Rzeka Motyli[Polana nad brzegiem rzeki] Uwięzienie na życzenie

Rzeka wije się i przedziera przez najróżniejsze zakątki Andurii, Wypływa z gór i ciągnie się równiną, przepływając przez Valladon, oplatając lasy i pradawne kryjówki smoków. Odwiedza też miejsce gdzie mieszkają motyle, miejsce którego nikt nigdy nie widział a istnieje ono tylko w mitach... może Tobie uda się je odnaleźć.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Terence
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

[Polana nad brzegiem rzeki] Uwięzienie na życzenie

Post autor: Terence »

Długowłosy mężczyzna w czarnych ubraniach biegł przez las, jednak nie poruszał się szybko. Jego śladem podążało trzech innych, oni mieli na sobie lekkie zbroje, a także zestawy uzbrojenia – dwóch miało łuki i krótkie miecze, a jeden miał kuszę i dwa sztylety. Uciekał od nich, jednak gdyby ktoś przyglądał się temu z boku, szybko zauważyłby, że nie próbuje im uciec, a jedynie udaje, że właśnie to robi. Odległości między nimi powoli, ale zmieniały się i przez to trójka łowców z chwili na chwilę znajdowała się coraz bliżej mężczyzny w czerni. Krok, później następny i jeszcze jeden… Aż w końcu jeden z nich, ten, który biegł pierwszy, wyskoczył do przodu i rzucił się na ściganego. Nie wylądował na nim, a na leśnej ziemi, jednak udało mu się złapać go za nogę. Tamten zaczął stawiać lekki opór, bo kopnął dłoń łowcy, gdy leżący próbował ponownie go chwycić. Może rzeczywiście próbował im uciec, ale zaczął się męczyć i przez to odległość ta zmniejszała się dość regularnie. Dwójka, która nadal była na nogach, nie zatrzymała się nawet, żeby podnieść towarzysza – pobiegli dalej, a po chwili tamten wstał sprawnie i do nich dołączył.

Nie minęło dużo czasu, gdy dogonili go ponownie. Tym razem próbę złapania go podjął inny łowca, choć nie różniła się ona od tej, w której porażkę poniósł jego kompan. Różnica polegała na tym, że tym razem się udało. Mężczyzna w czerni próbował jeszcze się wyrwać, jednak robił to jakby niechętnie, a bardziej może na pokaz. Gdyby ktoś to obserwował, mógłby nawet uznać, że złapany osobnik jest może niespełna rozumu, bo przez jego oblicze przebiegł uśmiech, gdy tylko poczuł, jak łowcy zaciskają na jego nadgarstkach więzy. Jedynie Terrence wiedział, że to wszystko jest częścią jego planu. Planu, którego najważniejsza część właśnie teraz się powiodła. Gdy byli już pewni, że im nie ucieknie, podnieśli go i poprowadzili w konkretnym kierunku. W stronę obozu, w którym czekała reszta grupy.
        
⌘⌘⌘⌘⌘⌘⌘⌘⌘
        
Dużą, zieloną polanę w większości pokrywała lekko wyrośnięta trawa, tylko w dwóch czy trzech miejscach widoczne były nieduże skupiska niebieskich i białych kwiatów, które wyróżniały się na tle zieleni niczym łata w innym kolorze naszyta na czyjąś odzież. W pobliżu przepływała Rzeka Motyli, a w tafli jej wód odbijało się błękitne niebo i niewielkie, na pewno niezwiastujące deszczu, białe chmurki. Polana zajmowana była przez grupę najemników, konkretniej łowców żywego towaru, a także przez ich ekwipunek, namioty, klatki na wozach, konie i zwierzęta juczne. Ich przywódca upodobał sobie łapanie, przetrzymywanie i sprzedawanie stworzeń magicznych, zwłaszcza tych rozumnych. Sama grupa w całości liczyła sobie dwanaście osób, razem z przywódcą, chociaż aktualnie tylko część znajdowała się w tym miejscu.
Spomiędzy pobliskich drzew wyszła nagle czwórka ludzi – jeden szedł z przodu, a dwójka za nim prowadziła ze sobą tego ostatniego. Od razu dało się zauważyć, że nie należy on do grupy, a więzy na dłoniach tylko upewniały w tym, że jest on ich więźniem.
         – Złapaliśmy go, szefie – powiedział jeden z tamtych. Na te słowa w ich stronę odwrócił się wysoki mężczyzna. Kaptur jego zielonej szaty spoczywał teraz na plecach, dzięki czemu widoczne były jego krótkie, rude włosy. To tyczyło się także oczu w odcieniu jasnej zieleni i lekko szpiczastych uszu – nie wyglądały jak elfie, ale także nie były one „ludzko” zaokrąglone. Wniosek był taki, że osobnik ten był półelfem. Fizycznie wyglądał na kogoś w średnim wieku, nie był też specjalnie umięśniony, jednak jego atutem nie była siła fizyczna, a inna – magiczna. Terrence spojrzał na niego i czytaniem aur dowiedział się tego, że jest on silnym magiem.
         – Był tam, gdzie go wyczułem? - zapytał. Miał przeciętny, męski głos. Nie był zbyt niski czy wysoki i nie wyróżniał się też niczym konkretnym, poza tym, że mówił bardzo szybko, jakby cały czas gdzieś się spieszył albo jakby chciał, żeby rozmówca odpowiadał mu od razu, zaraz po tym, jak on sam się odezwie.
         – Mhm, dokładnie – twierdząco odpowiedział jeden z ludzi, którzy wprowadzili Terrence’a na polanę. Akurat przemieniony znajdował się tak blisko, że udało mu się wyczuć to, że tamci coś ukrywają. Może znaleźli go w okolicy, a nie dokładnie tam, gdzie ich przywódca powiedział im, żeby poszli? A oni mogli ukrywać to, żeby nie zdenerwować kogoś, kto był zwyczajnie silniejszy od nich.
         – Dajcie go tu, chcę mu się przyjrzeć z bliska – odezwał się rudowłosy. Terry go pamiętał, w zasadzie mężczyzna ten – Angus – niewiele się zmienił od dnia, w którym razem z jego bratem i z innymi urządzili go tak, że spotkałaby go pewna śmierć, gdyby nie to, że Alice znalazł go i zdecydował się na to, żeby mu pomóc. Nie obawiał się tego, że tamten go rozpozna. Wiedział, że przemiana zmieniła go tak, że będą mieli problem z dostrzeżeniem tego, że jest on młodszym bratem ich szefa.
         – Tak… wyczuwam w nim magię, ale… Te ręce. To jego ręce zawierają jej w sobie zdecydowanie więcej niż reszta ciała – mówił to wtedy, gdy patrzył się prosto na te części ciała. Po chwili wykonał dłonią gest – dwa palce, wskazujący i środkowy, skierował w górę, a to sprawiło, że jeden z łowców podszedł i podwinął lewy rękaw ubrania Terrence’a.
         – Bandaże… Ale to nie one są magiczne. Co pod nimi ukrywasz, co? - zapytał i skierował wzrok na dłonie więźnia. Uśmiechnął się lekko, jakby nagle uzyskał odpowiedź na swoje pytanie i to bez zmuszania nowego „nabytku” do tego, żeby mu odpowiedział.
         – Te runy, tak… Te, które masz na dłoniach. One znajdują się także pod materiałem bandaży, prawda? Nie musisz odpowiadać… Wiem, że jest właśnie tak, jak mówię – oświadczył i dał znak, żeby jeden z jego ludzi opuścił rękaw, który do tej pory trzymał.
         – Zbadam cię, ale później. Ciekawi mnie, co tam ukrywasz – powiedział na koniec, palcem wskazując na zasłonięte przedramię Terrence’a. Później odwrócił się i wrócił do swojego namiotu. Trójka łowców natomiast zaprowadziła przemienionego w inne miejsce, do jednego z dwóch wozów, na których znajdowały się klatki. Jeden otworzył drzwi, drugi wrzucił go do środka i później zamknęli je za sobą.

Nie spodziewał się, że wrzucą go do klatki, w której siedział już ktoś jeszcze. Niebieskie oczy tylko na krótką chwilę spoczęły na kobiecie z jasnymi włosami i brzoskwiniową cerą, która siedziała naprzeciw wejścia do „celi na kółkach”. Nie odezwał się, nie wykonał żadnego gestu w jej stronę… po prostu przeszedł pod jedną z bocznych ścian klatki i usiadł tam, opierając się plecami o kratę. Później zaczął wpatrywać się w jedno, konkretne miejsce. Patrzył na namiot, w którym wcześniej zniknął rudowłosy przywódca tej grupy.
Awatar użytkownika
Junia
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Junia »

         - Jesteś tego pewna?
         - Absolutnie.
         Junia nie wyglądała na przekonaną. Pocierając palcami brodę, wpatrywała się badawczo w stojącą przed nią młodziutką półelfkę. Wahała się. Dziewczyna wyglądała na zdesperowaną, ale usuwanie kluczowych wspomnień w tak młodym wieku mogło mieć katastrofalne skutki dla wciąż rozwijającego się umysłu. Doświadczenia z okresu dojrzewania stanowią fundament pod kształtującą się osobowość; jeden nieostrożny ruch i można całkowicie zaburzyć równowagę jestestwa, niszcząc jego sens. Zaś umysł pozbawiony sensu dąży do autodestrukcji.
         - Lepiej byłoby przepracować tę traumę - stwierdziła pradawna. - Mogę ci w tym pomóc, Evie, ale pozbawianie cię…
         - Junia. - Półelfka weszła jej w słowo, kręcąc głową uparcie. - Ja nie mam siły przez to przechodzić. Wiem, że pewnie słyszałaś nie takie historie i moja przy nich wypada blado, ale… nie potrafię z tym normalnie funkcjonować. Boję się wychodzić z domu. I boję się zostawać w nim sama. Mam ataki paniki za każdym razem, gdy ktoś skieruje wzrok w moją stronę… Nie potrafię nikomu zaufać. Nie umiem się z nikim związać… Muszę się pozbyć tego cholerstwa, inaczej… Junia… Masz pojęcie, jak straszne rzeczy zostają w głowie, kiedy ktoś cię porwie i… i…
         Czarodziejka ujęła w obie ręce drżącą dłoń dziewczyny, by za pomocą prostej formułki tchnąć odrobinę spokoju w jej zalękniony umysł. Podczas swego trwającego już niemal cztery stulecia życia, Junia widywała podobne przypadki tego typu stresu pourazowego. Zdążyła zaznajomić się z nimi i zrozumieć ich naturę, choć nigdy nie miała okazji doświadczyć czegoś takiego na własnej skórze.
         Gdy tylko to pomyślała, poczuła jak w jej umyśle coś drgnęło. Doskonale znała to uczucie. Ciekawość. Czym innym jest analizować cudze przypadki - a nawet je współodczuwać, poprzez zanurzenie w umyśle - a zgoła czym innym samemu wylądować w takich okolicznościach. Jako znawca psychiki wiedziała, iż reakcja na daną sytuację zależy od tego, kto w owej sytuacji się znajdzie. Nie istniały dwa identyczne przypadki. W wyniku porwania, Evie nabawiła się strasznej traumy - jak na podobne zdarzenie zareagowałaby czarodziejka? To było wielką niewiadomą.
         … albo raczej: polem do nowych eksperymentów.
         - To jak będzie? - spytała półelfka. - Pomożesz mi?

~***~

         Przywołując w pamięci tę rozmowę, Junia obracała w palcach ametystowy wisiorek. Przyłapała się na tym, iż od dobrych piętnastu minut wpatrywała się przed siebie, a jej wzrok nieświadomie spoczywał na zajmujących sąsiedni stół grupce mężczyzn, którzy, podobnie jak ona, przyszli do karczmy w poszukiwaniu na wieczór rozrywki w postaci alkoholu, kobiet lub mordobicia. Jeden z nich, zauważywszy spojrzenie czarodziejki, uśmiechnął się do niej zaczepnie. Odpowiedziała lekkim uniesieniem kącików ust, jednak nie dała się wciągnąć w interakcję. Bezzębni nie byli w jej typie. Poza tym, niekoniecznie akurat ten typ wrażeń interesował ją dzisiaj. Kątem oka obserwowała zakapturzoną postać przy kontuarze.
         - A panienka tak sama siedzi? - odezwał się nagle drugi z mężczyzn, Łysy, zajmujący miejsce obok Szczerbatego.
         - Tak się jakoś złożyło. - Junia wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się beztrosko. - Chyba wolno?
         - Ano wolno, wolno. Ale czy to takie bezpieczne… No, to już inna sprawa.
         - Pan mi grozi?
         - Ja? Ależ skąd! Gdzieżbym miał czelność grozić kobiecie!
         Łysy wyglądał na lekko urażonego, więc w sukurs przyszedł mu trzeci, z dużym, haczykowatym nosem.
         - Ale panienka urodziwa i młoda. - Junia ledwo zdołała powstrzymać śmiech, myśląc o swoim trzycyfrowym wieku. - A samotnej kobiecie o nieprzyjemności nietrudno.
         - Nieprzyjemności? - powtórzyła. Szósty zmysł podpowiedział jej, że trafiła dokładnie na to, czego szukała. Niepokój mężczyzn, choć w rzeczywistości ukierunkowany na przedmiot inny niż ona, był szczery, a to, co się za nim kryło, było dla pradawnej interesujące.
         - Ano! - odezwał się znowu Szczerbaty. - Z innych wiosek wzdłuż rzeki wieść się niesie, że porywają. Kobiety, dzieci, mężczyzn, a nawet zwierzęta.
         - Kto porywa?
         - Licho wie! Pewnie jacy handlarze niewolnikami albo inne kanalie. Tak czy siak, radzimy panience samej się nie szlajać po okolicy, bo aż strach. My się o nasze baby teraz boimy jak diabli!
         Na twarzy Junii pojawił się drwiący uśmieszek.
         - I dlatego siedzicie w karczmie z kuflami w rękach?
         - No bo na trzeźwo nie można tego znieść!
         Czarodziejka zaśmiała się i wzniosła swoją własną szklankę, z której upiła potężny łyk wina.
         - Ja tam się nie boję - oświadczyła zadziornie, ciut za głośno. - Może nie wyglądam, ale potrafię o siebie zadbać.
         Między mężczyznami rozgorzała zaciekła dyskusja, w której przewijały się na przemian aprobata dla brawury kobiety, jak i męskie “zgrywanie bohatera”. Junia nie brała udziału w dalszej części rozmowy, której strzępki wpadały do jej głowy jednym uchem, wypadały zaś drugim. Znacznie bardziej zainteresował ją ruch w kontuarze, gdy zakapturzony osobnik wstał, rzucił na blat niewielką sakiewkę i obróciwszy się - pradawna mogłaby przysiąc, że ich spojrzenia na ułamek sekundy się spotkały - odszedł w stronę wyjścia, zabierając ze sobą nieprzyjemną aurę, która do tej pory drażniła zmysły czarodziejki. Wszystko szło zgodnie z planem.
         Junia już wcześniej słyszała plotki o porywaczach. To one obudziły w niej uśpione pragnienie doświadczenia uczuć w obliczu porwania. Celowo przyszła więc do karczmy, celowo pozwoliła pijakom poruszyć ten temat, zadawała dużo pytań i za pomocą tejże drobnej manipulacji zwrócić na siebie uwagę. Nie miała pewności, że akurat w tym miejscu i tym czasie w otoczeniu będzie przebywała osoba, której uwagę Junia chciała przyciągnąć, lecz obserwując postać w kapturze, a także dyskretnie badając jego nastawienie, czuła, że się nie pomyliła.
         Po wypiciu jeszcze kilku szklanek wina, kiedy to w głowie kobiety zaczęło przyjemnie szumieć - i dała się ona nawet namówić na wspólne śpiewanie pijackich ballad - Junia postanowiła opuścić karczmę. Przecisnęła się między chcącymi przyjacielsko ją pożegnać mężczyznami i wyszła na zewnątrz. Było już ciemno, gwiazdy skryły się za chmurami, a nocny wiatr niósł ze sobą zapach lasu. Na szlak, prowadzący właśnie w jego stronę, skierowała się czarodziejka.
         Czuła czyjąś obecność przez cały czas. Obecność, podszytą niecnymi zamiarami. W jej umyśle pojawiło się napięcie i niepewność, ale i nutka ekscytacji. Udawała, że niczego nie zauważa. I do samego końca nie zauważyła. Dwóch osobników podbiegło do niej tak cicho, że gdyby od początku nie śledziła ich aur, nawet by się nie spostrzegła. Jeden z nich zarzucił jej na głowę płócienny wór, drugi natychmiast, zanim czarodziejka zdążyła się bronić, wykręcił jej ręce i związał je za plecami powrozem.
         - Nie wyrywaj się i nie krzycz, a nie stanie ci się krzywda - odezwał się szorstki głos, a jego właściciel przycisnął twarz do worka, pod którym znajdowała się twarz Junii.
         Serce czarodziejki biło bardzo szybko. Do tej pory myślała, że będzie mieć wszystko pod kontrolą, ale co jeśli się myliła? Jeśli wpadnie w jakieś większe tarapaty, z których sama się nie wydostanie? Ci dwaj nie stanowili większego problemu; gdyby rzeczywiście zechcieli ją dotkliwie zranić, poradziłaby sobie z nimi; mimo sprawności fizycznej i zgrywania brutali, ich umysły nie były zbyt silne. Jednak na pewno nie działali sami. Musieli mieć nad sobą kogoś potężniejszego, a ta niewiadoma w układance była niepokojąca. Ale nie było już odwrotu.
         Kobieta wierzgnęła kilka razy, bardziej dlatego, że tak wypadało, niż chcąc naprawdę się wyrwać. Poczuła, jak jeden z mężczyzn podnosi ją z ziemi i przerzuca sobie przez ramię. Odruchowo machnęła nogami, trafiając w jakąś część ciała drugiego porywacza.
         - Uważaj, jak ją niesiesz - burknął kopnięty mężczyzna.
         Drugi zamruczał coś w odpowiedzi, ale przez worek na głowie Junia nie zrozumiała jego słów. Skupiła się na uczuciu towarzyszącemu głowie dyndającej w dół, usiłując opanować mdłości, które naszły ją w połączeniu tego dyndania z krążącym we krwi alkoholem.
         - Dokąd mnie zabieracie? - spytała, starając się, by w jej głosie pobrzmiewał lęk większy, niż w rzeczywistości odczuwała.
         - Jak tam będziemy, to się dowiesz.
         - Ale…
         - Stul twarz.

~***~

         ...Straciła przytomność?
         Musiała stracić. Widocznie w miejsce mdłości pojawiła się senność. To tłumaczyłoby fakt, że nie była już trzymana przez porywacza, ale znajdowała się teraz w dość sporej klatce. Westchnęła. Chyba przegapiła najciekawszą część eksperymentu. Podniósłszy się z pozycji leżącej, przysunęła się do prętów i rozejrzała po okolicy. Klatek, takich jak jej, w zasięgu wzroku było kilka. Czarodziejka wyczuła kilka przepełnionych strachem umysłów. W pierwszej chwili chciała odruchowo sięgnąć po magię umysłu i emocji, by udzielić im wsparcia… Ale po krótkim namyśle zrezygnowała z tego. Jeśli chciała doświadczyć prawdziwego porwania, nie mogła ujawniać swoich umiejętności porywaczom. Chciała, by traktowali ją, jak wszystkich innych; manifestacja mocy mogłaby ich trochę odstraszyć. Poza lękiem uwięzionych ofiar, kobieta rejestrowała w pobliżu kilkanaście innych umysłów. W tym jeden silny, ale jakby uśpiony. To ją zaniepokoiło. Ktoś, kto tłumi swoją aurę, może być potężny. I niebezpieczny.
         Do klatki pradawnej zbliżyło się dwóch mężczyzn. Po ich aurach Junia rozpoznała w nich porywaczy z poprzedniego wieczoru. Jeden z nich miał podbite oko; widocznie w to miejsce musiał trafić jej but...
         - Obudziła się nasza złotowłosa - odezwał się ten drugi, który ją niósł. - Wygodnie pani?
         Junia wzruszyła ramionami.
         - Bywało lepiej. Bardzo boli? - Zrewanżowała się pytaniem, ruchem głowy wskazując imponujące limo. Jej głos był równie sarkastyczny, jak ton rozmówcy.
         - Gdyby nie to, że szef nie lubi uszkadzania towaru, miałabyś teraz takie samo.
        - Uderzyłbyś kobietę? - Junia przekrzywiła głowę, jednak niespecjalnie ciekawa odpowiedzi. Inne pytanie nurtowało ją znacznie bardziej. - Kim jest wasz szef?
         - Jak przyjdzie, to się dowiesz.
         Czarodziejka westchnęła, przewracając oczami.
        - Skoro już mnie porwaliście, chyba należą mi się jakieś wytłumaczenia?
         - O tym zdecyduje szef.
         - A gdzie ten wasz szef?
         Niższy z mężczyzn łypnął na nią jedynym zdrowym okiem.
         - Ma ważniejsze sprawy na głowie - burknął, po czym uśmiechnął się złośliwie. - Ale nie martw się, przyjdzie. Tak dobry towar nie trafia się codziennie.
         Zanim Junia zdążyła zapytać, co porywacz miał na myśli, obaj mężczyźni oddalili się od jej klatki i zniknęli w jednym z namiotów. Czarodziejka oparła się plecami o metalowe pręty i zamknęła na chwilę oczy, skupiając się na swoim wnętrzu. Niepewność, lekki niepokój, ciekawość… Póki co, żadnych oznak traumy. Rozczarowanie. Chyba zaplanowane porwanie to jednak nie to samo.
         "No cóż, dajmy temu jeszcze trochę czasu".
         Nie wiedziała dokładnie, ile owego czasu minęło, ale niebawem sytuacja uległa zmianie. Najpierw czarodziejka usłyszała głosy i tupot kilku par stóp, a po chwili przyglądała się, jak w jej klatce ląduje białowłosy mężczyzna, a drzwi zamykają się za nim. W milczeniu obserwowała jego poczynania, gdy siadał w podobnej jak ona pozycji, tyle że po drugiej stronie ich nowego lokum. Nie wyczuwała w nim strachu ani rozpaczy, co trochę ją zaskoczyło. To było interesujące. Nie wyglądał też na rannego, w związku z czym pradawna nie musiała rzucać się na pomoc z magią życia.
         - Jesteś cały? - Zapytać dla pewności jednak nie zaszkodzi.
         - Junia jestem. - Uśmiechnęła się pogodnie, wyciągając rękę na powitanie. - Witam w moich tymczasowych skromnych progach.
Awatar użytkownika
Terence
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 3 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Terence »

Jeszcze raz powtórzył sobie w myślach swój plan. Był prosty, a jeśli uściśliłby go jeszcze bardziej, to składałby się z czterech punktów: dać się złapać, poczekać na odpowiedni moment do przejścia do akcji, zabić pomagierów jednego z „oficerów” jego brata i, na koniec, dotrzeć do samego Rudego i pozbyć się go. Tylko, że Terence punkty te rozbijał jeszcze na podpunkty, choć nie dotyczyło to wszystkich głównych części jego planu. Na przykład, gdy już będzie walczył z Rudym, nie chciał od razu go zabić, a najpierw zranić tak, żeby nie mógł już walczyć, aby później wydobyć z niego jakieś informacje. Nawet nie rozważał tego, że może pozwoli mu żyć, chociaż zostawienie go rannego i krwawiącego też było trochę kuszące. Wątpił w to, żeby zjawił się tu ktoś, kto pomógłby tamtemu z obrażeniami, ale zawsze istniała jakaś szansa na taki scenariusz. Była niska, ale nie była zerowa. A skoro już pozwolił im na to, żeby go złapali, to musiał przejść do następnego kroku. Takie „czekanie na odpowiedni moment” było najmniej przewidywalną części tego, co chciał tu zrobić. Nie wiedział przecież, kiedy zdarzy się taka okazja – za chwilę, za pół dnia, czy może dopiero za kilka dni. Nie było łatwe przewidzenie tego, ale, z drugiej strony, wydawało mu się, że grupa łowców magicznych niewolników pobędzie w tym miejscu jeszcze przez przynajmniej dwa lub trzy dni, może dłużej. Nie wyglądało na to, żeby zaczęli się pakować i przygotowywać do wyruszenia w dalszą drogę.
Planował też patrzeć na każdego w obozie jak na wroga, jednak musiał z tego zrezygnować, gdy tylko zobaczyć, że ląduje w klatce, w której nie będzie sam ze swoimi myślami. Jasnowłosa kobieta nie wydawała mu się kimś, kto zaatakuje go w chwili, w której nie będzie mógł uciec. Mógł patrzeć na wszystkich łowców jak na przeciwników, ale jej nie mógł tak postrzegać. Przynajmniej wydawało mu się, że nie powinien tak postępować w jej przypadku… Ale! Nie zmieniało to tego, że jego plan nie uwzględniał jakichkolwiek, nawet najsłabszych, znajomości zawartych w tym miejscu. W końcu, przyszedł tu, żeby udawać więźnia i zabijać, a nie poznawać nowe osoby.

A ona to wszystko zepsuła w momencie, w którym się do niego odezwała.

Znaczy, może nie wszystko, a jedynie część planu, która zakładała brak nowych znajomości i więzi, które mogłyby mu zaszkodzić tym, że nawet taka krótka znajomość – zwłaszcza, jeśli okazałoby się, że z taką osobą łatwo się dogaduje – może wywołać pewien stopień przywiązania.
         – Nic mi nie jest – odpowiedział krótko. Właściwie nie włożył w głos żadnych emocji, po prostu zwyczajne odezwał się i powiedział, jak wygląda sytuacja z jego ciałem. Może kusiło troszkę, żeby powiedzieć jej, że tak naprawdę dał się im złapać, ale upomniał się w myślach i dzięki temu pozbył się tego uczucia… I jakże mylił się, gdy przed chwilą myślał sobie, że na tym się skończy. Przedstawiła się, uśmiechnęła i nawet wyciągnęła w jego stronę dłoń! Ona poważnie chciała kontynuować rozmowę. Terry przymknął na chwilę oczy i cicho wypuścił powietrze nosem, a później zmienił pozycję, w której siedział tak, żeby nadal opierać się o kraty, ale też patrzeć w stronę tej kobiety.
         – Terence – odparł, a jego dłoń – z magicznymi, runicznymi tatuażami i zaczynającym się na niej bandażem – lekko uścisnęła dłoń Junii. Białowłosy dość szybko zabrał rękę, widać było, że nie chciał dać jej szansy na przyjrzenie się tym tajemniczym znakom i zauważenie tego, że tam, gdzie zaczyna się bandaż, niektóre z nich widoczne są tylko w połowie. Dość łatwo można było domyślić się, że druga połowa znaków znajduje się na skórze ukrytej pod materiałem opatrunku. Tylko, że ona nie wyglądała na głupią i nie był pewien, ile zdążyła zobaczyć i połączyć ze sobą to, co udało jej się ujrzeć. Gdy zdecydował się na przeczytanie jej aury zobaczył, że na pewno nie ma do czynienia z kimś słabym. Nie rozpoznał części bodźców wizualnych, smakowych czy zapachowych, jednak to, czego się dowiedział, w zupełności mu wystarczyło.
         – Czy tego chcesz, czy nie, będziesz musiała je ze mną dzielić. Przynajmniej przez jakiś czas – odezwał się po chwili. Wyglądał, jakby nad czymś się zastanawiał i jakby próbował w myślach ułożyć odpowiednie pytanie. Chciał je zadać, ale może nie był pewien, czy powinien. Po zobaczeniu jej aury, w jego głowie od razu pojawiło się jedno pytanie. Jak? Jak udało im się złapać kogoś, kto jest tak silny? Sam siebie może i nie uważał za mocarza, ale podejrzewał, że gdyby nie chciał tu trafić, to bez problemu udałoby mu się uciec tym, którzy go ścigali. Uciec albo wygrać z nimi walkę, jeśli doszłoby do starcia.
W końcu zdecydował i postanowił, że zapyta ją o to, nad czym zastanawia się w tej chwili najbardziej. Najpierw jednak rozejrzał się wokół i na chwilę skupił uwagę na stojących w pobliżu strażnikach. Co prawda patrzyli w ich stronę, jednak stali w takiej odległości, że w razie czego mogą szybko dotrzeć do klatki, ale jednocześnie też nie mogli usłyszeć tego, o czym rozmawiali. Jeśli będą robić to przyciszonymi głosami, oczywiście.
         – Jak to się stało, że cię złapali? - zapytał, nawet spojrzał jej w oczy.
         – Wydajesz się być silna. Bardzo silna nawet, więc… Jak? - zadał kolejne, choć niespecjalnie różniące się od wcześniejszego, pytanie. Czekał na odpowiedź, choć może już domyślał się tego, jaka ona może być, tylko… Kto – oprócz niego – byłby na tyle szalony, że chciałby zostać złapany i uwięziony przez handlarzy niewolnikami?
ODPOWIEDZ

Wróć do „Rzeka Motyli”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość