Wybrzeże Cienia[Wybrzeże Morza Cienia] Anielska cierpliwość i lisie sprawy.

Niezwykle tajemnicze wody tego Morza Cienia, kryją w sobie wiele skarbów i niebezpieczeństw, już wielu zginęło w wyprawach poszukując przygód i bogactw. Największym jednak łupem dla każdego z nich było by odnalezienie legendarnej Wyspy Maar.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 82
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

- Yve - powtórzył po niej, dając znak, że zrozumiał. Ta chwila, kiedy mówił sprawiła, że trochę spokorniał. A i odpowiedź Yve polepszyła sprawę. Nie to, że zrobił się z niej łagodny baranek, ale przynajmniej nie chciała go zabić. No, tak mu się wydawało. Nie znał jej, nie wiedział, czy jest dobrą aktorką, czy nie, bo jak do tej pory robiła wszystko ze złością i agresją, które były autentyczne. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że go poprawiła. Wydawało mu się to wręcz przyjazne. Nie wrzeszczała, nie rzucała się, po prostu wyjaśniła, że robi błąd.

Doskonale rozumiał, dlaczego go nie znosi. Z resztą przed chwilą o ty właśnie mówił. Zasłużył sobie na to. Czy on nie znosił jej? Sam już nie wiedział. Przecież naturalną reakcją na takie sytuacje była walka o siebie. Nawet jeśli miało to oznaczać zabicie kogoś. W tym przypadku jego. Był jej oprawcą. Niby uratował ją przed napastnikami, ale w zasadzie stał się kolejnym złym istnieniem, które zmusiło ją do wielu rzeczy. Tak naprawdę, nie miał prawa być na nią wściekły. Każdy kto miał siłę, umiejętności i sposobność próbowałby się go, w takiej sytuacji, pozbyć.

Było mu ciężko. Zrozumiał, że jeśli ma wykonać rozkaz, nie może być wojownikiem. I nie może być bez serca. Dlaczego dostał akurat taką misję? Misję, w której będzie musiał użyć nie siły, a szczerości. Tylko tak uda mu się cokolwiek zdziałać z lisołaczką. Nie podobało mu się to. Nie chciał wracać do starego Malachiego. A wyglądało na to, że musiał. Cóż miał wskórać zniewoleniem, agresją, siłą? Nic. Zrozumiał, że musi wszystko wywrócić do góry nogami. Walka, ucieczka, to wszystko zrobił, bo nie miał innego wyjścia. Teraz musiał użyć zupełnie innych metod. Czy Najwyższy miał dla niego większy plan? Nie wiedział. I nie pytał. Nie otrzymałby prostych odpowiedzi. Musiał poradzić sobie sam.

- Nie wiem co to "mszalne", a Najwyższy, z tego co wiem, nie pędzi nektaru. No, chyba, że ma gdzieś ukryty anielski browar - zażartował. Może nie był to najlepszy dowcip, ale nasunął mu się i pomyślał, że powiedzenie go, to nie jest taki najgorszy pomysł. Chciał rozluźnić atmosferę i pokazać, że nie jest aż takim skurwysynem, za jakiego miała go Yve. Grymas jego twarzy miał przypominać lekki uśmiech, ale pojęcia nie miał, czy mu to wyszło, czy raczej wyglądał w tym momencie na niedorozwiniętego.
- Ale jasne - wstał powoli - możemy się napić - zostawię uchylone drzwi, będę czekał w głównej sali - oświadczył i ruszył do wyjścia. Faktycznie, kiedy opuścił pomieszczenie, zostawił lekko uchylone drzwi. Świeże ubrania dla niej leżały na jednej z ław. Podejrzewał, że noszenie spódnicy jej się nie spodoba. Ale karczmarka nie miała niczego innego, poza tym powiedziała Malachiemu, że w połogu spodni się nie nosi. No cóż... on tego nie wiedział. Na szkoleniu wojskowym nie uczą mężczyzn o ciąży i tym co dzieje się potem. Gdzieś coś zasłyszał, trochę dokształcił się sam w tych kwestiach, ale daleko mu było do specjalisty. Czyli w tym przypadku kobiety, która urodziła dzieci, a wiedzę przekazano jej z babki prababki. Nie było mu też na rękę pogłębianie tej wiedzy, ale wyglądało na to, że nie ma innego wyjścia.

Gdy znalazł się w głównej sali od razu podszedł do baru i oparł się o blat. Za nim stała służka, której wcześniej nie widział. Wyglądała jak młodsza siostra właścicielki. Była w zbliżonym wieku, miała podobne włosy, oczy, usta. Nie mogła być jej córką. Może kuzynką? Z resztą, nie miało to znaczenia. Kobieta uśmiechnęła się szeroko do mężczyzny. Malachi uniósł lekko kąciki ust, ale tym razem wyglądał zdecydowanie przyjaźniej.
- Jak się miewa żona? - zapytała.
- W porządku, ale jest zmęczona. Chciałbym żeby coś zjadła, napiła się. Coś co będzie smaczne. Rozumiem, że pewnie nie powinna jeść pewnych dań - delikatnie próbował powiedzieć, że owszem, Yve była po porodzie, ale nie chce by dawno jej twaróg bez smaku, mleko i suchy chleb - ale proszę przygotować coś sytego, najlepiej ciepłego - rzekł. Karczmarka kiwnęła głową i uśmiechnęła się ponownie. Malachi nie wyprowadzał jej z błędu, że lisiczka nie jest jego żoną. Bo i po co? Z resztą co miałby powiedzieć? Że to siostra? I to dlatego siedział z nią w izbie kąpielowej i miał z nią wspólny pokój? No raczej nie. Udawane małżeństwo było zdecydowanie prostszym rozwiązaniem.
- A dla pana? - zapytała.
- Cokolwiek, co będzie syte, mną proszę się nie przejmować - odparł. Kobieta ponownie skinęła, ale nie zniknęła w kuchni. Zamiast tego oparła się o bar i szepnęła.
- Chyba powinien się pan przebrać, żonie będzie miło - po tych słowach odeszła chowając się na zapleczu. Tymczasem Malachi spojrzał na siebie i dotarło do niego, że wygląda jak bezdomny. Włosy potargane, odzienie brudne i podarte. Nie przeglądał się w lustrze, ale zapewne jego zarost też wyglądał jak u żebraka. Uznał, że kobieta ma rację i zamiast czekać w sali, poszedł na górę doprowadzić się do porządku. Był pewien, że jeśli Yve nie ucieknie, to zastanie ją w głównej sali, tak jak się umówili.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 84
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Yve uśmiechnęła się niewinnie, jakby jeszcze chwilę temu, nie miała zamiaru wypatroszyć niebianina i kiwnęła delikatnie swoją – obecnie mokrą – główką, gdy – w końcu – poprawnie wypowiedział jej imię. No, teraz to ona mogła z nim jakoś cywilizowanie rozmawiać. Co prawda nadal mu za specjalnie nie ufała, ale już były niewielkie postępy w ich relacji. W sumie… gdyby się okazało, że rzeczywiście mężczyzna nie miał nic wspólnego z tamtymi magami, jego towarzystwo mogłoby przynieść jej więcej korzyści, niż by miała z pozbycia się go. O! Może dzięki niemu jej sen w końcu by się spełnił i naprawdę zostałaby boginią! On mógłby być jej przybocznym, takim a’la upadłym aniołem. Jej osobistym, bo ktoś przecież musiałby pilnować i wymierzać kary tym wiernym, którzy nie okazywaliby jej czci, ani nie składali ofiar. A poza tym, kto lepiej będzie wiedział jak zostać bóstwem, jak nie jeden z boskich sługusów? Tyle korzyści… a ona głupia chciała go zabić.
        - Myślę, że to początek wspaniałej i bardzo długiej przyjaźni – powiedziała przymilnie. Raz jeszcze kiwnęła głową, gdy anioł poinformował, że będzie w głównej sali i odprowadziła go swoimi fioletowymi oczami do wyjścia. Jej plan był genialny. Aż głupio się jej na moment zrobiło, gdy sobie to uświadomiła, ale nie straciła dobrego humoru. Bo cóż mogło pójść nie tak?
        Skrzywiła się jednak zaraz, gdy tylko pomyślała o problemach w realizacji swojego genialnego planu. Oczywiście od razu przy tym przypomniała sobie o dwóch małych, piskliwych wrzodach, które względnie nie powinny stanowić problemu, a jednak jakimś tam utrapieniem były. Niby pozbycie się ich nie powinno sprawić większych problemów tak wprawnej trucicielce jak Yve, ale… coś jej podpowiadało, że nie będzie to wcale takie proste zadanie. Anioł może jej to strasznie utrudniać. I ta jego znajoma. Ta karczmarka, która teraz ze szczeniakami podobno siedziała. Zmarszczyła nos i lekko zawarczała, nie rozumiała, po co w ogóle karczmarka fatygowała się do tych sierściuchów. Jakby zostały same to może by z łóżka pospadały i byłby spokój.
        Pokręciła energicznie głową i odetchnęła głęboko. Nie miała przecież potrzeby się wściekać, bo tak przecież sama nie musiała z nimi siedzieć, a przy dobrych wiatrach może właścicielka tej karczmy zabierze od Yve te dwa małe problemy, założy im śliczną wstążkę z błyszczącym dzwoneczkiem i będzie miała dwa unikalne zwierzaki. W sąsiedztwie pewnie nikt nigdy nie trzymał lisów w domu. W każdym razie lisołaczka nie zamierzała się zbytnio przejmować swoim nowo narodzonym potomstwem. Zamierzała się obecnie w pierwszej kolejności ubrać, coś zjeść i odpocząć w spokoju. Może uda jej się naciągnąć Malachiego na osobny pokój, albo namówić karczmarkę, by wzięła te dwa piszczące pomioty Władcy Ciemności z dala od lisicy. Hmm… najlepiej by im chyba było w najgłębszej i najciemniejszej czeluści piekielnej!
        Chwilę jeszcze jej zajęło dojście do porozumienia z samą sobą, w kwestii nie denerwowania się przez maluchy i w końcu zaczęła się ubierać. Miała… kilka uwag odnośnie tego, co przyszło jej założyć, ale zawsze to lepsze, niż paradowanie nago po całej karczmie. Oczywiście, jako zawodowa kurtyzana nie miałaby z tym większych problemów, ale obecnie… stanowczo się sobie nie podobała. Spuchnięty, obwisły brzuch po porodzie, niemalże boleśnie nabrzmiałe piersi. Aż dziw brał, że przecież jeszcze nie tak dawno była chodzącą pięknością, a teraz? Pierwszy raz od baaardzo długiego czasu chciało jej się płakać. Nawet nie… chciało jej się wyć z rozpaczy, przez to jak brzydka się zrobiła po ciąży.
        Na szczęście udało jej się jakoś zebrać do kupy przynajmniej na ten moment, rozczesała swoją rudą kitę, swoją jedyną prawdziwą przyjaciółkę i wyszła w końcu z izby kąpielowej do głównej sali. Rozejrzała się po niej pobieżnie w poszukiwaniu tego irytującego anioła… to znaczy swojego ochroniarza, ale nigdzie nie dane jej go było dostrzec.
        - Świetnie – prychnęła z pogardą pod nosem. Chyba… się po części tego spodziewała. Zaraz pewnie pojawią się tamci magowie, powiadomieni przez anioła i ją zgarną, albo… już tu byli i zabrali jej dzie… tamte dwa wnerwiające sierściuchy. Phi… może to i lepiej?
        - Jasne piwo i jakieś mięso. Byle na wpół surowe – burknęła do dziewczyny za szynkwasem, zaraz przy nim siadając. Kita jej nerwowo machała pod spódnicą, a rudowłosa, nasłuchiwała czujnie, gotowa w każdej chwili się zerwać mimo wszystko do ucieczki. „Niech zabierają szczeniaki, ale mnie niech zostawią w spokoju. Wszyscy” - pomyślała, siedząc jak na szpilkach.
        Nie wiedziała, że w karczmie jest raczej bezpieczna i Malachi jej wcale ani nie zdradził, ani nie opuścił tylko przebywał u góry w pokoju ze szczeniakami, które zostały przez karczmarkę nakarmione i teraz smacznie sobie drzemały. Były szczęśliwe, że w końcu ich brzuszki zostały napełnione i to wcale nie dzięki ich matce. Spały z błogą nieświadomością tego, jak bardzo Yve ich nienawidziła, brzydziła się ich i jak mocno chciała się ich pozbyć. I to na różne nie do końca humanitarne i moralne sposoby.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 82
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Karczmarka nakarmiła małe liski, a kiedy Malachi zjawił się w pokoju chwilę rozmawiali. Potem kobieta przeniosła szczeniaki na podłogę robiąc im tam miękkie posłanie z koców. Wyjaśniła aniołowi, że tak jest bezpieczniej, nawet jeśli któryś się wyturla nic mu się nie stanie. Póki co maleństwa spały, a kobieta mogła opuścić pokój. Malachi przyjrzał się rudym dzieciom. Nie wiedział jak postępować dalej, skoro miał pod opieką jeszcze te maluchy. Westchnął. Uznał, że jakoś to będzie.

Wziął się za siebie, bo faktycznie wyglądał jak kloszard. Zmienił brudne ubrania na świeże. Karczmarka przyniosła mu dzbanek z wodą i małą miskę. Obmył twarz, ogarnął zarost. Rozczesał włosy i zaplótł na nich warkocz. Czyste ubrania sprawiły, że poczuł się ciut lepiej. A kiedy był gotowy ruszył na dół, do głównej sali.
Miał na sobie ciemne spodnie, z grubszej tkaniny, dopasowane do jego figury, ale nie obcisłe. Na białą tunikę narzucił szaro-srebrny, dłuższy, dopasowany kaftan, przepasany szarfą w tym samy kolorze. Na niej, lekko mieniły się hafty, przypominające esy-floresy. Kaftan miał wyższy kołnierz, ale tunika pod spodem była zawiązana luźno. Na jego piersi spoczywał wisior ze znakiem Najwyższego. Miał na sobie czyste buty, te same co wcześniej, tylko umyte i chyba lekko maźnięte jakimś impregnatem. Lecz nie to było najciekawsze. Do tej pory w karczmie nie pokazywał swoich skrzydeł. Teraz, jego największy atrybut było widać z daleka. Śnieżnobiałe, pierzaste skrzydła, choć złożone i tak wystawały zza jego pleców. Były tak długie, że białe lotki dotykały ziemi. Potrafił nimi manipulować tak, że nie przeszkadzały mu w zejściu po schodach.

Z daleka zobaczył Ive siedzącą przy stole. Jadła. Na talerzu miała kawał wołowego mięsa, obok chleb, żółty ser, masło, pokrojony drobno szczypior, twaróg, małe, czerwone pomidory i kufel z piwem. Na stole znajdował się także dzbanek ze złotym trunkiem i drugi z mlekiem. Sól, pieprz i inne przyprawy. Po drugiej stronie stał duży, drewniany talerz, a na nim pieczona, parująca indycza noga, ziemniaki z cebulą, podsmażony boczek i skwarki. Obiad jak dla kilku osób, a nie pary. Malachi nie miał za złe, bez względu, czy służka przyniosła to z własnej woli, czy wszystko zamówiła lisiczka. Sam był głodny jak wilk i wiedział, że jest w stanie zjeść sporo. Bez słowa usiadł na przeciw rudej.
- Smacznego - powiedział - mam nadzieję, że czujesz się choć trochę lepiej - starał się być łagodny. Jeżeli mieli cokolwiek zdziałać, to brutalność nie wchodziła w grę. Spojrzał przelotnie na dziewczynę, a potem zaczął jeść.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 84
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Było spokojnie... nawet za spokojnie jak dla energicznej, choć obecnie wyczerpanej fizycznie i psychicznie lisołaczki. Zajęła pierwszy wolny stolik na uboczu, we względnie strategicznym miejscu, z którego widziała i główne drzwi do karczmy i schody prowadzące do pokoi na górze, przy czym ona pozostawała praktycznie niewidoczna tak długo aż nie zrobiło się kilku kroków w głąb karczmy. Gdyby więc coś było nie tak, miała sporo czasu na reakcję i ucieczkę. Powinna więc się rozluźnić i w spokoju czekać na zamówione jedzenie, jednakże to było dużo trudniejsze, niż można się było spodziewać, bo co ktoś wchodził do lokalu, Yve zaraz się spinała na swoim miejscu i obserwowała czujnie, nowo przybyłego klienta. A przynajmniej do momentu, gdy nie okazał się być po prostu zwykłym gościem, który chciał się jedynie napić i może też coś zjeść.
        Nieco się uspokoiła, gdy przyniesione zostało jej jedzenie. Co prawda nadal siedziała nabzdyczona, ale już tak nie pilnowała otoczenia, skupiając większość swojej uwagi na jedzeniu. Zastanawiała się przy tym co tak długo anioła nie widziała, ale zaraz prychnęła do samej siebie pod nosem, bo niby po co miałaby się o niego martwić? A jednak mimo wszystko nadal była nieco niespokojna. Nie podobało jej się to wszystko... to że tamci magowie tak zawzięcie za nią ganiali, że zaszła w ciążę i urodziła, mimo że lisołaki przecież są bezpłodne... Cholera! Przecież od lat praktycznie pracowała jako kurtyzana w zamtuzie, skoro mogła zajść w ciążę, czemu wcześniej jej się to nie przytrafiło?! Ugh! I jeszcze te przeklęte szczenięta... przecież to były dzikie zwierzęta, a nie dzieci?! W mieście z takich robiono szale, czapki i buty zimowe! Będzie musiała wywalić je do lasu gdzie ich miejsce. Na pewno nie da sobie wmówić, że to jej dzieci.
        Zdenerwowana odłożyła widelec i sięgnęła po piwo. Niemalże duszkiem wypiła cały kufel i zaraz wezwała do siebie karczmarkę, by ta jej dolała.
        - Pani w ogóle nie powinna... - zaczęła zakłopotana dziewczyna, lecz Yve spojrzała na nią w taki sposób, że aż przebiegł jej po plecach dreszcz.
        - Wiem co powinnam, a czego nie. Lej zamiast gadać - burknęła lisołaczka, zamiatając rozdrażniona końcówką swojego ogona zwisającego z tyłu krzesła podłogę.
        Nie podobał się dziewczynie ton, z jakim kobieta się do niej zwracała, ale przez to dzikie spojrzenie rudowłosej, chyba nie chciała ryzykować przeciwstawianiem się jej. Chociaż gdy przyjdzie mąż zmiennokształtnej i dowie się, że mimo swojego stanu ta życzyła sobie do picia piwo i tak młoda blondynka będzie miała najpewniej spore kłopoty. Nie miała innego wyjścia jak napełnić kufel lisicy i czym prędzej ulotnić się na bezpieczną odległość. I być może postarać się do końca dnia unikać tej parki jak ognia.
        Rozdrażniona Yve przyssała się do kufla po raz drugi, aż nie spostrzegła jakiegoś ruchu na schodach. Spojrzała z obojętnością w tamtą stronę i aż jej mowę odebrało. Jej niebiański ochroniarz całkiem nieźle się prezentował i aż ciekawiło ją czy po zrzuceniu ubrania nadal jest taki majestatyczny i kuszący. Aż oblizała sobie usta na jego widok, co w sumie dobrze się złożyło, bo dzięki temu pozbyła się wąsa z piwnej piany. W sumie... nigdy nie miała anioła i ciekawiło ją jak by to było z nim być. Czy po jednej takiej nocy porzuciłaby ścieżkę występku i zła, którą kroczyła obecnie, czy nie różniłoby się to raczej od nocy spędzonej z jakimś pijanym dupkiem w podrzędnym trytońskim zamtuzie?
        - No, no. Kim jesteś i co zrobiłeś z tamtym kloszardem, który postawił mi ten posiłek - zakpiła, nie mogąc oderwać spojrzenia od mężczyzny, jego promiennej twarzy, hipnotyzujących oczu i świetlistych skrzydeł. Chyba w życiu nie widziała nic piękniejszego od niego.
        Kiwnęła głową na jego "smacznego", życząc mu tego samego i w końcu udało jej się zamknąć buzię i upić jeszcze jeden łyk z kufla.
        - Trochę - przyznała, choć gdy rzeczywiście się okazało, że mężczyzna był świetlistym, czuła jakby jakiś ogromny kamień spadł jej z serca. Przynajmniej nie musiała się martwić o to, że wbije jej nóż w plecy i wyda lisicę tamtym magom na srebrnej tacy. - Byłoby mi o wiele lepiej bez tego ustrojstwa i pcheł w łóżku. A no i tamtych dwóch burych, jęczących co chwila pasożytów. Pozbyłeś się ich, że cię tak długo nie było? I czego tak właściwie ode mnie chcesz? Anioły raczej nie pomagają wszystkim jak leci, znam kilka osób które przeżyły piekło, a nie wiedzą nawet jak wygląda anioł, pomijając już to, że pewnie nie wiedzą o istnieniu takiej rasy - powiedziała kąśliwie, choć nie szczerzyła do niego w gniewie zębów i mówiła raczej spokojnie. Można by wręcz powiedzieć, że łagodnie, ale... to była Yve, ona nie umiała być łagodna, no chyba że musiała. Za nie małe pieniądze. Przez całą noc w zamtuzie.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 82
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

- Kloszard musiał odpocząć i przysłał mnie na zastępstwo - odpowiedział, lecz spokojnym, łagodnym tonem. Nie zamierzał więcej zrażać do siebie lisołaczki. Choć wewnątrz ciągle miał kamień oblany lodem, to starał się nie być dupkiem i gburem, którego zdążyła już poznać. Powtarzał sobie, że jest aniołem i musi zachowywać się jak anioł. Poza tym, bycie złym i zupełnie bez serca nie leżało w jego naturze. Można było być zamkniętym, ale nie trzeba było wszystkich odpychać.
Z dużym spokojem zabrał się za jedzenie. Nie żarł jak dziki wojownik, nie chwytał mięsa w rękę, nie świnił sobie brody. Używał sztućców, jadł powoli, bez zbędnego pośpiechu. Gdyby byli w lesie i jedli upieczoną na ruszcie kuropatwę, chwyciłby mięso w rękę i nie bawił się nawet w podkładanie talerza. Ale mieli czas, obsługę i możliwość spożywania posiłku bez pośpiechu. A on zamierzał z tego korzystać. Nie pił piwa, zadowolił się mlekiem. Nie był miłośnikiem chmielowego trunku. Jeśli miałby wybierać między chłodną miętą, a zimnym piwem, wybrałby miętę. Alkohol nie przynosił mu zbyt wiele korzyści. Odurzyć się było trudno, a kiedy już się udało, zwykle trzeba było to odchorować. Więc po co?
Kiedy się odezwała, Malachi spojrzał na nią z powagą.
- Pcheł można się pozbyć. Ustrojstwo zostaje. Pasożyty też. I nie, nie pozbyłem się ich i nie zamierzam się pozbyć - odparł tonem, z którego niewiele dało się wyczytać. Gdy zapytała go, czego właściwie od niej chce, odsunął talerz na bok i oparł ręce o blat stołu.
- Z pewnością masz rację. Wiele osób cierpi, a jednak nie ma mnie przy nich. Nie odpowiem ci dlaczego tak jest, bo sam tego nie wiem. Jestem sługą, posłańcem. Mam wolną wolę i bywa, że na mojej drodze stają istoty, którym mogę pomóc z własnej woli. Bywa też tak, że o tym kogo mam chronić decyduje mój Pan. Najwyższy. Urodziłem się aniołem. A anioł ma tylko dwie drogi. Może służyć Najwyższemu, lub stać się upadłym. Ja wybrałem to pierwsze. Czujemy, myślimy, kochamy tak jak inne stworzenia, tylko mamy inne powołanie, inną pracę - niebianin był zaskakująco spokojny i rzeczowy, starał się być nawet miły. Nie wiedział, czy mu się udaje, ale utrzymywał ton głosu w łagodnym poziomie.

- Nie wiem dlaczego jestem akurat tutaj, akurat z tobą. Pan nie spisuje nam instrukcji. Nie wiedziałem, że ktoś cię ściga, nie wiedziałem, że jesteś w ciąży. Nie wiedziałem, że będziesz próbowała mnie zabić, ani, że droga zaprowadzi mnie akurat tutaj. "Sprowadź na lepszą drogę", "Chroń", "Opiekuj się" - Te słowa wydają się być uniwersalne, ale nigdy nie wiem co mnie czeka. Bo lepsza droga dla mnie, może być gorszą dla ciebie. Czasem chroń, oznacza obejmij, ukryj przed światem, okaż czułość, a czasem oznacza wyciągnięcie miecza i dosłowną ochronę czyjegoś życia. Nie ma uniwersalnego klucza do wszystkich drzwi. Możesz ze mnie kpić, ironizować, obrażać. Póki co, zamierzam otoczyć cię opieką jak najlepiej potrafię. Mam pewność tylko co do tego, że zależy mi na twoim życiu i zdrowiu. Wierzę, że jestem tu po coś. Odpychasz mnie z całych sił, choć próbuję ci pomóc. Mógłbym prosić Najwyższego o inną misję, mówić, że próbowałem, ale się nie udało. Ale nie chcę. Za to chcę spróbować cię poznać, na tyle, na ile mi pozwolisz.
- Pytaj o cokolwiek chcesz. Postaram ci się odpowiedzieć na wszystko - zakończył, ale nie wrócił do jedzenia, zakładając, że lisiczka zasypie go gradem agresywnych pytań.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 84
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        - Jak dla mnie tamten kloszard mógłby już nie wracać. O wiele bardzie odpowiada mi obecne towarzystwo – zachichotała naprawdę rozbawiona jego odpowiedzią. Co prawda nie była do końca przekonana, że rzeczywiście do tego anioła-dupka coś dotarło i postanowił zmienić swoje postępowanie, ale mimo wszystko i tak ciężko jej było uwierzyć, że mężczyzna obecnie siedzący z nią przy stoliku i tamten, który ją tu przytargał to jedna i ta sama osoba. I tak jak tamtego bez zastanowienia najchętniej rozszarpałaby na strzępy, tak w przypadku tego najpierw by się mocno zastanowiła czy naprawdę jest to konieczne i czy jej się opłaca. A może po prostu nie taki anioł straszny, jak go malują?
        Mina jej nieco zrzedła i już wcale nie było jej tak do śmiechu, gdy Malachi poinformował ją o tym, że ani nie zamierzał zdejmować jej swojej Bransolety Milenijnej Niedoli, ani uwolnić kobiety od niechcianego potomstwa. Tak jak było do tej pory miło i przyjemnie, Yve jadła spokojnie i popijała kolejnymi kuflami piwa, tak po tym odechciało jej się jeść. Za jakie grzechy ona musiała się tak męczyć? Nie wystarczyło, że była ścigana przez jakiś magów, przez których najprawdopodobniej zaszła w ciążę? Ale czemu akurat na niej się uwzięli? Mało lisołaków biegało po Łusce?
        - Czekaj... Jak to może stać się upadłym? To oni nie są zupełnie czym innym? Piekielnym odpowiednikiem normalnych aniołów? Tych dobrych? - zapytała zdziwiona i jednocześnie mocno tym zainteresowana. Nigdy by nie pomyślała, że Upadli to zwyczajne anioły, które postanowiły już dłużej nie służyć Najwyższemu. W sumie... - Jak można służyć komuś, kto nie istnieje? Po co w ogóle komukolwiek służyć? - dodała po chwili namysłu i to bez cienia złośliwości w głosie.
        Zupełnie nie rozumiała dlaczego świetliści mogli by woleć być na każde skinienie jakiegoś niematerialnego bytu. Ba! Nawet nie bytu tylko jakiejś bliżej nieokreślonej energii posiadającej siłę sprawczą. A może zbiorowa imaginacja? Tak chyba powstali wszyscy znani na Łusce bogowie. No… może oprócz tych, którzy urodzili się i zmarli jako zwykli śmiertelnicy, a przez czyny dokonane za życia dana społeczność wymyśliła sobie uczynić z niego boga i czcić go. Jeśli o takich bogów chodziło, to Yve nie miała nic przeciwko, zwłaszcza, że sama nieraz marzyła o tym by być wielbiona jak bogini. Ale jeszcze za życia! Jeśli natomiast chodziło o całą resztę, była pewna, że coś takiego w ogóle nie istnieje i stworzone zostało jak wyssana z palca bajka na dobranoc. Tacy bogowie istnieli wyłącznie dla osób, które w nich wierzyły. Z resztą jak każdy bóg, jakby nie patrzeć. W takim wypadku Najwyższy istniał i miał jakiekolwiek znaczenie tylko i wyłącznie dla Malachiego, bo lisołaczce ten wyimaginowany byt wyłącznie koło ogona latał. I wątpiła by kiedykolwiek zmieniła na ten temat zdanie.
        Tak, jak nikt jej nie wmówi, że Łuska jest kulą, bo kto widział kuliste łuski? Perły i owszem. Ale łuski? Co prawda łuski miały różne kształty, ale nawet jako poczciwa kobitka, która brzydziła się wszystkiego co obślizgłe i trzymała się z dala od tego co łuskowate (Rubin był wyjątkiem), wiedziała, że łuski są wyłącznie płaskie. I nawet jakby jej ktoś odrąbał jej rudą kitę, nie dałaby sobie wmówić, że jest inaczej.

        - Powiedzmy, że cię rozumiem i może ździebko jestem wdzię… hmm… zadowolona?… Z faktu, że na siebie wpadliśmy i zrobiłeś mi przysługę – powiedziała spokojnie, choć ciężko jej było ukryć to, że wypowiedziane przez nią słowa raczej z trudem opuszczały jej usta. Zwłaszcza, że kombinowała jak je przeinaczyć, żeby jednocześnie brzmiały jak podziękowania i tak, jakby lisołaczka zrobiła mu łaskę w ogóle dopuszczając do sytuacji, w której Malachi mógł się wykazać i jej pomóc.
        Odetchnęła głęboko i podziobała jeszcze trochę swój posiłek, zerkając na anioła co jakiś czas, zastanawiając się o co mogłaby go zapytać. Dalej jej ciężko było uwierzyć w to, że tamtej odpychającej aparycji mężczyzna, któremu bliżej byłoby do żebraka niż majestatycznego anioła, był tą samą osobą, która właśnie siedziała z nią przy stole, a od której ciężko jej było oderwać spojrzenie. Bądźmy szczerzy, musiałaby być albo lesbijką albo aseksualna, żeby anioł się jej nie podobał.
        - W sumie to… czemu byłeś taki zapuszczony? Myślałam, że anioły są rasą, która raczej dba o siebie, skoro są siewcami dobra i porządku oraz głównymi reprezentantami Najwyższego. Co prawda jesteś chyba jedynym aniołem jakiego kiedykolwiek spotkałam i który miał przyjemność ze mną rozmawiać, ale… chyba nigdy bym nie pomyślała, że tak majestatyczna rasa mogłaby wyglądać jak kloszard – powiedziała w końcu, szczerze zaciekawiona, co spowodowało, że jeszcze chwilę temu Malachi wyglądał jak pospolity mieszkaniec rynsztoka. - I nawet nie waż się mi wcisnąć, że to z powodu długiej podróży i braku przebywania w bardziej cywilizowanym miejscu, niż samozwańcza osada na dwa domy na krzyż, gdzie psy pieją o poranku, a krowy szczekają groźnie na intruzów i strzegą domostw – zastrzegła groźnie, patrząc na niego poważnie. Skoro mieli z sobą spędzić… w sumie nie wiadomo jak długo i mieli się jakoś dogadywać, to anioł raczej nie powinien jej okłamywać ani trzymać przed nią jakiś tajemnic. Bo jak wtedy miałaby się przy nim czuć bezpiecznie?
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 82
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

- Mam nadzieję, że kloszard już nie będzie musiał wracać - odparł. Faktycznie tak było. Wolał siebie w wersji prawdziwie anielskiej, w ubraniu godnym niebianina, bez brudu pod paznokciami i wszy we włosach.
- Upadli aniołowie, to naprawdę upadli. Nie można urodzić się kimś takim... - nagle przerwał, jakby próbował poukładać myśli.
- Widzisz aniołem można się urodzić, lub nim zostać. Ja jestem aniołem światła, urodziłem się w Planach Niebiańskich, moi rodzice są aniołami, więc i ja nim jestem. Ale jest jeszcze drugi rodzaj aniołów, aniołowie ducha. Zdarza się tak, że ktoś po śmierci nie staje się zbłąkaną duszą, nie trafia do Piekła, ani do Arkadii, ani nawet do Aydaharu, tylko zmienia się w anioła, a jego ciało i dusza trafiają do Planów. Każdy z nas może zdecydować, czy wykonuje rozkazy Pana, czy nie. Nie każdy sprzeciw jest zły, ale bywają słowa i czyny, których Najwyższy nie wybacza. Czasem skazuje nas na wygnanie i strąca do Piekieł, czasem anioł sam odchodzi, nie chcę być dłużej przy Panu, woli inną drogę. Niektórzy uciekają do Piekła przed gniewem mojego Boga, uciekają przed unicestwieniem. Pytasz, jak można służyć komuś kto nie istnieje. Masz prawo nie wierzyć, ale dla mnie to nie wiara, tylko fakt. Jakkolwiek bym tego nie nazwał, bogiem, boginią, Najwyższym, Panem, Światłem, w moim życiu istnieje siła, która sprawia, że wiem co robić, dokąd podążać. Która pokazuje mi pewną drogę, mogę odbić w bok, mogę wybrać inną ścieżkę, ale jest we mnie coś co sprawia, że mam cel. Ta sama siła zabiera duszę do Arkadii, ta sama siła sprawia, że ktoś po śmierci dostaje drugie życie jako anioł. I ta siła ma świadomość, potrafi odróżnić zabójstwo od uratowania życia. Potrafi strącić do Piekła, ale przede wszystkim jest w stanie mnie unicestwić, sprawić, że zniknę. Nie umrę, nie zostanie po mnie ani ciało, tutaj, na ziemi, ani dusza w zaświatach - starał się mówić jak najbardziej rzeczowo. Miał wrażenie, że lisołaczka niewiele wie na temat Najwyższego i niebian. Nie miał jej tego za złe, przecież nie każdy musiał być niebianologiem. A on był tu by rozwiać jej wątpliwości. Kiedyś pewnie opiewałoby swojego Boga, ale teraz był po prostu sługą. Nie chciał rozpływać się nad własnymi przekonaniami i wątpliwościami. Z resztą akurat o wątpliwościach starał się nie myśleć.

Nastąpiła chwila przerwy, więc Malachi wrócił do jedzenia. Chciał wykorzystać ten moment by się najeść, czuł bowiem, że lisiczka będzie miała do niego więcej pytań, nie sądził jednak, że będzie się musiał przed nią uzewnętrznić bardziej niż do tej pory. Kiedy znów zaczęła mówić, słuchał jej, ale nie przerywał posiłku. Dopiero kiedy skończyła dotarło do niego, że chyba gorzej być nie może. Głowę miał akurat pochyloną nad talerzem i chciał włożyć do ust kęs, ale już nie zdołał. Zacisnął szczęki i jakby w zwolnionym tempie odłożył widelec na bok. Wziął kilka krótkich oddechów i dopiero wtedy podniósł głowę. Spojrzał na Yve mając w oczach coś na kształt złości i załamania jednocześnie. Westchnął. Odsunął talerz zupełnie na bok. I tak odechciało mu się jeść. Miał dwa wyjścia: dobrze kłamać i mieć nadzieję, że mu uwierzy, lub powiedzieć bolesną prawdę, przejść przez to i liczyć, że lisołaczka zrozumie, jednocześnie dając jej do zrozumienia, że naprawdę jest z nią szczery.
- To długa historia - uprzedził - ale może się streszczę. Jestem wojownikiem, a wojownik nie ma zbyt wielu okazji by chodzić w odświętnych ubraniach, ale w Planach Niebiańskich faktycznie, nie jestem taki zapuszczony. Tam jestem uzdrowicielem, ale na ziemi moją misją najczęściej była walka. Zwykle noszę proste ubranie, skórzaną zbroję i broń. Jakiś czas temu powierzono mi misję w Rododendroni, miałem być najzwyklejszym strażnikiem i zdobne odzienie nie wchodziło w grę. Byłem dowódcą drużyny aniołów, ale... - przerwał i przełknął głośno ślinę, aż było widać poruszającą się grdykę pod jego zarostem - po tym jak... Jak moja... - to słowo nie chciało mu przejść przez gardło, dosłownie czuł jakby ktoś ścisnął mu krtań. Kolejne przełknięcie śliny nie pomogło.
- Po tym jak moja ukochana zginęła w walce, wróciłem do Planów Niebiańskich, po kilku miesiącach zauważono, że nie czuję się lepiej, więc dano mi nowe zadanie. Resztę znasz - nagle, gwałtownie odwrócił głowę w bok i utkwił spojrzenie w podłodze. Miał ochotę krzyczeć, czuł, że wspominając ją, na nowo pęka mu serce. Gdyby tylko mógł rozpłakałby się, wrzeszczał i uderzał pięściami w ścianę. Ale to już było i nie dawało ukojenia.
Zaschło mu w gardle, więc w końcu odwrócił się i sięgnął po swój kufel z mlekiem. Na szczęście pijąc, nie brudził wąsa białym płynem.
- Fikuśne odzienie nie pasowało do szukania cię po lesie - dodał, starając się uspokoić.
- Teraz jesteśmy w mieście, a ja mam nadzieję, że przynajmniej przez jakiś czas nie będę musiał zakładać zbroi i dobywać broni. Poza tym uznałem, że będzie ci milej mieć za towarzysza anioła, a nie żebraka - powiedział szczerze, chociaż wyglądał na przygaszonego.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 84
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Na jego słowa odnośnie tego, że sam nie chciałby już więcej wracać jako kloszard, kiwnęła głową, jedząc bez pośpiechu swój posiłek, po tym słuchała jego wykładu o aniołach. Z początku jednym uchem, lecz po niedługiej chwili, naprawdę słuchała go w pełnym skupieniu przerywając swój posiłek. Była mocno zaciekawiona tym co mówił. Zwłaszcza, że w pewnym momencie powiedział tak, jakby każdy mógł się stać aniołem. Choć kilka razy miała ochotę coś wtrącić, zaraz wpychała sobie do ust kawałek mięsa by się przed tym w ten sposób powstrzymać i nie przerywać mu. Zapisywała sobie jednak w głowie kwestie, które ją najbardziej zainteresowały i które chciała jeszcze podjąć. Mimo wszystko jednak zajęła się jedzeniem przez chwilę w ciszy, rozmyślając o tym co jej powiedział.
        Wszystko niby brzmiało sensownie i w ogóle... jednakże coś lisołaczce nie pasowało. I to nie odnośnie jego małego wykładu z niebianologii, a raczej w związku z tym co jej właśnie powiedział. Nie mogła jednak na tę chwilę stwierdzić co jej nie pasowało. A żeby nie siedzieć w ciszy jak kołek, postanowiła zmusić się do kurtuazji i w miarę podziękować niebianinowi za pomoc w ucieczce przed ścigającymi ją czarodziejami. W tym też momencie dotarło do niej co jej tak bardzo nie pasowało.
        Postanowiła zadać swoje pytanie odnośnie tego, dlaczego aniołowi bliżej było do zniszczonego życiem i przeciwnościami losu żebraka, niż cieszącego się siłą i dobrym zdrowiem mężczyzny. A już szczególnie anioła. Co prawda był pierwszym skrzydlatym niebianinem jakiego kiedykolwiek w swoim życiu widziała, ale mimo wszystko przypuszczała, że oni raczej zapuszczeni nie chodzą. Na pewno część z nich żyje skromnie, o ile nie większość, ale nigdy by nie pomyślała, że mogłaby spotkać anioła przypominającego bezdomnego. To jej się w ogóle nie mieściło w głowie i przeczuwała, że musiał się kryć za tym jakiś powód. Zadała więc kolejne pytanie, na ten moment odsuwając na bok zapytanie o to, co przyszło jej do głowy podczas wykładu Malachiego. Wprost zapytała o to, dlaczego wyglądał jak obdartus, który nie wiadomo jakim sposobem w ogóle zdołał wychynąć z rynsztoka.
        Nie spodziewała się jednak, że ciągnęło to ze sobą przykre wspomnienia, z którymi anioł do tej pory nie był w stanie się uporać. A tym bardziej pogodzić.
        Przekrzywiła głowę i zmrużyła ostrzegawczo oczy, myśląc, że chcę ją po prostu zbyć. Na końcu języka miała: "Nigdzie się nie wybieram, mamy sporo czasu. Mów". Okazało się to jednak niepotrzebne, gdyż niebianin zaraz podjął się próby - jak to sam określił - streszczenia wszystkiego. I może rzeczywiście. Yve zaczęła słuchać, choć nie przejawiała zbytniego zainteresowania. A przynajmniej na początku. Z resztą każdy by od razu się obudził i zainteresował, gdyby usłyszał jak swojemu rozmówcy zawiesza się głos a słowa stają w gardle. W sumie lisica zaczęła się domyślać, o co chodziło, gdy tylko anioł zaczął się zacinać i korzystając z tego, że wcale na nią nie patrzył, przewróciła oczami, czekając aż w końcu ten wydusi z siebie to, co tak bardzo nie przechodziło mu przez gardło. Może gdyby powiedział, że coś poważnego mu się stało w rękę, uszkodził sobie w jakiś sposób te swoje przepiękne skrzydła, czy nawet zniszczyłby sobie ulubioną kurtkę, może wtedy miałaby dla niego więcej współczucia, sama niejednokrotnie ubolewała mocno nad tym jak jej ulubiona sukienka skończyła w strzępach. Niestety chodziło o utratę ukochanej osoby i w takim przypadku Yve pozostawała niewzruszona, a może nawet zdegustowana, jakby odechciało jej się dalszej rozmowy. Przez chwilę siedziała w milczeniu i rozmyślała, obserwując od niechcenia poczynania niebianina, jak ten popija swój smutek mlekiem, by zaraz znów przyjąć pełną formalności postawę. Niby swoimi ostatnimi słowami jakby starał się poprawić nastrój, by nie był taki grobowy, jednak lisicy to nie przekonywało. Z drugiej strony jakby nie patrzeć starał się zmienić temat, na co rudowłosa nie zamierzała tak łatwo przystać. Nie miała nic do stracenia, niebianin najprawdopodobniej nie podniesie ręki na kobietę, zwłaszcza taką świeżo po porodzie, a za to może uda jej się sprawić, że ten ślepiec może nieco zmądrzeje. Nie oczekiwała, że przejrzy w końcu na oczy.
        - Piękna historia, naprawdę. Dziwię się, że bardowie jeszcze nie śpiewają o tragicznej miłości anioła - zaczęła z nieukrywaną ironią i oparła się na krześle, lekko się na nim odchylając, aż drewniane nogi zatrzeszczały. Teraz swoją naukę zaczynała profesor Yve. - Muszę cię zmartwić aniołku, ale nie ma na świecie miłości. To tylko poetyckie określenie instynktów i rządz kierujących każdym żywym organizmem, który walczy o przetrwanie swoich genów na tym okrutnym świecie. I nie mówię tego jako dziwka, a kobieta. Chociaż moja profesja tylko mnie w tym utwierdziła. Wiesz ilu miałam klientów, mówiących o prawdziwej miłości do swojej kobiety, żony, matki ich dzieci, gdy w tym czasie się ze mną bzykali? Śmiało mogłabym powiedzieć, że co drugi taki do mnie przychodził i po wszystkim, wręczając mi kasę, wypłakiwał mi się w rękaw, że go żona znienawidzi jak się tylko o tym dowie. Wielu jednak mimo to było w stanie umówić się na kolejną wizytę - powiedziała ze śmiechem, przestając się bujać na krześle, co by z powodu rozbawienia nie spaść z niego. - Nie uwierzysz, ale część z nich nazywała mnie imionami ich partnerek, gdy mnie posuwali - dodała, nie tracąc dobrego humoru. Nawet otarła łzy z oczu, które do nich napłynęły przez śmiech kobiety.
        - Dam ci radę, zapomnij o niej, bo nigdy ani ty jej nie kochałeś, ani ona ciebie. Nie ma na to szans, bo jak już mówiłam - nie istnieje coś takiego jak miłość. Najpewniej poleciała na twoje skrzydła albo kasę, widziała w tobie wyłącznie potencjał genetyczny, a ty zainteresowałeś się nią przez to, że podświadomie widziałeś w niej idealny materiał na matkę swojego potomstwa. Ni mniej, ni więcej. Nie ma sensu się więc użalać, bo tego kwiatu jest pół światu. Nie zauważysz kiedy spotkasz kolejną taką, albo nawet z tuzin. - Machnęła ręką i przeciągnęła się. Chwilę nad czymś myślała, zamiatając swoją rudą kitą podłogę, ale praktycznie po dwóch uderzeniach serca dokończyła swój posiłek i wstała z miejsca.
        Chciała się przespać. Potrzebowała odpocząć, ale jak tylko przypominała sobie, że w pokoju, który miała do użytku są te dwa pasożyty... od razu jej się odechciewało. A nie wiedziała co innego mogłaby ze sobą zrobić. Przez jakiś czas raczej nie będzie mogła wyrywać sobie jakiś imbecyli, którzy za spędzenie z nimi nocy kupili by jej coś ładnego i błyszczącego, albo jakieś nowe łaszki. No i wątpiła by udałoby jej się w tej zabitej dechami dziurze znaleźć kogoś, kto bardzo mocno potrzebowałby jej usług by się kogoś innego pozbyć. Spojrzała na Malachiego myśląc, że może on coś... Ale... W sumie... Jej fioletowe oczy niemalże błysnęły, gdy lisica wpadła na genialny pomysł. Podeszła do anioła, złapała go za rękę i zaczęła ciągnąć z entuzjazmem.
        - Podnieś swój pierzasty zadek i chodź. Poszukamy ci nowej dziewczyny, a jak nie to kurtyzany na jedną noc, póki wyglądasz jak człowiek, a nie mieszkaniec rynsztoka - powiedziała pogodnie, ani trochę nie odpuszczając w swoich staraniach zmuszenia go do powstania, choć fizycznie nie miała na to szans, bo siłaczką nie była. Zabijała swoimi truciznami i zwinnością, nie siłą fizyczną.
        Co prawda nie wiedziała gdzie obecnie byli (oprócz tego, że według niej w jakiejś drętwej, zapyziałej karczmie), ani też nie wzięła pod uwagę obecnej pory dnia, czy choćby tego jakie ryby mogły pływać w tym morzu, ale była bardzo zawzięta jeśli o realizację tego pomysłu chodziło. Chciała po pierwsze udowodnić swoja rację, że jeszcze w nie jednej kobiecie mężczyzna się zakocha (znacznie szybciej w takiej rozebranej, albo skąpo ubranej, ale tę uwagę wolała zachować dla siebie), a po drugie, nie wątpiła w to, że będzie zabawnie. I tak nie miała co robić, a to pokoju wracać nie chciała, choćby miało ją to uchronić przed całą armią piekielną. W sumie... byłaby ustawiona na całe życie, jakby została główną konkubiną Księcia Ciemności.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 82
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Malachi nie spodziewał się współczucia, ale szybko pożałował, że był szczery. Zawsze myślał, że jest cierpliwy, ale w tym momencie ta pewność zupełnie się ulotniła. Nie, nie uderzyłby kobiety, ale poczuł, że ta, która przed nim siedziała rozdrapuje mu serce na kawałki. I miał dość. Serdecznie dość. Dość bólu, dość cierpienia, dość swojej misji, bycia aniołem i dość lisołaczki. Był zwyczajnie zmęczony psychicznie walką z nią. Fizycznie mógłby teraz stanąć do walki z piekielnym, ale jego dusza krzyczała ze zmęczenia. Nie pojmował dlaczego Pan zesłał mu taką kobietę, dlaczego dał mu właśnie takie zadanie. Po co? Żeby bardziej go zranić? Czy uleczyć poprzez cierpienie? Tyle, że ciemnowłosy nie miał już na to siły. Za to miał Yve i jej dzieci. Jeśli miałby wybór to wolał już opiekować się małymi lisołakami, niż zajmować ich matką. Zacisnął zęby i przymknął na moment oczy.
- Ananke była bezpłodna - powiedział wprost.
- Nie mogliśmy mieć dzieci. I nigdy, jak to poetycko ujęłaś, jej nie "bzykałem". A mimo to chciała spędzić ze mną życie, a ja z nią. Mam 274 lata i po raz pierwszy kogoś pokochałem. "Kasy" nie mam. Ot, tyle by żyć, ale nie jestem bogaty. A Ana znała mnie w wojskowym wydaniu, nie tym anielskim. Nie byłoby potomstwa, nie było seksu, ani "kasy", ani anielskich skrzydeł. Nie wierzysz w miłość - w porządku. Może jej nie doświadczyłaś. A z takim podejściem nigdy jej nie doświadczysz. Twoja sprawa. Nie musisz mieć serca, ale jak widać, masz rozum, więc używaj go czasem. I zanim otworzysz paszczę zastanów się o czym mówisz. Choć nie sądzę, żebyś wyniosła z tej sytuacji jakąś naukę. Przecież nie obchodzi cię, że mnie zraniłaś. Być może dla ciebie nie ma miłości, nigdy nie było i nigdy nie będzie, ale to tylko twoja wina. Nie chcesz być otoczona opieką, wolisz żyć sobie we własnym świecie - dobrze. Jestem jedyną osobą na całym tym świecie, która chciała się tobą zająć. Misja misją, ale miałem nadzieję, że dotrze do ciebie, że mam wolną wolę. Nie dotarło. W porządku.

Malachi wstał od stołu. Yve próbowała wyciągnąć go z karczmy, ale on nie miał zamiaru nigdzie iść. Miał ponurą minę, nie okazywał złości, choć w środku był załamany i faktycznie zły. Po prostu stał się obojętny.
- Zostaw, proszę - powiedział i sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej niewielki kluczyk i położył na stole.
- Do twojej bransolety. Idź. Rób co chcesz. Wiesz gdzie mnie szukać - dodał i odwrócił się z zamiarem powrotu do pokoju. Trudno. Nie udało się. Nie był odpowiedni do tej misji, nie nadawał się by kogokolwiek nawracać. Był wojownikiem i uzdrowicielem, nie kapłanem. Poza tym uratował ją, uratował jej dzieci i teraz z pewnością będzie miał je na głowie przez dłuższy czas. Może powinien skupić się na tym, a nie na rudej. Nawet się na nią nie obejrzał. Po prostu ruszył w stronę schodów. Nie obchodziło go co lisołaczka zrobi z bransoletą. Wiedział jedno: poniósł porażkę.

Otworzywszy drzwi do pokoju stanął w progu jak wryty. Wiedział, że karczmarka zajmuje się szczeniakami, tylko, że nie... Bo nie było już małych lisków, tylko niemowlęta, z rudymi kitami i lisimi uszami wyrastającymi z głowy. Jedno spało na jego łóżku, a drugie miała na rękach jakaś młoda służka. W dodatku dzieci były ubrane, a karczmarki nie było w pobliżu. Służka uśmiechnęła się widząc w drzwiach Malachiego.
- Ta zasnęła, ale ta nie chce - oznajmiła, wskazując najpierw na dziecko na posłaniu, a potem na to, które miała na rękach.
- Gospodyni nakarmiła je, założyła czyste pieluszki i ubrała, ja tylko przyszłam je przypilnować - mówiąc to wstała i podeszła do anioła, bez wahania chcąc podać mu dziecko. Osłupiały mężczyzna wziął na ręce małą lisołaczkę.
- Jak mają na imię? - spytała dziewczyna.
- E... Jak mają na imię... Ja nie...
Służka przekręciła głowę i zmarszczyła brwi. Patrzyła na niego nie jak na niebianina, a raczej intruza, który dotyka czyiś dzieci. Owszem, miał skrzydła, ale czuł się jak pod ostrzałem.
- To może ta będzie Lily, aaa tamta Rose - wydukał.
- Och, jak ładnie. Lilijka i Różyczka - nastrój służącej zmienił się natychmiast - zostawiam je, do widzenia - oznajmiła i faktycznie zostawiła Malachiego z dwójką niemowlaków.

Anioł wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Usiadł na łóżku niedaleko śpiącego niemowlęcia. Przez moment wgapiał się w nie, ale potem przeniósł wzrok na dziecko, które miał na rękach.
- Więc jesteś Lily, co? Matka raczej nie nada ci imienia, a nie możesz tak sobie latać po świecie bez niego. Jakoś muszę do ciebie mówić, hm? Trzeba was jakoś zaznaczyć, bo was nie rozróżniam. Bobas jak bobas. Co powiesz na wstążkę? Ty będziesz miała fioletową, jak lilie, a ona czerwoną, jak róże? - dziewczynka, choć miała zamknięte oczy, nie spała, wierciła się i wyciągała przed siebie małe rączki i nóżki. Malachi przysunął do niej dłoń i wtedy dziecko chwyciło go za palec. Westchnął.

- Pojęcia nie mam co dalej, wiesz? Mój Najwyższy jakoś się nie odzywa. Twoją rodzicielkę puściłem wolno i zostałem z wami. Trzeba znaleźć wam jakaś rodzinę, tylko jak. Ludzie myślą, że aniołowie są wszechwiedzący, a jak czegoś nie wiedzą, to Pan zsyła im odpowiedzi. Gdyby to było takie proste. Albo gdyby można sobie od tak przestać być sługą bożym.
Lily ziewnęła przeciągle, o ile w ogóle można tak powiedzieć w przypadku niemowlęcia. Anioł uśmiechnął się.
- Śpij, śpij. Jutro będzie nowy dzień i jakoś sobie poradzimy. Chociaż pojęcia nie wiem jak...
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 84
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Lisica wbrew pozorom nie miała zamiaru go zranić. Chciała go pocieszyć, pokazać, że anioł niepotrzebnie się tak zadręcza, że z powodu swojej rozpaczy robi z siebie kloszarda. Dla niego może nie, ale według niej, życie było stanowczo zbyt krótkie, aby się tak każdą zakończoną miłością przejmować. Każdym niepowodzeniem. Ale może... popełniła błąd patrząc na to wszystko ze swojego punktu. Choć z drugiej strony miała anioła za rozsądnego mężczyznę, który najpierw myśli, a dopiero jakoś później daje się ponieść emocjom. W końcu żadne z nich nie było już dzieckiem, żeby się w życiu kierować głównie emocjami.
        Kiedy się w końcu odezwał po całym jej wywodzie, spojrzała na niego, jakby go lekko dosłyszała. Uniosła jedną brew i oparła się o stół z lekko jakby splecionymi rękami, uważając jednak by krawędź blatu nie wciskała jej się w biust, bo to nie byłoby zbyt przyjemne dla nie. Również zmrużyła oczy, odbierając jego zachowanie jako rzucone wyzwanie. Jej ruda kita raz po raz przecinała nerwowo powietrze za jej plecami i to był jedyny dowód tego, że lisica mogłaby być w obecnej chwili zdenerwowana. Zwłaszcza, ze jej spojrzenie z wrogiego, zaraz przybrało bardziej kpiącego charakteru.
        - I co z tego? Też jestem bezpłodna, jak każdy lisołak, a tamte pchlarze nie wiem po czorta przyniósł mi przeklęty bocian - powiedziała z arogancją w głosie, bo wiedziała, że ma rację. Ba! Miała na to nawet niepodważalne, śmierdzące i głośne dowody, w sztukach dwóch.
        Po tym odchyliła się na oparcie i słuchała z rosnącą niechęcią tyrady niebianina, choć nie zmieniła swojego wyrazu twarz z pełnego arogancji i pewności siebie. Nie uzewnętrzniała jednak pogardy, którą zaczęła odczuwać wobec zaślepionego swoją "miłością" anioła. Biedny głupiec aż jej go szkoda było. A chciała dobrze. Chciała by przejrzał na oczy, ale skoro tak to niech nadal żyje w swoim kolorowym, sielankowym świecie pełnym kłamstwa i obłudy. Nawet gdyby dostał prawdą prosto w twarz, zapewne nadal byłby przekonany o swojej racji. Wmawiałby sobie, że to tylko deszcz, zamiast zwrócić uwagę na to, że właśnie został opluty. Skoro bliżej mu było do życia polowego i wojskowej musztry, to czemu był tutaj z nią i opowiadał jej bajki dla dzieci o prawdziwej miłości?
        Było jednak coś w jego wypowiedzi, co dotknęło ją do żywego. Jej ogon przestał gniewnie majtać na boki, zesztywniał, a po tym opadł bez życia. Lisica powstrzymała się od przyłożenia aniołowi w twarz i tylko uśmiechnęła się słodko do niego, wpadając na genialny pomysł by znaleźć mu godną towarzyszkę, chociażby na jedną noc. Choć coraz bardziej miała ochotę wydrapać mu oczy.
        - Ho? - mruknęła, mrużąc oczy i lekko przekrzywiając głowę, gdy anioł położył na stole klucz i zaraz wyjaśnił, że to do jej bransolety.
        Spojrzała po tym na niego, a gdy tylko się odwrócił, wyszczerzyła na niego lekko zęby i cicho zawarczała. Czyli ani trochę się nie zmienił. Był tym samym burakiem co na samym początku. Świetnie! Niech więc tak będzie!
        - Dupek pieprzony - warknęła pod nosem zabrała kluczyk i wyszła z karczmy zamaszystym krokiem.
        Od razu uderzył w nią chłodny, wieczorny wiatr, tak silny i siekący, że nie miała wątpliwości iż była w jakimś nadmorskim mieście. Tylko gdzie? Trytonia? Wydawało jej się tutaj zbyt... przytulnie jak na miasto dorównujące sodomią i gomorią niemalże miastu umarlaków. Choć w była pewna, że w Trytonii panowało większe bezprawie, a w mieście śmierci jedynie mieli różne dziwne zboczenia.
        Nie miała jednak ochoty się nad tym dłużej zastanawiać, bo ważniejsze było to... gdzie w ogóle chciała pójść i co z sobą zrobić. Jedyne co wiedziała to to, że była wściekła. Że niby to wyłącznie z jej winy nie było wokół niej miłości? Czyli to przez nią jej ojciec zarżnął jak prosiaki Sanę i Satura? Czyli to przez kilkulatkę zostały zabite dwie najukochańsze dla niej na świecie osoby... Nie doczekanie! Oczywiście zgodziłaby się z zarzutami, że zabiła swojego ojca, którego nawet nie znała, z powodu rozpaczy za tą stratą. Ale gdy Malachi powiedział, że brak miłości wokół niej był jej winą i przypomniała sobie tamtą sytuację, gdy zobaczyła martwe ciała swojej matki i jej partnera, który był dla małej bardziej jak ojciec, niż ten który rzeczywiście nim był, aż krew się w niej gotowała.
        Z resztą... jak miał kochać, skoro jedyny mężczyzna jakim się w życiu interesowała, pewnie nawet nie zauważył, że została porwana, a z jego powodu porzuciła przecież swojego przyjaciela. Grrr... to anioł powinien się zastanowić nad tym co mówił, bo ona opierała się na własnych doświadczeniach!
        Objęła się ramionami i zadrżała, gdy uderzył w nią kolejny podmuch nadmorskiego wiatru. Przytuliła do siebie swoją rudą kitę jakby to miało jej pomóc nie zmarznąć za bardzo i ruszyła przez nieznane sobie miasto. Oczy ją piekły, a gniew ściskał gardło. Nie chciała się rozpłakać. Była przecież silna, nie powinna płakać, jednakże im dłużej myślała o tym, że to wszystko jej wina, że była na świecie sama jak palec, a wszyscy dookoła widzieli w niej tylko ładną buźkę i okazały biust oraz tyłek, tylko trudniej było jej powstrzymywać się od uronienia łez. Jej jedyną prawdziwą przyjaciółką w całym życiu lisicy był chyba tylko jej ogon, bo i pomagał lisicy w trudnych chwilach, gdy nie miała się do kogo przytulić czy kiedy marzła i zawsze przy kobiecie był. Co prawda nie było możliwości, by lisołaczka pozbyła się swojego ogona, czy ten od niej by uciekł, ale mimo wszystko i tak tylko go miała. No i liczyć mogła wyłącznie na siebie.
        Pociągnęła nosem i otarła brzegiem dłoni oczy. Przeklinała te głupie szczeniaki, za to, że nie mogła póki co nikogo uwieść i się z taką osoba przespać, by chociaż przez chwilę czuć się dla kogoś ważna. Spojrzała na bransoletę na swojej ręce i poczuła jak znów wzbiera w niej gniew, ale i smutek. Zawaliła, bo mogłaby chociaż udawać, że chce się poddać nawróceniu anioła, byleby tylko mieć przy sobie kogoś. A przynajmniej dopóki znów nie będzie mogła oddawać na lewo i prawo swojego ciała za pieniądze. Choć z drugiej strony... teraz przez ta sytuację ze szczeniakami bała się czy znów nie zajdzie w ciążę.
        Zrobiła jeszcze jedną rundę po mieście i wróciła do karczmy, z której wyszła jakoś przed dwiema godzinami. Westchnęła głęboko i weszła do środka od razu jej się zrobiło ciepło i bardzo miło. Było tu naprawdę przytulnie, choć nie zauważyła tego od razu. Poszła na górę do pokoi i zapukała cicho do drzwi, za którymi spodziewała się zobaczyć anioła i szczeniaki. Nie zamierzała przepraszać, co to to nie. Zwłaszcza, że była pewna swojej racji. To raczej ten skrzydlaty buc powinien ją przeprosić, ale w tej chwili nie to było dla niej najważniejsze.
        Weszła do środka i spojrzała w pierwszej kolejności na swoje puste łóżko. Otworzyła szeroko oczy z rosnącym niepokojem, a po tym spojrzała na anioła.
        - Gdzie one są? - zapytała niepewnie. - Te dwa małe smrody? - sprecyzowała, dopiero po chwili zauważając jedno na rękach niebianina, a drugie obok, ale... - ...to nie są szczeniaki - pomyślała na głos i pokręciła głową, chcąc odepchnąć od siebie gniew i niepokój, że anioł im coś zrobił. Nie obchodziło ją to... Nie powinno ją to obchodzić.
        - Oddaję co nie moje - mruknęła cicho, co by nie zbudzić małych lisołaków i podeszła do anioła, by na stoliku nocnym obok jego łóżka zostawić bransoletkę razem z kluczem. Po tym się cofnęła i odwróciła by wyjść z pokoju i nie drażnić niebianina swoją obecnością.
        - Tak przy okazji... to nie moja wina, że ci, których kochałam zginęli. Ja tylko zabiłam winnego ich śmierci - mruknęła na odchodnym, zanim wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi.
        Za nimi zmieniła się w lisa i... wdrapała się zwinnie na belkę pod sklepieniem. Położyła się tam zawijając ogon pod siebie i wtulając w niego swój rudy pysk. Póki miała możliwość odpocząć w ciepłym i suchym miejscu, w którym nie wiało tak strasznie, zamierzała z tego korzystać ile tylko mogła. Nie wiadomo kiedy będzie miała kolejną taką możliwość. O ile w ogóle jeszcze kiedyś będzie miała, bo była pewna, że kwestią czasu było nim znów będzie zmuszona uciekać. Problem jednak polegał na tym, że nie uda jej się wiecznie umykać pogoni i w pewnym momencie zostanie pojmana i znów zamknięta w zimnej, wilgotnej celi.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 82
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Malachi był pewien, że Yve nie wróci. Bo po co by miała? Przez chwilę siedział mając na rękach małą Lilly. Uderzyła w niego jedna myśl. Czyżby właśnie został ojcem? Przecież nie znajdzie od tak rodziny dla dwójki dzieci i to jeszcze lisołaków. Nie mógł ich oddać do sierocińca, jakikolwiek by nie był, w końcu i tak ktoś sprzedałby dziewczynki. Owszem, istniały takie miejsca prowadzone przez niebian, ale nie były strzeżone, więc prędzej, czy później ktoś dowiedziałby się o istnieniu lisołaczek i je stamtąd wykradł. Lisołaki były magiczne. Cenne. Zwłaszcza dla ludzi bez skrupułów. A takich było aż nadto.
- Wcale nie miałem nawrócić Yve... - powiedział na głos.
- Chodziło o was... - spojrzał po raz kolejny na Lilly. - To was mam chronić. Panie, czy taki właśnie był twój plan? - spytał, choć w pobliżu nie było nikogo. Mówił do Najwyższego.
- To nimi miałem się zająć? Wiedziałeś, że ona się nimi nie zaopiekuje, dlatego wysłałeś mnie - chciał powiedzieć, że nie wie jak to zrobić, że o dzieciach wie niewiele, ale nie mógł. Wola Pana była jasna i nie podlegała dyskusji. Pytania były zbędę, przynajmniej te kierowane do Najwyższego. Na pozostałe, odpowiedzi szukać musiał gdzie indziej.

W czasie, kiedy Yve chodziła po mieście Malachi musiał obmyślić jakiś plan działania. Bał się zostawić dzieci same, ale szybko doszedł do wniosku, że powinien zmienić pokój. Po pierwsze, uznał, że potrzebuje większego, po drugie, że dzieci nie mogą spać na łóżkach, ani na podłodze, a po trzecie... Trzeba je karmić, przewijać, prać pieluchy i bardzo chciał tego uniknąć. Wiedział jednak, że się nie da i że będzie mu wygodniej gdzieś na dole. Koniec końców, gdy Lily zasnęła, ułożył obie dziewczynki przy ścianie, otoczył "murem" z poduszek, okryć i własnego płaszcza, żeby tylko nie spadły i zszedł na dół.

Co prawda poprzedniego dnia karczmarka mówiła, że nie ma innych pokoi, ale anioł miał nadzieję, że może jednak ktoś opuścił zajazd. Miał szczęście, rano zwolniły się aż trzy pokoje, w tym jeden duży znajdujący się na pierwszym piętrze. Karczmarka oznajmiła, że Malachi może go zająć. Ustalił z nią też kilka innych rzeczy i wrócił do lisołaczek. Uznał, że najlepiej będzie jeżeli przeniesie je na końcu. Zaczął więc zbierać swoje graty i znosić na dół. Nie rzucił ich jednak w kąt, tak jak wcześniej, a poukładał i rozgościł się w izbie. Od kręcącej się po pokoju gospodyni przygotowującej pościel dowiedział się, czy w mieście można znaleźć mamkę. Jak stwierdziła kobieta: "Dzieci rodzą się tu co chwilę", po czym dodała, że w sąsiedztwie aż dwie kobiety niedawno urodziły, więc będzie musiał z nimi porozmawiać. Miał nadzieję, że przynajmniej jedna z nich się zgodzi, drugiej poszuka najwyżej w innej dzielnicy. Wątpił, żeby jedna kobieta była w stanie wykarmić swojego berbecia i jeszcze dwa dodatkowe. Cóż... Najwyżej przyjdzie mu biegać po mieście co trzy godziny na karmienie, ale czy to mogło być gorsze od tego co spotkało go w przeszłości?

Przeniósł już właściwie wszystkie rzeczy, a na strych wrócił tylko po dzieci. Jedna z młodych służek wręczyła mu wcześniej wstążki o które prosił. Fioletowej nie było, ale znalazła się biała i czerwona. Powróciwszy do pokoju zawiązał po jednej wstążce na nadgarstkach dziewczynek. Tym razem przebudziła się Rose, więc wziął ją na ręce i zaczął kołysać. Aż dziwne, że usnęła na powrót i że żadna z nich jeszcze nie była głodna. Nie mówiąc już o tym, że póki co miały czyste pieluchy. Póki co...

Anioł miał właśnie wychodzić, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Był przekonany, że to gospodyni, albo służka. Tymczasem do pokoju weszła Yve. Wyglądała na zmęczoną i zmarzniętą. Malachi już zapomniał o ich rozmowie. Miał teraz ważniejsze rzeczy do roboty, niż rozpamiętywanie poglądów dziewczyny. Niemniej, jej powrót ogromnie go zdziwił. Naprawdę nie sądził, że wróci. Przekonany był, że bransoletę zabierze i sprzeda. Miałaby wtedy pieniądze na inną karczmę. A jednak tego nie zrobiła. Ciemnowłosy podniósł na nią wzrok i wysłuchał. Jego mina nie wyrażała niczego. Nie dało się rozpoznać w niej ani złości, ani żalu. Ruda wyszła z pokoju, a on wstał. Wsadził do kieszeni bransoletę wraz z kluczykiem. Wziął na ręce drugą dziewczynkę i wyszedł z izby.

Od razu zauważył, że pod belką leży zwinięty w kłębek lis. W końcu wojsko nauczyło go czujności i dostrzegania takich rzeczy. Westchnął w duchu. Czyli Yve jednak została. Ciekawe dlaczego.
- Zmieniamy pokój - oznajmił, choć było to trochę dziwne, tak mówić do lisa.
- Jesteśmy na pierwszym piętrze, pokój ma tabliczkę z numerem cztery. Przyjdź, jeśli chcesz - starał się być uprzejmy. Nie był zły. Zdziwiony - owszem, ale złość już mu przeszła. Po prostu się od niej odciął.

Zszedł na dół i szybko znalazł się w nowym lokum. Izba na strychu była klitką, teraz mieli duży pokój z prawdziwego zdarzenia. Na przeciw wejścia znajdowały się dwa duże okna. Po lewej, pod ścianą, stało łoże, w którym zmieściłyby się i trzy osoby. Po drugiej stronie stał stół i cztery krzesła, w ścianę niedaleko wbudowano kominek. Pod jednym z okien stały dwa, głębokie fotele obite zieloną tkaniną. Zaś na lewo od drzwi znajdowały się meble. Długa komoda i szafa. Po lewej stronie łóżka można było dostrzec dębowy kufer, który robił jednocześnie za stolik, stała na nim oliwna lampka. Po przeciwnej ustawiono jeszcze jedną komodę z szufladami. Na wierzchu leżała książka, obok mały wazonik i gruba świeca. Meble były dość stare, ale zadbane. Pościel czysta, izba wywietrzona, a w kominku tlił się ogień. Anioł wszedł do środka i od razu udał się w stronę posłania. Po stronie komody stał duży, wiklinowy kosz na pranie, od wejścia nie było go widać. W gospodzie nie było kołyski, ale znalazł się kosz, który miał posłużyć za miejsce dla Lilly i Rose. Anioł ułoży obie na przygotowanym wcześniej posłaniu. Drzwi do izby zostawił otwarte.
- No i już. Widzicie? Mówiłem, że będzie dobrze - powiedział.
- Ciekawe tylko czy wasza matka się do nas pofatyguje.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 84
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Choć wcale nie minęło dużo czasu od jej "pożegnania" z Malachim, była tak zmęczona, że praktycznie zaczęła od razu usypiać, jak tylko umościła się względnie wygodnie na tej belce. Kiedy tylko usłyszała dźwięk otwieranych i zaraz zamykanych drzwi, natychmiast otworzyła fioletowe oczy i spojrzała na niebianina czujnie, po części również z urazą. Nie potrafiła mu wybaczyć tego wszystkiego, co powiedział, bo nikt jej nigdy tego nie nauczył. Sama też nie zamierzała nauczyć się wybaczać, bo praca kurtyzany pokazała jej, że nie warto. Ile to razy widziała pod zamtuzem wściekłą żonę jednego z klientów, który na kolanach błagał awanturującą się kobietę o wybaczenie i ją przepraszał, a po kilku dniach znów przychodził do burdelu i znów powtórka z rozrywki. Jaki więc sens miało wybaczanie komuś i proszenie o wybaczenie?
        Ziewnęła przeciągle, zawijając lekko długi, różowy język i pokazując ostre kły, po czym znów wtuliła pysk w rudą kitę, obserwując anioła z lekkim znużeniem. Jej wzrok na moment zsunął się na śpiące w silnych ramionach niebianina dziewczynki, lecz zaraz odwróciła spojrzenie, lekko ściągając spiczaste uszy do tyłu. Niech sobie nie myśli, że lisica przestanie być zła tylko dlatego, że był teraz miły. Wcześniej też udawał miłego i na co im obojgu to było?
        Yve odprowadziła go uważnym spojrzeniem i westchnęła cicho, gdy zniknął jej z oczu. I na co było jej to wszystko? To całe uciekanie i ukrywanie się przed magami, którzy sprawili, że była, kim była? Może w ogóle nie powinna uciekać? Bo jaki to miało sens skoro prędzej czy później się w końcu potknie i znów zostanie pojmana. Co prawda nie zamierzała się poddać bez walki, ale... Wiedziała, że jej los jest z góry przesądzony i nawet sam Najwyższy nie byłby w stanie tego zmienić.
        Parsknęła, lekko szczerząc kły, rozbawiona tym w jak żałosnej sytuacji się znajdowała. Ciekawe czy gdyby była mężczyzną lisołakiem, to czy też miałaby te same kłopoty, co obecnie. W sumie to wątpiła, by w takim wypadku tamci czarodzieje uganialiby się za nią z tą sama determinacją i zapałem.
        - "Przekichane" - zamruczała z lekkim niezadowoleniem, jakby ktoś właśnie próbował wyciągnąć ją z łóżka bardzo wcześnie rano i schowała niemal całą swoją głowę w puszystym ogonie. - "To se zostałam boginią otoczoną wielbicielami i bogactwem. Phi!"
        Westchnęła po raz kolejny i zamknęła oczy, niemalże natychmiast usypiając. Nie można jednak powiedzieć, że spała dobrze i nie chodziło tu o raczej niewygodne leżenie na belce. Była padnięta, ostatnio się wiele wydarzyło, a sama lisica miała masę stresu, co przełożyło się na to, że teraz śniły jej się różne głupoty. I ani trochę nie były miłe czy zabawne.
        Znów była w ciemnej celi, cuchnącej strachem i różnymi okropnymi rzeczami. Dokoła czuła masę pobratymców w tym także małe dzieci i słyszała ich krzyki, ich rozpacz, to jak cierpieli i jak tracili rozum. Znów widziała jak przez tych czarodziejów część stała się pozbawionymi życia, bezmyślnie wykonującymi rozkazy marionetkami, a inni do reszty stracili swoje człowieczeństwo i całkiem zdziczeli. W tym wszystkim wcale nie było najgorsze to, że ona tam była. Najstraszniejsze było dla Yve widzieć tam dwa szczeniaki, których tak bardzo chciała się pozbyć.
        Obudziła się może po pół godzinie, może po godzinie, cała rozdygotana, roniąc łzy, których nie była w stanie w żaden sposób powstrzymać. A do tego czuła się jeszcze bardziej zmęczona, niż przed tą koszmarną drzemką. Omal nie spadła z belki na głowę przechodzącego gościa karczmy, w porę jednak zdołała się utrzymać w ukryciu, a gdy nie było nikogo dokoła, zeskoczyła spod sufitu i przybrała swoją ludzką formę, choć lisiej kity nie zdołała się pozbyć. Kompletnie nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Czuła się żałośnie, gdy myślała o pójściu do anioła, zwłaszcza, że wiedziała jak okropnie obecnie wygląda. A tyle przecież poświęciła, tak mocno się starała pokazać całemu światu, że choć ma ładną buzię i duży biust, potrafi sobie doskonale poradzić niezależnie od sytuacji i w każdych warunkach. No... nie każdych, jak się okazało.
        Podciągnęła nosem opanowując płacz wywołany okropnym snem i otarła oczy rękawem. Dobrze, że ostatnio mocno zaniedbywała malowanie się, bo teraz zapewne wyglądałaby z twarzy jak jakiś szop czy inna panda. Wzięła kilka głębokich wdechów i wykrzesała z siebie resztki pewności siebie i dumy, jakie jej pozostały, gdy w końcu zdecydowała się zejść na dół. Co prawda nadal nie wiedziała, co ze SOBĄ począć, ale jedno wiedziała na pewno, choć pewnie podejmowała właśnie najgłupszą decyzję w całym swoim życiu.
        Przeszła przez korytarz i zbliżyła się do otwartych drzwi od jednego z pokoi na tym piętrze. Raczej nie ciężko było się domyślić, że to sprawka anioła i znajdzie go właśnie w tej izbie. Zajrzała ostrożnie do środka zza rogu, po czym odetchnęła głęboko i nabierając pewności siebie, weszła do pomieszczenia, cicho zamykając za sobą drzwi.
        - Tamci magowie prawdopodobnie nie odpuszczą, a przynajmniej nie tak łatwo - zaczęła, wcale nie wchodząc głębiej do pokoju, tylko stojąc cały czas przy drzwiach. Mówiła cicho i spokojnie, aby nie zbudzić dzieci prawdopodobnie pogrążonych we śnie. - Nie pozwolę im ich zabrać. Jeśli mnie znajdą, pójdę z nimi, aby nie ścigali dalej szczeniaków. Wierzę, że z tobą nie spotka ich żadna krzywda i będą szczęśliwe - dodała.
- Pozwól, że nieco odpocznę, a po tym znajdę sobie jakieś zajęcie, nie będziesz musiał mnie oglądać - burknęła, nadal stojąc praktycznie przy samych drzwiach, jakby miała zamiar w każdej chwili odejść. Całe życie uciekała i miała już tego serdecznie dosyć. Była zmęczona i nie chciała tego samego dla swoich... Dla tych dwóch smrodów.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 82
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Malachi siedział w fotelu i patrzył w ogień tlący się w kominku. Dzieci spały spokojnie w swojej "kołysce". A on zastanawiał się nad tym co dalej. Przez jakiś czas mogli zostać tutaj. Dawał im tydzień, nawet dwa, ale potem musieli ruszyć gdzieś dalej. On i dzieci oczywiście. A Yve? Nie wiedział co z nią będzie. Tak, czy owak on i dziewczynki potrzebowali domu, jeśli Yve zechce iść z nimi - ona również. Nie mógł z nimi wszystkimi latać po całej łusce. Do Rododendronii nie mógł ich zabrać, kraj był zbyt "ludzki" dla lisołaków. Musiał znaleźć miejsce, gdzie nie będą się wyróżniać. Rapsodia wydawała mu się zbyt oczywista. Poza tym była zbyt blisko miejsca, w którym urodziły się lisiczki. Mógł je zabrać do Et'Aurill, ale czuł, że najlepiej będzie wywieźć je na drugi koniec kontynentu. Stwierdził, że musi kupić mapę i pomyśleć o tym głębiej. Dobrze znał Alaranię i do tej pory jakoś nie musiał używać wielu map, tym razem czuł jednak, że mu się przyda.

Z rozmyślań wyrwał go ruch przy drzwiach. Spojrzał na Yve nie wykazując zaskoczenia. Siedział tak jak przedtem, tylko głowę zwrócił ku lisołaczce. Wysłuchał co miała do powiedzenia, po czym wstał powoli i podszedł do dziewczyny.
- Posłuchaj mnie. Nie jestem kimś, kto rzuca słowa na wiatr. Po pierwsze nie musisz znajdować żadnego zajęcia. Możesz zostać ze mną i z dziećmi. Tak długo jak będziesz chciała. Nie będę cię powstrzymywał przed odejściem, ale chcę żebyś wiedziała, że nie musisz nigdzie iść. Możesz zostać. Po drugie nie pozwolę, żeby ktokolwiek skrzywdził dziewczynki albo ciebie - jeśli z nami zostaniesz. Jeśli odjedziesz, nie będę miał możliwości cię chronić. Nie zamierzam pozwolić, by tamci, czy inni magowie znaleźli drogę, którą będę podążał - nieśmiało położył jej rękę na ramieniu.
- Możesz odpocząć - oznajmił łagodnie i zabrał dłoń.
- Przynieść ci świeże ubranie? - zapytał.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 84
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Nadal nie wierzyła w to, co właśnie robi, że zamiast rzucić to wszystko w diabły i zwiać jak najszybciej i jak najdalej stąd, ona nie tylko postanowiła zostać... ale również na swój sposób obiecała zająć się szczeniakami, a przynajmniej do momentu aż anioł czegoś z nimi nie zrobi. W tej chwili chyba każdy był skazany na każdego. O ile niebianin nie każe jej się wynosić, co brała pod uwagę, inaczej przecież nie czaiłaby się przy drzwiach, a podeszłaby do łóżka, aby na nim się legnąć, jakby była u siebie.
        Zamiast tego nadal stała przy wyjściu i... cieszyła się z tej decyzji, gdy spostrzegła, że skrzydlaty się do niej zbliża. Jej ruda kita, jak do tej pory majtała nerwowo na boki, tak teraz zamarła w bezruchu jakby ktoś zamienił ją w posąg. Sierść napuszyła się przy tym tak bardzo, że ogon był niemalże dwa razy grubszy, niż normalnie. Yve natomiast bardzo uważnie przez cały czas obserwowała niebianina, nie będąc pewna tego, co właśnie zamierzał.
        Z początku słuchała go z niemalże dziecinnym zacięciem oraz wrogością, jakby co najmniej udzielał jej właśnie reprymendy za podarte ubranie, a nie tłumaczył łagodnie, że nie zamierza jej wyrzucić za drzwi i że kobieta może z nim zostać, ile tylko sama będzie chciała. W drugiej połowie jego wypowiedzi, nastawienie lisicy się diametralnie zmieniło. Była wręcz oszołomiona tym, co właśnie usłyszała. Nie miała wątpliwości co do tego, że anioł mówił szczerze... mimo tego wszystkiego co się wydarzyło... Co ona powiedziała, świetlisty nadal uparcie był skory jej pomóc w sprawie tych magów. Jasno powiedział, że gdy tylko lisica z nim zostanie, nie będzie musiała się martwić o swoje bezpieczeństwo. Niewiele w życiu spotkała osób, które tak bezinteresownie chciały jej pomóc. Zazwyczaj kończyło się tym, że Yve miała z taką dobrą duszą spędzić noc, albo zrobić w zamian coś innego - poderżnąć komuś gardło lub coś ukraść. Była więc naprawdę zszokowana i nie do końca rozumiała co się dzieje.
        Słowa anioła spowodowały, że się naprawdę wzruszyła i tak ją pochłonęły, że początkowo w ogóle nie zwróciła uwagi na to, że położył swoją dłoń na jej ramieniu. Jej oczy znów się zeszkliły, ale nie dała łzom spłynąć po swoich policzkach. Miała swoją dumę, nie będzie przy nikim płakała. A już w szczególności nie przy mężczyźnie. Była przecież silną i niezależną kobietą.
        - Ja... Nie, dziękuję... aniele - powiedziała cicho i odetchnęła zaraz głęboko, by wziąć się w garść. Mimo woli, sama nie wiedziała po co, zerknęła w stronę kosza na pranie, z którego widziała wystający fragment lisiego ogona, a dodatkowo czuła unoszący się stamtąd zapach małych zmiennokształtnych.
        Pokręciła głową i weszła bardziej w głąb pokoju, by, za pozwoleniem niebianina, położyć się na samej krawędzi łóżka. Nawet nie wiedziała kiedy zasnęła i tym razem jej sen był dużo bardziej spokojny. Mogła porządnie odpocząć bez żadnych obaw i koszmarów. Prawdopodobnie przespałaby tak całą noc, wtulona w swój własny ogon, gdyby w którymś momencie nie zbudził ją płacz jakiegoś dziecka. Jej dziecka, jak się okazało.
        Zwlekła się z łóżka na wpół pogrążona we śnie i podeszła do kosza, w którym darły się niemiłosiernie dwa małe lisołaki. Ziewnęła przeciągle i przetarła dłonią wciąż sklejone snem oczy, zaraz biorąc na ręce obie dziewczynki.
        - Cicho już. Normalni ludzie chcieliby jeszcze pospać – mruknęła nieprzytomnie, kołysząc je na swoich rękach, nie wiedząc za bardzo co miałaby zrobić by je uciszyć. Była tak zaspana, że przez moment nie przyszedł jej do głowy pomysł wywalenia ich przez okno albo oddania jakiemuś bezdomnemu zamiast kilku ruenów na chleb. A przynajmniej nie wiedziała co robić, dopóki, któraś z małych zmiennokształtnych nie ugryzła ją w pierś.
        Usiadła z małymi na fotelu przy tlącym się kominku i dała maluchom jeść, nie wiele o tym myśląc i w sumie zaraz przysypiając na siedząco z nagimi w tym momencie piersiami. Yve usnęła na moment, lecz ocuciła się od razu jak tylko dziewczynki się najadły i zasnęły z powrotem. Odłożyła je wtedy z powrotem o kosza, przykryła kocykiem i poprawiając swoją koszulę, powróciła na swoją krawędź łóżka. Była na tyle nieprzytomna przez ten cały czas, że nawet nie zarejestrowała czy anioł spał czy nie był czasem świadkiem tego wszystkiego. Położyła się i jakby nigdy nic na nowo zasnęła. I tak już spała do rana.
        - Niech one się w końcu zamkną – jęknęła niezadowolona, chowając głowę pod poduszkę, by jakoś uchronić się przed wrzaskami głodnych i śmierdzących na staję szczeniaków. Zachowywała się jakby znów były największym, znienawidzonym przez nią utrapieniem, w ogóle nie pamiętając o tym, że wstała do nich w środku nocy i się nimi zaopiekowała. I wcale przy tym nie udawała. Naprawdę nie wiedziała, że coś takiego miało miejsce, a sytuację z nocy wzięła po prostu za zwykły, abstrakcyjny sen.
        - Dajcie człowiekowi się wyspać albo idźcie do diabła - dodała poirytowana, kręcąc się na łóżku, aż z niego nie spadła. - Na łuski Prasmoka! - warknęła wściekle, zbierając się z podłogi i obrastając cała futrem. Z gniewem szczerząc kły i niemalże z czerwonymi oczami zbliżyła się do kołyski, lecz nie była w stanie nic zrobić, bo raz od wydobywającego się z kosza smrodu aż oczy szczypały i łzawiły, a po drugie zaraz wzięło Yve na wymioty. Logiczna więc była jej ucieczka, nie chciała później sprzątać pokoju ze swojej treści żołądkowej, a ogólnie to miała nadzieję, że uda jej się opanować mdłości.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 82
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Anioł Światła
Profesje: Wojownik , Opiekun , Uzdrowiciel
Kontakt:

Post autor: Malachi »

Yve usnęła kilka sekund po tym jak się położyła. Malachi przykrył ją kocem i wrócił do siedzenia w fotelu. Niedługo potem obudziła się Lily i zaczęła cichutko kwilić, siostra od razu jej zawtórowała, a do anioła dotarło, że dzieci trzeba przewinąć. Nie miał zielonego pojęcia jak to zrobić i był pewien, że Yve też nie. Wziął cały kosz razem z niemowlętami i wyniósł z pokoju. Musiał prosić o pomoc gospodynię. I tak zaczęło się u niego ojcostwo - od brudnych pieluch i wycierania niemowlęcych pupek. Na zapachy był w miarę odporny. A do zadania podszedł jak żołnierz - metodycznie. Karczmarka pokazała mu co i jak. Jak zdejmować, jak myć, jak zakładać, a potem otulać, aż wreszcie - jak prać brudne pieluchy.
- Za targowiskiem jest sklep zielarski, tam dostaniesz tkaniny na pieluchy, pościel i wszelkie potrzebne rzeczy dla niemowląt. Jest dość późno, ale idź. Mojra zapewne jeszcze siedzi na zapleczu. Powiedz co i jak, a sprzeda ci co potrzebne. Sama przerobiła czwórkę dzieci, więc wie co i jak - wyjaśniła kobieta - zapytaj, czy nie ma czegoś po swoim ostatnim maluchu.
- Ponoć nadałeś im imiona... - zagadnęła - ale nie są twoje, a jedynie ogoniastej, prawda?
- Są moje, teraz już są moje - odparł anioł poważnie.
- Nie mają znamion na plecach - dodała. Chodziło jej oczywiście o czarne malowidła skrzydeł, które pojawiały się u błogosławionych.
Malachi spojrzał na nią lekko marszcząc brwi.
- Są moje - powtórzył surowo. Karczmarka odpuściła.

Mężczyzna zabrał dzieci do pokoju. Postawił kosz bliżej kominka, żeby niemowlęta nie zmarzły. Lisołaczka nadal spała, a dziewczynkom też zaczynały zamykać się powieki. Jeśli miał iść po sprawunki to była jego jedyna szansa. Zarzucił na ramiona płaszcz (oczywiście skrzydła miał już ukryte pod osłoną magii) i ruszył do miasta.

Wrócił obwieszony rzeczami dla niemowląt. Na szczęście w pokoju miał meble, w których mógł to wszystko poukładać. Zrobiwszy to, zajrzał do dziewczynek, dorzucił do kominka i położył się spać. Obudził go płacz malutkich. Chciał do nich wstać, ale kiedy zobaczył, że Yve się rusza uznał, że zaczeka na to co zrobi. Czy spał w fotelu, albo na podłodze? Nie. Mieli wielkie łoże, więc nie zamierzał nadwyrężać ciała i układać się na zimnej podłodze. Usiadł, by zobaczyć co robi lisiczka. Był w niemałym szoku, gdy zrozumiał, że zamierza nakarmić niemowlaki. Widział jaka jest zaspana i zmęczona, więc wstał i okrył ją kocem. Cały czas miała przymknięte oczy i chyba ignorowała jego obecność. Kiedy przysnęła, to on ją obudził - choć ona nie zdawała sobie z tego sprawy. Tak, jak z tego, że przez cały czas przy niej był. Pomógł odłożyć Lily i Rose do ich kołyski, a potem poprowadził Yve do łóżka, pomógł się położyć i przykrył ją ciepłą pierzyną. Był jak aniołowie z opowieści dla dzieci - niewidoczny, ale zawsze obok, gotów do pomocy.

W ciągu całej nocy wstawał kilka razy by przewinąć maleństwa. Dokładał do ognia, wietrzył pomieszczenie. Wynosił brudne pieluchy, które rano będzie musiał uprać. Czuwał przy Yve, brał na ręce i kołysał Rose, kiedy zaczynała kwilić, gładził Lily po główce i pilnował, by ani Yve, ani maluchom nie stała się krzywda. Tyle co po raz wtóry przewinął bliźniaczki, więc pokój nie zdążył się wywietrzyć, a dzieci nadal płakały - wtedy obudziła się Yve. Bardzo starał się by wypoczęła, ale nie miał władzy nad płaczem dzieci. Nie teraz, kiedy były głodne. Zostawiwszy maleństwa w koszu ruszył w stronę łóżka. Widząc, że lisiczka zaraz spadnie dopadł do niej, ale nie udało mu się jej złapać. Mimo to, był tuż obok niej, na klęczkach, gotowy pomóc ze wszystkim. Położył jej delikatnie dłoń na plecach.
- Już. Jestem - miał lekki, ciepły ton głosu.
Zauważył, że chyba jej niedobrze, więc szybko chwycił za misę, która miała posłużyć im rano do obmycia, chociażby, twarzy. Postawił ją tak, by w razie czego lisiczka mogła do niej zwymiotować. Jego duża, ciepła dłoń pogładziła ją po plecach. Gdyby chciała wstać - pomógłby jej usiąść na łóżku. Gdyby zwymiotowała otarłby jej usta i posprzątał. Nawet jeśli zamierzała go zwyzywać, to on i tak wiedział, że zostanie.
Awatar użytkownika
Yve
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 84
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Lisołak
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Yve »

        Nie powinno nikogo dziwić to, jak szybko Yve zasnęła - jej życie od kilku miesięcy było prawdziwą walką o przetrwanie, choć lisica częściej przybywała w mieście, niż w dziczy. Najgorsze jednak było kilka ostatnich dni, które wywróciły wszystko do góry nogami i o ile nie było prawdziwym Piekłem, to na pewno bardzo mocno je przypominało. Zawsze była sama, od małego musiała nauczyć się jakoś sobie radzić i ogółem jak przetrwać na tym przeklętym łez padole. Ostatnio ciężko jej było zadbać o samą siebie, a co dopiero, gdy dochodziła jeszcze myśl, że musiałaby zacząć się martwić jeszcze o dwa dodatkowe pyski. To ją najzwyczajniej w świecie przerastało i przerażało.
        Pomimo tego, że położyła się na niewielkim skrawku łóżka, nie mogła mieć kontroli nad swoim ułożeniem podczas snu. Do przewidzenia więc było, że w pewnym momencie albo rozłoży się dużo wygodniej na posłaniu, albo z niego spadnie. Tym razem szczęście lisicy dopisywało i zamiast przewrócić się i spaść na podłogę, spała nadal w najlepsze, wtulona w poduszkę. A niedługo po tym, nieświadomie, również i w Malachiego, do momentu aż nie przebudził ją płacz jednego z niemowląt.
        Nawet przez chwilę nie była świadoma tego, że tuliła i karmiła piersią obie dziewczynki, jak prawdziwa matka. A do tego był cały czas przy niej i pomagał jej Malachi. Co prawda była tak senna, że nie nawiązywała z nim żadnego kontaktu, ale nie można było jej zarzucić, że go całkowicie zignorowała. Zwłaszcza, że wspólnie ukołysali dziewczynki do snu i włożyli je do koszyka.
        Niezwykle przyjemny sen.
        Nie można jednak było powiedzieć tego samego o pobudce z rana. W ogóle nie pamiętała tego, co się wydarzyło w środku nocy, a jeśli tak, to wydawało jej się, że był to tylko nic nieznaczący sen. Płacz dziewczynek bardzo drażnił Yve i powodował ogromny ból głowy. A gdy dotarł do niej jeszcze obrzydliwy zapach, którego również były źródłem, wręcz miała nieodpartą ochotę przykryć obie dziewczynki poduszką i je udusić. Wisienką na torcie jej irytacji było to, że spadła z łóżka. Prawdopodobnie była to kara od okrutnego losu za jej myśli, ale i tak nie zamierzała odpuścić dziewczynkom.
        Od prawdopodobnie ich marnego losu, uratował je okropny smród oraz Malachi, jego troska z jaką podszedł do lisicy. Ta łypnęła na niego groźnie, opanowując mdłości i odepchnęła od siebie miskę, podnosząc się zaraz na równe nogi z pomocą anioła.
        - Zrób coś z nimi, albo ja się tym zajmę - zagroziła z gniewem, bez wątpienia dając do zrozumienia, że nie miała na myśli wcale opieki nad maluchami, a raczej ukrócenie ich i tak krótkiego życia. Westchnęła jednak zaraz i nieco spuściła z tonu, doceniając mimo wszystko jego obecną pomoc i to, że jej wczorajszego wieczoru nie wygonił.
        - Idę się wykąpać i przewietrzyć, bo mam wrażenie, że sama już cuchnę od zbyt długiego przebywania w tym smrodzie - burknęła i wyszła z pokoju.
        Nie do końca to jednak przemyślała, bo o ile dałaby radę załatwić sobie kąpiel na koszt anioła, o tyle w ogóle nie wiedziała skąd mogłaby wziąć ubrania. I to bez wcześniejszego wychodzenia z karczmy. Niby mogłaby kogoś naciągnąć na drobne zakupy dla siebie, ale nadal ją wszystko bolało, więc raczej towarzystwo na noc odpadało, a z magią wolałaby nie ryzykować. Zwłaszcza, że mimo dość dobrze spędzonej nocy, nadal była bardzo zmęczona. Przede wszystkim psychicznie.
        Westchnęła ciężko i podeszła do karczmarki zamówić dla siebie i Malachiego coś do jedzenia. Obiecała zapłacić później, a gdy otrzymała zamówione jedzenie, podziękowała i poszła z posiłkiem dla nich obojga do pokoju.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Wybrzeże Cienia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość