet śmierć może nastąpić, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób, dla przemienionej. Na nic jednak wymienianie tego wszystkiego, bowiem ogółem mówiąc, jej ciało stało się na tyle niestabilne, iż dosłownie wszystko może się z nią stać, choć bardziej błahe rzeczy jak krwotok z nosa są o wiele częstsze niż poważniejsze problemy zdrowotne.
Obłęd [S]Gdy przeżyło się tyle co ona, ciężko nie stracić na drodze życia co najmniej jednej klepki. Oczywistym tego skutkiem jest to, iż uważa siebie za pająka, a prawdziwe pająki - za swoje potomstwo. Często też ma problem z pojmowaniem, czy też raczej, przetwarzaniem rzeczywistości wokół niej, dlatego też nigdy nie wiadomo, jak zareaguje na daną sytuację i za kogo uzna daną istotę.

Umiejętności

Alchemia [M] [Warzenie mikstur z niezwykłą dokładnością w zakresie siły, czasu działania, oraz czystości od efektów ubocznych, a także zdolność dopasowywania znanych sobie składników alchemicznych do tworzenia całkiem nowych wywarów.]
Bestiologia - Pająki [W] [Znajomość wielu gatunków pająków, ich anatomii, występowania, zachowań, preferowanego pożywienia oraz ewentualnej toksyczności jadu.]
Sporządzanie trucizn [W] [Warzenie trucizn z niezwykłą dokładnością w zakresie siły, czasu działania, oraz tego, na jakie elementy organizmu ma dana trucizna wpływać i w jakim stopniu, a także zdolność dopasowywania znanych sobie składników alchemicznych do tworzenia całkiem nowych wywarów.]
Zielarstwo [W] [Znajomość występowania oraz właściwiości większości pospolitych ziół i składników alchemicznych oraz części tych rzadziej występujących.]
Wspinaczka [W] [Przemieszczanie się po płaszczyznach zbyt pochyłych, by chodzenie było możliwe, przy pomocy ludzkich rąk oraz pajęczych odnóży. Tylko najtrudniejsze przeszkody mogą się okazać dla niej niemożliwe do przebycia.]
Botanika [O] [Znajomość występowania oraz charakterystyki części pospolitych roślin leśnych.]
Polowanie [O] [Wiedza na temat tego, w jaki sposób zaatakować swoją ofiarę, by zwiększyć szansę na jej unieszkodliwienie bądź też zabicie w obszarze leśnym.]
Tropienie [O] [Zdolność podążania za danym celem na postawie śladów pozostawionych przez nią na obszarze leśnym.]
Skradanie [O] [Znajomość cichego poruszania się przez obszary leśne]
Bestiologia - Zwierzęta leśne [O] [Wiedza na temat części zwierząt pospolicie występujących w większości Alariańskich lasów.]
Zastawianie pułapek [P] [Tworzenie prostych pułapek z wykorzystaniem pajęczej sieci.]
Tkactwo [P] [Tworzenie prostych przedmiotów z pajęczej sieci.]
Anatomia [P] [Podstawowa wiedza na temat ciała ludzi i istot humanoidalnych.]

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Towarzysz

Skarbeniek - Alchemicznie Naszpikowany Pająk
Skarbeniek, odkąd Avarralie odnalazła go w środku buta porzuconego na środku polany, był wyjątkowy. Wiecznie pierwszy rzucał się do wszystkiego. Jedzenie, atakowanie wroga, obrona przemienionej czy też ucieczka - on zawsze był pierwszym pająkiem, który coś robił i to właśnie sprawiło, że trafił do wyjątkowego miejsca w sercu Avarralie, która w zamian swoimi alchemicznymi zdolnościami sprawiła, iż nie tylko był zawsze pierwszy, ale też się stał największym pająkiem, który wiecznie podąża za nią.

Skarbeniek jest pająkiem, tarantulą konkretnie, który za sprawą alchemii urósł do rozmiarów, przy których ów pajęczak jest wielkości dorosłego niedźwiedzia. Jednak poza tym, jest anatomicznie normalną tarantulą, o jednolitym, brunatnym ubarwieniu zarówno chityny, jak i włosków na pajęczym ciele. Wskutek tego, co sprawiło, że jest ogromny, utracił on zdolność tworzenia pajęczyny, ale też zyskał nieco na inteligencji, ale tylko nieco.

Historia

~~~
Około osiemdziesiąt pięć (85) lat temu...
~~~


Dawno, dawno temu, węzły miłości połączyły dwie osoby - człowieczego, czarnowłosego mężczyznę, imieniem Avarro oraz ludzką, rudowłosą kobietę, zwaną Rozalie. On był ze znanej kupieckiej rodziny i ten sam zawód przypadł mu. Ona zaś była...sobą. Niektórzy nazywali ją Ladacznicą, inni damą obyczajów lekkich niczym piórko, jednak ostatecznie sprowadzało się to do tego, iż wszystko w niej było zmienne, w tym partnerzy, których według plotkarskich legend miała mieć więcej, niż było ich w miejscu, gdzie mieszkała - w Nowej Aerii.

Podobno, gdy tylko doszło do małżeństwa między Rozalie a Avarro, ona miałaby uspokoić się, zrozumieć, że skończył się czas skakania z jednego faceta na drugiego. To jednak było jedynie złudzenie. Już kilka dni po zaręczynach, jej żądne przygód ciało trafiło w ręce tylu chętnych mężczyzn, ilu mogła znaleźć w tajemnicy przed swym ukochanym. Każdego dnia, w każdą noc, kiedy tylko była okazja i chęć do zgrzeszenia przeciw przysiędze wierności, którą złożyła, a którą zignorowała, a wręcz rozdarła na strzępy swym zachowaniem. By jednak była to jej tajemnica, gdy tylko była z kimś innym niż Avarro, starała się, by nie zostać brzemienną, w czym przyznać trzeba, iż - po wielu latach oddawania się na lewo i prawo - była mistrzynią.

Pewnego dnia, gdy jej małżonek, z którym była jak dotąd ponad pięć lat, zniknął w interesach na pewien czas, ona ponownie oddała się swojemu ulubionemu zajęciu. Miejscowi, przejezdni, bandyci i zbiry z karczmy oraz wszyscy ci, którym ciało Rozalie przypadło do gustu, mieli okazję poznać ją z nieco innej, łóżkowej perspektywy. “Hulaj dusza, piekła nie ma!” chciałoby się powiedzieć.

Tak oto mijał czas, przynajmniej dla Rozalie. Przez alarańską strukturę czasu, u niego mijały dni, a u niej miesiące. Dla Rozalie było to dobre, bowiem mogła oddawać się komu tylko chciała, tak długo, jak jej męża nie było w domu. Było to wręcz błogosławieństwo dla takiej kobiety jak ona. Lecz w czasie tych upojnych dni, odkryła w sobie inne błogosławieństwo - brzemienność.

Była w ciąży ze swoim mężem, Avarro, bowiem nim ten wyruszył handlować artefaktami, to oboje spędzili upojną noc w łóżku. Ona sama jednak była pewna, iż to dziecko z nieprawego łoża. Panika nie pozwoliła jej choćby pomyśleć o tym, iż to, co rozwija się pod jej sercem, może być krwią z krwi jej i jej męża.

Na szczęście dla Rozalie, Avarro nie wracał przez wiele miesięcy. Póki jej stan nie był zbyt widoczny bądź też zaawansowany, próbowała zająć swój umysł dalszym zbliżaniem się do stęsknionych za kobiecym ciepłem mężczyzn. Gdy jednak, ze względu na rozwijające się w niej życie, stało się to niemożliwe, rozpoczęła rozmyślać co począć z pozornie nieślubnym dzieckiem oraz co zrobić, by Avarro od nikogo się nie dowiedział, co się działo pod jego nieobecność. W końcu powstał plan, oparty na pewnej znajomości oraz sporej dozie szczęścia.

Nim fakt, iż jest w ciąży, stał się widoczny gołym okiem, pod pretekstem dręczącej ją choroby - o której rozpowiedziała, co by zamydlić oczy tym, co ją znali, przyszła do domu miejscowej lekarki, starej damy Mabeline Brokhart, żony starego alchemika Ferthora Brokharta. Dopiero im wyjawiła prawdziwy powód swej wizyty - żądała, by zniszczyli to, co nazywała klątwą, a co było dzieckiem, które nosiła. Oni odmówili stanowczo, gardząc jej bezduszną prośbą. Ona jednak padła na kolana, przysięgając, iż kocha Avarro i nie chce, by biedakowi serce pękło na widok niemowlęcia o krwi innej, niż ta krążąca w jego żyłach. Para, widząc żałosny wyraz twarzy kobiety, na osobności omówiła sprawę.

Gdy ledwie kilka minut później powrócili do rozmowy ze zdesperowaną kobietą, ich odpowiedź na jej błagania była inna. Nadal nie zgodzili się na zniszczenie cudu, jakim było nowe życie, lecz obiecali, iż jeśli Rozalie przeczeka ciążę u nich w domu, pozwalając dziecku narodzić się w sposób naturalny, oni je przyjmą jako swoje własne, gwarantując jej, iż głosić będą, że odnaleźli je w lesie, a Rozalie przez cały ten czas leczyli u siebie z ciężkiej i natarczywej choroby. Kobieta przystała na ich warunki, bowiem obojętny był jej los dziecka.


~~~
Około osiemdziesiąt cztery (84) lata temu...
~~~


Avarro wciąż nie powrócił, a dziecko - dziewczynka konkretnie - w końcu przyszło na świat, dosyć bezproblemowo można by powiedzieć. Rozalie odzyskała siły po narodzinach dziecka w ciągu tygodni, zaś ciało jej powróciło do stanu sprzed brzemienności po zaledwie miesiącu. Po części to zasługa jej własnej determinacji, po części sprawka wywaru uwarzonego przez Ferthora. Gdy tylko utraciła ostatnie ślady niedawno zakończonej ciąży, wróciła do siebie, opowiadając o tym jak to Mabeline wraz z mężem po niemal roku starań ocaliła jej życie. W międzyczasie, wróciła do zdradzania swojego męża, jakby jutra nie było, co nie trwało długo, bowiem Avarro wrócił niedługo po tym, przez co musiała wrócić do czynienia tego tylko wtedy, gdy ukochany nie patrzył.

Tymczasem państwo Brokhart czekali z ujawnieniem dziecka, by nikt nie nabrał podejrzeń. Warto zaznaczyć, iż od pierwszych chwil otoczyli niemowlę troską i miłością, niczym swoje własne. Sami bowiem nigdy nie mieli dziecka, a w obecnym wieku nie mogli się już postarać o takowe, więc z dumą i odwagą przyjęli role rodziców. Malutką chcieli nazwać Amora, lecz by jej prawdziwe pochodzenie przetrwało, jako pierwsze imię nadali jej słowo Avarralie, po Rozalie, jej matce i Avarro, który mimo wszystko był jej mężem. Amora zaś stało się drugim imieniem dzieciątka. W ten oto sposób, rozpoczęła się właściwa historia Avarralie Amory Brokhart.


~~~
Około osiemdziesiąt (80) lat temu…
~~~


Gdy Brokhartowie już cztery lata w ukryciu dziewczynkę wychowali dzień nastał tragiczny dla Avarro. Ledwie miesiąc wcześniej odkrył, iż Rozalie go zdradzała wiele razy, a już ona była martwa. Nie z jego rąk oczywiście, bowiem miłość jego była wciąż czysta i szczera. Dawni niedoszli kochankowie Rozalie dokonali tego, za to, iż nie oddała ona im swego ciała.

I choć całej prawdy na ten temat nikt poza strażnikami oraz Avarro nikt nie znał, to jednak mniej lub bardziej trafne plotki na ten temat rozeszły się po okolicy na ten temat. I choć może się to wydawać dziwne, to właśnie wtedy Brokhartowie ogłosili, iż odnaleźli w okolicznym lesie dziewczynkę, którą postanowili przyjąć pod swój dach. Zrobili to jednak tak, by sama Avarralie nie wiedziała o tym, co wszyscy inni usłyszeli. W każdym razie ostatnie wydarzenia sprawiły, iż nikomu nie powinno przyjść do głowy powiązanie przybranej córki podstarzałej pary z martwą już Rozalią.

W ten oto sposób, Amora zaczęła żyć pełnią życia, niczym normalne dziecko. Z pomocą rodziców uczyła się wszystkiego, co taka dziewczynka jak ona musi umieć. Jej rodzice, choć starzy, to jednak bogaci byli, wiec miała ona wszystko, co potrzebowała, zaś to, co chciała, dostawała tylko w granicach rozsądku, bowiem Mabeline i Ferthor starali się, by wyrosła na kobietę, co to będą ją zwać wzorem cnót.


~~~
Około siedemdziesiąt (70) lat temu...
~~~


Dla Amory, świat był idealny, dobry, nieskalany przemocą w domu bądź też większymi problemami. Bogaci rodzice, dosyć szanowani w lokalnym społeczeństwie byli niemal gwarancją tego, iż jej warunki życia będą o niebo lepsze niż u pierwszej lepszej rodziny. Jednak Avarralie zdawała się nie czerpać z tego niczego, co dobre. Bowiem gdy zaczęła ona dorastać, wykiełkowały z niej rzeczy, które dobrymi ciężko nazwać.

W wieku czternastu lat to, co zapowiadało się na dobrze wychowaną pannę, było kolczastym krzewem, który nie dość, że nie pomagał, to i często przeszkadzał innym. Matka, chcąc, by dobre maniery weszły jej w krew, zaczęła pewien czas temu opłacać jej prywatne lekcje etyki, z których Amora albo uciekała, albo na których szkoliła się w zdolności spania z otwartymi oczami. Ojciec jej widząc, iż nic to nie daje, uznał, iż skoro praca uszlachetnia, to w takim razie pomaganie jego małżonce przy leczeniu chorych ludzi na pewno nie zaszkodzi. Niestety, także nic to nie dało, bowiem czternastolatka już od zwykłych ludzi stroniła, a co dopiero do tych chorych, bowiem odmawiała bezwarunkowo jakiejkolwiek pomocy przy kimkolwiek, choćby chodziło o podanie chusteczek dla cierpiącego na katar biedaka.

Ktoś może zapytać "Co w takim razie robiła w wolnym czasie? Skoro ludzi unikała, to pewnie przyjaciół nie miała, a i od nieznajomych stroniła." Odpowiedzią na to był zakazany owoc, od którego Mabeline i Ferthor starali się ją odgradzać rękami, nogami i łańcuchami - Alchemia. Ów zajęcie, dla kogoś tak przejętego losem dziecka, jak to małżeństwo, było stanowczo zbyt niebezpieczne i ryzykowne. Nigdy nie wiadomo, czy dana mikstura wybuchnie w twarz, albo czy też nie wywoła tragicznych skutków. Jak na złość, Avarralie kochała ryzykować, wkradając się do pracowni swego ojca oraz mieszając pierwsze lepsze składniki, co jakiś czas patrząc do książek, które tam się znajdowały, co by dowiedzieć się, jaka mieszanka da efekt, jaki akurat chciała zobaczyć.

To jednak, co odróżniało ją od alchemika samouka, to fakt, iż nie dość, iż ryzyko nie było dla niej niczym strasznym, to w dodatku była ona wręcz uzależniona od stawiania swego ciała w sytuacji, która może skończyć się śmiercią, bądź przynajmniej sporą dawką bólu. Już od dzieciństwa przejawiała skłonności swego rodzaju masochistyczne, co stało się głównym powodem, dla którego jej rodzice nie dopuszczali ją do alchemii, bowiem wiedzieli, jak to się skończy. Na ich nieszczęście i tak do tego doszło - bowiem Avarralie za jedyny właściwy sposób, w jaki należy sprawdzić działanie nowo uwarzonej mikstury, uznawała przetestowanie mieszanki na sobie.

Momentami cudem przeżywała swoje próby, choć ją ten fakt tylko bardziej nakręcał, podniecał niemalże. W ten sposób, w czasie gdy Madeline była niczego nieświadoma, a Ferthor zastanawiał się, gdzie znikają co niektóre odczynniki i składniki, Amora w najlepsze poddawała się działaniu wszystkiego, co utworzyła metodą prób i błędów. I chociaż z zewnątrz nie było tego widać, to jednak od środka jej organizm był w pewnym stopniu wyniszczony, przez co była dosyć delikatna, a i choroby zaczęły się jej czepiać niczym muchy miodu. To jednak, co najbardziej ucierpiało, to jej umysł. Nie dość, iż z czasem coraz bardziej odcinała się nawet od swoich rodziców, to w dodatku zaczynała odczuwać pierwsze oznaki chemicznie wywołanej choroby psychicznej, która sprawiała, iż Avarralie przestawała utożsamiać się z innymi ludźmi, uznając samą siebie za całkiem odrębną gatunkowo istotę. Potocznie mówiąc, zaczynało jej brakować piątej klepki.

To jednak, co przelało czarę chemicznego szaleństwa, miało źródło w jej rodzicach. Pewnego dnia, około południa, gdy Amora miała być u swego nauczyciela na prywatnych zajęciach, a od którego jak zwykle uciekła, postanowiła ona wróciła do domu oraz wyspać się po niezwykle nużącym dniu. Gdy przekroczyła drzwi domu, usłyszała rozmowę jej rodziców, którzy byli nieświadomi jej obecności. Wylewali oni z siebie żal oraz stres, jaki odczuwają coraz mocniej z każdym kolejnym dniem, bowiem zrozumieli, iż jest coś mocno nie tak z ich przybraną córką. Wymienili imiona jej prawdziwych rodziców, imiona, które niemalże oskarżali o ten stan rzeczy.

Avarralie znała ów imiona w pewnym stopniu. Rozalie nigdy osobiście nie spotkała, ale wciąż w pamięci miała to, co o niej słyszała przypadkiem, przechodząc raz czy dwa niedaleko pobliskiej karczmy, w czasach gdy jeszcze aż tak bardzo nie unikała ludzi. Była to jakaś ladacznica, która zginęła w sposób brutalny. Imię Avarro także było zagnieżdżone w jej pamięci, bowiem wiele lat temu widziała pana, którego tak nazywali, a który przez pewien czas miał u swego boku przedziwną istotę - białą minotaurzycę. Równie dawno zniknął ów mężczyzna z miasta, nie pozostawiając po sobie zbyt dużo czegokolwiek.

To prawdopodobnie w tym momencie Amora zatraciła sporą część zdrowego rozsądku, bowiem nie ukrywając dłużej swej obecności, przeszła się do kuchni, chwyciła spory tasak służący do cięcia mięsa, by ten spełnił swoją rolę po raz ostatni. Nie była może silna ani niezwykle szybka bądź też celna, ale element szoku i zaskoczenia zrobił swoje, bowiem jej rodzice nie zdołali się obronić, choć ich wrzaski bez wątpienia zaalarmowały całą okolicę. Porzuciła swe narzędzie zbrodni, po czym w biały dzień zaczęła biec przez ulice miasta, cała we krwi swych przybranych i już martwych rodziców. Ci, których mijała, byli zbyt zszokowani, by w ogóle zareagować - mało kto był gotowy ujrzeć młodą dziewczynkę, co wyglądała jakby przeszła przez rzeź. Udało jej się w tym stanie nawet przebiec przez bramy Nowej Aerii, głównie ze względu na to, iż strażnicy uznali, że ucieka przed kimś, kto próbował ją zabić. Nim zrozumieli, iż nikogo groźnego nie widać, Avarralie była już zbyt daleko, by ją gonić. Nim dobyliby koni, ona już dawno zniknęłaby im z oczu.


~~~
Około kilka godzin później...
~~~


Biegła przed siebie, lecz nie chciała nazwać tego ucieczką. Chciała żyć, lecz nie powiedziałaby, że boi się śmierci. Tak naprawdę to, co kazało jej uciec, to chęć poczucia jeszcze raz tego, co czuła, gdy kogoś zabiła. Może to przez te wszystkie mikstury, w które w siebie wlała, może po prostu przeznaczone jej było bycie bezduszną istotą, która na samą myśl o kolejnym morderstwie doznawała przyjemnego mrowienia w całym ciele. Ów przyjemność potęgowała fakt, iż od teraz w każdej chwili ktoś może ją ścigać, złapać i spróbować zadać ból, czyli w pewnym sensie coś, co tak bardzo uwielbia. To wszystko sprawiało, iż serce waliło jak szalone, a ona sama nawet nie zauważyła, kiedy była głęboko w lesie, którego ani nazwy, ani położenia nie znała. Koniec końców i tak nie miało to dla niej większego znaczenia.

Powoli jednak adrenalina przestawała działać, a ona sama czuła, jak z każdym krokiem staje się coraz słabsza. Ten bieg postawił jej słabe ciało na granicy wytrzymałości. W końcu bieg zamienił się w chód, a gdy całkiem opadła z sił, opadło także jej ciało, tyle że na trawę. Postanowiła przymknąć oczy tylko na chwilę, lecz wtedy też zasnęła, snem twardym i głębokim. Leżała tak jakiś czas, jak długo ciężko powiedzieć, nikt zegarów w losowych punktach w lesie nie ustawiał. W końcu jednak ktoś natknął się na jej ospałe ciało. Był to młody czarodziej, ledwie kilka lad starszy od niej. Z początku myślał, iż to martwe ciało, lecz gdy wyczuł życie, użył magii przestrzeni, by unieść Amorę w powietrze. Z lewitującą we śnie kobietą przez około godzinę wędrował, aż w końcu jego dotarł do chatki, która magią została stworzona, magią była utrzymywana w całości i była domem owego czarodzieja.

Ledwie Avarralie się przebudziła na podłodze chatki, w stanie, w jakim zasnęła, a już usłyszała głos Wirknara, który brzmiał głęboko i donośnie. Czarodziej przedstawił się, lecz nie żądał tego samego od kobiety. Zamiast tego, rzucił obok niej kawałek chleba i kazał zjeść, by odzyskała siły. Gdy ona dosyć nieufnie wykonała jego polecenie, bowiem głodna była, on zaczął mówić dalej. Zaproponował jej układ, na podstawie tego, co widział w jej głowie - Ona zostanie jego asystentką i myślącym królikiem doświadczalnym zarazem, bowiem miałby na niej testować swoje zdolności magiczne. W zamian zaoferował jej, iż poduczy on ją w jej ulubionym zajęciu, to znaczy alchemii, oraz, jeżeli układ okaże się owocny, po pewnym czasie pomoże jej, w czymkolwiek tylko ona zechce. Nie podał, jak długo będzie domagał się, by została ewentualnie u jego boku, lecz słychać było po jego tonie, iż oczekiwał dosyć długotrwałej współpracy. Normalna osoba o zdrowych zmysłach by odmówiła, ale na całe szczęście Amora taka nie była. Całokształt był dla niej wprost kuszący i to na tyle, by przełamała ona swoją niechęć do innych.

Z początku to, jak idealna była dla niej oferta, wydało się podejrzane w oczach Amory, lecz dosyć szybko porzuciła wątpliwości. Choć trzeba przyznać, iż słusznie coś podejrzewała, bowiem gdy nie była przebudzona, Wirknar, z pomocą magii umysłu, poznał wszystkie jej wspomnienia, pragnienia oraz żądze. W ten oto sposób rozpoczęła się swoista współpraca między szaloną dziewczyną a ambitnym, choć mrocznym z natury magiem.


~~~
Około sześćdziesiąt sześć (66) lat temu...
~~~


Cztery lata minęły niczym dni. Długie, pełne swego rodzaju spokoju dni. Avarralie niemal zapomniała o swoim dawnym życiu, bowiem tu miała wszystko, czego chciała, zaś Wirknar nie zawiódł się na dziewczynie, którą w pewnym sensie przygarnął, a która obecnie była kobietą niejako pod jego panowaniem. Z pomocą magii umysłu zawsze wiedział, czego chciała bądź czego potrzebowała, więc zawsze wiedział, co odpowiedzieć, by stłumić coś, co nie było po jego myśli, bądź też, by zapewnić, iż morale jakże przydatnej dla niego osoby będą wystarczająco wysokie.

W ten oto sposób Amora albo dawała się trafić, oznaczyć bądź nawet przekląć magiczną mocą czarodzieja, który to w ten sposób szkolił się, zarazem poznając limity swoich mocy, jak i ich nowe zastosowania. Starał się, by nic nie zostawiło trwałego śladu, jednak każda próba w większy bądź mniejszy sposób wpływała na nią i to niekoniecznie dobrze. Choć koniec końców to same negatywne efekty uboczne okazywały się permanentne jak na złość losu.

Avarralie nie była tym jednak przejęta, a wręcz przeciwnie. Jej masochistyczne żądzę, które to przez czas zostały tylko wzmocnione, zaspokajała właśnie tym, co miał naszykowane dla niej Wirknar. Gdy jednak miała swego rodzaju czas wolny od magii czarodzieja, robiła co tylko chciała. Czasami bez celu siedziała w chatce Wirknara, patrząc, co robi, nudząc się, a i zasypiając w środku dnia czasem. Czasami zdarzało się, iż została poproszona o posprzątanie czegoś, co jednak zdarzało się rzadko.

W dniach, gdy eksperymenty na niej przeprowadzane były stanowczo za delikatne, dobierała się do alchemii, której dzięki magowi tajniki poznała w znacznym stopniu. Wciąż uwielbiała wlewać w siebie mikstury, choć teraz miała do wyboru, albo spożyć znaną już jej mieszankę, albo zaszaleć i sporządzić coś ze składników, których nikt przy zdrowych zmysłach by nie mieszał, by następnie oddać się uciesze picia owego wywaru. Zdarzało się, iż celowo wyruszała w las, by pozbierać zioła, korzonki i rośliny, które jej akurat pasowały, bądź które zapowiadały się całkiem ciekawie przy wykorzystaniu z innymi.

Gdy jednak zaczynała tęsknić za spędzaniem czasu ze społeczeństwem, brała drobny nóż, zapas jedzenia oraz inne, potrzebne rzeczy, po czym radośnie szukała kogoś, z kim może pobawić się w zabawę, znaną jako bestialskie znęcanie się nad istotą rozumną. Gdy nie miała szczęścia, musiała zadowolić się zwierzętami z okolicznych lasów, zaś momentami passa rzucała jej pod nogi osoby, które bez zachęcania poddawały się, a następnie krzyczały ze strachu i bólu.

Co jakiś czas, zdarzało jej się odczuć skutki wszystkich eksperymentów, których doświadczyła oraz mikstur, które wypiła. Częste bóle różnych partii ciała, krwotoki, drgawki, okazjonalne, choć krótkotrwałe paraliże części bądź też całego ciała i wiele innych symptomów, których opisanie, lub choćby wymienienie, zajęłoby całe wieki.

Pewnego dnia, miła rutyna jej codziennego życia uległa zmianie. Zbliżał się wieczór, podczas którego Avarralie wracała leśną drogą z przyjemnej zabawy w mordowanie, gdy ujrzała ona nagle na poboczu drogi zmasakrowane ciało, u którego boku siedział jak nigdy nic upadły, który doczyszczał swe czarne pióra z czerwonej posoki. Było w tym widoku coś niesamowitego. Amora, niczym zahipnotyzowana, ruszyła w stronę uskrzydlonego, klękając po drugiej stronie trupa. Mężczyzna przerwał to, co robił, patrząc pytająco na kobietę. Była niezwykle ładna, a i wyglądała zbyt niewinnie, by z własnej woli być tuż obok. To jednak, co go zaciekawiło, to fakt, iż kobieta zaczęła wychwalać kunszt, w jakim zmasakrowana została osoba, której truchło leżało przed upadłym.

Serce Amory tymczasem biło jak szalone. Nie ważne, czy patrzyła w oczy upadłego, czy na jakikolwiek inny fragment jego ciała. Czuła to, co wielu lubi nazywać bujdą - czuła miłość od pierwszego wejrzenia. Pragnęła spędzić z upadłym resztę życia, choć nawet nie wiedziała, jak on ma na imię. To nowe uczucie było samo w sobie na tyle silne, by zgubić resztki instynktu samozachowawczego czy też zdrowego rozsądku. Przez moment nic nie miało dla niej większego znaczenia, liczył się tylko mężczyzna, którego żądała mieć na własność.

Szybko nawiązali konwersacje, którą zapoczątkował mężczyzna pytaniem, czy aby przypadkiem się nie przesłyszał odnośnie do tego, co wypowiedziała kobieta. Przesiedzieli tak z kilkanaście minut, gdy Amora wytłumaczyła, jaką sztuką, jaką piękną rzeczą było dla niej zadawanie bólu. W ten sposób zainteresowała upadłego do tego stopnia, iż wyjawił swe imię, - które brzmiało Vaxen - a następnie zaoferował przechadzkę do pobliskiej wioski, w celu wspólnego napicia się czegoś mocniejszego.

Po drodze rozmawiali na proste tematy, choć Vaxen skupiał się głównie na jej nietypowym usposobieniu oraz pięknie, w czasie gdy Amora pytała o wszystko, co z nim związane, zachwycając się każdą odpowiedzią. Avarralie, chcąc za wszelką cenę zdobyć serce i ciało Vaxena na własność, kłamała, jak mogła i trzeba przyznać, szło jej to doskonale. Z każdą chwilą pojawiały się coraz odważniejsze pytania, od takich jak "kim była twoja pierwsza zabita osoba" do tych, które obracały się wokół łóżkowych przygód, na przykład "z iloma osobami naraz udało ci się to zrobić". Gdy byli już w wiosce, jasne było, iż mają ochotę spędzić razem całą noc, choć Amora zamierzała, by ta noc stała się wiecznością.

Szybko przeszli od progu pobliskiej karczmy, przez kilka kolejek piwa aż do samotnego pokoju na piętrze. Tej nocy Amora poczuła, czym jest prawdziwy męski wigor i siła, a cała okolica, jeśli nie połowa Alaranii, miała okazję posłuchać niekończących się krzyków i jęków Amory, napędzanych miłosnymi uniesieniami. Momentami osoby postronne nie miały pewności, czy są to odgłosy miłości, czy też raczej dźwięki nabijania kobiety na drewniany pal.

Nad rankiem Amora przebudziła się, nie czując ani swych dolnych partii ciała, ani objęcia upadłego, gdyż ten znikł, nim ona wstała. W pościeli zostało po nim jedynie czarne pióro, które kobieta przytuliła, jakby to był on. Nie wierzyła, że po tym, co się stało, on ją zostawi. Nie chciała przyjąć faktu, iż on nie odwzajemnia jej bezgranicznej miłości. Serce jej już miało pęknąć, lecz wtedy odezwała się w niej nadzieja, że jeszcze do niej wróci. Że wystarczy go odnaleźć i przekonać do tego, że muszą być razem, choćby świat miał się zawalić. O ile pierwsza część była w miarę prosta, to jednak druga była dosyć problematyczna. Nieco poznała Vaxena i nic nie zapowiadało, by dało się go łatwo namówić na cokolwiek.

Gdy wróciła do Wirknara, było już południe, a czarodziej był nie tyle zmartwiony, co nieco zdziwiony jej przenocowaniem w innym miejscu. Lecz wystarczyło, by użył magii umysłu, by sięgnąć we wspomnienia kobiety, która ledwo co przeszła przez drzwi jego chaty, by zrozumieć, co się działo. Nagle, Avarralie powiedziała coś, czego nawet ktoś czytający w myślach się nie spodziewał. Poprosiła, by Wirknar dał jej dziecko, dziecko z krwi Vaxena konkretnie. Mag, zaskoczony i zbity ze swojego toku rozumowania, już miał powiedzieć, iż choć to jest możliwe, co nie znaczy, że łatwe, to jednak bez czegokolwiek, co zawierałoby w sobie esencje upadłego, nic nie zdziała, gdy Amora wyjęła z kieszeni czarne pióro, powtarzając swoją prośbę. Czarodziej, znając ryzyko zarówno tego, jak i wydarzeń, które mogą po tym nastąpić, zgodził się mimo wszystko.


~~~
Około sześćdziesiąt pięć (65) lat temu, czwarty miesiąc ciąży...
~~~


Pół roku ponad minęło, nim za pomocą pióra oraz rytuału, którego przygotowanie było kosztowne w czasie i złocie, udało się dokonać z pozoru niemożliwego - Avarralie nosiła pod sercem dziecko upadłego. Dzięki temu, iż Wirknar przypilnował, by nowo utworzone życie było rasy ludzkiej w pełni, tak jak matka, nie występowały komplikacje przy i po rytuale, związane z faktem, iż upadli nie mogą mieć potomstwa a co za tym idzie - iż krzyżówka upadłego anioła z czymkolwiek nie powinna istnieć. Choć i tak od początku odczuwał czarodziej, iż dziecko osłabia Amorę, a przy tym samo jest słabe i z trudem rośnie. To jednak nie była sprawa, którą się przejmował, albo o której chciał mówić Avarralie.

Teraz gdy miała dziecko, w którego żyłach płynęła krew Vaxena, trzeba było odnaleźć wyżej wymienionego, by przekazać mu tę nowinę, by, jak sobie to Avarralie zaplanowała, poczuł on potrzebę zaopiekowania się swym potomkiem, a co za tym idzie - matką owego potomka. Znów pomocne okazało się pióro, bowiem na jego podstawie Wirknar wytropił upadłego. Nim Amora ruszyła w miejsce, które zostało wskazane, Wirknar przemówił, iż jeżeli coś pójdzie nie tak, może tu wrócić, bowiem była dla niego przydatna, ale pod jednym warunkiem - bez dziecka.

Avarralie ruszyła w podróż, a po dwóch tygodniach odnalazł się jej Vaxen, który zatrzymał się na dłużej w opuszczonej przez historię i bóstwa wiosce, zapewne by odpocząć od otaczającego go świata. I choć trwało długo to dla Amory liczył się sam fakt, iż stało się. Sama, bez czegokolwiek by się obronić bądź ratować w przypadku, gdy coś pójdzie źle, szła do niego, z uśmiechem na ustach. Pierwsze, co zrobiła, gdy ujrzeli się nawzajem, to wypowiedziała słowa, iż jest w ciąży z nim. Myślała, iż ujrzy szczęście, uśmiech lub chociaż lekkie zdziwienie. W swej naiwności nie spodziewała się, iż to, co ją czeka, to jego pięść uderzająca w jej twarz. Padła nieprzytomna od jednego, pełnego furii ciosu.

Vaxen już od jej pierwszych słów założył, iż dziecka dorobiła się z kimś innym, a teraz próbuje jedynie wykorzystać ten fakt, by uwiązać go do siebie. A on nie był kimś, kto toleruje stałe związki. Poza tym był on bezpłodny, o czym najwyraźniej nie wiedziała Amora. By dać jej cenną lekcję tego, iż nie należy oszukiwać kogoś, kogo się nie zna, postanowił ukarać ją, najboleśniej jak to możliwe. Zaciągnął ją do ruin kościoła, a konkretnie do podziemi, które postanowił zamienić w miejsce tortur. Zrobił to, gdyż nie dość, iż było tam ustronnie, to także mógł w ten sposób zadrwić z niebios, bezczeszcząc dawną świątynię przeznaczoną Najwyższemu Panu. Gdy tylko ona przebudziła się, upadły rozpoczął nowy rozdział w jej życiu, który zarazem miał być jej ostatnim. Używał wszystkiego, co tylko miał pod ręką - broń, magia, a nawet takie elementy otoczenia jak zwykła cegła. Przez pięć dni i pięć nocy pilnował, by jedyne, co czuła, to bezgraniczny ból. Nie była nawet odczuć z tego wydarzenia żadnej przyjemności, bowiem piekielny wiedział, co robić i jak to robić.

Gdy nadchodził szósty dzień, Vaxen zadał jej śmiertelną ranę, po której miała powoli, aczkolwiek skutecznie, wykrwawić się aż do chwili zejścia z tego świata. Nim odszedł, pocałował ledwo żywą Amorę, gdyż dla niego to wszystko to była czysta przyjemność, za którą w ten sposób podziękował. Pewnie i by nawet skusił się, by wykorzystać jej niegdyś urocze ciało ponownie, lecz w obecnym stanie podeszłoby to pod nekrofilię, do której piekielnego niezbyt ciągnęło. W ten oto sposób kolejny problem znikł z jego życia, a przynajmniej tak myślał.

Gdy Vaxen był już daleko, idąc przed siebie, zostawiając to wszystko za sobą, a słońce lśniło wysoko na niebie, w opuszczonej wiosce osiadł smok, zwany Erhallem. Wyczuł on z nieba, przy pomocy swych zwierzęcych zmysłów, intensywny zapach krwi, dochodzący z wnętrza budowli. Dobre serce tej istoty kazało sprawdzić, czy nikt nie potrzebuje przypadkiem pomocy. W ten sposób odnalazł jeszcze żywą Amorę, która akurat odzyskała świadomość. Choć ciężko mówić, iż była dawną sobą. Nie była w żaden sposób przeszkolona, jak znosić ból, a to, co Vaxen jej ofiarował, było katuszami, które zdawały się trwać wiecznie i mieć nieskończoną siłę przebicia. Jej zdrowy rozsądek, resztki logicznego rozumowania oraz osobowość zostały w ten sposób unicestwione. To samo można było powiedzieć o jej stanie fizycznym, gdyż nie było partii ciała, która w jakikolwiek sposób by nie ucierpiała.

Pradawny długo nie czekał z decyzją. Chwycił ją swymi potężnymi łapami, z początku nie zważając na siłę uścisku, którą zmniejszył dopiero po chwili, a następnie wzniósł się w powietrze, kierując się w stronę Valadonu - najbliżej położonego miasta, gdzie znaleźć można było porządną opiekę medyczną. Podczas lotu starał się porozumieć z kobietą, - przy okazji upuszczając ją przez rozkojarzenie, co jednak naprawił, łapiąc ją jedno mgnienie oka później - przedstawił się, lecz ona majaczyła, mówiąc niezrozumiałe zdania, w których powtarzały się takie słowa jak ból, agonia, miłość oraz imię Vaxena. W którymś momencie podróży Amorze udało się przedstawić się, a nawet wyszeptać podziękowania w stronę smoka. Tuż po tych słowach zemdlała, akurat, gdy byli kilka chwil od celu, jakim było pierwsze widoczne domostwo, położone blisko miasta - dom Aderyn. Erhall wylądował niedaleko, przemieniając się w człowieka, by na ludzkich rękach zanieść cierpiącą tuż pod drzwi. Zapukał, czekając, aż ktoś otworzy, wzrokiem wciąż patrząc, czy osoba u jego stóp wciąż żyje.

Aderyn otworzyła drzwi, zachęcona przez stukanie, które wybudziło ją ze stanu skupiania się na pewniej interesującej książce. Gdy ujrzała tam coś, co wyglądało jak resztki pozostawione po brutalnym morderstwie, miała wątpliwości, czy to ktoś, kto potrzebuje pomocy, czy pochówku. Widząc stojącego nad biedaczką tajemniczego człowieka, odgoniła go swym nagłym krzykiem, który wybuchł niczym wulkan, a który skutecznie zmusił Erhalla do tego, by się oddalił. Szybko sprawdziła tętno Amory, a gdy okazało się, że żyje, czarodziejka bez zastanowienia zaciągnęła ją do środka, by ocalić ją przed śmiercią, korzystając przy tym z mikstur, magii oraz książkowej wiedzy. Z trudem utrzymała ją przy życiu. Ją i tylko ją, bowiem dziecko które trzymała pod sercem, było skazane na śmierć już od momentu zadomowienia się w ciele tak wyniszczonym przez magię i alchemię. Tortury tylko przyśpieszyły śmierć nienarodzonego maleństwa. Jedyne, co mogła zrobić Aderyn, to pozbyć się trupa spod serca Avarralie.


~~~
sześćdziesiąt pięć (65) lat temu...
~~~


Cztery miesiące później, stan Avarralie w końcu stał się stabilny. Była jednak wrakiem dawnej kobiety, zarówno z wyglądu, jak i przez liczne, niemożliwe od wyleczenia uszczerbki na zdrowiu. W dodatku, gdy odzyskała ona siły na mówienie, to mówiła rzeczy przedziwne, straszne i zadziwiające dla Aderyn.

A wszystko to z powodu tego, iż Amora doszczętnie oszalała. Była święcie przekonana, iż Vaxen, upadły anioł, który chciał ją zabić, w ten sposób okazał jej miłość swoją, która choć potężna, mogła istnieć tylko, gdy on był daleko. Poza tym mówiła o tym, iż... jest pajęczycą. Dosłownie pajęczycą, uwięzioną w ludzkim ciele, a której dziećmi są wszystkie drobniejsze pająki, które widziała wokół siebie zarówno tam, w miejscu gdzie była torturowana, jak i na całym świecie.

Czarodziejka domyślała się, iż to wszystko wynik bólu, który złamał ją od środka. Jednak mimo tego, nie wyprowadziła biedaczki z błędu, a jedynie przytakiwała, by przypadkiem nie podpaść nieprzewidywalnej, szalonej kobiecie. Opiekowała się nią przez jeszcze długi czas, ponieważ gdy kobieta całkowicie odzyskała siły i mogła wyruszyć. Mijały dni, tygodnie, miesiące.


~~~
sześćdziesiąt cztery (64) lata temu...
~~~


W końcu Amora postanowiła wyruszyć przed siebie. Aderyn dała jej nieco podstawowych rzeczy, niezbędnych do przetrwania, by nie wyjść na osobę, która porzuca inną osobę na całkowitą bezradność. Jednocześnie myślała, że otrzyma zwykłe podziękowanie typu "dziękuje" bądź "jestem ci niezwykle wdzięczna". Zamiast tego usłyszała, że Amora postara się w przyszłości zaaranżować spotkanie Aderyn z jej dziećmi, co było dosyć niepokojące w obliczu tego, co się stało i co wypowiedziała ludzka kobieta. Nim ta, która zajmowała się Avarralie odpowiedziała, to już nie było do kogo mówić, bowiem wyleczona z większości ran, ruszyła bezzwłocznie przed siebie

Minęły kolejne tygodnie, nim dotarła do Wirknara, który nie był ani trochę zdziwiony tym, że wróciła, zaś nie dziwił go stan kobiety. To jednak, co odczytał z jej myśli i wspomnień, było już zaskoczeniem. Było to jasne i przejrzyste i czarodziej nie zamierzał z tym wykłócać się czy walczyć. Zamiast tego powiedział, że gdy Avarralie nadrobi swoją nieobecność, to on zajmie się tym, by nadać jej "prawdziwą" postać, pajęczą postać. Bowiem o to go chciała Amora poprosić, nim ten dobrał się do jej umysłu.

Po tym dniu wszystko niby wróciło do normy. No właśnie, niby. To, co było nowe, to coraz bardziej rosnąca obsesja Avarralie na punkcie "dzieci", czyli pająków, które jednak póki co nie chciały jej uznać za matkę. Przez to, stała się dosyć nerwowa, przynajmniej na czas oczekiwania, aż Wirknar w końcu pozwoli jej wyzwolić się z ludzkiej powłoki, co choć dla niego prostsze od stworzenia życia było, to jednak także problematyczne pod wieloma aspektami. Poza tym, problemem był też stan kobiety, która z trudem utrzymywała się na nogach, a którą pewnie wiatr mógłby złamać w pół. Z tego powodu minęło wiele czasu, nim nadszedł dzień tak bardzo upragniony przez kobietę.


~~~
Około sześćdziesiąt (60) lat temu...
~~~


Po raz kolejny, przygotowania do rytuału trwały niezwykle długo. Nie tylko samo przygotowanie tego, co potrzebne pod względem magii, z jaką Avarralie będzie musiała mieć do czynienia, ale też sam Wirknar musiał podszkolić się w swej znajomości pająków, co by przypadkiem nie wyszedł zamiast owego stworzenia ślimak bądź inna, niechciana forma. Amora zaś miała swoją cierpliwość wystawioną na próbę - z trudem wytrzymała ten czas bez rzucenia się na czarodzieja za sprawą ciągłego czekania, które zdawało się trwać wieczność, a którą starała się zapić miksturami własnej roboty.

To ostatnie było źródłem niepokoju Wirknara, bowiem nie wiedział, jak bardzo alchemia wpłynęła na szaloną kobietę. Choć słowo "szalona" już samo w sobie sugerowało, iż była już porządnie naznaczona przez to wszystko, co w siebie wlała. Nie zamierzał jednak poddać się, bowiem nie tylko nie chciał zrzucać na siebie gniewu Avarralie, ale też i miał niesamowitą okazje, by zdobyć nieco doświadczenia w wykonywaniu potężnych rytuałów oraz przemienianiu ludzi w istoty zwierzęce. Mówiąc w skrócie, było to najbardziej rozważna opcja.

Przygotowań koniec w końcu nadszedł. Sam rytuał, ze względu na swą problematykę, musiał odbyć się na zewnątrz, na całkiem odsłoniętej polanie. Czas zaś nadszedł, gdy księżyc był w pełni. Czemu? A bo ładnie wygląda, a i podobno wtedy magia rytualna działa najlepiej, choć pierwsza wersja o wiele bardziej wiarygodna. W każdym razie, pośrodku okręgu utworzonego z runicznych kamyków stała Avarralie, obserwując, jak runy zaczynają rozbłyskać energią magiczną, gdy Wirknar wymawiał słowa oraz wymachiwał rękoma, kierując przepływem energii magicznej, która coraz bardziej rozświetlała okolice.

Właśnie ten blask zwabił straż, która od czasu pierwszych wybryków Amory okazjonalnie patrolowała okolice, w których ginęli ludzie, a która jak dotąd nie miała zbytniego szczęścia w swym zadaniu. Teraz jednak, gdy ujrzeli coś podejrzanego, bez zastanowienia chwycili za oręż i krzyknęli, by mag zaprzestał swych czarów. Było ich tylko trzech, lecz Wirknar tak długo, jak pracował nad rytuałem, był zajęty, a przerwanie mogło grozić katastrofą. Gdy zbliżali się do niego, musiał wybrać, kogo ceni sobie bardziej. A że Avarralie jedynie była pomocą przy doskonaleniu swych magicznych umiejętności, zaprzestał utrzymywania kontroli nad magią rytualną, by strażników posłać w objęcia śmierci.

Ledwie kilka sekund później magia niemal eksplodowała wokół Amory, powalając Wirknara. Ledwie czarodziej wstał, a w jego stronę zmierzała makabrycznie odmieniona kobieta, ni ludzka, ni pajęcza. Jej ciało odzyskało dawne piękno, lecz nadal aura jej nie wskazywała na to, by powróciła do swych dawnych, młodzieńczych sił sprzed tortur Vaxena. Na swych odnóżach podeszła tak blisko, jak tylko mogła, po czym z szaleńczym uśmiechem na twarzy podziękowała czarodziejowi, by następnie odejść w swoją stronę. W końcu czuła, iż jest tym, czym być powinna.


~~~
Około pięćdziesiąt (50) lat temu...
~~~


Dziesięć lat włóczyła się bez celu po świecie, poznając możliwości, moce, a także słabości i skazy swojej nowej formy. Przez ten czas uległ drastycznej zmianie jej charakter. Stała się spokojna, przynajmniej jeśli nie sprowokowana, bowiem w przypadku gdy komuś udało się wybudzić gorszą stronę przemienionej, stawała się ona impulsywna i niebezpieczna. Rzadko jednak do tego dochodziło, bowiem unikała ludzi i istot rozumnych, zamiast tego rozkoszując się urokami dziczy, oraz swoimi przybranymi dziećmi - pająkami - którymi się opiekowała oraz nad którymi bezpieczeństwem czuwała, a które uznawały ją za jedną z nich i które były jej posłuszne. To właśnie dla nich postanowiła, iż będzie stąpać po wszelkich zakątkach kontynentu, by zagwarantować, że wszelakie gatunki i rodzaje tych żyjątek będą w stanie żyć bez niebezpieczeństw czyhających na ich drobne istnienia.

Rzadko Avarralie zostawała w jednym miejscu dłużej. Wiecznie podróżowała, by otoczyć swoją opieką pająki z całej Alaranii. Gdzie mogła, tam utworzyła przytulne gniazdka dla siebie i swoich dzieci, by w razie czego były one schronieniem. Spotkała też, czy tego chciała, czy nie, wiele istot i osób, z czego tylko nieliczni, garstka wręcz, była nastawiona przyjaźnie. Tych, co wyróżniali się empatią wobec pajęczej kobiety i pająków, a których nazwać można było jej przyjaciółmi, często zaczynała traktować jak pająki, a co za tym idzie - jak swoje dzieci. Różne sytuacje z tego wniknęły, lecz rzadko kiedy ktoś na tym ucierpiał.

W każdym razie, przez następne pięćdziesiąt lat jej życie pełne było wszelakich spotkań, walk, trudności, chorób czy nawet spotkań otarć o śmierć. Żaden zwój nie pomieści tego, a i żaden umysł za jednym razem nie zdoła ogarnąć tego fragmentu historii Avarralie, więc na próżno o nim opowiadać. O tych czasach tylko sama pajęcza dama oraz ci, których spotkała podczas tego okresu, wiedzą i to właśnie ich trzeba o to spytać, jeżeli jest się żądnym informacji.


~~~
Czasy niedawne i obecne...
~~~


...

Dane gracza: Avarralie

Nazwa użytkownika:
Avarralie
Ranga:
Błądzący na granicy światów
Inne Postacie:
Lullasy, Hyiaxinthe, Urzaklabina, Evangeline, Drim, Siyne, Violetine, Fonos, Krakenia, Toffee, Elion, Sargeras, Sugarro, Rubedo,
Martwe postacie:
Shadei
Status:
OFFLINE
 
 
Strona WWW:
http://vulcarae.deviantart.com/
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
GG:
51103480
Grupy:
Dołączył(a):
Pt sty 22, 2016 10:35 pm
Ostatnia wizyta:
Pn paź 15, 2018 8:15 pm
Liczba postów:
20 | Znajdź posty użytkownika
(0.02% wszystkich postów / 0.02 posty dziennie)
Ostatni post:
[Wysepka na środku Błyszczącego Jeziora] Skryci Pośród Drzew
Pn paź 15, 2018 8:15 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Błyszczące Jezioro
(Posty: 18 / 90.00% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Wysepka na środku Błyszczącego Jeziora] Skryci Pośród Drzew
(Posty: 18 / 90.00% postów użytkownika)
cron