Opuszczone KrólestwoChodź, goni nas... coś

Na równinie rozciągającej się od Mglistych Bagien aż po Pustynie Nanher znajduje się Opuszczone Królestwo, które kiedyś przeżyło Wielką Wojnę. Niestety niewiele zostało z ogromnych zamków i posiadłości tam położonych. Wojna pochłonęła większość ośrodków ludzkich. Dziś znajduje się tam tylko kilka ludzkich siedzib, odciętych od innych miast.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 114
Rejestracja: 5 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Chodź, goni nas... coś

Post autor: Cain »

Rankiem ruszyli dalej, znów we dwójkę, jednak to niekoniecznie im przeszkadzało.
Dwójka czarodziei mogłaby nawet szukać swojej nowej towarzyszki, bo przecież opuściła ich bez słowa. Z drugiej strony, nie było przecież tak, że znali ją i była im potrzebna – dołączyła do nich wieczorem i zniknęła wczesnym rankiem, gdy jeszcze spali. Dla samego Caina był to dowód na to, że dziewczyna zmieniła zdanie i postanowiła, że jednak w dalszym ciągu będzie podróżowała samotnie. Może nawet nie chciała, żeby jej ewentualnie szukali, chociaż to akurat udałoby się, gdyby została i zwyczajnie pożegnała się z nimi. Mogłaby wprost powiedzieć, o co chodzi. Czarodziej niekoniecznie chciał jej szukać, jednak Lotta była innego zdania, dlatego też pomyślał, że powinien coś z tym zrobić. Powiedział dziewczynie właściwie to, o czym pomyślał wcześniej, zdradził jej wnioski do jakich doszedł w związku ze zniknięciem Irath. Poza tym, dodał również, że oni też przecież nie idą zwyczajnie przed siebie, bez większego celu, a mają taki w postaci ojca Lotty, którego teraz przecież szukają. Powiedział jej, że powinni wrócić do tego i skupić się na tym. To chyba przekonało ją, chociaż dwa lub trzy razy widział, jak czarodziejka rozgląda się, może licząc na to, że zmiennokształtna jednak nie odeszła i zaraz pojawi się, narzekając na to, że odeszli i nie poczekali na nią. Tak się jednak nie stało, co chyba musiało trochę wpłynąć na samopoczucie jego towarzyszki.

Podróżowali przez kilka dni, aż trafili na teren Opuszczonego Królestwa. Za dnia szli, rozmawiali ze sobą i czasem zatrzymywali się w czasie marszu, żeby chwilę odpocząć i coś zjeść. Wieczorem szukali miejsca na nocleg, a nocą pozwalali ciałom odpocząć, żeby następnego dnia być gotowym na kontynuowanie podróży. Cain raz czy nawet dwa razy miał wrażenie, że ktoś ich śledzi i obserwuje – chociaż to wrażenie akurat pojawiało się w dość losowych momentach właściwie od dnia, w którym zaczęli wspólną podróż. Zawsze uznawał, że może to jakieś dzikie zwierzęta lub coś innego, co mogłoby ich zaatakować, ale postanowiło tego nie robić, w jakiś sposób wyczuwając drzemiącą w nich siłę. Cóż, nie mógł przecież wiedzieć, że te jego przeczucia są jak najbardziej prawdziwe i że grupa najemników ciągle za nimi podąża. Grupa, której przewodzi długowieczna istota, która brała udział w pozbywaniu się Dzierżycieli i teraz, gdy dowiedział się, że ktoś z tej grupy nadal żyje, chce dokończyć tamtego dzieła zniszczenia.
W czasie tych kilku dni, dowiedział się więcej na temat Lotty, jednak sam również opowiedział jej trochę o sobie. Powiedział jej o grupie, do której kiedyś należał i, w której siedzibie się urodził, bo w końcu jego rodzice też byli jej członkami. Historia dotycząca Dzierżycieli Mocy była raczej ogólna i niebogata w szczegóły – je Cain zachował, przynajmniej niektóre z nich, może później to rozwinie – ale musiał też wspomnieć o tym, co ich kiedyś spotkało. W końcu powiedział, że należał do nich „kiedyś”, więc musiało stać się coś, co sprawiło, że już nie był jednym z nich. Przyczyną tego była napaść i zabicie wszystkich, którzy znajdowali się w siedzibie. Tutaj akurat też nie wspomniał niczego szczegółowo, ale to akurat zrobił dlatego, że nie dość, że nie chciał o tym myśleć, to nie chciał też, żeby Lotta poznała takie szczegóły. Nie były one czymś, o czym opowiada się z chęcią. Poza tym, rozwinął też temat swoich oczu. Nie powiedział jej, dlaczego świecą one, gdy używa magii, bo sam właściwie nie był tego pewien, ale wspomniał natomiast, że planuje w końcu zabrać się za dowiedzenie się czegoś więcej na ten temat i może nawet znalezienie osoby, która mogłaby „naprawić” jego oczy albo zerwać tę dziwną więź – zapewne magiczną – którą mają one z energią magiczną znajdującą się w jego ciele.
Odpowiadał też na te pytania, które zdawała mu Lotta, chociaż niekoniecznie na wszystkie. Powiedział, że kiedyś czytał o wiele więcej, ale teraz robi to głównie wtedy, gdy postanawia zatrzymać się na dłużej w mieście, w którym jest też biblioteka, czasem kupuje też książki, które czyta w czasie podróży. Mimo wszystko, zawsze lubił i będzie lubił czytanie, to samo zresztą dotyczyło podróży. Nie przyznał się jednak, że schlebia mu, gdy ktoś szczerze doceni jego rozległą wiedzę i umiejętności. Następne pytania sprawiły, że trochę zepsuło się jego samopoczucie, ale powiedział jej – chociaż dość krótko – że cała jego rodzina nie żyje. Przy życiu nie pozostał nikt, kogo mógłby nazwać członkiem rodziny. Miał też przyjaciół, właściwie rozsianych po całej Alaranii i każdą z tych kilku osób poznał w innych okolicznościach. Ciekawie mogło być to, że żadna z tych osób nie była czarodziejem albo chociażby nawet pradawną istotą. Wszystkich z nich łączyło to, że byli głodni wiedzy, chociaż każde z nich na inny temat, a także każdy miał nieco inny sposób na zdobywanie jej. Na przykład elfia czarodziejka zgłębiająca tajniki natury magicznej pewną część swojej wiedzy niemalże wyciągnęła z samego Caina, o czym zresztą też wspomniał, gdy odpowiadał na to konkretne pytanie Lotty.
Sam też zadawał jej podobne pytania - chciał wiedzieć, co lubi jego towarzyszka, a czego nie lubi, czy ma przyjaciół, rodzinę poza tą, o której już wie i tak dalej.

Kolejne z jej pytań nieco go zaskoczyło, chociaż sprawiło też, że musiał się nad nim przez chwilę zastanowić. Nie konkretnie nad tym, czy chce zostać jej przyjacielem, bo na to od razu poznał odpowiedź, a bardziej na tym, w jaki sposób chce sformułować słowa, które za chwilę padną z jego ust.
         – Nie mam nic przeciwko, żebyśmy byli przynajmniej przyjaciółmi – odparł, ale to „przynajmniej” powiedział tak jakoś trochę ciszej niż pozostałe słowa, jakby nie był pewien, czy to słowo na pewno powinno się tam znaleźć. Trochę specjalnie nie spojrzał też w jej stronę, gdy wypowiadał to zdanie, bo nie był pewien, czy chciał, żeby Lotta domyśliła się, co może chciał jej w ten sposób przekazać. Dobrze mu się z nią rozmawiało i podróżowało, była też ładną kobietą, ale nadal nie był pewien, co do niej czuje. Wiedział, że na pewno jest to… „coś”, ale nie miał pewności, jak to „coś” określić.
         – Wiesz, Opuszczone Królestwo jest dość rozległym obszarem i jednocześnie jednym z dobrych miejsc do tego, żeby się tu ukryć… Myślisz, że możemy znaleźć tu twojego ojca? - odezwał się, przez chwilę nawet spoglądał w jej stronę, ale już po chwili patrzył z powrotem przed siebie, na drogę, którą teraz szli. Zmienił temat, oczywiście, że go zmienił i to nawet, zanim Lotta mogła odpowiedzieć na jego wcześniejsze… wyznanie – tak można by to było nazwać, mimo że było ono krótkie. Tylko czy to w ogóle przeszkodzi jej, jeśli chciała coś powiedzieć? Coś, co nawiązywałoby do tamtych kilku słów, które mogłyby okazać się ważne? Chyba nie.
Awatar użytkownika
Lotta
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lotta »

        To były ciekawe dni - ale dla Loci nieco niepokojące. Raz smutne, raz wesołe. Cieszyła się towarzystwem Caina, ale martwiła się o Cocona, Jeremy’ego i Irath. Nie miała pojęcia, co się stało z tą ostatnią i czy przypadkiem to nie ona ją zniechęciła. Tylko jak? Zastanawiając się, to znów zapominając o myśleniu w ogóle, promieniała w obecności nowego znajomego, by zaraz przygnębiły ją obawy, że zawsze gdy na nią zerka, dostrzega jej chuderlawość. Znaczy, że Jeremy i Cocon są w tarapatach! No ale… Radowała się za każdym razem, gdy mogła się na coś przydać; gdy razem z Cainem jedli leśne zwierzątka i gdy postanawiał każdego kolejnego dnia dalej schodzić z nią z gór. A potem patrzyła za siebie, ciekawa czy jakiś portal nie wypluje może starego czarodzieja, albo czy smokołaczka nie wróci do nich, machając wielkimi skrzydłami.
        W końcu jednak, po całych dwóch dobach, wahania w jej nastrojach przestały być wyraźne, a małomyślny optymizm przejął kontrolę nad zachowaniem, uśmiechami i gestami dziewczyny, która znowu zaczęła ćwierkać i naruszać - gdy mogła - cudzą przestrzeń osobistą. Chociaż stale się potykała, uwielbiała kręcić się dookoła Caina, przyglądać mu się i strzepywać pyłki z jego ubrań… tyle ich było! Ale gdy tylko zauważała jego zniecierpliwienie, odsuwała się o kilka kroków, by wrócić dopiero za moment, jak zacznie mu jej brakować. Choć prawda prawdą, musiała czasami zostawiać go na dłużej żeby się umyć (dlaczego nie chciał iść z nią?) lub coś upolować, gdy trafiła na trop. Oczywiście dzięki swojej magii mógł jej pomagać, ale czuła się dumna, kiedy od czasu do czasu mogła przynieść mu coś sama, kiedy on zajmował się ogniskiem, suszeniem ubrań czy po prostu odpoczywał i rozmyślał o czymś bardzo mądrym. Lubiła patrzeć na niego, gdy myślał. To jest prawie zawsze.

        Dowiedziała się też wielu rzeczy. Nie warto wspominać, ile zapamiętała, a ile uleciało jej z główki tuż po usłyszeniu, ale z zachwytem łapała każdą treść wychodzącą z ust jej genialnego kolegi. Wtedy jeszcze kolegi. Starała się powściągnąć własną gadatliwość, by on chciał mówić więcej i przerywała mu z zachwytem, fascynacją czy współczuciem jedynie czasami. Gdy mrugał. No, niekiedy coś jej się wyrwało. Albo nieopatrznie chwyciła go za rękę, by wiedział, że nie jest sam. Jak wtedy kiedy mówił o swojej rodzinie. O Dzierżycielach....
        Swoją drogą ta nazwa coś jej mówiła. Co to mogło być?

        Zerkała w niebo niepewna czy powinna wiedzieć czy nie, ale sądziła, że chyba tak. Dlaczego? Nie miała pojęcia. Chyba tatko jej o tym mówił. Ale na pewno on? A może któryś z nauczycieli…? Nie, chyba tatko… więc tak, trzeba jak najprędzej go znaleźć! Nie będzie mogła rozwinąć swojej relacji z Cainerathem póki nie zrozumie, co też jej chodzi po głowie w związku z tematem tak dla niego ważnym. Bo musiała coś wiedzieć… i on chyba też powinien. Więc jeżeli mu nie powie, to tak jakby trzymała przed nim w sekrecie coś, czego nie powinna. A wtedy nie mógł jej przecież zaufać! Nie mogła prosić go o zaufanie, skoro nie mówiła mu czegoś tak ważnego!
        Chwila, co to było?

        Znów patrząc w górę, potykała się i z uśmiechem przyjmowała pomocną dłoń czarodzieja, a czasami nawet i ramię, które ją podtrzymywało. Myślała nawet parę razy, by iść z nim pod rękę tak po prostu, by miał ją przy sobie, ale nie umiała dopasować do niego swojego chodu - obijała się o niego lub spychała go ciągle ze szlaku. Więc poddała się i uznała, że nadal będzie krążyć dookoła zamiast go denerwować. Czasem chwytała go za rękę, ale i tak ciągnęła go wtedy żeby coś pokazać, a nie przyczepiała się do niego na stałe. Nie miała pomysłu robić czegoś takiego, żeby go nie przepłoszyć. Za to gdy pytał, chętnie paplała.

        O czym zaś… och, o ilu rzeczach! O tym jak wychowywała jak matka i jej przyjaciółka, kotołaczka; jak nie miała stałego domu i żyła w podróży, nigdy nie będąc sama. Trochę o tym jak próbowała się uczyć, bo tatko chciał, ale przede wszystkim, że uwielbia ubierać się na niebiesko. Biało i błękitno. Granatowo. Ona, nie tatuś. A mama jest ruda i lubi inne kolory. Beże, czerwienie i pomarańcze… i lniane rzeczy. I czerwienie… zieleń? Ale woli praktyczne sukienki, a czasem i spodnie. Tu przyznała, że sama nie nosi spodni, ale po zastanowieniu stwierdziła, że chciałaby spróbować. Byłoby to takie ciekawe!
        Dalsze fascynujące szczegóły dotyczyły chociażby tego, że jest leworęczna i boi się strasznych rzeczy. Ma wielu przyjaciół na całym kontynencie i bardzo ich lubi, nawet jeżeli nie potrafi od tak wymienić ich imion. Lecz pewnego wieczora opowiedziała też swoją największą historię. Nawet nie o tym jak porwali ją piraci pod dowództwem kapitana Antara - choć to była część snutych przez nią nad dziczyzną wspominek - lecz o tym jak poznała swoją nową rodzinę. Miśki. Białe niedźwiedziołaki z lodowych krain! Dlaczego i jak stała się jednym z nich. Czym jest amulet, który nosi na szyi i ile dla niej znaczy. A także, że nie może go zdjąć. I jak to jest być niedźwiedziem. Znaczy… opisała na ile umiała. Mimochodem zapytała też co to za elfka, o której wcześniej wspominał… czy jest dla niego tak ważna jak dla niej rodzina Vasco? I zamiast pójść spać zaczęła - oczywiście bez żadnego wyraźnego powodu - przypominać sobie, jak dzięki wspaniałemu, wampirzemu kapitanowi zaczęła w ogóle używać magii lodu.

        Następnego ranka jednakże jakby o tym zapomniała. O kapitanie. W jej myślach została głównie tajemnicza elfka, która z Caineratha sama wyciągała… rzeczy… och, musiała być taka pewna siebie!
        Locia nie chciała być gorsza, więc kiedy tylko używał zaklęć, przyglądała się jego oczom, aż stwierdziła z całą pewnością, że w sumie nie chciałaby, żeby coś z tym robił. Znaczy jeżeli mu to nie szkodzi na wzrok i nie drażni go za bardzo, to czemu miałby się tego pozbywać? To taka ciekawa cecha! Hipnotyzująca… i może odstraszać wrogów! Jak z porożem, grzebieniami albo agresywnymi barwami u zwierząt - kojarzyło się to z siłą. A tu dodatkowo z potęgą magiczną.
        Och, jej kolorowy, olśniewający Cain!
        Oczywiście sama chętnie dowiedziałaby się skąd u niego te świecące oczy i była już z miejsca gotowa mu pomagać w poszukiwaniu odpowiedzi, ale stanowczo twierdziła, że gdyby pod koniec utracił tę efektywną zdolność błyszczenia, to równie dobrze ona może wyrwać pióra z ogona pierwszemu napotkanemu pawiowi. Efekt byłby smutny.

        Więc żeby było weselej, zapytała w końcu Caina, czy (po tych aż kilku dniach wspólnej podróży) nie chciałby zostać jej przyjacielem. Uwielbiała przyjaciół!
        I o jeju, CHCIAŁ!
        Klasnęła i chwyciła go pod ramię, piszczeniem szczęścia podkreślając szeroki uśmiech czystej radości, który wcisnęła mu w rękaw. Z podekscytowaniem przebyła trzy długie kroki - słońce zalśniło promiennie, a świat stał się jaskrawie bajecznym miejscem szczęśliwej pewności. I wtedy zwolniła uderzona tym, że coś zrozumiała. Coś dziwnego wyłapała w jego wypowiedzi. Coś, co burzyło jej spokój i świadomość, że osiągnęła, co mogła najwięcej.
        ,,Przynajmniej”? Powiedział ,,przynajmniej”? To znaczy, że chciał być… więcej niż przyjacielem? Ale czym!? Zerknęła na niego, choć nie patrzył w jej stronę i zaraz zmienił temat. Na jej rodzinę.
        Chwila… chciał być… jej rodziną?
        CHCIAŁ BYĆ JEJ BRATEM!?

        Porażona odskoczyła i zamachała rękami, nie wiedząc nawet czemu ta wizja tak ją przeraziła. Kochała braci! Wszystkich, których sobie zaadoptowała. Ale Caina nie chciała widzieć w tej roli. Znaczy bardzo miło, że on tak myślał, ale… nie, chwila, nie! Wcale nie chciała by myślał o niej jak o siostrze! Nie umiała nazwać tego uczucia, ale instynkty krzyczały w niej, że to nie jest to rozwiązanie, którego szukała. Nie w jego przypadku.
        - Myślę, że znajdziemy go, tak! - odpaliła nerwowo, wpadając na krzaki i zaraz się z nich wyplątując, jakby ich nie widziała. - Wiesz, bycie przyjaciółmi jest naprawdę fajne! Jak znajdziemy mojego tatę na pewno to potwierdzi! Wiesz, on chyba nie jest z mamą przyjaciółmi, ale lubi przyjaciół! Ma chyba wielu… ja mam i są cudowni! Ty też będziesz cudownym przyjacielem, jestem tego pewna! - Do tej pory trajkotała i uśmiechała się nerwowo, ale teraz spojrzała mu w oczy z dobrotliwą nadzieją.
        - Ja też... dam z siebie wszystko! - zapewniła, odzyskując równowagę ducha i chwyciła jego silne dłonie. - Będę najlepszą przyjaciółką na łusce!
        I szarpnięciem pociągnęła go dalej - ku wspólnej przygodzie!
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 114
Rejestracja: 5 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Cain »

Przyglądał się jej, aby zobaczyć reakcje na odpowiedzi, na pytania, które mu zadała; na swoje słowa i pewną część historii, którą się z nią podzielił. Jeśli odpowiadała mu jakimś słowami, ich również słuchał, czasem na nie również odpowiadał. Dlatego też zobaczył jej ciekawą reakcję na to, gdy wspomniał o Dzierżycielach. Wyglądało to tak, jakby wydawało jej się, że coś na ten temat wie albo może kiedyś słyszała tą nazwę, jednak nie udaje jej się sobie przypomnieć tych informacji albo momentu, w którym mogła usłyszeć o tej grupie. Wyczekująco patrzył w stronę towarzyszki, nawet przez ten czas przestał się odzywać, chociaż zostały mu jeszcze pytania, na które mógł bez problemu odpowiadać. Czekał na to, że może uda jej się przypomnieć cokolwiek chciała sobie przypomnieć i jednak okaże się to związane z Dzierżycielami. To było trochę dziwne, bo Cain aktualnie niespecjalnie uważał się za członka tej grupy… w końcu w pojedynkę nie mógł tworzyć organizacji, dlatego też niektórzy – ci, co wiedzieli o Dzierżycielach Mocy i o tym, co ich spotkało – nazywali go mianem „Ostatniego Dzierżyciela”. Mimo tego wszystkiego, i tak ciekawiło go, co też Lotta mogłaby wiedzieć na ten temat. Tylko, że skończyło się wyłącznie na tym, bo wychodziło na to, że nie przypomniała sobie – w końcu, gdyby było inaczej, na pewno od razu powiedziałaby mu o tym.
Później zaś, gdy to on zaczął pytać, a ona zaczęła mówić – dużo mówić – przeważnie słuchał, czasem krótko się odzywał i częściej zdarzało mu się reagować na jej słowa mimiką twarzy albo innymi, podobnymi rzeczami. Zwyczajnie nie chciał jej przerywać, a czasem nawet nie był pewien, czy w ogóle udałoby mu się to zrobić. Starał się zapamiętywać praktycznie wszystko, co zresztą nie było dla niego problemem. Osobiście uważał, że najciekawsze z tego wszystkiego, co mu opowiedziała było to, gdy mówiła o tym, jak została porwana przez piratów i, jak poznała białe niedźwiedzie, a właściwie niedźwiedziołaki, które zmieniały się w te zwierzęta. Domyślił się, że z barwą futra zwierząt chodziło o to, żeby łatwiej było im ukryć się w śniegu, którego przecież powinno być pełno na terenie tych „lodowych krain”. Poza tym, interesowały go też te rzeczy, które były związane bezpośrednio z osobą Lotty – nie z jej rodzicami, a z nią samą.
Jej opinia na temat jego oczu sprawiła, że na poważnie – kolejny raz – zaczął zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę chciałby z tym zrobić. Znaczy, na pewno chciałby dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego całego ich świecenia, gdy tylko zaczyna używać magii. Może faktycznie nie musi się tego od razu pozbywać… chociaż, aktualnie przecież nawet nie wie, czy jest to w ogóle możliwe. Wątpił, żeby była to jakaś cecha dziedziczna, bo nie przypomniał sobie, żeby jego matka lub ojciec mieli podobne oczy, ale może sięga to jeszcze dalej i „świecące oczy” mają jakieś prawdopodobieństwo na to, że mogą pojawić się u nowego członka rodu, z którego pochodzi Cain.

Zdziwiła go trochę tak bardzo żywa reakcja Lotty na to, że zgodził się na zostanie jej przyjacielem. Przy okazji wydawało mu się też, że może nie dostrzegła tego jednego słowa, które diametralnie zmieniało brzmienie i rozumienie jego słów. Tej jego zgody na to, żeby zostali przyjaciółmi… „przynajmniej przyjaciółmi”. Szybko – bo po zaledwie też krokach – dostrzegł, że się mylił. Bez problemu zobaczył tą nagłą zmianę w jej zachowaniu, jakby nagle zdała sobie sprawę z czegoś, czego jeszcze przed chwilą nie do końca była świadoma. Cain wiedział, o co może chodzić, teraz zostało mu czekać na to, jak zareaguje na to „nowe” słowo i, co może mu na nie odpowiedzieć.
Dziewczyna zaskoczyła go kolejny raz, chociaż tym razem w ogóle nie wiedział, czego może się po niej spodziewać. Ona tymczasem odskoczyła i zaczęła wymachiwać rękoma, jakby chciała coś odpędzić albo przed czymś się obronić. Czyli… co? Powiedział coś źle? A może nie widziała w nim potencjalnego materiału na partnera i stąd ta reakcja? Eh, niepotrzebnie dodawał to jedno słowo, ale z drugiej strony teraz przynajmniej będzie miał, mniej więcej, obraz tego, jakie relacje chciałaby, żeby między nimi istniały. Mimowolnie i właściwie nawet nie wiedząc, że to robi, Cain westchnął, dość głośno zresztą, więc Lotta na pewno to słyszała. Brzmiało to… ogólnie nie najlepiej i dało się wyłapać w nim wyłapać nuty zrezygnowania, a także zawodu wynikającego z tego, co sobie właśnie uświadomił.
         – Jeśli używałby magii, to byłoby jeszcze łatwiej, bo można by było wytropić go właśnie po tym, jeżeli wie się, jak to zrobić – odparł, lekko uśmiechnął się nerwowo i nawet nie wiedział, czy Lotta go słyszała, bo w tym samym czasie wpadła prosto w krzaki.
         – Nazwanie kogoś przyjacielem oznacza, że bardzo takiej osobie ufasz, przynajmniej tak myślę, więc tak, pewnie… Zostańmy przyjaciółmi – dopowiedział i zgodził się też z jej słowami. Chociaż w duszy coraz bardziej żałował tego, że to wszystko potoczyło się właśnie w tym kierunku. Naprawdę jeszcze nie był pewien, jakimi uczuciami darzy Lottę, jednak był pewien, że na pewno chciałby być dla niej kimś więcej, a nie tylko przyjacielem. Szkoda, że ona zaczęła niemalże nalegać na to, żeby jednak pozostali przyjaciółmi… Cóż, Cain na pewno nie miał zamiaru narzucać jej swojego myślenia i także samej swojej osoby, więc postanowił, że najwyżej uszanuje jej decyzję. Tylko dlaczego, gdy o tym wszystkim myślał, czuł dziwny ból w klatce piersiowej? I to nie fizyczny, a bardziej taki psychiczny, wynikający z powiązanych z tymi myślami emocji…
         – Tak, pewnie. Najlepszymi też możemy zostać – samo wypowiedzenie tych słów sprawiało, że odczuwał nieprzyjemne coś, co może niekoniecznie wiedział, jak opisać. Wcześniej mieli być tylko przyjaciółmi, teraz zaproponowała, żeby zostali nie tyle przyjaciółmi, co najlepszymi przyjaciółmi. To byłoby gorsze, gdyby chciał z tego wyjść i wyznać jej te wszystkie uczucia, które czuje – nadal, mimo że wiedział, jakie może być jej zdanie w tej kwestii – gdy na nią spogląda. Znaczy… chciałby, ale rzeczywistość wyglądała nieco inaczej.
Awatar użytkownika
Lotta
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lotta »

        Na początku beztrosko sądziła, że nie bardzo go jej reakcja dotknie, choć oczywiście nie miała go za nieczułego… Myślała jednak, że po pierwszej jej sugestii szybko zrezygnuje z pomysłu na zostanie jej bratem i może sam uzna go za nieco… nierozsądny? Och, to nie było to słowo, ale tak bardzo chciała, by dostrzegł, że nie powinni zostawać rodzeństwem! On jednak zmarkotniał nieco i westchnął tak boleśnie, że ścisnęło się w niej serduszko. Biedny Cainerath! Przecież po tym, co stało się z Dzierżycielami, musiał być taki samotny! Wiedziała o tym, sam mówił jej, że nie ma rodziny, jedynie przyjaciół jakich czasami odwiedza… a jeśli była jego szansą na zdobycie kogoś bliskiego? Bliższego niż przyjaciele? To był wielki komplement, wielkie wyróżnienie! Sama nie umiała tak dobrze oddzielać przyjaciół od rodziny, ale dla niego mogło to wiele znaczyć i potrafiła to zrozumieć. I nadal - odmówiła mu! Wręcz powiedziała ,,Nie, nie będziesz moim bratem”. Co za okropny cios! Jak mogła być taka bezmyślna! A teraz on będzie już smutny, bo gdy obdarzył ją zaufaniem i powierzył jej część swojej przeszłości ona - nieumyślnie! - wykorzystała to, by odebrać mu nadzieję na taką relację, na jaką liczył. I to nie tłumacząc się niczym, a jedynie mówiąc, że przyjaciele są cudowni. No… a-ale byli!
        Zerkała na niego raz po raz, to tłumiąc żal, to lęk o to, że po takiej przykrości nie będzie się chciał do niej odzywać. Pocieszało ją to, że jednak mówi dalej, choć już nie tak wiele i nie takim tonem jak wcześniej… brakowało w nim tej iskry, tej bystrości, którą uwielbiała. Jakby przywiądł troszeczkę od chwili, kiedy go tak okropnie obraziła. I choć powiedział, że mogą być przyjaciółmi (nawet najlepszymi!) zrobił to tak beznamiętnie, że łzy zebrały jej się w oczach.
        Jaka była okrutna!
        Wyprzedziła go, by dojść do siebie, szybko otarła oczy i zaczęła myśleć. Musiała to robić intensywnie i w dodatku idąc, a to o jedną rzecz w tej akrobacji za dużo. Była jednak zdeterminowana. Pragnienie niewywrócenia się przy Cainie, który mógł nie chcieć jej już łapać, pomagało jej iść równo i nie wywrócić się o nic, choć grunt był twardy i zdradliwy, a ścieżka przeraźliwie prosta. Krzaki jakby same schodziły jej z drogi, chcąc by za nimi zlazła na bezdroża, ale nie - ona się nie dała. Parła przed siebie, w głowie panicznie szukając rozwiązania. Czegoś co sprawiłoby, że Cainerath znowu będzie szczęśliwy i zadowolony i nie będzie musiał się już na nią złościć. I po przerażająco długiej chwili takiego marszu wpadła - i to na pomysł, nie w chaszcze!
        Uderzyła od dawna zaciśniętą pięścią w rozprostowaną dłoń i pusto zerknęła w przestrzeń. Miała to!

        - Wiesz… - Odwróciła się do Caina, ale głos jej się na moment złamał, więc odchrząknęła i poczekała jeszcze parę kroków. Zebrała się w sobie i wróciła do niego, by patrzeć na jego twarz, kiedy będzie wygłaszać swoje nowopomyślane racje. Były one co prawda oczywistościami, ale nawet to w ustach Lotty było dowodem, że naprawdę się wysilała i starała się najlepiej jak umie dogonić bystrością przeciętne osoby.
        Popatrzyła na Caina poważnie.
        - Jeżeli chodzi o przyjaciół, to wiesz... oni dla mnie jak rodzina - oświadczyła zacięcie i znowu złapała jego rękę, czy tego chciał czy nie. - Dopilnuję, żebyś nigdy nie był samotny i nigdy nie żałował, że chciałeś być blisko mnie! Nie mogę dać ci wszystkiego czego chcesz ,,być twoją siostrą”, ale dam ci wszystko co mogę! ,,I może kiedyś… kiedyś nie będziesz już chciał widzieć we mnie siostrzyczki. Bo udowodnię ci, że stać mnie na wiele więcej! Jeszcze zmienisz zdanie i nawet… podziękujesz mi za tę odmowę!”. - Nagle poczuła się silna i jasno zobaczyła pewien nowy cel. Sposób na to jak rozwiązać problemy w jej relacji z Cainem. Jeżeli nie chciała go bardziej zranić musiała przekonać go, by sam zmienił zdanie. By dostrzegł w niej kobietę, nie wesołą dziewczynkę.
        I już ona się o to postara!

~ ❅ ❄︎ ❅ ~


        Powoli zapadał kolejny w ich podróży zmierzch. Trawy i niebo chowały oblicza w popielatych, stłumionych odcieniach spoczynku i nocnego życia, a ptaki skrzykiwały się w grupy przyozdabiając samotne drzewa ruchem czarnych sylwetek. Świerszczowy gwar zagłuszał kroki stawiane na ususzonych łodygach połamanych kostrzew, w których połaciach dziki wydeptały swoje labirynty - takim właśnie zwierzęcym szlakiem prowadziła Caina czarodziejka, wiedząc, że w końcu znajdzie miłe, rozryte miejsce i połacie przygniecionych wiechlin. Do tego parę patyków zebranych po drodze i kilka kamieni dla zrobienia kręgu. Coś dla nich i dla ogniska. Co prawda gdy zeszli z gór noce stały się ciepłe, ale dym odstraszał owady. Locia chciała to wykorzystać, nim przybierze swoją miśkowatą formę. Co prawda przez jej palenie wilgotnymi trawami stale przesiąknięci byli duszącym zapachem wędzonych roślin, ale komu w drodze by to przeszkadzało?
        Kiedy usiedli na zrównanej połaci wśród gęstego szelestu wiotkich łodyg, Lotta wyjęła z torebki zerwaną wcześniej brzozową korę i wzięła się za robienie kubeczków. Zajmowało jej to chwilę, bo nie była sprawna w palcach, więc w tym czasie poprosiła, by Cain pilnował piekących się kłączy i opiekł kulki z pokrzyw. Tyle mogła mu dzisiaj zaproponować w ramach kolacji… aż nie skończy kubeczków i nie nałapie paru pasikoników. Uwielbiała je - chrupkie i przysmażone.
        - Proszę. - Podała mu w końcu korowe naczynko, do którego wrzuciła odłamek zmrożonej wody i w sekundy podgrzała, by ładnie się rozpuścił. - Troszeczkę przecieka, więc wiesz… ,,lepiej wypij od razu”. - Uśmiechnęła się przepraszająco i poszła na łowy.
        Wróciła po kilku minutach z dwoma patyczkami owadów, choć nie miała pojęcia, czy czarodziej się skusi. Ostatecznie ona zje obie porcje - przyda jej się, bo w końcu miała nabrać odpowiednich kształtów!
        I skoro już o tym mowa...
        Usiadła blisko Caina, biorąc swoją część kolacji i jak raz świadomie - choć udawała, że nie - pozwoliła się sukience podwinąć, odsłaniając (zbyt chude niestety) udo. Tak do połowy. Średnia taktyka, skoro tak działo się praktycznie zawsze, a i rozbierała się przy czarodzieju już parę(naście) razy. W tym przypadku miała jednakże cel, więc musiało zadziałać! A żeby nie wyszło na to, że siedzi sobie przy nim tak blisko bez powodu (choć i to wiele razy robiła) zaproponowała, że nauczy go zszywać naczynia z kory.
        - Myślę, że będą wychodzić ci o wiele lepiej niż mi, kiedy nauczysz się podstaw - wyjaśniła. - A już na pewno szybciej… wiesz, nie robię ich aż tak często i nie lubię w zasadzie aż tak. Zwykle rozpuszczam wodę w dłoniach, ale przy tobie… wiesz, uznałam, że tak będzie bardziej elegancko. - Uśmiechnęła się. - I jest! Ale ale. Mam trochę kory, patrz. Najlepsza jest z brzozy. I świerkowe korzonki, ale może być też łyko. To do zszywania. A spinacze z drewienek robi się tak… - Nacięła krótki kawałek gałązki i pokazała jak usztywnia nimi brzegi miseczki, którą już mieli. Nie było ciemno, i magią podtrzymywała ogień, który nie miał już czego trawić, Cain widział więc doskonale robótkę i jaśniejącą pod nią odsłoniętą nogę.
        Plan doskonały!
Awatar użytkownika
Cain
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 114
Rejestracja: 5 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Cain »

Wiedział, że udało jej się zauważyć to, jakie emocje wywołuje w nim ta konkretna rozmowa, ale… Czy chciał, żeby to widziała? Żeby miała świadomość, co on sam czuje w związku z tym? Tego nie wiedział, chociaż może nie było to czymś złym. Może dzięki temu nie tylko ona dojdzie w końcu do tego, o co chodziło, gdy mówił, że nie chciałby, żeby byli przyjaciółmi, a bardziej „kimś więcej”, może on również będzie mógł sprecyzować to, co tak naprawdę czuje, gdy na nią patrzy, gdy o niej myśli i, gdy z nią rozmawia. Eh, to było dziwne – nie podobało mu się to, że właściwie nie udawało mu się do końca podzielić tej plątaniny uczuć i emocji na takie, które mógłby rozpoznać i dzięki temu poznać też swój stan emocjonalny. Były jak skomplikowany supeł, który próbował rozwiązać, jednak - póki co - w ogóle mu się to nie udawało. Chciałby móc to zrobić! Niestety, nie mógł, przynajmniej jeszcze nie teraz. Nie oddał się jednak swym myślom i rozmyślaniom, zamiast tego wolał być świadom otoczenia i dzięki temu zauważył, że Lotta oddala się o kilka kroków. Może przez chwilę chciała być sama? Może sama miała coś, nad czym chciała pomyśleć przez jakiś czas w samotności? Tak, to może być to – dlatego też on sam nie przyspieszył, żeby ją dogonić, a zamiast tego utrzymywał swoje, nieco wolniejsze, tempo i czekał na to, aż to ona dołączy z powrotem do niego. Pamiętał też o jej… właściwie tendencji do nagłej utraty równowagi – nadal było to dla niego czymś dziwnym, ale jednocześnie czymś, co było charakterystyczne właśnie konkretnie dla niej – dlatego też był gotów do tego, żeby w każdej chwili nagle znaleźć się przy niej i złapać ją. Nagłe uderzenie sprawiło, że spojrzał w stronę jej dłoni, którymi w siebie uderzyła. Chwilę później usłyszał jej głos, gdy odwróciła się w jego stronę, a później podeszła bliżej. Nie próbował też wyrwać swojej dłoni z jej uścisku, teraz skupił się bardziej na tym, co mówiła.
         – Ja… rozumiem – odpowiedział tylko, chociaż to, że traktowała przyjaciół, jak rodzinę wcale nie poprawiło jego samopoczucia, choć teraz starał się tego nie okazywać, tym razem spróbował zatrzymać to w sobie, zanim wydostałoby się na zewnątrz i ona mogłaby to zobaczyć. Nie chciał, żeby traktowała go tak, jak jakiegoś brata, z którym ma naprawdę dobre stosunki i, z którym jest mocno zżyta – podejrzewał, że właśnie tak mogłoby to wyglądać, skoro mieli być nie tylko przyjaciółmi, a najlepszymi przyjaciółmi. Chciał być dla niej kimś zupełnie innym! Tylko, że brakło mu odwagi, żeby powiedzieć jej to w prost… a teraz byłby na to dobry moment. On to wiedział, doskonale to wiedział, jednak słowa tkwiły w jego gardle i nie chciały pójść dalej. Nie chciały wyjść z jego ust, nie chciałby przelecieć przez powietrze i dostać się do jej uszu.
         – Ode mnie możesz oczekiwać tego samego – powiedział jeszcze i nawet uśmiechnął się do niej. Mówił prawdę, dlatego jego uśmiech nie był na pokaz, a rzeczywiście oznaczał, że ma zamiar to zrobić i dotrzymać danego słowa. Tylko, czy odpowiadał jedynie na te słowa, które usłyszał, czy może też na te, które Lotta wypowiedziała w myślach? To była niewiadoma, a jedynie od interpretacji dziewczyny zależało to, na które z jej słów była to odpowiedź. Wszystkie? Część? To zależało od niej.
        
**********
        
Słońce zaczęło schodzić po niebie coraz niżej, a to oznaczało, że powinni poszukać jakiegoś miejsca, w którym będą mogli odpocząć przez noc, a także zjeść tam jakąś kolację. Dzisiaj Lotta wzięła na siebie odszukanie takiego miejsca, dlatego też zeszli już ze szlaku i poruszali się wśród zarośli, szlakami, którymi mogły wcześniej przechodzić jakieś zwierzęta. W końcu udało im się znaleźć takiego miejsce, w którym mogli spokojnie usiąść i przeczekać noc. Rozpalili ognisko i wrzucili tam jedzenie, aby ogień podgrzał je i mogli zjeść coś ciepłego. Cain, co prawda, pilnował ogniska i tego, co się na nim piekło, jednak przyglądał się też temu, co robiła Lotta.
         – Dziękuję – odpowiedział, gdy przekazała mu kubeczek i kiwnął głową, gdy powiedziała, żeby wypił to od razu. Tak też zresztą zrobił, właściwie wypijając całość na jednym dechu. Podążył jeszcze za nią wzrokiem, gdy oddaliła się na jakiś czas, a później z powrotem wrócił do obserwowania ogniska. Odwrócił głowę w stronę miejsca, z którego usłyszał szelest i zobaczył tam osobę, którą oczekiwał tam zobaczyć. Ujrzał Lottę i dwa patyki, na które ponabijane były świerszcze. Przypomniał sobie, że właściwie zdarzały mu się sytuacje, w których musiał pożywiać się podobnymi rzeczami, więc przyjął jeden z patyków, gdy mu go przekazała. Zauważył też, że usiadła blisko niego, może nawet trochę za blisko. Spojrzał też niżej i zobaczył, że materiał jej sukienki podwinął się, przy okazji odsłaniając udo dziewczyny. Przez chwilę patrzył się na tą odsłoniętą część jej ciała, ale później przypomniał sobie, że powinien przecież na to zareagować. Dlatego też podniósł wzrok, chociaż odrobinę niechętnie – i raczej było to widać – i spojrzał na Lottę, konkretniej na jej twarz, choć przypadkowo spojrzeniem zahaczył też o jej klatkę piersiową.
         – Podwinęła ci się sukienka… - postanowił ją uświadomić, tylko, że nie był pewien, czy go usłyszała, bo w tym samym momencie postanowiła, że zacznie mówić, więc ich głosy nałożyły się na siebie. O, wyglądało na to, że chciała nauczyć go robienia kubeczków z kory, co mogła zaprezentować mu już wcześniej. Cóż, może okazać się to przydatne, przy okazji mogli też jakoś zająć choć trochę czasu.

Cain obserwował, jak porusza się jej dłoń i palce, gdy pokazywała mu krok po kroku, jak zmienić kawałek kory w prosty kubeczek, a później – gdy już skończyła i przyszedł czas na to, żeby spróbował – przyjął wszystkie potrzebne materiały od niej, przy okazji – nieświadomie! - musnął też jej dłoń swoimi palcami. Miał dobrą pamięć, dość szybko się uczył, a jego palce nabrały zręczności i precyzji przez te wszystkie lata, gdy najpierw uczył się zaklęć, a później używał ich, więc stworzenie takiego kubeczka nie było dla niego problemem. Robił to pierwszy raz, więc może zajęło mu to dłużej, niż mogłoby wtedy, gdy byłby w tym wprawiony, no i nie wiedział też, czy dobrze wykonał naczynie, dlatego, gdy już był pewien, że skończył, pokazał swe „dzieło” czarodziejce.
         – Co o tym sądzisz? - zapytał. Wydawało mu się, że było wykonane dobrze. Robił wszystko krok po kroku, przypominając sobie na bieżąco to, co wcześniej pokazywała mu Lotta. Wiedział też, jak mogliby sprawdzić jakość wykonania – wystarczyłoby nalać coś do środka i sprawdzić, czy przecieka i, jeśli tak, to jak mocno.
         – Myślę, że nasz ciepły posiłek jeszcze trochę będzie się piekł na ogniu, więc świerszcze mogą być dobrą przekąską przed głównym daniem – powiedział chwilę później i… nie był pewien, czy jeść je na surowo, czy może Lotta chce je najpierw przez chwilę potrzymać nad ogniem.
         – Hmm… Możemy je jeść na surowo? - zapytał, spojrzał też na dziewczynę. Spodziewał się, że mu odpowie, bo przecież to ona je złapała, więc prawdopodobnie wiedziała też, jak je zjeść. On, może dla bezpieczeństwa, a może z jakiegoś innego powodu, gdy kiedyś musiał spożywać taki posiłek, pamiętał, że najpierw przypiekł nieco pasikoniki i dopiero po tym je zjadł.
         – Jadłem kiedyś pieczone, ale nigdy surowych – dodał jeszcze. Ostatecznie, jeśli ona zapewniła go, że surowe im nie zaszkodzą, to bez problemu zje je właśnie w takiej postaci.
         – Dzisiejszej nocy też będziesz zmieniać się w niedźwiedzia? - zapytał, nagle zmieniając temat. Tym razem patrzył się w stronę ogniska, a blask ognia odbijał się w jego ciemnozielonych oczach.
         – Miałabyś coś przeciwko, gdybym położył głowę na twoim brzuchu, gdy będziemy szli spać? - zadał jej kolejne pytanie. Nadal nie patrzył też w jej stronę, ale może chciał to zrobić, w końcu mięśnie jego szyi napięły się lekko, jakby właśnie w ten sposób powstrzymywał się przed odwróceniem głowy w bok. W jej stronę.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Opuszczone Królestwo”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości