Pustynia Nanher[Równinne tereny okalające pustynię] W pogoni za miłością

Ta kiedyś niesamowicie żyzna ziemia została spustoszona przez magię jakiej świat nie widział od tysięcy lat. Pięciu Przodków Czarodziejów próbujących zawładnąć czasem sprawiło iż Ziemie Nanheru pokryły tony piasku wyniszczając wszystko wokół, a ich samych pogrzebały w swoich otchłaniach.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Tarilion
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 85
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Tarilion »

Namiot wojowników właśnie opustoszał. Sześć młodych sylwetek, dumnie zadzierających głowy, rozbiegło się do swoich domów, by tam szukać odpoczynku i ostatnich ojcowskich wskazówek przed zbliżającą się Próbą. Lavar i Natchilion nie mogli ich już niczego więcej nauczyć. Każdy z chłopców wykazywał inne predyspozycje, posiadał unikalny talent do odnalezienia sposobu na wyjście z trudnej sytuacji i zastosowania go jak najlepiej. Sprawdzian z tego miał się odbyć już za moment na zdradzieckich piaskach Pustyni Nanher. Teraz dwaj wojownicy mogli jedynie liczyć na to, że zostaną wybrani do roli opiekunów, by towarzyszyć jednemu z chłopców podczas zmagań.
- Zobacz, kto w końcu raczył nas odwiedzić - mruknął z radością w głosie Natchilion, szturchając brata łokciem, gdy obaj zażywali chwili relaksu na zacienionej ławie. - A już myśleliśmy, że pożarła cię jakaś hiena! - zawołał w stronę Tariliona i powstał, by powitać go jako pierwszy.
- Też się cieszę, że was widzę - odpowiedział leonid, po czym cała trójka zwarła się w niedźwiedzim uścisku. - Mówcie, co u was.
- Po staremu - powiedział Lavar. - Dom, rodzina i obowiązki. Cała masa obowiązków. Nie ma nawet chwili wytchnienia, a kości już nie te co kiedyś.
- Nie przesadzaj. Świetnie się trzymasz.
- Do czasu - zauważył kąsliwie Natch, uśmiechając się podstępnie.
- Też cię to czeka! I nie myśl sobie, że starzejący się brat nie jest już w stanie ci solidnie przyłożyć.
Bracia wybuchnęli gromkim i szczerym śmiechem, przypominając sobie dzieciństwo, którego większa część poświęcona była ucieczkom przed Lavarem, który z racji bycia najstarszym musiał się nimi opiekować.
- Co u Nerisy i lwiątek? - zapytał w końcu Tar, zmieniając temat. Od tygodni nie miał okazji zobaczyć się z bratową i jej dziećmi, dla których był niezastąpionym, choć w opini brata, nieodpowiedzialnym wujem.
- W porządku - odpowiedział Lavar. - Mała Rita weszła w okres zadawania tysiąca pytań na minutę, a Persi zaczyna interesować się tym łukiem, co wisi nad naszym posłaniem. Niedługo będę musiał nauczyć go z niego strzelać.
- Jeśli ma takiego cela, jak ty, to klękajcie plemiona - zachichotał Natchilion, najmniej poważny z całej trójki.
- A co u Seviry? - teraz przyszła kolej na odbicie piłeczki.
- Chwilowo zamieszkała z rodzicami. Jak wiesz, za kilka tygodni spodziewamy się drugiego kocięta, a ja nie mogę non-stop siedzieć w domu i jej doglądać. Tam ma wszystko czego jej trzeba, a przy okazji Amok umacnia swoje więzi z dziadkiem.
- Więc pogodziłeś się z teściową?
- Tak jakby. Wciąż ma mi za złe, że uczę sześciolatka jak posługiwać się nożem, ale odpuściła, gdy obiecałem zmienić metal na drewno i zacząć od podstaw.
Wszyscy znali podejście starszych matron do bojowego wychowania najmłodszych. Według nich lekcje walki powinny odbywać się jak najpóźniej, by dziecko miało jakiekolwiek, szczęśliwe wspomnienia, ale rzeczywistość narzucała nieco inne zasady. Po za palisadą każdy mógł liczyć tylko na siebie, więc taką wartość wpajano mężczyzną od najmłodszych lat, by w razie konieczności potrafili obronić swoje życie i życie bliskich. Najśmieszniejsze było w tym jednak to, że te same starsze kobiety, które dziś kładły nacisk na beztroskie dzieciństwo, w latach młodości żeniły się z wojami wychowanymi dokładnie w sposób, który krytykowały.
- Choć i tak w domu uczę syna po swojemu - dokończył myśl Natchilion i spojrzał w kierunku zabudowań, wyraźnie zamyślony.
- A co u przyszłej bratowej?
- Odpoczywa - odpowiedział Tarilion, przeciągając się z wolna. - Dużo przeszła i należy jej się. Mnie z resztą też. Bolą mnie barki i plecy, ostatnie dni spałem z otwartymi oczami i ledwo składam do kupy własne myśli.
- Ale ślub się odbędzie?
- Tak. W dniu Próby zamierzam prosić ojca o błogosławieństwo. Lepszego momentu nie znajdę.
- Czyli w końcu kobiety usiedliły nas wszystkich - oznajmił uroczyście Natchilion, zbierając za te słowa po głowie od każdego z braci.
- Małżeństwo to piękna sprawa - zaczął Lavar, mający pod tym względem najwięcej doświadczenia. - Choć przy nim walka ze stadem hien czy zganianie bizonów to placek z miodem. Ważne, by się szanować, a wszystko inne przychodzi samo.
Rozważania najstarszego z wojowników przerwało pojawienie się Sarili, która na widok trzech swoich najukochańszych synów nie mogła powstrzymać się od urojenia łzy. Ci, widząc matkę, od razu powitali ją serdecznie i pomogli zapakować mięso, po które przyszła. Co prawda Tarilion sam miał się tym zająć, ale leonidka nie miała mu tego za złe. W końcu sporo przeszedł i można mu było wybaczyć chwilę roztargnienia w towarzystwie braci. A sam udziec nie ważył tyle, by sama nie mogła dać sobie z nim rady, mimo to otrzymała należytą pomoc.
- Zaniesiemy to do domu - oznajmił Tar, łapiąc za jeden koniec kosza, podczas gdy Natchilion złapał drugi i tak ruszyli przez plac.
Sarilia tymczasem zdążyła zasięgnąć kilku rad u nowej szamanki, a następnie zdecydowała się odwiedzić Ayo i jej męża, by zaprosić ich i ich córkę na wieczerzę. Niedługo mieli stać się rodziną i chociaż ich stosunki i tak były dobre, to nic nie stało na przeszkodzie, by jeszcze trochę je podbudować.

Awatar użytkownika
Nani
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Nani »

Nani naprawdę bardzo cieszyła się z prezentu. Nie mogła sobie wymarzyć piękniejszej sukni ślubnej. Zastanawiała się tylko co zrobić z jej wielkim afro na głowie. Może trzeba było zapleść na nich warkoczyki, ale zwinąć w dredy. Choć to drugie wydawało jej się bardzo kuszące, to bała się, że jej własna fryzura będzie jej przypominać Leo. Miała jednak ochotę na jakąś zmianę, choć sama nie wiedziała na jaką. Właściwie była już przyzwyczajona do burzy kręconych włosów na głowie. Każdy loczek odstawał w inną stronę, jej czekoladowe pukle sterczały i puszyły się niesamowicie. Nawet kiedy były mokre nie stawały się proste. Skręt jej loków był bardzo mocny, dlatego ich rozczesywania wymagało wiele pracy. Nie czesała tej grzywy codziennie, nie było sensu męczyć się każdego dnia, ale kiedy przestawały wyglądać ładnie jej matka siadała z grubą, drewnianą szczotką i starała się poskromić to wielkie, lwie afro swojej córki. Niestety, żeby poskromić te loki potrzeba było czasu. Nani i jej matka miały wtedy dobrą okazję do rozmów. Nie zawsze jednak toczyły burzliwą dyskusję, czasem milczały, a czasem śpiewały razem plemienne pieśni.

Nani wstała, a pakunek z suknią odłożyła na swoje posłanie. Leonidzi spali na skórach i futrach i najczęściej robili to w postaci lwów, tak było im wygodniej. Nani też raczej sypiała w zwierzęcej postaci. No chyba, że była z Tarilionem. Ostatnie noce spędzali raczej w ludzkiej formie, z różnych względów.

Leonidka wyszła przed chatę. Słońce stało wysoko i prażyło niemiłosiernie. Dziewczyna aż zmrużyła oczy, bo pierwsze promienie ją raziły. Wychodząc z ciemnej chatki musiały przyzwyczaić się do ostrego słońca. Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do jasnego otoczenia rozejrzała się dookoła. Życie w wiosce toczyło się tak samo jak każdego dnia. Leonidzi przechadzali się wte i wewte, matki pilnowały dzieci, małe lwiątka walczyły ze sobą dla zabawy ucząc się w ten sposób. Gdzieś w oddali było słychać odgłosy prawdziwej walki. Stukot kijów uderzanych o siebie i pojękiwania mężczyzn. Były to odgłosy z placu treningowego, gdzie młodzi leonidzi uczyli się jak walczyć naprawdę. Nagle zrobiło się jej smutno. Kiedy ona była młoda więcej kobiet uczyło się walczyć i polować, a teraz prawie nie było takich dziewczyn. Gdy ona zaczynała razem z nią szkoliły się jeszcze dwie młode kobiety. Wzięła udział w Dniu Próby, razem z innymi i udało się jej i nie tylko jej. Jej koleżanki również go przeszły. To było wiele lat temu. Z każdy rokiem co raz mniej kobiet uczestniczyło w polowaniach. A w tym roku nie było ani jednej chętnej. Ich wioska stała się strasznie patriarchalna. Kobiety zostały zepchnięte do roli matek i rolników. To one prały, gotowały, uprawiały ziemię i opiekowały się dziećmi. Nie było już młodych lwic, które przezwyciężałby przeciwności i uczyły się walki. A przecież zło mogło nadejść z każdej strony. Ich wioskę mogło coś zaatakować i wtedy co? Kobiety pochowają się zamiast walczyć? Jej rozmyślania przerwał głos matki.
- Nani... Nani... - usłyszała za sobą. Zupełnie zbita z pantałyku spojrzała na matkę pytająco.
- Będziemy mieli gościa - wzrok Ayo powędrował w stronę z której zbliżała się Sarila. Od razu domyśliła się, że zmierza w ich kierunku. Uśmiechnęła się pogodnie z daleka witając matkę Tariliona. Sarila, mimo wieku, była piękną kobietą, ale od razu było widać, że jej ród nie pochodził bezpośrednio od założycieli wioski. Kobieta miała skórę znacznie jaśniejszą od Ayo i jej córki. Nani i jej matka były czekoladowo-brązowe i miały tegoż koloru włosy. Sarila natomiast miała skórę bardzo śniadą, ale nie tak ciemną jak rodzina Nani. Jej włosy były kręcone, ale nie miała afro. Loki leonidki były znacznie grubsze i spływały lekko na ramiona.

Ayo i jej córka przywitały się z kobietą gestem, jakim witało się wodzów. W końcu Sarila była teraz żoną ich przywódcy. Kobieta uniosła dłoń w geście pozdrowienia.
- Witajcie - odezwała się aksamitnym głosem.
- Witaj - odparła Ayo.
- Jak się miewacie? - spytała.
- Dobrze, dobrze.
- A ty Nani? - Sarila zwróciła się bezpośrednio do młodej lwicy.
- Już w porządku, dziękuję. Wyspałam się, odpoczęłam, jestem zdrowa, nie trzeba się martwić - starała się odpowiedzieć jak najbardziej treściwie na pytanie swojej przyszłej teściowej.
- Chciałam zaprosić was dzisiaj na kolację - przeszła do sedna żona wodza - Będzie nam bardzo miło was gościć. Upieczemy udziec, zrobimy placki z miodem. Będą bracia Tariliona. Zaproście też resztę rodziny. Chcieliśmy zorganizować takie spotkanie, skoro Nani ma być teraz i naszą córką. Wiem, że wszyscy się znamy, ale pomyślałam, że warto spotkać się na wieczornym ognisku jeszcze przed ślubem.
- Och, to bardzo miłe - rzekła Ayo. - Na pewno przyjdziemy.
Nani nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko łagodnie. Według tradycji nie powinna się wtrącać, kiedy rozmawiali starsi od niej, zwłaszcza jeśli to była jej matka i żona wodza. One dwie stały w hierarchii znacznie wyżej niż młoda leonidka. Sarila i Ayo jeszcze przez chwilę rozmawiały o różnych sprawach, ale w końcu pożegnały się, a Sairla odeszła, wracając do swojej chaty.

Awatar użytkownika
Tarilion
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 85
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Tarilion »

Tarilion, nie chcąc w jakikolwiek sposób wpływać na wolny dzień swojej przyszłej żony, drogę do domu obrał dość okrężną, zbierając zawczasu wyrazy szacunku od starszych członków plemienia. Część z nich było mu wdźięcznych za rozwiązanie problemu z szamanką i jej panoszącym się, niczym wódz, synem. Pozostali gratulowali mu ożenku, na co wojownik reagował uśmiechem, choć doskonale wiedział, że jest to spowodowane jedynie czystą uprzejmością ze strony współbraci. Większość z nich, nawet jeśli zdawała sobie sprawę z urody Nani, to nie dostrzegała w niej materiału na idealną żonę. Wszystko przez jej wrodzoną determinację i ośli upór, każący jej stawać na równi z mężczyznami. Ciężko by było oczekiwać od niej bezgranicznego posłuszeństwa mężowi i zmusić ją do urodzenia, a potem wychowywania kociąt. Leonidka nigdy nie robiła nic wbrew sobie, czym kupiła sobie miłość najlepszego spośród wojowników. Tar miał na to jednak z goła inne poglądy, zawsze uważał, że Nani brakuje tylko zrozumienia, a on, co sam przed sobą odkrył, rozumiał ją aż za dobrze. Potrzebny był jej ktoś, przy kim będzie mogła się dalej rozwijać, zapewni pełne wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, a nie oszukując się, leonid mógł zadbać o każdą z tych rzeczy. Mimo to wchodził on w zupełnie nowy rozdział w swoim życiu, co nie ominęło pewnych obaw. Taril nie był do końca pewien, czy godnie sprawi się w roli męża, a z czasem i ojca. Nani twierdziła, że tak, ale przecież nie można mieć pewności.

- ...wiesz już co założysz? - dotarło do uszu wojownika, kiedy od rodzinnej jurty dzieliło ich tylko kilka kroków.
- Co?
- Czy ty mnie wogóle słuchasz? - zapytał z lekką irytacją Natchilion. - Pytałem, czy wiesz już co założysz na ślub? Nie myślisz chyba, że wytarte na piachu łachy to odpowiednia garderoba na własny ślub?
- Nie - odpowiedział Tar i uśmiechnął się do brata w sposób mówiący: "daj spokój, przecież nie jestem już dzieckiem".
Choć leonidzi, z racji klimatu w jakim żyli, nosili stroje lekkie i dość skromne, to na szczególnie ważne uroczystości potrafili się wystroić jak nikt. Szczególnie kobiety, które zachwycały kolorowymi sukniami i ozdobami, trzymanymi na specjalne okazje, by jeszcze bardziej zabłyszczeć w oczach swoich mężczyzn. Ci z kolei zawsze przekładali wygodę i swobodę nad wygląd, dlatego nikt nigdy nie spodziewał się wojownika w koszuli i z krawatem pod szyją, czymkolwiek był ten ów krawat. Większość zakładała zatem dłuższe niż zazwyczaj przepaski biodrowe oraz skórzane uprzęże zapinane wokół torsu, do których mocowano pasy kolorowego materiału tak, by zakrywały przestrzeń między biodrem, a barkiem. Niektórzy jeszcze przywdziewali skóry upolowanych zwierząt, noszone niczym palto lub ponczo, a "puste" miejsca na ciele uzupełniali wymyślnymi malunkami.

W przypadku małżeństwa, zgodnie z tradycjami, mężczyzna powinien założyć dłuższą przepaskę oraz przykryć lewą stronę ciała futrem zwierza, na prawej pozwalając najstarszemu w rodzinie umieścić farbą znak błogosławieństwa i wszystkich pomyślności na nowej drodze życia. W rodzinie Tara obowiązki te pełnili kolejno Varal, przed ślubem pierworodnego oraz Lavar, gdy do ołtarza szedł Natchilion. A to oznaczało, że teraz Tar musiał pozwolić bratu "oszpecić" swoją pierś, co nie napawało go optymizmem gdyż znał artystyczne zdolności starszego lwa.
- Zamierzam wyglądać dobrze - sprostował leonid i jako pierwszy zniknął w domowym zaciszu, ciągnąć za sobą kosz. Następnie, ustawiwszy go obok paleniska, Tar i Natchilion zaczęli przygotowywać wnętrze na przyjęcie znaczącej liczby gości. Po za nimi, Lavarem i rodzicami zmieścić się tutaj miała rodzina Nani wraz z kociętami ich młodszej córki, a także żony starszego rodzeństwa, które również przyjdą w towarzystwie pociech. Grunt, że przy takim składzie, Sarilli udało się zachować dość miejsca, by pomieścić trzech dorastających mężczyzn. Kilka osób więcej nie zrobi wrażenia na starszej kobiecie, która wróciła w idealnej chwili, by zaakceptować rezultat pracy.
- Ogień rozpalimy gdy zacznie zmierzchać - postanowiła, wykładając na szeroki stół kawały mięsa, a także owoce, miód i mąkę. - Lepiej znikajcie - dodała, cmokając każdego z syna w policzek. - Jesteście pomocni, ale za nic nie dam wam gotować. Zaczekajcie na zewnątrz lub poszukajcie sobie zajęcia. Goście przyjdą dopiero wieczorem.

Awatar użytkownika
Nani
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 110
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Nani »

Nani wróciła do domu razem ze swoją matką. Była podekscytowana ślubem, ale sama kolacja napawała ją pewną niepewnością. Ślub brała z Tarem, był jej miłością i nie miało znaczenia, że synem wodza. Natomiast jego rodzina... To była już inna historia. Wódz i jego żona stali najwyżej w hierarchii stada, za to ona, no cóż, była absolutnie zwyczajna, nie licząc ciemniejszego koloru skóry i burzy włosów. Tak naprawdę nie znała swoich przyszłych teściów, była za młoda by kiedykolwiek rozmawiać z nimi na głębsze tematy. Oczywiście wymieniali uprzejmości, w końcu Mau było malutką wioską pośrodku niczego. Ale to w zasadzie wszystko.

Przez jakiś czas krzątała się wokół własnego domu, nie potrafiąc znaleźć dla siebie miejsca. Ayo widząc córkę chodzącą jak we mgle postanowiła dać jej jakieś zajęcie.
- Weź dzban i idź nad rzekę po wodę - rzekła do córki. Nani jakby otrzeźwiała i spojrzała na matkę pytająco.
- Teraz? - spytała.
- Tak, teraz.
- Ale przecież już zaczyna zmierzchać, nie zdążę na...
- Zdążysz - Ayo weszła jej w słowo - chodzisz w tą i z powrotem jak oszołomiona gazela, przejdź się i uspokój, nie możesz iść w takim stanie do wodza.
Nani skrzywiła się, westchnęła, wzięła dzban i ruszyła nad rzekę.

Słońce wisiało nisko nad horyzontem. Lwica starała się nie myśleć o zbliżającej się kolacji. Szła przed siebie powtarzając w głowie "będzie dobrze". Kiedy dotarła nad rzekę zaczęło zmierzchać. Pochyliła się by nabrać wody i nagle usłyszała szelest w pobliskich krzakach. Odwróciła się gwałtownie, ale niczego nie dostrzegła. Chwilę później gliniany dzban trzasnął o ziemię, a Nani straciła przytomność.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Pustynia Nanher”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość