Opuszczone Królestwo[Obozowisko Teolunda "Kapryśnego"] Wielki turniej... z nagrodami!

Na równinie rozciągającej się od Mglistych Bagien aż po Pustynie Nanher znajduje się Opuszczone Królestwo, które kiedyś przeżyło Wielką Wojnę. Niestety niewiele zostało z ogromnych zamków i posiadłości tam położonych. Wojna pochłonęła większość ośrodków ludzkich. Dziś znajduje się tam tylko kilka ludzkich siedzib, odciętych od innych miast.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Angven
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 113
Rejestracja: 7 lat temu
Kontakt:

[Obozowisko Teolunda "Kapryśnego"] Wielki turniej... z nagrodami!

Post autor: Angven »

Poprzednie przygody Angvena, nim zawędrował w te zapomniane krainy.

        Wstawał poranek. Dworek z masywnych sosnowych bali przypominał przerośniętą chatę myśliwego. Budynek ten górował nad polem namiotowym, które zebrało się dookoła. Cały obraz domykała solidna palisada z kilkoma wieżyczkami strażniczymi. Wyglądało to niczym rozrośnięty obóz bandytów. Co gorsze, to był poważnie rozrośnięty obóz bandytów. Ale to miejsce miało mieć przed sobą świetlaną przyszłość.
        Stary watażka, Teolung "Kapryśny", Zguba Ludzkości, Rzeźnik z Opuszczonych Królestw, Samotny Jeździec Apokalipsy, na starość stwierdził, że znudziło mu się rabowanie miast, karawan i nawet królów. Teraz chciał spróbować czegoś zupełnie nowego... zamiast niszczyć, chciał stworzyć i to coś wielkiego... miasto! Jego kompani już od dawna wiedzieli, że dawno stracił rozum, ale miał bogactwo, talent przywódczy i zdolności bojowe wykraczające ponad większość śmiertelników.
        Wróćmy jednak do tematu miasta, które miało niebawem nosić zaszczytną nazwę "Buraki Górne". Można by zadać pytanie, jak rozpocząć takie przedsięwzięcie. Szlachetny wódz znalazł odpowiedź: wystawić wielki turniej. To musiało skupić uwagę, ściągnąć postaci małego i większego formatu, co za tym idzie, rosłoby lokalne zapotrzebowanie na wszelkie usługi, a od tego już krok do pierwszych samodzielnych przedsiębiorców. Początkowo łagodna polityka podatkowa zachęciłaby dalszych kolonistów i po kilku latach miasto kwitłoby życiem. A przynajmniej tak to widział herszt. Co ciekawe, nikt nie ośmielił się sprzeciwić staruszkowi z runicznym toporem w garści.
        Jednak tym, co przyciąga poszukiwaczy przygód, nie jest sama instytucja turnieju i stojąca za nim logika, lecz nagroda. I to była prawdziwa gratka dla znawców. Teolund wybrał największy, najcenniejszy z naszyjników ze swojego skarbca i ozwał go nagrodą główną. Błyskotka wyniesiona z jednego ze splądrowanych grobowców, zionęła wręcz pychą w wykonaniu i potęgą w roztaczanej energii magicznej.

        Angven zaś, nie mając dobrego zajęcia na oku, zainteresował się tym tematem. W końcu mógł zrobić sobie kilkudniowy urlop od szlachtowania potworów i spróbować szczęścia dla własnej korzyści. Było w tym amulecie coś, to niezmiennie go przyciągało... magia osadzonego w nim kryształu wręcz wołała za kimś zdolnym wyzwolić pełen potencjał przedmiotu.
        Był tu dopiero od wczoraj, ale z uwagi na dość ciepłe przyjęcie przez lokalnych mieszkańców (albowiem poczęstowali go kuflem piwa, butelką wina i sytym kawałkiem szynki), szybko zaczął poznawać nowych ludzi. Dziś zaś, wstał wcześnie jak na tutejsze standardy. Byli bandyci lubili odespać wieczorne swawole, a on wciąż miał w żyłach zakonną dyscyplinę. Wstał i udał się ku studni by obmyć się po nocy i zaczerpnąć wody do bukłaka.
Awatar użytkownika
Kalayaan
Szukający drogi
Posty: 48
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kalayaan »

Gdyby ktoś spytał jej, jakim to wyśnionym przez Prasmoka cudem znalazła się ona w zatopionym w lesie obozowisku zbójów, Kalayaan nie potrafiłaby logicznie tego wyjaśnić. Ostatnie dwa tygodnie spędziła hasając po Opuszczonym Królestwie w swej zwierzęcej postaci, na widok wszelkich humanoidów zamiatając rudą kitą i znikając w zielonym gąszczu. Lecz choć prostota takiego życia cieszyła, ciągle czuła na karku zimny oddech nemorianina, który nigdy nie pozwolił jej całkowicie się odprężyć. Znienawidzony głos mógł pojawić się w jej umyśle w każdej chwili, a znudzony Nainis to kolejne tortury dla Yaan. W końcu presja zwyciężyła i lisołaczka z niechęcią zaczęła rozglądać się za kolejną Łzą Smoka. Coraz trudniej było je znaleźć, a w lisiej postaci, na odludziu, praktycznie nie ma na to szans. Eh, znowu trzeba zanurzyć się w odorze miasta...

W zasadzie można byłoby uznać, że naszyjnik z magicznym klejnotem to podarek prosto z nieba, zesłany przez kogoś tam wyżej, kto dostrzegł nieszczęście Kalayaan. Obserwując główną nagrodę, obnoszoną by wzbudzić w zebranych zabijakach chęć do walki, mały lisek oblizał się uroczo. Oczywiście tylko głupi czekaliby do końca "turnieju", by zdobyć tak smaczny kąsek dla siebie. Po co się wysilać, gdy istnieją znacznie szybsze i łatwiejsze sposoby?

Najlepszą porą na rekonesans jest zwykle szary świt, gdy nawet najhuczniejsze balangi w końcu wygasły, a ranne ptaszki nie zdołały się jeszcze zerwać na nogi. Wtedy też rudy futrzak bezszelestnie wślizgnął się do obozowiska. Kalayaan jak cień przemykała wśród mgły i śpiących po kątach bandytów. Rekonesans szedł gładko jak po maśle, do momentu gdy nagły dźwięk spłoszył lisicę i zmusił ją do szukania schronienia w chaszczach przy cembrowinie studni. "Cóż to za asceta doskonali się nawet w tak podłej dziurze" - wyszczerzyła zęby w rozdrażnieniu. Mimo iż na dobrą sprawę większą szansę miała na napotkanie na wpół przytomnego rzezimieszka, który przelunatykuje kawałek by się odlać na buty któregoś z bardziej znienawidzonych kompanów, niż na konfrontację z realnym zagrożeniem, Kalayaan miała złe przeczucia.
Awatar użytkownika
Angven
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 113
Rejestracja: 7 lat temu
Kontakt:

Post autor: Angven »

        Kolejne wiadra wody lały się na ciało Angvena. Ramiona i dłonie zostały dokładnie wyszorowane. W tle ktoś przewrócił kilka metalowych naczyń, następnie dała się słyszeć krótka sprzeczka prawdopodobnego właściciela z nieumyślnym "agresorem". Wojownik odwrócił głowę by zerknąć co się dzieje, ale nie dostrzegł nawet tej sceny. Musiało się to stać w innej części pola namiotowego. Kolejna porcja wody trafiła z wiadra na twarz. Kot przebiegł obok i zasyczał, nim czmychnął dalej. Angven chwilę śledził go spojrzeniem i odpowiedział mu pod nosem:
- Też cie nie lubię.
        Kolejny chlust wody uderzył o głowę. Wtem, niby z oddali, dało się słyszeć mężczyźnie trzask pękającego drewna lizanego przez ogniste języki. Nerwowo rozejrzał się. Nie było ani łuny pożaru, ani dymu. Coś w tym śmierdziało, ale nie domyślał się co mogłoby być źródłem. Lekko zaniepokojony, szybko zakończył poranną toaletę.
        Ostatnim co zostało do zrobienia, to typowe potrzeby fizjologiczne. Ruszył ku krzakom. Gdy spokojnie oddawał mocz, spostrzegł na ziemi, miedzy zielenią odciśnięte lisie ślady. Nie trzeba być znawcą by stwierdzić że jest świeży. Zmroziło to trochę krew w żyłach, a mocz w pęcherzu Angvena. Podciągnął portki i odszedł sprawnym krokiem. Czuł się obserwowany.
         W drodze po jakieś jedzenie na śniadanie, zahaczył o swój namiot i nałożył wysłużoną kurtę oraz dopiął na paskach do niej miecz. "Tak na wszelki wypadek." Skierował się ku małemu, wręcz prowizorycznemu targowisku. Ciężko było inaczej ując dosłownie 4 stragany ustawione naprzeciwko kilkunastu stołów i ław. Jeden stragan był już otwarty i prezentował głownie wypieki. W większości chleby. Niektóre większe, niektóre mniejsze, jaśniejsze, ciemniejsze, ale przede wszystkim świeże. Wojownik wziął jedne bochenek i spytał sprzedawcę:
- Ile?
- Trzy rueny.
- Jasne. - Podał monety i ruszył ku stołom.
        Przegryzając kolejne pajdy chleba wojownik dostrzegł przemykającego chyłkiem miedzy namiotami lisa. Rudzielec rozglądał się uważnie i przemykał unikając zbędnego szabrowania.
- Meow. - Odezwał się ten sam dachowiec co przy studni.
- Co? - Angven zerknął na kota, który odwrócił się, wyeksponował tyłek i odszedł. Ten krótki przerywnik starczył by wojownik stracić z oczu lisa.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Opuszczone Królestwo”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości