Pustynia Nanher[Na skraju pustyni] Słowa Krwawej Matki

Ta kiedyś niesamowicie żyzna ziemia została spustoszona przez magię jakiej świat nie widział od tysięcy lat. Pięciu Przodków Czarodziejów próbujących zawładnąć czasem sprawiło iż Ziemie Nanheru pokryły tony piasku wyniszczając wszystko wokół, a ich samych pogrzebały w swoich otchłaniach.
Awatar użytkownika
Seviron
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Seviron »

Mężczyzna podążał za nim, wiedział to i słyszał też jego kroki, więc wszystkie te słowa, które wypowiedział, jednak nie trafiały w pustkę, a prosto do jego uszu. Musieli działać szybko, on musiał. Niewidzialna bestia była coraz bliżej, co oznaczało, że mieli coraz mniej czasu, a kapłan nie chciał przekonać się, w jaki sposób pożera ona swoje ofiary. Instynktownie dotknął białej, magicznej kolumny z kryształów. Nie był pewien, czy zwykły dotyk wystarczy, żeby się stąd wydostać, ale – na szczęście – był on wystarczający i nie było trzeba robić nic więcej, aby znaleźć się poza lejem i jednocześnie „legowiskiem” tego dziwnego drapieżnika.
Patrzył, jak czarodziej pojawia się nagle tuż nad piaskiem i upada na niego plecami. Jednak postanowił przejść do działania i zrobił to, co on sam chwilę wcześniej. Nie miał wobec niego złych zamiarów, dlatego też nawet nie sięgnął po swoją broń. Wydawało mu się też, że nieznajomy również nie chciał zrobić mu krzywdy i nie przygotowywał się do walki z nim, więc był to kolejny powód, dla którego włócznia nie znalazła się w jego dłoni.
         – Nie wyjdzie, jest tam uwięzione – odpowiedział mu, jednocześnie dość czujnie go obserwując. Nie był wrogo nastawiony, jedynie nie przywykł do ufania nieznajomym osobom i miał zamiar nadal to robić.
         – I na pewno nie ma tylko czterech metrów. Jest większe – dopowiedział, teraz przeniósł wzrok z czarodzieja na magicznie wypaczoną przestrzeń, która znajdowała się za nim i była też domem dla stworzenia, któremu uciekli.
         – Miałeś szczęście, że cię znalazłem i postanowiłem ci pomóc… Zastawia mnie tylko, dlaczego znalazłeś się w tamtym miejscu. Nie wyczułeś dziwnej magii, która się tam znajdowała? Niebezpiecznej magii? - zapytał po chwili. Spojrzał też od razu na kawałek czarnej kolumny, który w jakiś sposób znalazł się poza tamtym obszarem. Na początku chciał od niego odejść, zrobił nawet niecały krok w tył, ale później zmienił zdanie i podszedł bliżej czarnego fragmentu.
         – Części tych tworów też są niebezpieczne. Wypaczają energię magiczną osoby, która nosi je przy sobie. Podróżowałem z pewną młodą kobietą, która zabrała ze sobą coś takiego i nie była w stanie wrócić do swojego ciała, gdy postanowiła odbyć wędrówkę do świata astralnego… Dzięki niej dowiedziałem się też, jak wydostać się z tamtego miejsca – odparł. Może niekoniecznie chciał dzielić się nawet małą częścią swojej historii z kimś, kogo w ogóle nie zna, jednak słowa te miały wytłumaczyć to, co zrobi za chwilę. A co zrobił? Podniósł czarny odłamek, już po tym, jak czarodziej go zbadał, a później cisnął go w stronę leja. Takie rzeczy nie powinny wydostawać się poza teren, na którym powstały.

         – Oaza? Właściwie wystarczy, że będziemy szli prosto i powinniśmy do niej trafić przed zmrokiem – odpowiedział, razem z propozycją wspólnej podróży, tym bardziej, że nieznajomy miał chyba do niego jakieś pytania, których wolał póki co nie zadawać.
         – Na początku miałem o nią nie zahaczać, jednak pewne… wydarzenia sprawiły, że podróż od jednej oazy do drugiej zajmuje mi więcej czasu, niż zakładałem na początku – dodał. Wyglądało na to, że będzie musiał odpocząć we wspomnianym miejscu, w końcu z Szalonym Skrybą lepiej będzie spotkać się wyspanym, najedzonym i w pełni gotowym na to, co może zdarzyć się w obecności takiej osoby.
         – Mam na imię Seviron – przedstawił się w końcu i spojrzał pytająco w stronę osoby idącej obok niego. Mogli przecież wymienić się imionami, wtedy ta linia nieznajomości stanie się trochę cieńsza.
         – Właściwie, co robisz na Pustyni? Bo wątpię w to, żebyś błąkał się tu bez powodu albo, żeby naszła cię nagła chęć na podróżowanie po takim, niezbyt przyjaznym, terenie – zapytał, wiedziony głównie ciekawością. Szansa na to, że ich interesy mogłyby być w jakimś stopniu podobne, była raczej niewielka, ale przecież nie była też zerowa… Może będą mogli sobie w jakiś sposób pomóc czy coś, Seviron sam przed sobą musiał przyznać, że przydałaby mu się jakaś pomoc, jeżeli przyszłoby już do spotkania z kimś tak nieobliczalnym, jak Szalony Skryba. Znaczy… kapłan go oczywiście nie znał, jednak ktoś, kto tak się nazywa, nie może być przecież normalną i zdrową psychicznie osobą.
Spojrzał w górę, chciał zwyczajnie określić porę dnia na podstawie tego, gdzie znajduje się słońce. Minęło już południe, co więcej, słońce przebyło już połowę drogi od środka nieba do horyzontu, więc zachód i nagle ochłodzenie powietrza na pustyni mogło zacząć się już za trzy lub cztery godziny, aby może godzinę czy dwie później zaczęło robić się naprawdę zimno – już po tym, jak słońce by się schowało, a gwiazdy zaczęłyby być widoczne na niebie. One i księżyc, który również zdawał się świecić, jednak jego światło było o wiele słabsze niż to słoneczne.
         – Jeśli się pospieszymy, do najbliższej oazy powinniśmy dotrzeć w momencie, w którym słońce w połowie zniknie za horyzontem – ocenił w końcu. Miał też mapę, którą zresztą teraz wyciągnął. Była na niej zaznaczona cała pustynia i skrawki terenów graniczących z nią, a także oazy i osady ludzkie, chociaż te ostatnie przeważnie i tak znajdowały się w niewielkiej odległości od pustynnych zbiorników z wodą. Próbował ocenić, w jakim miejscu znajdują się aktualnie – na mapie zaznaczone było coś, co mogłoby przypominać tamten lej z magią szalejącą wewnątrz niego, więc określenie ich pozycji nie było czymś trudnym. Przeciągnął palcem wskazującym od – prawdopodobnie – ich pozycji do oazy znajdującej się najbliżej, a później kiwnął głową sam do siebie i schował mapę.
         – Może nawet uda nam się dotrzeć tam nieco szybciej niż zakładałem – odparł, dzieląc się z czarodziejem swoją opinią, tym razem popartą tym, co zobaczył na mapie Pustyni Nanher.
Awatar użytkownika
Nataniel
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Nataniel »

Wiadomość o tym, że niewidzialny stwór został wewnątrz leja, nie była dla czarodzieja specjalnie satysfakcjonująca. Już samo jego istnienie było problematyczne ponieważ bestia stwarzała zagrożenie dla kolejnych pokoleń podróżników, którzy mogliby tędy przechodzić. W dodatku, jak wynikało ze słów nieznajomego, była o wiele większa niż Nataniel na początku przypuszczał i prawdopodobnie, co sam już sobie wydedukował, inteligentniejsza. Dryfująca magia potrafiła wpływać nie tylko na ekosystem, ale i na organizmy w nim żyjące. Podczas swoich misji emerytowany inkwizytor nie raz widywał zdeformowane stworki, niewpisujące się w żadne encyklopedyczne normy, jak np szczuropodobne gryzonie żerujące na obeliskach w miejscach dawnych kamiennych kręgów. Tutaj miało się doczynienia z czymś gorszym. Z czymś co chyba pożerało ludzi.
- To świetnie - rzucił jeszcze czarodziej przez ramię, zanim odwrócił się ku obcemu.
To były naprawdę wspaniałe wieści. Uwięziony na pustyni potwór, w kłębie wyższy niż dwaj mężczyźni stojący sobie na barkach. W dodatku bardzo agresywny. Chyba warto wspomnieć o tym Zakonowi. Ostatnio wręcz narzekali na nudę.
- Obecność magii? Oczywiście, że ją wyczułem. Dlatego tam zszedłem - odpowiedział Nataniel ze stoickim spokojem i opanowaniem jak ktoś, kto właśnie wsadził rękę w ognisko i stwierdził "No tak, dość ciepło mi w palce". Po latach życia jako prześladowca czarnoksiężników i uciekinier przed ich gniewem, ten konkretny osobnik posiadał z lekka wypaczone pojęcie niebezpieczeństwa. Lej w którym coś zaginało naturalny porządek magii był jedynie czymś wartego uwagi.
- Ale nie ukończyłbym nigdy studiów gdybym bał się kilku ognisk niebezpiecznych wyładowań - dodał niemal natychmiast, chłodno się przy tym uśmiechając, a miną wyrażając: "Mam swoje lata i swoje już widziałem. To coś nie robi na mnie wrażenia".
Kiedy rozmowa z nieznajomym przeszła ma temat czarnego szkła, z którego wykonano tajemnicze monolity, Nataniel miał już kartę w ręku. Tę samą, którą dotknął odłamku, chcąc się czegoś o nim dowiedzieć. Niestety aura przedmiotu była nieuchwytna, zmieniała pozycję za każdym razem, gdy padał na nią wzrok czarodzieja i nie raczyła podać kierunku, toteż jej odnalezienie stało się wyjątkowo uciążliwe. Mimo to mężczyzna się nie poddawał aż w końcu powietrze nad kartą zaiskrzyło - to skupisko energii otoczyło aurę odłamku więzieniem, aby ją unieruchomić.
- Wypaczają nie tylko magię - stwierdził fachowo pradawny, chowając przedmiot na koniec talii. - Ale również czas i przestrzeń. Twoja znajoma nie mogła wrócić bo nie potrafiła zlokalizować swojego ciała. Dla jej ducha jej własne ciało przestało istnieć w tym wymiarze. To trochę jak ze statkiem na wzburzonym morzu. Stojąc na brzegu nie trafisz w niego z trebusza jeśli fale rzucają nim na wszystkie strony. Możesz natomiast popłynąć do niego wpław jeśli nie brak ci odwagi. Zgadzam się, iż czarowanie w tamtym miejscu skończyłoby się szpitalem. Albo gorzej.
- A gdzie zapodziała się twoja znajoma? - zapytał jeszcze, wiedziony ciekawością i obserwujący jak odłamek pokonuje kilka sążni zanim postanowił zniknąć w chmurze wirującego w anomalii kurzu.

Potem gdy oboje byli już w drodze do oazy, Nataniel mógł na spokojnie ułożyć w głowie plan działania. Zaginiony archeolog najwyraźniej nie trafił na anomalię, na co wskazywał brak dodatkowych aur w jej wnętrzu. Musiał więc podróżować jednym z pustynnych traktów lub kluczyć pomiędzy kolejnymi oazami żeby uzupełniać zapasy wody. Dodatkowo wszystko wskazywało na to, że nie podróżował sam. W obozie zostawił laskę, a jego towarzysze zgodnie zeznali, że poważnie utykał. Miał też na pieńku z Inkwizycją i wszystkimi, którzy także szukali artefaktów, a na Uniwersytecie w Rapsodii wykładał tylko dlatego, że... no właśnie tego Nataniel nie potrafił zrozumieć, ale nie on tu był od zadawania pytań.
- Jestem Nataniel, dla przyjaciół Terier - odpowiedział kiedy nieznajomy imieniem Seviron postanowił przerwać dotychczasową ciszę pomiędzy nimi. Jednak kolejne pytanie obudziło w czarodzieju nutę czujności. Czy mógł tak poprostu zaufać człowiekowi, który mu pomógł opuścić dziwną anomalię? Niby jego aura była w porządku, ale jakby nie patrzeć aura gryfów też jest w porządku. Przynajmniej dopóki człowiek nie pakuje się z buciorami do gniazda.
- Podróżuję tropem zaginionego archeologa - odpowiedział po minucie. - Ostatni raz widziano go w obozie, który znajduje się jakieś sześć godzin stąd na południe. Wykluczam porwanie, jednak ślady magii doprowadziły mnie aż tutaj. Może ty go widziałeś? Niski facet, długa, siwa broda, kulejący. Możliwe, że podróżujący w towarzystwie.
Opis nie był najdokładniejszy, jednak opuszczając Rapsodię, Nataniel sam nie posiadał więcej informacji. Twarzy archeologa nie pamiętał zbyt dokładnie, ta dziedzina nauki nigdy go nie interesowała, w przeciwieństwie do ojca, który, gdyby żył, z pewnością mógłby pomóc. Mag mijał go jednak w korytarzach i trochę mu współczuł z powodu nieuleczalnego kalectwa w nodze. Aczkolwiek nie przeszkadzało mu to w podejmowaniu kolejnych ekspedycji.
- Aby tylko przed wschodem księżyca bo stracimy szansę na upolowanie czegoś konkretnego przy sadzawce. Ciężko będzie rozmawiać z pustym brzuchem - dodał równie swobodnie jak w temacie wchodzenia do leja, a następnie podwinął rękawy i oparł dłonie na najbliższej piaskowej skale, wciągając powoli powietrze. Głaz, choć z pozoru ciężki nagle wyblakł i zmienił się w kupkę piaszczystego gruzu.
- Energię znajdziesz we wszystkim - wyjaśnił i ruszył dalej. - Grzechem by było się nie posilić.
Awatar użytkownika
Seviron
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Seviron »

Krwawy Kapłan pokręcił tylko głową, gdy jego nowy towarzysz oznajmił mu, że specjalnie wszedł do leja. Sam, w pełni świadom tego, co robi, wszedł do pułapki i, prawdopodobnie, chciał ją zbadać, a raczej magię, która jest jej źródłem. Widocznie nie widział i później nie wyczuł też niewidzialnego stworzenia – drapieżnika, którego legowiskiem i jednocześnie terenem polowań stało się tamto miejsce. Seviron podejrzewał, że rozładowanie albo nawet całkowite zniszczenie magii gnieżdżącej się tam, sprawiłoby, że nie tylko lej stałby się bezpieczny, jeśli chodzi o używanie magii, lecz także mogłoby to albo zabić tamto stworzenie, albo odesłać je tam, skąd tu „przybyło”. Półelf podejrzewał, że mogło się ono tu pojawić, może nawet zostało wyrwane w jakiś sposób przez energię magiczną, prosto z miejsca, z którego pochodziło. Mogły to być jakieś odległe regiony – odległe i niebezpieczne – planu astralnego albo innego planu, który byłby podobny do astralnego. Mogło świadczyć o tym, chociażby to, że w pełni okazałości było widoczne jedynie wtedy, gdy odbywało się podróż poza swoim ciałem.
         – Jak już wiesz, tamten lej to nie tylko „kilka ognisk niebezpiecznych wyładowań” - odpowiedział, ale jego czerwona peleryna poruszyła się lekko, gdy wzruszył ramionami. Nie miał zamiaru zmieniać zachowania osoby, którą poznał przed chwilą, może jedynie chciał mu dać do zrozumienia, że wszedł tam niekoniecznie świadom wszystkiego, co znajdowało się w tamtym miejscu.
         – Mhm, pewnie masz rację – odpowiedział mu krótko. Zdążył już dostrzec, że mężczyzna ten może mieć wiedzę większą niż on, w przypadku magii przynajmniej, a to, co powiedział przed chwilą, jedynie go w tym utwierdziło. Tylko, że jemu zupełnie to nie przeszkadzało, bo może przy okazji sam dowie się czegoś nowego i poszerzy swoją wiedzę, nawet jeśli byłaby to tylko odrobina nowych informacji.
         – Nie mam pojęcia… Wiem tylko tyle, że mógł pochłonąć ją magiczny portal i wyrzucić ją… Gdzieś. Jeżeli przeżyła i wylądowała po drugiej stronie w całości, bo nie wiadomo, czy wypaczona magia tamtego miejsca nie sprawiła, że portal stał się niestabilny, więc może skończyło się tylko na tym, że wyrzuciło ją w całkowicie innym miejscu, może w pobliżu, a może gdzieś na drugim końcu kontynentu – odparł, tym razem jego odpowiedź była dłuższa i właściwie powiedział mu wszystko, co mógł wiedzieć i podejrzewać na temat zniknięcia Hashiry. Wolałby, żeby dziewczynie nic się nie stało i wylądowała gdzieś bezpiecznie, a lepiej byłoby, gdyby w ogóle nie zniknęła, ale cóż… niestabilna magia rządzi się własnymi prawami, które mają efekty nie do przewidzenia. Można jedynie spekulować, jakie będą ich skutki.

Pokiwał głową, gdy nieznajomy – teraz już nie do końca nieznajomy – przedstawił się, chociaż on nawet jakby był jego przyjacielem, to raczej pozostałby przy jego imieniu, a nie pseudonimie, który mogli stosować wyłącznie ci, których uważał za przyjaciół. Nataniel wyglądał też, jakby zastanawiał się nad czymś, jednak kapłan nie był pewien, nad czym i, czy może być to związane z jakimś informacjami, które chciałby mu przekazać lub bezpośrednio z pytaniem, które mu zadał. W końcu ciekawiło go, co ktoś taki, jak on robi na Pustyni.
Zaginiony archeolog… Seviron próbował przypomnieć sobie, czy w czasie przebywania na Pustyni – zwłaszcza na terenach oaz – słyszał coś na temat tego wydarzenia, jednak nic takiego nie pojawiało się w jego wspomnieniach. Wychodziłoby na to, że o niczym takim nie usłyszał, nawet przypadkowo.
         – Wydaje mi się, że nie widziałem nikogo takiego. Nie słyszałem też, żeby ktoś rozmawiał o nim w miejscach, które odwiedziłem – odpowiedział mu zgodnie z prawdą. Z drugiej strony on i Hashira bardziej skupiali się na zdobyciu jakichś informacji na temat Szalonego Skryby, bo z jego powodu przybyli w to miejsce. Człowiek ten był ich – chociaż teraz już wyłącznie tylko jego – celem zadania, do którego zostali oddelegowani.
         – Może w tej oazie uda ci się znaleźć jakieś informacje na temat zaginionego. Mam nadzieję, że ja też dowiem się czegoś na temat osoby, której sam szukam – dodał jeszcze. Nie chciał rozbudzać ciekawości Nataniela, chociaż pewnie mógł zrobić to tymi słowami, ale z drugiej strony wypowiedziane przez niego zdanie powinno je zawierać, żeby było kompletne. Najwyżej podzieli się z nim jakimiś podstawowymi informacjami na temat, czego on sam tu szuka, w końcu czarodziej zrobił to już w jego przypadku.
         – Zawsze można kupić jedzenie na miejscu, niekoniecznie trzeba łapać je samemu – rzucił, znów wzruszył też ramionami. Dla niego nie było to problemem, w końcu nie tylko został zaopatrzony w sakiewkę z ruenami na wydatki w trakcie misji, ale także miał swoją osobistą, którą mógł wspomóc się przy wydawaniu pieniędzy. Zaczął przyglądać się temu, co robi jego nowy towarzysz. Zabierał energię z czegoś, co raczej nie wyglądało na przedmiot, który ją posiada. Z drugiej strony, nigdy nie wiadomo, czy kamień ten nie został kiedyś wystawiony na działanie magii, która mogła w nim pozostać.
         – Jeżeli wie się, jak ją pobrać – dopowiedział do tego, o czym mówił Nataniel. On akurat nie wiedział, chociaż nie był też w pełni magiem. Niby znał kilka zaklęć magii ducha, ale i tak bardziej skupiały się one na podróży astralnej i na tym, jak dostać się na ten plan. Lepiej powiedzieć, że jest wojownikiem, może nawet ochroniarzem, który podróżując z innym kapłanem, nie tylko może wspomóc go swoją wiedzą i różnymi umiejętnościami, ale także czuwać nad tą osobą i zapewniać jej bezpieczeństwo… albo przynajmniej próbować to robić.
Awatar użytkownika
Nataniel
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Nataniel »

- Nonsens. Od czegoś przecież masz tę ostrą jak brzytwa włócznię - odpowiedział czarodziej, równając tempo chodu z towarzyszem podróży. - Z resztą nic tak nie koi apetytu, jak satysfakcja z własnoręcznie upolowanego posiłku. No i oczywiście napełnienie nim pustego brzucha - dodał, nagle przyśpieszając i wychodząc na szpicę po mimo lejącego się z nieba żaru, przypiekającego mijane po drodze karłowate ciernie oraz walczące o cień u ich stóp pustynne gady.
Nataniel nawet nie oglądał się za siebie żeby sprawdzić, czy nowo poznany elf za nim nadąża, choć każdy kolejny szczyt wydm traktował jako miejsce krótkiego postoju w celu uzupełnienia płynów. Słońce, będące tylko kolejnym nasączonym magią obiektem, nie robiło na nim wrażenia, podobnie jak wcześniej rozpadające się kolumny w tajemniczym leju. Czarodziej, wykorzystując do tego siłę woli i tajniki magii ognia, utrzymywał wokół siebie niewielką próżnię, z której pobierał nadmiar ciepła i kierował je na zewątrz, przez co nie odczuwał panującego na pustyni klimatu. A przynajmniej nie tak jak powinien. Oczywiście proces ten pochłaniał wiele energii, stąd też postoje i niewielkie zboczenia z kursów w stronę osamotnionych głazów, które pod jego dotykiem zamieniały się w pył. Nie wpłynęło to jednak znacząco na tempo podróży, możliwe że nawet ją przyśpieszyło, o ile oczywiście elf się nie ociągał i dotrzymywał mu kroku.
- Skąd właściwie pochodzisz? I czym się zajmujesz? - zapytał z zamiarem podtrzymania rozmowy. - Twoja aura pachnie lasem, nie jesteś więc elfem-koczownikiem z pustyni Nanher. W dodatku jest twarda i lepka, co znaczy, że muszę mieć doczynienia z wojownikiem o niezłym refleksie. Ktoś taki również nie powinien wchodzić w dziwne anomalie. No chyba, że ma dobry powód, nie tak jak ja. I wybacz mi tę dokładność, spaczenie zawodowe - czarodziej odwrócił się i rozłożył szeroko ręce w przyjacielskim geście, a potem, idąc jakiś czas tyłem, obserwował swojego towarzysza.
Karty odkryte. Mag i wojownik we wspólnej podróży przez pustynię, z czego żaden nie chce zrobić krzywdy temu drugiemu. Przynajmniej dopóki nie nadepną sobie na odcisk.
Dzięki rozmowie mogli zapomnieć o monotonnym przesuwaniu jednej nogi przed drugą i patrzeniu w pofalowany horyzont. Nie żeby było w tym coś złego, jednak charakter Nataniela nie pozwalał mu milczeć, kiedy z tyłu głowy ktoś walił taranem w potylicę myśli. Na szczęście lata spędzone w Zakonie przypiłowały grubość murów jego umysłu.
- Czyli tobie też ktoś zaginął - zauważył, częstując elfa menurką. - Wcześniej mówiłeś, że byłeś w leju z przyjaciółką i że ją gdzieś wyrzuciło, jednak to nie jej teraz szukasz, prawda? Z jakiegoś powodu nie martwisz się o nią, tylko idziesz przed siebie.
Inkwizycyjna dedukcja szukania winnych posługiwania się czarną magią miała, jak się okazało, szerszy wachlarz zastosowań. Wcześniej Nataniel nie zwrócił na to uwagi, zbyt pochłonięty anomalią i faktem, że jego kolega po fachu ma kłopoty. Teraz maszerował krok w krok z człowiekiem, który też szuka na pustyni kogoś, kto mógł w nie wpaść lub jest ich powodem. Tak czy siak wypadałoby dowiedzieć się więcej.
- ... - otworzył usta, żeby zadać jendo nurtujące go właśnie pytanie, kiedy ponad wydmą zamajaczyły palmy. - Chyba dotarliśmy na miejsce.
Słońce mieli już za plecami, własne cienie wyprzedzały ich o cztery kroki, a ze szczytu rozpościerał się widok na tętniącą życiem oazę.
Z dogodnego punktu Nataniel od razu mógł rozpoznać beduinów i podróżujących kupców, których obozy stały dość blisko siebie, odgrodzone wozami. Przy stawie pasły się kozy koczowników, a po drugiej stronie niepokojone przez nikogo i siebie nawzajem, pojawiły się samotne lwy. Scena godna namalowania, gdyby tylko czarodziej posiadał dostatecznie wiele talentu i odpowiednie zabawki.
- No i jesteśmy. Proponuję rozbić obóz bliżej kupców, powinni wiedzieć więcej niż inni. W końcu zaczepianie podróżnych na handel to ich chleb powszedni - powiedział i ruszył w stronę namiotów pewnym siebie krokiem.
Awatar użytkownika
Seviron
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Seviron »

Podniósł lekko brew w wyrazie zdziwienia – chociaż mogło być to niewidoczne przez nakrycie głowy, które ukrywało też większość jego twarzy – gdy usłyszał, że jego nowy towarzysz sugeruje użycie włóczni do zwyczajnego połowu ryb, które mogłyby pływać w wodach oazy.
         – Ta broń nie służy do polowania na ryby – odparł i, co prawda, próbował to zamaskować, ale jednak mu się to nie udało, dlatego też w jego głosie dało wyczuć się nuty oburzenia.
         – Poza tym, wędka lub sieć byłyby lepszym rozwiązaniem, z większą szansą na to, że faktycznie uda się coś złapać – dodał, już normalnym tonem głosu. Nie było tam żadnych, nawet najmniejszych, śladów po wcześniejszej emocji.
Nie zostawał w tyle, ciągle albo szedł obok czarodzieja, albo jedynie krok za nim. Chociaż to przeważnie dało się dostrzec wtedy, gdy wspinali się mniejsze lub większe wydmy. Sevirona dziwiło to, że tamten nie jest ubrany podobnie, jak on i, że nie wygląda też na kogoś, kogo rusza temperatura panująca w tym miejscu lub niewygodne warunki podróży, zwłaszcza pieszej. Dzięki czytaniu aur udało mu się jedynie wyczuć, że Nataniel cały czas roztacza wokół siebie energię magiczną. Może utrzymywał wokół siebie jakąś aurę magiczną, która pozwalała mu na coś takiego. Kapłan nie był pewien, a nie chciał też pytać o to wprost, więc postanowił, że zostawi to i skupi się na innych rzeczach, takich które bardziej związane są z Zakonem.
         – Z Ekradonu i pracuję dla pewnej grupy, do której dołączyłem jakiś czas temu – odpowiedział, dość ogólnie zresztą, zwłaszcza, jeśli chodziło o drugą część wypowiedzi. Co prawda, Zakon Krwawej Matki nie był jakąś tajną sektą czy coś, ale nie miał też zamiaru opowiadać o nim każdemu, kogo spotkał… chyba, że po tym, jak trochę lepiej poznał daną osobę. W Alaranii żyło wielu przeciwników Zakonu, którzy z chęcią pozbywaliby się jego członków, dlatego też musiał najpierw wiedzieć, jak dana osoba zareagowałaby na wieść o tym, że jest on Krwawym Kapłanem.
         – Nie wszedłem w nią, ja w nią wpadłem – odparł, wzruszył też ramionami. Chyba powiedział to tak, że dał towarzyszowi do zrozumienia, że taka kolej rzeczy nie zależała od niego i gdyby było inaczej, na pewno nie wszedłby do leja, a minąłby go szerokim łukiem. On i Hashira, która aktualnie… znajdowała się gdzieś. Nie wiedział gdzie, ale ciągle liczył na to, że żyła.

         – Martwię się o nią, bo nie wiem, gdzie mogła wylądować. Liczę jedynie na to, że żyje i spotkamy się za jakiś czas w jednej z siedzib grupy, do której należymy i opowie mi, gdzie przeniosła ją ta energia magiczna, która ją pochłonęła – odpowiedział mu szczerze. To mogłoby być dziwne, jednak jakieś przeczucie – a może podszepty samej Krwawej Matki – mówiło mu, że Hashira nie jest martwa. A on postanowił, że temu zaufa, chociaż w jego głowie i tak kiełkował plan, który dotyczył próby odszukania Kapłanki.
         – Mhm… Szukam pewnego mężczyzny, który żyje w odosobnieniu na terenie tej Pustyni. Może okazać się nieobliczalny, jednak w jego posiadaniu znajduje się coś, co jest ważne dla mojej grupy – dopowiedział jeszcze. Nie musiał pytać o to, czy Nataniel słyszał kiedyś o kimś, kogo nazywają Szalonym Skrybą, bo nie potrzebował o nim większej liczby informacji od tych, które posiada. Najważniejsze było, że mniej więcej wiedział, gdzie powinien szukać tego szaleńca i miał też przedmiot, który chciał wymienić na zwój z zapisanymi słowami samej Krwawej Matki. Zwój Tysiąca Umarłych Dusz – Seviron wcześniej nie słyszał o niczym takim, tym bardziej nie znał słów, który według handlarza miały wydobyć z magicznego pergaminu moc pozwalającą na wskrzeszenie nieumarłej armii. Skryba też nie powinien ich znać, a przynajmniej taką nadzieję miał Kapłan, ale nie oznaczało to przecież, że nie będzie próbował ich znaleźć.
Spojrzał w dół wzniesienia, na którym stali, zobaczył tam oazę. Wiedział, że nawet z tego miejsca ciągle powinien iść dalej, aż nie dotrze do wyschniętej oazy – dopiero tam będzie mógł szukać jakiegoś wejścia lub czegoś, co mogłoby być schronieniem szaleńca.
         – Nie wiem jak ty, ale ja nadal zamierzam kupić jakieś jedzenie, czy to od kupców, czy od koczowników mieszkających tutaj – odezwał się do mężczyzny, gdy zaczęli iść w stronę oazy.

Namioty mieszkalne rozbite w pobliżu oazy miały raczej dość jasne kolory – od bieli po beż i kończąc na kolorach zbliżonych do barwy piasku. Im bliżej podchodzili, tym bardziej docierały do nich również odgłosy świadczące o tym, że obozy żyją. Słychać było rozmowy prowadzone między handlarzami, a także strażników karawan rozmawiających ze sobą. W tej grupie dało się dostrzec nawet kilku inaczej ubranych osobników – byli to koczownicy, z którymi handlarze próbowali dobijać targu.
         – Chyba spróbuję szczęścia z tymi, którzy mieszkają na Pustyni. Mogą mieć świeższe jedzenie niż te, które mogą oferować karawany kupieckie – odparł, nawiązując do tego, o czym wspomniał, gdy schodzili ze wzniesienia. Na pewno nie miał zamiaru używać włóczni do tego, żeby próbować upolować nią ryby. Niekoniecznie chodziło tu o to, że od razu stwierdzał, że mu się to nie uda, a bardziej o to, że jego broń nie była zwyczajnym orężem. Była czymś więcej, a on wiedział, że spoczywa w niej nieuwolniona jeszcze magia.
Awatar użytkownika
Nataniel
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Nataniel »

- Jak sobie chcesz, ale nie zmienisz natury kawałka ostrej stali na drewnianym drągu. Bez względu na ilość i siłę zmagazynowanej tam energii magicznej, broń zawsze pozostanie bronią. Nie wiem co jej twórca miał w głowie, ale z całą pewnością nie myślał o niej jak o ozdobie nad kominek.
Wbrew temu, jak elf zinterpretuje słowa czarodzieja, ten nie miał zamiaru go obrazić ani się z niego nabijać. Stwierdzał jedynie, i to w swoim mniemaniu, bezsensowność stwierdzenia, jakoby ta konkretna broń nie nadawała się do użytku. Jaki więc był plan mężczyzny na przetrwanie w tym niebezpiecznym środowisku bez korzystania z włóczni? Może miał jeszcze ukrytą broń zapasową, a może postanowił podróżować szlakiem oaz i śladem koczowników aż dotrze do celu. Warto jednak zaznaczyć, iż czekał go jeszcze powrót do domu lub gdziekolwiek, gdzie miałby się stawić po odszukaniu swojej zaginionej persony.
Aby przypadkiem nie sprowokować Sevirona do kłótni o przeznaczenie jego oręża, Nataniel przyśpieszył kroku. Szedł ze wzrokiem utkwionym przed sobą, ze splecionymi za plecami rękoma i cicho pogwizdując, jak to zwykle robił na spacerach po terenie uniwersytetu w Rapsodii. Co by nie mówić, brakowało mu trochę towarzystwa studentów i kolegów po fachu, choć ci pierwsi zapewne skakali z radości, gdy dowiedzieli się, że musi wyjechać na kilka dni. Na szczęście jego klasę przejął sam dziekan, serdeczny przyjaciel Nataniela, a więc tortur im nie brakowało.
- Członek pewnej grupy z Ekradonu, tak? Dlaczego mi to pachnie Zakonem Krwawej Matki? - nie zapytał, bardziej stwierdził, nie zaszczycając nawet towarzysza spojrzeniem. Zamiast tego sięgnął pod płaszcz i wyciągnął odznakę Rododendrońskiej Inkwizycj, której formalnie rzecz biorąc nie powinien posiadać. - Mój zakon wie o twoim całkiem sporo, ale nie jestem tu z tego powodu, nie musisz się martwić. Nie uważają was za większe zagrożenie niż oni sami. Majstrujecie przy snach i tyle. Z resztą, jak na pewną grupę, o której raczej nie rozpowiadasz na prawo i lewo, nie macie najlepszych zabezpieczeń. Przyjmujecie każdego, bez względu na przeszłość. Głupi by nie skorzystał i nie wprowadził jednego czy dwóch szpiegów. Żyjemy w trzeciej erze więc dobrze jest znać bliższych i dlaszych sąsiadów.
Być może czarodziej nie powinien zdradzać pewnych tajemnic nieznajomemu dopiero co poznanemu na pustyni, jednak nie były to informacje, które miały jakąkolwiek wartość. Seviron zachowywał się w porządku więc i mag postąpił tak samo wobec niego. Mogli się pogryźć lub zniechęcić do siebie, ale na ten czas podróżowali razem. Z resztą co zakon mógł mu zrobić na odległość? Sami wysłali go na emeryturę i uznali za zmarłego.

- Powodzenia. Ja pomówię z kupcami - dodał przed ich chwilową rozłąką, nie mając pewności, czy się jeszcze zobaczą. Nataniel miał nadnaturalny talent do znajdowania sobie wrogów samą obecnością lub wyskokową prezentacją zboczeń zawodowych, jak w przypadku wiedzy o Krwawych Kapłanach. Pięćdziesiąt lat w duchowej próżni, jak i cztery wieki ryzykowania życiem niewiele go nauczyło.
Niecałą godzinę później, posiadając niewiele więcej informacji o zaginionym archeologu niż wcześniej, czarodziej rozbił prowizoryczny obóz tuż przy samym zbiorniku. Niestety oba te określenia były błędne ponieważ Nataniel nie posiadał bagażu. Korzystając z bliskości palm, zestrzelił magicznym pociskiem kilka liści, które następnie przywiązał jakąś szmatką do pnia żeby zadbać o trochę cienia. Później zebrał kilka cierni by na nich rozpalić magicznie ognisko, a na sam koniec zajął się zdobywaniem pokarmu.
Pustynia, choć jałowa, gorąca i nieprzyjazna, oferowała więcej niż możnaby przypuszczać, zaczynając od jaszczurek i skorpionów, na pustynnych żółwiach i sępach kończąc. Właśnie na jeden z okazów tych pancernych gadów udało się trafić czarodziejowi, kiedy spacerował brzegiem oazy. Niczego nie spodziewający sie żółw za wolno zareagował gdy został podniesiony i zatknięty na trójnogu z patyków nad ogniskiem.
- Nikt nic nie wie - mruknął do siebie, wyjmując talię kart, które zaczął przed sobą układać na piasku.
Chwila skupienia nad aurą pozwoliła mu zmaterializować w dłoniach drewniany kubek, miskę i stalowy widelec, którym zaczął wygrzebywać z otworów w skorupie kawałki ugotowanego mięsa.
Awatar użytkownika
Seviron
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Seviron »

Pokiwał tylko głową. Zgadzał się ze słowami czarodzieja, bo ten miał rację – broń pozostawała bronią, a ta konkretna nie była też jedynie ozdobą. Jego włócznia nawet bez magicznych właściwości była niebezpieczna w odpowiednich rękach, a jeśliby uwolnić magię, która w niej drzemie… cóż, Seviron nie wiedział, co może się wtedy stać. Nie udało mu się jeszcze odszukać jakichś nowych informacji na temat tego, co niesie teraz na plecach. Włócznia mogła być jednym z artefaktów ważnych dla Zakonu, jednak jeśli poproszą go o oddanie jej, wiedział, że na pewno ciężko będzie mu to zrobić i na pewno spróbuję dogadać się tak, żeby została ona u niego, może nawet w celu zdobycia o niej jeszcze większej wiedzy. To, i także sprawdzenia w akcji tego, do czego jest ona zdolna, jeśli już uda się odblokować jej pełen potencjał i moc.
Zauważył, że jego nowy towarzysz przyspieszył, jednak on tego nie zrobił. Gdy spojrzał na niebo i na pozycję słońca, uznał, że mają dość dobre tempo, więc nie muszą iść szybciej, niż poruszali się teraz. Dlatego też nie próbował dogonić Nataniela, a bardziej poczekał na to, aż mężczyzna ponownie zwolni.
         – Co mnie zdradziło? Czyżby czerwona peleryna? - zapytał. Zaczął uważać, że zwyczajnie nie musi już ukrywać się z przynależnością do Zakony Krwawej Matki. Tym bardziej, że Nataniel wyciągnął znajomą mu odznakę. Seviron zmrużył lekko oczy, teraz zaczął być niepewny tego, co postanowi zrobić jego towarzysz. Zaatakuje go? Będzie próbował go pojmać? Półelf był gotów na walkę, nawet jeśli nie uda mu się odskoczyć, aby zwiększyć przestrzeń między nimi, to zawsze zostawały mu pięści i magia… chociaż nie był pewien, czy uda mu się dobrze posłużyć w walce tą ostatnią. Na szczęście, właściwie dla i jednego, i drugiego, mag zapewnił go, że nie zamierza z nim walczyć.
         – Mój Zakon również wie o waszym istnieniu – odpowiedział po chwili. Może w tej ciszy upewniał się, że jego towarzysz rzeczywiście ma takie zamiary, o których go zapewniał. Wolałby z nim nie walczyć, mógłby okazać się trudnym przeciwnikiem. Trudnym i bardziej doświadczonym.
         – Niby przyjmujemy każdego, ale i tak nie ma nas wielu. Poza tym, nowi członkowie i tak są sprawdzani, Zakon ma swoje sposoby, żeby to zrobić – odparł, ale w jego głosie nie było nawet najmniejszej nuty, która świadczyłaby o tym, że są to jakieś przechwałki. Bardziej brzmiało to tak, jakby zwyczajnie informował o tym swojego rozmówcę, bez chęci wywołania u niego jakiejś konkretnej reakcji. Mimo tego, i tak nie miał zamiaru wspominać o tym, że włócznia na jego plecach jest ważnym przedmiotem dla Krwawej Matki i jej kapłanów.

Gdy byli już na terenie oazy, rozeszli się – może na jakiś czas, a może już tak, że wyruszą o różnych porach i w różne miejsca. W każdym razie, kapłan zaczął szukać miejsca, w którym mógłby kupić coś do jedzenia, więc zawędrował do namiotów, które zajmowane były przez tubylców. Podszedł do jednego z ognisk, nad którym piekły się kawałki ryby, już pozbawione ości. Przywitał się z mężczyzną pilnującym ogniska i mięsa, porozmawiał z nim chwilę, a później kupił sobie jedzenie. Od ogniska odszedł z dwoma, ciepłymi kawałkami ryby, które włożone były w dwa kawałki miękkiego pieczywa z cienką, chrupiącą skórką, a także z nieco lżejszą sakiewką.
On akurat nie musiał zdobywać informacji, wiedział, gdzie powinien się udać, żeby odnaleźć tego, którego poszukiwał. Dlatego też postanowił, że może wróci do miejsca, w którym rozstał się z Natanielem. Nie liczył na to, że mężczyzna na pewno tam będzie, raczej nie przejmie się, jeśli rzeczywiście go tam nie zastanie – w końcu podróżowali ze sobą tylko chwilę i, owszem, rozmawiali, ale tylko po to, żeby może nieco lepiej się poznać i jakoś zabić czas w podróży. Tylko, że im bardziej się zbliżał, tym wyraźniej widział siedzącą sylwetkę, która wiedział, że należała do niego.
         – Chcesz jedną? - zapytał, wskazując mu rybę przełożoną pieczywem.
         – Jedna porcja może i nie jest specjalnie duża, jednak, z tego, co powiedział mi sprzedawca, bardzo dobrze zaspokaja głód i to na długie godziny – dopowiedział jeszcze. Nawet zdecydował się na to, żeby usiąść w pobliżu, chociaż jednocześnie zachował też odstęp między sobą i nim, na oko była to odległość jednego, przeciętnego kroku, czyli niecały metr właśnie.
         – I jak zbieranie informacji? Udało ci się czegoś dowiedzieć na temat osoby, której szukasz? - zadał mu kolejne pytanie, a w oczekiwaniu na odpowiedź zaczął jeść jedną z dwóch porcji. Robił to jedną ręką, jeśli Nataniel nie skusił się na drugą porcję, albo trzymając posiłek oburącz, jeżeli okazało się, że jednak przyjął od niego posiłek i teraz może również się nim zajadał. Swoją drogą, powoli zaczynało robić się ciemno, co na Pustyni oznacza, że robiło się coraz zimniej. Seviron wolał nie spać bezpośrednio na piasku i nawet bez tych cienkich, materiałowych ścian, z których zbudowane są namioty, więc miał też zamiar sprawdzić, czy w tej oazie również znajduje się ktoś, kto za opłatą może na jedną noc udostępnić mu taki namiot.
Awatar użytkownika
Nataniel
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Nataniel »

Mięso pustynnego żółwia było suche, łykowate, o nieciekawym kolorze i zapachu, w smaku przypominające złoty środek pomiędzy surowym grzybem, a lekko zjęczałym makaronem. Na szczęście w chwili powrotu elfa, czarodziej przeżuwał ostatni już kawałek, wylewając to co zostało w skorupie do ręcznie wykopanego dołka. Do tej pory uważał, że jeśli jedzenie ma go wpędzić na stałe do grobu, to pierwsze uczyni to te, które serwowano na uniwersyteckiej stołówce. Z takim zółwiem człowiek przynajmniej wiedział, na czym stoi, a studenci czwartego roku alchemii zawsze po kryjomu ważyli coś, co dobrze jest najpierw przetestować na roślinach. Jesli potem w nocy marchewka lub ziemniak próbowały pożreć pierwszoroczniaków można było uznać taką miksturę za bezpieczną z siedemdziesięcio procentową dokładnością ponieważ sama próba świadczyła o niekompetencji i braku wiedzy studenta na stworzenie czegoś mocniejszego. Przynajmniej takie podejście reprezentował Nataniel oraz (nieoficjalnie aby nie stracić pracy) jego przyjaciele. Jeśli jednak efekty uboczne nie występowały, warzywko prędzej czy później lądowało w garnku z gulaszem, wywołujacym przerażenie w sercach uczniów wprost proporcjonalne do liczby dokładek branych przez profesora Flinta.
- Bardzo dziękuję. Chętnie przegryzę czymś ten smak piasku i surowej skóry - miłe wspominanie przerwało ponowne pojawienie się elfa, z czymś, co czarodziej od razu zakwalifikował jako "normalny posiłek". Choć żółw w jego prostym, męskim mniemaniu nie był najgorszy i nigdy nie przyznałby się do błędu polowania zamiast kupna, to jednocześnie z miejsca gotów był wychwalać rybę z pieczywem. W dodatku w solidnej porcji.
- Niestety nie - odpowiedział po czasie, kiedy oboje już zjedli, a pradawny sięgnął pod płaszcz i podał Sevironowi bukłak. - Kupcy twierdzą, że przybyli dwa dni temu z południa. Widzieli też ślady poprzedniej karawany, jednak nie starsze niż siedem dni. Być może cztery, może trzy. Zero samotnych wędrowców po drodze, zero beduinów, a to plemię - wskazał palcem na namioty ze skór lwów i bawołów - jest pierwszym, na które się natknęli. Ludzie nie znikają od tak... - zawachał się i zastanowił, jednak nie znalazł odpowiednich słów żeby dokończyć. "Wiem to, bo sam ich czasem znikałem na polecenie Zakonu" jakoś nie zabrzmiałoby chyba najlepiej.
Wtedy jakaś iskierka pojedyńczej myśli zatliła się w umyśle czarodzieja, nerwowo szukając suchego podłoża i podpałki. Pradawny sięgnał po żółwią skorupę i gestem wyprosił od elfa mapę, którą następnie na niej rozłożył. Jednym palcem, mamrocząc coś pod nosem zaczął jeździć wzdłuż traktu, którym szli, a drugim, wskazywał sobie charakterystyczne punkty lub miejsca, gdzie trasa ulegała załamaniu.
- Zabrzmi to absurdalnie, ale gdybym był archeologiem nie brnąłbym przez pustynię od oazy do oazy - powiedział i skupił część woli na ognisku, które znacznie wzrosło. - Jestem czarodziejem i energię mogę znaleźć we wszystkim, po co mi więc bukłak z wodą i prowiant? Ten twój zaginiony to samo. Po co miałby ryzykować zauważenie, jeśli przypuścimy, że spotkał mój cel lub potrafi tyle co ja? Nie szedłby traktem, tylko od ruin do ruin. Trasą której nie ma na mapach bo nikt nie pamięta jak na Nanher układały się drogi przed zasypaniem. Jedynie archeolodzy to wiedzą. Karawany wytyczają przecież swoje ścieżki. Więc jeśli nasze cele idą razem, będą w ruinach, jeśli osobno, to na trasie kupców nigdy ich nie znajdziemy. Chyba, że szukamy tego samego człowieka... - Nataniel z trudem wypowiedział to ostatnie, ale ta myśl chodziła mu po głowie od chwili kiedy elf pokrótce wyjaśnił mu kogo szuka na pustyni. Nie znał opisu swojego celu, wiedział jednak, że ten ktoś zadarł z jego Zakonem. Z kolei mag szukał archeologa o szemranej przeszłości, który nie przepuszcza okazji do badania ruin i starych artefaktów. Czemu więc dwa zakony nie miałyby polować na tego samego człowieka?
Inkwizycyjna podejrzliwość i praktyka robiła swoje.
- Jeśli mam rację, zmierzają w stronę Piasków Czasu - wskazał miejsce oddalone od ich pozycji o całe pięć dni drogi. W kierunku zupełnie innym niż do tej pory zmierzali. - To jedyne miejsce w Nanher, gdzie Zakon nie wysyła swoich ludzi. Nie nam babranie się w czasie. Ale Wy wnikacie do snów, o których mówi się, że mogą pokazać coś więcej niż tylko lęki teraźniejszości.
Mina z jaką czarodziej oddał elfowi mapę sugerowała, że był gotów zaryzykować dotychczasowe postępy poszukiwań dla jednej, w tej chwili najsłabszej karty. Należało jednak najpierw wysłuchać opinii towarzysza, skoro po tych kilku godzinach mężczyźni stali się dla siebie mniej obcy niż miało to miejsce w leju. Niezależnie od odpowiedzi Sevirona, Nataniel nie wyrywał się również ze zmianą ścieżki tak mocno. Wpierw pozbierał swoje karty, okrył ciaśniej ciało opończą i powoli zaległ przy ognisku.
- A tak przy okazji to szedłem tropem tego Ekradonu - wyjaśnił mag, na wcześniejsze pytanie elfa, co dokładnie naprowadziło go na jego zakon. - Bo widzisz, kiedyś gościliśmy jedną z waszych kapłanek w Rododendronii. Bardzo miła dziewczyna. Szkoda tylko, że jakiś wieśniak odczytał jej przygotowania do tego dziwnego rutuału za knucie z sabatem i wezwał naszych rycerzy. A wtedy postępowano nieco brutalniej niż dzisiaj. Cały oddział zrzucił się potem na przeprosinowe kwiaty, a mi przypadło bezpiecznie ją odeskortować właśnie do Ekradonu. Ale włos jej z głowy nie spadł - zakończył opowieść z uśmiechem, rozpoczynając chyba tym samym swobodną rozmowę z nowym towarzyszem przy ognisku. Jeśli miał rację co do poszukiwanych i tak byli stratni kilka dni. Mogli więc odpocząć, jednak samo leżenie i patrzenie w gwiazdy było zbyt nudne.
- O istnieniu naszego wie cały świat - podjął Nataniel, splatając palce na piersi. - Parszywa Inkwizycja, Oprawcy, Hieny... sporo się tego nasłuchałem przez ostatnie czterysta lat. Nikt jednak nie powie: Ocalili setkę dzieci przed upadkiem z klifu bo jakiemuś urażonemu czarnoksiężnikowi nie zapłacono za wiejskie czary-mary to poszedł się zemścić, grając na magicznym flecie. Przyznaj, że gdy zobaczyłeś odznakę, nie pomyślałeś że jestem tu dla większego celu niż spalenie kogoś na stosie, prawda?
ODPOWIEDZ

Wróć do „Pustynia Nanher”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość