Wybrzeże Cienia[Wybrzeże Morza Cienia] Anielska cierpliwość i lisie sprawy.

Niezwykle tajemnicze wody tego Morza Cienia, kryją w sobie wiele skarbów i niebezpieczeństw, już wielu zginęło w wyprawach poszukując przygód i bogactw. Największym jednak łupem dla każdego z nich było by odnalezienie legendarnej Wyspy Maar.
Awatar użytkownika
Malachi
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
Posty: 75
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Malachi »

- Yve - powtórzył po niej, dając znak, że zrozumiał. Ta chwila, kiedy mówił sprawiła, że trochę spokorniał. A i odpowiedź Yve polepszyła sprawę. Nie to, że zrobił się z niej łagodny baranek, ale przynajmniej nie chciała go zabić. No, tak mu się wydawało. Nie znał jej, nie wiedział, czy jest dobrą aktorką, czy nie, bo jak do tej pory robiła wszystko ze złością i agresją, które były autentyczne. Zupełnie nie przeszkadzało mu, że go poprawiła. Wydawało mu się to wręcz przyjazne. Nie wrzeszczała, nie rzucała się, po prostu wyjaśniła, że robi błąd.

Doskonale rozumiał, dlaczego go nie znosi. Z resztą przed chwilą o ty właśnie mówił. Zasłużył sobie na to. Czy on nie znosił jej? Sam już nie wiedział. Przecież naturalną reakcją na takie sytuacje była walka o siebie. Nawet jeśli miało to oznaczać zabicie kogoś. W tym przypadku jego. Był jej oprawcą. Niby uratował ją przed napastnikami, ale w zasadzie stał się kolejnym złym istnieniem, które zmusiło ją do wielu rzeczy. Tak naprawdę, nie miał prawa być na nią wściekły. Każdy kto miał siłę, umiejętności i sposobność próbowałby się go, w takiej sytuacji, pozbyć.

Było mu ciężko. Zrozumiał, że jeśli ma wykonać rozkaz, nie może być wojownikiem. I nie może być bez serca. Dlaczego dostał akurat taką misję? Misję, w której będzie musiał użyć nie siły, a szczerości. Tylko tak uda mu się cokolwiek zdziałać z lisołaczką. Nie podobało mu się to. Nie chciał wracać do starego Malachiego. A wyglądało na to, że musiał. Cóż miał wskórać zniewoleniem, agresją, siłą? Nic. Zrozumiał, że musi wszystko wywrócić do góry nogami. Walka, ucieczka, to wszystko zrobił, bo nie miał innego wyjścia. Teraz musiał użyć zupełnie innych metod. Czy Najwyższy miał dla niego większy plan? Nie wiedział. I nie pytał. Nie otrzymałby prostych odpowiedzi. Musiał poradzić sobie sam.

- Nie wiem co to "mszalne", a Najwyższy, z tego co wiem, nie pędzi nektaru. No, chyba, że ma gdzieś ukryty anielski browar - zażartował. Może nie był to najlepszy dowcip, ale nasunął mu się i pomyślał, że powiedzenie go, to nie jest taki najgorszy pomysł. Chciał rozluźnić atmosferę i pokazać, że nie jest aż takim skurwysynem, za jakiego miała go Yve. Grymas jego twarzy miał przypominać lekki uśmiech, ale pojęcia nie miał, czy mu to wyszło, czy raczej wyglądał w tym momencie na niedorozwiniętego.
- Ale jasne - wstał powoli - możemy się napić - zostawię uchylone drzwi, będę czekał w głównej sali - oświadczył i ruszył do wyjścia. Faktycznie, kiedy opuścił pomieszczenie, zostawił lekko uchylone drzwi. Świeże ubrania dla niej leżały na jednej z ław. Podejrzewał, że noszenie spódnicy jej się nie spodoba. Ale karczmarka nie miała niczego innego, poza tym powiedziała Malachiemu, że w połogu spodni się nie nosi. No cóż... on tego nie wiedział. Na szkoleniu wojskowym nie uczą mężczyzn o ciąży i tym co dzieje się potem. Gdzieś coś zasłyszał, trochę dokształcił się sam w tych kwestiach, ale daleko mu było do specjalisty. Czyli w tym przypadku kobiety, która urodziła dzieci, a wiedzę przekazano jej z babki prababki. Nie było mu też na rękę pogłębianie tej wiedzy, ale wyglądało na to, że nie ma innego wyjścia.

Gdy znalazł się w głównej sali od razu podszedł do baru i oparł się o blat. Za nim stała służka, której wcześniej nie widział. Wyglądała jak młodsza siostra właścicielki. Była w zbliżonym wieku, miała podobne włosy, oczy, usta. Nie mogła być jej córką. Może kuzynką? Z resztą, nie miało to znaczenia. Kobieta uśmiechnęła się szeroko do mężczyzny. Malachi uniósł lekko kąciki ust, ale tym razem wyglądał zdecydowanie przyjaźniej.
- Jak się miewa żona? - zapytała.
- W porządku, ale jest zmęczona. Chciałbym żeby coś zjadła, napiła się. Coś co będzie smaczne. Rozumiem, że pewnie nie powinna jeść pewnych dań - delikatnie próbował powiedzieć, że owszem, Yve była po porodzie, ale nie chce by dawno jej twaróg bez smaku, mleko i suchy chleb - ale proszę przygotować coś sytego, najlepiej ciepłego - rzekł. Karczmarka kiwnęła głową i uśmiechnęła się ponownie. Malachi nie wyprowadzał jej z błędu, że lisiczka nie jest jego żoną. Bo i po co? Z resztą co miałby powiedzieć? Że to siostra? I to dlatego siedział z nią w izbie kąpielowej i miał z nią wspólny pokój? No raczej nie. Udawane małżeństwo było zdecydowanie prostszym rozwiązaniem.
- A dla pana? - zapytała.
- Cokolwiek, co będzie syte, mną proszę się nie przejmować - odparł. Kobieta ponownie skinęła, ale nie zniknęła w kuchni. Zamiast tego oparła się o bar i szepnęła.
- Chyba powinien się pan przebrać, żonie będzie miło - po tych słowach odeszła chowając się na zapleczu. Tymczasem Malachi spojrzał na siebie i dotarło do niego, że wygląda jak bezdomny. Włosy potargane, odzienie brudne i podarte. Nie przeglądał się w lustrze, ale zapewne jego zarost też wyglądał jak u żebraka. Uznał, że kobieta ma rację i zamiast czekać w sali, poszedł na górę doprowadzić się do porządku. Był pewien, że jeśli Yve nie ucieknie, to zastanie ją w głównej sali, tak jak się umówili.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Wybrzeże Cienia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość