Pałac Hrabiego[Posiadłość] Wróg u bram

Zespół pałacowo-parkowy należący do rodu Ascant-Flove - obecnie w posiadaniu dhampira Vincenta. Poza reprezentacyjnym budynkiem głównym obejmuje także park krajobrazowy oraz zabudowania mieszkalne i gospodarcze.
Awatar użytkownika
Ogana
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Ogana »

        Anastasia w głębi ducha była z siebie zadowolona, że udało jej się tak gładko wciągnąć Vincenta w rozmowę. Do tej pory był milczący, zamyślony – jakby był tu, bo tak wypadało, ale myślami wybiegał już daleko przed siebie, ścigany przez nawał obowiązków. Na pewno miał dużo na głowie i pewnie z racji tego, że była to dla niego nowość, bardzo się przejmował. David nigdy się tak nie zachowywał, ale on w końcu dorastał w takich warunkach, dla niego to był chleb powszedni i o swoich obowiązkach opowiadał z rozbawieniem – „mam tyle do zrobienia, że w zasadzie nie powinno mnie tu być, ale przecież księgi rachunkowe nie uciekną. A wy możecie, jeśli za długo będziecie czekać”. I śmiech – często śmiał się z własnych żartów, zarażając w ten sposób tych, którzy z jakiegoś powodu nie byli w tak dobrym nastroju jak on. Tak, gospodarzem w towarzystwie był dobrym. Ponoć jednak w kwestiach finansowych nie był już tak płynny, z organizacją również bywało różnie. W tej kwestii chyba Vincent go przewyższał…
        Im dłużej jednak hrabia mówił, tym większe wrażenie robił on na Anastasii, jednak po jej spojrzeniu ciężko było orzec czy było to wrażenie pozytywne czy negatywne. Patrzyła na niego wielkimi oczami, milcząc i sprawiając wrażenie, że nie mruga, by usłyszeć każde słowo i nie stracić wątku. Tak, dokładnie: jakby ten krótki wykład wymagał całej jej uwagi, wliczając w to patrzenie. Rozproszy się na moment spuszczając wzrok i koniec, nie zrozumie już nic – jak na jakimś wykładzie z fizyki. Nie by na jakimkolwiek w życiu była.
        Na towarzystwo Anastasia nie zwracała przez to wszystko uwagi – szczególnie nie patrzyła na Daniela, który stał tuż obok niej, musiałaby więc mocno odwrócić głowę, by na niego zerknąć, nie wystarczyłby tylko szybki ruch oczami. Nie widziała tej narastającej złości. Całą jej uwagę miał teraz Vincent i nie umknęło jej to jak się rozkręcił i wyglądał przy tym na zadowolonego, gdy prowadził taki monolog. Zastanawiała się czy to jego typowe zachowanie i zawsze i ze wszystkimi tak rozmawia, czy może to teraz tak reagował – bo ich nie znał. Albo trafiła przypadkiem na jego konika.
        Jeśli zaś o treść wypowiedzi hrabiego chodzi – ta pannę Vantanello trochę przytłoczyła. Rozumiała każde zdanie z osobna i pojedynczo była w stanie zgodzić się z każdym z nich, ale razem stanowiły dla niej tezę wręcz wywrotową. Społeczeństwo tak nie działało, wyższe sfery tak nie działały – przynajmniej jej zdaniem. Wyrosła w przekonaniu, że każdy ma jakąś rolę do odegrania i nawet jeśli jej się to nie podoba, musi to zrobić, bo to kwestia dobra całej rodziny. Trzeba było nauczyć się czerpać przyjemność z tego, co musiało się zrobić. Nim jednak zdołała zdać sobie z tego wszystkiego sprawę, otrząsnąć się, ułożyć odpowiedź w głowie i ją wyartykułować, do rozmowy wtrącił się Daniel, którego narastający gniew Anastasia przeoczyła. Teraz patrzyła na niego z nieskrywanym zaskoczeniem. Fakt, że wykład Vincenta trochę wymykał się konwenansom, a jego tezy były wywrotowe, ale żeby reagować aż tak? Panna Vantanello nie wiedziała, że między nimi od dawna nie działo się dobrze i przez to też nie potrzebowali wiele by rozgorzał konflikt… W duchu przyznała, że z wiadomych (tylko sobie i ojcu) powodów miała dla Vincenta pewną taryfę ulgową, więc może faktycznie źle go teraz oceniła. Faktem było jednak, że tak nie rozmawiali arystokraci.
        Tocząca się jednak obok niej wymiana zdań była… Zaskakująca. Zwłaszcza to jak reagował Vincent – był taki spokojny i opanowany, emocje okazywał subtelnie w przeciwieństwie do swojego rudego kuzyna. Może właśnie w tej rudości tkwił sekret? O osobach z tym kolorem włosów krążyły różne legendy, a powiedzonek na temat ich charakteru funkcjonowały chyba ze dwa tuziny, większość jednak krążyła wokół ognia – może faktycznie Daniel miał ognisty charakter, który uwydatniał się w kontraście ze spokojnym panem domu? David nie stanowił takiego przeciwieństwa – również był bardzo energiczny.
        Jednak łagodna postawa hrabiego nie uspokajała sytuacji, a wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej ją zaogniała. Anastasia zaczęła mieć obawy, że zaraz dojdzie do czegoś niemiłego: kłótni albo pojedynku, który Daniel już rozważył, o czym ona nie wiedziała. Całe szczęście interwencja nestorki rozładowała sytuację.

        Bastien obserwował napięcie wśród młodzieży czujnie, jakby był gotów wkroczyć, by wyratować z opresji swoją drogą córkę. Nie przestał jednak angażować się przez to w rozmowę – akurat dyskusja dotyczyła tematów gospodarczych, które były całkiem ciekawe, ale też nie wymagały tyle uwagi, bo nikt nie wchodził w szczegóły. A tam – w towarzystwie Anastasii – działo się całkiem ciekawie. Może wręcz trochę za ciekawie. Całe szczęście lady Francis wkroczyła w odpowiednim momencie i Bastien nie musiał się ruszać i robić wstydu córce. Oczywiście sam by tego za wstyd nie uważał, ale ona z pewnością tak – młode kobiety już tak miały, że wstyd im było przyznawać się do ojców. Przynajmniej tak uważał lord Vantanello.
        - Wiesz, że Daniel i Anastasia znają się już tak długo, że oboje w swoim towarzystwie są bardzo… swobodni – Bastien próbował usprawiedliwić wybuch syna Ryszarda. – A poza tym wokół jest sama młodzież, a młodość rządzi się swoimi prawami. Wiesz o czym mówię – dodał poufałym tonem.
        - Dajmy chłopakom czas – wrócił do głównego tematu narzekać Ryszarda. – Jeśli faktycznie jest tak jak mówisz i to kwestia specyficznej tęsknoty za Davidem, w końcu Danielowi przejdzie. Może jak teraz twój syn się trochę rozerwie – dodał, choć w duchu zaczął się obawiać, że być może będzie wręcz odwrotnie. Oby się mylił, bo uraza rudego panicza nikomu nie pomoże…

        - Tak, znamy się od dziecka – przyznała Anastasia, gdy Roze ją o to zapytała. – David, Daniel i ja jesteśmy… byliśmy w podobnym wieku, wychowywaliśmy się razem.
        Choć panna Vantanello poprawiła się i użyła czasu przeszłego, nie wyglądała już na taką poruszoną myślą, że jeden z jej przyjaciół z dzieciństwa odszedł tak gwałtownie – gdyby teraz się rozkleiła, byłoby to raczej niestosowne.
        - O, to przykro słyszeć - westchnęła Anastasia na wieść, że kuzyni nie żyją w zgodzie. - Oby udało się przełamać tę złą passę - zwróciła się do Vincenta, uśmiechając się pokrzepiająco. - Daniel jest naprawdę sympatyczny, tylko trzeba go lepiej poznać. Chyba nie mieliście na to za wiele czasu, prawda? Słyszałam, że sprowadził się tu pan zimą?
        Przy barku, gdzie Roze tymczasowo przejęła rolę pani… a raczej pana domu, bo w towarzystwie to raczej panowie nalewali alkohol, Anastasia stanęła nieopodal Vincenta - w końcu rozmawiali ze sobą, więc nie mogli się przekrzykiwać. Jednak gdy tylko panna Erenhert spojrzała wymownie na Vantanello, nie musiała długo czekać na odpowiedź.
        - Mimozę, jeśli mogę prosić - powiedziała uprzejmie, bo choć widziała, że wszystkie potrzebne składniki znajdują się w barku, zawsze wolała dać Roze możliwość wymigania się, gdyby nie umiała albo nie chciała przyrządzić tego drinka.
        - To co pan wcześniej powiedział, o powinności względem rodziny i społeczeństwa, brzmiało bardzo… światowo. Gdzie się pan kształcił? Ma pan tytuł naukowy czy jest pan, jak to się mówi, wolnym myślicielem?
        Anastasia brzmiała na uprzejmie i jednocześnie szczerze zainteresowaną. Nie jak podekscytowana nastolatka, bo nie wypadało, ale też nie jak zblazowana dama na nudnym wieczorku, bo ten zdecydowanie nudny nie był. A jej bardzo zależało na tym, by jak najlepiej poznać Vincenta.
Awatar użytkownika
Vinny
Błądzący na granicy światów
Posty: 22
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Vinny »

        Kiedy Vinc już w duchu złożył lady Francis najszczersze podziękowania, wrócił myślami i spojrzeniem do pozostałej gromadki. Szczerze mówiąc nie miał pomysłu co zrobić i bardzo liczył na to, że ktoś się odezwie przed nim, wytyczając nowy tor pogawędki i jakoby zamykając temat Daniela i ich nieporozumień. Liczył trochę na to, że zrobi to Jorge, bo poza nim zabrać głos mogła najpewniej jedynie Mira, a nieco bał się jej komentarza. Niestety ona bardzo pasowała do stereotypowego przedstawienia rudości - posiadając gęste loki w kolorze okrzepłej miedzi zobowiązana jakoby była do bycia małą czarownicą - a jako, że jej odcień był dużo ciemniejszy od fryzurki Daniela to najpewniej powinna być też groźniejsza. Dlatego zamiast się rzucać, z uśmiechem diablicy czekała na odpowiedni moment by przeszmuglować jakieś małe szachrajstwo i zagrać na nosie konwenansom ją ograniczającym.
        Swoją drogą, Roze też była prawie ruda. Z tym, że u niej różowawe tony podchodziły bardziej pod tak zwany truskawkowy blond. Może dlatego w połowie była drapieżna, a w połowie zagadkowo potulna. I skoro o potulność chodzi, trudno nie zauważyć, że blondyni w tym gronie byli ostrożni i cisi - Vincent, Jorge, Anabelle oraz sama Anastasia. Przełamaniem był więc jedyny brunet, Mikael, który emanował pewnością siebie, ale nie był na tyle bezczelny by się wtrącać… jeszcze.
        Dlatego Roze tak bardzo się tutaj przydała.

        Jak zwykle Vinc nie miał pojęcia czemu robiła akurat to co robiła - ale najwyraźniej podziałało. Skrępowanie uleciało kiedy tylko postanowiła wymówić parę słów. Cieszył się głównie ze względu na Anę i Anastasię, a także Jorge’a, choć jeśli miał być szczery nie dałby głowy, czy może na dhampirzycy towarzysko polegać. Odkąd się sprowadzili, zachowywała się więcej niż poprawnie, ale on wcześniej nie znał jej od tej strony. Dlatego zastanawiał się co też wyprawia, dlaczego i co powinien o tym wszystkim sądzić. Zdziwiony był za każdym razem, kiedy zamiast wprowadzać zamieszanie wolała powygrzewać się przy towarzyskim kominku i czekał tylko kiedy to się skończy. Za to musiał jej przyznać, że póki tego chciała, w roli wolnej towarzyszki sprawdzała się wyśmienicie i pojawiała się akurat tam gdzie trzeba. Jak zawsze.

        Za to zagadnięty przez Anastasię musiał jeszcze pomyśleć o Danielu…
        ,,Sympatyczny”? Trochę nie z tym go kojarzył. Ale dziewczyna przypomniała mu właśnie, że wiele zależy od punktu widzenia… dla niej był przyjacielem, wsparciem i kimś przy kim mogła być bardziej swobodna. Dla niego zaś był wiecznie wkurzonym małolatem, który nie chce go nawet wysłuchać, bo go nie lubi i już. Ciężko było w tej sytuacji myśleć o porozumieniu, chociaż tak naprawdę nie miałby nic przeciwko. Jednak był świadomy, że czego by nie zrobił, póki postępował tak jak uważał to za najlepsze dla tej części rodziny, która z nim teraz mieszkała, nie mógł dogodzić rudzielcowi, który wcześniej otrzymywał ich przywileje. I prawda prawdą - Vinc był tu stronniczy dopasowując się do żądań Paulii, wygody Edwarda i potrzeb ich córek, mając też na uwadze zdanie lady Francis oraz - przede wszystkim - jej brata Hieronima. Wcześniej liczył się David, jego ojciec i Daniel właśnie. Ich znajomi i ich komfort. Tylko, że do niczego dobrego w hrabstwie to nie doprowadziło, dlatego Vincent nie zamierzał tego powtarzać. Uważał, że rozsądniej było słuchać państwa Edyner i seniorów rodu, a tak naprawdę jedyną osobą, która miała mu to za złe był Daniel. Miał teraz zupełnie inną pozycję. Ale Vinc nie mógł robić głupot, by uszczęśliwić jednego rozpieszczonego marudę. I poznał go na tyle, by tak go właśnie określać - niestety doszły tu też opinie surowej w ocenie Paulii.
        - Latem, ale przy takim zamieszaniu jakie było z tym związane można by powiedzieć, że jesienią. Daniela spotykałem w miarę często, zwłaszcza zimną przy okazji kuligów (,,w których oczywiście nie brałem udziału »zajęty przeprowadzką«”), ale nasze rozmowy były raczej ograniczone… nie wątpię jednak, że dla pani może być bardzo dobrym kompanem. Po prostu nie każdy z każdym się lubi - stwierdził wymijająco, by nie roztrząsać skomplikowanych rodzinnych spraw przy gościu ani nie wytykać Danielowi ograniczenia umysłowego przy jego przyjaciółce. Nawet on wiedział, że nie wypadało.

        Roze o drinka nie prosił - zwykle pijał to co było pod ręką, w przypadku alkoholi zwyczajnie otwierał butelkę i nie mieszał jej zawartości z niczym, by szybciej móc wrócić do swoich papierów. Z tego względu jego rozeznanie w temacie było zerowe - nie dość, że alkohol na niego nie działał to i smakiem zbytnio się nie przejmował.
        Szczęściem Mikael potrafił myśleć za niego i przyniósł mu coś, by stojąc tak z Anatasią Vinc miał co robić z rękami i nie odstawał zbytnio od towarzystwa. Sobie też nie poskąpił. Może były to ludzkie zapasy, ale nie takie znowu złe!
        Usiadł w pobliżu, wraz z Anabelle i Mirą, z którymi zaczął wymieniać uprzejme, błahe uwagi, mając jednoczesne baczenie na rozmowę hrabiego. Był niemal ciekawy jak mu pójdzie i do czego to doprowadzi…

        Sam Vincent nie spodziewał się, że Anastasia, mając pod ręką tylu znajomych będzie z nim jeszcze rozmawiać. Ale skoro takie było jej życzenie, mógł opowiadać dalej. Był nawet mile zaskoczony. Nie chciał jej pochlebiać, ale miał wrażenie, że słuchają go przeważnie inteligentni ludzie.
        Z tym… że miał problem z odpowiedzią?
        Nie chciał zawalać Anastasii lawiną tytułów, osiągnięć i ukończonych kierunków, chociaż poniekąd o to właśnie pytała. Próbował jakoś to skrócić, ale zdawkowe ,,w różnych miejscach” też nie wydawało mu się odpowiednie. Wymienianie wszystkich uczelni po kolei zaś… ludzie zwykle nie to mieli na myśli dopytując się o wykształcenie. Czasami chyba nawet zapominali, że długowieczni naukowcy nie muszą siedzieć całe życie w jednej konkretnej dziedzinie na jednym jedynym uniwersytecie. A Anastasia mogła nawet nie wiedzieć ile on ma lat i czym się zajmuje całe swoje życie…
        Jak więc ująć to po arystokratycznemu?
        Nie, dobra, spróbuje zwyczajnie po ludzku.

        - Mam sporo tytułów, bo i pod kątem wielu dyscyplin się kształciłem i niekiedy symultanicznie na kilku kierunkach… ale poniekąd w związku z tym lepiej tego wszystkiego nie wymieniać. - Uśmiechnął się leciutko. - W różnych częściach Alaranii tytuły nadawane są różnie, czasami pod jedną nazwą kryją się zupełnie dwie różne rzeczy, zależnie od państwa i rodzaju akademii, więc mogą być bardzo mylące. Między sobą, mam tu na myśli Towarzystwo Zjednoczonej Nauki, mamy na to specjalny żargon, ale niestety nie jest on powszechnie znany i nie przydaje się do tłumaczenia. Z ciekawszych i bardziej uniwersalnych rzeczy to mogę powoływać się na tytuł doktora nauk rasologicznych oraz eksperta zasadniczej teorii magii. W skrócie interesuję się rasami humanoidalnymi; czym są oraz co są w stanie osiągnąć... Zajmuję się też kreomagowaniem i alchemią, jeśli to panią może zainteresować. Trochę zielarstwem. Powiedziałbym więc, że zdecydowanie nie jestem wolnym myślicielem. Podlegam zbyt wielu instytucjom i osobom - przyznał bez szczególnego żalu. Może nawet z nutką zadowolenia. - Jeśli zaś chodzi o to, gdzie mieszczą się główne ośrodki naukowe, w których przebywałem to wymienić mogę chociażby Kryształowe Królestwo, Adrion (kojarzy pani, prawda, akademię medyczną?), Rapsodię czy Nową Aerię. Jeśli mam być jednak szczery przy samych pracach często korzystałem najbardziej z dostępu do placówek w Neverith i Soral. Tamtejsi są w swym podejściu dosyć odmienni od nas, osób ze środka kontynentu i chociaż nasze naukowe grono ponoć zostaje niezamknięte dla nikogo, nigdy wcześniej na wydziale nie widziałem tylu kotołaków. - Zerknął na Mikaela, który chrząknął na swoim miejscu. - Emm… Wybacz mi jeśli się rozgaduję, to maniera, której do tej pory nie musiałem się zbytnio pozbywać. Moi uczniowie zwykle na niej korzystają - westchnął cicho, bo nie dość, że trochę za tym tęsknił to jeszcze dwa razy z rzędu popełnił ten sam błąd. Nikt nigdy nie był zadowolony z jego błędów. No i Mikael miał rację - straszna była ta skłonność do dawania wykładów.
        A to nie na tym przecież polegała rozmowa…
        - Pani… pobierała nauki w domu? - zapytał, choć nadal nie miał w zwyczaju prowadzić pogawędek z kimś kto nie był ani jego współpracownikiem, ani uczniem i ogólnie nie wiązał się z jego pracą. Ale już trudno. Zawsze można było panny Anastasii użyć jako przykładowej ludzkiej dziewczyny z bogatego domu. Musiał się nią zainteresować skoro był gospodarzem i już go zagadnęła.
        - Odnoszę wrażenie, że ważna jest dla pani sztuka, choć nie jestem pewny jakiego rodzaju - zachęcił, po raz kolejny pokazując, że mimo nieobycia, potrafi słuchać i nie jest zupełnym ignorantem. Oczywiście poniekąd była to zasługa czytania aur, ale tego na szczęście wyjaśniać nie musiał…
Awatar użytkownika
Ogana
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 7 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Ogana »

        Anastasia oczywiście wykazała się pełnym zrozumieniem dla problemów rodzinnych Vincenta – w jej spojrzeniu było dość współczucia, by jednocześnie poczuł się zrozumiany i nie traktowany z góry. Jednocześnie pewnie nawet nie przypuszczał, że ta informacja wcale jej nie zachwyciła. Ona bardzo lubiła Daniela i nie mogła zrozumieć jak tych dwoje mogło się nie dogadywać. Nie drążyła jednak, bo zwyczajnie nie wypadało. Nie byli ze sobą jeszcze tak blisko, by rozmawiać dłużej o tego typu rozterkach. Należało ratować się towarzystwem innych, by niby przypadkiem zmienić temat. Padło na serwującą drinki Roze.
        Po otrzymaniu swojego drinka Anastasia zerknęła na Vincenta, spodziewając się, że teraz on coś zamówi dla siebie, ale on nawet niespecjalnie zerkał w tamtą stronę. To zaskoczyło pannę Vantanello, ale nie skomentowała tego słowem – przecież, że nie wypadało. Nurtowało ją jednak, że przecież gospodarz trochę się już nagadał i pewnie zaschło mu w gardle, a poza tym trzymanie jakiegoś drinka w ręce było zwyczajnie komfortowe, gdy było się w towarzystwie. W razie przedłużającej się ciszy można było schować się za szklanką, kolejnym małym łyczkiem kupując sobie chwilę na wymyślenie nowego tematu rozmowy albo nawiązanie kontaktu wzrokowego z kimś, kto cię uratuje…
        Aktualną sytuację rozwiązał jednak Mikael, pojawiając się przy nich nie wiadomo skąd i wręczając hrabiemu szklaneczkę. No tak – Vincent sam nie zamawiał sobie napojów, miał od tego ludzi. Niekoniecznie służących, bo Mikael przecież służącym nie był, ale towarzyszy… Widać było poza tym, że musiał znać gust pana domu, bo ten wcale nie wyglądał na zaskoczonego ani oburzonego. Anastasia jednak patrząc na przyniesionego drinka doszła do wniosku, że chyba po prostu wszyscy mężczyźni pili to samo – koniak albo whisky, zawsze w niskiej szerokiej szklance, niewielka ilość bursztynowego płynu… No cóż, w sumie w tej kwestii nie było co oczekiwać cudów. Przynajmniej wiadomo było, że Vincent był… Cóż: normalny. Teraz tylko warto było zwrócić uwagę jak szybko osuszy szkło. Wolałaby, aby jednak nie miał tendencji do upijania się, bo to w takim złym guście.
        Rozmowa na tematy naukowe miała swój ciąg dalszy, gdy oboje uzbrojeni w swoje drinki zasiedli na kanapie nieopodal reszty młodzieży, ale jednak trochę w odosobnieniu. Anastasia trochę umyślnie wybrała tę konkretną kanapę, właśnie przez możliwość zawłaszczenia sobie Vincenta na tak długo, jak uzna to za potrzebne – w razie czego zawsze mogła odwrócić się do reszty, ale teraz mieli chwilę dla siebie.
        ”Symultanicznie”. Tak, już po tym słowie można było poznać, że faktycznie hrabia jest wykształconym człowiekiem. David w życiu by tak nie powiedział. Nie by był jakimś ostatnim głupkiem, ale odebrał podstawowe arystokratyczne wykształcenie – ogólne, a nie uniwersyteckie. Czy jednak te wszystkie tytuły, które Vincent trochę zbagatelizował, wspominając o nich tak ogólnie, miały jakąkolwiek wartość? Anastasia słuchała uważnie, na razie zbierając informacje i uznając, że o wszelkie wątpliwości spróbuje zapytać na koniec. O ile znowu nie będzie panicznie starać się nadążyć za głównym wątkiem, bo poczuła, że to jej grozi – hrabia znowu popadł w monolog. To w sumie miłe, bo chyba nikt nie rozgaduje się tak przed kimś, kogo nie darzy sympatią, jednak… To nie było w dobrym tonie. Nie stanowiło aż takiego popisu braku kultury jak zarzucał to Daniel, ale trochę zniechęcało. Ale cóż: słuchała i uśmiechała się, bo w sumie mimo wszystko to było interesujące. Wyglądała na szczerze zaskoczoną, gdy usłyszała o tych wszystkich dziedzinach, które poznał Vincent. Zdawało jej się, że pokrywały absolutnie całe akademickie spektrum, od nauk skrajnie humanistycznych po ścisłe. I jeszcze magia. Anastasia poczuła pewne wątpliwości – czy możliwe jest, aby jedna osoba była w stanie poznać tyle dziedzin? Jeśli tak, to na pewno nie dogłębnie a raczej po łebkach… No ale lista uczelni, z którymi był związany Vincent, przedstawiała się naprawdę imponująco – na pewno można tym brylować w towarzystwie. Panna Vantanello oczywiście była pod wrażeniem i z entuzjazmem (choć nie przesadnym) pokiwała głową, gdy została wspomniana akademia medyczna w Adrionie. Oczywiście, że kojarzyła to miejsce, było takie prestiżowe! No i poniekąd tłumaczyło ten akcent – Anastasia nie była pewna skąd go kojarzy, ale teraz wiedziała, że to był elficki. Za to jeśli chodzi o wymienione później uczelnie w Neverith i Soralu, nie wiedziała nawet, że są tam uczelnie wyższe… Choć w sumie dlaczego nie miałoby ich tam być?
        Koniec monologu trochę zaskoczył złotowłosą arystokratkę – była pewna, że Vincent mógłby jeszcze długo opowiadać o tym jakie nauki i gdzie pobierał. I wykładał. Chciała go jeszcze troszkę o to wypytać, ale on nagle zainteresował się nią. Jakże to miłe z jego strony! A pomyśleć, że Daniel tak go nie lubił…
        - Tak, miałam prywatnych nauczycieli – potwierdziła jego przypuszczenia, choć bez specjalnego entuzjazmu. To była dla niej absolutna norma, każda dziewczyna z dobrego domu miała guwernantki albo guwernerów, rzadko która uczęszczała do szkoły poza domem. Nie wypadało. A poza tym jakość takiego nauczania również była niezbyt satysfakcjonująca. Oczywiście akademie to co innego, tam nauka była już na innym poziomie i wręcz wymagała innych uczonych, aby istnieć.
        - Och, sztuka, tak – przytaknęła, gdy rozmowa potoczyła się dalej. Fakt, nauczanie domowe nie było ciekawe, nie było sensu się przy nim zatrzymywać. – Dla mnie to przede wszystkim muzyka, śpiew i gra na fortepianie…
        - Anastasia bardzo ładnie gra – wtrącił się ktoś z reszty towarzystwa. Blondynka uśmiechnęła się skromnie, choć w głębi ducha była dumna, że o tym pamiętano i co więcej: pochwalono ją przed Vincentem.
        - Pobierałam nauki gry przez parę lat – przytaknęła, nadal z tą arystokratyczną, wyuczoną skromnością. – Ale to również były nauki w domu – zastrzegła. – Moja nauczycielka, pani Posa Omima, grała w orkiestrze filharmonii Nandan-Ther, a mnie nauczała po zakończeniu kariery. Byłam sześć lat pod jej opieką.
        Choć Anastasia nadal mówiła, jakby nie było to nic wielkiego, tak naprawdę było to coś, czym dobrze urodzona panna mogła się chwalić i odczuwać z tego powodu dumę – miała bardzo dobrą prywatną nauczycielkę, z którą spędziła całkiem sporo czasu. Jeśli Prasmok obdarzył ją talentem do gry, naprawdę mogła popisywać się teraz w towarzystwie… Ale nie wypadało.
        - O właśnie, a Nandan-Ther? Tam również pobierał pan nauki? Albo wykładał? To stosunkowo niedaleko elfich królestw, dlatego pytam – usprawiedliwiła się. – Mamy tam sporo znajomych. Państwo Virgo, oficer Riondon, Anna i Mathias de Velland, pani Elana Natherian… – wymieniała, przyglądając się Vincentowi by upewnić się czy którekolwiek z nazwisk będzie dla niego znajome. Może nie wszyscy znajomi Anastasii byli elitą wśród elit, ale przynajmniej część hrabia powinien znać, jeśli obraca się w towarzystwie. No i oczywiście o ile był w Nandan-Ther.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Pałac Hrabiego”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość