Ekradon[Ekradon i okolice] Biała nić przeznaczenia

Warowne miasto położone u podnóża gór, otoczone grubymi murami i basztami, jego bramy zdobią dwa ogromne posagi gryfów. Miasto słynie z handlu, pięknych karczm i ogromnej armi. Armi niezwykłej, bo składającej się z wojowników i gryfów. Od setek lat ekradończycy udomawiają gryfy, które później służą w ich armi, stacjonującej w górach poza miastem.
Awatar użytkownika
Isara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 53
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Isara »

        Isara uśmiechała się szczerze. Mogła to przyznać teraz, po rozmowie z Cerimem - po raz pierwszy na tym dworze, w którym wszyscy próbowali dać jej znać, że nie jest mile widziana, ona uśmiechnęła się szczerze. Nie była pewna, dlaczego - czy to przez to, że pułkownik przyszedł ją pocieszyć, czy przez to, że zwierzył jej się ze swojej historii. Cerim odsłonił przed nią swoją tajemnicę (chociaż Isara mogła tylko strzelać, że nie wspominał o tym nikomu więcej), nie poznała go z żadnych plotek czy pogłosek jak wcześniej. Mogła popytać służbę, chociaż nie chciała. Wcześniej już Damon jej opowiadał o Cerimie, a ona starała się uwierzyć w przekonanie młodego porucznika. Sam pułkownik jej opowiedział o sobie. W pewnym sensie Isara poczuła się wyjątkowo, ale szybko stłumiła to wyobrażenie.
        Mimo to nie potrafiła pozbyć się tego głupiego uśmiechu.
        Cały wieczór rozmyślała o scenie w ogrodzie. Humor lisołaczki zmieniał się w zależności od tego, który fragment wieczoru przywoływała na myśl. A wspomnienia w jej głowie przewijały się co uderzenie serca. Raz, smutek w oczach Cerima. Raz, jego podziękowania. Isarę tak bardzo bolało, że dopiero teraz zrozumiała jego złość w gabinecie. Stracił bliskie osoby. Nie uchronił tych, których kocha. Wszystko składało się w logiczną całość, a białowłosa była zadowolona, że odkryła to prędzej niż później. I że nie musiała dociekać po plotkach.
        Zaskoczenie odmalowało się na jej twarzy, kiedy Cerim odezwał się podczas tańca. Czyżby pułkownik potrafił czytać w myślach, czy może zwrócił uwagę na mimikę lisołaczki podczas połączenia ich w tańcu? Isara próbowała ukryć uśmiech. W końcu dalej miała udawać zruganą podwładną. Gdyby jednak nie suknia, która skutecznie zasłaniała jej cechy rasowe, wszyscy mogliby zobaczyć, że tak naprawdę się cieszy - merdała ogonem równie szybko jak ekradońskie wiatraki podczas wichury. “Jeszcze chwila i odlecę”, pomyślała, po czym momentalnie zrugała się za tę myśl. Zmiennokształtna zapędziła się w wyobrażeniach na tyle, że zagościły one również w jej sercu, a sama nie potrafiła określić czy to dobrze, czy źle.
        Kobieta nie powinna tańczyć jednej nocy z tym samym dżentelmenem więcej niż dwa razy, jeśli nie jest jej mężem lub bratem. Mimo to Isara skrycie marzyła o jeszcze jednym tańcu z pułkownikiem. Mogłaby tak cały wieczór.

***

        - Mogła wcześniej to załatwić, to by jej nie bolało - komentowała Tessa, pomagając Isarze odplątać włosy. Lisołaczka po powrocie z balu, na którym oczywiście musiała zostać do końca, wróciła i zdrzemnęła się godzinę, nie zmieniając nawet ubioru oraz nie rozczesując kucyków. Dlatego teraz cierpiała niezmiernie, próbując uwolnić swoje biedne uszy.
        - Przepraszam, Tesso, ale to boli… - odparła zmiennokształtna, krzywiąc twarz w brzydkim grymasie. “Całe szczęście, że Cerim tego nie widzi…”, pomyślała pospiesznie. Wielka wojowniczka, nadworna magini, walcząca ze szczotką do włosów. Cóż za komedia.
        - Nie przeprasza, tylko się nie wierci, bo wyrwę jej kłaki razem z uszami

        Następnego dnia rano czy to bal, czy nie, Isara nie miała odpoczynku. Chciała dać z siebie wszystko przy szkoleniu swoich podopiecznych, a tym samym pokazać niedowiarkom (królowej i generałowi), że nie jest ich wrogiem. Albo że nie jest wyłącznie materiałem na ładne futro. Lisołaczka wzdrygnęła się i szybko wyrzuciła te myśli z głowy.
        - Wyglądasz bardzo dobrze po balu - rzekła Toira na kolejnych prywatnych zajęciach. Podopieczna radziła sobie coraz lepiej. Jeszcze trochę treningów, a nie będą jej potrzebne dodatkowe treningi, żeby mogła nadążyć za grupą.
        - Dziękuję - odparła Isara, drapiąc się za uchem. - Nigdy nie lekceważ szczotki do włosów
        - Hę?
        - Nic!
        Niemal każdy dzień wyglądał podobnie. Treningi, w których i podopieczni Isary, i sama lisica robili ogromne postępy. Spokojne przechadzki na korytarzu i miła wymiana zdań z Cerimem. Narzekanie Tessy na kolejny podarty mundur. Zmiennokształtna nie mogła zaprzeczyć, że bardzo jej się podobało takie życie. Mimo kilku czynników przeciwnych jej pobytowi w Ekradonie, ona mogłaby tak właśnie żyć. Jednak jak to zawsze bywa, coś ostatecznie musi zakłócić ten spokój.

        Czarne chmury zasłaniały niebo. Wiatr niósł magiczny powiew już z daleka. Isara wyczuwała ogromne napięcie na dworze. Przeczucie zazwyczaj nie zawodziło lisicy, zatem kiedy tylko pojawiły się kolejne znaki, ruszyła do gabinetu pułkownika. Na swoje nieszczęście, minęła się z generałem na korytarzu. Mężczyzna spojrzał na nią wilkiem, ale nie odezwał się nawet słowem. Isara zatem również go zignorowała.
        Pospiesznie zapukała, jednak nie zaczekała na odpowiedź. W normalnych okolicznościach sama myśl o takim najściu Cerima przerażała ją i onieśmielała, ale w tej chwili lisica była przestraszona. Czuła, że coś się dzieje.
        - Coś się zbliża - zaapelowała szybko, wparowując do gabinetu z impetem. - Zła aura.
        Oczywiście generał nie odszedł na tyle daleko, żeby nie zauważyć tej sceny. Isara zastanawiała się czy spoglądał na nią zszokowany przez to, że zachowała się wręcz karygodnie, ignorując wszelkie zasady etykiety i szacunku wobec przełożonego, czy przez to, że miała rację.

Awatar użytkownika
Cerim
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Cerim »

         Cerim nie powiedział wszystkiego. Nie wspomniał słowem o matce ani o siostrze. Pominął całą historię związaną z ich narodzinami - i śmiercią Miriam - która także zostawiła paskudne blizny w jego sercu - ale ten temat nie należał do rozmowy. To nie tak, że pułkownik postanowił zwierzyć się Isarze ze swoich życiowych trosk. Opowiedział jej o swojej żonie, gdyż to wydawało mu się odpowiednią taktyką udzielania wsparcia lisołaczce. Nie zamierzał się całkowicie otwierać.
         Jeszcze nie teraz.
         Jego odmienność nie stanowiła sekretu, ale nie był to również powód do dumy, dlatego im dłużej mężczyzna unikał tego tematu, tym lepiej. Nie wiedział czy Isara nie zmieniłaby nastawienia do niego, gdyby dowiedziała się, że jest… czymś. Czymś dziwnym, mrocznym… Może nawet, oprócz zwykłego onieśmielenia jego postawą, zaczęła się go bać? Tego Cerim nie chciał. Wbrew pozorom zależało mu na dobrych relacjach z podwładnymi, a także na utrzymaniu posłuszeństwa, lecz nie pragnął kontrolować ich za pomocą strachu, jak jego ojciec. Zdecydowanie wolał zapracować na ich szacunek, tak, by podążali za nim z własnej woli. Tak samo postąpił w przypadku Mere: nigdy nie odniósł się do swojej pozycji i narzuconej im roli małżonków, by osiągnąć jakieś korzyści związkowe. Wszystko, co osiągnęli wspólnie, wypracowali z mozołem, na drodze szczerości i obopólnego zaangażowania. I to właśnie, według pułkownika, miało prawdziwą wartość. To samo starał się wpajać swoim podopiecznym, najlepiej samemu dając dobry przykład.
        Co chyba nie wychodziło mu najgorzej, skoro z ust Isary padały deklaracje o podziwie dla niego… Nie czuł, że zasługiwał na tak mocne słowa i był tym trochę zakłopotany - tak, nawet on! - ale w głębi serca był także szczęśliwy. Oznaczało to bowiem, że ktoś prawdziwie doceniał jego starania, to zaś nadawało im sens - nadawało sens jemu, jego egzystencji. A sens życia był czymś, czego Cerimowi brakowało od dawien dawna. Służba w armii, choć satysfakcjonująca, nie mogła go zapewnić. Dopiero spotkanie z lisołaczką i więź, jaka powoli zaczynała się tworzyć między nimi, zdawała się stopniowo wypełniać przeraźliwą, czarną dziurę, ziejącą w duszy nieszczęśliwego mężczyzny.
         Sporo o tym myślał przez całą noc i nad ranem, błąkając się po pałacowych ogrodach. Mógł wydawać się służbistą, ale przed samym sobą nie potrafił udawać, że łatwo mu przychodziło traktowanie Isary czysto formalnie. Co prawda to on, już na samym początku, podkreślił, jak ważny jest brak spoufalania, mimo to przyłapywał się na tym, że miał z tym problem. Choć może po prostu była to kwestia tego, iż pierwszy raz spotkał lisołaczkę poza służbą, tańcząc z nią w karczmie - i dlatego jego umysł zaszufladkował ją do kategorii “osoby prywatne”…? A może zwyczajnie to sobie wmawiał, bo nie chciał zaakceptować prawdziwego powodu nagłej zmiany w jego nastawieniu…

         Jako przemieniony, Cerim nie potrzebował dużych ilości snu. Być może przez pewien czas mógłby nie spać w ogóle, ale nie odmawiał sobie tego “przywileju”, gdyż często pozbawione snów noce oferowały szansę na ucieczkę od rzeczywistości; choć koszmary związane z przeszłością dręczyły go równie często. Po balu wrócił do rezydencji tylko po to, by zmienić ubranie - z ulgą odwiesił do szafy wyjściowy mundur, zamieniając go na swoją standardową, czarną koszulę i płaszcz w tym samym kolorze - by niemal od razu udać się z powrotem na zamek i rzucić w wir obowiązków, których wciąż miał mnóstwo.
         Był to dla pułkownika dość napięty czas. Wciąż odkrywał on jakieś nowe formalności związane z jego nowym oddziałem, do tego musiał szkolić jego członków praktycznie od zera - co przysparzało mu znacznie więcej trudu, niż treningi z poprzednimi podwładnymi, będącymi już dobrze wyszkolonymi żołnierzami. A wisienkę na tym cudownym torcie utrapień stanowili ci cholerni nekromanci. Uparcie milczeli, mimo wymyślnych środków perswazji, jakie stosował na nich generał. Carlson nie brał w tym udziału bezpośrednio, ale był świadom poczynań ojca. Nie do końca się z nimi zgadzał, lecz nie zamierzał protestować, bo w końcu ci ludzie nie byli niewinni. Mieli na rękach krew, więc Cerim, choć sam nie wyrządzał im krzywdy, nie widział także powodu, by ich bronić; wręcz przeciwnie.
         Do przełomu w sprawie doszło kilkanaście dni po balu. Było to pochmurne i dość nieprzyjemne popołudnie, burzące dość długi ciąg nieprzerwanej słonecznej pogody. Nad Ekradonem kłębiły się ciemne chmurzyska, nadciągające w coraz większej ilości znad lasu. Nie wróżyło to niczego dobrego, co mieszkańcy musieli odczuwać, bowiem od rana na zamku panowało dziwne napięcie, wyczuwalne nawet dla kogoś tak nieprzywiązującego wagi do dworskich plotek, jak Cerim. Jemu też niezbyt podobała się ta pogoda. Nie był zabobonny, nie miał też na tyle rozwiniętego zmysłu magicznego, by węszyć zagrożenie, lecz tego typu chmury zazwyczaj oznaczały rzęsisty deszcz, ten zaś utrudniał skuteczne przeprowadzenie treningu… Choć z drugiej strony, hartowanie podwładnych na niesprzyjające warunki atmosferyczne także stanowiło jego element. Może więc potencjalna ulewa nie była znów takim problemem…
         Carlson nie wiedział jeszcze, że ulewa miała nie być ulewą, a to, co stało za anomaliami w pogodzie, okaże się przyczyną gruntownych zmian w jego życiu.

         Niczego niespodziewający się pułkownik porządkował dokumenty na półkach. Chciał odrobić się z papierologią, by późniejszym popołudniem móc przejąć od Isary pałeczkę nauczyciela i dać swoim podwładnym solidny wycisk. Był dzisiaj w nastroju do walki. Planował przeprowadzić “lekcję pokazową” - czyli taką, w której brałby czynny udział, tocząc pojedynek z jednym z uczniów. Nie dane mu było jednak tego zrobić. Kiedy Cerim przeglądał stare, pożółkłe pergaminy, z przedawnionymi sprawami, do gabinetu wszedł jego ojciec. Cerim skinął głową uprzejmie, nie podnosząc wzroku znad zapisanego jego pismem zwoju.
         - Cokolwiek robisz, przerwij to niezwłocznie. Mam dla ciebie pilne rozkazy - odezwał się generał.
         Na dźwięk tych słów - i nerwowości w głosie ojca - Carlson oderwał się od papierów. Już pierwszy rzut oka na twarz starszego mężczyzny podpowiedział Cerimowi, że dzieje się coś bardzo poważnego. Poczuł, jak wszystkie jego mięśnie napinają się, utrzymując ciało w gotowości.
         - Co się dzieje?
         - Przesłuchania w końcu dały efekt i jeden z więźniów wyjawił plany nekromantów. Zamierzają przeprowadzić jakiś rytuał i złożyć życia mieszkańców Ekradonu w ofierze. Szczegółów nie znamy. Wiemy natomiast, że zebrali się w lesie od wschodu. Liczna grupa, mogą mieć wsparcie.
         - … Kiedy?
        - Dzisiaj.
         Tego Cerim się nie spodziewał. W pierwszym odruchu szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Ale to była chwila, na którą czekał od wielu miesięcy. Nie spodziewał się, że nadejdzie ona tak nagle, bez wcześniejszych znaków - lecz był na nią przygotowany.
         - Ilu ludzi mam do dyspozycji?
         - Magicznych oraz twój poprzedni oddział. Wydałem już odpowiednie rozkazy porucznikowi Gothoe. Czekają na ciebie przed pałacem. Nie trać ani sekundy, wyruszaj natychmiast. Czas nie jest naszym sprzymierzeńcem.
         - Tak jest.
         Po tych słowach generał opuścił pomieszczenie. Cerim przypiął schowaną w pochwie katanę do pasa i ruszył do wyjścia, by jak najszybciej poinformować oddział magiczny o zaistniałej sytuacji. Nie spodziewał się, że w drzwiach zderzy się z Isarą, która z podobną gwałtownością co on będzie przekraczać próg gabinetu. Wpadłszy na zmiennokształtną, Cerim odruchowo wyciągnął ręce, by ją podtrzymać, w razie gdyby impet uderzenia pozbawił ją równowagi.
         - Tym “czymś” są cholerni nekromanci - odpowiedział na jej stwierdzenie. Widać było, że pułkownik się spieszył, mimo to zatrzymał się na chwilę, by upewnić się, że z lisołaczką wszystko jest w porządku; zarówno od strony fizycznej, jak i emocjonalnej. Nie było jednak czasu na pogaduchy. - Zbierz oddział. Czeka nas walka, która być może zakończy całe dochodzenie. Wyruszamy natychmiast, jak tylko wszyscy będą gotowi na placu przed zamkiem. To nie są ćwiczenia - podkreślił, nie wdając się na razie w dalsze szczegóły.

         Pokrótce przedstawił stojącym przed nim żołnierzom informacje, które sam posiadał. Dwa oddziały pod jego rozkazami, gotowe bronić Ekradonu za wszelką cenę. Wprawdzie Cerim nie obawiał się bandyckiej grupki nekromantów i nie traktował zagrożenia aż tak poważnie - co później miało okazać się potwornym błędem - ale należało dmuchać na zimne. Magia śmierci bardzo często niosła ze sobą bardzo dużą ilość Mroku, nawet mimo istnienia wyjątków, takich jak Mere. A ci przestępcy wielokrotnie udowodnili, że nie zależy im na utrzymaniu dobrych relacji z ekradońskim ludem ani strażnikami. A użycie cywili jako ofiary… Włosy aż jeżyły się na karku pułkownika.
         - Nie wiem, z czym możemy zetknąć się na miejscu - przemawiał do swoich ludzi. - Dokładne rozkazy otrzymacie po zbadaniu sytuacji, lecz na ten moment proszę was o dwie rzeczy: bądźcie czujni i wspierajcie się nawzajem. Siła oddziału tkwi w jego jedności. Dopóki pokładacie ufność w swoich kompanach, możecie wyjść z każdych opresji.
         Ruszył w stronę lasu, z Isarą u prawego boku, Damonem u lewego - i dwoma oddziałami ludzi za sobą. Nie musiał nawet wysyłać zwiadowców, ponieważ gdy tylko zbliżyli się do lasu, “zła aura”, o której wspomniała zmiennokształtna, tak przybrała na sile, że nawet pułkownik był w stanie ją wyczuć. Chmury nad nimi kłębiły się niesamowicie gęsto, jakby jakaś niewidzialna siła przyciągała je w jedno miejsce. Temperatura znacznie się obniżyła, a w powietrzu unosił się ciężki odór, który Cerim znał aż za dobrze.
         Był to zapach śmierci.
         Dostrzegli nekromantów z daleka; grupę czarnych, zakapturzonych sylwetek, o wiele liczniejszą, niż Carlson się spodziewał. Stali w dziwnym szyku: pierwsza linia wroga rozciągała się od jednego krańca polany, do drugiego, za nimi zaś magowie rozmieszczeni byli w kilku współśrodkowych okręgach. Ci, którzy tworzyli najbardziej wewnętrzny z nich, skandowali niewyraźnie jakieś słowa, z których pułkownik, dzięki strzępkom wiedzy przekazanej mu niegdyś przez żonę - i bez większego zdziwienia - zdołał wyłapać “mrok”, “zgubę” i “ofiarę”. Nie znał sensu całości zdań, ale nie brzmiało to optymistycznie. Również obecność kilku ciał, leżących na zroszonej krwią ziemi, napawała mężczyznę niepokojem.
         - Próbują rzucić jakieś zaklęcie - stwierdził, choć było to oczywiste. Po czym odwrócił się do swoich ludzi, biorąc głęboki wdech, by wydać im wyraźne rozkazy. - Nadrzędny cel: nie dopuścić do ukończenia rytuału, niezależnie od kosztów. Magowie, którzy specjalizują się w atakach z dystansu, zostają tutaj, z sierżant Isarą na czele. Tutaj jesteś mi najbardziej potrzebna - rzucił lisołaczce twarde spojrzenie, spodziewając się protestów z jej strony, po czym zwrócił się do Damona i reszty ludzi. Wyciągnął katanę i uniesioną dłonią, wskazał kierunek szarży. - Piechota, za mną! Najważniejsze jest przerwanie rytuału!
         Sam ruszył do ataku pierwszy. Nie był tym typem dowódcy, który przyglądałby się ze wzniesienia, jak jego ludzie ryzykują życiem. Był między nimi - był z nimi - i walczył na pierwszym froncie, dając swoją postawą dobry przykład i podnosząc morale. Poruszał się błyskawicznie i niebawem dopadł pierwszego nekromanty.
         … A ten rozpłynął się w powietrzu jak mgła, gdy tylko ostrze katany pułkownika dosięgło miejsca, w którym stał. Przez ułamek sekundy na twarzy Cerima widoczna była konsternacja - ale tylko przez ułamek, bowiem już po chwili zawołał do swoich żołnierzy:
         - Używają iluzji! Atakujcie tylko prawdziwych nekromantów!
         Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Kiedy bitwa rozgorzała na dobre, nie było czasu przyglądać się dokładnie każdemu przeciwnikowi, a iluzje wytworzone przez magów były naprawdę trudne do odróżnienia od materialnych postaci. Carlson skupiał się na atakach i unikach - zwłaszcza przed magicznymi pociskami, bo te bywały groźne - aż musiał w końcu użyć swojego Oka Demona, by móc naprzód przewidywać ruchy wrogów, których liczba wcale nie malała, mimo trwania walki. Cholerne iluzje!
         Tymczasem otoczenie zaczęło się zmieniać. Głęboki mrok, jak noc podczas nowiu, ogarnął polanę i las, mimo tego, iż do zachodu słońca pozostało jeszcze dobrych parę godzin. Zerwał się porywisty wiatr, a gęsta, czarna mgła powoli wypełniała pole widzenia Cerima. Odpierając atak jednego z nekromantów - prawdziwego, nie iluzji - szukał wzrokiem swoich ludzi, nawołując ich w ciemności. Czy walczą razem z nim? Czy są ranni? Gdzie jest Isara?
         Wiedział tylko jedno. Rytuał został ukończony.
         Zawiedli.

Awatar użytkownika
Isara
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 53
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Isara »

        Zamartwianie się każdą drobnostką leżało w empatycznej naturze lisołaczki. Dlatego nie mogła odpowiedzieć w gabinecie Cerima w porę, mimo że doskonale wiedziała, jak powinna zareagować. Taka sama złowieszcza aura krążyła pewnego dnia nad jej wioską, w której Isara się wychowała. Nieszczęśliwie nigdy nie ujrzała źródła tej mocy. Teraz jednak musiała stawić jej czoła, inaczej cały Ekradon znajdzie się w ogromnym niebezpieczeństwie.
Zmiennokształtna zacisnęła pięści, stojąc samotnie na korytarzu przed gabinetem Carlsona. Ciągle czuła na sobie pogardliwy wzrok generała. Przypuszczała, że nie dość, że wparowała do gabinetu Cerima jak dzikie zwierzę, to jeszcze wyczuwała zagrożenie kilka chwil przed jego pojawieniem się - to wszystko stawiało ją w jak najgorszym świetle. O ile już w takim nie była wcześniej.
        Musiała się wziąć w garść i zebrać oddział. Posłać swoich podopiecznych do walki, możliwe że na śmierć i życie.
Cokolwiek by się nie działo, Isara nie pozwoli nikomu umrzeć.

        Atmosfera była coraz gorsza. Powietrze robiło się tak gęste, że można by bez problemu ciąć je nożem. Mrok, który nadciągał nieubłaganie, zdawał się teraz niesamowicie przytłaczający. Gdy tylko wyruszyli za tajemniczą aurą, Isara podążała za Cerimem wyprostowana i z uniesioną głową. Chciała stanowić chociaż w połowie tak dobry przykład, jakim jest pułkownik. Lisołaczka nie dawała po sobie poznać, jak bardzo bolał ją zapach śmierci w powietrzu. Wyczulony zmysł węchu stawał się w takich momentach naprawdę uciążliwy. Cerim jednak szedł przed siebie, prowadząc ich wszystkich niewzruszony.
I za to Isara go podziwiała.
        Gdy jednak natrafili na grupę nekromantów, którzy inkantowali coś w nieznanym kobiecie języku, ogon zmiennokształtnej napuszył się. Cała sceneria przedstawiała się niczym w najmroczniejszym koszmarze. Isara była przekonana, że jakaś bitwa już się tutaj odbyła – leżące wokół trupy nie wskazywały na nic pozytywnego. Lisołaczka kątem oka dostrzegła reakcję Toiry na pobojowisko. Dziewczyna ze wszystkich sił próbowała zachować swoje przerażenie dla siebie. Przyłożyła dłoń do ust, aby nie wydawały żadnego dźwięku. Żadnego krzyku, żadnego szeptu. Cisza i odbijające się echem inkantacje grały wspólną melodię śmierci. Czarne chmury całkowicie zasłoniły niebo, tworząc nocną powłokę na polu bitwy.
        Isara kiwnęła głową, słysząc rozkazy Cerima. Nie mogli za żadne skarby dopuścić do zakończenia rytuału. Druga część rozkazów już mniej przypadła lisołaczce – musiała zostać tutaj z oddziałem magów. Nie kwestionowała, wręcz przeciwnie. Ponownie przytaknęła. Isara zdawała sobie sprawę, że gra toczy się o większą stawkę i powinna jak najlepiej pokierować oddziałem, rzucając zaklęcia z dystansu. Mimo to miała lekki żal, że nie zda się w bezpośredniej walce.

        - Co zrobimy? – Gdy tylko piechota ruszyła do walki, Toira podeszła do Isary i spojrzała na nią. Lisołaczka musiała pozbierać myśli i szybko obmyślić, jak rozegrać to mądrze. W końcu oni na nią liczyli. Cerim na nią liczył.
        - Czy to nie oczywiste? – zaczęła ochryple, po czym sama zganiła się w myślach za taki głos. Odchrząknęła. – Zgotujemy im burzę stulecia.

        Ciemne chmury nadawały się doskonale do rzucania zaklęć na określony teren z powietrza. Isara nakazała właśnie tam skupić całą energię swoim uczniom. Pokazywała im, jak łączyć moce. Zebrała wokół siebie dziewięciu najbardziej uzdolnionych w kontroli uczniów, po czym podała im instrukcje.
        - Oszczędzajcie moc. My tylko kierujemy. Rozumiemy się? Zero wzmocnień, bo jeszcze nasi ucierpią – oświadczyła. Isara była przyzwyczajona do solowego działania, ale nie obawiała się polegać na swoich podopiecznych. Wiedziała, czego ich nauczyła i do czego są zdolni. Mimo że nie nadawała się na lidera czy do walk zespołowych, pamiętała technikę z Jeziora Sitriny, którą raz pokazał jej zmiennokształtny mężczyzna. Teraz wystarczyło tylko odtworzyć to, co się wtedy stało. Z mniejszymi zniszczeniami.
        Błyskawica była ciężka do kontrolowania z racji na swoją chaotyczną naturę. Połowa uczniów miała proste zadanie – musieli wywołać burzę, łącząc zdolności magii ognia i powietrza. Zadaniem powołanej dziewiątki i Isary było łapanie piorunów i kierowanie ich tam, gdzie jest największe skupisko wroga. Druga połowa uczniów zajmowała się obroną oddziału piechoty oraz swoich towarzyszy, którzy rzucają zaklęcia. Dzięki temu każdy wiedział, co ma robić.
        Pioruny trafiały swój cel, przy okazji oświetlając pole bitwy. Gdy Isara, próbująca trafiać błyskawicą jak najdalej od towarzyszy, spostrzegła dzieła iluzji wroga, natychmiast zabrała ze sobą Toirę i obie skupiły się na rozwianiu zaklęć. Tworów niestety było tak dużo, że kobiety nie nadążały za każdym. Lisołaczka jednak była na tyle zdesperowana, że walczyła dalej. Kontrolowała grzmoty, przekazywała instrukcje i niwelowała iluzje. Nic więcej nie mogła zrobić, chociaż bardzo chciała.
Dopiero zaskoczony okrzyk Toiry wyrwał ją z transu. Zaskoczona Isara spojrzała w jej stronę. Nekromantka przedostała się na ich stronę, ukrywając swoją postać pod płaszczem magii pustki. Lisołaczka momentalnie unicestwiła pozostałości zaklęcia, jednak nie przewidziała, że oponent zdąży rzucić inny czar. Niebiesko-zielony ogień ruszył w stronę Toiry. Kilka sekund i podopieczna stanęłaby w płomieniach, jednakże lisołaczka obiecała sobie coś przed rozpoczęciem walki.
Nie pozwoli nikomu umrzeć.
        Zaskoczenie odmalowane na twarzy nekromantki zdawało się przyjemną nagrodą za całe poparzenia, jakie Isara przyjęła na siebie. Zdążyła jednak większość płomieni rozproszyć na tyle, że nie ucierpiała za bardzo. Wściekłość, która towarzyszyła białowłosej, była nie do opisania.
        - Tobie zezwalam zginąć – zawarczała kobieta, posyłając wrogowi kolejny z nadchodzących piorunów. Nekromantka odleciała kilkanaście metrów dalej. Isara nie mogła potwierdzić, czy nie zatrzymała ataku.
Skupiając się jednak na tym, nie zauważyła, że zawiedli. Rytuał dobiegł końca.

        Aura przerażenia nigdy nie była tak gęsta jak teraz. Ciemna mgła niemal całkowicie ograniczyła widoczność. Jedynymi przebłyskami światła była trwająca i kontrolowana przez magów burza. Jednakże ona tylko dodawała grozy do widoku, jaki pojawiał się przed wszystkimi. Ogromna bestia, która sięgała do nieba. Z jej otwartej gęby wręcz wypływał paskudny odór zgnilizny. Niewidzące czerwone oczy wpatrywały się przed siebie w pustkę, chociaż wydawało się, jakby każdy był obserwowany przez potwora. Wyrastające z głowy macki zdawały się przerażające, lecz nic nie mogło przebić ogromnej ilości małych rąk i nóżek, które wyrastały z tułowia bestii. Gdzieniegdzie można było nawet dostrzec skrzywione twarze, wołające o pomoc z wnętrza olbrzyma.
Ofiary.
        Cały świat jakby stanął w miejscu. Nekromanci wpatrywali się z zachwytem w swoje dzieło, strażnicy – z przerażeniem. Isara długo nie mogła się ruszyć, jednak nie przypuszczała, że to ona pierwsza zada cios.
Piorun zdawał się przebłyskiem, znakiem, na który wszyscy czekali. Mimo że rzucony przez jednostkę, jaką jest lisołaczka, nie zadał potworowi żadnych obrażeń, zwrócił uwagę dziwnego stwora na zmiennokształtną. Spojrzała na uczniów, którzy wpatrywali się w nią osłupieni.
        - To jeszcze nie koniec! – krzyknęła. Chciała, żeby usłyszał ją oddział magiczny, jednak przypuszczała, że przerwała panującą ciszę również na dalszym polu bitwy. Spojrzała zdeterminowana na bestię, lecz chwilę później jej oczy odnalazły Cerima. Spoglądała na niego z nadzieją, że wesprze ją. Nie mogli się teraz wycofać. Lisołaczka z nadzieją oczekiwała nowych rozkazów, stojąc w pozycji gotowej do kolejnego ataku.
Choćby miała walczyć sama, nie pozwoli nikomu zginąć. Tak jak obiecała.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Ekradon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość