Na'Zahir[Oaza Mia-Alkhama] Musicie być jak szalona rzeka, jak...

Orientalne miasto na wschodnim krańcu Wielkiej Pustyni Słońca, słynące z eksportu płytek ceramicznych, niebieskiego barwnika oraz egzotycznych roślin i zwierząt. Zamieszkiwane przez ludzi, pustynne elfy i leonidów, rzadko odwiedzane przez turystów, jednak wyjątkowo dla nich gościnne, chociaż jak każde posiada bardziej niebezpieczne dzielnice.
Awatar użytkownika
Sadik
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sadik »

        Sadik nie zwrócił uwagi na krzątaninę, gdy wszedł - usłyszał jakieś poruszenie, ale niezbyt go ono obchodziło, wszak Sara miała ranną nogę, więc niewiele mogłaby nabroić… Jej powitanie wydało mu się jednak troszkę sztuczne… Ale i tym niespecjalnie się przejął. Nie miał dużo czasu, a musiał się nią zająć. Podziękowania przyjmował więc już zajęty robotą, kiwając głową. W którymś momencie przelotnie spojrzał na tacę z resztkami śniadania - nie zjadła wszystkiego, co trochę go uspokoiło: wiedział, że raczej nie siedziała głodna. Tylko herbata była wypita do końca. Chyba nie suszyło jej w międzyczasie? Będzie musiał je przynosić więcej, by nie było, że ją pragnieniem bierze.
        Przeprosiny pułkownik przyjął wzruszając ramiona, cały czas wpatrzony w rany, którymi się zajmował. Na razie zdejmował opatrunki i sprawdzał czy gdzieś nie wdała się infekcja.
        - Nie masz za co przepraszać - mruknął. - Czasami krzyk przynosi ulgę. Albo gdy można sobie porządnie zakląć.
        Rany się wietrzyły, a Sadik nachylił się do Sary, by sprawdzić jej gorączkę. Współpracowała, a czoło miała w normalny sposób ciepłe, ale co całkiem go usatysfakcjonowało. Rozluźnił się na tyle, że przegapił moment, gdy dziewczyna zdecydowała się go złapać. Zaraz napiął mięśnie, ledwo się powstrzymał by się nie wyrwać. Spojrzał jej twardo w oczy, jakby był gotowy do konfrontacji, wręcz jakby rzucał jej wyzwanie. Ona jednak… mu podziękowała. A Sadik wyglądał na zaskoczonego - z konsternacją, jakby bał się, że Sara robi sobie z niego żarty, ściągnął brwi. Po chwili oswobodził rękę.
        - Drobiazg - odparł. - To tylko rewanż - dodał bez przekonania, wstając i wlepiając wzrok w jej ranną nogę.
        - Przyniosę wodę by przemyć rany, zjedz coś w międzyczasie - zarządził, po czym wyszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi. W sumie nie było go trochę dłużej niż jakby tylko poszedł po czystą wodę, ale powód jego przedłużającej się nieobecności szybko stał się jasny, bo gdy pułkownik ponownie wszedł do pokoju, niósł nie tylko przybory do oczyszczenia rany, ale również kolejny dzbanek z napojem, tym razem z wodą i syropem różanym.
        - Gdybyś wypiła wszystko, więcej wody pitnej jest w amforze koło drzwi do ogrodu - oświadczył jej, odstawiając napój na stolik. Później przysiadł się i w milczeniu zabrał za oczyszczanie jej ran. Starał się być delikatny, bo sprawianie jej bólu nie sprawiało mu żadnej przyjemności, choć nie miał za wiele czasu, by się z nią pieścić.
Awatar użytkownika
Sarabi
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sarabi »

Każda jej próba ocieplenia ich relacji kończyła się fiaskiem. Zastanawiała się, czy tak będzie przez cały pobyt tutaj. Dotarło do niej, że jeśli nic się nie zmieni, będzie się psychicznie męczyć. Nie miała jednak prawa narzekać. Sadik mógłby ją zostawić na pastwę losu, ale nie zrobił tego. Miała mu wyrzucać, że jest dla niej oschły? To byłoby niewdzięczne. Mimo to czuła się trochę jak dziecko, karcone za swoje dobre chęci, odpychane brakiem jakiejkolwiek empatii. Sara nie była z tych, co to zamykają się w sobie, ograniczają słowa do minimum i żyją jedynie we własnym wnętrzu. Była miłą, dobrą i pogodną dziewczyną. Trochę zbuntowaną, czasem pyskatą, czasem zupełnie zwariowaną. Ciężko znosiła obojętność, brak emocji był dla niej bolesny, miała wtedy wrażenie, że to jej wina, że ktoś zamyka się i odpycha ją od siebie. Co robiła nie tak?

Gdy pułkownik opuścił pokój, westchnęła i aż zakryła twarz dłońmi. "Jakoś to zniosę..." pomyślała.
Kiwnęła głową w podziękowaniu za napój, gdy Sadik wrócił i postawił go na stoliku. Nie zdążyła jeszcze nic zjeść, przez tą chwilę starała się poukładać w głowie myśli. Spodziewała się, że zaraz dostanie burę od mężczyzny, że on przynosi jej obiad i poświęca swój cenny czas, a ona nie raczyła nawet spróbować. Teraz, kiedy el-Bihtu opatrywał jej nogę, nie byłaby w stanie jeść. Dlatego siedziała w milczeniu. Właściwie to oboje milczeli. Czuła się jak bardzo nieproszony gość, w dodatku była przekonana, że dla Sadika jest złem koniecznym. Nie znosiła tego uczucia. Była poniekąd ubezwłasnowolniona, w dodatku z poczuciem, że jej opiekun najchętniej wykopałby ją za próg, jak starego psa. Wpatrywała się w przestrzeń, starając się nie grymasić, nawet, kiedy było nieprzyjemnie.

Nagle poczuła potworny ból, aż przegryzła sobie wargę. Jedna z ran na nodze, ta najbardziej nabrzmiała i rozpalona, mimo nawilżenia, po prostu pękła. Krew wylała się z niej strumieniem, jakby coś naruszyło duże naczynie krwionośne. Pościel w mgnieniu oka zabarwiła się na czerwono. Sarabi z przerażeniem spojrzała na Sadika. Przecież to było niemożliwe, wszystko zaczynało wyglądać lepiej, nie bolało już tak bardzo, a nagle coś jakby przebiło skórę od środka. Zrobiło jej się słabo. Usta miała czerwone od krwi, z kącików płynęły jej rubinowe stróżki, nawet zęby przybarwiły jej się na szkarłat. Przegryziona warga krwawiła mocniej niż powinna. Dotknęła dłonią ust i zobaczyła, że na placach ma krwawe plamy. Nie wiedziała już, czy sama sobie to zrobiła, czy coś innego miało na to wpływ. Zmroziło ją tak bardzo, że nie potrafiła wykrztusić ani słowa.
Awatar użytkownika
Sadik
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sadik »

        Sadikowi nie sprawiało radości robienie przykrości Sarze, po prostu… Nie chciał się do niej zbliżyć. I nie chciał, by ona się do niego zbliżyła. Czasami miewał przebłyski pewnego zrozumienia – takie pojedyncze zdania, które przypadkiem mu się wyrwały z ust, gdy chwalił jej decyzję o ucieczce albo przeklinał aranżowane małżeństwa. Ale nie chciał, by go polubiła i sam nie chciał zapałać do niej większą sympatią niż to już się stało. Bo tak, trochę ją polubił. Była miła. Trochę za gadatliwa jak na jego gust, ale dało się z tym żyć. Ale on wcale nie chciał się z tym godzić, bo to oznaczało dla niego kłopoty. Obiecał sobie, że już nikomu nie zaufa i nikogo do swojego życia nie wpuści, bo nikogo nie jest godny – życie dobitnie mu to pokazało. W najlepszym razie zasługiwał na rolę pionka i z braku innej opcji, właśnie ją przyjął. Nie widział dla siebie innej opcji… A na zakończenie tego był zbyt wielkim tchórzem.
        Pasowało mu więc, gdy oboje milczeli. Czuł co prawda, że Sara wręcz się dusi w tej ciszy, ale niech to, nie miał weny, by zabawiać ją rozmową. Już dość się dla niej starał – nosił te wszystkie posiłki, opatrywał rany, przygotowywać pościel i setki innych rzeczy. Mógł jej powiedzieć „radź sobie sama”, ale tego nie zrobił, starał się o nią dbać. Trudno, przeżyje. Może wieczorem najwyżej zamieni z nią parę zdań, by już przestała wyglądać jak zbity psiak.
        Skąd wzięła się ta krew – nie wiedział. Po prostu, nagle trysnęła mu spod palców. Zaklął, błyskawicznie sięgając po dodatkowe opatrunki, by zatamować nimi ranę na nodze. Pod wpływem impulsu uniósł ją również nieco do góry – ponoć dzięki temu krew wolniej płynęła. Ale to nie był koniec zmartwień: Sara zaczęła krwawić z ust. Sadik nie wiedział czy była to przegryziona warga, język, czy może krwawiła z przewodu pokarmowego. Naprawdę się wystraszył, tym bardziej, że krwi było naprawdę sporo. Złapał za kolejny czysty opatrunek.
        - Wypluj – zwrócił się do Sary, podstawiając jej szmatkę. W sumie powinien dać jej miskę, ale nie miał teraz żadnej pod ręką. – Skąd ta krew?! – zdenerwował się, ale nie na nią tylko z troski o nią, to dało się usłyszeć w jego głosie. Był naprawdę przejęty, zestresowany a nie rozgniewany. ”Czemu ta krew jest taka rzadka?”, dodał w myślach. Za rzadka, jakby brała coś, co rozrzedzało krew. Może to te leki.
        - Przytrzymaj - zwrócił się do niej, układając opatrunek przy jej wargach i dociskając go delikatnie jej dłonią. Gdy był pewny, że trzyma, puścił jej rękę i zajął się tą raną na nodze. Nie przejmował się tym, że brudzi wszystko wokół. Jeszcze raz obtarł krew i jeśli płynęła zbyt obficie, bez wahania zwinął jeden z bandaży, aby zrobić z niego opaskę uciskową. Tym sposobem - uciskiem i tamowanie - starał się jakoś samemu poradzić sobie z tą sytuacją, choć w duchu już nastawiał się na to, że będzie z nią biegł do medyka.
        - Lepiej? - upewnił się. - Boli cię, kręci ci się w głowie, jest ci zimno albo gorąco? - doprecyzował. Głos miał opanowany, bo w końcu to nie był moment, by panikować, a rana nie była wcale aż tak poważna. Przejął się jednak, bo Sara była bardzo delikatna - delikatniejsza w każdym razie niż jakiś tam żołnierz, dlatego wymagała szczególnej troski. Nie chciał się z nią przyjaźnić, ale to nie znaczyło, że nie zamierzał się o nią troszczyć.
Awatar użytkownika
Sarabi
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sarabi »

To było jakieś szaleństwo. Noga bolała zupełnie inaczej niż wcześniej. Nie pulsowała, nie rwała, nie cierpła. To nie był jednostajny ból, ale nagły, jakby ktoś rozcinał ją i grzebał w środku. Nie przypominało to nawet bólu jaki doznała przy ugryzieniach. To było zupełnie co innego. Przycisnęła do ust opatrunek, wpierw wypluwając na niego krew. Teraz bolała i warga i noga. Odsunęła bandaż i odchyliła dolną wargę, pokazując Sadikowi głęboką, podłużną ranę. Nie wyglądało to jak przypadkowe ugryzienie, raczej jakby ktoś uderzył dziewczynę w szczękę, a zęby mimowolnie wbiły się w skórę. Miała już dość. Jej mózg był przeciążony. Poprzedni dzień był koszmarny, noc nie przyniosła ulgi. Kilka godzin snu dało odrobinę oddechu, potem chwila przy książce i znów to samo. Skąd miała brać siły? Patrzyła na Sadika, a z otwartych oczu płynęły jej łzy. W głowie jej szumiało, a w uszach odbijały się słowa: intruz, utrapienie, dziecko, beksa. "Już nie chcę...", zabrzmiało gdzieś pomiędzy. Ponoć człowiek nie jest w stanie wytrzymać zbyt długo bez mrugania. Tym bardziej przerażające były oczy dziewczyny wypełnione łzami, utkwione w jednym miejscu. Już chyba nawet nie w Sadiku. Skórę miała bladą, usta nie dość, że nadal czerwone, to jeszcze drżące. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała, w zdecydowanie zbyt szybkim rytmie. Odpowiedzenie mu na jakiekolwiek pytanie nie było w tej chwili możliwe.

Sara wyglądała jakby zaraz miała stracić przytomność i osunąć się na łóżko, ale to się nie stało. Siedziała sztywno, niczym opętana przez duchy. Coraz bledsza i coraz bardziej zapłakana. Ile to trwało? Nie wiedziała. Zamknęła oczy, choć spod powiek nadal płynęły łzy. Przełknęła ślinę, obtarła usta wierzchem dłoni. Ale kiedy ponownie spojrzała na swojego opiekuna, nie wyglądała już tak jak wcześniej.
- Zostaw już to - powiedziała tonem jakiego nigdy wcześniej nie używała. Dosłownie wyrwała opatrunek z rąk mężczyzny i sama przycisnęła go sobie do rany. Coraz bardziej zapłakana i drżąca już na całym ciele, ale bardziej zdeterminowana, rzuciła w jego stronę:
- I idź stąd. Dam sobie radę sama. - Czuła, że jeszcze kilka sekund i wybuchnie płaczem, a miała serdecznie dość wszystkiego. W tym Sadika.
- No idź... - Pociągnęła nosem, ale wydawało się, że wraz z łzami wylewa się z niej upór. Miała ochotę krzyczeć, żeby zostawił ją w spokoju, ale to wymagałoby zbyt dużej siły. Mówienie nie sprzyjało ranie w ustach, więc stróżka krwi znów pociekła jej z kącika ust. Obtarła ją tym samym rękawem co nos i wlepiła wzrok w ranę na nodze, a raczej w opatrunek, przez który za chwilę miała przesączyć się krew.
Awatar użytkownika
Sadik
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sadik »

        Sadik nie od razu spostrzegł łzy Sary. Gdyby go o to zapytano, tłumaczyłby się tym, że jednak krew jest ważniejsza niż łzy, a tej było naprawdę sporo. I co więcej nie chciała przestać płynąć. Starał się zatamować krwotok, jakoś ogarnąć ranę na wardze i nodze, ale choć starał się jak mógł, nie był medykiem. I coraz bardziej nabierał pewności, że sam sobie z tym nie poradzi.
        Jednak ton, jakim odezwała się do niego Sara, usadził go w miejscu. Spojrzał na nią zaskoczony - takim wzrokiem, jakim dowódca patrzy na podwładnego, który nagle mu się sprzeciwi. Nie spodziewał się tej stanowczości. Opuścił ręce i patrzył na jej zapłakane oblicze, najpierw zdezorientowany, później trochę zły, a na koniec… Tak, zatroskany. Jej łzy poruszyły w jego sercu strunę, którą do tej pory tak bardzo starał się chronić przed innymi. Zrobiło mu się wstyd, że był dla niej takim bucem i że tak zawiódł jako opiekun. Ale w sumie nie pierwszy raz kogoś zawiódł - dlaczego nadal nie umiał się przyzwyczaić do tego uczucia? Skołowany natłokiem myśli i emocji nie opierał się, gdy Sara wyrwała mu z ręki opatrunek. Dopiero po chwili się ocknął i ujął ją za nadgarstki, by zwrócić na siebie jej uwagę.
        - Nie ma mowy - oświadczył łagodnym, choć stanowczym głosem. - Nie zostawię cię w tym stanie. Potrzebujesz fachowej pomocy, ja sobie z tym nie poradzę, a ty jesteś zbyt zmęczona. Sara… Spójrz na mnie. - Sadik puścił jej ręce i ujął ją delikatnie pod brodę, by dziewczyna podniosła na niego wzrok. Nie miał już tak zaciętego wyrazu twarzy jak z reguły, teraz malowała się na nim szczera troska.
        - Daj sobie pomóc… proszę - odezwał się. - Zaopatrzę ci teraz to prowizorycznie i zabieram cię do medyka. Nie dyskutuj, wiem co robię.
        I to powiedziawszy pułkownik zabrał się za realizację tego, co zapowiedział. Rzucił niedbale na ziemię przesiąknięte krwią opatrunki i wziął nowe. Z części zrobił spory pakuł, który przyłożył do rany, a następnie mocno go zabandażował, by nie zsunął się w drodze. Znowu przeszedł w ten zadaniowy tryb działania, był skupiony na celu i nie rozpraszał się niczym wkoło. Jego ręce poruszały się niezwykle szybko, bez wykonywania zbędnych gestów. Opatrunek był skończony wręcz błyskawicznie.
        - Już - oświadczył. - No, spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Obejmij mnie za szyję, zaniosę cię, tak będzie szybciej niżbym miał siodłać konia.
        Sadik wiedział co mówi. Nie mieszkał daleko od garnizonu, bo w końcu jaki miałoby to sens? Dzięki temu nie musiał biegać z Sarą gdzieś na drugi koniec oazy. Gdy więc tylko wziął ją na ręce, zaraz wyszedł z nią z domu i szybkim marszem udał się do chatki medyka. Nie założył kefiji, nie przejmował się tego typu drobiazgami - bał się, by Sara nie straciła przytomności. Nawet gdy szedł, mówił do niej co jakiś czas, by skupić jej uwagę - zapewniał, że to niedaleko, pytał czy boli, prosił, aby mocniej się złapała, no cokolwiek.
        Do drzwi medyka nawet nie zapukał - otworzył je nogą i zaraz wparował do środka, nie zważając czy ktoś tam jest. Nie było nikogo. Ba, nie było nawet samego lekarza.
        - Łapiduchu! - zawołał Sadik, sadzając Sarę na jednej z kozetek. Wezwany medyk zerknął na nich z zewnątrz przez okno. Najpierw wyglądał na zdezorientowanego, później zaś na przejętego. Zaraz szybko wbiegł do środka.
        - Rana jej się otworzyła, krwawi jak cholera… - wyjaśnił pułkownik, ale nie musiał tak naprawdę nic mówić, lekarz już zajął się swoją powinnością.
Awatar użytkownika
Sarabi
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sarabi »

Już nie wiedziała co boli ją bardziej: ciało czy dusza. Z każdą godziną coraz mocniej żałowała, że opuściła pałac. Co jej przyszło do głowy, żeby uciekać? Po co? Żeby umrzeć gdzieś na pustyni? Jedno było pewne, coś w niej pękło. Wokół żadnych przyjaciół, żadnych życzliwych ludzi. Tylko Sadik, któremu siedziała na głowie jak nieproszony gość i intruz, którego trzeba było znosić. W tej oazie nie było nikogo, kto chciałby cokolwiek dla niej zrobić, nawet za pieniądze. Nie wiedziała, że pułkownikowi wszyscy odmówili pomocy. Ale widziała wyraz twarzy kobiety, u której się zatrzymała. Jaka była głupia, kiedy myślała, że sobie poradzi. Jej lekkomyślność miała chyba doprowadzić do odcięcia kończyny i powrotu do domu. Władczyni bez nogi. Taki dostanie przydomek? "Beznoga"? Rozdzierało ją od środka. I po raz pierwszy pomyślała, że chce wrócić do domu. Nic tu po niej. Nawet Tamar nic by tutaj nie poradził. Mogła założyć medalion, może wtedy psy by jej nie pogryzły, a może Tamar zabiłby je jednym ugryzieniem, a ona skończyłaby w lochach, o ile takowe tu mieli. Miała wrażenie, że uchodzi z niej życie. Choć może były to po prostu ostatki psychicznej siły.

Tama puściła i Sarabi nie mogła już przestać płakać. Opatrunek wysunął jej się z ręki, a ona zakryła twarz dłońmi, nie zważając na to, że ubrudzi się krwią. Rozpacz, to słowo pasowało idealnie do tego co się w niej działo. Niby poczuła ręce mężczyzny na swoich nadgarstkach, niby patrzyła na niego. Niby słyszała co mówi i wydawało się jej to nawet przyjazne, ale łzy nie chciały przestać płynąć, oddech nie chciał się uspokoić. Drżenie całego ciała tylko się wzmogło. "Daj sobie pomóc..." - odbiło się w jej głowie kilka razy. Ton jego głosu sprawił, że zaczęła płakać jeszcze bardziej. Już nie dlatego, że nikt nie chciał jej pomóc, tylko właśnie dlatego, że chciał.

Zawisła mu na szyi, choć nawet na to brakowało jej sił. Głowy nie mogła już podnieść z jego ramienia. Słyszała co do niej mówi, ale miała wrażenie, że wszystko dzieje się jakby za szkłem. Przed oczami mignęły jej jakieś kolorowe postacie. Nie wiedziała, że to tylko złudzenie. Ile trwało przejście z domu Sadika do budynku, w którym pracował medyk? Nie wiedziała. Kładziona na stole, przelewała się przez ręce pułkownika. Ciągle świadoma, ale na wpół żywa.

Medyk dopadł do nogi dziewczyny i zdjął bandaż.
- Trzeba szyć - oznajmił i kazał trzymać Sadikowi opatrunek, póki nie przygotuje wszystkiego. W błyskawicznym tempie przyszykował sobie wszystkie specyfiki, leki, chusty, bandaże. W tym szklaną strzykawkę. Igły i strzykawki były rzadkością, tak jak wszelkie płyny do nich. Ale medycy pracujący wśród żołnierzy mieli do nich dostęp. Głównie gdyby komuś urwało nogę albo rękę. Używało się ich rzadko, tylko kiedy nie było innego wyjścia. A tym razem nie było. Dziewczyna płakała, krwawiła z nogi jakby coś rozerwało ją od środka. Medykowi nie umknęło też, że we krwi ma twarz i usta. Musiał podać jej środek uspokajający, ale wypicie nie wchodziło w grę. Nie wiedział skąd krew na jej wargach, ale skoro ściekała aż po brodzie znaczyło, że sączy się z jamy ustnej.

Mężczyzna napełnił strzykawkę przeźroczystym płynem. Nie miał dostępu do odpowiednich igieł, a już na pewno nie takich, których można było bez problemu użyć na kobiecie. Tyle, że innego wyjścia nie widział.
- Na bok - powiedział do Sadika. Sarze było już obojętne co się stanie, więc przewrócenie jej na bok nie miało dla niej żadnego znaczenia. A nawet osunięcie spódnicy, by wbić igłę w jej pośladek. Wszystko zmieniło się, kiedy poczuła piekący ból przy przebijaniu skóry. Wrzasnęła, a że w pobliżu miała tylko pułkownika i jego rękę, chwyciła go za nadgarstek, aż wbiła mu w skórę paznokcie. Minutę później leżała już na plecach. Oczy miała otwarte, ale zamglone, a świat docierał do niej wybiórczo.

O ile spódnica i przepaska na piersi medykowi nie przeszkadzały, tak plączące się wszędzie frędzle od narzutki były nie do zniesienia. Medyk kazał Sadikowi przytrzymać Sarę, ale kiedy zdjął z niej zbędne ubranie, zupełnie zdębiał.
- Co do cholery... - Kolorowe pióra wystające ze skóry dziewczyny wprawiły go w osłupienie.
- Ona nie jest człowiekiem?! - Spojrzał na tymczasowego opiekuna dziewczyny.
- Czemu nie powiedziałeś?! Wiesz co jej podałem?! Co to za rasa?! Szlag... Teraz to już zostaje się tylko modlić, żeby nam tu nie zeszła - wycedził przez zęby.
- Czy ja umrę? - wtrąciła się ciemnowłosa, ledwo słyszalnym głosem. Jedną rękę miała wyciągniętą na bok, dłonią szukała czegokolwiek, lub raczej kogokolwiek, kto upewniłby ją, że jednak nie umrze.
Awatar użytkownika
Sadik
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sadik »

        Sara przypominała mu małpkę, gdy tak uwiesiła się jego szyi i po prostu dawała się przekładać i nosić. Wiedział, że cierpiała i podejrzewał, że potrzebowała pocieszenia – może przez to tak się go trzymała. On jednak musiał zająć się jej raną, a na pocieszanie przyjdzie jeszcze czas. Po wszystkim powie jej, że była dzielna, ale póki co musiała to przeżyć i nie stracić nogi. No bo wiedział jak to się skończy? Różnie mogło być…

        Trzeba szyć. Cóż, Sadik się z tym liczył – już idąc tu zakładał, że kilka szwów trzeba będzie założyć, bo rana krwawiła tak, jakby naruszono jakieś grubsze naczynia, a one zawsze znajdowały się głębiej… Biedna Sara, zostaną jej pewnie po tym blizny, a która dziewczyna cieszyłaby się z takiej pamiątki? Nawet mężczyzna nie zawsze się nosił takie ślady z dumą. Pogryziony przez psa na ulicy? Średni powód do chwalenia się. Gdyby jeszcze zdobyć je w boju to co innego…
        Pułkownik poczuł lekkie ukłucie opory, gdy medyk zaczął mu wydawać polecenia, ale to nie była pora na unoszenie się honorem, więc schował dumę do kieszeni i robił co mu kazano – trzymał, dociskał, podawał. Co jakiś czas spoglądał na Sarę by upewnić się czy ta jakoś sobie radzi, ale nie mógł jej pocieszyć – miał cały czas zajęte ręce i skupiał się na robocie, nawet jeśli nie było jej wiele, bo przecież tylko pomagał.
        Polecenia wykonywał szybko – gdy padło „na bok”, on zaraz objął Sarę i obrócił ją bez większego problemu. Była drobna, lekka i nie walczyła, więc nawet się przy tym nie zasapał. Gdy zaś medyk wykonywał zastrzyk, on z szacunku obrócił wzrok, skupiając go na jej twarzy. W porę dostrzegł grymas bólu, dlatego nie zdziwił się, gdy kurczowo złapała go za nadgarstek. Udawał, że nie boli go to jak wbiła mu paznokcie w skórę, choć wyraźnie się spiął. Cholera, co też on z nią miał… Dobrze, że środki od medyka zaczęły szybko działać i Sara się rozluźniła.
        Najgorsze miało jednak jeszcze nadejść.

        - A skąd ja mam to do cholery wiedzieć?! – uniósł się Sadik, od razu samemu podnosząc głos na medyka, który zarzucił mu zatajenie. – Ty myślisz, że nie mam lepszych zajęć tylko baby podglądać?
        Być może ta wymiana zdań trwałaby dłużej, gdyby nie wtrącenie się Sary. Pułkownik zaraz zorientował się, że swoimi krzykami tylko ją wystraszy. Zaraz więc postarał się ogarnąć, przysiadł obok niej i złapał ją za dłoń, którą błądziła po pościeli.
        - Nie umrzesz, spokojnie – odpowiedział jej już bardziej opanowanym głosem, posyłając jednak medykowi znaczące spojrzenie: „A spróbuj mnie poprawić to tak cię walnę, że twoje zęby będą zbierać w Wielkiej Oazie Słońca”. Nawet jeśli to nie była prawda i Sara miałaby zejść w przeciągu trzech uderzeń serca, po co ją straszyć?
        - Sara… - Sadik nachylił się do dziewczyny, by ta nie musiała się wysilać i by skupiła się całkowicie na nim. – Jakiej jesteś rasy? Nie bój się odpowiadać, to może zostać między nami, ale musimy to wiedzieć by ci pomóc – wyjaśnił jej spokojnym, rzeczowym głosem, cały czas trzymając ją za dłoń w geście wsparcia. - Będzie dobrze, wyjdziesz z tego.
        Medyk w międzyczasie zaczął już przygotowywać się do zabiegu – nie był w stanie jej pomóc gdyby dawka anestetyku okazała się za silna, a jeśli akurat będzie odpowiednia, będzie mógł szyć. Oczyszczał więc ranę trzymał nici w pogotowiu.
Awatar użytkownika
Sarabi
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sarabi »

Medyk krzyczał, bo był przerażony. Naturianom nie podawało się takich środków, bo zbyt często umierali. Dziewczyna miała pióra, więc albo harpia, albo fellarianka. Na pewno nie człowiek. Istniało ogromne ryzyko, że właśnie ją zabił. A jeśli ją zabił, to pewnie sam zawiśnie. To była oaza pełna żołnierzy, a nie azyl dla podlotków. Nie ratował księżniczek, tylko starych wojów. Owszem, miał wykształcenie, co nie zmieniało faktu, że od lat pracował właściwie z samymi mężczyznami. Kobiety chodziły do lokalnej znachorki ze swoimi problemami, a nie do niego. Właśnie dlatego dopiero teraz, oczyszczając ranę dotarło do niego coś, o czym nie pomyślał wcześniej...

Wczorajszego wieczoru zdążył nasłuchać się tylu plotek na temat pułkownika i dziewczyny, że ledwo mieściły mu się one w głowie. Ale jednego był prawie pewien. Ich gburowaty dowódca był widziany z Sarą, kiedy ta wieszała się mu na szyi. Potem uratował ją przed rozszarpaniem przez psy. Biegał z nią na rękach po całej oazie, chociaż mógł jej kazać chodzić o kuli. Jeśli chciał zachować dystans i jakiekolwiek pozory powinien umieścić ją w karczmie, tymczasem ona zamieszkała razem z nim. Tylko idiota uwierzyłby, że jest mu obojętna i poznał ją dwa dni wcześniej. Z boku wszystko wyglądało bardzo jasno. Sara była kobietą pułkownika. Kochanką, narzeczoną - o żonę go nie podejrzewano - krewną nie była na pewno. Siostra ani kuzynka nie wieszałaby się mu na szyi.

Bura od Sadika podziałała na łapiducha. Tyle, że to co powiedział wcale nie sprawiło, że medyk zmienił zdanie na temat relacji pułkownika i dziewczyny. Co to w ogóle miało znaczyć "nie mam lepszych zajęć tylko baby podglądać"? Dla medyka nie było to żadne wyjaśnienie. Wiedział jednak, że musi zejść z tonu, bo mogą go powiesić jeszcze zanim pacjentka wyląduje w piachu.

Tymczasem Sara była gdzieś pomiędzy rzeczywistością, a snem.
- Mmmm... - przekrzywiła głowę na bok, żeby móc patrzeć na Sadika.
- Jesteś nawet miiiiły. Masz takie śmieszne, fikuśne tutaj coś. - Próbowała podnieść rękę i pokazać na swoje czoło, ale nie dała rady. A chodziło jej o jego białą grzywkę. - I ładne oczka, jak u kolorowych kotków. Rasy? Nor... Normalnej? Czarnej? Mao czarnej, ale czarnej. Ludzieł? Lubdziel? - Język jej się plątał. - Ludziełem, mahi coś tam coś tam... - Sara powoli przestawała kojarzyć co się wokół niej dzieje. Od czasu do czasu oczy miała otwarte, ale co raz częściej jej się zamykały.
- Nie lubię melona... - stwierdziła i to było ostatnie co powiedziała, po czym straciła przytomność.

Medyk przez chwilę się nie odzywał, czekał na dobry moment, żeby coś powiedzieć. W końcu uświadomił sobie, że taki nie nadejdzie. Był spocony, ale nie dlatego, że grzebał dziewczynie w ciele. Nigdy przez myśl mu nie przeszło, że będzie musiał uderzyć w dowódcę takimi słowami.
- Pułkowniku... - zaczął dość spokojnie, już zaczynając zszywać ranę.
- Czy ona może być w ciąży? Kiedy ostatnio krwawiła? Bo jeśli jest... Pułkowniku... Waszego dziecka już nie uratuję...
Awatar użytkownika
Sadik
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sadik »

        Sadik nie zdawał sobie sprawy z tego jakie konsekwencje może nieść podanie naturianinowi takiej samej dawki leków jak człowiekowi – jedyna medycyna którą ogarniał to opatrywanie ran i leczenie kaca. Być może tylko dzięki tej nieświadomości nie panikował i miał jeszcze czelność wściekać się na medyka. Oj, gdyby wiedział co temu lekarzowi kłębiło się w głowie, byłby jeszcze bardziej wściekły. Ale nawet nie zwracał uwagi na ewentualne wymowne spojrzenia – była robota do wykonania, dziewczyna im się wykrwawiała.
        - Sara, skup się – zwrócił się do niej stanowczo, ale starając się zachować łagodność. Teraz jej się zebrało na komplementy i kontemplowanie jego urody. Jedno słowo, potrzebował od niej tylko jednego słowa – jakiej jest rasy? Przecież to powinno być dla niej proste.
        Jest!
        - Słyszałeś? – Sadik zwrócił się do lekarza. – Człowiek. Mahinka.
        Pułkownik pozwolił sobie na dyskretne westchnienie ulgi. Tyle z głowy. Wiadomo było, że nie umrze, bo jest człowiek i że nie lubi melona. Jakby to miało być im w jakiś sposób przydatne, ale niech będzie… No i teraz już była nieprzytomna, więc można było działać spokojniej.
        Pierwsze pytanie zadane przez łapiducha było proste i w sumie nie można było mieć do niego pretensji o to, że stara się dociec czy Sara nie była brzemienna. Sadik nie wiedział, ale fakt, mógł wiedzieć, mogła mu powiedzieć, choć jeśli nie znał jej rasy… Ale później zaczęło się robić coraz dziwniej. Skąd on miał wiedzieć kiedy wypadały jej dni księżycowe, co on, jej matka? Co za durne… I nagle nadeszło zrozumienie, choć z początku pułkownik nie wierzył, że te słowa naprawdę padły. „Waszego dziecka”… On myślał, że to była jego kobieta?! Że oni mogli mieć razem dziecko?! Sadik się wściekł słysząc te insynuacje. Gwałtownie wstał.
        - Nie mam pojęcia czy jest w ciąży i ona NA PEWNO nie nosi mojego dziecka o ile nie jest wiatropylna! – krzyknął, mocno gestykulując i z uporem patrząc medykowi w oczy. – Nie sypiam z nią i nie obchodzi mnie czy ona to z kimkolwiek robi. Jej sprawa. JEJ – podkreślił. – Zajmij się lepiej tą cholerną raną zanim do reszty poniesie cię fantazja. Nawet jeśli jest w ciąży… Kurwa, trudno, zajmij się ratowaniem jej, skoro i tak byś nie umiał pomóc dziecku.
        Sadik znowu usiadł przy Sarze, pozwalając sobie na wycedzony przez zęby obelżywy epitet, którego medyk nie mógł usłyszeć. Dałby mu w pysk za ten durny pomysł z ciążą, ale jeszcze go potrzebował. Gdy jednak usiadł, dotarło do niego jaka odpowiedzialność nagle na nich ciążyła. On naprawdę nic o niej nie wiedział. Powinien? Tak i nie. Może gdyby był względem niej milszy to by wiedział takie rzeczy. Nie mógł jednak myśleć o wszystkim. Ale co jeśli ona naprawdę jest w ciąży i straci dziecko? Cholera, oby nie. Kurwa…
Awatar użytkownika
Sarabi
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sarabi »

Medyk dostał kolejny opieprz i to tylko dlatego, że po pierwsze, próbował pomóc, po drugie był absolutnie szczery. Nie powiedział już ani słowa i zajął się zszywaniem rany. Jakoś do początku miał do dowódcy stosunek neutralny. Do czynienia miał z nim tyle co nic, więc wisiało mu jaki Sadik jest naprawdę. Teraz jednak pomyślał, że pułkownik jest bezdennie głupi. "Idiota... Próbuję mu ratować babę, a ten jeszcze drze na mnie ryj... Kretyn... Miastowy się znalazł, paniczyk pierdolony. Jakbym nie powiedział, że może mu kobieta poronić, a tak by się stało, to kogo powiesiliby za jaja? Biednego, cholera jasna, medyka. Ze stolicy przyjechał i myśli, że w tej zapyziałej dziurze są sami idioci. I jeszcze próbuje wmówić takiemu staremu dziadowi jak ja, że co? Że przyjechała do niego siostra, co lepi się do brata jak mucha do gnoju. Wiatropylnie, taaa. Debili z nas wszystkich robi. Jeszcze myśli, że nikt nie wie, że przyłazi taki do garnizonu na kacu. Czy jemu się wydaje, że jest niewidzialny i nikt go w karczmie nie widzi? Błazen. Jedna gospoda w tej cholernej dziurze. Jedna. Jak jej nie zapylił, to trzeba było wsadzić tam babę i mieć spokój".
Medyk miał poważną minę i powoli zszywał ranę swojej pacjentki. Ręce już mu nie drżały, skoro miał pewność, że Sara jest człowiekiem. No, pewności nie miał, ale skoro tak twierdziła. Tymczasem w głowie przeklinał niczym stary krasnolud. Całą złość i pogardę wobec pułkownika musiał zachować w tej chwili dla siebie. Co nie zmieniało faktu, że Sadik miał go za głupca. On tylko chciał ratować dziewczynę i uprzedzić o ewentualnych konsekwencjach znieczulenia. A dostał za to pałką w łeb. Trudno było się dziwić, że był wściekły.

"Ech... Biedne dziewczę. Kogoś ty sobie znalazła, co? Za ładna jesteś dla tego tutaj. I zdecydowanie zbyt krucha. Zasługujesz na kogoś o wiele lepszego. Będzie dobrze. Pozszywamy cię, wszystko się zagoi i mam nadzieję uciekniesz daleko od tej dziury i wielkiego pana ze stolicy. Nadajesz się na żonę dla bogatego i mądrego, a nie głupca i pijaka. I obyś nie była w ciąży, bo zawisnę...".

Trwało to dość długo, ale w końcu rana była zszyta, a szwy drobne, by zostawiły jak najmniejszą bliznę. Medyk zaś był cały we krwi i brudach. W dodatku zmęczony całą sytuacją. Nie zamierzał już mówić pułkownikowi nic więcej poza suchymi faktami.

- Wszystko będzie w porządku. Ranę trzeba przemywać i nawilżać, jak do tej pory. Nie otworzy się. Kiedy wszystko się zagoi zdejmę jej szwy. - Tyle, nic więcej. W głowie jednak cały czas myślał o tym, że jeśli zabił dziewczynie dziecko, to chyba sobie nie wybaczy. Zbyt wiele lat wśród mężczyzn zaprowadziło go w niewłaściwie miejsce...
Awatar użytkownika
Sadik
Szukający drogi
Posty: 42
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sadik »

        Sadik patrzył medykowi na ręce tylko co jakiś czas spoglądając na oblicze śpiącej Sary i jej klatkę piersiową – sprawdzał czy jeszcze żyje i oddycha, bo wbrew pozorom trochę się przejął. Z goryczą myślał w co ona go wpakowała. W co sam się wpakował swoim za dobrym sercem. Medyk uważał, że to jego kobieta. Ile jeszcze osób mogło tak myśleć? Że też przyszło jej do głowy się na nim wieszać… Nic mu z tego nie przyszło, może nawet byłoby lepiej gdyby zobaczyli jak przypiera go do muru. Chwilę by szeptano o tym, że jest mięczakiem, który daje się bić kobiecie, ale parę razy dałby komuś w mordę, powalił na ziemię przy treningach i byłby spokój – udowodniłby, że dziewka tak go przyszpiliła tylko dzięki temu, że na to jej pozwolił. Jak małemu pieskowi, który szczeka i udaje groźnego. Musiała więc się do niego kleić? Nawet mu się nie podobała. Choć od dawna nie miał żadnej kobiety, odmówiłby jej, gdyby pchała mu się do łóżka – z własnej chęci czy dla rewanżu, nieważne, po prostu nie. Musiała więc odstawiać sceny? Ale może to on zawinił… Pierwszy ją zaatakował. Kurwa, powinien się w ogóle nie interesować jakąś obcą i tym co mogłaby nagadać…
        - Muszę już iść – oświadczył, wstając ze swojego miejsca. – Przyjdę po nią później.
        Nie tłumaczył się z niczego, nie podawał powodu, dla którego musiał opuścić lecznicę i kiedy wróci po nieprzytomną pacjentkę – zakładał, że medyk się domyśli. Słońce opuściło już zenit, pora wracać do roboty…

        Sadik zgodnie z zapowiedzią wrócił po jakimś czasie – rozdzielił obowiązki, przerobił część papierów i wyrwał dla siebie chwilę czasu, aby odnieść Sarę do domu. Wtedy też wysłuchał nowych instrukcji medyka.
        - Czemu otworzyła się wcześniej? – zapytał bez wyrzutu, ale wymagając odpowiedzi. Wolał być przygotowany na to, że coś i tym razem może pójść nie tak. Ponoć jednak nie było powodów do obaw, to był krwiak czy coś, już na pewno żadne naczynie się nie otworzy. Sadik przyjął to ze spokojem i już nie dyskutując zabrał Sarę do siebie. Nie miał wiele czasu, a jej łóżko było uwalane krwią, dlatego położył ją w salonie. Przyniósł z jej pokoju książkę, którą czytała, na stoliku w zasięgu ręki zostawił zimny już obiad, dzbanek z napojem i jakieś przekąski, by wytrzymała do jego powrotu. Później musiał już wracać na służbę.

        Do domu wrócił już po zmierzchu i widać było, że po drodze zahaczył tawernę - mimo stabilnego kroku miał szkliste oczy. Wlał w siebie na szybko ze dwa-trzy kieliszki, bo był strasznie podminowany od samego rana i musiał się trochę zrelaksować. Kwestie związane z Sarą nie dawały mu spokoju, a jednocześnie nie miał najmniejszej ochoty ich rozwiązywać. No bo niby co miał zrobić? Wyrzucić ją na ulicę? Teraz? Już mleko się rozlało. Tym, którzy jasno dali mu do zrozumienia, że uważają Sarę za jego kobietę, dobitnie tłumaczył, że to nieprawda i nie ich sprawa, ale chyba nie dotarło do nich. Wiedział, że sam był winny temu, że powstały takie plotki i był przez to na siebie wściekły. Po co mu to było...
        - Jak się czujesz? - zapytał przechodząc przez salon. Nawet wcześniej się nie przywitał. Zdejmował po drodze kolejne nieprzydatne części garderoby i zostawiał je tam, gdzie akurat się dało: na fotelu, komodzie. Podszedł do amfory z wodą i nalał sobie kubek, który od razu wypił. Dopiero drugi pił z większym rozsądkiem, ręką opierając się o brzeg amfory i patrząc uważnie na Sarę. Powinien zagadać coś więcej, coś powiedzieć… Ale cholera miał w głowie za duży mętlik.
Awatar użytkownika
Sarabi
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sarabi »

Medyk nie skomentował. Niby co miał powiedzieć? Że dowódca jest okrutny? Nie. Nadal nie chciał zawisnąć. Niech idzie. Dziewczynie będzie bez niego lepiej. Prawdę mówiąc medyk w tym momencie miał już wyrobione zdanie o pułkowniku. Wcześniej był dla niego neutralnym żołnierzem, dowodzącym akurat w tej oazie. Teraz był skurwysynem. Czy na stole leżała jego kobieta, czy przyjaciółka, czy daleka krewna, a nawet przejezdna, przed chwilą mogła stracić życie. Z resztą nadal mogła nie wybudzić się ze znieczulenia. Może była człowiekiem, tak jak twierdziła, ale musiała być spowinowacona z jakąś inną rasą. Pióra nie wyrastały ludziom z rąk od tak. A ten skurwysyn po prostu wyszedł i ją zostawił. Zwykły, podrzędny chłoptaś, teoretycznie dowódca w tej dziurze, miał aż tyle pracy, by po prostu zostawić kobietę i wyjść. Jakim trzeba było być człowiekiem? Nawet na środku pustyni i wśród wieśniaków panował szacunek wobec płci pięknej. Tylko, że ten sukinsyn zupełnie go nie miał.
Zmęczony mężczyzna przysunął sobie niski zydelek i usiadł na nim niedaleko leżącej Sary. Nadal był brudny, a wszędzie panował rozgardiasz.
- Lepiej żebyś szybko mogła wrócić tam, skąd przybyłaś. Nie jest ciebie wart. Nie jest wart nikogo - westchnął. Odpoczął chwilę, a potem wziął się za sprzątanie. Głowę jednak przez cały czas zawracała mu dziewczyna leżąca na stole. Co chwilę sprawdzał, czy oddycha. Kiedy była tu ostatnio wypytywał ją, był ciekaw. Teraz chciał tylko, żeby się wybudziła, wyzdrowiała i wiała stąd gdzie pieprz rośnie. W całej krzątaninie nie usłyszał pierwszego pukania do drzwi. Dopiero, kiedy ktoś je otworzył odwrócił się gwałtownie. Do pomieszczenia weszła kobieta, na oko, koło sześćdziesiątki, średniego wzrostu, z posiwiałym warkoczem przerzuconym przez ramię. Medyk uśmiechnął się lekko.
- Kalim - oddała uśmiech kobieta, witając się z medykiem.
- Amia, jak miło. Co? Już ktoś przez okno podejrzał co się dzieje, więc przyszłaś? Hm?
- Mniej więcej - odparła kobieta wchodząc głębiej do pomieszczenia. Nie ukrywała, że ukradkiem spogląda na leżąca dziewczynę. Wręcz przeciwnie, obeszła stół dookoła oglądając każdy szczegół jej postaci.
- Fellarianka?
- Twierdzi, że nie, że człowiek.
- Możliwe - mruknęła. - Nie przyszłabym, ale życzliwe ptaszki doniosły mi, że szanowny pułkownik nie raczył pozostać z ukochaną.
- Ano nie raczył - Kalim nadal krzątał się i uporządkowywał swoje rzeczy, po wszystkim co się tu przed chwilą działo.
- Dziwne, prawda?
- Dziwne? - medyk gwałtownie odwrócił się i spojrzał na kobietę marszcząc brwi. - To raczej mało powiedziane. To nie dziwnie, to zwyczajnie bezduszne. Powiedziałem mu, że dałem jej znieczulenie nie wiedząc kim jest, bo mi tego nie powiedział, ani nie pytając, czy może być w ciąży i jakie mogą być tego konsekwencje. Moja wina - wiem. Ale musiałem uprzedzić, bo kto potem trafiłby do więzienia za zatajenie? Ja. Nad jej głową nadal wisi groźba śmierci, w dodatku jeżeli jest brzemienna, to straci dziecko, a on po prostu wyszedł. Od tak. Zgadnij co dostałem z opiekę nad nią i informację, że dziecko może odejść?
- W twarz - wtrąciła siwowłosa.
- Prawie. Wiesz, że jego nic nie obchodzi? Nawet to, że jeśli ona jest w ciąży to ją straci?
- A to jego dziecko? - Amia była bezpośrednia.
- Twierdzi, że nie. Tylko, czy to ważne? Musiałem zszyć jej nogę, straciła dużo krwi, będą blizny, podałem jej znieczulenie, po którym mogła umrzeć i może stracić ciąże, a on po prostu wyszedł. Jakby nic się nie stało.
Amia westchnęła głośno i przeszła pod ścianę, gdzie stała drewniana, prowizoryczna ławka. Usiadła i skinęła głową na medyka. Ten przestawił zydelek i usiadł na przeciw niej opierając łokcie o kolana.

- Do tej pory nie byłeś wobec niego taki surowy.
- Bo nie miałem z nim do czynienia. I wolałem kiedy tak było. Ktoś powinien wywieźć go na środek pustyni, zakopać i zostawić.
- Wszystkim by nam ulżyło - skomentowała kobieta. Kalim spojrzał na nią badawczo. - Spokojnie, nikt tego nie planuje... Jeszcze. Choć w oazie aż wrze od plotek. Jedni mówią, że woli żołnierzy od dziwek i wziął sobie młodą za przykrywkę. Inni, że włazi na wszystko co się rusza i przez to wykopano go ze stolicy. Zdecydowana większość, jednak twierdzi, że papużka przyleciała za nim ze stolicy, bo albo jest w ciąży, albo tak bardzo zakochana, albo i jedno i drugie.
- Oby nie. Nie wybaczę sobie, jeśli zabiłem jej dziecko. Już wolę wersję z żołnierzami - burknął Kalim. - Smutne, nie wiedziała pewnie w co się pakuje. Niech lepiej wraca skąd przyjechała. Ta dziura nie jest dla takich jak ona.
- Tylko dla takich jak my - powiedziała kobieta.
- Tylko dla takich jak my - westchnął jej towarzysz. - Skoro już tu jesteś, mam prośbę. Mogłabyś zajrzeć do niej wieczorem? Ma ją zabrać do siebie "potem", więc po zachodzie słońca nie będę miał jej już pod opieką, z resztą... Chyba sama rozumiesz?
- Prosisz znachorkę o pomoc? Och, Panie Medyku, cóż to za zaszczyt - Amia i Kalim roześmiali się, wiedząc, że pacjentka póki co się nie obudzi.
- To jak ma na imię nasza papużka?
- Sara.
- Przynajmniej nie jest to już plotka. Rozumiem, że martwi cię ewentualna strata tego, czego jeszcze nie widać?
Medyk pokiwał głową.
- Dobrze, zajrzę do pułkownika wieczorem, ale wiedz, że robię to dla niej, nie dla ciebie, stary capie.

Amia i Kalim znali się od lat. Tak naprawdę wykonywali ten sam zawód, ale do niego przychodzili żołnierze i mężczyźni, do Amii kobiety. Ona odbierała porody, leczyła bóle, zajmowała się stanem błogosławionym. Opiekowała dziewczynkami przy dojrzewaniu i kobietami, które przekwitały. Nie miała do dyspozycji takich materiałów jak Kalim. O strzykawce, czy znieczuleniu mogła pomarzyć. Była dobrze wykształcona, ale wyszła za mąż i trafiła tutaj. W tej oazie na jakiekolwiek udogodnienia medyczne mogło pozwolić sobie tylko wojsko. Ona nie miała nawet czym zszywać większych ran. Kalim nie zniżał się do opieki nad zwierzętami, więc ona to robiła. Poród u dziewki, czy u wielbłąda, jaka to różnica? Mimo to, jakimś cudem stali się przyjaciółmi. Początki mieli trudne, bo Kalim przystawiał się do zamężnej już kobiety. Upłynęło wiele wody nim przestali się unikać, ale czas i wszechobecna nuda sprawiły, że w końcu zawiązali ze sobą przyjacielską relację.

- Dzięki - Kalim kiwnął głową i uśmiechnął się.
- Wpadnę potem na "herbatkę" i zostawię najnowsze plotki o naszej papużce - mrugnęła w stronę medyka, po czym wstała i wyszła.

Kiedy Sadik wrócił do swojego domu, Sarabi leżała na kanapie. Miała otwarte oczy i przyglądała się jak mężczyzna zrzuca z siebie zbędne rzeczy. Zupełnie jakby jej tu nie było. Przyszedł i zaczął rozrzucać wokoło swoje manele. Tak często marzyła o tym by zniknąć, ale nie dziś. Dziś chciała zupełnie czego innego. Mimo obolałej nogi leżała na boku, zwinięta w kłębek i przykryta. Cóż... Po takiej utracie krwi miało prawo być jej zimno, nawet na pustyni. Nie podnosiła głowy, tylko wodziła wzrokiem, jeśli akurat Sadik przechodził obok niej. Książka, którą położył wcześniej na stole, leżała dokładnie w tej samej pozycji. Sarabi nie piła, ani nie jadła. Była blada, ale to również było standardowym objawem utraty krwi. Cała była schowana pod narzutą, od czubków palców u nóg, po samą szyję. W tym stanie nikogo nie powinno to dziwić.
- W porządku - odparła dziewczyna. Głos miała cichy, lekki, ulotny, jakby zaraz miała stać się duchem i zniknąć w przestrzeni.
- Jak ci minął dzień? - spytała, mimo, że mężczyzna traktował ją głównie jak powietrze, ewentualnie drzazgę, która ropieje gdzieś w ciele i nie ma się jej jak pozbyć. Kolejny raz uratował jej życie, a ona kolejny raz słyszała w głowie: "Nie masz prawa. Nie bądź niewdzięczna". Jakkolwiek by się do niej odnosił, jakkolwiek by się do niej nie zwracał - ratował jej życie. Wiedziała, że nic nie upoważnia jej do tego by narzekać.
Pan domu nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo nagle rozległo się pukanie do drzwi. Stała za nimi Amia. W swojej charakterystycznej, bladoczerwonej sukni, z warkoczem na ramieniu i łagodnym uśmiechem na twarzy. Wiedziała, że otworzy jej, najbardziej znienawidzony człowiek, w tej oazie, ale nie przejmowała się nim. Zależało jej na pannie papużce, nie na (nie)szanowanym pułkowniku.
- Dobry wieczór - przywitała się - Kalim prosił mnie, bym zajrzała do Sary, czy wszystko w porządku - wyjaśniła.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Na'Zahir”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość