TrytoniaO dwóch takich, co nic nie zrobili

Wielkie miasto portowe. To tutaj poszukiwacze przygód wynajmują statki, wyładowują je po brzegi i wypływają na niebezpieczne wytrawy. Miasto położone na szlaku handlowym, roi się tu od przybyszów z innych krain. Tutaj spotykać mażesz wszystkie istoty chodzące po ziemi... i nie tylko...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Harmoniusz
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

O dwóch takich, co nic nie zrobili

Post autor: Harmoniusz »

        Zakołysał się na łańcuchu oddzielającym wnętrze rzeźni od podejrzanie opustoszałej uliczki. Zaczynało mu się powolutku nudzić, bo rzeźnik przetrzymywał Faro już z dobry kwadrans tam w środku. Wiedział jak bardzo mężczyzna lubił tego psiaka, ale z każdą wizytą w mieście ten pies siedział tam coraz dłużej. W końcu Harmoniusz znudził się na tyle, by wejść do środka, na wpół przymykając oczy, bo choć mięso jadał, oglądanie świńskich tusz i krowich udźców preferował już bezpośrednio na palenisku. Ominął ostrożnie zwisającą głową w dół tuszkę, z której jeszcze kapała świeża krew. Chłopak skrzywił się z niesmakiem.
        — Bleh — mruknął pod nosem, a po plecach przeszły mu ciarki.
        Potarł czoło dłonią schowaną w rękawie za dużej koszuli i wyminął kolejne świeżo ubite zwierzę. Na zapleczu znalazł swoją włochatą zgubę. I psa. Naprawdę, trytoński rzeźnik był jednym z najbardziej owłosionych ludzi, jakich zdarzyło się Harmoniuszowi poznać, a poznał ich niewielu, bo zaledwie dwóch. Tym drugim był drwal, ale rzeźnikowi do pięt nie był w stanie dosięgnąć. Ten pierwszy zaś był niesamowicie rudy — rude miał włosy na głowie, brwi, brodę, włosy na rękach, na knykciach, na plecach... Chłopak zmarszczył swoje niczym nie wyróżniające się czarne brwi. Po dłuższym namyśle doszedł do wniosku, że Faro mógł uznać rzeźnika za jednego ze swoich albo za rudą owieczkę, tylko nieco wyrośniętą. Pies miał się bardzo dobrze; wywalony brzuchem do góry doznawał potężnej dawki miąchania i miziania, przy okazji dostając smakołyki w postaci surowego mięsa, za które dałby się pokroić i sprzedać duszę Harmoniusza samemu Panu Otchłani. To niestety była prawda. Gdyby ktoś wrogi wiedział, w jakim stopniu Faro kochał jedzenie, natychmiast zdołałby przekabacić psiaka na swoją stronę za pomocą kawałka kiełbasy. I to marnej.
        Oparł się ramieniem o futrynę drzwi, przyglądając się temu uroczemu obrazkowi.
        — Psa mi przekarmicie, panie Ryszardzie — odezwał się po chwili z głupim uśmieszkiem na ustach.
        Pan Ryszard, mimo tęgiej postury i groźnego wyglądu, był przemiłym człowiekiem, kochającym — o, ironio — zwierzęta. Harmo w ogóle tego nie rozumiał, kiedyś próbował, ale skończyło się na tym, że skapitulował i przyjął argumenty rzeźnika do wiadomości. Lubił z nim rozmawiać, lubił dzielić się z nim swoimi przemyśleniami i uwielbiał słuchać różnych plotek z miasta oraz ze świata. Jako prowincjusz Harmo nie miał możliwości lepszego zapoznania się z tym światem, toteż wszelkie informacje czerpał z książek i opowieści podróżnych, a jako że pan Ryszard był jedynym — legalnie zarabiającym — rzeźnikiem w mieście, to znał niemal wszystkich i niemal wszystko o nich wiedział. A Harmo również lubił dużo wiedzieć o innych.
        Pan Ryszard zarechotał donośnie i chwycił się pod biodra.
        — Co, chłopcze, wreszcie się zdecydowałeś tu wejść, hę?
        — Znudziło mi się patrzenie na bruk — odparł, przyglądając się wielkiemu zakrwawionemu stołowi.
        — Więc przyszedłeś popatrzeć na to? — Rzeźnik wskazał kciukiem obiekt obserwowany przez chłopaka.
        — W sumie to przyszedłem po psa. Muszę jeszcze podskoczyć w jedno miejsce.
        — Ach, nierozłączni druhowie! No, dobrze, idźcie zatem. Pa, psinko — zwrócił się pan Ryszard do Faro, drapiąc go za uchem.
        Harmoniusz gwizdnął, a pies zaraz zjawił się wiernie przy jego nodze, oblizując ze smakiem pyszczek. Chłopak podziękował rzeźnikowi za gościnę i wyszedł na uliczkę, schowawszy ręce do kieszeni przydużych spodni, których krok niemal wisiał na wysokości kolan. Dziwne, że chłopak się jeszcze o nie nie zabił. Harmoniusz zawsze chodził niedbale ubrany, wszystko na niego było za duże, oprócz butów, bo buty musiał mieć dopasowane, by nie pogubić ich w trakcie ucieczki przed kimś. A lubił nosić buty. Szczególnie w lesie.
        Wiedział dokładnie, dokąd zmierzać, nie zwlekał więc i żwawo podążył w głąb uliczki, by zaraz skręcić w jeszcze węższą uliczkę, a stamtąd w zaułek, którym przeszedł do doków. Zatrzymał się na wylocie, swobodnie oparł się o rozpadającą się ścianę, zgiął nogę w kolanie i przeczekał kilka minut aż straż sobie zniknie za odległym rogiem jednej z tawern. Faro usiadł przy jego nodze, wpatrując mu się z entuzjazmem w oczy. Harmoniusz mrugnął do niego, pogłaskał po łbie, po czym zgrabnie wyłonił się z zaułka, kierując w przeciwną do kierunku marszu straży stronę. Przeszedł jeszcze specjalny labirynt, który znali nieliczni i wyjątkowi, aż dotarł w końcu na miejsce. Zatrzymał się przed otwartym frontem sklepu z przydatnymi rzeczami, oceniając sytuację. Po drodze minął oburzonego mężczyznę z latającym płaszczem. Najwyraźniej był to klient. Albo się mylił. Na pewno jedno z dwojga. Przekroczył próg sklepu z wiernym psem u boku, chcąc wykonać tajemnicze wejście, lecz to nie wyszło całkiem dobrze, bo po drodze Harmo zahaczył rękawem za dużej koszuli o jeden ze stosów skrzyń. Jak można się domyślić, huku było co nie miara, Faro zaczął szczekać na walające się po podłodze sprzęty, a chłopak począł kląć pod nosem jak szewc.
        — Cholera! — zaklął, rzucając się do posprzątania.
        Wtem usłyszał za sobą kroki, więc będąc wciąż w kuckach, obrócił się dosyć pokracznie i uśmiechnął niewinnie.
        — Cześć, Pao — zagaił milusińsko, udając, że wcale nie przewrócił wielkiego stosu skrzyń. Oparł się o jedną z nich. — Co słychać?
Awatar użytkownika
Gongpao
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Gongpao »

        Gongpao założyła ręce za plecy, zastanawiając się, co też podkusiło ją, by zaakceptować ofertę pracy. Mijała właśnie piąta z ośmiu godzin jej zmiany w sklepie z artykułami dla uczciwych inaczej, a klient - dżentelmen w dość grubym, czarnym i z pewnością zbyt ciepłym na obecną pogodę płaszczu - był zbyt wymagający nawet dla niej.
        - Mówi pan, że chce zbroję wodoodporną, lekką, przewiewną, a jednocześnie odporną na ciosy toporem i najlepiej nadającą się na pracę w urzędzie w dni powszednie, a ja panu delikatnie tłumaczę, że o takie, iż się tak wyrażę, itemy, należy się udać do maga, a nie pierwszego lepszego sklepu, czego tu nie rozumieć? - powtórzyła.
        - Wszystkiego! - obruszył się klient. - Droga pani, państwo są sklepem specjalistycznym, czyż nie? No, to powie mi droga pani, czy prośba moja nie jest dość dla was specjalistyczna?
        - Nie. Powiedziałabym raczej, że jest awykonalna - odparła Pao, pozwalając ostatniemu słowu powoli sączyć się z języka, tak, że nim wybrzmiała ostatnia jego litera, pierwsza już głębokim śladem wyryła się w umyśle rozmówcy.
        Klient, głęboko wzburzony, odwrócił się od niej na pięcie i gniewnym wzrokiem zlustrował przestrzeń sklepową. Po chwili do jego obecnego położenia przyłączył się czarny płaszcz, po drodze nie omieszkując pogwałcić dwóch czy trzech praw fizyki.
        - Chcę rozmawiać z kierownikiem - oznajmił po chwili.
        - Nie ma sprawy - oświadczyła Gongpao. - Wróć pan jutro.
        - Jak to, nie ma kierownika w waszym sklepie?
        - Cięcia w personelu - wzruszyła ramionami elfka. - Ciężkie czasy idą, usłyszeliśmy od zarządu, to i ilość etatów się zmniejszyła.
        Klient pokiwał głową.
        - A, tak, słyszałem od kolegi krasnoluda. Jakieś te, jak on to określił? Recesyje się szykują.
        - Otóż tak - zgodziła się Gongpao, nie do końca wiedząc, co oznacza słowo wypowiedziane przez klienta. W jej rodzinnych górach ciężkie czasy nie były jednym z istotnych problemów, prędzej już dopadłaby ją tam śmiertelna nuda i błoga naiwność, niż niewypłacalność finansowa. - Zatem, jeśli chce pan spotkać się z kierownikiem, to zapraszam jutro.
        - Hmm - odburknął klient, który przypomniał sobie naraz, że był zdenerwowany obsługą elfki. Niezwłocznie odwrócił się napięcie i opuścił sklep, nie omieszkując przy tym pozwolić swemu czarnemu płaszczu powiewać na nieistniejącym wietrze.
        Gongpao odczekała jeszcze chwilę, aż klient na dobre zniknie jej z oczu, nim wróciła do swojego zwyczajowego miejsca za prostokątną belą drewna, bardzo chcącą aspirować na kasę.
        - Możesz już wychodzić! - krzyknęła w przestrzeń.
        Zza kolumny stojącej pośrodku sklepu wyłonił się niski rudzielec w średnim wieku i pokracznie przemieścił się w kierunku elfki.
        - Dzięki - powiedział tylko.
        - Nie ma za co. - Uśmiechnęła się Gongpao. - Teraz tylko musisz wymyślić, co powiesz mu jutro. Kierowniku.
        Rudzielec machnął ręką.
        - Jakby to cokolwiek znaczyło w kwestiach finansowych, a nie tylko dodatkowych obowiązkach - mruknął. - Tak czy inaczej, wiszę ci pintę piwa. Wodoodporna, lekka, przewiewna i odporna zbroja, no jasne! Złodzieje w tych czasach nie znają granic, pamiętam, moja droga, gdy ja działałem, w samej koszuli zwiewało się przed strażą i nikt nie wybrzydzał.
        - To co, „Tysiąc Dróg” po zmianie? - przerwała mu elfka, nim na dobre zalała ją fala opowieści ze starych dobrych czasów.
        - Może być - zgodził się rudzielec, polerując pióro z ukrytym w nim nożem.
        Pao spojrzała na niego, spojrzała na pusty sklep, spojrzała na zegar, którego wskazówki uparcie wskazywały wciąż tę samą godzinę. I z braku zajęcia postanowiła, że jeszcze raz wybierze się w podróż sklepoznawczą, sprawdzić, czy aby na pewno wszystkie peleryny widki wiszą na tym samym haku, co pięć minut temu.
        Wisiały.
        Pao wróciła do kierownika, który próbował teraz doczyścić wyjątkowo głęboko schowaną część mechanizmu. Po krótkiej inspekcji elfka oceniła, że szansa, iż straci przy tym palce, wynosi około jeden do dwóch.
        - Wiesz, zawsze zastanawiałam się, po co komu sztylet ukryty w kałamarzu - oświadczyła, próbując zacząć rozmowę z szefem. - Większość osób, która do nas przychodzi, nie umie się nawet podpisać na karcie stałego klienta.
        - Pao, Pao, Pao - pokręcił głową rudzielec. - Gdybyś miała choć tyle wyobraźni, co cynicznych myśli, nie musiałabyś sterczeć tu ze mną w sklepie za marne grosze. Pomyśl tylko, piszesz list, podchodzi ktoś z tyłu, przykłada stal na gardło, czujesz jej chłód, słyszysz słowa: „Oddaj wszystkie swoje kosztowności lub zginiesz” i myślisz sobie, o nie, już po mnie! Ale wtedy właśnie przypominasz sobie, że przecież piszesz list! Sięgasz więc jak gdyby nigdy nic po kałamarz - zaprezentował podekscytowany rudzielec, który z jakieś powodu wciąż nie otrzymał imienia od autorów tego wątku - i ha! Wyciągasz sztylet!
        - No dobrze, ale ta druga osoba wciąż ma stal na twoim gardle - zauważyła Pao. - Która ma znacznie krótszą drogę do celu, niż twój sztylet w wyciągniętej ręce.
        Rudzielec otworzył usta, żeby jej odpowiedzieć, donośny huk zagłuszył jednak jego słowa.
        Oboje podskoczyli zaskoczeni. Nie byli przyzwyczajeni do takiej ilości klientów jednego dnia.
        - Sprawdzę, kto to - zaoferowała elfka. - Ty lepiej zostań i ćwicz wrodzoną prędkość.
        - Bardzo śmieszne. Jak cię zatrudniałem, byłaś mniej wygadana - burknął pod nosem rudzielec.
        Elfka puściła tę uwagę mimo spiczastych uszu, zbyt już zaaferowana nowym wydarzeniem, by się obrazić. Dobrze wiedziała, że tak czy siak rudzielec nie znalazłby nikogo na jej miejsce.
        - Cześć, Pao — usłyszała naraz od źródła hałasu, jakim był młody chłopak. - Co słychać?
        - Hej... - zawahała się, szukając w głowie imienia klienta. Nigdy nie miała do nich pamięci. - Renart. Renart, tak? U mnie wszystko w porządku, życie po staremu, jak widzisz. Czasem ktoś przyjdzie kupić płaszcz, innym razem trzeba posprzątać po wyjątkowo zdolnym kliencie. - Uśmiechnęła się delikatnie, zbierając porozrzucane sprzęty. - A jak sprawdza się twój wytrych, miałeś już go szansę wypróbować w akcji? Napadzie, skoku, kradzieży, obrabunku? Może byłbyś zainteresowany kupnem kałamarza z ukrytym sztyletem do zestawu? Świetny gadżet, sprawdza się doskonale w tych wszystkich sytuacjach, gdy piszesz list, a ktoś podkłada ci akurat nóż pod grdyk, wiesz, taka standardowa złodziejska Deria.
        W głębi sklepu oczy rudzielca ciskały w nią sztyletami. I to nie takimi ukrytymi w kałamarzu.
Ostatnio edytowane przez Gongpao 3 miesiące temu, edytowano łącznie 2 razy.
Awatar użytkownika
Harmoniusz
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Harmoniusz »

        Dla niego podniesienie ciężkiej drewnianej skrzyni było jak pstryknięcie palcami dla magika-iluzjonisty, dlatego tak szybko poustawiał wszystko na miejsce, by zaraz pomóc elfce w sprzątaniu reszty gratów. Lubił Pao, była bardzo... bardzo elfia... Cokolwiek to znaczyło. W każdym razie, względem Harmosza zachowywała się przyzwoicie, a jej nieco wisielcze i sarkastyczne poczucie humoru bardzo mu odpowiadało. Myślał, że mógłby się z nią dogadać na wielu innych płaszczyznach poza tą sklepowo-zawodową.
        Udał, że jest zakłopotany wyrządzonym przez siebie bałaganem, uśmiechnął się nerwowo i potarł kark. Ale dlaczego nazwała go Renart? Ano, właśnie. Tak naprawdę Renart był z dawna zmarłym poetą pochodzącym z jakiejś wyspy na Morzu Jadeitów, a Harmoniuszowi tak się to imię spodobało, że postanowił przedstawić się koleżance właśnie nim. Dlaczego? Dla zabawy. Chłopak nie przepadał, a wręcz unikał wyjawiania swojego prawdziwego imienia, które notabene znał tylko jego ojciec; chciał roztaczać wokół siebie aurę tajemnicy, jakiegoś niedopowiedzenia. Tak robili wszyscy szanujący się szpiedzy, którzy odgrywali główne role w przeczytanych przez niego książkach. Poza tym spodobał mu się pomysł wcielania się w różne postaci, mające ratować dzień. Takim sposobem zdarzyło mu się już udawać posłańca, gdy został przyłapany na kradzieży listu miłosnego zaadresowanego do pewnej damy. Harmosz ma wyjątkowy dar do wymyślania imion na poczekaniu i kłamania jak z nut. Wszelkie zmyślone przez niego historyjki miały w sobie nierzadko ziarnko prawdy, można je było uznać za swego rodzaju parafrazy czy też parodie, jakby to powiedział reżyser tutejszego teatru. Nierzadko również nie udawało mu się przekonać wymiaru sprawiedliwości do swojej wersji wydarzeń. Niestety.
        W odpowiedzi na pytanie Pao szybko wyjął wytrych z kieszeni za dużych spodni i obrócił go zręcznie w dłoni.
        — Poza włamaniem się do własnej stodoły? — zastanowił się. — To nie. Żadnych rabunków, napadów... Jestem uczciwym złodziejem, nie to co te chłystki ze Szczurzego Zakątka — rzekł dumnie i uśmiechnął się figlarnie. Ponownie zakręcił wytrychem. — Kradnę tylko to, co wiem, że mogę ukraść.
        Mrugnął do niej flirciarsko, po czym schował sprzęt z powrotem do spodni. W tym samym czasie Faro usiadł obok nogi Pao z wywalonym jęzorem, merdając radośnie ogonem. Najwyraźniej nie dość mu było smakołyków... Po chwili jednak wstał i z nosem przy ziemi poszedł w głąb sklepu, zgrabnie - w porównaniu do Harmosza - omijając wszelkie przeszkody.
        — I po co tam leziesz? — zapytał za nim chłopak, ale pies już zniknął mu gdzieś z oczu. — Ciekawość zabiła kota! — krzyknął i zaśmiał się pod nosem.
        Wtem rozległ się kolejny huk, tym razem w parze z krótkim okrzykiem. Następnie do uszu ich obojga dotarła soczysta wiązanka, składająca się przede wszystkim ze słów wyjątkowo nieparlamentarnych. W kolejnej chwili podbiegł do Harmosza wielce szczęśliwy Faro, w pysku trzymając coś co przypominało... kałamarz? Ale ten kałamarz był jakiś taki... wygięty. Pognieciony? Stłuczony!
        Chłopak zabrał psu nową zabawkę i zaraz ruszył ku ladzie, za którą, przewracając wszystko na półkach, tłukł się niski rudzielec. Trzymał się za rękę. Dopiero poniewczasie Harmosz dostrzegł, że z ręki wypływa krew.
        — Co się stało? — zapytał zbity z tropu.
        — Co się stało? — powtórzył rudzielec, nadal przeszukując półki. — On się pyta „co się stało?”! Ja ci powiem, co się stało!
        Harmosz włożył ręce do kieszeni, czekając aż dowie się, co się stało.
        — To się stało, że twój pies, to... to bydlę wparowało tutaj, jak czyściłem ostatni do wyczyszczenia mechanizm! I, o! Widzisz?! — krzyknął piskliwie, wyszedł zza lady i podetknął krwawiącą rękę pod nos chłopaka. Ten odsunął głowę, a jego podbródek nagle stał się podwójny.
        — Jaki mechanizm? — zapytał głupio, wciąż utrzymując bezpieczny dystans.
        — Pao, weź mu powiedz, bo mnie tu krew zalewa.
        I rudzielec zniknął na zapleczu, pozostawiając Harmosza potężnie skonsternowanego. A Faro? Faro dalej myszkował z nosem przy podłodze, strącając z niższych półek co lżejsze precjoza.
Awatar użytkownika
Gongpao
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Gongpao »

        Gongpao uśmiechnęła się ostrożnie w odpowiedzi na Rena nerwowy tik. Słyszała już kiedyś o tym wyjątkowym ludzkim schorzeniu od medyka poznanego podczas wędrówek po Pustyni Nanher. Mówił, że jeśli istnieją dwie rzeczy, których winna się wystrzegać młoda elfka o jej naiwnej naturze, są to właśnie nerwowe tiki i mokre skarpety w plecaku.
        Renart był jednak jej klientem, jednym z najmilszych przy tym. Nie, żeby poprzeczka wisiała wysoko, w zasadzie każda osoba, która nie burczała na nią w wejściu, już wyróżniała się na plus.
        „W dzisiejszych czasach nikt nie ma już szacunku do biednych pracowników, którzy całe swoje istnienie - a przynajmniej osiem jego godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, poprawiła się - poświęcają, by inni mogli kraść lepiej”.
        W jej wiosce nazwaliby to na pewno upadkiem obyczajów. W Trytonii zapewne codziennością.
        Pao schyliła się, by podrapać psa Renarta za uchem. W tej właśnie chwili on postanowił poczłapać w głąb sklepu, elfka została więc sama z wyciągniętą ręką.
        - Może to i lepiej, że włamujesz się tylko do własnych stodół? - zwróciła się do Renarta, wstając z klęczek. - Mierzyć siły na zamiary albo, jak to mówią w mojej wiosce, nie próbować zatrzymać wulkanu kulą ognia. Nie, żebym sugerowała, że jesteś kiepskim złodziejem - poprawiła się naprędce. - Po prostu może inni są bardziej, hmm, doświadczeni, o, tak. Ale gdybyś na przykład chciał nadrobić doświadczenie sprzętem, polecam gwizdek na krowy. - Wzięła przedmiot z półki, przykładając wargi do ustnika. - Gfizdze się o tu i kfowy same do ciebie pfybiegają, otwiefając dzwi stodoły sfoimi dfiema tonami fagi!
        Dmuchnęła w gwizdek z całych sił, wzmocnionych jej nikłymi umiejętnościami w magii powietrza. Zamiast krowy, z zaplecza wytoczył się jednak tylko Anatolij, krzycząc na Renarta i jego psa.
        - A, tak, jeden z efektów ubocznych - dodała zakłopotana Pao, odkładając gwizdek na półkę. - Podobna frekwencja dźwięku czasem działa też na umysły kierowników.
        Gdy jednak Anatolij nie ustawał w swoich krzykach, elfka postanowiła, że nie jej mieszać się w jego sprawy i, miast być stroną w sporze, odkryła naraz niedoceniany przez wielu urok rosnącej pleśni na ścianie nad drzwiami.
        Nie dane jej było długo ignorować sytuacji.
        - Pao, weź mu powiedz, bo mnie tu krew zalewa.
        Elfka spojrzała wtedy na swojego menadżera i krzyknęła oszołomiona.
        - Prasmoku, widzę właśnie! Pokaż mi tę rękę - rozkazała, prędko pokonując dzielące ich pudła i skrzynie.
        - To tylko draśnięcie - zarumienił się rudzielec, gdy Pao ostrożnie wzięła dłoń w jego palce.
        - Draśnięcie? Stracisz rękę, jeśli szybko z czymś tego nie zrobimy. To znaczy - poprawiła się. - Tak mi się wydaje, brałam tylko jeden rok medycyny wstępnej. Czy ludzie mają tętnice w nadgarstku?
        Anatolij pokręcił głową.
        - Tak czy siak, musimy cię zaprowadzić do medyka. Renart, pomóż mi go podnieść. Kojarzysz medyka na rogu Złodziejskiej? Idziemy tam.
        Twarz rudzielca zaczęła coraz bardziej upodabniać się do koloru ścian - a przynajmniej do koloru, w jakim były kiedyś, nim lata lenistwa pracowników i podejrzanych akcji klientów nie uczyniło ich żółtymi.
        - Nie ma co, nie ma co. - Machnął zdrową ręką. - Jeszcze wystawi mi rachunek na tysiące ruenów i będę musiał zaciągnąć kolejny dług u tych krasnali.
        - Kolejny? - zdziwiła się Pao, biorąc go pod ramię.
        - Jakiś frajer w turbanie sprzedał mi kiedyś kamień filozoficzny. Długa historia - zbył temat Anatolij, chwiejąc się na nogach.
        Pao pokręciła głową. Miała tylko nadzieję, że z pomocą Renarta zdążą dotrzeć do medyka, zanim jej kierownik straci przytomność.
Awatar użytkownika
Harmoniusz
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Harmoniusz »

        Przeszywające na wskroś gwizdnięcie w wykonaniu Pao spotkało się z natychmiastową reakcją u Harmoniusza w postaci szybkiego zakrycia uszu, by przypadkiem nic z nich nie wyleciało. Albo do nich wleciało. Delikatny i wrażliwy słuch chłopaka już nie raz dał mu się we znaki, bo przecież to normalne, że ktoś bez pardonu raczy wrzasnąć mu prosto do ucha, stojąc tuż przy nim... A i nierzadko nawet nie jest odbiorcą tych wrzasków. Potrząsnął głową, próbując pozbyć się natrętnego dzwonienia, po czym uśmiechnął się niemrawo i pogrzebał sobie w uchu.
        — Jesteś pewna, że to tylko na krowy i kierowników? — zapytał, nie wyczuwszy sarkazmu w głosie elfki i rzucając głową na prawo i lewo. — Bo mnie się wydaje, że jeszcze na niedźwiedzie...
        Choć niedźwiedzi na terenach wokół Trytonii nie spotkał, wolał nie kusić losu i trzymać się od nich z daleka. Słyszał wiele opowieści i dużo czytał, więc preferował ograniczyć kontakt do niezbędnego minimum, mimo że niedźwiedzia nigdy na oczy nie widział. Jego pierwsze wyobrażenia o tych zwierzętach były godne co najmniej trzylatka, bo Harmosz był wręcz przeświadczony, że niedźwiedzie mówią tylko „nie”, chodząc na dwóch łapach i chwalą się swoimi kocimi mordami. Dopiero po przeczytaniu bestiariusza pewnego uczonego o imieniu Adalbert zrozumiał, jak bardzo się mylił w swoich wizjach. Niemniej, taki gwizdek...
        — Mógłby nawet nieboszczyka zawezwać... — dokończył na głos, nadal grzebiąc w uchu.
        Zamieszanie spowodowane wrzaskami Anatolija spowodowało, że Harmosz natychmiast zapomniał o budzącym trupy gwizdku i pomógł elfce w podtrzymywaniu lecącego im z nóg kierownika. Faro począł biegać dookoła nich i radośnie szczekać, ale chłopak kazał mu iść przodem – tak więc pies zrobił. Pobiegł przodem. Za dwa kroki zatrzymał się i obrócił, by sprawdzić, czy na pewno za nim podążają. To był bardzo mądry piesek. Harmosz tylko skinął głową i rzucił krótkie „no”, a zwierzak kontynuował truchcik. Wtem Anatolij zaczął machać mu ręką przed oczami.
        — Nie ma co, nie ma co — usłyszał, unikając bezpośredniego kontaktu jego ręki ze swoją twarzą.
        Odtrącił więc tę rękę i szepnął, nie siląc się na dyskrecję tak naprawdę, do Pao:
        — Bredzić zaczął, to niedobrze. Bo co to ten Turban cały? To jakiś kraj? Ptak? But?
        Ale usłyszał o kamieniu filozoficznym, i choć nie wiedział, czym był ten wynalazek, postanowił wypytać o niego kierownika, zaczynając doprowadzać go powoli do szału. Kierownik bowiem, jak nie chciał czegoś opowiadać, to nie opowiadał, a takie zaczepne pytania w stylu: „a skąd to?”, „a co to?”, „a do czego to?” tylko jeszcze bardziej go irytowały. A właśnie takie pytania zaczął mu zadawać Harmosz. I kiedy wyszli już na główną ulicę, musieli unikać spojrzeń przechodniów, gdyż Anatolij począł piskliwie krzyczeć na chłopaka, by dał mu spokój.
        — Rękę stracić mogę, a ty mi takie pytania zadajesz?! Czy ty myślisz, że to tak łatwo prowadzić taki biznes?! Wiesz, jakie to ryzykowne?! Półtora klienta na dzień nie przynosi kokosów, to trzeba ryzykować, bo na rynku się nie ostaniesz! Pao, powiedz mu, że się nie ostanie.
        Harmosz uniósł brew, zerkając niepewnie ku elfce. Nie miał zielonego pojęcia, o czym mówił mężczyzna. Gadał bez sensu, bo skąd nagle temat prowadzenia działalności, gdy ten się pytał o konkretny przedmiot?
        — Chyba stracił więcej krwi, niż sądzimy — rzucił do Pao, a w następnej chwili zatrzymał się i rzekł: — Papla od rzeczy, trzeba się pospieszyć.
        I bez pardonu i szczególnego wysiłku przewiesił sobie rudzielca przez ramię tak, że zwisał rudą głową w dół. Uśmiechnął się zalotnie do elfki, chwaląc się swoją siłą, po czym podrzucił sobie kierownika, by go poprawić, i ruszył zadowolony ulicą na róg Złodziejskiej. Faro po drodze zdołał wystraszyć kilka kotów, przebiec jakiejś kobiecinie pod suknią, przewrócić jakiegoś bachora i znaleźć wielkiego patyka. Jako że szedł na przedzie, ludzie odskakiwali, robiąc całej zgrai miejsce na chodniku. Harmosz zagaił do Gongpao:
        — Często wam się to zdarza? W sensie, wiesz, odwiedziny u medyka.
        Ponownie podrzucił Anatolija, a na jego twarzy ukazał się złośliwy uśmieszek. Chciał pokazać dziewczynie, jak silny był. Dla niego to pestka. Lubił się chwalić i podrywać ładne panny. A Pao była bardzo ładna. I choć nie znali się dobrze, to dobrze się rozumieli. Tak mu się przynajmniej wydawało.
        Przed lecznicą chłopak mało wysublimowanie posadził rudzielca na ziemi, po czym zapukał w drzwi, z których odchodziła ciemnoniebieska farba. Szyld wiszący nad nimi wyraźnie głosił „MEDYK PIERWSZEGO KONTAKTU”. Harmosz nigdy nie był u medyka. Był bardzo ciekaw, jak taka wizyta wygląda. I niedługo miał się o tym przekonać.
Awatar użytkownika
Gongpao
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Gongpao »

        Gongpao zachichotała, gdy Renart zaczął dopytywać się o naturę turbanu. Nadal nie przywykła do tego, jak nikła tu była wiedza na temat świata w porównaniu do jej rodzinnej wioski, gdzie co prawda niewielu umiałoby ugotować sojowego kotleta na obiad, ale każdy wytłumaczyłby jej dokładnie, jak zrobić to w teorii.
        Ktokolwiek powiedział, że wiedza jest podstawą prawidłowego funkcjonowania świata, najwyraźniej nie wychowywał się w wiosce górskich elfów.
        - Takie nakrycie głowy - wytłumaczyła elfka. - Tylko, jakby, średnio praktyczne, bo to taka długa chustka, którą trzeba się owinąć. Włosy się mogą zaplątać.
        Odsapnęła, gdy Renart bezceremonialnie przełożył Anatolija przez ramię, dziwiąc się jego sile. Nie wyglądał na takiego, to na pewno. A już zwłaszcza w tych ogromnych ubraniach, co najmniej o rozmiar za dużych.
        „Widać, że nie ma w jego życiu kobiety”, pojawiła się przelotna myśl w umyśle elfki, szybko zignorowana przez narastający bełkot Anatolija.
        - Wiesz, raczej staramy się nie chodzić, jeśli nie trzeba - odpowiedziała na pytanie Renarta. - Zwłaszcza, że co niektórzy mają inne priorytety. Ja na przykład zawsze, to znaczy od jakichś dwóch godzin, chciałam nauczyć się grać na lutni, ale z dniówką Anatolija, nie stanie się to, nim cała chęć na to mi nie przejdzie.
        Gdy jednak stanęli przed odrobinę zaniedbanymi drzwiami medyka, zamilkła, delikatnie pukając w drzwi. Kiedy jednak nikt nie odpowiedział, zapukała głośniej.
        Po minucie waliła w drzwi pięściami, mając nadzieję, że nie wylecą z framugi.
        Otworzyła im wysoka kobieta, ubrana w coś, w czym z pewnością nie można było wygodnie przeprowadzać operacji. Na głowie nosiła ciemnozieloną opaskę, jej czarne oczy iskrzyły się pomimo zewnętrznego chłodu. I ten zapach - pachniała jak świeżo wydeptana trawa i coś więcej. Lasem, uświadomiła sobie Pao. A przecież w Trytonii nie ma drzew, bo ilekroć ktoś jakieś zasadza, ktoś inny podpala je następnej nocy. Ku pokrzepieniu serc, jak mówią lokalni, choć Anatolij tłumaczył jej, że w istocie rozchodziło się o zaległy dług trzech ruenów Gildii Leśnictwa u okolicznej grupy lichwiarzy, który na skutek wieków odsetek rozrósł się do trzech rezydencji w centrum miasta i jednego kota.
        - Witam - powiedziała kobieta, mierząc ich uważnym wzrokiem. - Wy do medyka?
        Gongpao spojrzała na Anatolija, który prowadził ożywiony dyskurs na temat wyższości sztyletów nad miecze ze ścianą budynku.
        - Tak, tak mi się wydaje - skinęła głową.
        - Proszę za mną - powiedziała medyczka, otwierając drzwi szerzej.
        I wtedy Pao zrozumiała, skąd brał się zapach lasu. Każdy kąt małej izby zawalony był rośliną lub bliżej nieokreślonymi pnączami. Zapachy kwiatów mieszały się ze świeżością trawy, stając się czymś, co po prawdzie pachniało interesująco, ale raczej przytłaczająco niż ładnie. Wszechobecna zieleń wyzywająco wręcz kontrastowała z granatem i brązami przechodzących w ponurą szarość trytońskiej ulicy. A pośrodku wszystkich tych roślin, jakby nigdy nic, stał dębowy stolik, na który ktoś niedbale rzucił plik rycin z wyjątkowo szczęśliwymi przedstawicielami rodzaju ludzkiego i dużą ilością gwiazdek w rogu.
        - Szczerze mówiąc, myślałam, że przyjmuje tu mężczyzna - przyznała Pao.
        - Mój ojciec - wyjaśniła medyczka. - Niestety, jest teraz w sądzie, klient wytoczył mu rozprawę na temat nerek, które operował. Podobno wstawił mu lewą na prawą i teraz wszystko filtrują na odwrót. - Wzruszyła ramionami.
        - Aha - skwitowała Pao, patrząc na Anatolija. Miała tylko nadzieję, że będzie jej wdzięczny, jeśli obudzi się z kciukiem na miejscu palca wskazującego.
        - Macie pieniądze? - zapytała bez ogródek kobieta. - Biorę dziesięć procent z góry, resztę już po uratowaniu życia. Standardowa cena za godzinę mojej pracy, plus koszta szwów, przyborów i, jak to mówimy w naszym zawodowym żargonie, hospitalizacyi. W sumie czterysta trzydzieści ruenów, z czego czterdzieści trzy teraz.
        - Za założenie paru szwów?! - oburzyła się Pao.
        - I wysoką jakość usług. Gdy będzie miała pani okazję, proszę przeczytać, co mówią o nas poprzedni klienci - powiedziała medyczka, wskazując na ryciny.
        - To rozbój w biały dzień - stwierdziła zdegustowana Pao.
        - Być może. Na twoim miejscu zapytałabym się jednak twojego znajomego, czym jest prawdziwy rozbój. Wygląda mi na takiego, który się na tym zna.
        Gongpao fuknęła, wysupłując z sakiewki monety. Czterdzieści trzy rueny! Prawie że cała jej dniówka. Nic dziwnego, że Anatolij wolał wydać je na kamień filozoficzny.
        Medyczka zwinnym ruchem wzięła monety z jej ręki, odbierając od Renarta Anatolija. Jak na swoją posturę, była naprawdę silna. I naprawdę, naprawdę wysoka, uświadomiła sobie Gongpao.
        - Będziecie mogli odebrać go jutro - oświadczyła. - Tylko pamiętajcie, żeby przynieść pieniądze.
        - Świetnie - powiedziała Gongpao, gdy już zamknęły się za nimi drzwi. - Całe to miejsce nie grzeszy moralnością, nie tylko złodzieje. Czterdzieści trzy rueny!
        I wtedy uświadomiła sobie, że sklep - a co ważniejsze jego kasa - pozostawały niezamknięte i, przy odrobinie szczęścia, również nieobrabowane. A Anatolij wisiał jej przecież piwo w „Tysiącu Dróg”.
        „To w zasadzie nie jest nieetyczne, zwłaszcza jak na standardy tego miasta. Pożyczyłam przecież niejako Anatolijowi przed chwilą czterdzieści trzy rueny, co przy odpowiednio wysokim procencie składanym przełożyło się już na jakieś co najmniej czterdzieści sześć monet. A nim dotrzemy do sklepu, kto wie, być może wyniesie nawet osiemdziesiąt”.
        - Hej, Renart - zwróciła się bezpośrednio do chłopaka. - Nie chciałbyś wpaść ze mną do „Tysiąca”, kiedy tylko zamknę sklep? Na koszt firmy oczywiście. - Uśmiechnęła się niecnie.
        Podobało jej się trytońskie myślenie, stwierdziła. Było dużo bardziej praktyczne, niż te teoretyczne dyskursy z jej wioski.
Awatar użytkownika
Harmoniusz
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Harmoniusz »

        Prowadzony przez Anatolija monolog, którego odbiorcą była ceglana, rozpadająca się ściana budynku, tak zafascynował chłopaka, że aż usiadł na spróchniałej skrzyni i z zaciekawieniem wsłuchiwał się w wykład rudzielca. Zupełnie nie przeszkadzał mu fakt, że właściciel sklepu gadał do ściany, bardziej zaintrygowało to, że sztylety cieszyły się większą popularnością wśród biedoty, bo były mniejsze, tańsze i zdecydowanie groźniej wyglądające w czasie okupu, niż takie dwuręczne molochy, jakimi były półtoraki. Trzeba pominąć fakt, że Harmosz ni w ząb nie znał się na broni białej. On konserwę wytrychem potrafił otworzyć; w sumie to nawet nie wytrychem, a palcami, bo co to dla niego rozłupać dłonią metalowe wieczko?
        Wsłuchany i wpatrzony w rudzielca jak sroka w gnat przestał rejestrować wszelkie bodźce płynące ze świata zewnętrznego, dlatego, gdy tylko Pao poczęła walić pięściami w drzwi, chłopak aż podskoczył, kiedy do jego wrażliwych uszu dotarł ten łomot. W wyniku podskoku skrzynia raczyła żałośnie stęknąć i rozsypać się pod ciężarem chudzielca. Harmosz przeklął pod nosem, podnosząc się mało zgrabnie z zimnego bruku. Wtem drzwi kliniki otworzyły się z przerażającym zgrzytem raniącym wrażliwy słuch chłopaka — musiał zakryć uszy przydługimi rękawami, by nikogo nie uderzyć z tej udręki. Poleciał kolejny wulgaryzm. Uniósłszy wzrok, ujrzał kobietę o surowej urodzie, czyli taką, której nie chciałby spotkać z własnej woli. Miała na sobie biały fartuch — to ciekawe, bo czytał o ludziach noszących białe fartuchy, ale w większości były to osoby przebywające w pracowniach alchemicznych i odczytujące prawie niewidoczne ślady na przykład z miejsc, w których doszło do zabójstwa...
        Z myśli wyrwała go rozmowa między Pao a medyczką, która zmusiła go do podniesienia z klęczek powodu, dla którego się tu znaleźli. Anatolij coś zabrzęczał pod nosem, ściskając zranioną rękę drugą ręką, spod niej zaś wypływała krew. Harmosz ponownie zarzucił go sobie na ramię i wraz z nim ruszył za kobietami w głąb kliniki. Drzwi zamknął butem.
Zmarszczył nos, gdy dotarł do niego przytłaczający zapach ziół i roślin maści wszelakiej. Nie wyglądał na zadowolonego. Harmoniusz, będąc smokiem, a o tym nie wiedząc, miał ponadprzeciętną ilość receptorów węchowych — miał ich więcej niż pies, dlatego pragnął teraz z całego serca jak najszybciej się stąd wynieść. Rozglądał się mało inteligentnym wzrokiem po tej dziwnej izbie, ze zgrozą odnajdując w kolejnych kątach coraz to więcej czaszek zwierząt i istot humanoidalnych. Dalszej rozmowie kobiet się nie przysłuchiwał, w głowie mając jedynie wyliczoną z dokładnością do jednego palca drogę ewakuacji. Nie zarejestrował nawet faktu, że medyczka bez większego wysiłku odebrała od niego krępego i krwawiącego rudzielca. Nawet nie powiedział nic na do widzenia, po prostu wyszedł.
        Odetchnął głęboko powietrzem przesiąkniętym zapachem błota i ryb. I czegoś jeszcze, ale nie chciał zgadywać. Faro nadal siedział w tym samym miejscu, co wcześniej, z tym samym kijem, co uprzednio. Chłopak pogłaskał psiaka po głowie i obrócił się w kierunku Pao. I wtem usłyszał jej słowa.
        — To w cholerę dużo — syknął, jakby go coś zabolało. Wiedział, jak to jest nie mieć pieniędzy. Sam doświadczał tego na co dzień. Dlatego kradł.
        Harmoniusz, szczerze powiedziawszy, piwo wypił dwa razy w swoim życiu. Za to Renart, jego alter ego, pił whisky i brandy na statkach, gdy przemierzał morza i oceany w poszukiwaniu inspiracji do swojej wyszukanej i niezrozumiałej dla nikogo poza nim swojej poezji. Zatem, usłyszawszy propozycję elfki, skinął ochoczo głową i oparł się zalotnie ręką o ścianę budynku. Próbował wyglądać przystojnie i flirciarsko, lecz cały efekt psuły za duże ubrania.
        — Z tobą? To będzie sama przyjemność!
        Mrugnął do niej zawadiacko, po czym gwizdnął na Faro, klepnął się w udo, a pies po chwili stał już u jego boku. Z wielkim kijem odstraszającym ludzi.
Awatar użytkownika
Gongpao
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Gongpao »

        Pao zmierzała dziarskim - jeśli można nazwać tak jakikolwiek styl poruszania się filigranowej elfki - krokiem, pomrukując pod nosem coraz to nowe obelgi kierowane pod adresem medyczki.
        - Czterysta trzydzieści ruenów! Złodzieje, nie, gorzej nawet, złodzieje nie odprowadzają tych tam, podatków, więc przynajmniej mogą się do nich dorwać te, jak ich nazywał Anatolij, fiskuzy i wtedy człowiek albo elf ma satysfakcję, nie finansową, oczywiście, bo fiskuzy biorą cały majątek rzeczonego dżentelmena dla siebie, ale chociaż psychologiczną. A tacy lekarze? Nie dość, że rabują w biały dzień, to jeszcze wytaczają człowiekowi potem proces za jego pieniądze! - fuknęła Pao i, nie bacząc na towarzysza, tylko bardziej jeszcze przyspieszyła swój i tak już dziarski krok, nie omieszkując w myślach naliczać zabójczych odsetek na czterdziestu trzech pożyczonych Anatolijowi ruenach.
        Mędrcy z wioski Pao powiadają, że czasoprzestrzeń ma w zwyczaju zakrzywiać się na nowe sposoby, jeśli jadła dzień wcześniej coś wyjątkowo ostrego. Lub gdy wykrywa, że z każdą upływającą chwilą pewna elfka nalicza zabójcze odsetki na czterdziestu trzech pożyczonych ruenach człowieka i tak już poszkodowanego.
        Pao niestety ominęła ten jakże ważny wykład, ponieważ poszła na ćwiczenia z Przywitań ludzkych i odmian ich wieczornych, jakie więc było jej zdziwienie, gdy naraz znaleźli się z powrotem pod sklepem.
         - Hmm - pomyślała na głos. - Zawsze myślałam, że do Złodziejskiej jest dalej. No cóż, zawsze możemy poczekać pod sklepem, odsetki same się nabiją.
        Czasoprzestrzeń zatrzaskała gdzieś między trzecim a czwartym wymiarem i naraz Harmosz, Faro i Pao wylądowali za drzwiami sklepu. Niektórym zwyczajnie nie można pozwolić na oszukiwanie, aby uchronić się przed paradoksem większym niż wszechobecni podróżnicy w czasie niestrudzenie zabijający swoich dziadków.
        Gongpao westchnęła, zdeterminowana jednak odebrać należyte odsetki. Podeszła do kasy i zaczęła powoli wybierać rueny z kasy. Szczęściem - lub nie - przez parę chwil ich nieobecności nikt jeszcze sklepu nie obrabował, co jak na Trytonię stanowiło samo w sobie osiągnięcie.
        Podobnie jak beznadziejne próby wybrania przez elfkę choć jednego ruena więcej, niż jej się to należało podług stóp procentowych naliczanych przez lokalnych lichwiarzy. Jej naiwna, dobra natura walczyła z nowo nabytym trytońskim myśleniem, wygrywając bez żadnych problemów - gdy tylko palce sięgały po czterdziestą czwartą monetę, ta wyślizgiwała się, z cichym brzdękiem wpadając z powrotem do kasy.
        Po czwartej próbie elfka zrezygnowała. Jak to mówili na wykładach, których nie ominęła na rzecz Przywitań ludzkych i odmian ich wieczornych, tylko głupi oczekuje innych rezultatów, używając tych samych narzędzi. Mądry idzie do lokalnego majstera po nowy młotek.
        - Renart, podejdziesz na chwilę? - zapytała niewinnym głosem. - Mam dla ciebie jedno, drobne zadanko. Potem zamykamy i idziemy do karczmy na popijawę.
Awatar użytkownika
Harmoniusz
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Harmoniusz »

        Podążał za dziarsko kroczącą elfką, truchtając co kilka kroków, by nadążyć, i wyglądając przy tym jak jej osobisty zakłopotany parobek. Gdzieś kiedyś od kogoś słyszał, że jej rasa słynęła ze stoickiego spokoju, którym obdarowywała z chęcią niecierpliwych, wiecznie wściekłych ludzi... Ci ludzie właśnie w tej chwili rozstępowali się na boki, niby przed kolczastym taranem, który mógłby zmieść ich z portowych desek do portowej zatoki szybciej, niżby sobie tego życzyli. Harmoniusz również uważał, by nie znaleźć się zbyt blisko koleżanki, tak na wszelki wypadek zachowywał zdrowy i bezpieczny dystans, nie chcąc podbiec pod jej rękę. Lub nogę.
        Słyszał oburzenie płynące z jej ust, ale był pewien, czy to ona wyburkiwała jakieś słowa, czy to mewy skrzeczały, paskudząc na ładunek znajdujący się na którymś ze statków. Jeśli to drugie, to ładunek musiał zawierać w sobie wiele pustych beczek... Po co przewozić puste beczki?
        Tak go ta myśl pochłonęła, że nie dążył zauważyć, kiedy zjawili się z powrotem pod otwartymi drzwiami sklepu. Złapał oddech i uniósł wzrok na wytarty i zdezelowany szyld. Wyglądał cudacznie w tych wiszących na nim ubraniach. Gdyby grawitacja rzeczywiście była prawdziwa, chłopak chodziłby na wpół goły, w najlepszym razie. Te łachy nie miały prawa tak uparcie trzymać się na takim chudziaku i jeszcze mu w chodzeniu nie przeszkadzać.
        Dotarły do niego zdziwione słowa elfki. Nie odrywając oczu od szyldu, odparł, wkładając ręce do kieszeni:
        — Albo pójść do „Tysiąca” znacznie prędzej. Z tobą jako przewodnikiem nie będzie z tym problemu.
        Nie miał zielonego pojęcia, jak nogi zdołały go ponieść do wnętrza sklepu bez wiedzy i wyraźnego rozkazu mózgu. Niemniej, gdy Pao podeszła do kasy, on wykorzystał okazję, by zwinąć gwizdek, który mu wcześniej pokazała. Faro popatrzył na niego, przechylając głowę na bok i uderzając z zadowoleniem ogonem o zakurzoną podłogę. Harmosz cieszył się, że jego psi towarzysz aprobował niecne uczynki, nawet jeśli o tym nie wiedział. Tym lepiej. Chłopak pogłaskał psa po czole, a po chwili skończył na mizianiu jego wyeksponowanego brzuszka, mając na swoim policzku jego łapę. To był wyraz miłości.
        — Ktu jist tukym dubrym psum, cu? — wybełkotał pieszczotliwie, acz mało wyraźnie. Psia łapa na policzku oznaczała szczęście jej właściciela, dlatego Harmosz nie zamierzał jej zdejmować, mimo że orała mu pazurami skórę.
        Podniósł wzrok znad Faro, gdy usłyszał swoje imię. Nie widział elfki zza regału, lecz jej niewinny głosik zachęcił go do zaprzestania pieszczot i wstania na równe nogi.
        — Robi się — odpowiedział żywo i skierował się ku dziewczynie.
        Oczy zaświeciły mu się zachłannie, gdy ujrzał tak wiele różnych monet. Popatrzył na Pao z lekka ironicznie, po czym puścił jej oczko i kląsknął zalotnie. Zakasał rękawy.
        — Ten twój kierownik niezły szmal będzie ci wisiał chyba, nie? — zagaił, uśmiechając się złośliwie.
        Z kasy wybrał tyle monet, ile zażyczyła sobie jego koleżanka. I kilka dodatkowo, już bez jej wiedzy. Bo czegóż można się było spodziewać po złodzieju?
        Mimo to, gdy odchodzili już od kasy, poczuł ukłucie czegoś, co nigdy wcześniej go nie kłuło.
        Sumienie?
        Złodziejska uczciwość?
        Przecież nie okrada się przyjaciół.
        Czy Pao była jego przyjaciółką?
        Nie, ale to i tak był cios poniżej pasa.
        Cofnął się dyskretnie, gdy Pao, zajęta czochraniem brzuszka Faro, nie patrzyła na niego i jego dłonie. Włożył nadprogramowe monety z powrotem do kasy, łkając w duchu z rozpaczy, że nie może się nimi zaopiekować. Wrócił do elfki z nieco nietęgą miną, acz po chwili uśmiechnął się, nachylił nad koleżanką i szepnął konspiracyjnie:
        — Cieszę się, że pomogłem. Idziemy?

        Trytoński port nie rozpieszczał artystów. Odgłosy statków, wszechobecne rozmowy, krzyki, drące się mewy, walczące koty, rzygający marynarze — typowo naturalistyczne dźwięki Trytonii. Wielu wykonawców rezygnowało z marnego zarobku w tej części miasta i przenosiło się do centrum, gdzie mieli większe szanse na powodzenie, gdyż tu zwyczajnie ich sztukę zakłócało zbyt dużo bodźców.
        Lecz pewien niziołek uparcie twierdził, że właśnie w porcie idzie zarobić najwięcej. Wystarczy udać się do gospody, gdzie pijana klientela życzy sobie przygrywki do gry w karty czy innej bijatyki. Na tym głównie zarabiał Różypąk.

Traktują mnie
Jak kryminalistę
Kiedy ja jedynie
Czystą wódkę piję


        Zielony kapelusik z gęsim piórem pełen był brązowych i srebrnych monet, a za nim z uśmiechem przechadzał się wzdłuż drewnianej ściany gospody niski człowieczek o ciemnorudych, źle ostrzyżonych włosach. Było o wiele za wcześnie na śpiewanie w karczmie, zatem postanowił, że będzie umilał czas przechodniom swoim słowiczym głosem. Na napitek do kolacji już miał, teraz trzeba było zarobić na samą kolację.
        Ballady były przeznaczone na wieczory przy kominku, ale miał taką dobrą passę, że postanowił uraczyć ewentualnych słuchaczy nieco innym, delikatniejszym brzmieniem.
        Nastroił lutnię.

Gdybym miał cię kiedyś stracić
Nie umiałbym z tym żyć
Wszystko, co udało mi się znaleźć
Znalazłem dzięki tobie

Spróbuj, a czasem ci się uda
Wydobyć ze mnie tego człowieka
Moje brakujące części
Niepotrzebne są mi już

Ponieważ wierzę
I wierzę, bo widzę
Nasze przyszłe dni
Nasze wspólne dni


        Dwie kobiety, które zatrzymały się, by posłuchać ballady, łkały w haftowane chusteczki. Różypąk ukłonił się w pas i wtem usłyszał klaskanie jednej pary rąk. Uniósł wzrok, by ujrzeć stojącego w łachmanach młodzieńca z błyskiem w oczach i podziwem wymalowanym na twarzy w towarzystwie jasnowłosej elfki.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Trytonia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość