Równina MauratWszystkie drogi prowadzą do Meot

Równina rozciągająca się od Gór Dasso, aż po Warownie Nandan -Ther, zamieszkała przez istoty wszelkiego rodzaju, jednak jej ogromne przestrzenie są przede wszystkim krainą dzikich koni, które galopują w bezkresie jej zieleni w poszukiwaniu swoich braci.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Rufus
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

Wszystkie drogi prowadzą do Meot

Post autor: Rufus »

        Dwóch mężczyzn siedziało w dość przestronnym namiocie i grzało się przy ogniu. Mimo chłodnej nocy nie uznali za słuszne odziać się w grubsze ubrania wierzchnie. Ten blady miał na sobie chociaż płócienną koszulę i krótkie nad kolano porcięta, ale murzyn siedział w samych pludrach. Widać było ewidentnie, że w życiu utrzymywali się z pracy fizycznej. Obaj mogli pochwalić się rozbudowaną muskulaturą. Kto wie, czy to właśnie nie był powód, dlaczego nie chronili swoich ciał przed chłodem szczelniejszym odzieniem. Garnitury mięśni w jakie byli przybrani zaiste były imponujące. Nic dziwnego – obaj oni byli gladiatorami, a ich występy właśnie na tym polegały, by imponować, również wyglądem swych posągowych niemal ciał.
        Gdy nie walczyli na arenie, powiększali zyski swojego właściciela imając się innych zajęć. Najczęściej robili za ochroniarzy, czasem strażników, lub po prostu osiłków do wynajęcia. Tym razem jednak ich wachlarz wykonywanych dodatkowo zawodów poszerzył się o profesję hycla. Wynajęci bowiem przez radę miejską wyruszyli z Meot karawaną na północ, na piaszczyste wydmy pustyni Nanher w poszukiwaniu dzikiego zwierza, by można było zorganizować w stolicy kolejne krwawe igrzyska. Robota jak każda inna - dwaj niewolnicy przyzwyczajeni do niewygód nie zwykli utyskiwać na kiepskie warunki i psioczyć na podły wikt. Jednakowoż cieszyli się, że ich karawana zmierzała już z powrotem do miasta oraz że opuścili wreszcie tę przeklętą pustynię. Nic bowiem bardziej nie wkurza niż wszędobylski piach, wciskający się nie tylko do żarcia czy w zakamarki ubrania, ale też w naturalne i nienaturalne otwory ciała.
        Gorąca miętowa herbata, którą popijali parzyła wargi, język i przełyk, ale i tak raz po raz pociągali z cynowych kubków. Nie rozmawiali - pogoda od wielu dni nie zmieniała się ani o jotę (nic dziwnego, w końcu przemierzali głównie pustynię), a wszystkie pozostałe tematy zdążyli już obgadać z każdej strony. Chociaż obgadać to nie jest dobre słowo. Rufus Sichsel - mistrz areny i wytrawny kosynier - zdecydowanie nie był gadułą. Jeśli już musiał, odpowiadał półsłówkami, zwykle bez żadnego entuzjazmu. Zresztą nie tylko w gadce był osowiały. Poruszał się i wszystkie niemal czynności wykonywał posłusznie, ale z irytującą flegmą, a ożywiał się w zasadzie tylko wtedy, kiedy trzeba było kogoś rozpłatać ostrzem postawionej na sztorc kosy bojowej. Nikt jednak nie próbował go reformować, bo po pierwsze: Rufus kiedy był faktycznie potrzebny startował do boju jakby go ktoś wystrzelił z procy i kąsał przeciwników swym drzewcowym orężem szybko, natarczywie i skutecznie jak broniące gniazda stado pszczół, ale zdecydowanie bardziej śmiertelnie. Po drugie natomiast: krępy czarnoskóry wojownik niewzruszenie wysłuchiwał wszelkich reprymend, ale nigdy nie odnosił ich do siebie. Spływały one po nim jak po kaczce, więc każdy wiedział już dobrze, że szkoda nerwów, bo i tak nic się przy otępiałym mięśniaku nie wskóra.
        Drugi mężczyzna natomiast wręcz przeciwnie, bardzo lubił gadać. Nie nawykł jednak dyskutować sam ze sobą. Znał swojego towarzysza na tyle, że świetnie zdawał sobie sprawę, że swoją gadaniną prędzej sprowokuje ponure pomrukiwania egzotycznych bestii, których pełne klatki wieźli ze sobą z powrotem do Meot, niż, że jego kompan jakoś włączy się do konwersacji. No chyba, że dostarczy mu alkoholu - wtedy Rufus stawał się nieco bardziej wylewny. Oczywiście bez przesady, ale jednak nawiązywał jakąś interakcję z otoczeniem. Facet ten był wysoki i blady. Fantazyjny, marynarski kapelusz dodawał mu zadziorności, ale również nadawał całej postaci aspekt pewniej nierealności (a przynajmniej oderwania od rzeczywistości). Spod krzywego ronda draperie przetłuszczonych, czarnych włosów opadały mu na oczy, jednak on najwyraźniej nie dbał o to wcale. Niechlujny zarost podkreślał parszywość bandyckiej mordy, a sumiaste wąsiska i zapadłe w głąb czaszki oczy dodawały twarzy zwierzęcej dzikości. Tajemniczy don Pedro – jak kazał na siebie wołać, niewiele miał do powiedzenia tylko w kwestii swojego pochodzenia. Najprawdopodobniej dlatego, że tam skąd przybył jego oblicze widniało na wielu listach gończych. Jego skrzekliwy głos i charakterystyczny akcent na pierwszą sylabę sugerował jednak, że rodowodu gladiatora należało szukać gdzieś w okolicach Rubidii.

        Krótki jęk z kąta namiotu poderwał ich obu na równe nogi, jak nie przymierzając obozowa trąbka alarmowa. Obaj również natychmiast złapali za oręż i spojrzeli w kierunku niewyraźnego kształtu leżącego w cieniu, z dala od światła. Obaj nie bardzo orientowali się, po co w ogóle porwali, a teraz nadal ciągnęli ze sobą dziewczynę przypadkowo znalezioną bez przytomności nad rzeką. I po co ją krępowali. Ani dlaczego ich obu naraz wyznaczono do jej nieustannego pilnowania. Ale obaj też byli posłuszni rozkazom i umieli trzymać język za zębami. Przełożony kazał, tam będzie. I kropka.
        Wyczekali chwilę, aż jęk się powtórzył, a z ciemności błysnęła w ich kierunku para dzikożółtych oczu.
- Ocknęła się – don Pedro bardziej stwierdził, niż zdziwił się. W zasadzie nie było to coś, czego nie można się było spodziewać.
- Pilnuj jej – rzucił zupełnie niepotrzebny rozkaz. Rufus wiedział, co ma robić. – Ja idę po szefa. – I wybiegł.
        Czarnoskóry opuścił nieco swój spektakularny oręż, aż czubek zakrzywionego ostrza kosy dotknął gleby przed mężczyzną. Nie, żeby wojownik obawiał się niewiasty - nie zastanawiało go wcale, że dziewczyna miała ogon i dziwne, kocie uszy. Po prostu z racji tego, że na gorącym piachu Colloseum spędził mnóstwo czasu, który wygodniej przeliczać było w latach niż w dniach, wyrobił w sobie tak ułatwiające przeżycie nawyki, że swą broń zawsze już trzymał w gotowości do natychmiastowego użycia.

Awatar użytkownika
Nani
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Nani »

Wszystko się układało. Nie myślała już o Leo. Poszedł w zapomnienia, razem z jej odepchniętymi uczuciami. Odsunęła od siebie myśli o nim i starała się wymazać z pamięci ostatnie lata. Tarilion okazał się lekiem na jej ból. Nie wiedziała, że się zakocha, nie wiedziała, że potrafi zapędzić wspomnienia o przyjacielu z narwaną duszą gdzieś w głąb swojego umysłu. A jednak się udało. Zresztą nie tylko to. Dzięki Tarowi pokonała chorobę, gdyby nie on to by się nie udało. Uratował ją, a ona go pokochała. Byli tak blisko spełnienia marzeń. Nani tak bardzo zmieniła podejście do zamążpójścia, bo wreszcie miała przy swoim boku kogoś, kto ją pokochał, kto przyjął ją taka jaka była. Kto był odpowiedzialny i opiekuńczy. Chciała tego ślubu. Pragnęła założyć kolorową suknię i związać się z kimś na zawsze. Wyobrażała sobie ich kocięta. Swoją mamę i teściową rozpieszczające małe lwiątka. Zależało jej na tym, by żona wodza – żona ojca Tara ją polubiła, może nawet kiedyś pokochała. Jej życie wywróciło się do góry nogami i była z tego powodu szczęśliwa.

Niestety, życie to podła materia. Wywraca się także w niespodziewanych momentach, zwykle robiąc niebezpieczną burzę, lub zagrażające życiu piekło. Nani spotkało to drugie. Obudziła się obolała, mając dreszcze na całym ciele. W głowie jej szumiało. Oczy piekły, a gardło bolało ją od braku wody. Było suche jak piasek Mau, gdy słońce stawało w zenicie. Zaczęła kaszleć, suchość w gardle była tak dokuczliwa, że jej organizm za wszelką cenę chciał wyprodukować ślinę. Widziała gdzie jest, widziała, że leży na ziemi, a przy jej twarzy ktoś trzyma broń, ostrą broń, która w każdej chwili mogła ją zabić. Dostrzegła też ogromne stopy, zdecydowanie należące do mężczyzny, ale nie mogła przestać kaszleć. Kaszel wywołał spazmy. Nani wiła się walcząc o każdy oddech, łapała powietrze pomiędzy spazmami. Miała wrażenie, że zaraz wypluje własny żołądek. W końcu zwymiotowała tuż pod nogi swojego oprawcy. A że w żołądku nie miała praktycznie nic, jej suche gardło podrażnił kwas, a kaszel tylko się nasilił. Nie była już w stanie myśleć o srebrnym narzędziu leżącym zdecydowanie zbyt blisko jej twarzy, bo naprawdę ledwo mogła oddychać. Pluła, wiła się, miała wrażenie, że zaraz ponownie straci przytomność, ale tym razem udusi się własnymi wymiocinami.

Awatar użytkownika
Rufus
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

Post autor: Rufus »

        Stary Vess Morietti dumnie wkroczył do namiotu. Był to mężczyzna pokraczny, przygarbiony i siwiuteńki, ale zachowywał się w sposób, jakby z urodzenia przysługiwał mu nienaganny majestat. Jego skóra była śniada. Wzrok miał skupiony i przenikliwy. Wyraźnie gustował w aż przesadnie bogatej garderobie i biżuterii. Zawsze podkreślał również swą niezmierną dumę z lekko skośnych oczu i szlachetnych meockich rysów. Jego wiek jak na człowieka był bardzo zaawansowany, a mimo to senior ów był krewki, głośny i porywczy. Nic jednak dziwnego, skoro był to również niewyobrażalny bogacz i poważany miejski senator. Jego zuchwałość i poczucie bezkarności dodatkowo podsycane były przez fakt, że był on także wszechwładnym patronem renomowanej szkoły gladiatorów MORTIS, która w swej historii zasłynęła wieloma czempionami alarańskich Colloseów. Przy okazji (którą trudno było nazwać przypadkiem) był on także wyłącznym właścicielem Rufusa Sichsela i Tajemniczego don Pedro – o których każdy interesujący się walkami na Arenie nie mógł nie słyszeć. Ich brutalność i perfekcja we władaniu bronią niosły się gromkim echem wzdłuż i wszerz całego kontynentu.
        - Na cycki Ishtar! – wrzasnął staruszek, gdy tylko jego wzrok przyzwyczaił się do półmroku panującego wewnątrz i dostrzegł wszystkie szczegóły. - Dlaczego ona leży twarzą do ziemi?! – Wskazał wyciągniętym palcem na Nani. Na to pytanie jednak odpowiedzi nie uzyskał, choć wcale nie było ono retoryczne. Mało bystry Rufus uznał, że chyba nie było skierowane do niego, albo prędzej: jego otępiały i skacowany umysł pytania w ogóle nie zrozumiał.
- Sichsel! Ty głąbie..!! – wściekły Vess wrzasnął i palnął swojego gladiatora otwartą dłonią w łysą, spoconą potylicę. Głośne plasknięcie poniosło się po namiocie, ale jedyną reakcją wielkiego murzyna było, że zaledwie skłonił się lekko. Z boku wyglądało to tak, jakby skinieniem podziękował za usłyszane z ust patrona wyzwisko, które odebrał na przekór, bo pozytywnie, jako jakiś komplement. A pacnięcia w łeb chyba zupełnie nie poczuł.
        - Pomóż pani, bo się nam udusi.. – padł krótki rozkaz Moriettiego.
Drakon sam był niewolnikiem. Nie od zawsze, ale od bardzo, bardzo dawna. Ani nie chwalił sobie takiego losu, ani nie narzekał na niego. Wszystko mu było jedno. Nie bardzo dbał ani o siebie, ani o to, co się z nim stanie. Trudno zatem wymagać od niego, by innymi przejmował się w jakimś bardziej znaczącym stopniu, niż sobą. Znał jednak hierarchię i wiedział kto tu rządzi. Rozkaz zrozumiał, nawet mimo tego, że Vess zagmatwał go nieco doprawiając ironią i nadając mu pozór troski.
        Czarnoskóry wojownik bez wahania przystąpił do wykonania polecenia. Uniósł swoją wielką stopę i bez zbędnych ceregieli postawił na biodrze leżącej kobiety. Następnie szybkim - ni to pchnięciem, ni to kopniakiem - przewrócił dziewczynę na wznak. Użył zdecydowanie za dużo siły, bowiem naturianka przekulała się kilkukrotnie, zanim ostatecznie zatrzymała się oparta plecami o płachtę namiotu. Leżała teraz na boku, więc ani piach, ani ewentualne wymiociny nie będą tamować jej ust. Zadanie wykonane. Uśmiech, w którym jednak nie było nawet krzty wesołości ozdobił oblicze beznamiętnego osiłka.
        Staruszek natomiast widząc co się dzieje natychmiast złapał swego sługę za ramię.
- No, już już.. wystarczy tych czułości.. – zaskrzeczał, jednak w jego głosie próżno było szukać zdenerwowania na takie obcesowe traktowanie niewiasty, czy jakiegokolwiek zatroskania o jej wygody. Jego słowa zdecydowanie bardziej zaprawione były drwiną i szyderstwem, niż współczuciem. – ..bo narobisz jej siniaków i straci na wartości.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Równina Maurat”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości