Oglądasz profil – Aldaren

Awatar użytkownika

Ogólne

Imię: Aldaren van der Leeuw
Rasa: Wampir - przemieniony z człowiek
Wiek: 500 lat

Aura

Już z daleka widnieje dosyć silny, szmaragdowy blask. Przypomina promienie słońca powoli skrywające się za linią horyzontu. Powłoka natomiast swym żelaznym kolorytem przywodzi na myśl różnorakie oręże i walki rycerzy w lśniących zbrojach. Kobaltowe, wijące się w nieregularny sposób pasma natomiast są niczym rzeki, a występujące gdzieniegdzie plamy barachitu można przyrównać do zaznaczenia lasów na mapie. Tu i ówdzie ktoś wymalował miedzianą farbą w bardzo staranny sposób nuty układające się w przyjemną melodię, wesoło poukładane na rtęciowej pięciolinii. W pewnym momencie naprawdę można to usłyszeć, muzyka jest na tyle spokojna, iż przynosi miłą ulgę dla zmysłów. Niespodziewanie można usłyszeć głosy i dźwięki tak dziwne i nietypowe, że nie da się ich sklasyfikować. U niektórych osób mogą spowodować niepokój, który potęgują niemożliwe do przewidzenia nagłe trzaski płomieni i chaotycznie sypiące się iskry oraz narastające ciepło. Można także wyczuć zapach świeżej krwi, a od czasu do czasu również ludzki pot, choć jest dość rzadkie zjawisko, stale zanikające. W dotyku natomiast twarda, co pasuje do jej głównego odcienia, giętka niczym falujące na wietrze liście drzew. Dodatkowo ostra niczym kieł wampira oraz niebywale aksamitna. Pozostawia po sobie pikantny posmak, połączony z lepkością, a czasem z suchością.
Nazwa użytkownika:
Aldaren
Grupy:
Inne Postacie:
River, Yve, Valerian, Kiraie, Dantalian, Dragosani, Veryvin, Selim, Mana
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta

Skontaktuj się z Aldaren

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
1 rok temu
Ostatnio aktywny:
11 godziny temu
Liczba postów:
163
(0.20% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.23)
Najaktywniejszy na forum:
Mauria
(Posty: 98 / 60.12% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
[Mauria i okolice] Pragnienie
(Posty: 70 / 42.94% wszystkich postów użytkownika)

Umiejętności

FechtunekMAby móc się jakoś bronić.
MedycynaPWarto wiedzieć jak zdobywać przyjaciół.
JeździectwoWNawet dziecko to potrafi.
TorturowanieMMuzyka dla uszu.
AnatomiaWUczyło się przewodnika po systemie krwionośnym.
DemonologiaOWróg mojego wroga jest moim przyjacielem.
EtykietaWJestem zobligowany mówić piękniejszym językiem... Na ten czas.
PoliglotyzmOJeśli się nie dogadasz, nic nie zyskasz.
Talent muzycznyOUwielbia grać na skrzypcach.
TaniecWBardzo przydatna umiejętność podczas dworskich bali (wbrew pozorom pomaga zdobyć pożywienie).
PływanieOKażdy by się tego nauczył uciekając od kochanki.
PrzetrwanieWCzy jako człowiek, czy jako wampir - nieważne.
PolowanieWLudzie niczym się nie różnią od zwierzyny, no oprócz tego, że ich zostawia się przy życiu.
Czytanie i pisanieMAnalfabetyzm to ujma na honorze.
GeografiaODobrze jest odróżnić pustynię od równiny.
AlchemiaOPrzede wszystkim sporządzanie leczniczych maści i naparów.
ZielarstwoWBo nie wszystko można zrywać.
Wiedza o światachOŚwiat nie kończy się tylko na Alaranii.
GotowaniePPoczątki jego kulinarnej kariery nie były najlepsze, ale dzięki książkom kucharskim udało mu się poprawić nieco swoje umiejętności w tym zakresie. Teraz niektóre potrawy może przyrządzać bez jej pomocy.

Cechy Specjalne

PrzemianaDPotrafi przybrać postać kruka
Uzależnienie od krwiSNiby jest to normalne u wampirów, jednakże w przypadku Aldarena oznacza to, to samo co alkoholizm
HipnozaDNiezwykle przydatna, kiedy poszukujesz czegoś na ząb
Wrażliwość na srebro i czosnek, Wrażliwość na światłoWCzosnek/Srebro - kategorycznie niewskazane. Światło słońca - nie zmienia go w pył, nie zaczyna dymić w świetle słońca (choć mogłoby do tego dojść na pustyni), a wszystko przez wiek wampira. Słońce jednak ma na niego negatywny wpływ - osłabia jego wampirze zdolności i wzmaga łaknienie krwi, dlatego Aldaren ogranicza przebywanie w jego promieniach i preferuje trzymanie się w cieniu.
Władca CieniMDzięki zaczarowanym skrzypcom, w których posiadanie wszedł jest w stanie kontrolować swój własny cień i przywołać z niego do walki 3 cieniste postaci. Te natomiast mogą skryć się w innym cieniu, unieruchomić zagrożenie i się go pozbyć, czy nawet przejąć kontrolę nad cieniem wybranego celu, by wampir mógł zdobywać na jego temat różne informacje, jakby sam był u jego boku. W połączeniu z magią demonów, czynią z Aldarena wielkiego demonologa, niemalże pokroju jego mistrza.

Magia

Przedmioty Magiczne

VenomZACMagiczną piersiówka (otrzymana od Mistrza na setne urodziny), w której krew zawsze pozostaje gęsta i ciepła, jak w chwili napełnienia nią przedmiotu. Pić z niej może jedynie wampir, w przeciwnym wypadku inny spragniony spożyje po prostu śmiercionośnej trucizny.
ZarelARTNiezwykłe skrzypce, choć wyglądają w pierwotnej postaci paskudnie, wyciosane własnoręcznie przez człowieka bez choćby podstawowej wiedzy z zakresu stolarki i rzeźbiarstwa, posiadają bardzo potężną moc. Nie mają strun, by na nich grać, ale jest to jeden z warunków, które należy spełnić by je aktywować. Gdy drewno nasiąknie choćby odrobiną krwi właściciela, pojawiają się bordowo-czerwone struny. W przypadku zagrożenia właściciela, zmieniają się w istne arcydzieło, wtedy też za pomocą granej na nich muzyki, ten kto gra jest w stanie zahipnotyzować muzyką tych, co ją słyszą, kontrolować otaczające grajka cienie, powoływać je do życia i z ich pomocą zażegnać zagrożenie. Służą jedynie do obrony, jeśli ktoś chce ich użyć by zaatakować jako pierwszy, nie uaktywnią swojej magii. Zostały stworzone przez biologicznego ojca Aldarena i przez niego też podarowane. Choć w podstawowej wersji nie wyglądają zachęcająco, potrafią wydobyć z siebie zaskakująco przepiękne dźwięki.

Charakter

Aldaren jest spokojnego i przyjaznego usposobienia. Cierpliwość i wyrozumiałość to jego podstawowe cechy, przez co bardzo trudno wytrącić go z równowagi, jednakże to nie oznacza, że wampir nie może się wściec. Kiedyś ciągłe buntowanie się przeciwko własnej naturze oraz nienawiść do siebie samego, dawno została zastąpiona radością życia, dziecięcą niemal ciekawością, chęcią przeżywania przygód. Całkowicie pogodził się ze swoim losem po długiej depresji jaką przeżywał, po stracie ukochanych osób, w tym swojego Mistrza i przemianie w wampira. Dumnie kroczy przez świat, chcąc zgłębić wszystkie jego tajemnice, przemierzając go całego od wschodu po zachód, z północy na południe, zobaczyć jak zmieniły się małe kiedyś osady, jak ludzie przystosowują się do wiecznie zmieniających warunków.

Jest lojalny oraz wierny, niekiedy lekkomyślny i gwałtowny w swoich działaniach z łatwością oddając się w szpony namiętności, smutku czy radości. Niezwykle mocno oddziałują na niego nastroje towarzystwa w jakim się obraca, co ma swoje plusy, jak i minusy. Potrafi się wczuć w sytuację innych i szczerze się z nimi radować, bądź im współczuć, z drugiej strony uchodzi to za bezmyślne podążanie za stadem głupich baranów. W tym przypadku wszystkiemu winna jest samotność boleśnie doskwierająca krwiopijcy, który uwielbia przebywać w towarzystwie, tym bardziej najlepszych przyjaciół, od czego z drugiej strony stroni, aby nikogo nie skrzywdzić ślepo poddając się swojej żądzy krwi. Tu też pojawia się dobroć jego serca, która zmusza go do podejmowania działań nie mieszczących się w granicach zdrowego rozsądku, takich jak pomoc własnemu wrogowi, zaraz po pokonaniu go, kiedy ten napadł krwiopijcę.

Unika konfliktów, które woli rozwiązywać polubownie niż siłą, z której korzysta w ostateczności. Nie umie przejść obojętnie wobec cudzego nieszczęścia. Miłość nie ma dla niego żadnych granic, bez znaczenia czy ma spędzić noc z oszałamiająco piękną kobietą, czy przystojnym mężczyzną. Watro podkreślić, że Al nie należy do uległych i jeśli się na coś uprze to będzie stał przy swoim, nie narzucając jednak swojej woli innym. Dobro niewinnych jest dla niego ważniejsze od własnego, co jest jego główną cechą, za nich bez wahania dobrowolnie poddałby się brutalnym torturom choćby i do końca swojego bardzo długiego życia.

Nikt jednak nie jest w życiu idealny. Nie można zapomnieć o okrutnej, wampirzej naturze Van der Leeuwa i o jego łaknieniu krwi, którego jeśli nie będzie kontrolował regularnym odżywianiem się, głód całkowicie przejmie nad nim kontrolę, przemieniając łagodnego chłopaka w krwiożerczą bestię. Zawsze jednak się pilnuje, aby nikogo nie zabić.

Mimo swojej łagodności potrafi być niebezpieczny, co widać kiedy przyjdzie mu stawać w obronie bliskich, swoich poglądów uparcie krytykowanych przez innych czy dopiero na ostatnim miejscu - własnego życia. Niestety tu się pojawia drugie dno charakteru Aldarena, całkowicie wykluczające się z naturą jego istoty, mianowicie niezwykłą przyjemność sprawia mu zadawanie innym bólu, gdy już do tego dojdzie może całkiem zatracić się w swojej patologicznej rozkoszy i nic nie sprawi aby się opamiętał. Obecnie występuje to niezwykle rzadko, czasy się zmieniły, ludzie stali się bardziej tolerancyjni dla innych ras, wyjątek stanowią rabusie i zbóje, ale nad tymi można się choćby dyscyplinarnie poznęcać, w końcu i tak nikt nie będzie płakał po bandytach.

Wygląd

Ten młody, przystojny mężczyzna atletycznej budowy, rzeźbionej jak w kamieniu przez najznamienitszych artystów tchniętych bożą łaską oraz błogosławieństwem, mierzy sobie dziewięć i pół piędzi (188,1 cm) przy czym waży około czterech i pół kamieni (ok. 86 kg). Porusza się z gracją godną arystokraty, a jego miękki, łagodny głos rozbrzmiewa echem w uszach słuchających go, jeszcze długo uwodząc ich swoim niesamowitym dźwiękiem.

Na owalną twarz spadają, niesforne, potargane kosmyki ciemnych, niemal czarnych włosów średniej długości, dość często zakrywając pod sobą błyszczące lazurowe oczy. Jego ciało nie nosi na sobie żadnych oszpecających znamion przeszłości, jedynie na prawym policzku można dopatrzyć się dwóch jaśniejszych, zabliźnionych smug pociągniętych od kości policzkowej w dół. Niewinny i olśniewający uśmiech śnieżnobiałych zębów daje dwa ostre dowody na to, że napotkany jegomość błędnie został wzięty za zwykłego człowieka. Niestety kiedy się dostrzeże u niego te wydłużone kły jest już za późno na jakąkolwiek reakcję. Przez to bardzo często nie okazuje w prost swoich nastrojów, a nawet jeśli to rygorystycznie wstrzymuje się do obnażania światu tego znaku rozpoznawczego wszystkich wampirów.

Pod długim do kolan płaszczem, z rozcięciem niemal długości ud z tyłu u dołu; koloru wypłowiałej od słońca czerwieni, nosi granatową kamizelkę zapinaną po skosie, posiadającą kaptur, którego krawędź jest jaśniejsza od reszty materiału. W podróży kaptur ten, cały czas rzuca cień na jego twarz choć słońce nie wyrządza mu większych szkód oprócz tego, że poważnie drażni oczy, jest także nieodzownym partnerem mężczyzny w odwiedzanych miastach. Przez tors przechodzi gruby, czarny skórzany pas ze złotą, ręcznie zdobioną klamrą, do którego doczepiona jest równie bogato wykonana pochwa na dwuręczny miecz prawie tej samej wielkości co jego właściciel. Nogi okalają mu ciemne, nie krępujące ruchów spodnie, ze wzmocnieniami na łydce i kolanach wyglądających jak części czarnego pancerza. Podobnie zresztą wyglądają czarne buty o wysokiej, prawie do kolan cholewie z grubej skóry, także wyglądające jakby zabrane z pasujących do nich zbroi, a jednak nie mają na sobie ani grama żelastwa, co umożliwia wampirowi ciche, zwinne poruszanie się.

Historia

† Rok 280 Ery Alarańskiej kilka tygodni po podpisaniu Paktu o nieagresji pomiędzy związkiem Andruskim, a Maurią. †

Przemierzając w poszukiwaniu łatwego pożywienia mauriańskie ulice usłane zniszczonymi niedawną wojną, oraz chorobami i biedą ludźmi, natknąłem się na konającą niemal na środku drogi sierotę. Pchły i wszy pasożytujące na zagłodzonym ciele pięciolatka były jego najmniejszym zmartwieniem, tak samo jak trącające fekaliami na kilometr łachmany w jakie był przyodziany. Nie łatwo było zgadnąć, że chłopiec stracił rodziców najpewniej w walce i od dłuższego czasu żyje na ulicy jak setki innych ludzkich istot, wiotkich i żałośnie słabych jak źdźbło trawy łamiące się od byle silniejszego podmuchu wiatru. Nie wiedziałem czemu nie skróciłem cierpień tego biedaka dobijając go, a przy okazji gasząc nieprzyjemne ssanie w żyłach spowodowane głodem. Zostawiłem go na pastwę losu i udałem się spożyć jakąś pierwszą napotkaną, zdrową przekąskę. Posilając się z przyjemnością z młodej białogłowy, z jakiegoś powodu nie mogłem przestać myśleć o umierającym w rynsztoku dzieciaku. Nie wiedząc czemu, po opróżnieniu kobiety do sucha z krwi wróciłem do miejsca gdzie leżał. Było to głupie z mojej strony i bezsensowne, w końcu mógł się do niego dobrać jeden z nieumarłych panoszących się po mieście, albo po prostu wyzionąłby już ducha, przecież pobieżne spojrzenie wystarczyło, aby ocenić stan sieroty jako krytyczny. Nie zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem, że nigdzie go nie ma. Westchnąłem dziwnie zawiedziony i przygnębiony tym faktem, dopóki nie zauważyłem kątem oka jak odchodził chwiejnie w jedną z bocznych uliczek. Tego się nie spodziewałem i wywołało to we mnie nie małe zaskoczenie. Zaraz jednak ogarnął mnie gniew, kiedy jak wilk za ranną zdobyczą, podążył za pięciolatkiem lich...

Po trzech dniach dzieciak zaczął się ze słabym płaczem wybudzać, co zszokowało mnie ponownie, bo nie sądziłem, że w ogóle oprzytomnieje. Byłem zdezorientowany i zaniepokojony, ponieważ właśnie przyjąłem pod swój dach śmiertelne dziecię. Nie rozumiałem, podobnie jak moja służba, co mnie zmusiło do przygarnięcia tego wątłego źdźbła trawy, nie mogłem się jednak go teraz pozbyć jakby nigdy nic, wyrzucając za drzwi zamczyska jak śmiecia na rychłą śmierć ze strony umarłych i bestii zamieszkujących las. Od tej pory wszystko się wywróciło do góry nogami, choć była to niezwykle przyjemna zmiana wbrew temu co sądzili o tym moi służący i stary, zrzędliwy Zabor chroniący mojej posiadłości i służący radą jak dobry przyjaciel.

Priorytetem było doprowadzenie tego małego ciałka do porządku fizycznego jak i psychicznego. Kazałem służącym sprowadzać do dworu normalne pożywienie, mogące podnieść na nogi ą sierotę, sam jednak nie wychodziłem poza mury swojego azylu, trzymając pieczę nad dzieckiem. Część moich podwładnych mnie opuściła, nie godząc się na takie drwienie z wampirzego gatunku, choć oni mieli do powiedzenia najmniej jako przemienieni, nawet jeśli nie ja podarowałem im ten dar, a zarazem klątwę. Dowiedziałem się wtedy jednak, kto tak naprawdę był wobec mnie lojalny, a kto szczuł innych, czyhając jedynie, aby przejąć moją moc i zagarnąć dla siebie władzę nad zamczyskiem oraz mieszkającymi w nim wampirami.

Kiedy tylko nabrał sił, musiałem dołożyć wszelkich starań, aby pozbyć się robactwa pasożytującego na małym ciałku. Po tym została już kwestia ubioru nowego członka rodziny, którego musiałem bronić nie przed pozostałymi krwiopijcami oraz niesfornym Zaborem, maniakalnie starającym mi się wyperswadować, że to jest poroniony pomysł, aby zostawić tu sierotę, dodatkowo też sam starał pozbyć się problemu, kiedy próby przekonania mnie spełzły na niczym. Podołałem jednak zadaniu, nie tracąc zaufania wobec swojego demonicznego towarzysza. Do zamku przybył krawiec, który sprawnie uszył dla mojego gościa po kilka sztuk z każdej części garderoby, po czym jak najszybciej się ulotnił. Wyglądało jakby wszystko miało się w końcu ułożyć, jednak milczenie dzieciaka oraz noce wypełnione jego krzykiem i łzami spowodowane koszmarami nie dawały mi spokoju. Postanowiłem sięgnąć po środki ostateczne do rozwikłania problemu i wyczyściłem mu całą pamięć. Nie czułem się z tym ani trochę źle, w końcu on był mały i jeszcze całe ludzkie życie stoi przed nim otworem. Wtedy też mogłem się po raz pierwszy zwrócić do niego po imieniu, choć te sam chłopcu, przyjmując go także do swojego rodu der Leeuwów. W końcu zobaczyłem na jego twarzy uśmiech, a dziecięca radość wypełniła ponure korytarze mojej rezydencji.

Uczyłem go wszystkiego co powinien umieć, aby dać sobie radę w życiu, zaczynając oczywiście od nauki pisania i czytania, kończąc na szermierce, jeździectwie i podstawach magii. Z czasem wszyscy do niego przywykli, żeby się nie przyznawać, iż go polubili i się doń przywiązali. No... prawie wszyscy, Zabor wciąż nie przepadał za dzieckiem, które przeciwnie wręcz uwielbiało potwornego demona. Kiedy podrósł nie broniłem mu opuszczania zamku, wiedząc, że integracja z innymi śmiertelnymi dobrze mu zrobi i uszczęśliwi go, a tego pragnąłem całym swoim sercem - żeby Aldaren był szczęśliwy. W końcu był dla mnie jak syn, choć nigdy, nawet przez przypadek nie zwrócił się do mnie "ojcze", a jedynie tak jak wszyscy, nazywając mnie Mistrzem.


† Rok 300 Ery Alarańskiej - Miesiąc Sowy †

To był najgorszy rok w całym moim życiu i jak na ironię losu wszystko zaczęło się tego niedorzecznego miesiąca, który jest symbolem rozpoczęcia czegoś nowego, wprowadzając poważne zmiany w życiu. Nigdy nie byłem szczególnie przesądny, a to wydawało mi się jedynie wymysłem jakiś ludzi cierpiących z nadmiaru wolnego czasu, który wypełniali irracjonalnymi pomysłami, jak na przykład wymyślenie Miesięcy. Jednakże wypadało by zacząć od początku.

Aldaren wyrósł na silnego tak ciałem, jak i duchem mężczyznę, którego nie opuściła dziecięca ciekawość otaczającego go świata mimo swojej dojrzałości. Codziennie opuszczał zamczysko, do którego coraz później wracał. Z początku go kontrolowałem z ukrycia osobiście, lub wysyłając za nim swoich podwładnych. Był niezwykle popularny i lubiany w Maurii, otoczony zawsze gronem przyjaciół i pięknych kobiet, nie dziwiłem się temu ze względu na jego przyjazne usposobienie i był chyba najprzystojniejszym młodzieńcem w mieście. Niepokoiło mnie to, ponieważ wokół niego zaczęli się też kręcić nieumarli, których starałem trzymać na dystans od swojego syna. O nic więcej się nie martwiłem jak o jego bezpieczeństwo. Wiedziałem, że mnie nie zdradzi, ponieważ już dużo wcześniej nachodziliby mnie nieproszeni goście, a tak nikt prócz zaproszonych przeze mnie nie pojawiał się we dworze.

Przestałem mieć go ciągle na oku, rozumiejąc, że tylko wystawiam się na pośmiewisko ze strony innych nieumarłych, troskliwie dmuchając i chuchając na tego człowieka jak na jakiś drogocenny artefakt, który się chroni nawet przed najmniejszą ryską. Choć zaczynała mnie denerwować jego wieczna nieobecność i powroty późno po zachodzie słońca, nie umiałem się na niego gniewać, przez radość z jaką opowiadał o swoim minionym dniu i chwaląc się nowymi utworami granych na skrzypcach, jakich nauczył się w mieście. Zawsze na niego czekałem, aby wysłuchać jego przygód i przede wszystkim muzyki, którą uwielbiałem słuchać przed spaniem.

Któregoś dnia wrócił dopiero nad ranem z głupkowatym szczęściem i potarganym, pogniecionym niedbale ubraniem. Pytałem go o to wielokrotnie, ale zawsze odpowiadał mi jedynie dziwnym uśmiechem i rozmarzonym błyskiem w oczach. Miałem pewne przypuszczenia, jednakże nie miałem ochoty ich sprawdzać. Zabroniłem mu opuszczać zamek, ale nie posłuchał mnie. Wiedziałem o tym, choć robił to ukradkiem wymykając się oknem swojej komnaty, wracając do niej nim służący przychodzili go zbudzić na śniadanie. Trwało to dłuższy czas, a ja nie mogłem z tym nic zrobić, nie zniosłem jednak swojego zakazu. W końcu wszystko wyszło na jaw, kiedy nie wracał do rezydencji. Nie mogłem tego znieść, osobiście ruszyłem na poszukiwania.

Po jakimś czasie udało mi się, choć był to niewątpliwie dar od losu. Coś mnie tchnęło, aby udać się na spacer do pobliskiej, wioski znanej z myślistwa i wyrębu drzew, gdzie zobaczyłem go przed jednym z domów, bawiącego się z małym, na oko trzyletnim chłopczykiem o lazurowych oczach i ciemnej czuprynie. Gdyby twarz dziecka nie wyglądała jak niewieścia, pomyślałbym, że ktoś sklonował i zmienił Aldarena w dziecko. Chwilę później ich harce zostały przerwane przez rudowłosą córkę drwala, po której podróbka mojego syna odziedziczyła rysy i mizerną budowę ciała. Ten po, którego przybyłem wydawał się być szczęśliwy tak, jak nigdy w życiu, czego nie mogłem znieść jeszcze bardziej. Poczekałem aż kobieta z dzieckiem odejdą, a po tym podszedłem do niego i szarpnąłem za zwykłe miejskie ubranie, chcąc go siłą zaciągnąć do zamku i już nigdy nie pozwolić mu odejść. Przeliczyłem się myśląc, że podda się bez walki. Puściły mi nerwy, zaczęliśmy się bić jak małe dzieci. Wiedział, że nie ma ze mną szans, a jednak nie zamierzał się poddać. Jak się można domyślić przegrał cały poobijany, ze złamaną nogą, pękniętym żebrem i dwiema szramami na prawym policzku, nie zważając na świadków całego zajścia, lamentującą matkę i płaczącego ze strachu chłopca wołającego cały czas swojego tatę, zabrałem nieprzytomnego mężczyznę do zamku.

Choć miałem go już jedynie dla siebie, nie byłem usatysfakcjonowany, a widok pobitego syna, przykutego do ściany w lochu rozdzierał mi serce nie miałem jednak innego wyjścia, chcąc być dla niego wszystkim, tak jak on był dla mnie. Byłem rozdrażniony i zagubiony, Zabor jedynie mnie jeszcze bardziej denerwował sugerowaniem by dać Aldarenowi odejść, skoro zabicie go w ogóle nie było brane pod uwagę. Przynosiłem chłopakowi kilka razy dziennie jedzenie, wciąż nie wypuszczając z celi, jedynie kajdany zmieniłem, na okowy przyczepione dającym swobodę ruchów łańcuchem do ściany, nie był jednak na tyle długi, aby pozwolić mu zbliżyć się do krat, których nawet nie zamykałem. Był bardzo nieszczęśliwy, wyglądał jak mały chłopiec, którego zabrałem z ulicy, teraz tylko nie był zaniedbany i miał pod dostatkiem jedzenia, a nawet kobiety, nie umiałem go jednak pocieszyć w żaden sposób. Coraz bardziej mnie to wszystko drażniło, a on stawał się coraz bezczelniejszy wobec mnie, po tym jak po prostu ignorowałem jego prośby uwolnienia i pozwolenie na powrót do syna i ukochanej. Kochałem go całym swoim sercem, ale on tego nigdy nie odwzajemnił, a teraz nawet nie zamierzał, ponieważ darzył miłością tę kobietę, a nie swojego Mistrza.

Nie wytrzymałem. Szarpnąłem go za włosy odchylając nieznacznie na bok jego głowę i z gniewem zatopiłem kły w jego szyi. Po raz pierwszy odkąd się pojawił w moim życiu, skosztowałem jego krwi, której smak był jak ambrozja zsyłająca błogosławieństwo, ale jednocześnie potępiająca na wieki moją duszę. Zatraciłem się w tym bez reszty gwałtem czyniąc z niego swojego kochanka, od którego odstąpiłem dopiero kiedy ciało mężczyzny zaczęło mi się przelewać przez ramiona. Patrzył na mnie z gasnącym płomieniem życia w tych niesamowicie lazurowych oczach, a ja zrozumiałem co zrobiłem. Byłem zrozpaczony, że mógłbym go stracić, dlatego siłą napoiłem go swoją krwią. W tym przeklętym Miesiącu Sowy obwieszczającym nastąpienie nowego roku i obiecującym podążenie nową drogą w życiu, straciłem syna i przemieniłem swojego pierwszego śmiertelnika w wampira.

Przez pięć lat ten loch był jego pokojem, w którym na powrót był uwięziony na krótkich łańcuchach, których brzdęk roznosił się przerażającym echem po całym zamczysku, podobnie jak dziki krzyk potwora łaknącego jedynie krwi. Zniknęła całkowicie jego łagodność i radość, które zastąpione zostały niepohamowaną żądzą i nienawiścią wobec mnie. Sam też siebie nienawidziłem, wielokrotnie miałem myśli żeby zabić tą bestię jaką się stał, ale nie mogłem tego zrobić, ponieważ wciąż wyglądał jak mój ukochany Aldaren. Po tym trwających nieskończoność latach w końcu mogłem go bez obaw wypuścić z lochu, wciąż go jednak więziłem we dworze pomagając mu przyzwyczaić się do nowej sytuacji i ucząc go o wampiryzmie. Nawet wtedy nie patrzył na mnie z miłością, widząc jedynie żyjącą przechowalnie krwi. Nie oczekiwałem od niego już nic wiedząc, że w pełni sobie zasłużyłem na taką pogardę z jego strony, byłem jednak szczęśliwy kiedy mogłem spędzać z nim noce w jednym łożu, karmiąc go w zamian swoją krwią.

Po tym wszystkim co się z nim stało i co przeżył, nie zapomniał jednak o swojej rodzinie, która pragnął ujrzeć, ale bał się ich skrzywdzić. Kiedy jednak dowiedział się jak stworzyć wampira (przypuszczam, że niewątpliwie Zabor maczał w tym swoje piekielne łapska), bez wahania udał się do wioski odwiedzić kobietę i swoje dziecko. Nie było mnie wtedy w zamczysku przez ważne sprawy zmuszające mnie do jego opuszczenia na kilka dni i po tym czego się dowiedziałem, żałowałem, że w ogóle opuściłem swój azyl, albo nie zabrałem Aldarena z sobą. Zaraz po przyjeździe doniesiono mi, że chłopak chcąc przemienić swoją ukochaną, nieumyślnie ją zabił na oczach potomka. Cała wioska się zbuntowała i przymierzała do ataku na dwór wraz z łowcami wampirów, a młody krwiopijca kilkakrotnie usiłował pozbawić się życia. Sytuacja nie należała do ciekawych, a ja nie wiedziałem co począć. Nie mogłem pozwolić służącym, aby zabili niewinnych wieśniaków, co spowodowałoby jeszcze większe rozruchy i obławy, ale nie mogłem też spuszczać z oka swojego syna. Postanowiłem opuścić z nim rezydencję oraz krainę Alaranii okrywając nieznane zakątki świata. W podróży tej mój wampirzy potomek nauczył się jeszcze więcej i stał się jeszcze bardziej brutalny kiedy dochodziło do konfrontacji. Torturowanie swoich ofiar przed całkowitym opróżnieniem ich z krwi sprawiało mu niezwykłą przyjemność, a ja bałem się, że znów stanie się bestią jaką był zaraz po przemianie. Martwiłem się jednak niepotrzebnie. Stał się na powrót łagodnym niezwykle przystojnych chłopakiem, który przyciągał do siebie innych jak magnes, wtedy też zauważyłem, że może darzyć równym uczuciem kobiety, jak i mężczyzn, choć wiedziałem, że nie chodzi tu o prawdziwą miłość, a jedynie szansę skosztowania krwi.


† Rok 774 Ery Alarańskiej - pierwszy wpis w dzienniku †

Samotne podróżowanie bez celu po obcych zakątkach świata, mając za jedynego towarzysza złośliwego Burka jest niezwykle nużące. Poznałem w swoim nie-życiu już bardzo wielu ludzi z różnych okresów w dziejach, pochowałem szczątki swojego Mistrza, zabitego w jednej z wypraw przez łowców, w ruinach starego zamczyska nieopodal Maurii, który był tak samo jemu domem, jak i mnie. Nie znam tych obecnych terenów Alaranii choć, powinienem skoro się urodziłem na tych ziemiach (nawet dwa razy). Niecodzienna trumna mojego opiekuna, którą mogę ścinać głowy wrogów, jest mi obecnie jedynym przyjacielem przez zachowaną w niej cząstkę jego mocy. Zabora nie da się liczyć nawet jako zwierzaka, choć na pierwszy rzut oka za takiego jest uważany. Wciąż nie pogodził się ze śmiercią Mistrza, który nim skonał ofiarował mi swój pierścień kontrolujący demona, nim skonał. Nie rozumiem czym sobie zasłużyłem na towarzysza dokładającego wszelkich starań, aby się mnie pozbyć, ale Mistrz pragnął, abym miał w posiadaniu jego sygnet, dlatego nie rozstaję się z nim nawet na moment. Do Alaranii postanowiłem wrócić, aby pochować prochy wampira będącego mi ojcem przez całe życie oraz nie-życie, a poza tym chciałem obchodzić swoje zbliżające się pięćsetne urodziny właśnie w tej krainie. Nazywam się Aldaren van der Leeuw i właśnie zaczynam na nowo odkrywać Alaranię.


† Rok 774 Ery Alarańskiej - Miesiąc Motyla †

Bardzo długo nie zasiadałem do pisania, całkiem wypadł mi też z głowy ten dziennik przez wydarzenia, których ostatnio pełno w moim życiu.
Wszystko zaczęło się od balu w Elfidranii, na którym miałem grać. Pojawił się tam też pewien tajemniczy jegomość, bardzo dziwny jegomość, który przewidział wiszącą nad balem tragedię. Na szczęście wampirzy łowcy zostali w porę unieszkodliwieni i nikomu z gości nic się nie stało, jedynie gospodarz przypłacił swoją nieudaną zasadzkę życiem. Po tym dowiedziałem się, kim był ten mężczyzna i pierwszy raz w życiu poznałem anioła śmierci. Szukał pewnego nekromanty i ja miałem mu pomóc w tych poszukiwaniach.
Wróciliśmy w okolice Maurii, gdzie na swej drodze natrafiliśmy na rozwścieczony motłoch chcący zlinczować małego złodziejaszka. Ja nie byłem w stanie przemówić tym ludziom do rozumu, ale Gregevius - ten anioł, zajął się sytuacją i wziął małego chłopaka pod swoje skrzydła. Niedługo po tym zaszliśmy w okolice kryjówki nekromanty i gdy Zabor wraz z Gregeviusem ruszyli na maga śmierci, ja zostałem z chłopcem. Niestety, nie był to najrozsądniejszy pomysł, gdyż dopadła mnie żądza krwi i... Nie chciałem zrobić mu krzywdy. Czując w ramionach wiotkie, stygnące ciało dziecka, spanikowałem i spróbowałem go przemienić, byle by tylko nie umierał. Tak stworzyłem swojego pierwszego i ostatniego przemienionego wampira. Nie chciałem jednak by stał się zagrożeniem dla innych, więc pozbawiłem go kłów, a gdy przybył Gregevius... nie był zadowolony z tego co się stało. Sam byłem na siebie wściekły i poczułem, że moje serce zaczyna darzyć Żniwiarza coraz mocniejszym uczuciem. Nie mogłem jednak z nim zostać i nasze drogi się rozeszły.

Cały czas o nim myślałem, nie umiałem się wyleczyć z tego zauroczenia i mizerniałem w oczach. Po tym, że zmieniłem tamtego chłopca w wampira, przez to, że nie mogłem powstrzymać swojego głodu krwi, postanowiłem jej już nigdy więcej nie pić, co spowodowało moje osłabienie. Trafiłem do trawionego przez zarazę Danae, przynajmniej tak mi się wydawało, ponieważ, gdy wszystko miało się ku lepszemu, okazało się, że były to jedynie halucynacje zesłane przez nieszczęśliwego ducha. Ledwo uszedłem z życiem z tego spotkania, a nie mając żadnych powodów, które mnie trzymały w tym mieście, postanowiłem wrócić do Maurii i odszukać Gregeviusa.

Dalej się zastanawiam czy powrót był najlepszym pomysłem, gdyż niedługo po nim mój Mistrz powrócił do żywych, a ja chcąc nie chcąc, znów zostałem uwięziony przez to miasto. Dostałem zadanie doprowadzenia grupy łowców do jednej z głowy rodów - starego Mossa, a zleceniodawcą był jego syn, mój przyjaciel Biron. Niestety po pozbyciu się Starszego Wampira Czystej Krwi i obserwowaniu jak Biron przejmuje po nim władzę w rodzie jakby dziedziczył go przez nieszczęśliwy wypadek, a nie własne zlecenie zabicia go, zostałem okrzyknięty zdrajcą i nie miałem lekko w mieście. Starałem się pomagać przy odbudowie zamku Fausta i nie wychodzić poza bezpieczne mury posesji mojego mistrza, ale było to mało wykonalne, gdyż on zlecał mi drobne sprawy do załatwienia w mieście. W tym też czasie zacząłem tracić rozum i pojawił się w moim umyśle Xargan, choć nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zostałem opętany.
Tak też dowiedziałem się o dziwacznej chorobie panującej w mieście i chciałem się nią zająć natychmiast, gdy zorientowałem się, że zarażone mogą zostać jedynie wampiry, co kończyło się w krótkim czasie ich okrutnie bolesną śmiercią. Niestety Biron wezwał mnie wtedy do siebie i... To był podstęp, to on stał za tą zarazą. Wydawało mi się, że był tam też Faust, ale nie pamiętam co stało się dalej. Obudziłem się w zamczysku Fausta.

To było chyba dwa miesiące od tamtej zarazy, moje pierwsze spotkanie z Mitrą - dziwnym i dość niepokojącym na pierwszy rzut oka, odpychającym nekromantą, który miał sprawę do Fausta. Mój mistrz, nie mógł mu jednak pomóc tak jakby Mitra chciał, a ja miałem go zastąpić jako jego reprezentant i... Gdy nekromancie uda się otworzyć Czarną Księgę z Thulle, miałem go unieszkodliwić, zabrać mu grymuar i zanieść go z księga Faustowi. Nie stało się tak jednak, a wiedząc, że zawiodę przy tym zadaniu, Faust samemu uknuł spisek. Okazało się, że wszystkie pułapki w ruinach Thulle były stworzone przez niego. Choć nasza znajomość z Mitrą opierała się jedynie na niechętnej współpracy, postanowiłem go ochronić przed swoim mistrzem. Była to dobra decyzja, gdyż dzięki temu nasza relacja z Mitrą się poprawiła i zyskałem wspaniałego przyjaciela. Dzięki niemu moje serce zaczęło zapominać o Gregeviusie, a wypuściło kiełki uczuć do nekromanty, któremu je wyznałem dopiero godzinę temu. Wielkie było moje szczęście gdy okazało się, że i on mnie kocha, nawet jeśli wiem, że jeszcze masa pracy przed nami przez jego fobie i dużo więcej trudności w naszej relacji, ale wierzę, że damy radę. Jutro będę mógł spędzić z nim cały dzień, nie mogę się już doczekać i gdyby nie to, że jestem wyczerpany ostatnią podróżą na kolejny bal, pewnie nie zmrużyłbym oka. Padam jednak i mimo wszystkich emocji, które nawet teraz się we mnie kłębią, podejrzewam, że szybko usnę jak dziecko. Dobranoc więc, na ten czas.