Valladon[Kamienica na Długiej] Czas leczy rany...?

Wielki rozległe miasto, skupisko ludzi, jak i innych ras. To miejsce odwiedza wiele istot, istot niebezpiecznych, magicznych ale także przyjaznych. Znajdziesz tu towary z całego świata, skarby i tajemnicze artefakty. Jeśli czegoś potrzebujesz znajdziesz to tutaj
Awatar użytkownika
Rakel
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakel »

        Rozumiał. Jasne. Tylko dlaczego wyglądał tak nieszczęśliwie, a ona czuła się tak źle? Gdyby nie szok spowodowany pojawieniem się Gadriela, Rakel niemal by ulżyło, że niezręczna chwila została przerwana. Demon jednak szybko przypomniał dziewczynie, dlaczego za nim nie przepadała, więc na kolejną aluzję łypnęła na niego spode łba, a później prychnęła niedowierzająco, gdy Gadriel swobodnie opadł na łóżko koło niej. Bezczelny typ. Komplement spotkał się z podejrzliwym spojrzeniem, które szybko uciekło w bok. Mimo wszystko wciąż łatwo było ją wprawić w zakłopotanie.
        Zainteresowała się na nowo dopiero wymianą zdań między braćmi, próbując spomiędzy tej słownej przepychanki wyłowić jakieś informacje. Warknięcie Luciena wywołało zdziwienie u wszystkich i Rakel znów pomyślała, że koniecznie muszą się dowiedzieć więcej o jego nowej formie. Szybko wróciła jednak uwagą do rozmowy, by nic nie przegapić.
        - Och – wyrwało jej się cicho. Wyraz nagłego olśnienia na twarzy Luciena nieco różnił się od jej powolnego zrozumienia, ale oboje wyglądali na przygnębionych nasuwającymi wnioskami. Poza tym Rakel wciąż analizowała na szybko własną wiedzę. Czytała kiedyś, że czas wszędzie płynie inaczej, ale że mogłaby powstać aż taka różnica? W Alaranii to było zazwyczaj kilkanaście godzin, może parę dni. Tyle, by pora dnia zmieniała się w różnych miejscach, ale ponad dwa lata? Czy to dlatego, że Lucien był w innym planie? O Otchłani już sporo czytała, ale jeszcze nie aż tyle.
        Kolejny żarcik Gadriela sprawił, że momentalnie spuściła wzrok. Przygryzła wnętrze polika, by nie odpyskować demonowi, że siedzi obok i by nie mówił o niej, jakby jej tutaj nie było. Tylko że aktualnie naprawdę wolałaby być wszędzie, byle nie przy tej rozmowie. Słysząc złośliwy śmiech już w pełni oblała się rumieńcem, tym uporczywiej wbijając wzrok w kolana. Ulżyło jej, że demon wstał, szykując się do odejścia. Dopiero wtedy spojrzała za nim, siląc się na obojętny wyraz twarzy, próbując ignorować palące wciąż policzki. Chociaż akurat trening dobrze by jej teraz zrobił.
        Ostatecznie Gadriel zniknął, pozostawiając po sobie trochę wyjaśnień, ale o wiele więcej niezręcznej ciszy, której Rakel początkowo nie przerywała, układając sobie wszystko w głowie. Dopiero po chwili wstała, podchodząc do Luciena.
        - Masz ochotę chwilę odpocząć? – zapytała dyplomatycznie, jak ognia unikając chociażby otoczki troski w swoim głosie. – Ja muszę się trochę pouczyć, mam niedługo egzaminy – wyjaśniła, wskazując na biurko zawalone księgami. Przesunęła dłonią po przedramieniu demona, mijając go, ale zatrzymała się nagle, zaciskając palce na jego ręce.
        - Powinnam była czekać. Wybacz mi – powiedziała ledwie szeptem.

        Wisiała nad księgami i pergaminami całe godziny, przerywając tylko, by przynieść sobie kolejną herbatę. W domu było nieprawdopodobnie cicho, co kiedyś kojące, teraz zdawało się nie na miejscu. Ale gdy wracała do pokoju, blask świec rzucany na materiały do nauki przypominał jej o zadaniu i Rakel na nowo traciła kontakt z rzeczywistością.
        Obecność Luciena początkowo była rozpraszająca, ale też wyjątkowo szybko stała się znajoma i nierzutująca na jej naukę. Kilka razy spojrzenie dziewczyny wędrowało znad ksiąg w stronę demona, ale tak samo szybko opadało, a Rakel znów uginała kark.
        Gdy w końcu usłyszeli znajome głosy na parterze był już późny wieczór. Evans poderwała głowę, wytrącając się brutalnie z rytmu i niezbyt przytomnym spojrzeniem zerkając za okno. Później na Luciena.
        - Przepraszam cię na chwilę – mruknęła i wyszła z pokoju.
        Zeszła powoli na dół i zatrzymała się na klatce schodowej, wyglądając zza ściany na Aleca i Randa, mocujących nowe drzwi. Przygryzła wargę, ale zeszła z ostatniego stopnia i podeszła do mężczyzn, znienacka uwieszając się Randowi na szyi.
        - Losie, czego ty znowu chcesz? – westchnął jej brat, wciąż przytrzymując skrzydło.
        - Przepraszam – wymamrotała ledwo słyszalnie, a Rand zamarudził pod nosem.
        - Weź. No już. Dobra, odczep się młoda – powiedział w końcu, ściągając z siebie chude ręce, ale spoglądał przychylniej. – Powiedz Luckowi, że jak jeszcze raz rozpierdoli drzwi to nie będzie za nie płacił tylko sam je montował, psia mać. I niech jeden z drugim nie wchodzą tu jak do siebie, do diabła, to nie jest burdel!
        Rakel uśmiechnęła się lekko, nie mając najmniejszego zamiaru przekazać wiadomości. Zwłaszcza Gadrielowi. Później mina lekko jej zrzedła.
        - Alec… możemy pogadać? – zapytała, a Thorn spojrzał na siebie i podniósł wzrok na dziewczynę.
        - Mogę się najpierw wykąpać? – mruknął, a widząc, że Rakel się zastanawia, prychnął i popchnął ją w stronę schodów. – Tak naprawdę to nie było pytanie tylko sugestia. Poczekaj u mnie, zaraz przyjdę.
        - Tej, a kto zrobi kolację? Nie jadłem obiadu! – zawołał za nimi Rand, ale nikt mu nie odpowiedział. – Normalnie zatłuc oboje, byłby spokój. Dorianowi by się powiedziało, że wypadek… Albo na Lucka zwalić i trzy pieczenie przy jednym ogniu… - mamrotał pod nosem, zbierając narzędzia.

        Rakel siedziała na łóżku Aleca, skubiąc sobie skórki przy paznokciach niemal do krwi. W końcu wstała, zaczynając krążyć niespokojnie po pokoju i tak zastał ją wracający Thorn. Bez koszuli, wciąż jeszcze wycierając ręcznikiem mokre włosy sprawił, że Rakel stanęła jak wryta.
        - Uroczo się peszysz – stwierdził z uśmiechem, a dziewczyna prychnęła urażona.
        - Nie peszę się.
        - Aha…
        Śwignęła go koszulą i na chwilę atmosfera się rozluźniła, dopóki nie nadszedł moment, kiedy powinna się odezwać. Objęła się ramionami dla wsparcia i przysiadła na parapecie, ale zerwała się zaraz, gdy zdała sobie z tego sprawę. Thorn był wciąż podejrzanie spokojny.
        - Rakel, przestań się miotać i wyrzuć to z siebie.
        - Nie możemy się dłużej spotykać – Rakel posłusznie i dosłownie wyrzuciła z siebie ciążące jej słowa. Alec spojrzał na nią z lekkim pobłażaniem.
        - Możemy – powiedział spokojnie, mrużąc lekko oczy i podchodząc bliżej. Dziewczyna wywróciła oczami.
        - Wiesz, co mam na myśli…
        - Pytanie brzmi: czy ty wiesz?
        - Nie ułatwiasz – ofuknęła go brunetka, ale bardziej załamanym niż urażonym głosem.
        - Nie mam takiego zamiaru – odparł spokojnie, jak zawsze zmuszając ją do powiedzenia czegoś, co mogliby uznać oboje w milczeniu.
        - Alec – jęknęła prosząco. – To nie jest takie proste.
        - Jasne, że nie jest. Nie tylko dla ciebie, Rakel.
        - Przepraszam…
        - Za co?
        - Że cię nie kocham. - Słowa były niewiele głośniejsze niż szept i zdawały się dławić dziewczynę.
        - Nie musisz za to przepraszać, głuptasie. Przecież wiem. Pracuję nad tym – powiedział Alec siląc się na dowcipny ton, ale nikogo nie oszukał. Podszedł do Rakel i objął ją, opierając brodę na czarnych włosach. – Tylko czas mi minął, co?
        Resztę wyszeptała w znajomo pachnącą koszulę. Tak cicho, jakby liczyła, że jednak jej nie usłyszy. Ale przecież musiała to wszystko powiedzieć, chciała, żeby zrozumiał. Nie chciała go ranić, ale wiedziała, że to robi i to było cholernie niesprawiedliwe, bo wszystko to było jej winą, ale to inni cierpieli.
        Ironią było to, że wcale tego nie chciała. Przecież tak było jej dobrze, wygodnie, bezpiecznie. Miała kogoś, komu na niej zależało, kto się o nią troszczył, rozśmieszał, pocieszał i przeszkadzał w nauce… To było po prostu niesprawiedliwe wobec Aleca i dobitnie zdała sobie z tego sprawę, gdy wrócił Lucien. Bo, tak jak mówił Thorn, mogłaby rzucić wszystko i pobiec za demonem. I to właśnie najbardziej jej przeszkadzało – własna nieszczerość. I pewnie egoistycznym było uspokajanie własnego sumienia kosztem uczuć Aleca, ale liczyła, że naprawdę robi to dla ich dobra. Bo on zasługuje na kogoś lepszego niż ona.
        Ostatecznie umówili się, że Alec kimnie się dzisiaj u Doriana – i tak musi z nim pogadać, zanim Rand ze złośliwości zrobi to za niego („chociaż szkoda, że nie ma już o czym mówić”). Rakel zostanie u niego w pokoju, żeby Lucien mógł zatrzymać się u niej. A jutro… jutro coś wymyślą.
        Odczekała więc chwilę, gdy Alec wyszedł, po czym sama wyszła z pokoju i na moment zamknęła się w łazience, próbując doprowadzić do porządku. Może Lucien z tym swoim jednym okiem nie zauważy, że płakała, heh. Rozczesała włosy, poklepała się po policzkach i wróciła do swojego pokoju.
        - Hej, wybacz, że tak długo. Słuchaj, chciałbyś jutro podjechać do twojego dworku? – zapytała z lekkim uśmiechem. – Trochę się tam pozmieniało. Dzisiaj możesz zostać tutaj, jeśli chcesz.
Awatar użytkownika
Lucien
Kroczący w Snach
Posty: 215
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucien »

        Zniknięcie młodszego demona przyniosło ciszę, ale nie spokój, znów zostawiając ich na pastwę niezręczności. Lucien zerknął na Rakel łagodnie. Dyplomacja... Nie dało się nie zauważyć jak ostrożnie podeszła do tematu, jak do drażliwego szlachcica pewnie... Kiedyś Rakel wytknęła mu, że swoją troską wykończy ich oboje. Ona teraz swoją ostrożnością sprawiała, że też czuł się gorzej, obco, chociaż przecież brunetka się starała, a wszystko dlatego, że jak zawsze to on nabroił. Sprawił, że Rakel wycofała się na bezpieczną pozycję. Skinął ostrożnie głową, kapitulując, żeby przypadkiem nie próbować czegoś naprawić, tego mogli by dzisiaj nie przeżyć. Poza tym zmęczył się bardziej niż chciałby przyznać. Wejście po schodach było wyzwaniem, po którym jeszcze dochodził do siebie, a wszystko przez banalną teleportację z Echo.
        Przez moment Lucien spoglądał przed siebie nieobecnie, gdy poczuł dotyk.
        - Rakel… - Też wymyśliła, miała zamiar obarczać się wyrzutami sumienia? Może i oboje wierzyli, że po rozłące czekają ich wspólne dni, ale nikt nie przewidział komplikacji, na pewno nie takich, radzili sobie z nimi na swój sposób.
        - To był szmat czasu… - szepnął patrząc na Rakel z mieszaniną czułości i żalu.
        - Gdybym choć pomyślał, że coś tak absurdalnego może się wydarzyć… - Urwał lekko kręcąc głową i dotknął policzka brunetki. Co by zrobił? Pożegnał się z dziewczyną na zawsze? Miałby dość odwagi? Może… Tłumaczył sobie, że nie zniknąłby wierząc, że ma czas na bardziej szczegółowe wyjaśnienia. Właśnie jednak uczył się, chociaż dość boleśnie, że żyć należało tak, aby niczego nie żałować. Niczego nie zostawiać na później, gdyż “później” mogło już nie nadejść. Czyż właśnie tego nie poszukiwał, o ironio? Czy życie właśnie nie pokazało jak podobnym było do pojedynków, które uważał za swoją jedyną stałą i ucieczkę - jedna szansa, jeden ruch i jeden błąd, ostateczny, śmiertelny, nieodwracalny. Tyle lat żył w ułudzie, we własnej interpretacji realiów, w bańce stworzonej przez skostniałą, wypaczoną rzeczywistość, że dotykając prawdziwego istnienia naiwnie zakładał, że i ten świat będzie grał wedle jego reguł i wyobrażeń. Nic bardziej mylnego. Nagle pokazano mu, że był równie nieistotnym pyłkiem na wietrze jak wiele innych bytów. Może bardziej trwałym, trudniejszym do zdmuchnięcia z powierzchni łuski, ale równie nieznaczącym bo raptem jednym spośród tysięcy.
        - Naprawdę wszystko rozumiem. - Pogłaskał jej policzek kciukiem.
        - Tylko potrzebuję czasu na poukładanie sobie tego wszystkiego. Nie mówię, że jest łatwo - dodał, bo gotowa była znów zarzucić mu obojętność.
        - Ale na pewno nie trudniej niż było tobie - dokończył łagodnie i pocałował dziewczynę w czoło.
        - Ucz się, ja grzecznie poleżę - mruknął ciepło, kierując się w kierunku łóżka.
        - Gdy próbowałaś się mną opiekować, kazałaś odpoczywać, zawsze miałaś rację… - odezwał się cicho, ponownie przełamując ciszę, jednocześnie kładąc się ciężko na prawym boku. Pod głowę podłożył lewą rękę, żeby odciążyć ranne przedramię. Daleko mu było do komfortu, ale tylko w ten sposób mógł spoglądać na Rakel i względnie spokojnie oddychać.
        - To nie tak, że gardziłem pomocą, po prostu gdy już miałem cię obok, nie chciałem być ciężarem, wolę jak się uśmiechasz... Nie pomyślałem jak wszystko odbierzesz, jak możesz się wtedy poczuć. Przepraszam, nie miałem nic złego na myśli, a na pewno nie chciałem cię zranić. - Schował ociemniałą połowę twarzy w zgięciu łokcia. Tak czy inaczej obserwował Rakel tylko jednym okiem.
        Spojrzenie demona stawało się coraz bardziej rozleniwione, gdy obserwował jak brunetka pogrążyła się w rutynie. Powieka opadała powoli, regularnie, a pionowa źrenica nieustępliwie śledziła każdy większy ruch dziewczyny. Odprowadzała postać wędrującą po kolejną herbatę. Przyglądała się światłu i cieniom grającym na przygarbionej sylwetce. Faktycznie odpoczywał.
        Rumor zwiastujący powrót mężczyzn wywołał nieco bystrzejsze spojrzenie demona, ale ten ostatecznie tylko skinął głową nie wstając. Rakel odprowadziło spojrzenie morskiej tęczówki, gdy demon zostawał sam. Niezmącona cisza potrafiła ciążyć bardziej niż hałas, była niemal istotą, definicją samotności. Tylko szelest piasku osypującego się w klepsydrze mógł bardziej dobijać. I nie chodziło o sam brak rozmowy, bardziej o brak bliskiej duszy obok. Oddech, sama obecność, sprawiały, że cisza była kojąca, uspokajająca, ciepła. Wystarczyło jednak, że Rakel opuściła pokój… Nawet płomień świecy zdawał się być chłodny i obojętny, a on pozostał zupełnie sam ze swoimi myślami.

        Podniósł się gdy Rakel wróciła, wpierw do siadu, dopiero po chwili z trudem stając na nogach. Po takim czasie powinien czuć różnicę, na plus oczywiście, powinien zaczynać się regenerować. Tymczasem on ledwie odpoczął po teleportacji z siwką. Więcej, miał wrażenie, że po zbyt długim wypoczynku mięśnie były odrętwiałe i jeszcze bardziej obolałe, niż przed leniwym rozciągnięciem się na pościeli, przez co teraz demonowi ciężko było się ruszyć.
        - Chętnie - odpowiedział łagodnie, wreszcie wygrywając nierówny pojedynek z własnym ciałem.
        - Chciałbym zobaczyć twoje drzewko. - Podszedł bliżej do dziewczyny. Przyglądając jej się uważnie dotknął policzka i delikatnie otarł rzęsy kciukiem. Brunetka była świeżo po kąpieli, mokre rzęsy można było wytłumaczyć podobnie jak mokre włosy, ale czerwone i wciąż lekko zaszklone spojrzenie znał aż za dobrze. Dlaczego tym razem płakała? I dlaczego miał wrażenie, że zbyt często to on był przyczyną jej łez?
        - Za nocleg będę wdzięczny, i dziękuję, że chociaż tyle razy się mną opiekowałaś a mimo to wciąż chcesz się o mnie troszczyć - szepnął, całując Rakel w skroń. Zaraz potem odsunął się nie przedłużając trudnej sytuacji. Wrócił na swoje tymczasowe miejsce jak na posłusznego demona przystało, chociaż raniony bok zakłuł nieprzyjemnie gdy siadał. Przycisnął ramię mocniej do żeber, starając się nie zgiąć w stronę rany gdy oddech zabolał bardziej niż powinien.
Rozpieściła go, ot co. Zakpił w myślach sam do siebie. Normalnie by się nad sobą tak nie użalał i nie rozczulał, już byłby w drodze, albo w walce, nikt nie byłby świadom, ba nawet by nie podejrzewał jak ciężko oberwał tym razem. Nieświadomie potarł dłonią ślepe oko. Od wizyty Gadriela i długich chwil spędzonych na niczym innym niż rozmyślaniach, w głowie przybywało obrazów.
        - Chciałbym też zobaczyć małą Ninę, przywitać się z panią Evans i Dorianem. - "Dać szansę osobistego powiedzenia co myśleli" zostawił w domyśle. Nie chciał by pomyśleli, że się chowa. Tym bardziej skoro obiecał Rakel, że zostanie… Nawet jeżeli mogło to być trudniejsze niż pierwotnie sądził...
Awatar użytkownika
Rakel
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakel »

        Prawie nie powiedziałaby Lucienowi tego, co chciała. To nie było wygodne ani przyjemne, ale pod otoczką całego tego zamieszania związanego z jego pojawieniem się, pod tymi kłótniami i zarzutami kryły się tak naprawdę jej wyrzuty sumienia. Przeprosiny były więc szczere, nie na pokaz, zwłaszcza że ledwie wyszeptane. Ale usłyszał, jak zawsze. Nie spojrzała na niego, słysząc swoje imię ani słabe wymówki, które nie przemawiały do żadnego z nich. Nie skomentowała też urwanego zdania, chociaż na usta cisnęło się „to co? Co byś zrobił, Lucien?”. Przychyliła tylko głowę pod dotykiem na policzku, uśmiechając się niemrawo dopiero gdy to demon zaczął wyrażać się delikatniej niż miał zwyczaj. Chciała odezwać się dopiero gdy usprawiedliwianie jej zaczęło być przesadne, ale wtedy uciszono ją całusem w czoło i Rakel odetchnęła spokojniej.
        - Dzięki – powiedziała, zaskoczona taką układnością ze strony Luciena. Spojrzała za nim, słuchając z uniesionymi lekko brwiami, niemal niedowierzając własnym uszom. Czy on jej właśnie przyznawał rację? Za te wszystkie momenty kiedy dostawała za swoją troskę, w mniej lub bardziej żartobliwej formie? Wzniosłaby oczy ku niebu, gdyby nie to jak szczere słowa padały z ust Luciena. A ona ani drgnęła, jakby bojąc się że go spłoszy.
        - Wiem. Oboje chcieliśmy dobrze – powiedziała tylko, ale zabrzmiało kiepsko. Jakby znowu stawiała za tym wszystkim grubą krechę. Widząc układającego się do odpoczynku demona miała ochotę podejść i położyć się koło niego, ale wtedy już w ogóle zostałaby mistrzynią sprzecznych komunikatów. Księgi były jej jedyną ucieczką, ale nawet wtedy zerkała czasem nad biurkiem, by spotkać się ze spojrzeniem morskiej tęczówki. Cieszyła się, że tu jest.

        Rozmowa z Aleckiem była trudniejsza niż myślała, chociaż szatyn i tak zachował się bardzo wyrozumiale. Jak zawsze zmuszał ją do mówienia, nie pozwalając by coś zostało uznane w domyśle, ale równie dobrze mogła ją czekać awantura, więc wykpiła się podejrzanie łatwo. Chyba nawet wolałaby, żeby na nią nakrzyczał. Wszyscy byli dla niej zdecydowanie zbyt wyrozumiali. Ciągle jeszcze pociągała nosem, idąc do łazienki, ale liczyła, że szybka kąpiel wystarczająco zamaskuje jej stan. W końcu Lucien nie mógł wiedzieć co się stało, jasnowidzem jeszcze nie jest. Na razie nie chciała mu mówić.

        Wróciła do pokoju, wymuszając na sobie normalność. Widząc z jakim trudem Lucien podnosi się na nogi niemal nie usadziła go z powrotem, ale chociaż przyznał, że jej troska była mu miła, to nie chciała przeciągać struny. Jakby nie chciał, to by nie wstawał. Uśmiechnęła się lekko, słysząc zgodę i myśląc jak zareaguje demon na widok dorosłej brzoskwini, ale pod uważnym nagle spojrzeniem Luciena odwróciła wzrok. Dotyk na policzku był miły i znajomy, tak jak kolejny całus w skroń. Musiała się bardzo starać, by się nie roztkliwić znów pod czułymi gestami.
        - Dzięki, że pozwalasz się sobą zaopiekować – odpowiedziała już trochę żartobliwie, chociaż minę miała nietęgą, gdy obserwowała z jakim trudem Lucien się porusza. Znowu uśmiechnęła się delikatnie. – Jak będziesz się czuł na siłach to wpadniemy do nich w drodze powrotnej – powiedziała, nie powstrzymując się już od lekkiej złośliwości.
        Stała niepewnie, przyglądając się, jak demon ostrożnie układa się na łóżku, siłą powstrzymując się, by do niego nie podejść. Wiedziała jak by się to skończyło. Zrobiła krok w stronę drzwi, walcząc ze sobą we własnej głowie. Następny już nawet wyglądał nienaturalnie. A chrzanić to.
        Zawróciła, podchodząc do swojego łóżka.
        - Mogę z tobą zostać? – zapytała cicho i dopiero później wsunęła się pod pościel, na której leżał demon. Ułożyła się tak, by mu nie wadzić i odnalazła jego dłoń, splatając z nią palce.
        - Nie mogę cię znowu stracić – wyszeptała.
        - Ten stworek ze ścian w dworku… - odezwała się po chwili, gdy odważyła się już podnieść wzrok. – On tam trochę ogarnął… Jak ciebie nie było to jeździłam tam czasem, wiem, że nie miałam, no ale rozumiesz… w każdym razie przynosiłam mu prezenty, tak jak mówiłeś. I on, tak myślę, że to on, zaczął tam naprawiać różne rzeczy i to już nie jest taka rudera. Nadal wymaga groma pracy, ale nie ma już dziur w ścianach i podłogach. Jest nawet woda w rurach, chociaż nie wiem skąd. To miała być trochę niespodzianka, ale… chyba powinnam… muszę się stąd wyprowadzić.
        Zaczęła pociągać nosem już podczas mówienia, ale hamowała szloch, zdeterminowana, by powiedzieć to, co chciała. Później jednak jakby opadła z sił i łzy popłynęły po twarzy, wsiąkając w poduszkę, nim dziewczyna zdążyła je otrzeć zirytowanym gestem.
        - Przez ciebie zrobił się ze mnie straszny mięczak.
Awatar użytkownika
Lucien
Kroczący w Snach
Posty: 215
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucien »

        Powoli wracali do utartych schematów, jeszcze nieco nieśmiało, trochę drętwo, ale Rakel ponownie była sobą, a demon tracił dystans wywołany niespodziewanym zwrotem wydarzeń.
        Uśmiechnął się kątem ust słysząc powątpiewanie w głosie brunetki. Dowcipna istotka. Nie dało się ukryć, że daleko mu było do szczytowej formy, ale żeby nie dał rady w drodze powrotnej podjechać do sklepu z bronią... Chociaż jak się dokładniej zastanowić, zależy co Rakel uważała za czucie się na siłach. Jeśli wyraźnie ozdrowienie, cóż, tego akurat nie był pewien. W teorii do rana powinno być lepiej, lecz teoria nie obejmowała tego co się z nim ostatnio działo. Czy więc będzie w dość dobrej formie by w ogóle jechać konno, dodajmy jeszcze w pełni letniego słońca, o dokładaniu drogi i wrażeń nie wspominając, skoro teraz miał problem ze swobodnym poruszaniem się o własnych siłach? Dobre pytanie. Lucien uznał, że wyraźnie zaszkodziło mu używanie magii, może więc jeśli faktycznie poleży, poświęci ten czas na regenerację, to wreszcie zacznie dochodzić do siebie. Wierzył w tę teorię, ale pewności nie miał. Co prawda odpoczywanie w samotności brzmiało mało przyjemnie, ale chwilowo musiał się cieszyć tym co otrzymał nie grymasić, gdy brunetka zaczęła szykować się do wyjścia.
        Nie dramatyzował, gdy Rakel kierowała się w stronę drzwi. Ułożył się względnie wygodnie i teraz odprowadzał dziewczynę wzrokiem, żeby jak najdłużej korzystać z zapamiętanego widoku, z godnością znosząc porzucenie. Zbystrzał jednak widząc wahanie, ale przygotował się raczej na życzenia dobrej nocy i pożegnanie. Tym uważniej zaczął obserwować Rakel gdy dziewczyna zaskoczyła go wracając w stronę łóżka. Pytania, nie takiego, nie spodziewał się tym bardziej, przynajmniej nie w obecnej chwili.
        Wzrok Luciena przez uderzenia serca wyrażał spore zaskoczenie, ale brunet momentalnie się pozbierał, a szok ustąpił miejsca łagodności zarezerwowanej tylko dla niej. Czy mogła z nim zostać? Też pytanie. Nie było odpowiedzi, która nie zabrzmiałaby sztucznie, nienaturalnie czy nader ckliwie. “Oczywiście” chociażby, przecież aż tak oczywiste wszystko nie było odkąd Rakel oznajmiła, że spotyka się z Aleckiem. Zamiast więc odpowiadać, Lucien uniósł się na prawym łokciu ignorując tępo pulsujące protesty przedramienia, wyciągając w jej stronę zdrową rękę. Uznał, że gest odpowie za niego lepiej niż słowa.
        Brunetka ułożyła się ostrożnie, uważając na obrażenia demona jak zawsze bardziej niż on sam. Lu poczekał cierpliwie aż opatuliła się kołdrą i bez pardonu przygarnął Czarnulkę ramieniem, powstrzymując bolesne westchnienie, ignorując chwilowy dyskomfort i starania brunetki by mu go nie przysparzać. Chorą rękę ułożył nad głową Rakel, podczas gdy drobne palce już zaplatały się z jego drugą dłonią.
        Wszystko było w jak najlepszym porządku. Demon odetchnął powoli, zaczynając cieszyć się momentem jednocześnie czekając aż bunt między żebrami umilknie.
        Ważniejszego wyznania nie potrzebował, ani ponownie się nie spodziewał. Może poważył się o nadinterpretację słów, ale nawet jeśli tak, nawet jeżeli żył głupią nadzieją i ułudą, uznał, iż nie pozwoli by po raz kolejny wątpliwości rzutowały się na decyzję. Nigdy więcej.
        - Nie stracisz - odpowiedział cichym, ale pozbawionym wątpliwości głosem.
        - Już nikt i nic mnie tobie nie odbierze. Jestem tylko twój - mówił opierając policzek o włosy dziewczyny i zamknął oko zatapiając się w chwili.
        I chociaż poczuł jak dziewczyna się porusza zaczynając mówić o dworku, sam leżał nieruchomo, zupełnie jakby przysypiał. Demona zdradzały jedynie unoszące się kąciki ust i szybko stłumiony śmiech. A czy kiedykolwiek go słuchała? Mruknął niby przytakująco, ale rozbawienie jeszcze przez moment odbijało się w twarzy demona. Dopiero pod koniec zdania spoważniał i przez uderzenie serca mocniej przytulił Rakel. Naprawdę pomyślała, że tam mogła go znaleźć, że nie pojawiłby się zaraz u niej czy tylko szukała wspomnień?
        Domownik był bardziej neutralnym tematem.
        - Bardzo sprytnie. Dlatego warto z nimi dobrze żyć. Potrafią być silnym sprzymierzeńcem albo zajadłym wrogiem - szeptał spokojnie, a Rakel mówiła dalej. A z bezpiecznego tematu wypłynął zupełnie inny. Chyba właśnie poznał częściowy albo właściwy powód zaszklonych oczu brunetki.
        Pogłaskał kręcone włosy, nie przerywając jej cichego siąkania. Nie pocieszał, nie uspokajał, był obok tak jak zawsze być powinien. Nigdy nie chciał zostać przyczyną rozłamu w rodzinie, ale czyżby mimo chęci wyrzutek ciągnął za sobą na dno niewinną ofiarę? Nawet jeśli, tym postanowił zająć się później.
        - Zamieszkamy gdzie tylko zapragniesz, choćby i w piekle - wyszeptał, już nie siląc się na właściwe sformułowania, nie zastanawiając się czy mógł sobie pozwalać na użycie “my”. Jeszcze rano sprzeczali się również co do tego, a Rakel wyrzucała, że dworek był “jego”. Darował sobie rozważania co powinien, zawsze wychodziło na opak.
        - Nie znam odważniejszej i silniejszej osoby. - Nieustannie głaskał brunetkę, po chwili skłaniając Rakel, żeby schowała twarz w jego szyi.
        - Łzy to nic złego, pozwól im płynąć, zmyć emocje, nie duś ich, nikt nie zobaczy... - mówił cicho, a głos demona brzmiał niemal ochryple, kojąco kiedy jeszcze nie przełamywał się do szeptu, ale byłby niedosłyszany po drugiej stronie pokoju.
        Żadna noc mu się nie dłużyła. Gdy wreszcie Rakel zasnęła wsłuchał się w równy oddech, gasząc świecę nim sama się dopaliła. Pozwolił i sobie na leniwe czuwanie, gdy myśli płynęły bezładnie i niewstrzymywane.
        Świt, jasne słoneczne promienie wpadające przez okno, odgłosy budzącego się miasta, to wszystko tylko skłoniło demona do mocniejszego zapadnięcia w pielesze. Nigdzie się nie spieszył. Po raz pierwszy nie wisiała nad nim żadna groźba, żaden obowiązek. Mógł napawać się każdym momentem bez pośpiechu.
Awatar użytkownika
Rakel
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakel »

        Przez moment wystraszyła się własnych słów i tego, jak Lucien mógł zareagować. Pierzchłaby chyba przy pierwszym sygnale niezadowolenia z jego strony, ale poza zaskoczeniem nie dopatrzyła się nagany, a patrzyła uważnie, gotowa do zbierania z ziemi swojej godności i salwowania się ucieczką. Lucien jednak tylko podniósł się lekko, wyciągając do niej rękę, co było najlepszą odpowiedzią. Chociaż umyślnie oddzieliła ich pościelą, to cieszyła się, że demon ją przytulał. Czyli jednak wszystko było między nimi w porządku, nawet gdy się waliło.
        Dalsze zapewnienia były kompletnie nie na miejscu, a jednocześnie ostatecznie uspokoiły Rakel, która już całymi ramionami obejmowała rękę demona. Nie miała na to odpowiedzi, ale na szczęście Lucien chyba na żadną nie czekał. Mimo wszystko musiała wyjaśnić, nie chciała, żeby źle o niej myślał… chociaż na dobrą sprawę i tak dzisiaj nie zabłysnęła.
        Widziała, jak uśmiechał się pod nosem, gdy przyznawała się do złamania zakazu, ale jej akurat nie było do śmiechu, bo wiedziała do czego dąży. Szloch pomieszał jej szyki i zakończenia Lucien musiał się domyślać, ale miała nadzieję, że zrozumie. Szeptana odpowiedź była tego potwierdzeniem i Rakel wtuliła się mocniej w otaczające ją ramiona. Nic już nie powiedziała, gdy zmęczenie dniem wygrywało z odruchowymi ciętymi komentarzami. Posłusznie skryła się pod brodą Luciena, oddychając coraz spokojniej, aż zapadła w sen, nawet nie zmieniając pozycji i nie mówiąc „dobranoc”.

        Obudziło ją dopiero ożywające miasto i odgłosy krzątania się po domu. Wcześniej spała tak mocno, że nawet słońce padające na jej twarz spomiędzy zasłon jej nie obudziło i zmusiło tylko do przekręcenia głowy na poduszce. W końcu jednak rzeczywistość zaczęła do niej docierać i Rakel najpierw dłonią odnalazła rękę Luciena, a dopiero później otworzyła oczy i spojrzała na niego spod przymrużonych powiek.
        - Hej – przywitała się cicho.
        Nie wyglądała na tak spokojną jak demon, wręcz przeciwnie. Wyraźnie nasłuchiwała odgłosów w kamienicy i dość szybko wymknęła się z pościeli.
        - Przyniosę kawę – mruknęła, zbierając przy okazji swoje rzeczy, by się przebrać w łazience. Gdyby powiedziała demonowi, że ten ma leżeć, to pewnie znowu by się nasłuchała. Dopiero zanim wyszła z pokoju, zerknęła jeszcze na Luciena i uśmiechnęła się krótko, zaraz znikając za drzwiami.

        Zasnęła w mokrych włosach, co było głupie, bo dopiero w lustrze w łazience zobaczyła, że wygląda jakby ją piorun strzelił. Dobrą chwilę walczyła z nastroszonymi lokami, zwalczając je w końcu wielką szczotką i oliwką. Związała część włosów w kitkę, umyła twarz i zęby, przebrała się w normalne ciuchy i trochę spokojniejsza zbiegła na dół.
        Zatrzymała się dopiero na progu kuchni, widząc, że Alec już jest. Zawahała się, ale było ją wcześniej słychać, więc szatyn odwrócił się i uśmiechnął słabo.
        - Cześć, Rakel.
        - Hej…
        - Jak teraz zaczniesz mnie unikać to dopiero będzie niezręcznie.
        - Nie unikam cię, chciałam tylko…
        - Dać nogę – przerwał jej szatyn, a dziewczyna rozluźniła się trochę, choć z przepraszającą miną. – No wchodź – pogonił ją i Rakel jak na gwizdek przemknęła przez kuchnię na palcach, zaczynając krzątać się przy ladzie.
        - Chcesz kawy?
        - Poproszę.
        Wyciągnęła trzy kubki, w każdym szykując coś innego, co zajęło jej wystarczająco czasu, by zarówno woda, jak i kawa w kawiarce zdążyły się przygotować. Najpierw podała kubek Aleckowi, dopiero potem biorąc swoją herbatę i Lucka kawę, i skierowała się do wyjścia.
        - A śniadanie? – dobiegł ją głos, gdy była w progu i dziewczyna zawahała się, odwracając niepewnie z kubkami w dłoniach.
        - Nie jestem gło…humpf – urwała, gdy wetknięto jej bułkę do buzi.
        - Kiedy masz egzaminy?
        - Hmuhh… - zaczęła bełkotać, nim Alec wywrócił oczami i wyjął jej bułkę z buzi. – Jutro jeden i pojutrze dwa – wyjaśniła szybko, a bułka znów wylądowała jej w zębach.
        - Nie przemęcz się.
        Pokiwała posłusznie głową i uciekła, gdy tylko szatyn skinął jej głową. Odprowadził dziewczynę wzrokiem, ale wrócił do kuchni, gdy tylko zobaczył, jak z siostrą mija się w korytarzu Rand.
        - Siemasz siostra, siemasz stary.
        - Hmm! – mruknęła przez bułkę Rakel i zniknęła, zanim Rand zacznie zadawać pytania.

        Do pokoju weszła szybkim krokiem, zamykając za sobą drzwi z taką ulgą, jakby ktoś ją gonił. Podała Lucienowi kawę i dopiero mogła normalnie ugryźć bułkę.
        - Plan jest taki. Ja zakuwam, ty odpoczywasz. Jak będziesz się czuł na siłach to pojedziemy do dworku, może być? – zapytała, przysiadając na łóżku i podciągając jedną nogę na materac. – Jutro mam egzamin, wczoraj miałam się uczyć trochę więcej, no ale… wyszło jak wyszło – powiedziała, wzruszając lekko ramionami.
        Później zaczęło się oficjalne kucie, bo Rakel przeniosła się z biurka na podłogę przy łóżku, rozkładając wokół siebie księgi i pergaminy. Lucienowi podała jedną z książek, by się nie nudził, sama zaś zatopiła się w świecie przepisów, na zmianę popijając herbatę i robiąc z kubka ciężarek do przytrzymywania pergaminów.
Awatar użytkownika
Lucien
Kroczący w Snach
Posty: 215
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucien »

        Nie spieszył się, było mu wygodnie, i miło, i przyjemnie, ale Rakel nie podzielała chyba jego zrelaksowanego stanu. Jej włosy skręciły się w szalone loki, ale to podstresowany wzrok bardziej przyciągał uwagę.
        - Dzień dobry - odpowiedział, wypuszczając dziewczynę z objęć szybciej niż normalnie by uczynił. Na rozkoszne polegiwanie przyjdzie czas później. Chyba przyjdzie. W zasadzie poza wyznaniem kojącym serce, jak się zastanowić pewne kwestie pozostały w sferze domysłów i niedopowiedzeń.
        Mruknął na potwierdzenie i przeciągnął się, czego od razu pożałował. W zamian ostrożnie położył się na plecach łowiąc krótki uśmiech wychodzącej Rakel. Westchnął ciężko i oparł prawe przedramię na brzuchu. Ostrożnie poruszył palcami. Jakoś tęczy, jednorożców i wesołych wróżek nie było chociaż odpoczywał od wczorajszego popołudnia. Zamyślony zapatrzył się w sufit. Oddychało mu się ciężko, ręka wciąż była niesprawna. Zdrową dłonią potarł twarz. Nadal nie przyzwyczaił się do połowicznej ślepoty, ale ciekawe czy nie będzie musiał. Ślepy szermierz, to brzmiało źle, a było jeszcze gorsze do wykonania. Jednak przynajmniej myśli przestawały przypominać zrujnowaną przez smoka zamkową mozaikę, a powoli układały się w pejzaż, który wreszcie z każdym kolejnym spojrzeniem zaczynał nabierać ostrości zamiast się rozmazywać.

        Lucien zostawił Rakel i wrócił do posiadłości bez zwłoki, obawiając się co mógł zastać. Obawy okazały się słuszne. Od kiedy książę działał aż tak rączo, ciężko powiedzieć. Tym razem wyraźnie wolał nie zwlekać. Już czekała obstawa kilku zbrojnych z gwardii przybocznej. Czy znaczenie miały plotki podsycane przez bezpośrednio zainteresowanych czy może zwykły pech i powiązania zbyt wielu ważnych w oczach miłościwie panującego person, schodziło na drugi plan. Nie miał nawet czasu na regenerację, o bardziej reprezentacyjnym stroju nigdy nie myślał, sprawdził tylko rapier u pasa by razem z Gadrielem, Felicity, Sheitanem i trójcą Saide stawić się u Księcia.
        W centrum sali rozjaśnianej światłem magicznych lamp, na podwyższeniu, w pełni powagi i estymy stał czarny tron. Do jego stóp prowadził szpaler kolumn podpierających sklepienie sali tronowej. Pośród nich zgromadzona była świta i co ważniejsza szlachta. Drogę wytyczał szereg żołnierzy ustawionych reprezentacyjnym kordonem.
        - Rzadko kiedy przychodzi mi rozsądzać rodzinne waśnie. - Opuszki palców przyozdobione pierścieniami zabębniły w oparcie tronu. - Liczę na dobre uzasadnienie fatygowania mej osoby.
        Oziębły głos poniósł się echem. Książę w całym swym majestacie przemówił.
        - Najłaskawszy Panie... - Felicity wyszła przed Marlona odzywając się nim młody Saide zdążył choćby otworzyć usta. Lucien cały czas stał w milczeniu, dumnie wyprostowany, z ręką swobodnie ułożoną na rękojeści broni, gdy padały kolejne oskarżenia. Gadriel milcząco obserwował bieg wydarzeń, podczas gdy Scarlett miotała przestraszone spojrzenie od osoby do osoby, nie mając pojęcia po której stronie powinna się opowiedzieć. Książę był znudzony angażowaniem jego osoby w tak banalne historie i jednocześnie poirytowany głosami o szykującym się puczu. Nie zapowiadał się lekki i przyjemny bankiet.
        - Twoja linia obrony? - Książę uniósł rękę wyhamowując potok słów demonicy. Jeszcze jedna dobrze nie skończyła a już miał dość tego jazgotu, a przecież jeszcze kolejni chcieli się wypowiedzieć.
        - Sprzeciwiłem się niesprawiedliwości - sucho odparł Lu. Książę raptem mrugnął, a oficer stojący w cieniu tronu wyłapał sygnał, podszedł do Asmodeusa i szybkim, brutalnym ruchem zerwał rubinowy kolczyk z ucha demona. Lucien nawet nie drgnął. Wciąż patrzył księciu w oczy, spokojnie powtarzając swoje słowa po raz drugi.
        - Porozmawiamy na osobności, może będziesz bardziej elokwentny - warknął książę, a dwóch kolejnych strażników rozbroiło demona i odeskortowało do lochów.
        Gadriel syknął pod nosem i gdy nikt nie widział, podniósł rzucony w cień kolczyk i porzucony na ziemi rapier. Cyrk trwał, a klaunami dalej oni, szlag by to strzelił. Czy Lucek chociaż raz mógłby nie być takim zawziętym sukinsynem i nie wkurwiać wszystkich w tym wypadku z Wielkim Księciem na czele?
                Dla nieśmiertelnych upływ czasu nie był tak dotkliwy. Książę się nigdzie nie spieszył, a skoro już go fatygowano zamierzał odnaleźć chociaż odrobinę urozmaicenia i rozrywki od zwykłego dworskiego życia. Nie spieszył się tym bardziej gdy zaczęło się robić zabawnie. Rzadko kiedy rodzina oskarżała swoich powinowatych, zdecydowaną większością były waśnie dotyczące różnych rodów, gdy więc dodatkowo przepytywany demon zmienił się w zwierzopodobny twór, o którym wspomnieli naoczni świadkowie, przesłuchanie nie mogło się skończyć zbyt wcześnie.
        Z kolei przedłużanie na powrót księcia nużyło. Rogate zwierzę było niczym więcej jak inną materialną formą. Nie miało ani groźnych ani intrygujących cech. Zwykłe wynaturzenie, echo dawnych czasów albo kpina magii. Nic co mogłoby zająć go na dłużej, nic z czego mógłby czerpać korzyści, ani nic czego mógłby się obawiać. Ciągłe wysłuchiwanie żali szlachty też go zaczęło mierzić. Należało kończyć tę farsę.
        Luciena przyprowadzono ponownie do sali tronowej, przed książęce oblicze.
        - Twierdzisz więc, że nie miałeś na celu prywatnych korzyści. - Chłodny głos poniósł się po wnętrzu. Felicity gwałtownie się zapowietrzyła, ale tym razem nie dała się ponieść emocjom. Zdążyła się przekonać, że Książę nie należał do cierpliwych słuchaczy, gdy znudzony podczas przesłuchań, magią rzucił ją na kolana. Do niedawna sądziła, że to Lucien ją upokorzył, ale wizyta na dworze dokładnie zweryfikowała jej poglądy. Gadriel również nie wyszedł bez szwanku, gdy opowiedział się po stronie przyrodniego brata, a Wielki Książę chciał upewnić się co do jego prawdomówności.
        - Nie, nie zależało mi na tytule - powtórzył Lucien. Demonowi nadal nie brakowało dumy, ale ewidentnie miewał lepsze dni. Zmęczony, po kilkukrotnej przemianie, nie odzyskał pełni sił po walce z ojcem, a w lochach bynajmniej nie przebywał na turnusie rehabilitacyjnym.
        - A czarodziejka? Wyprzesz się, że to ona i ślub były przyczyną sprzeciwu wobec woli ojca jak twierdzą twoi oponenci? - Książę kontynuował. Pewne kwestie musiały być wypowiedziane publicznie, nawet jeżeli go nie interesowały. Jeśli głowa miała nosić koronę, czasami musiała zniżyć się do poziomu mediatora, nie mógł sobie pozwolić na podważenie autorytetu nawet jeśli wiązał się ze sporadycznym uprzykrzaniem mu życia.
        - Czarodziejka mam nadzieję, że na mnie czeka. Ślub był zadośćuczynieniem winy, do której się nie poczuwam, o czym rozmawiałem z ojcem wielokrotnie. Uprzedziłem, że aby rozsądzać cudze postępki wpierw samemu trzeba mieć czyste sumienie. Gdy mimo wszystko nadal pragnął ukarać mnie za domniemane morderstwo, zignorowałem więzy krwi, znalazłem winowajców i świadków morderstwa mojej matki. Zgodnie z prawem dałem ojcu szansę na pokojowe i honorowe rozwiązanie. Odmówił. Musiałem spełnić synowski obowiązek.
        Książę oparł głowę na dłoni. Nudził się, słyszał te słowa kilkakrotnie.
        - Morderstwa hrabiego nie uznajesz za winę? - zadał pytanie, które również musiało paść, żeby mógł przejść do ostatniego, zabawniejszego punktu i zakończyć cały ten nudny proces.
        - Nie, wyrok i możliwość oczyszczenia win w honorowym pojedynku nie były morderstwem. Rodzina Saide jako nasz suweren podlega naszym sądom, także w tym wypadku spełniłem obowiązek szczędząc waszej książęcej mości nieistotnych spraw pomniejszych rodzin. - Lucien też był zmęczony ciągłym powtarzaniem tego samego, kiedy musiał pilnować dokładnego doboru właściwych słów.
        - Twoje zeznania potwierdził twój brat - oznajmił książę. Lucien zerknął zaskoczony na Gadariela. Felicity i Sheitan uczynili to samo, ale z czystą nienawiścią. Gadriel musiał powstrzymywać uśmiech.
        - Ponieważ jednak żądano ode mnie sprawiedliwości, nie wystarczą twoje puste słowa. Stawisz czoła swojemu nemezis i opuścisz salę tronową o własnych siłach, a uznam cię niewinnym. - Krótkie spojrzenie książęcych źrenic wystarczyło by Felicity ponownie przełknęła swoje słowa zamiast protestować. Marlon już dawno temu się poddał, uznając, że był nic nieznaczącym pionkiem w tej grze. Pionkiem, który wolał pozostać na szachownicy, więc się nie wychylał od dłuższego czasu poza odpowiadaniem na zadane mu pytania. Podobnie Misery. Sheitan też był przygaszony, chociaż nie był w stanie ukryć swojej wściekłości. Scarlet wyproszono jeszcze pierwszego dnia. Gadriel miał nadzieję, że po tym wszystkim co przeszli, Lucien nie da dupy na finiszu. Nemezis, wina i kara w jednym. Magia księcia była potężna i kryła wiele sekretów. Mało kto znał jej granice i pełne możliwości, tym bardziej wszyscy ciekawi byli formy próby.
        Co książę miał na myśli, zgromadzeni zaczęli się domyślać dopiero gdy przed Lucienem zaczął materializować się kształt, cień powoli nabierający formy męskiej sylwetki, a książę przemówił ponownie, wywołując znaczne ożywienie.
        - Lubisz pojedynki, w pojedynku dowiedź swojej niewinności.
Spodziewali się Beala, przynajmniej ci bardziej wtajemniczeni w całą historię. Lucien nie oczekiwał nikogo i niczego, spróbował przywołać oręż, bezskutecznie. W tym czasie naprzeciwko Luciena stanął Asmodeus, zupełnie jakby demon przeglądał się w mrocznym lustrze. Postaci dało się bez wahania odróżnić, coś w magicznej istocie wywoływało ciarki przechodzące po kręgosłupie, a jednocześnie były w każdym detalu identyczne.
        - Takie klisze... - prychnął książę, kpiąc z dramatyzmu ujawnionej formy, gdy cień dobywał rapiera. Tym to go rozbawiono. Nawet sam monarcha spodziewał się personifikacji ojca, którego zabójstwo było największą przewiną syna, przynajmniej w teorii. Póki czar nie zadziałał nigdy nie był znany efekt końcowy, on zależał od umysłu osoby poddanej magii, to on nadawał czarowi formę i to właśnie umysł Luciena wykreował jego samego.
        - Kurwa - Gadriel warknął pod nosem obserwując uważnie jak odbicie płynnym krokiem, a bez jednego dźwięku, skierowało się w stronę swojego pierwowzoru. Lucien tymczasem wykonał kilka kroków w tył. W pałacu nie potrafił przywołać broni. Gadriel domyślił się w czym rzecz, gdy starszy brat wykonał kolejny krok grając na zwłokę, podczas gdy broń z rzeźbioną bestią spoczywała spokojnie obok jego własnej. To chyba było elementem rozrywki. Syknął pod nosem i niewiele myśląc rzucił rapier licząc, że Lucien wykaże się refleksem i ją złapie. Felicity rzuciła ostrzegawcze spojrzenie na syna, ten jednak zupełnie ją zignorował. Za późno na wahania i rozterki. W tej gonitwie postawił wszystko na jednego konia.
        Złapał. Kiedyś i w innej sytuacji ucieszyłby się jakby gnojek dostał rapierem w łeb, ale ani to był czas ani miejsce na spełnianie podobnych marzeń, może później jak wreszcie wyratują się z tej farsy.
        Starcie szybko przestało przypominać dżentelmeński pojedynek, gdy Lucien powoli rzucał wszystko co miał w rękawie by dotrzymać kroku samemu sobie. Przemiana w bestię wywołała zaskoczone pomruki rozchodzące się po sali, ale cień nie pozostał dłużny i dwa zwierzęta starły się z wściekłością. Ponowna zmiana postaci wywołała tą samą reakcję w impostorze. Książę nawet zaczął się nieźle bawić, gdy demon coraz bardziej desperacko próbował stawiać czoła swojemu odbiciu, jednocześnie mając coraz więcej obrażeń i coraz mniej sił, podczas gdy posadzka płynęła krwią.
        Ile walczył, kilka uderzeń serca czy całe popołudnie? Podczas starcia czas płynął inaczej, niemal w zwolnionym tempie i jednocześnie szybciej niż zwykle. Powoli tracił nie tylko siły, ale i motywację. Jak miał zwyciężyć? Tym razem przyszła pora polec. Tylko jak miał się poddać? Chciał wrócić do Rakel jak nigdy niczego nie pragnął. Demon i jego alter ego kolejny raz natarli na siebie z bronią, w skoku zmieniając się w potwory.
        Paszcza zatrzasnęła się na paszczy. Pazury zazgrzytały na marmurach. Lucien we własnej osobie upadł na kolana, gdy kły bezgłośnej bestii rozorały mu twarz. Na niepełne tchnienie zabrakło synchronizacji. Demon sięgnął po rapier wbijając go w nasadę szyi zwierzęcia. Przez mgnienie poczuł jakby ugodził sam siebie. Ból mając za motywację, natarł silniej podrzynając bestii gardło. Zwierzę rzuciło się gwałtownie, zmieniając postać. Klinga przeznaczona do czego innego, skręcona i szarpnięta jednocześnie, pękła z żałosnym szczękiem. Złamane ostrze dokończyło zadanie już na ludzkiej formie cienia, który osypał się na podłogę, prosto pod kolana Luciena. Zlepione krwią włosy opadały na oczy demona i na zalaną krwią posadzkę. Spróbował wstać, ale uniósł się raptem o pół łokcia i wrócił na kolana. Powoli tracił świadomość gdzie się znajdował. To był koniec. Nie miał pewności czy on zabił cień, czy cień śmiertelnie ranił jego... Zabił siebie... Czyli czy tak naprawdę kto zabił kogo miało jakieś znaczenie? Potyczka dobiegła końca. Mógł wreszcie odpuścić. Każdy kolejny oddech bolał jakby inhalował czysty piekielny żar. Ciemność byłaby wybawieniem.
        Lucien oddychał ciężko. Z wciąż opuszczoną głową podpierał się oboma rękoma klęcząc w szkarłatnej kałuży, gdy Shei się ocknął. Kocim krokiem wystartował w stronę brata. Kruczki słowne… Zamierzał wcisnąć się w lukę.
        Sheitan rozciągnął się z głuchym plaskiem i brzękiem broni uderzającej o posadzkę, gdy Gadriel całkiem zgrabnie i zupełnie niespodziewanie podstawił mu nogę. Spojrzenie Felicity niemal miało moc zabijania. Niemal. Gadriel dostojnie znalazł się u boku Luciena i złapał go pod ramię.
        - Śmiesz się wtrącać. - Książę łypnął ostrzegawczo na drugiego demona.
        - Jakże bym śmiał, panie, przecież już po walce - odpowiedział całkiem spokojnie.
        - Jeszcze nie. Ma odejść o własnych siłach - odezwała się Felicity, a jej głos zabrzmiał nieprzyjemnie. Książę się uśmiechnął w jasnym komunikacie.
        - Odejść o własnych siłach - przytaknął Gadriel z naciskiem. - Po prostu pomagam wstać tej niezgule, bo poślizgnął się w kałuży własnej juchy i wstyd rodzinie przynosi - dokończył ostatnią linijkę z pogardą w głosie, szarpnięciem stawiając Luciena na nogi i ukłonił się księciu puszczając ramię brata.
        - Zejdźcie mi wszyscy z oczu - warknął władca wykonując znudzony gest ręką. Skłonił się ponownie, podobnie jak Lucien, niezgrabne przygięcie chyba miało być ukłonem.
        - Idź i nawet nie waż mi się teraz jebnąć na podłogę - wysyczał cicho tak by nikt inny nie mógł usłyszeć, po nieprzytomnym spojrzeniu nie potrafiąc określić ile docierało do Luciena. Salę opuścili ramię w ramię. Nawet nie interesował się co dalej wyprawiała Feli i Shei. Wystarczyło, że ledwie zamknęły się za nimi wrota, a musiał łapać brata pod którym ugięły się nogi. W zasadzie powinien pozwolić mu rozciągnąć się na posadzce. Poprawił rękę Luciena, którą przewiesił sobie przez ramię, drugą ręką obejmując go w pasie i podciągnął brata by pewniej stanął na nogach. Nie żeby ten wiele pomagał. Po prawdzie mógł go zwyczajnie wlec. Niech go szlag trafi. Otworzył portal i zniknął w ciemnym przejściu razem ze starszym nemorianinem.


        Rakel wróciła po chwili. Usiadł, żeby odebrać kawę i zerknął na brunetkę znad kubka.
        - To całkiem dobry plan - wymruczał niemal leniwie, zupełnie jak nie Lucien. Jak on tęsknił za tym zapachem. Kojarzył się z Rakel, z poczuciem jakby miał… dom.
        - Nie godzi się, żebyś poszła niedostatecznie przygotowana - dodał biorąc ostrożny łyk.
        Potem pozostało obserwować Czarnulkę przy pracy. Dla przyzwoitości odebrał książkę, ale popijając kawę znacznie więcej czasu poświęcał na oglądanie brunetki w jej naturalnym środowisku i niż na czytanie. Był wciąż na pierwszej stronie, kawa skończyła się już jakiś czas temu, i znów leżał na boku, gdy spostrzegł jak brunetka robi niewielką przerwę w studiowaniu pergaminów.
        - Co chcesz w nagrodę za egzaminy? - zapytał. Nie wiedział jakie zwyczaje panowały w Alaranii, ale uznał, że egzaminy były dość ważnym osiągnięciem, a takie zawsze wieńczył bal, przyjęcie czy jakiś prezent. Przynajmniej w Otchłani. Zaraz potem odezwał się na nowo, tym razem żeby podzielić się jakby się zdawało dość ważną informacją, szczególnie, że Czarnulka swojego czasu dość intensywnie przeżywała jego relację z bratem.
        - Gadi stanął po mojej stronie, uwierzysz? U Księcia - sprecyzował. - Nie musiał, czego by nie zrobił tylko by zyskał, nawet może więcej gdyby opowiedział się za Felicity i jej wersją zdarzeń, a mimo to udzielił mi wsparcia. To twoja zasługa - mówił spokojnie, wciąż z trudem wierząc własnym wspomnieniom i wypowiadanym słowom.
Awatar użytkownika
Rakel
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakel »

        Ranny Lucien okazywał się wyjątkowo uległy i Rakel nie miała zamiaru tego zmarnować. Przyniosła mu kawę, zanim w ogóle zdążył się podnieść, a też dzielnie nie zwracała uwagi na grymasy bólu, które pojawiały się na niewzruszonej zazwyczaj twarzy nemorianina. Odpoczywał, co więcej mógł zrobić? Nie mogła mu przecież zakazać poruszania się w ogóle, a też kompletny bezruch wcale by mu nie służył. Nad rehabilitacją, jeśli będzie konieczna, będą myśleć później. Na razie niech po prostu odpoczywa. Wydawał się spokojny i zrelaksowany, aż jej się ciepło na sercu robiło. Uśmiechnęła się jeszcze raz do demona i podając mu jeszcze książkę, by nie umarł z nudów, zabrała się do notatek.
        Gdy wpadła w rytm nauki starała się z niego nie wytrącać, więc nawet gdy skończyła jej się herbata, kubek został blisko, dalej traktowany jako doskonały ciężarek. Nie wiedziała więc ile czasu minęło nim w końcu zatrzymała się na jakimś rozdziale, by chociaż oczom zrobić przerwę. Dalej siedząc wśród pergaminów wyciągnęła ręce, przeciągając się, aż jej strzeliło w krzyżu. Słysząc pytanie uśmiechnęła się nieco kpiąco i spojrzała na Luciena.
        - Najpierw muszę je zdać – powiedziała, przysuwając się kawałek i opierając na łokciach o materac. – Na szczęście wszystkie są pisemne. W zeszłym semestrze miałam jeden ustny to tak się denerwowałam, że nic nie mogłam sobie przypomnieć. Jakoś zdałam oczywiście, ale na pisemnym na pewno poszłoby mi lepiej – mruknęła, wzrokiem odbiegając gdzieś w bok. Dopiero, gdy Lucien znów się odezwał, padło na niego spojrzenie wielkich oczu.
        - Naprawdę? – zapytała z niedowierzaniem, nim rozpromieniła się, słysząc dalsze słowa. Zacisnęła usta, by Lucienowi nie przerywać, ale uśmiechała się szeroko.
        - Wspaniale – powiedziała w końcu, ściskając rękę bruneta. Wiedziała, że trochę nadmiernie reaguje, ale naprawdę zależało jej, żeby Lucien miał wokół siebie bliskich, nie tylko wrogów. Gadriel może i był dupkiem, ale może, tak jak jego starszy brat, był nauczony, żeby nikomu nie ufać? Może wcale nie jest taki zły? Przecież fajnie było mieć braci.
        - Rakel! – rozległo się wołanie na korytarzu i tylko lekkie rąbnięcie otwartą dłonią w drzwi poprzedziło wejście Randa. O wilku mowa.
        - Czy ty się możesz nauczyć pukać? – prychnęła, odsuwając się od łóżka, ale dalej siedząc na podłodze. Rand już chciał odpowiadać, a po tym jak zerknął na Luciena, Rakel wolała oszczędzić sobie komentarzy. – Czego chcesz? – burknęła, jak na kochającą siostrę przystało.
        - Nina woła na obiad, zbieraj się. Lucek, też jesteś zaproszony – rzucił Evans już wychodząc. Rakel westchnęła, zerkając na demona.
        - Dalej chcesz się z nimi zobaczyć? – zapytała z uśmiechem, po czym zaczęła zgarniać księgi i pergaminy wokół siebie na bok, wciąż jednak w wyraźnym schemacie. Później wstała i podeszła do szafy, wyciągając spódnicę. – Zaraz wracam – rzuciła i wyszła, a po chwili faktycznie wróciła spowrotem, tylko trochę ładniej ubrana.

        Alec z Randem wyszli dosłownie chwilę przed nimi, ale Rakel musiała jeszcze zakluczyć dom, a i spacer z Lucienem był nieco wolniejszy niż szybki marsz mężczyzn. Na miejsce dotarli więc ostatni, a demon miał okazję zaobserwować zmiany, jakie dokonały się pod jego nieobecność. Weszli przez sklep, a jakże, a z miejsca od razu dopadł ich Sierżant, stęskniony za Rakel, wciskając się jej w spódnicę.
        - Sierżant! – rozległ się donośny głos Doriana, a za chwilę zawtórował mu inny, wysoki i sepleniący.
        - Hau! – zawołała Adele, pokazując palcem na wielką bestię, która posłusznie porzuciła gości i podbiegła do swojej małej pani.
        Dziewczynka stała chwiejnie, z ulgą opierając się o głowę wielkiego psa. Włosy miała kruczoczarne, ale oczy jasnoniebieskie, jak u Niny, udowadniając, że barwne tęczówki Evansów skończą się chyba na trójce rodzeństwa. Pulchne policzki zdobiły zgrabne dołeczki, a cała reszta sylwetki dziewczynki ginęła w wielowarstwowej błękitnej sukience, oczywiście spod igły Niny. Adele jednak tylko wyglądała jak mała królewna, bo oczka miała łobuzerskie, a gdy Sierżant zaczął lizać ją po twarzy wpadła w histeryczny śmiech.
        - Sierżant, na miejsce! – warknął Dorian, podchodząc już do gości i zgarniając po drodze córkę z ziemi. Siostrę ucałował w policzek na powitanie i oddał jej, wyciągającą w jej stronę rączki, Adele.
        - Lucien – przywitał się Evans, ściskając dłoń demona i przyglądając mu się poważnie, nim pokręcił głową. – Stary, wyglądasz jak gówno – mruknął, a Rakel ukradkiem odetchnęła z ulgą. W języku jej brata to było przyjazne powitanie. A niczego nie była pewna. Nie wiedziała, co powiedział mu Alec i czy w ogóle coś mówił. Adele szybko odciągnęła jej uwagę, pokazując palcem na Luciena.
        - Oko! – zawołała, a Rakel powstrzymała uśmiech.
        - Adele, to jest wujek Lucien. Powiedz: Lu-cien.
        - Cien! – powtórzyła posłusznie dziewczynka (trochę za duży nacisk kładąc na „Ć”) i wróciła do ważniejszej sprawy. – Oko! Nie ma. – Rozłożyła bezradnie rączki. Rakel już jawnie chichotała pod nosem.
        - Lucien, to jest Adele – przedstawiła demonowi bratanicę, która zarzuciła ciemnymi włoskami, słysząc głos mamy z góry.
        - Chodźcie, bo jedzenie stygnie! Dorian!
        - Mama!
        Rakel oddała bratu dziewczynkę i ruszyli za nim po schodach na górę. Piętro było nie do poznania. Zburzone ściany między dwoma mieszkaniami pozwoliły na powiększenie kuchni, w której teraz mieścił się o wiele dłuższy rząd szafek, ale przede wszystkim duży, rozkładany stół, teraz zawalony jedzeniem, przy którym siedzieli już Rand, Alec i Morgan.
        - Cześć kochani! – zawołała Nina, podbiegając do nich w fartuszku zarzuconym na sukienkę, ściskając Rakel i spoglądając uważnie na Luciena.
        - Nawet z połową twarzy jesteś zabójczo przystojny! – westchnęła, po czym i jego przytuliła i cmoknęła w zdrowy policzek. – Siadajcie, siadajcie – pogoniła ich na miejsca. Rakel oczywiście wylądowała obok Aleca, siedząc teraz pomiędzy nim a Lucienem. Oczywiście. Głowę by sobie dała uciąć, że to zemsta Niny za to, że o niczym nie wiedziała. Obok demona zaś siedział kowal, który wyjątkowo powstrzymał się od klepnięcia szlachcica w plecy i tylko schylił się w jego stronę.
        - Chłopie, nie wyglądasz dobrze – mruknął chyba zaniepokojony.
        Przy stole panowało kompletne zamieszanie. Wszyscy sobie coś podawali, nakładali, Nina kręciła się między kuchenką, a stołem, na zmianę mówiąc do swoich gości i do córci, która uparcie odmawiała jedzenia, skacząc Dorianowi po kolanach.
        - Daj, wezmę ją – powiedziała Rakel, wyciągając ręce i mała ze śmiechem powędrowała przez kolana Randa, Aleca, aż do niej. U niej mogła zająć się chociaż czarnymi lokami, za które z zawzięcie ciągnęła, podczas gdy reszta jadła posiłek.
Awatar użytkownika
Lucien
Kroczący w Snach
Posty: 215
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucien »

        Wszystkie niezbędne rewelacje demon powoli układał sobie w głowie, chociaż część pozostawała niewiadomą. O nie chwilowo nie pytał, jak na przykład “i co teraz?”. W zamian leżał sobie względnie wygodnie, chłonąc relaksującą codzienność. Uśmiechnął się lekko na wiadomość, że Rakel wpierw musiała egzaminy zdać. Czyli już powinien pomyśleć o jakimś ciekawym prezencie. Tylko co dziewczynie dać? Temat był dość zajmujący, ale Rakel znacznie bardziej zainteresowała się Gadrielem. Szeroki uśmiech zagościł na twarzy brunetki. Żeby się aż tak ucieszyć? Naprawdę aż tak bardzo chciała, żeby dogadał się z przyrodnim bratem?
        - Czy wspaniale... - Zawiesił na chwilę głos zamyślając się na tchnienie. - Wciąż nie wiem czy bardziej mnie to nie martwi niż cieszy - odpowiedział odwzajemniając uśmiech, chociaż łagodniejszy, bardziej spolegliwy niż radosny jak Rakel. Lucienowi wciąż trudno było uwierzyć, że Gadi od tak stanął po jego stronie. Rozsądek i doświadczenie wciąż podpowiadały, że musiał mieć w swoich działaniach ukryty motyw i korzyści.
        - Niemniej gdyby nie on, prawdopodobnie bym do ciebie nie wrócił - dokończył cicho, sięgając do policzka dziewczyny. Pacnięcie drzwi cofnęło demona do poprzedniej pozycji. Wymienił z Randem krótkie spojrzenie, zaraz potem spojrzał na Rakel. Czy chciał? Chyba tak. Czy powinien? Chyba bardziej niż chciał, na pewno nie odrzucało się zaproszeń.
        Dziewczyna zgarnęła pergaminy i poszła się przebrać, w tym czasie demon sam również postanowił doprowadzić się do niejakiego porządku. Przywołał rezerwowy tobołek, zmienił spodnie na czyste a koszulkę Randa na własną. Nawet się uwinął. Dobrze, że Saya złożone koszule zostawiała pozapinane - jakby mu przyszło szarpać się teraz z guzikami, nie poszłoby tak sprawnie. Był gotowy akurat gdy Rakel wróciła do pokoju.

        Spacer do dawnej kamienicy przynosił nostalgię. Szli w milczeniu, każde pogrążone pewnie we własnych myślach, gdy Rand i Aleck zginęli z pola widzenia już jakiś czas temu.
        A w domu państwa Evans było znacznie gwarniej niż zapamiętał. W zasadzie atmosfera bardziej przypominała dni z czasu wesela i wieczoru kawalerskiego, nie zwykłą codzienność do jakiej przywykł. Pytanie co było tak naprawdę codzienne dla tej rodziny. Wszyscy zdawali się doskonale odnajdywać w rozgardiaszu.
        Pies był na miejscu, jak zawsze wypadając na ludzi, ale przynajmniej nie grożąc pożarciem, dziecko już było nowością. Lucie zerknął na małego człowieka zawiniętego w niemożliwą ilość falbanek i zaraz podszedł do Doriana. Uśmiechnął się krzywo trochę z powodu powitania prawą ręką, a trochę na słyszany już komplement - aż tak źle przecież chyba nie było.
        - Dorian, miło cię widzieć - odpowiedział szczerze. O dziwo starszy brat nie wyglądał jakby chciał mu urwać głowę, wręcz jakby Lucien miał się zastanowić, powiedziałby, że podsumowanie jego wyglądu w ustach najstarszego z Evansów zabrzmiało prawie jak troska. Wyhamował nader optymistyczne myśli, a Rakel z najmłodszą Evansówną całkiem odwróciła uwagę nemorianina od bezpodstawnych założeń. "Wujek", no to ładny dowcip. Felicity by chyba dostałaby apopleksji, że w kolejce do majątku ustawia się mały człowieczek. Zapowiadało się ciekawie. Lu uśmiechnął się rozbawiony, spoglądając na stworzonko krzyczące “oko”.
        - Szczera jak cała rodzina? - mruknął gdy dziecko wyrażało swój szok, a on próbował odnaleźć się w lekko przytłaczającej scence rodzinnej, już po kolejnym uderzeniu serca wędrując na piętro.
        Remonty, rearanżacje, znacznie zwiększona ilość osób. Może by tak jedną zmianę na raz demonowi serwować, a nie zaraz na głęboką wodę. Nie miał pojęcia jak ugryźć temat. Zupełnie jakby właśnie z wielkiego wora wysypywano mu na głowę listy, a on próbował przeczytać co było w nich napisane. Za wiele na raz.
        Nina podeszła przywitać gości, ewidentnie będąc w swoim żywiole, kończąc na ostatniej ofierze - nim samym. Za dużo i za szybko, żeby wszystko przeanalizować i zracjonalizować potencjalne efekty. Poddał się.
        - Dzień dobry, Nino. - Przychylił się do powitalnego całusa. - A twojej urodzie jak zawsze dorównuje jedynie niepoprawność. - Uśmiechnął się już goniony na swoje miejsce przy stole.
        Nawet kowal wyglądał nierealnie. Czysty, trzeźwy. A może po prostu wszystko mu się śniło? Leżał gdzieś w lochu, a wydarzenia były absurdalną wizją dogorywającego umysłu?
        - To wyobraź sobie tego drugiego - odpowiedział żartobliwie, na tym razem całkiem ewidentny objaw troski. Od kowala? Powinien chyba zerknąć w lustro, bo reakcje ogółu były co najmniej niepokojące. Ale gest Morgana, a w zasadzie jego brak, docenił. A już chyba samo to, że metalurg nie rąbnął go w plecy jak zawsze miewał w zwyczaju znaczyło, że prezentował się gorzej niż myślał. Albo po prostu adekwatnie do tego jak się czuł.
        Nalał sobie kawy i obserwował rodzinny obiad. Na wojnie bywało spokojniej, ale bynajmniej określenie nie miałoby negatywnego wydźwięku. Było inaczej, ciekawiej, dziwnie odprężająco.
        - Oczywiście ty jeść nie musisz? - prychnął żartobliwie, odsuwając kubek na wszelki wypadek głębiej na stole, poza zasięg dziecka i bez pardonu zabrał Adele z rąk Rakel.
        - Przecież się nie pogryziemy, prawda, młoda damo? - Dziecko pisnęło ubawione kolejną wędrówką, wyraźnie przyzwyczajone do bycia podawanym z rąk do rąk. Szybko jednak spoważniało i z pełną skupienia premedytacją pacnęło małą rączką w twarz demona, ponownie szukając oka, które jej się przypomniało, a przecież gdzieś musiało być.
        - Obawiam się, że próżne twe starania. - Adele zmarszczyła brwi i capnęła za opadające na twarz włosy bruneta, żeby energicznie pod nie zajrzeć, ciągnąc za czarne kosmyki.
        - Nie ma! - powtórzyła znacznie poważniej niż na parterze. - Syj! - pisnęła machając rączką w stronę Niny. Nawet misie miały dwa oczy, a jak nie miały bo odpadło, to mama przyszywała! W tej chwili Lucien już regularnie hamował śmiech.
        - Przysporzysz ty ojcu siwych włosów, prawda? - Dziecko zaniemówiło na chwilę, żeby za uderzenie serca się roześmiać. Wyglądało to tak jakby zrozumiała i psotnie potwierdziła słowa demona. Akurat gdy ucichł dziecięcy śmiech, rozległo się kilka cichych kroków, zanim sylwetka drugiego demona znanego obecnym ukazała się w przejściu.
        - Tu wszyscy są! - Gadriel prychnął jak zawsze oburzony, bo kazali mu łazić po słońcu i bo w ogóle musiał się fatygować, wchodząc jak zwykle niczym do stajni. Lucien warknął cicho zerkając na brata spode łba.
        - Gadriel, mój przyrodni, niewychowany brat - starszy demon prychnął sugestywnie.
        - Ta, dzień dobry. - Młodszy skłonił się w parodii powitania. - Wybierasz ty się kiedyś do domu...? - zaczął marudnie ale urwał nagle, zbystrzał i spoważniał na raz.
        - Bez jaj, to twoje? - parsknął wskazując na Adele, która przytrzymywana w pasie stała właśnie na kolanach Luciena. - Matka padnie kurwa trupem! - zaczął niepoprawnie rechotać, zwijając się w pół jak śmiertelnie niebezpiecznemu demonowi zupełnie nie przystało.
Awatar użytkownika
Rakel
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakel »

        Rakel z boku obserwowała kolejne interakcje pomiędzy demonem a jej najbliższymi. Zakładając najgorsze, ucieszyła się na widok relatywnie pozytywnych reakcji, podszytych raczej niezręcznością i niepewnością, niż czystą wrogością, jakiej na dobrą sprawę mogła się spodziewać. Jakimś cudem więc zaczęła się uśmiechać, widząc, że wszystko jest w porządku i pozwalając sobie na niewinne bawienie się kosztem demona, którego wrzucono na głęboką wodę. Poradził sobie śpiewająco, nawet w zetknięciu z Adele, która owszem, szczera była jak każde dziecko. Wytkniecie zaś bezpośredniości całej rodzinie Evansów było już zwykłą lucienową zaczepką, która mówiła, przynajmniej Rakel, że nawet demon nie czuje się aż tak niekomfortowo jak by mógł.
        Na piętrze było gwarno i rodzinnie. Nawet Rakel, której za młodu wspólne posiłki nie były obce, była nieco przytłoczona skalą cotygodniowych rodzinnych obiadów. Ale czego innego spodziewać się po Ninie? Krzątała się, jak na panią domu przystało, czując się nią już od pierwszego dnia na Żelaznej, podczas gdy Rakel wciąż czuła się w kamienicy na Szerokiej jak tymczasowy lokator. Mieszkanie z bratem i przyjacielem nie pomagało. Zazwyczaj starała się więc o tym nie myśleć, a jej dom już dawno siebie nie przypominał, nie licząc sklepu oczywiście. Piętro było nie do poznania, a jej pokój zamieniony został w bawialnię dla Adele. Cóż, życie toczy się dalej.
        Wszyscy usiedli na swoich miejscach, a stół skrzypnął pod kolejną misą stawianą na blacie. Chłopcy jak zwykle wyglądali bardziej jakby wiosłowali, nie jedli, podczas gdy Rakel nie zdążyła nawet pozaglądać do misek. Na razie też przejęła od Doriana dziewczynkę, pozwalając Adele ciągnąć się za włosy i razem z nią robić śmieszne miny (czego Nina nie pochwalała, ale teraz była zajęta czym innym). Słów Luciena Rakel w pierwszej chwili nawet nie wyłapała i dopiero gdy demon zabrał jej dziewczynkę z rąk, czarodziejka spojrzała na niego zaskoczona.
        - No… chyba nie – powiedziała powoli, spoglądając na zachwyconą Adele i zupełnie rozluźnionego Lucka. Podejrzanie wręcz zrelaksowanego. Prędzej by pomyślała, że stąd ucieknie niż weźmie dziecko na ręce. Dlatego mimo uwolnienia od berbecia, dalej nie jadła, tylko przyglądała się jak dziewczynka majta włosami bruneta, wali go otwartą rączką w twarz, po czym woła matkę na ratunek, by przyszyła oczko temu demonowi. Absurd. Zwyczajnie coś nieprawdopodobnego. Lucien nie robił sobie nic z dzikich podskoków dziecka na swoich kolanach, a Adele spokojnie prowadziła konwersację na swoim poziomie z nemorianinem. Niech no ją ktoś uszczypnie.
        Otoczenie również spoglądało z zainteresowaniem na interakcje demona z dzieckiem, ale po rzuceniu sobie niemal każdy z każdym porozumiewawczych spojrzeń, wszyscy wrócili do jedzenia. Rakel jednak zdążyła sobie tylko nałożyć porcję groszku z marchewką, gdy zamarła, czując znajomą emanację, a ta po chwili wpadła ucieleśniona do kuchni. Gadriel.
        Lucien przedstawił brata i zaskoczył tym chyba tylko Morgana, bo pozostali albo mieli wątpliwą przyjemność demona poznać albo po prostu o nim słyszeli. Tyle dobrego, że nikt się dziko nie zerwał, by atakować nemorianina; najzwyczajniej w świecie byłoby to bezskuteczne a mogłoby sprowokować większy zamęt niż miał miejsce teraz. Tylko Dorian wstał, robiąc krok w kierunku wejścia i siłą rzeczy stając się pierwszą przeszkodą na drodze Gadriela.
        Dalszego zachowania się nemorianina jednak już nikt się nie spodziewał i gdy ten zarzucił bratu sekretne dziecko, Nina żachnęła się, momentalnie zabierając córkę z rąk Luciena i chowając się z nią w głębi kuchni. Młoda Evansówna nie miała jednak w planach oddać nikomu uwagi i wyciągała szyję w stronę śmiejącego się głośno nowoprzybyłego, którego nie znała. Lubiła się jednak śmiać, więc zaraz mu zawtórowała, a później niemal się zachłysnęła, rozpoznając znajome słowo.
        - Kuufa! – zawołała radośnie Adele, machając Gadrielowi. To jakby wyrwało pozostałych z nierealnego zdarzenia, zalewając na powrót codziennością. Nina zapowietrzyła się, a Morgan parsknął w pięść, usiłując ukryć nieprzystojny rechot przed panią domu.
        - Adele! Nie wolno! – zawołała Nina ze specjalnie dla dziecka teatralnym oburzeniem, po czym łypnęła bystro na Randa. – Wiedziałam, że mi się ostatnio nie wydawało! Mówiłam, żeby przy małej nie przeklinać! – prychnęła, a jej szwagier wytrzeszczył oczy, próbując za zaskoczeniem skryć własne grzechy.
        - Czemu to teraz moja wina?!
        - A kto ją nauczył?
        - Sama się nauczyła! Nie moja wina, że wszystko powtarza!
        - Dlatego macie przy niej nie przeklinać! – Nina weszła na wyższą skalę i Rand odpuścił, wywracając oczami i mamrocząc pod nosem na czym świat stoi, że się już odezwać nie wolno i że to nie jego dziecko, żeby go pilnował. Czyli wszystko to, czego nie odważyłby się powiedzieć Ninie w twarz.
        Pozostałych nagły atak śmiechu Gadriela skonsternował na tyle, że właściwie nikt się nie ruszył od stołu. Dopiero Rakel wstała, przepraszając pod nosem i wychodząc zza stołu. Udawała oczywiście, że nie widzi karcących spojrzeń praktycznie wszystkich wokół, bo co miała zrobić? Gadriela na obiad nie zaproszą, a samego Luciena nie wyrzuci.
        - Zejdziemy na chwilę do sklepu – wyjaśniła Dorianowi, który niespecjalnie spieszył się, by zejść jej z drogi. Nie pozwolił też jednak by sytuacja stała się bardziej napięta niż musi i odsunął się w końcu. Najpierw puścił przodem Luciena, a później dopiero Rakel, której szepnął coś na ucho, dopiero wtedy odprowadzając siostrę wzrokiem.

        Na dole zaś czekał na nich Sierżant. Właściwie na Gadriela, który w jakiś sposób musiał psa ominąć w swojej drodze na górę. Teraz jednak brytan stał na środku sklepu wściekły jak wszyscy diabli, ze spojrzeniem zafiksowanym na demonie. Dlatego właśnie mogli zostawiać otwarty sklep, bo Sierżant pilnował go przed kradzieżą. Najazdu demona nikt nie brał pod uwagę, jako że jedyny im znany był proszony na obiad.
        - Sierżant! – zawołała Rakel, a warkot urwał się na chwilę, gdy pies przerzucił spojrzeniem na dziewczynę. Oblizał pysk, z trudem ogarniając ślinotok, jaki wywoływał u niego długotrwały warkot, po czym przeniósł znowu złe ślepia na Gadriela.
        - Sierżant, zostaw – mruknęła, przechodząc niechętnie do psa i łapiąc go za obrożę. Nie martwiła się o Gadriela przecież, po prostu bała się, że demon coś zrobi zwierzakowi, gdy ten się nie powstrzyma i zaatakuje. Z lekkim trudem przeszła z rzucającym się brytanem obok nemorian i popchnęła go po schodach.
        - Dorian!
        - Sierżant! – zawołał ostry głos z góry, gdy rodzeństwo zrozumiało się bez słów. Pies zaskomlał cicho i popędził po stopniach w stronę kuchni. Rakel westchnęła i spojrzała w dół, czy jej bydlak nie uświnił spódnicy. Obeszło się bez szkód. Dopiero wtedy spojrzała na przybyłego demona.
        - Cześć. Wybacz, że cię nie zaprosiłam na obiad, ale i tak nie jecie, prawda?
        Pytanie brzmiało bardziej jak stwierdzenie faktu, a Rakel nie czekała na odpowiedź, tylko przysiadła na stołku za sklepową ladą.
        - Co słychać?
Awatar użytkownika
Lucien
Kroczący w Snach
Posty: 215
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucien »

        Zjawienie się Gadriela wyjątkowo nie zdenerwowało Luciena, przynajmniej nie tak jak zwykle. Wyczuł zbliżającą się emanację brata kilka uderzeń serca wcześniej nim ten stanął w drzwiach, więc w pewnym sensie się go spodziewał, raczej jako jeden z niewielu. Nawet jeżeli odwiedziny (kolejne w tak krótkim czasie) były irytujące, to raczej niegroźne tym razem. Ale to chyba znów było głównie zdanie Lu. Swoje zniecierpliwienie jak najbardziej wyraził, wyjaśnił też kto właśnie wpakował się do domu, bo nikt, a szczególnie winowajca nie przyznał jak wiele osób miało już wątpliwą przyjemność go poznać. A Gadriel w tym czasie roztaczał swój czar.
        Lucien spojrzał na dziecko, na zwijającego się młodszego, znów na Adele i na Ninę, która odebrała córkę z jawnym oburzeniem. Gadi rechotał, widząc oczyma wyobraźni minę Felicity. Tymczasem Adele jak to dziecko, powtórzyło to czego powtarzać nie powinna i rozpętało się kolejne zamieszanie, w którym głównie Dorian poświęcał uwagę nieproszonemu gościowi. Lucien zaś uwolniony od pociechy i spojrzeń obecnych - wliczając w to Gadriela - wstał razem z Rakel licząc, że nikt nie zauważył, że czynił to trochę wolniej niż zdrowy demon. Kawy nie porzucił, mogła się przydać, żeby znieść drażniącą obecność młodszego nemorianina. Dziewczyna zaś starała się chyba udobruchać brata, który niespecjalnie palił się do zejścia siostrze z drogi.
        Lucien spojrzał na mężczyznę spokojnie, a bratu wskazał podbródkiem kierunek. Gadriel uśmiechnął się zaczepnie kątem ust, patrząc Dorianowi w oczy, opuszczając głowę jak zwierzę przed atakiem. Nawet burknął - "Nie kozacz chłopaczku" - ale zaraz lekko uniósł dłonie w pokojowym geście i odwrócił się do wyjścia, słysząc cichy bulgot. Jak Lucien warczał nigdy nie wiadomo było co odpali, nawet jeśli wyglądał na niezdolnego do skutecznej walki. Zwierzak był nieprzewidywalny, Shei już się o tym przekonał i teraz latał z kikutem zamiast ręki. Jak to mawiali: geniusz uczył się na cudzych błędach.

        Dla poprawy humoru młodszy demon zmierzył psa wzrokiem, którego chwilowo nie rzucał starszemu bratu. A Rakel jak zawsze skoczyła ratować sytuację. Jakiś kompleks zbawicielki czy co? Prychnął kpiąco, gdy dziewczyna siłowała się z psem tylko go nakręcając. Dopiero właściciel przywołał psa do porządku, urywając zabawę kędzierzawemu nemorianinowi. Co za nudy. "Czyli tego człowieka co stanął mu na drodze słuchali się wszyscy obecni" - Gadi znów uśmiechnął się do siebie ze złośliwością.
        - Ale wino mogłabyś zaproponować - mruknął złośliwie zaczepiając o brak zaproszenia. Sam przecież sprawy nie wyciągał, ale jak już zaczęła to mógł podrążyć.
        - Kawę trzymaj - mruknął Lucien podając bratu kubek. Gadriel spojrzał na naczynie, wątpliwy płyn i zmarszczył brwi z obrzydzeniem.
        - Trucizna? - burknął, Lucien zerknął na młodszego z politowaniem. Truciznę by trzymał cały czas w razie gdyby Gadriel raczył przyjść?
        - Naplułeś…? - burknął Gadriel wywołując dla odmiany obrzydzenie na twarzy dziedzica.
        - Za kogo mnie masz? - warknął, a Gadriel niechętnie odebrał kubek, przeglądając się w płynnej czerni.
        - A ja wiem? Myślisz, że kogoś znasz, a potem widzisz lokalnego Ponurego Żniwiarza bawiącego ludzkie dziecko. We wszystko można zwątpić - sarknął złośliwie, a Lucien wywrócił okiem.
        - Co słychać? Stary burdel - odpowiedział spoglądając na Rakel, ostrożnie siorbiąc kawę. Na chwilę spojrzał uważniej w gorący płyn i dopiero ponownie na dziewczynę.
        - Felicity jest wściekła - zaczął opowiadać biorąc kolejny łyk, jak to temu było, kawy… jednocześnie zaczynając rozglądać się po sklepie. Sporo rzeczy mieli.
        - I przerażona, a wierz mi to nigdy nie jest dobra kombinacja. Shei się miota i rzuca groźby, ale wystarczy klasnąć za jego plecami a podskakuje jak nastolatka, tylko piszczenia brakuje - zakpił rechocząc cicho.
        - Do kompletu Scarlet zaczyna wszystkich wkurzać (niby nie nowina) wizjami siebie jako nowej pani domu gdy już minie żałoba, coś jeszcze…? - drwił dalej, zastanawiając się czy miał jeszcze jakąś ciekawą informację do przekazania.
        - To po co przyszedłeś? - mruknął Lucien, trochę psując całe żarty.
        - Spytać kiedy wracasz wszystko wyprostować, wcześniej nie dało się żyć, ale teraz też jest irytująco. Tylko chyba to nie najlepszy moment - dokończył kubkiem wskazując pysk brata. Lucien syknął przez zęby w niechętnej zgodzie. Jeśli wojować z Felicity to lepiej będąc w formie.
        - Długo zamierzasz tak wyglądać?... - Gadriel już bez ogródek szedł po sklepie wolnym krokiem, zerkając na co ciekawsze elementy jak wielka wekiera. Lucien odpowiedział znudzonym spojrzeniem. Tym razem przyszła kolej na marudne mruknięcie Gadriela, zaraz jednak jakby coś sobie przypomniał.
        - Poza tym zostawiłeś... - mruknął Gadi, rzucając zmaterializowany w jego garści kolczyk, a zaraz potem rapier. Lu chwycił fanty i popatrzył na młodszego szlachcica z jeszcze większym niedowierzaniem. Ktoś go podmienił, albo uszkodził, albo gnojek szykował przekręt stulecia. Kolczyk Lu schował do kieszeni, a rapier ostrożnie wyjął z pochwy. Ostrze, tak jak pamiętał, było złamane w trzeciej części, bliżej rękojeści. Druga połowa klingi ze smętnym brzękiem wypadła na podłogę.
        - Nie mogę, macie tu katanę! - podekscytowany głos Gadriela na chwilę odwrócił uwagę od unicestwionego rapiera. Metafora zakończenia dawnego życia?
Awatar użytkownika
Rakel
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakel »

        Rakel ledwo zniosła na plecach wzrok całej rodziny i dopiero co zmachała się, by pozbyć ciężkiego jak świat psa, więc dowcip Gadriela pozostał bez jej komentarza. Wina mu się zachciewało. Ona ledwo powstrzymuje się od powiedzenia mu, że ma spierdalać. Dobrze wie, że przyniosłoby to jedynie odwrotny skutek, a chciała by Gadriel stracił zainteresowanie jej rodziną. To jak łatwo ją odnalazł znów ubodło dziewczynę. Chociaż może tym razem jednak śledził Luciena?
        Dziewczyna zerknęła na braci akurat, gdy ci kłócili się nad kawą. Inaczej niż zwykle… Powstrzymała się jednak od lekkiego uśmiechu. Żaden by nie zrozumiał. Zamiast tego słuchała uważnie relacji. Felicity, Sheitan… to było jak wspomnienia z innego życia, a jednak wlewające się znów do jej codzienności. Kiedy czas zatoczył koło?
        - Scarlett? – wyrwało się Rakel, nim umilkła błyskawicznie. W tym samym momencie jednak stwierdziła, że jak już się odezwała to wypadałoby skończyć, bo nikt poza nią nie będzie udawał, że nic nie powiedziała. – To znaczy… nie wiedziałam, że ona jeszcze jest w obrazku… - wyjaśniła swobodnym tonem, a przynajmniej miała nadzieję, że tak to zabrzmiało.
        To jej wystarczyło, by dalej się do dyskusji braci nie wtrącać i tylko słuchać wymiany zdań. Pytanie Lucka o to, jak długo ma zamiar tak wyglądać, byłoby śmieszne w każdej innej sytuacji, ale Rakel znów straciła humor, jednym okiem obserwując kręcącego się po sklepie Gadriela (stary nawyk). Jakim cudem Otchłań znów pojawiła się w jej życiu? Dlaczego bardziej się tym nie przejmuje? Nie chciała wchodzić znów na pozycję osoby, która tylko obserwuje jak wydarzenia przetaczają się obok niej, nie biorąc w nich udziału. Z drugiej strony nie było to jej miejsce by się wtrącać. A jeszcze z innej… czy różniło się to właściwie aż tak bardzo od jej „zwykłego” życia? Odruchowo zerknęła na piętro, gdy dobiegła stamtąd mała salwa śmiechu. Oni już zapomnieli.
        Wróciła do rzeczywistości, gdy coś przeleciało jej przed nosem. Spojrzała za rapierem i czymś drobnym, migocącym w promieniach słońca, wpadającego przez okno. Kolczyk. Uśmiechnęła się, przypominając sobie, jak Lucien kazał jej go „posłuchać”. Na rany, kiedy to było?
        Zsunęła się ze stołka akurat gdy demon wyciągnął rapier z pochwy, a część ostrza spadła z brzękiem na ziemię. Paskudny dźwięk. Rakel schyliła się i podniosła fragment broni, podając go Lucienowi na otwartej dłoni. Wzrokiem odnalazła rękojeść.
        - Może teraz przemontować ci bestyjkę na nowy rapier? – zapytała delikatnym głosem, nie chcąc demona urazić. Nawet sobie nie wyobrażała, jak długo Lucien miał ten rapier. Nie chciała mylnie zakładać nadmiernego przywiązania do broni, ale czasem inaczej nie umiała. Mogła tylko to przemilczeć, oferując praktyczne rozwiązanie.
        Podekscytowany głos za plecami był szokującym dźwiękiem. Rakel spojrzała przez ramię na Gadriela, a później na obiekt jego zainteresowania. Uśmiechnęła się lekko.
        - Była moja, więc jest używana. Jeśli byłbyś zainteresowany nową, możemy taką sprowadzić lub nasz kowal ją dla ciebie wykuje – wyjaśniła, podchodząc do demona, odruchowo jak do potencjalnego klienta. Nie spodziewała się większego zainteresowania, ale nawyki trudno się wykorzenia.
        – Sprowadzenie zajmuje tylko kilka tygodni, jeśli zdecydujesz się na gotową katanę. Można też zamówić na specjalne życzenie. Nasz kowal też takie wykuwa, zgodnie ze sztuką, chociaż do Eravallian mu pewnie brakuje. Ale wciąż ze specjalnej stali, którą produkuje się tylko dwa razy w roku, z żelaza z Gór Obsydianowych, dokładniej z Kanionu Srebrnej Wody… nie zanudzam? – zapytała nagle, urywając opowieść.
        Przypomniało jej się w końcu z kim rozmawia, a mózg zaskoczył, że arogancki demon może mieć w dupie proces wyrobu katany. A wolała sobie oszczędzić komentarzy.
Awatar użytkownika
Lucien
Kroczący w Snach
Posty: 215
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucien »

        Wymieniane po kolei imiona nie wywołały szczególnych uczuć w Lucienie. Zerknął za to na Rakel, która jak to czasem miewała w zwyczaju, zdradziła się z emocjami, które chyba chciała ukryć. Poznał po gwałtownie urwanej kwestii i tłumaczeniem swojego zaskoczenia. Trochę jak minione dni, minionymi czasy - oznajmiła, że absolutnie dziwi się ślubnym zapędom latorośli, by później tłumaczyć, że oczywiście nie uważała go za złą partię. Udawany brak poruszenia niezbyt przekonał demona - zresztą ani jednego ani drugiego - i ten jeden raz, dobrze, że Gadriel kontynuował rozmowę.
        Lucien spojrzał na upadające ostrze a potem na brunetkę podającą mu fragment klingi. Uśmiechnął się łagodnie, z wdzięcznością. Jeszcze nie zastanawiał się nad uszkodzoną bronią, ale Rakel próbowała pomóc szukając rozwiązania. To właśnie było miłe. Dlatego przez moment zapatrzył się na dziewczynę jakby chciał przedłużyć tę chwilę albo coś jeszcze dodać, Gadriel jednak zbyt długo zajmował się sam sobą.
        Lu popatrzył w kierunku brata, podczas gdy zbrojmistrzyni ruszyła w swój żywioł. Obserwując z boku było to nawet zabawne. Starszy demon oparł się o blat, podczas gdy Rakel opowiadała o broni i oczywiście możliwościach sklepu. Pomysł pokazania Czarnulce szerokiego świata znów zaświtał mu w głowie. Dziewczyna do tej pory żyła głównie w książkach, a co gdyby mogła na własne oczy zobaczyć kuźnie Earvallian czy góry Obsydianowe? Chciałaby wziąć lekcję walki z tamtejszym wojownikiem? Cieszyłaby się? Na pewno miałaby mnóstwo pytań. Skrzyżował ramiona z każdą chwilą obserwując obrazek uważniej, do układanki dodając jeszcze jedno pytanie, czyżby aż tak bardzo nie znał młodego?
        Rakel zastopowała, ale twarz Gadriela była całkowitym przeciwieństwem znudzenia, przynajmniej w stopniu w jakim nemorianin potrafił okazywać zainteresowanie. Niebywałe. Lucien nie przypuszczał, że Gadi był aż takim fanem broni. Wiedział, że młodszy miał lekką obsesję na punkcie walki, ale to było raczej trudne do przeoczenia. Lecz jak się głębiej zastanowić, nie wiedział o bracie nic ponad to jak potrafił być irytujący. Chyba właśnie przyszła pora nadrabiania zaległości.
        - A jednak całkiem nieźle znasz się na rzeczy - Gadriel zaczepił dziewczynę z nutką złośliwości. Tej części osobowości chyba nigdy nie tracił, ale widać było, że brunetka mu zaimponowała.
        - Oczywiście, że wolałbym oryginalną - dodał lekko wyhamowując entuzjazm, by zaraz zmienić temat i podroczyć się z brunetką raz jeszcze. - Umiesz walczyć kataną?
        Gadriel wyciągnął broń i zmierzył ostrze wzrokiem. Przy swoim wzroście mógłby walczyć mieczem o dłoń dłuższym, ale to były detale. Przyjął pozycję powoli przeciągając spojrzeniem po mieczu aż znalazł wzrok przyrodniego brata.
        - Rapier to przeżytek - rzucił na wpół do dziewczyny na wpół do Luciena, a częściowo chyba też i do samego siebie.
        - Broń jest tyle warta co szermierz - Lucien odparł beznamiętnie, nie do końca rozumiejąc ekscytację, bo niecodziennie intensywne emocje Gadiego chyba już pod nią podpadały.
        - Dobry szermierz nic nie wskóra z bronią słabszą od uzbrojenia swojego oponenta - prychnął Gadriel. Wyzywającym spojrzeniem spojrzał na złamany rapier, którego części leżały na blacie obok siedzącego Luciena. Zaraz też brwi młodszego zmarszczyły się nieco, gdy rozpoznał nieprzekonany, pogardliwy wyraz twarzy starszego brata. Ten zaś uważał, że rapier służył do pojedynków, nie szlachtowania zwierząt, i bynajmniej nie stanowiło to o jego słabości. Nie widział też powodów do bezproduktywnych zestawień. Broń była narzędziem. Albo umiało się jej używać, lepiej lub gorzej, albo zupełnie nie. Co najwyżej szkoda trochę było dobrego a zniszczonego oręża. Ale Gadriel wyraźnie podążał w innym kierunku.
        - I rapier jest gorszy od katany… - Lucien odezwał się pobłażliwym tonem, spoglądając z lekkim niedowierzaniem w odpowiedzi na zaczepną prezencję Gadriela. Cóż chyba śmierć ojca wyswobodziła nie tylko jego, skoro młodszy właśnie postanowił zacząć pokazywać swoje prawdziwe oblicze, i zostać orędownikiem Earvaliańskich rzemieślników i ich myśli zbrojeniowych.
        - Oczywiście. Silna i elastyczna, dość ostra i wytrzymała by przeciąć stal, broń ostateczna - Gadriel potwierdził podejrzenia starszego brata. Nie zwykł rzucać komplementami na wyrost, w zasadzie w ogóle rzadko kiedy coś chwalił, ale czytał dość by doceniać i podziwiać walory broni pochodzącej z tego specyficznego miejsca na Lusce.
        Do tej pory musiał zachowywać się wedle etykiety. Arystokrata miał być gotów do szlacheckiego pojedynku, ten zaś miał swoje zasady. A przynajmniej Beal zawsze pilnował ich przestrzegania. Teraz jednak gdy ojciec nie dyszał w kark strasząc konsekwencjami nie dość godnego zachowania, mógł zwrócić wzrok w kierunku rozwiązań mniej dworskich a bardziej skutecznych.
        Lucien spojrzał w górę wzdychając i ponownie na młodszego demona. Podniecenie bronią, szczególnie tak kuriozalną, zupełnie mu się nie udzielało. Wyglądała zupełnie jak nieślubne dziecko szabli i miecza. Krzywizna rodem z szabli właśnie, sposób walki odpowiedni dla miecza i znów na przekór temu, po przeciwnej stronie ostrza zamiast bliźniaka znajdował się tępy grzbiet. Może genialne, a może bezsensowne, nigdy się nad tymi kwestiami nie zastanawiał z prostego powodu, wolał poświęcać czas na ściganie perfekcji w walce rapierem a nie szukanie broni idealnej. Takiej nie było, każda miała swoje słabości, za to ideał szermierza, to zupełnie inna historia. Osiągnięcie go był celem nie mrzonką.
        - To tylko miecz - podsumował Lucien, prawie jakby z intencją drażnił Gadriela, wnioski dało się wysnuć oceniając minę młodszego. Ten cały czas pamiętał doświadczenia z targów, przegraną z włócznikiem i właśnie zyskiwał przekonanie, że znalazł złoty sposób na uniknięcie podobnych gorzkich lekcji. Wina tkwiła w niewłaściwej klindze, a o katanie zawsze marzył, tylko przed nikim nie zdradzał się ze swoimi sekretami.
        - Przekonajmy się - warknął młodszy demon. - Realny świat to nie dżentelmeńskie pojedynki, a rapier to szlachecki bubel, nie oręż prawdziwego wojownika.
        Lucien uniósł brew, co w obecnym stanie twarzy bruneta dało osobliwy, trudny do odczytania efekt. Młodziutki demon, siedzący całe swoje życie na nemoriańskim dworze, zamierzał zostać guru na temat prawdziwego świata i rzeczywistej walki, dobre żarty.
        - Zamiast marnotrawić czas na gadanie i bezproduktywne myślenie, trenuj, przyniesie ci to więcej korzyści - mruknął Lu, nie ruszając się z blatu.
        - Nie zbywaj mnie frazesami - Gadriel warknął głośniej. Lucien westchnął spoglądając na brata, gdy ten wślepiał się butnie, w każdej chwili gotów przejść do bardziej radykalnych argumentów. Irytujące deja vu. Ostatnim razem w podobnej sytuacji skłócili się na dobry wiek.
        - Teraz? - Lu prychnął marudnie.
        - Ja nie umiem walczyć kataną, ty jesteś nie w formie, szanse są wyrównane. - Głos młodszego nabrał nowej, niepokojąco poruszonej nuty.
        - W sklepie chcesz walczyć? - Lucien liczył zmienić zdanie brata, ale chyba było za późno. Młody zawsze był uparciuchem, a teraz zapragnął udowodnić swoją rację. W sumie na dobrą sprawę lepiej w sklepie niż na ulicy, mniej potencjalnych gapiów…
        - Szybki sparing, do pierwszej krwi, nic nie zniszczymy - Gadi prychnął i wzruszył ramionami.
        Lucien westchnął ponownie i niechętnie zsunął się z blatu.
        - Dlaczego macie tu tyle broni, jeszcze zachce mu się testować każdą po kolei - zamarudził w kierunku Rakel, jednocześnie idąc po pierwszy z brzegu rapier. Nie chciał używać magii, żeby wezwać oręż wykonany przez dziewczynę.
        - Stawaj - warknął Gadriel, ruszając do ataku, gdy Lucien niespiesznie przechodził na drugą stronę pomieszczenia.

        Zaatakował szybko i silnie, zamierzał przeciąć ten jego rapier na pół, dokładnie jak w księgach. Tylko, że Lucien nie blokował brutalnie, a obłym ruchem zamiast typowego zbicia ześlizgiwał się ostrzem po ostrzu zmieniając tor nacierającego, samemu wypatrując okazji. Przez chwilę w sklepie rozlegał się rytmiczny stuk obcasów połączony ze zgrzytem stali. Nagle Lu zmienił rytm, zrobił długi wykrok i ostry wypad bronią z cichym warknięciem.
        - Za wolno - syknął w Czarnej mowie.
Uderzył tuż pod obojczyk, wycofując się równie długim krokiem, przed kataną chroniąc się eleganckim zbiciem.
Lucien wyprostował się przyciskając ramię do bolącego boku, który nie był jeszcze gotów na podobną gimnastykę, podczas gdy na koszuli Gadriela pojawiła się krwawa plama. Rana od razu się zabliźniła, ale młodszy demon nie wyglądał na zadowolonego.
Awatar użytkownika
Rakel
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakel »

        Rakel nie potrzeba było wielkiego bodźca, by zaczęła mówić o broni. Zazwyczaj po prostu nie miała z kim o swojej pasji rozmawiać. Z Aleckiem nie bardzo się dało, bo ciągle zmieniał temat, zazwyczaj znudzony, mimo że sam jakoś potrafił godzinami opowiadać o koniach. Rand wciąż uparcie uważał, że Rakel jest za mała i za drobna na walkę białą bronią w ogóle, więc te rozmowy często kończyły się kłótnią i rękoczynami, gdy dziewczyna udowadniała bratu błąd. Z Dorianem dłuższe rozmowy w ogóle nie miały racji bytu, a gdy Rakel zaglądała do sklepu to gościnnie, a nie po to, by zastępować go w sprzedaży. Z Misaki zaś rozmawiały tylko o szkole. Eravallianka wbrew pozorom nie wiedziała zbyt wiele o swojej koleżance z grupy, ale żadna nie kwapiła się do podjęcia historii życia jednej czy drugiej.
        A Gadriel okazał się zainteresowany, co było niemałym zaskoczeniem. Evans przyzwyczajona była już do ubogiej mimiki Luciena, więc z jego młodszego brata dało się całkiem łatwo czytać. Drobna złośliwość była zaś dla niej bardziej naturalna niż całowanie po rękach, więc prędzej tym ostatnim można było stworzyć dystans, niż byle cierpką uwagą.
        - Prowadziłam kiedyś ten sklep – wyjaśniła z lekkim uśmiechem i wróciła do tematu. – Najlepiej jakbyś tam pojechał. Po co sprowadzać, jeśli masz możliwość zamówienia katany pod siebie – dodała. Na następne pytanie uśmiechnęła się już szerzej, zerkając na demona z błyskiem w oku. – A co, chcesz potrenować? – zażartowała, ale zaraz wzruszyła ramionami. – Gorzej niż mieczem. I trenowałam tylko z powietrzem.
        Cofnęła się o krok, robiąc demonowi miejsce, gdy ten wyciągał broń, i drugi, gdy przyjął pozycję. Wyglądała na zadowoloną, gdy zerkała kontrolnie na Luciena. Nie chciała, żeby znowu doszło do jakiegoś nieporozumienia. Bo tym razem to Lu był celem Gadriela. Zorientowała się po typowo braterskich zaczepkach i tylko starała się nie uśmiechać. Przecież tego ostatnio chciał Gadriel, prawda? Żeby Lucien go uczył? Ciekawe, czy zdawali sobie w ogóle sprawę, że odbudowują relację. Jakby im powiedziała, że przepychanki między rodzeństwem są ważniejsze niż uśmiechy dla obcych to znowu by na nią spojrzeli jak na wariatkę. Nie, ona na pewno nie miała zamiaru nic podobnego nawet sugerować na głos, bo tylko oboje by się wycofali. Zamiast tego sama zrobiła kilka pozorowanych kroków, schodząc braciom z drogi. Niech rozmawiają, nawet jeśli na siebie warczą.
        Chociaż trudno było się nie wtrącać, gdy rozmawiali o broni! Ale była dzielna. Przysiadła na taborecie za ladą, jednocześnie udając, że przegląda księgi i nie szperając Dorianowi w papierach. Do czasu, aż coś ją tknęło i podniosła wzrok na nemorian. Oczywiście, że słuchała jednym uchem, dlatego teraz łypała ze swojej pozycji, by nawet nie ważyli się ścierać w sklepie. Więc na pytanie Luciena odpowiedziała ona.
        - A w życiu – prychnęła ze stołka. Obietnice młodszego demona spotkały się z powątpiewającym spojrzeniem. Nic nie zniszczą, jasne. Do pierwszej krwi, ale nic nie zniszczą, nie no ona nie uwierzy, że obaj są kilkusetletni, jeśli zachowują się jak dzieci!
        - Nie w sklepie! – fuknęła znowu i tylko ostentacyjnie załamała ręce, gdy Lucien stanął naprzeciw brata. No do jasnej cholery, szlachcice, arystokraci, jeden pies, gdy zachowują się jak wychowani w stodole. Gdyby mogła to wywaliłaby obu za fraki na zewnątrz, ale mogła to sobie najwyżej prychać właśnie. Poddała się więc, opierając łokieć na ladzie i palcami wspierając skroń. Niech lepiej naprawdę nie będzie szkód, bo jak Dorian zejdzie to cała ich trójka dostanie wpierdol.
        I rzeczywiście nie trwało to długo. Drgnęła tylko raz, gdy ostrze zagłębiło się nad obojczykiem Gadriela, ale na szczęście to zakończyło starcie. Przynajmniej chwilowo, a Rakel miała lepsze rzeczy do roboty niż obserwować rozmowę głuchego z niemym. Zsunęła się ze stołka i przeszła między nimi w stronę drzwi.
        - Muszę iść się uczyć. Jak chcecie walczyć to na zewnątrz – powiedziała, spoglądając bardziej na Luciena z tą prośbą. Naprawdę nie chciała zostawiać tu Gadriela samego. Plamę krwi na jego koszuli dzielnie ignorowała, powtarzając sobie, że się regeneruje.
        Tyle dobrego, że młodszy demon w końcu postanowił zniknąć, a Lucien wracał z nią na Szeroką. Przez chwilę znów szli w milczeniu - Rakel bardzo pilnowała się, by nie pytać go co chwilę jak się czuje - ale zerkała co chwila na demona i było widać, że coś ma na myśli.
        - Gadriel chce mieć w tobie brata, widzisz to, prawda? – zaczęła jak zawsze delikatnie, by nie spłoszyć Luciena. Wiedziała, że miał swoje podejrzenia, co do szczerości intencji młodszego brata i kurcze po tym wszystkim, co z nim przeżyła, wcale mu się nie dziwiła. Ale nie mogła nic poradzić na to, że w tym jak Gadriel zaczepiał dziś Luciena, widziała siebie trującą Dorianowi i Randowi.
        Myślenie jednak o rodzinie Luciena szybko rozlewało się na to, co zostawił w Otchłani i wtedy lekkie i zabawne niekiedy wnioski usuwały się przed trudnymi tematami. Rakel jednak nie zamierzała sama ich poruszać. Zwłaszcza miała mocne postanowienie nie pytać o Scarlett. Wciąż nie wiedziała, jak traktować obecność Luciena tutaj, teraz, ale wzbraniała się przed wkroczeniem na nowo w przeszłość, jak gdyby nigdy nic. Nie wiedziała tylko, czy już tego nie zrobiła.
Awatar użytkownika
Lucien
Kroczący w Snach
Posty: 215
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucien »

        Dla Gadriela większość wizyt na tej Łusce była mniej lub bardziej upierdliwa, zwykle wiązała się z takimi czy innymi problemami, ale momentami Alarania nieznacznie zyskiwała w oczach demona. Rakel na pewno zyskała od pierwszego momentu, gdy była tylko potencjalnym argumentem przetargowym. Powoli należało przyznać się przed samym sobą, że polubił hardą dziewuszkę. Ot, taka aberracja od jego natury. A pomysł z wycieczką po katanę nawet był niegłupi i do rozważenia. Kolejne odejście od normy.
        Uśmiechnął się zaczepnie. Przecież na sparingi już byli umówieni, to mogli i katanami powalczyć. Wpierw trzymał się wersji, że był bardzo zdesperowany by w ogóle rozważać treningi z ludzką kobietą. Teraz coraz częściej sądził, że zapowiadało się nawet zabawnie, a rozrywka w nudnym życiu była bezcenna. Z posłuszeństwem w parze to nie szło. Usłyszał sprzeciw, ale nie widział racjonalnych powodów, dla których “nie w sklepie” miało być argumentem wiążącym. I tak wykazał się wspaniałomyślnością uspokajając Rakel, że nic nie ucierpi. No, może nic poza Lucienem. Ona jednak jakoś nie wydawała się przekonana, dalej protestowała, ale on powtarzać się nie zamierzał. Był gotowy do walki, w pełni skupiony na przeciwniku. Gotów wywrzeć taką presję, aby osiągnąć swój cel.
        Lucien nie skomentował wycofania się Rakel poza konwersację. Odprowadził dziewczynę krótkim zerknięciem i w międzyczasie próbował zniechęcić brata do sparingu. Bez większego przekonania, ponieważ niespecjalnie wierzył w skuteczność rozsądnych argumentów. Gadi wyglądał na zbyt nakręconego na próbę.
        Lucien, podobnie jak młodszy demon, również usłyszał protest Rakel, ale zignorował go z nieco odmiennych przyczyn. Nie mógł się przenieść na dowolną pustą polanę. Ulica odpadała. Pozostawało tylko odwiedzenie Gadriela od absurdalnego pomysłu, lecz niestety już widział, że młodszy zdecydował. Nie pozostawiał mu miejsca na wybór. Zamierzał rozpocząć pojedynek czy Asmodeus się godził czy nie. Pozostawało więc tylko możliwie szybko lekcję zakończyć.
        Emocje Gadriela potrafiły być jego zgubą. Tak było i tym razem. Ciasna przestrzeń, nieznana broń, to wszystko sprawiło, że bardziej doświadczony szermierz wygrał sprawnie i elegancko. Na koszuli młodego nemorianina wykwitła czerwona plama, a pokonany spoglądał rozeźlonym wzrokiem spomiędzy kręconych kosmyków opadających mu teraz na oczy, gdy Rakel przeszła między braćmi. Lucien kiwnął jej zgodnie głową, ale jeszcze nie spuszczał Gadriela z oka.
        - Nie będzie już żadnej walki, prawda? - zapytał wycierając ostrze.
        - Ta… To bolało - burknął Gadriel pocierając miejsce po sztychu. Schował katanę do pochwy i odłożył ją na miejsce, przez chwilę jeszcze przyglądając się broni. Po ranie już prawie nie było śladu, poza krwistym kleksem na białym jedwabiu.
        - To kiedy wracasz? - Gadi odwrócił się odzyskując dawną, arogancką prezencję.
        - Myślę, że najpóźniej za kilka dni. Powiedz, że wciąż jestem w żałobie albo medytuję - mruknął Lucien. Miał nadzieję, że do tego czasu faktycznie dojdzie do siebie albo chociaż do stanu umożliwiającego publiczne pokazanie się bez nadmiernego odsłaniania słabości. Felicity się bała? Dobrze. Lepiej by tak pozostało, żeby nie zaczęła szukać swojej okazji, żeby wreszcie wszystko zakończyć.
        - Chyba prędzej, że ugadujesz się z Władcą piekieł jak ich wszystkich zniszczyć, w to może uwierzą - zakpił Gadriel, otwierając portal. Lucien syknął przez zęby. To byłoby nawet śmieszne, gdyby nie fakt, że wszyscy gotowi byli uwierzyć w wersję Gadiego. Same komplikacje mogły z tego wyniknąć. Tymczasem on marzył, by wreszcie wyplątać się ze wszystkich problemów, nowych intryg i zapętleń losu. Wreszcie chciał odpocząć.
        - Katana może być dobrym wyborem dla ciebie - oświadczył spokojnie, nim brat zniknął w międzyplanowym przejściu. Gadriel zerknął krótko na brata. Lucien zaskoczył go swoimi słowami, ale nie chciało mu się teraz szukać drugiego dna. Machnął dłonią na pożegnanie.
        - Do zobaczenia, Rakel. - Zniknął w ciemnych czeluściach.

        Lu wyszedł za brunetką zostawiając opustoszały sklep. Przez chwilę szli w milczeniu, ale inaczej niż kiedyś, jakby w powietrzu zawisł niewypowiedziany temat. Zauważał kontrolne zerknięcia rzucane przez dziewczynę, ale jednocześnie nie wiedział co miałby powiedzieć, musiał poczekać aż padnie pytanie. Po chwili zerknął uważniej na Czarnulkę. Tak, zauważył, że nieco się zmieniło. Czy ufał bratu czy nie, Gadriel zachowywał się inaczej… Nie wrócili do czasów sprzed pechowej kłótni, ale też nie skakali sobie do gardeł jak po niej.
        Przytaknął skinieniem głowy, przymykając powiekę. Tylko jedna osoba była “winna” całej przemianie ich obu.
Spojrzał na dziewczynę z czułością, ale się nie zatrzymał. Sięgnął dłonią do Rakel, palcami musnął kręcone włosy i pocałował skroń brunetki. Potem nie wrócił już na swoje miejsce. Ramieniem otoczył plecy dziewczyny. Pozostało niewiele drogi, więc postanowił chwilę nacieszyć się bliskością, nawet jeżeli ograniczoną.
Awatar użytkownika
Rakel
Kroczący w Snach
Posty: 217
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakel »

        Po Rakel zazwyczaj było widać wszystkie emocje i opinie, i dziewczyna może wzbraniałaby się przed taką niechlubną oceną, gdyby nie to, że słyszała to już od wielu osób. Z czasem pogodziła się więc z tym faktem i gdy nie chciała czegoś po sobie pokazać, musiała przyłożyć do tego szczególną uwagę. Czasami samo milczenie czy odwrócenie wzroku nie starczało, ale toż mówi się trudno, szpiegiem nie planowała zostać.
        Teraz wystarczyło, że wypsnęła jej się ta nieszczęsna Scarlett, by Rakel postanowiła zasznurować buzię do końca spotkania z Gadrielem. I szło jej nawet nieźle, może też dlatego, że zdążyła się trochę zdystansować od obu demonów, mimo wszystko. Więc gdy na nowo wypłynął temat powrotu Luciena do Otchłani i ten zapowiedział się na najbliższe kilka dni, Rakel tylko przełknęła pytania i wątpliwości, zostawiając je na lepszy moment. Pomachała niepewnie Gadrielowi na pożegnanie, mimo wszystko z ulgą przyjmując jego zniknięcie.
        Gdy wracali z Lucienem do domu, nie wiedziała, co powiedzieć; za każdym razem, jak spoglądała na demona widziała jego obrażenia i serce jej się ściskało, ale wiedziała, że nie może tak wokół niego skakać. On ma inną rzeczywistość, po prostu czeka aż się zagoi. Tak samo temat Gadriela - przez nią przemawiał sentyment do rodziny, a przez niego kilkaset lat oglądania się przez ramię, gdy każdy z “najbliższych” mógł wbić mu nóż w plecy. Odzwyczaiła się już od tych różnic.
        Słowa dobierała więc ostrożnie, ale nie czekała na nią bura. Lucien tylko skinął na potwierdzenie, a ona odruchowo powtórzyła gest, nim poczuła dotyk we włosach. Uśmiechnęła się niepewnie na całus w skroń i trochę odruchowo spojrzała po ulicy, nieprzyzwyczajona do takiego okazywania czułości na widoku. Z różnych przyczyn. Ale mimo wszystko było to miłe.

        Po powrocie nie poszła od razu na górę, tylko weszła na moment do kuchni, zaparzyć sobie herbatę, a Lucienowi kawę. Dopiero z dwoma kubkami powędrowała na piętro i do swojego pokoju.
        - Chcesz coś do czytania? - zapytała, podając demonowi kawę.
        Sama potoczyła wzrokiem po swoich notatkach, mentalnie przygotowując się do nauki. Podłoga to nadal było najlepsze miejsce. Nie chciało jej się już kolejny raz dzisiaj przebierać, więc tylko zsunęła buty i weszła na boso w swój krąg z ksiąg i pergaminów. Kubek postawiła na deskach, spódnicę zawinęła pod nogę i zaczęła powoli wracać do przerwanej pracy, aż na nowo zginęła w swoim świecie.
        Niebo za oknem ciemniało, a w kamienicy panowała niezmącona cisza, przerywana tylko szelestem pergaminów, okazjonalnym skrobaniem pióra i szeptanym powtarzaniem materiału przez dziewczynę (wśród którego przebijało się czasem ciche przekleństwo). Rakel nie zwróciła nawet uwagi na powrót Randa i Aleca, dopóki ten ostatni nie zapukał do drzwi.
        - Hm? - mruknęła zaskoczona, podrywając głowę. Thorn uchylił drzwi i oparł się o framugę.
        - Chodź zjeść obiad.
        - Przecież jadłam u Niny - powiedziała znów półgłosem, opuszczając wzrok na notatki. Alec westchnął i stanął w otwartych drzwiach.
        - Nawet sobie dobrze nie nałożyłaś, o jedzeniu nie mówiąc. Nina ci spakowała.
        - Teraz nie mogę, jestem w połowie tematu.
        - Co najmniej dwa posiłki dziennie, taka była umowa - stwierdził Alec i spokojnie zniósł rzucane z oczu gromy. Och, czyżby narobił jej wstydu? Trudno. Będzie zachowywała się jak dziecko, to będzie ją tak traktował, skoro to skutkuje. W końcu dziewczyna poprychała pod nosem, ale odsunęła od siebie notatki i wstała niechętnie. Z niemałym też trudem, zdrętwiała od siedzenia poskładana nad notatkami. Thorn miał na tyle rozumu, by i tego jej nie wytknąć, ale uśmiechnął się pod nosem, gdy widział że Rakel pilnuje go spojrzeniem. Znał ją jak łysą kobyłę. I chyba tylko dlatego znosił demona w tle. Na razie.
        Wyszedł pierwszy i zbiegł po schodach. Rakel spojrzała na Luciena niepewnie.
        - Zaraz wrócę - powiedziała i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

        - Nie musisz mnie pilnować - mruknęła znad talerza do Aleca. Szatyn wyciągnął się na krześle po drugiej stronie stołu tak, że koło siebie widziała skrzyżowane w kostkach nogi.
        - Nie pilnuję cię, spędzam z tobą czas. Ciężko o to ostatnio - odparł spokojnie, znów uśmiechając się lekko na jej minę, ale nie był to wesoły grymas.
        - Muszę się uczyć.
        - Jasne - przytaknął. Za szybko. Westchnął. - Jak ci idzie?
        - Dobrze. Wiesz, umiem to…
        - Wiem - wtrącił się szatyn i uśmiechnął na karcące spojrzenie.
        - Chodzi mi o to, że staram się to po prostu tak zapamiętać, żeby zdać egzamin - doprecyzowała Rakel, znów zaczynając dzióbać w jedzeniu. - A jak mi nie starczy czasu? - zapytała nagle, zamierając, gdy dopadł ją nowy lęk.
        - Przed chwilą się bałaś czy zdasz, a teraz czy starczy ci czasu?
        - Nie kpij!
        - Przepraszam. Zdążysz, spokojnie. Piszesz takim maczkiem, że zaoszczędzisz czas na samym nabieraniu atramentu - uspokoił dziewczynę i w nagrodę dostał wesoły uśmiech. Alec przysunął się do stołu, splótł przedramiona na blacie, a na nich złożył brodę. Rakel znów łypnęła znad talerza.
        - Teraz to się gapisz.
        - Uhm.
        - Przestań.
        - Nie.
        - Alec… - Rakel znowu zaczęła niepewnie dzióbać w jedzeniu.
        - Hm?
        - Nie mogę już - mruknęła, a Alec w pierwszej chwili zmarszczył brwi, a tchnienie później parsknął śmiechem. - To nie jest śmieszne, weź zjedz. - Rakel popchnęła talerz w jego stronę.
        - Takie podzióbane?
        - Nie zgrywaj się, wcale ci nie przeszkadza.
        - Nie, nie przeszkadza mi - potwierdził, wciąż rozbawiony, prostując się na krześle i przyciągając do siebie talerz. Rakel z zadowoleniem zapukała wolnymi palcami w blat stołu i rozejrzała się.
        - Mamy coś słodkiego? - zapytała, a Alec prychnął śmiechem.
        - Żartujesz sobie? Rany, naprawdę jak z dzieckiem.
        - Spadaj!
        - W szafce nad zlewem.
        - Nie ma - rozległo się po chwili.
        - Taboret sobie weź, malutka - zaśmiał się Alec, w trzech kęsach pochłaniając resztę mięsa. - Po lewej.
        Rakel zeskoczyła ze stołka z resztką czekolady w papierku i ugryzła zaraz kawałek. Thorn skończył jeść i podszedł do zlewozmywaka, zostawić tam talerz. Później stanął przed Rakel i oparł się na rękach o blat po obu jej stronach. Spojrzała na niego przestraszona. Ciekawe, co miała na sumieniu. Pewnie jakąś pierdołę, ale nawet najmniejsza, uwzględniająca demona, sprawiała, że Thornowi chodziła szczęka.
        - Alec? Wszystko w porządku? - zapytała niepewnie. Doskonale widział, że wcale nie chciała wiedzieć.
        - Nie - odparł, a później, z jakiejś chorej przyczyny, wysilił się na słaby uśmiech i pocałował ją krótko w usta. Smakowała czekoladą. - Uciekaj się uczyć - mruknął.
        Dwa razy nie trzeba było jej powtarzać. Zapomniała nawet czekolady z blatu.

        Rakel wróciła do pokoju i spojrzała na porzucone wcześniej notatki. Wiedziała, że tak będzie. Teraz już wcale jej się nie chciało uczyć. I coraz bardziej zaczynała stresować się jutrem, gdy zdała sobie sprawę, że w głowie ma prywatny mętlik. Bała się, że tak samo rozproszona będzie jutro na egzaminie. Dlatego postanowiła zmusić się do jeszcze chociaż dwóch godzin nauki. Pozapalała kilka świec i wróciła na swoje miejsce wśród papierów, zerkając jeszcze na Luciena.
        - Nie nudzisz się? - zapytała, splatając ręce na kolanach. - Jeszcze tylko jutro będzie taki dzień – dodała. Co ma być później, sama nie wiedziała.
Awatar użytkownika
Lucien
Kroczący w Snach
Posty: 215
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Lucien »

        Demon odebrał kawę z delikatnym uśmiechem i pokręcił głową.
        - Nie, nie trzeba - odpowiedział, po chwili udając się z dziewczyną na górę. Przycupnał na łóżku i obserwował naukę dziewczyny w ciszy. To bywało dla niego dostateczną rozrywką, przynajmniej gdy czas upływał tak szybko jak na tej łusce, a nawet jeżeli było to jedynie wrażenie spowodowane widoczną wędrówką słońca.
        Przyglądając się Rakel powoli zaczynał czuć się jak w domu. Znów było przyjemnie i ciepło na duchu, tak codziennie. Jak mógłby się nudzić. Słuchał szeptów i rzucanych cicho przekleństw. Przymykał oczy i rozmyślał. Potem znów obserwował dziewczyną i ponownie pogrążał się w myślach. W poczuciu sielanki zapomniał się, poczuł, że miał dom i w jednej chwili rzeczywistość upomniała się o niego wraz z pukaniem do pokoju.
        Wzrok Luciena był chłodny gdy szatyn wszedł, i gdy słyszał przepychankę, zresztą pewnie podobnie życzliwy jak ten Aleca padający w jego kierunku.
        Demon wciąż nie rozumiał dlaczego on zawsze chciał dobrze i zawsze zbierał burę. Jakby się nie starał i tak wyszło źle, ale mężczyzna nie dostał ani słowa połajanki. Rakel złościła się, ale słuchała. Umowy jakieś. Ale to on podobno zawsze traktował ją protekcjonalnie.
A potem został sam. Normalnie nie zostawiałaby go tak często. Ciekawe czy gdyby nie zaproszenie Niny, to też kazałaby mu zaczekać aż wróci?
        Westchnął ciężko i wstał z łóżka. Odłożył poranną książkę na półkę. Postawił kubek na biurko, normalnie odniósłby go do kuchni, ale chyba go tam nie chciano... Przeszedł po pokoju i zapatrzył się przez okno, przypominając sobie jak kiedyś widział powrót Rakel.
Za każdym razem gdy myślał, że odnalazł coś prawdziwego, los przekonywał go, że tak naprawdę jedynie egzystował obok rzeczywistych wydarzeń. Westchnął ponownie, czekając już tylko powrotu Rakel.

        Wracająca dziewczyna zastała Luciena nadal stojącego przed oknem, w ciszy wpatrującego się w noc. Demon powoli spojrzał na brunetkę, przez chwilę jeszcze zastanawiając się od czego zacząć. Najprościej chyba od odpowiedzi na pytanie.
        - Nie, z tobą nigdy się nie nudzę. - Czasami bywał samotny, w zasadzie poza chwilami zapomnienia częściej niż powinien, ale to była rozmowa na inny czas lub na “nigdy”, a na pewno nie na teraz.
        - Ale obawiam się, że cię okłamałem - kontynuował.
        - Nie z premedytacją, myślałem, naprawdę wierzyłem, że to będzie możliwe - dodał, powoli podchodząc do dziewczyny.
        - Będę się cieszył twoim szczęściem, mogę cię odwiedzać, ale nie zdzierżę życia obok ciebie zamiast z tobą - dokończył szeptem przyklękając obok niej na podłodze. Odgarnął kilka uwolnionych kosmków, dotknął policzka brunetki i pocałował Rakel jak kiedyś w kuchni, jakby dwa stracone lata nie miały miejsca. Co się mogło stać, nieboskłon runie, piekło wygaśnie?
Nie ułatwiał dziewczynie życia, ale niech się wszystkie czarty i sam Wielki książę chędożą. Jakby nie próbował, ostatecznie zawsze wszystko się komplikowało, niezależnie od jego dobrych chęci. Czy gdyby mniej myślał co zrobić a więcej działał wedle uczuć, byliby w innym miejscu? Już nigdy się nie dowie. Mógł jedynie czynić nowe błędy zamiast powielać stare.
        - Ucz się do egzaminów, nie będę dłużej przeszkadzał - rzucił krótkim spojrzeniem w stronę drzwi, jakby ktoś miał wątpliwości o jakie przeszkadzanie mogło chodzić. Nie trudno się było domyślić, że mile widzianym gościem nie był nawet jeżeli Rakel mówiła co innego. Nawet jeżeli to przecież Alec był współlokatorem rodzeństwa, wydawało się, że ten uważał odwrotnie gdy łaskawie pozwalał mu zostać. Nadchodząca noc, kolejne popołudnie, wszystko się tylko mocniej pętliło. Siedzenie w pokoju i nie wchodzenie nikomu w oczy, było wątpliwą przyjemnością, szczególnie gdy ten czas Rakel spędzała w innym towarzystwie. Jednym było akceptowanie faktów, czym innym bezwolne obserwowanie bieżących zdarzeń jak zza szyby.
        - Nie wyjeżdżam, poprostu przenocuję gdzie indziej, wrócę wieczorem po zaliczeniach, wtedy porozmawiamy jeśli będziesz chciała - pocałował palce dziewczyny i wycofał się o krok zanim zniknął uśmiechając się z nutą smutku.
Podpowiedzi rozsądku sugerujące ostrożność z używaniem magii, zignorował, na wyjazd nie miał nerwów. A i tak regenerował się wciąż zbyt wolno by mówić o jednoznacznej poprawie, więc jedna teleportacja wiele zaszkodzić nie mogła. Przecież go nie zabije, chyba. Ale by była heca.

        Zjawił się na podjeździe dworku i ostrożnie wszedł do domu, rozglądając się powoli. Powitał go groźny chrobot i skrzek. Ochrona wciąż czujna.
Lucien podszedł do dziury w ścianie, z której małe ślepka łypneły na niego ostrzegawczo.
        - Witaj mały strażniku, pięknie się spisujesz - demon odezwał się przyjaźnie, po chwili kierując wolne kroki w głąb domu.
        - Pytanie tylko czy miałeś dla kogo - odezwał się już do samego siebie.
        Światło księżyca srebrzyło wewnętrzny ogród. Glicynie były w pełni rozkwitu, a chłodna poświata nadawała im nierzeczywistego, baśniowego wyglądu rodem z zaklętych ogrodów. Celowo nie zglądał po domu i nie szukał drzewka a tylko wyszedł na otwartą przestrzeń i zagwizdał. Najpierw raz, potem drugi, a po chwili dał się słyszeć znajomy tętent.
Onyks przykłusował trzymając łeb nisko i szczerząc zęby.
        - Tęskniłeś przyjacielu? - odezwał się cicho, ale ubris jeszcze dobrą chwilę nie wyglądał przyjaźnie. Dopiero gdy sapnął raz i drugi głęboko wciągając powietrze, zmienił nastawienie. Zaczął zamiatać długim ogonem i uginając chude nogi, kołysząc się przy tym i trącając Luciena pyskiem. Tak właśnie powinny wyglądać powitania po dłuższej rozłące czyż nie…
Demon przez chwilę głaskał łeb, w którym czerwone oczy mrużyły się z zadowoleniem, jednocześnie przyglądając się wierzchowcowi. Życie wolno w lesie mu służyło.
        - Zapasłeś się - pogłaskał bok, a umbris mruczał jak bardzo duży, zadowolony kot.
        - Dzisiaj jeszcze odpoczniemy, a jutro wybierzemy się na przejażdżkę. - Rozejrzał się wokół, powoli wracając w kierunku kwiecistego baldachimu. Nie tak dawno marzył o zamieszkaniu tutaj. Uczynił wszystko co mógł, a nawet więcej. Zapytany kiedykolwiek wcześniej, nigdy nie przypuszczałby, że odważy się na tak radykalne kroki. A teraz wciąż nie wiedział czy starania cokolwiek dały.
Westchnął ciężko. Był zmęczony. Jednak po przeniesieniu samopoczucie wyraźnie mu się pogorszyło, ale żadne miejsce nie wydawało się dobrym miejscem do odpoczynku. Wrócił pod pergolę, na chwilę pociemniało mu w oczach, a umbris odskoczył z warkotem, chociaż uderzenie serca wcześniej na siłę próbował zmieścić się pod kwiatami.
        Lucien również zawarczał. Piekielny wierzchowiec odsunął się niezadowolony, chociaż wciąż niespokojnie krążył wokół altany. Zwierzęcy umysł nie pojmował co się wydarzyło. Czuł zapach pana, ale pana nie było, był obcy drapieżnik.
A Lucien opadł na trawę z nieszczęśliwym mruknięciem, zwinął się w kłębek i zamknął ślepię. Był samotny. Sapnął smutno i schował pysk w łapach, pozwalając, żeby pustka utuliła go do snu, którego tak potrzebował.
        Rankiem obudził go dopiero świergot ptaków i ostre słoneczne promienie przebijające się przez kwiecie i drażniące wrażliwe oczy. Usiadł przez chwilę porządkując wydarzenia. Zasnął. To się nie zdarzało jeśli nie liczyć magicznych incydentów. Ta nowa postać niosła ze sobą niepokojąco wiele zmian i chyba również obciążeń. Wtedy też zaczęły docierać do niego nowe fakty. Był wyraźnie mniej obolały i widział na dwoje oczu.
        Onyks nadal trzymał się na uboczu, gdy Lucien ruszył w ogród by odnaleźć fontannę. Woda była zadziwiająco czysta. Ogród, nie tylko dworek, wydawał się bardziej żywy niż podczas jego poprzedniego pobytu tutaj.
        Pionowe blizny-ślady po zębach, przecinały brew i rysowały policzek, a skóra wokół była bledsza i wyglądała na dopiero co wygojoną. Mógł tylko sobie wyobrażać jak wyglądał wcześniej.
Spod wciąż lekko przymkniętej powieki spoglądało zielone oko. Czyli przynajmniej wizja żywota półślepego szermierza została odegnana. Dobrze było znów widzieć, ręka też mniej rwała, a dłoń zdawała isę niemal sprawna. Wtedy też przypomniał sobie o kolczyku oczekującym w kieszeni. Założył artefakt na świeżo przekłuwając ucho.
Zawołał umbrisa, ale zwierz jeszcze przez jakiś czas zachowywał dystans.
        - Będziesz się teraz boczyć? - Onyks wyglądał jakby dokładnie to planował, nie ufając dziwnym przemianom demona.
Potem pozostało zmarnotrawić jeszcze trochę czasu w samotności nim wreszcie galopem ruszył do Valladonu.
Było już dobrze po zachodzie słońca, gdy piekielny ogier stanął pod kamienicą na Szerokiej, a demon zeskoczył z siodła i zapukał do drzwi.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Valladon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość