Lasy ErianturDrobne przysługi i inne usługi

Położone we wschodniej części Środkowej Alaranii rozległe i gęste lasy zamieszkałe przez różnorodne zwierzęta, tak te magiczne jak i zwyczajne. Mówi się, że Lasy Eriantur to siedlisko dzikich elfów, które nie chciały żyć z innymi w miastach. Terytoria te porównuje się do Szepczącego Lasu, ponieważ w samym środku dzikiej, nieokiełznanej puszczy znajduje się wielkie elfie miasto Iruvia.
Awatar użytkownika
Zirk
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Zirk »

Póki co wszystko szło raczej dobrze. Podział ról nikomu nie przeszkadzał i przez to żadne z nich nie chciało też zmienić miejsc w tych dwóch grupkach, które utworzyli, a Xirin zgodziła się na to, żeby mówili sobie po imieniu. Rzuciła też dobrym argumentem o tym, że w terenie zawsze lepiej – i szybciej, to na pewno – jest mówić sobie po imieniu. Teraz zostało im odnaleźć zwierzęta, które uciekły Alice. Nie musieli też już martwić się o Riziego, bo nie dość, że został uzdrowiony, to teraz znajdował się w dobrych rękach. Zirk pomyślał nawet o tym, że możesz z Xirin jest nieco bezpieczniejszy niż, gdyby miał pilnować go Alice. Gdyby założył się o to, że Grim myśli podobnie, prawdopodobnie wygrałby ten zakład i nagrodę, która czekała na jego zwycięzcę. Teraz tylko musieli wywiązać się ze swojej części umowy, a później będą mogli ruszać dalej. Mieli konkretne miejsce jako cel swojej aktualnej podróży, a także konkretny dzień, w którym powinni się tam pojawić. Na początku planowali, że dotrą tam dwa lub trzy dni wcześniej, co przynajmniej wynikało na samym początku, gdy ustalili, jak dużą odległość mogą pokonać w czasie jednego dnia podróży. Tylko, że to były jedynie początkowe obliczenia, bo zmienne warunki pogodowe i zdarzenia losowe sprawiły, że ich podróż przedłużyła się nieco. Jednak to nie zmieniało faktu, że uda im się dotrzeć na miejsce, najwyżej nie zjawią się tam wcześniej, żeby może pozwiedzać trochę i poznać okolicę.

Grupy rozdzieliły się, dlatego też Zirk, Grim i Alice zniknęli w leśnych zaroślach, a Xirin i mały Rizi zostali na polanie, aby niedługo później ruszyć w inne miejsce, czyli tam, gdzie znajdowała się „mała forteca” czarodzieja. To swoją drogą również ciekawiło białego tygrysołaka – może nawet chciał zobaczyć, jak mieszka ktoś taki, jak niski osobnik, który im teraz towarzyszy i, dla którego teraz tymczasowo „pracują”. Właściwie interesował go też sam przedmiot poszukiwań. Znaczy… zwierzę. Magicznie zmodyfikowane zwierzę. Mógł oczami wyobraźni zobaczyć to stworzenie, bo obraz ten pojawił się w jego głowie na podstawie tego, co powiedzieli im Xirin i Alice, ale i tak czymś innym będzie zobaczenie go na własne, tygrysie oczy.
Zresztą, sam twórca tych „potworków” prowadził ich właśnie w miejsce, które wydawało mu się najbardziej prawdopodobne pod względem tego, że mogą je tam znaleźć. Cóż, można by było nawet powiedzieć, że im szybciej je znajdą, tym lepiej. Gdy wiedział się, co może czaić się w tym lesie, to naprawdę nie chciało się przebywać w nim dłużej, niż było to konieczne. Przez oblicze Zirka przebiegł grymas niesmaku, gdy przypomniał sobie o swoim bardzo bliskim spotkaniu z tamtą dziwną sarną. Był pewien, że jest to zwyczajne zwierzę, jednak – dzięki słuchowi – szybko przekonał się, że tak nie było. Dopiero później dowiedział się, że było to coś, co stworzył Alice. Z drugiej strony, cieszył się, że wynikające z tego problemy ze słuchem były wyłącznie tymczasowe. Zdawał sobie sprawę z tego, że istniały realne szanse na to, iż mógłby stracić słuch bezpowrotnie. Dobrze, że tak się nie stało. Naprawdę… Chociaż może ich nowy towarzysz mógłby podjąć się przywrócenia tego zmysłu, a może nawet udałoby mu się to zrobić.

Nieważne, nie powinien przyjmować się czymś, co nie zaszło. Powinien zająć się inną rzeczą, czyli rozglądaniem się po okolicy, nasłuchiwaniem i wypatrywaniem podejrzanych ruchów wśród krzewów lub niższych partii drzew. Widział, że pozostali też szukają ptaków, chociaż na własne sposoby. Co prawda, Grim robił to podobnie jak Zirk, jednak starszy tygrysołak częściej podchodził do zarośli i ostrożnie rozchylał je, aby zajrzeć w miejsce, które sobie odsłonił. Jeszcze inaczej robił to sam Alice, który zdawał się łączyć sposoby zmiennokształtnych, a także dodawał tu coś od siebie – na pewno więcej poruszał się i skakał od jednego drzewa do drugiego, a także częściej zaglądał w różne miejsce. Widać było, że zależy mu na znalezieniu tych stworzeń, ale to akurat ich nie dziwiło.
         – Myślisz, że uda nam się je znaleźć do zapadnięcia zmroku? - zapytał cicho Grim, gdy zrównał się z białym tygrysem.
         – Mam taką nadzieję. Wydaje mi się, że ten konkretny las po zmroku może okazać się bardziej niebezpieczny niż inne lasy – odpowiedział mu Zirk, tak samo cicho zresztą. Jeżeli Alice próbowałby się przysłuchiwać, o ile najpierw zwróciłby uwagę na to, że tygrysy ze sobą rozmawiają, to raczej powinien móc ich usłyszeć. Obaj myśleli, że czarodziej zajął się poszukiwaniami, dlatego też niby rozmawiali cicho, ale nie starali się robić tego tak, żeby tylko oni sami słyszeli to, co do siebie mówią.
         – Możesz mieć rację, zwłaszcza, że na własnej skórze, a raczej własnym słuchu, przekonałeś się, co może się tu czaić – odparł starszy tygrysołak i nawet pokiwał krótko głową, jakby jeszcze bardziej chciał zaznaczyć, że zgadza się z tym, co powiedział młodszy z nich.
         – Mhm… Dlatego, nawet jeśli nie udałoby nam się opuścić lasu nocą, to myślę, że moglibyśmy przenocować w domu Alice’a, jeśli on sam by się zgodził – rzucił propozycją Zirk. To rozwiązanie przypadło do gustu obojgu zmiennokształtnym, dlatego jak jeden mąż odwrócili się nagle i w tym samym momencie spojrzeli w stronę ich towarzysza.
         – Pozwoliłbyś nam zostać na noc w swoim domu? - zapytał go biały zmiennokształtny. Wyprzedził w tym Grima, bo tamten już zabierał się za zadanie tego samego pytania. Nim Alice zdążył zabrać się za odpowiedź, cała trójka mogła usłyszeć podejrzane szeleszczenie w pobliskich zaroślach. Zirk w jednej chwili skoczył w ich stronę i niemalże w nie wpadł, ale wstał po chwili i stwierdził, że jeśli coś tam było, to musiało uciec od razu, gdy zdało sobie sprawę z tego, iż zostało zauważone. Żaden z nich nie powiedział, że mógł to być przedstawiciel tych stworzeń, które szukają. Raczej były na to dość niskie szanse, przynajmniej na samym początku ich poszukiwań.
         – To… Wracając do naszego pytania. Jak na nie odpowiesz? - Zirk zadał mu kolejne pytanie. Obaj zmiennokształtni znowu spojrzeli na Alice’a.
Awatar użytkownika
Alice
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Alice »

        Póki co współpraca szła im nieźle - nie przeszkadzali mu za bardzo, skupiali się na robocie i nie wyglądali na skrajnie zagubionych. Chociaż i czego spodziewał się po zmiennokształtnych. Właśnie tego! No, może przewidywał większe kłopoty z utrzymaniem ich w gromadzie - mogli z góry uznać, że nie potrzebują jego przewodnictwa i cudownego słuchu, i odesłać go z Xirin do domu. Ale nie. Byli inteligentni. Tak więc trzymali się blisko zamiast robić głupoty na własną rękę i słuchali jego rad. Dobrze.
        Bo oczywiście on wiedział co robi!

        Z drugiej strony liczył na to, że przy łapaniu diapsyd poradzą sobie sami. Mógł pomóc w tropieniu, był w tym niezły… ale nie ukrywał, łowcą był raczej marnym. To nie była robota dla niego. Więc lepiej by stanęli na nogi i nie przemęczyli go, a sami ganiali za jego ptaszkami. Póki co jednak odpowiadał mu taki układ - on prowadził, a oni udawali, że dają się prowadzić. Idealnie!

        Nasłuchiwał i węszył, niekiedy niemal ignorując swoich kompanów, choć cały czas kątem oka sprawdzał, czy idą za nim. Nie chciałby zostać sam w swoim cudownym lesie. Tyle przychodziło tu obcych! Ale ale, zadanie…
Pochylił się nad ziemią i wciągnął w nozdrza zapach ziemi i… rozkładających się liści. Grzybów. Pleśni. Wilgoci. Nie, to nie to. Przeszurał dalej, brudząc kolana spodni i półzwierzęce dłonie, powiercił się, przyklęknął. Wstał. Otrzepał płaszczyk i ruszył przed siebie, pomiędzy jałowce.
        Ach upojny, zdradliwy zapach nieokiełznanej (jeszcze) natury! Jelenie futro wiszące na krzaku, igły, liście i owoce. Feromony. Woda. Nie woda… dźwięki też nie pomagały. Ćwierkania, skrzypienia i chrobot pazurków mieszały się ze sobą w sposób irytująco zwodniczy. Ale Allice’ya nie zamierzał się poddać. Ani wiaterkowi, ani liściom, ani słoneczku, które grzało go w kaptur, kiedy go naciągał, lub w loczki, gdy je odsłaniał. W zasadzie chętnie chodziłby po nocy. Z odpowiednią obstawą oczywiście. Lecz wyglądało na to, że jego tygrysi słu… kompani nie podzielają jego entuzjazmu. Dlaczego? Czy tygrysy nie królują po zmroku?
        Spojrzał na nich z ciekawością - nie podsłuchiwał oczywiście. Po prostu słyszał. A teraz nawet się z tym nie ukrywał. I z cichą satysfakcją przyjął ich tłumaczenia. Tak… jego las nie był zwykłym lasem. Nie od kiedy tu mieszkał! HA HA HA! Ech…

        - Nie fiem czy trafimy na ich ślad przed nocą. A jeśli nafet na ślad, to niekoniecznie uda nam się je słapać. Po smroku potrafią się nieśle ukryfać. Nie są ftedy aktyfne. Posa tym fidzę, macie fyrobioną opinię na temat tego miejsca… jeszeli bęciecie ich szukać i następnego dnia to spokojnie moszecie f’nocy srobić sobie przerfę. Nieco mnie to cifi, ale… to fasza robota. Sam tesz raczej nie będę dfacieścia cztery godziny na nogach. A bese mnie… ale nie faszne, póki co szukamy! - I wrócił do owijania się w pelerynkę. Wtedy jednak zgodnie na niego spojrzeli. Nie wiedział, czy pod wpływem ich pytania wytrzeszczyć oczy, czy uśmiechnąć się drapieżnie - ale skoro dostał dodatkowe kilka chwil do namysłu, postanowił ostatecznie udawać niewinnie zaskoczonego.
        Nie wierzył, że sami ot tak, chcą mu się oddać w łapki!
        Więc na zapytanie mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób.
        - Słofami. Zrobię to słofami. - Pokiwał głową z pełną powagą, po czym rozłożył ręce w przyjaźnie-zapraszającym geście, który wyglądał jakby zapraszał ich prosto do swego żołądka.
        - Pójciemy fięc do mnie, moi drodzy kompani. Sapraszam fas! Nafet jeszeli uda fam się pochfycić moje małe stfoszonka, bo i trzeba je przeciesz jakoś odtransportofać do domu, a sam mam nieco sa mało rąk na to. Ugoszczę fas ciepłą herbatką i czym tam Xirin fymyśli. Albo ktoś inny. Noc f’mojej fortecy będzie dla fas, sapewniam, niesapomnianym przeszyciem.

☁︎ ☁︎ ☁︎


        Zostawiona sama z tygryskiem Xirin, rozmasowywała w spokoju swoją nogę, korzystając z tego, że chwilowo jest uziemiona i nikt na nią nie patrzy. Nie spieszyło jej się, bo ani nie była jakoś niezwykle głodna, ani nie miała się tu czego bać (najpewniej) ani nie miała pilnej potrzeby by wracać do Alice’a. Do domu też nie. Bo co prawda wielką fanką przyrody nie była, ale skoro już trafiło jej się parę godzin wolnych od czarodzieja, to ciała je wykorzystać w tak wakacyjny sposób, jak tylko się dało. W kwaterze znowu zrzucą na nią jakieś obowiązki i tyle będzie ze słodkiego odpoczynku.
        Czekała więc, aż tygrysek się obudzi i zasadniczo nie miała zamiaru go ruszać, o ile nie będą musieli się ewakuować, w co wątpiła. Mogła oczywiście go nieść i ,,nie marnować czasu”, ale już pomijając jej małą labę, nie sądziła, by przenoszenie dziecka wystawionego ostatnio na taki stres było dobrym pomysłem. Lepiej by sam otworzył oczy i zrobił to w tym samym miejscu co ostatnio. Wtedy będzie mogła wytłumaczyć mu co najważniejsze i zabrać do siedziby czarodzieja. Miała tylko nadzieję, że ją choć trochę pamiętał… jeśli zaś nie, liczyła chociaż na to, że się nie wystraszy. Ostatecznie nie było tutaj żadnego z jego opiekunów.
Awatar użytkownika
Zirk
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Zirk »

Poszukiwania stworzeń, które uciekły ich zleceniodawcy i jednocześnie osobie, która im pomogła – i wobec której spłacali teraz dług – szły nie najgorzej, przynajmniej jeśli szło o ich współpracę. Najlepiej byłoby znaleźć te potworki jeszcze dzisiaj, jednak Zirk wątpił w to, żeby im się to udało… a naprawdę nie chciał nocą biegać po tym konkretnym lesie. Wiedział też, że na pewno nie jest jedynym, który tak myśli, bo Grim najpewniej sądził podobnie i to mimo że na własnych uszach nie przekonał się o tym, jak bardzo szkodliwe mogą być bliskie spotkania z dziwnymi kreaturami, które uważają to miejsce za swój dom. Dlatego też ustalili, że lepszym pomysłem będzie spędzenie nocy w miejscu, w którym będą wiedzieli, że nie grozi im nic ze strony mieszkańców lasu. Co innego można było powiedzieć o ich czarodziejskim towarzyszu, bo ten zaczął trochę dziwnie się zachowywać, gdy miał odpowiadać na ich pytanie związane z noclegiem – sama odpowiedź też mogła wysyłać podejrzane sygnały i sprawiać, że zwierzęcy instynkt tygrysołaków cicho alarmował ich o tym, że takie coś również może okazać się niekoniecznie bezpieczne. Grim spojrzał na Zirka z pytaniem w oczach, jakby bez wypowiadania słów chciał zapytać go o to, czy jest pewien tego noclegu i tego, że poprosił o niego właśnie Alice’a, a biały tygrysołak kiwnął tylko potwierdzająco głową. Jeśli będzie trzeba, będą się wzajemnie pilnować, a jeśli uznają, że ich „senna czujność” jest niewystarczająca, to mogą nawet wystawić wartę. Pół nocy on, a drugą pół Grim.
         – Znaczy… Jeśli po złapaniu ich i dostarczeniu do twojej siedziby, nadal będziemy mogli wydostać się z lasu przed zapadnięciem zmroku, to, nie obraź się, ale będziemy musieli odmówić noclegu – odezwał się Zirk, próbował przy tym dobierać słowa tak, żeby brzmieć raczej łagodnie i też nie tak, jakby chciał obrazić ich towarzysza.
         – Mamy konkretny cel podróży i w miejscu tym mamy też pojawić się określonego dnia. Gdyby nie zatrucie najmłodszego z naszej trójki, nie nadkładalibyśmy drogi – dopowiedział. Może chciał mu po prostu wytłumaczyć decyzję, o której poinformował go przed chwilą. W końcu nie odrzuciliby propozycji spania pod dachem gdyby nie to, że mieli ważne sprawy do załatwienia i widocznie byli też z kimś umówieni w miejscu, o którym wspomniał. Z drugiej strony, Grim był pewien, że mieli przynajmniej kilka dni w zapasie, bo okazało się, że podróżowali szybciej, niż zakładał na początku i przez to dziennie pokonywali też większą odległość. Tylko, że to Zirk zachował już dla siebie, bo niewykluczone było to, że na miejscu wcześniej może również zjawić się ktoś, z kim mają się spotkać, a wtedy osoby te czekałyby na nich dłużej – to akurat nie było potrzebne, jeśli dałoby się tego uniknąć. Później, już bez słowa, po prostu wrócili do dalszych poszukiwań, znów bardziej skupiając się na nich i nie dzieląc cząstki swej uwagi na dialog i dobór odpowiednich słów.

Pobliskie zarośla poruszyły się, a Zirk zmrużył oczy, jakby myślał, że dzięki temu uda mu się przebić spojrzeniem krzewy i zobaczyć, co też ukrywa się za nimi. Wolałby, żeby nie była to kolejna „krzycząca” sarna. Nie był pewien, czy tym razem po prostu nie rzuciłby się w jej stronę, gdy tylko zobaczyłby, że jest to właśnie to stworzenie i spróbowałby zabić ją, zanim ta zaczęłaby wydawać z siebie odgłosy. Zdecydowanie wolał zrobić coś takiego, niż ponownie narażać się na możliwość utraty słuchu. Dlatego też przygotował się na taką ewentualność, napiął mięśnie i zaczął zbliżać się powoli do krzaków. Cicho, bardzo cicho. Stopy stawiał ostrożnie, w końcu nie chciał, żeby znalazła się pod nimi jakaś gałązka, która złamałaby się, gdy tylko nadepnąłby na nią. Gdy znalazł się przy zaroślach tak blisko, że najdalej wystające liście niemalże stykały się z jego nosem… Skoczył nagle, przeszywając listowie jak strzała powietrze, i wylądował. Tylko, że nie w celu, jak to ów pocisk, a na zwyczajnej ziemi, pokrytej w dodatku trawą. Z drugiej strony, miał chyba szczęście, nie dość, że po lewej stronie miał bardziej grząską ziemię, w którą gdyby wskoczył, na pewno ubrudziłby sobie ubranie i futro, to jeszcze udało mu się dojrzeć w niej jakieś ślady. Trochę dziwne ślady, więc od razu pomyślał, że może należą one do stworzeń, których szukają.
         – Znalazłem ślady – poinformował dwójkę towarzyszy.
         – Tylko wejdźcie tu tą samą drogą, którą ja przeskoczyłem zarośla – dodał jeszcze, a sam przeszedł do przodu, żeby zrobić miejsce dwóm osobom, które za chwilę się tu pojawią.
Od razu wskazał trop, o którym wspomniał wcześniej. Wyglądały na ptasie, może nawet na takie, które pozostawiłby kruk, jednak wydawały się też nieco większe, jakby nie należały do zwyczajnego ptaka.
         – Myślisz, że te ślady zostawili twoi uciekinierzy? - zapytał, spoglądając na Alice’a. Odciski w błocie ciągnęły się dalej, więc bez problemu mogliby nimi podążać, jeśli uzyskaliby potwierdzenie lub przynajmniej dość dobre „może”.
        
**********
        

Rizi spał.
Tylko, że stan ten nie trwał długo, bo mały tygrysołak najpierw przewrócił się z jednego boku na drugi, a później znowu na plecy. Dopiero po tym otworzył oczy, zamrugał też kilka razy i podniósł się nagle do pozycji siedzącej. Rozejrzał się wokół, chociaż pierwszym, co sobie uświadomił, było to, że już nie czuje się źle. Jego oczy powiększyły się, gdy w pobliżu nie zobaczył pozostałej dwójki tygrysołaków. Spojrzał jednak na Xirin i nie przestraszył się jej, nie próbował jej też atakować w przypływie nowych sił i braku negatywnych rzeczy, które wynikały wcześniej ze spożycia trujących jagód.
         – Gdzie jest Zirk? I Mistrz Grim? - zapytał. Patrzył wtedy swoimi niebieskimi oczkami w stronę kobiety, więc wiadome było, że pytania te kieruje właśnie do niej. Była tu jedyną osobą, oprócz niego, więc nic dziwnego, że to właśnie ją o to zapytał.
Awatar użytkownika
Alice
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Alice »

        - Och, jaka szkoda! - Alice załamał łapki, choć nadał się uśmiechał. - Przegapicie ftedy herbatkę s’mchu i paproci! Pieczone raciczki f’miocie kokonofym. Skaczącą niespociankę! ,,Ale ważne byście wykonali zadanie i możecie znikać. Złapię sobie inne ofiary. Więc ruchy, ruchy!”
        Zawinął się i pobiegł do krzywej brzozy. Wyjrzał, wbijając w nią pazurki. Cofnął się, pochrobotał o łaciatą korę, powęszył i znów nadstawił uszu.
        ,,Jesteście tak dobrze wychowani… nic dziwnego, że ktoś chce się z wami spotkać gdzieś daleko… też bym chciał takie tygrysie. Mogłyby się przydać. Łatwe w obejściu, już ułożone, a takie duże… poza tamtym jednym. Może chcecie go tam wysłać samego, a wy zostaniecie ze mną? Nie, pewnie nie. A może… jeden z was tam pójdzie, a drugi zostanie i podchowa mi tego małego, a ja go później przygarnę? Będę dobrym opiekunem. Lubię przydatne tygryski!”
        Oczy mu aż zabłysły na ten genialny, długoterminowy plan, lecz nie dał się ponieść fantazjom, skoro zajęty był pracowaniem dla samego siebie. Zadarł głowę, by spojrzeć w przysłonięte liśćmi niebo, pstrokacie pogodne dzisiaj paskudztwo. Określił sobie, ile jeszcze mają czasu, nim zacznie się ściemniać i jak bardzo tygrysy nie zdążą złapać jego ptaszynek, żeby mu się wymknąć. Znaczy wywiązać się w umowy. Oj tak, nie mieli większych szans. Z jednej strony irytowało go to, bo sam chciał odzyskać zwierzątka jeszcze dzisiaj, z drugiej… w nocy zawsze można wysłać po nie kogoś innego. Wielcy, zmiennokształtni wojownicy woleli nie ryzykować szwendania się po tym gąszczu? Pośle młode elfiki! To brzmiało jak dobry pomysł. Głupki nie domknęły klatki, to będą łazić, aż znajdą wszystkich uciekinierów, albo aż coś ich zje. Ale o tym tygrysi koleżkowie nie musieli wiedzieć. Niech czują się przydatni i myślą, że odwdzięczają się miłej osobie.

        Skupił uwagę na Puchatku, kiedy usłyszał, jak się zatrzymuje i wstrzymuje oddech. Obserwował go zaintrygowany pierwotnym odruchem semizwierzęcego ciała, który współgrał perfekcyjnie z rozwiniętym umysłem rozumnej rasy. Widział takie coś już wielokrotnie, ale jako prawdziwy czarodziej nie odmówiłby sobie dodatkowego przykładu. Dobrze, że nie słyszał przy tym myśli białego tygrysa, bo chyba musiałby się go pozbyć. Każdy w jego otoczeniu szybko przekonywał się, że prędzej zrobi ze swojego ucznia stolik na gorące dania, niż pozwoli komuś bruździć w jego badaniach. Puchatek był miły, ale musiałby skończyć jako dywanik, gdyby dotknął jedną z jego ukochanych sarninek! Takie prawo dżungli.
        Na szczęście Allice’ya nie widział jeszcze potrzeby stawania przeciwko dwóm wojakom samotnie w lesie i korzystał z ich współpracy, wprawiając się przy okazji w całkiem niezły humor. Jak na dzień, w którym musiał wyjść z domu.
Rozluźniony aż podskoczył, kiedy Zirk błysnął futrem, przeszywając młode czeremchy. Serce w nim zamarło, bo już widział, jak z całą silą ląduje na jego ptaszynie i wgniata ją w pień. O Prasmoku!
        Złapał się za żebra i pochylił, wolną ręką szukając podparcia. Dopadając do pierwszego dębu, nadepnął na maliny, skopał grzyba, a na korze rozkwasił kilka robaków. Ale nic to, odrośnie… jego małe ptaszątka!!!
        - Znalazłem ślady - oznajmił wtem niewinny głos tygrysa, w którym Alice dopatrywał się wręcz złośliwego uśmiechu. No brawo! Teraz informuje, kiedy o mało nie wykończył swojego zleceniodawcy! Trzeba się będzie z nim rozmówić…
Poprawił węzełek płaszcza, jakby się do bójki szykował, ale po pierwszym ruchu zatoczył się miękkim krokiem i chęć do konfrontacji mu przeszła. Zatrzymał się, odetchnął i uspokoiwszy się, poszedł za tygrysami, które już od chwili musiały na niego czekać. No trudno.

        Znalazłszy się na rozmiękłym gruncie, poruszył palcami stóp, by poczuł chłodną lepkość błota i ocenić jak stawiać musi na nim swoje łapki. Tak jak mówił Puchatek, tutaj jeszcze dało się przejść. Doszedł więc do wskazanych tropów, nachylił się i przekręcił głowę.
        - Hmm… - mruknął, pochylając się i wyciągając szyję ku ziemi. Powąchał ślady z namysłem, przytaknął sam sobie i wyprostował się z wolna, mając oczy zamknięte. Odetchnął.
        - Nie fydaje mi się - stwierdził w końcu, a choć słowa nie były stanowcze, brzmiały całkowicie pewnie. Brakowało tu jednak rezygnacji czy zirytowania.
        - Ale… to coś pokrefnego! Moszna pofiecieć, sze poprzednia, sakończona sukcesem próba fprofadzenia podobnego gatunku! Tylko ten fiększy jest od obecnego i nieco mniej nofatorski jeszeli o hybrydysację chodzi. Ale (z szeczy dla was fasznych) preferuje podobne siedliska… Nie pofinny być tesz antagonistyczne fsględem siebie, a to snaczy, sze jeśli pójciemy śladem jednych, moszemy snaleźć i drugie. Macie ogromne ciś szczęście!
        Mówił oczywiście o tym, ile z jego wspaniałych prac zobaczą.

☁︎ ☁︎ ☁︎


        Pochyliła się, kiedy mały tygrysek zaczął się wiercić. Chciała go monitorować, mimo że nadal siedziała w pewnej odległości i nie zamierzała się przybliżać, aby go nie przytłaczać. Ta strategia okazała się dobra - Rizi zerwał się gwałtownie co zasugerowało jej, że bardzo spokojny to nie był. Mógł jednak rozglądać się ile potrzebował i zatrzymać na niej wzrok, gdy przekonał się, że w pobliżu nie ma nikogo innego. Nie musiała też długo czekać, aby się odezwał.
        - Twoi opiekunowie są niedaleko w tym lesie. Szukają zwierząt, które tropiliśmy z moim pracodawcą. Pamiętasz może taką szarą, małą… osobę? Wyleczył cię, więc w ramach oddania przysługi twoja drużyna mu teraz pomaga. - Uśmiechnęła się rozczulona wyobrażeniem kociaka jako walecznego członka jego własnej drużyny.
        - Zostałam z tobą, by cię pilnować. Czekałam, aż się obudzisz. Jesteście wszyscy zaproszeni do naszej posiadłości… ale oczekują, że dojdziemy tam pierwsi. Jak będziesz na siłach, to powiedz, dobrze? - Zaproponowała łagodnie i nie ruszyła się, by choćby postawą nie sugerować pośpiechu. Niech mały odpocznie ile potrzebuje i przeanalizuje sobie wszystko, co usłyszał… nie była pewna, czego się po nim spodziewać, ale była gotowa mówić i czekać dalej.
Awatar użytkownika
Zirk
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Zirk »

Nie miał pojęcia, co też może chodzić ich towarzyszowi po głowie, ale może to i lepiej – podejście obu tygrysołaków mogłoby wyraźnie zmienić się, gdyby dowiedzieli się, o czym myśli Alice i jakie układa sobie wobec nich plany. Na pewno staliby się bardziej świadomi otoczenia, a także zwracaliby większą uwagę na poczynania samego Alice’a, czasami może nawet ukradkiem jeden z nich obserwowałby go – ale tak, żeby nie było tego widać – gdy drugi bardziej skupiłaby się na szukaniu śladów obecności istot, które mu uciekły. Czuliby się też mniej bezpiecznie w jego obecności, niż teraz. Aktualnie może i wyczuwali jakieś podejrzane rzeczy, które podpowiadały im ich zwierzęce zmysły, jednak nie mieli świadomości co do tego, jakie konkretnie one są.
Zirk czuł na sobie wzrok innych, gdy nagle zatrzymał się przy krzewie i zaczaił się, zupełnie jak tygrys na niczego nieświadomą ofiarę. Gdy w końcu skoczył, już raczej domyślał się, że nie znajdzie tam niczego żywego i, że nie wyląduje na magicznych uciekinierach, więc dobrze, że przynajmniej znalazł jakieś ślady. Cóż, nie widział, jakie tropy mogą zostawić te zwierzęta, których szukają, a te wydawały mu się podobne, więc od razu zawołał kogoś, kto będzie miał na ten temat większą wiedzę. W końcu osoba ta była ich twórcą. Nie zostało mu nic innego, jak czekać na werdykt Alice’a.
No tak, nie mogło być przecież tak prosto i nie te całe poszukiwania nie mogły iść szybciej, więc zmiennokształtny właściwie nie zdziwił się, gdy usłyszał, że ślady te prawdopodobnie nie należą do stworzeń, które próbują odnaleźć. Chociaż coś w głosie ich niskiego towarzysza sprawiło, że Zirk pomyślał, że może kryje się za tym coś jeszcze, co może w jakiś sposób pomoże w ich zadaniu… I miał rację, ale przy okazji dowiedział się też, że może jednak nie było tak źle, bo przecież odciski w błocie zostawił inny, podobny gatunek. Nadal mieli niemałe szanse na to, żeby – idąc tym tropem – znaleźć mniejsze, chociaż tak samo magiczne, ptactwo. Tylko, że później pozostawała też kwestia złapania ich, co również może okazać się nie tak łatwo, jak wcześniej mu się wydawało. Coś podpowiadało mu, że będzie musiał wykorzystać wszystkie dobrodziejstwa, które ma jego ciało przez to, że jest zmiennokształtnym tygrysem.
         – To idziemy – odparł Zirk krótko, a później z pozycji stojącej wrócił do lekkiego przykucnięcia. Wyglądało to tak, jakby znów chciał się skradać lub zaczaić na coś, a on – może i chciał się skradać – ale chciał też mieć lepszy widok na podłoże, a przez to również na pozostawione na nim ślady.

Podążanie nimi nie było trudne, naprawdę, bo to mógłby nawet robić ktoś, kto nie jest przyzwyczajony do tropienia zwierzyny i zna jedynie podstawową wiedzę na ten temat. Odciski w błocie były wyraźne i dobrze widoczne, chociaż to akurat nie było czymś niezwykłym, bo ślad był raczej świeży. Nawet, jeśli Zirk nie wystraszył tamtego stworzenia, to na pewno musiało przebywać tu stosunkowo niedawno. Biały tygrysołak starał się nie odzywać, skupił się na podążaniu za tropem, możliwie jak najbardziej dokładnym i nie chciał też zgubić śladów. Wolał też od razu zauważyć, gdy nagle zniknął one, bo w ten sposób może uda mu się stwierdzić, na podstawie tego, gdzie się zatrzymali, co mogło się stać.
         – Znajdujemy się może na tutejszym leśnym terenie podmokłym? - zapytał nagle Alice’a, gdy odwrócił się – również nagle – w stronę jego i Grima. Zauważył, że ziemia robi się jakby jeszcze bardziej błotnista i to nie tylko po własnych krokach, a także po tym, że ślady ptactwa są nieco głębsze.
         – Jeśli nie to, to może jakieś jezioro lub rzeka, która w czasie większej ulewy wylewa w tym terenie? - zadał kolejne pytanie, chociaż tak szybko po tym wcześniejszym, że Alice raczej nie zdążyłby odpowiedzieć na to pierwsze. Cóż, może to traktować jako jedno, większe pytanie. A Zirk zadał mu je dlatego, że na pewno znał on te tereny o wiele lepiej od nich.
         – I… Czy stworzenia, których szukamy, gniazdowałyby też na takim terenie? Ślady prowadzą dalej, do przodu, ale wolę wiedzieć, czy przed nami nie ma jednej z rzeczy, o której wspomniałem. Jeśli rzeczywiście wkraczamy na teren podmokły, to musimy mieć się jeszcze bardziej na baczności – dodał jeszcze. Grzęzawiska były niebezpieczne dla podróżników, zdradliwe również. Na ich terenie trzeba uważać na siebie i na tych, z którymi się podróżuje. Ostrożne stawianie kroków również jest czymś, co powinno się robić, chociaż dobrze jest też mieć jakiś kij lub coś innego, czym można by było badać glebę przed sobą.
        
**********
        
Rizi przez chwilę przyglądał się Xirin, gdy odpowiedziała na jego pytania. Może przyswajał nowe informacje, a także próbował je zrozumieć, przy okazji mógł też – może nieświadomie – czekać na to, aż jego ciało przyzwyczai się już do tego, że jest przytomny i może wstać. Na sam koniec kiwnął tylko głową, choć zrobił to dość energicznie. Uśmiechnął się nawet!
         – Pomógł mi? Będę musiał mu podziękować! - powiedział do kobiety, a później wstał. Może zrobił to za szybko, bo zatrzymał się nagle i pochylił głowę w dół, a później od razu potrząsnął nią, jakby chciał strząsnąć z futra krople wody.
         – Brat Zirk i Mistrz Grim dziękują mu w moim imieniu, ale ja też chcę to zrobić… - dodał jeszcze, ale później dotarły do niego kolejne słowa Xirin. Stracił trochę energii, gdy zrozumiał coś, o czym najwidoczniej jej nie powiedział, ale na koniec znów pokiwał głową.
         – Myślałem, że do nich dołączymy, ale pewnie się nie zgodzisz… - odezwał się i spojrzał w jej stronę. Przez krótką chwilę patrzył prosząco, w sposób, w który tylko koty mogą patrzeć, ale później zamrugał i patrzył już normalnie. W końcu wcześniej przyjął już do wiadomości to, że on i ona mają iść do posiadłości, a nie włóczyć się po lesie.
         – A w tej posiadłości… Będzie dobre jedzenie? - zapytał, a zanim Xirin zdążyła mu odpowiedzieć, on już znalazł się przy niej. Nie musiał otwarcie mówić, że jest gotowy do drogi. W końcu, to, że tak szybko znalazł się obok, powinno wystarczyć, aby wskazać jej, że w istocie odzyskał już siły.
Awatar użytkownika
Alice
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 11 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Alice »

        Krótko mówiąc dobrze, że futerkowi nie znali nawzajem swoich myśli. Ale i w tym tkwił urok - co by to było gdyby wiedzieli czego się po sobie spodziewać? A tymczasem, choć teoretycznie łatwo mogli sobie zajść za skórę czy sprowokować się nawzajem, współpracowali dalej i to nawet sprawnie. W końcu do tej pory nie dali sobie powodów do prawdziwej niechęci. Byli całkiem mili w słowach a spokojni w czynach; czarodziej zrobił co do niego należało i teraz tygrysy zamierzały się wywiązać ze swojej części umowy. Trudno o bardziej sprzyjające okoliczności. A to, że czarodziej mógł nie do końca ufać obcym albo oni mogli dziwnie patrzeć na niektóre jego zachowania, mieściło się raczej w granicach normy.

        Tak jak to, że po kilku chwilach Puchatek znów przejął dowodzenie. Robił to chyba naturalnie, jakby to było jego miejsce w drużynie, bo przy tym nie był irytujący jak narwany małolat lub inna upośledzona na zdrowym rozsądku persona przeceniająca swoje możliwości. Konsultował się kiedy trzeba było, pytał o opinię w sprawach, na których się nie znał i zasadniczo nawet Alice mający znaczne tendencje do komenderowania wszystkim i wszystkimi nie widział w jego zachowaniu niczego niewłaściwego. Możnaby przypuszczać nawet, że idzie za nim z zadowoleniem, chętnie składając na jego włochate ramiona część wysiłku jaka wiązała się z dowodzeniem. Oczywiście nadal uważał, że jest tu niezastąpiony i w zasadzie najważniejszy, ale nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystywał przy tym zdolności swoich towarzyszy do granic możliwości.
        Choć aż tak to jeszcze nie miał okazji…

        Kiedy biały tygrys ostrożnie prowadził, powołując się chyba głównie na wzrok i węch, Alice postawił uszka i nasłuchiwał, tylko czasem z boku zahaczając o jakieś gałęzie. Obieranie drogi przez duuużo wyższego od niego Zirka miało swoje zalety - jeżeli tamten gdzieś się wcisnął, nie było mowy, by czarodziej nie mógł zrobić tego samego. Chyba, że się odchylał. Był jednak w stanie poświęcić swoje uszy i dać się pacać gałęzią na rzecz swojej fanaberii niechodzenia równo w szeregu. Nie lubił chodzić normalnie, to mu uwłaczało.
        Stawiał więc mokre łapki na grząskim gruncie, tworząc niezwierzęce zygzaki w mchu i opadłych liściach, aż w końcu zygzakowanie to i nasłuchiwanie ktoś mu przerwał. Ale przynajmniej pytanie nie było wcale tak głupie. Aż musiał się zastanowić.
        - Niedaleko pofinny być jakieś bagienka, skoro jusz o tym fspominasz - powiedział, ale tonem nie tak rzeczowym i pewnym jak gdy opowiadał o swoich stworzonkach. Raczej jakby odnosił się do tego terenu trochę lekceważąco, choć w sumie nie powinien. I przez wzgląd na swoje zajęcie i to co robili w tej chwili. W refleksji rozejrzał się, jakby próbując ustalić gdzie właściwie się znajduje, przyłożył palec do brody, podrapał się, pokręcił. W końcu sprostował:
        - Są tu bagienka, ale dalej płynie serpentynką taka niefielka szeczka. Tam mogą siecieć moje stfoszonka. Na samych bagnach saś fątpię, by chciały, ale przynajmniej tu były. I nie pamiętam jak dojść do szeczki inaczej nisz tą drogą… f’sasacie nie pamiętam jak do niej f’ogóle dojść. Fięc podąszajmy sa tropem! - zakomenderował, pomijając kwestię tego, co zrobią jak zaczną się w podmokłym terenie zapadać. To był jednak las, nie prawdziwe grzęzawiska - nie sądził, by poza lekkim przemoczeniem łap czy natknięciem się na trującego węża cokolwiek im tutaj od strony podłoża groziło. Nie żeby bardzo lubił brodzić w wodzie i nie wiadomo czym, ale dla wyższych celów - swoich celów - był w stanie się nieco pobrudzić. Przynajmniej tym razem nie krwią i formaliną.
        - Jeśli saleszy wam na tych pięknych butkach na faszym miejscu sdjąłbym je teras - dorzucił mimochodem, samemu podciągając swoją pelerynkę. Nie chciał się chwalić, ale jego strój (bose stopy i spodnie do kolan) wydawał mu się lepszy do tych warunków. Swoją drogą nigdy nie potrafił zrozumieć jak ktoś posiadający poduszki na łapach, pazury i futerko może dobrowolnie zaciskać to wszystko w materiałowym kokonie czy samej obrobionej skórze i latać tam wszędzie, gdzie na podłożu nie wala się pobryzgane kwasami szkło. Ale co kto wolał! Dla równowagi nie wszyscy potrafili zrozumieć dlaczego on u siebie lubił latać nago.

☁︎ ☁︎ ☁︎


        Xirin patrzyła na małego tygryska łagodnie i z cierpliwością. Potem już zaś z nieukrywaną aprobatą jego zachowania. Nie ma co, dwaj tygrysi panowie dobrze go wychowywali - kociak był grzeczny, okazywał wdzięczność i w zasadzie nie marudził, choć jako dziecko miał do tego w zasadzie prawo. Poza tym był żywym, inteligentnym chłopcem, tylko niestety miał zbyt piękne oczy. Gdyby pilnująca go wojowniczka miała choć odrobinę mniej zdrowego rozsądku jak nic ugięłaby się pod jego spojrzeniem i delikatnym, proszącym głosem. Nic jednak z tego. Xirin uśmiechnęła się wyrozumiale, ale samą miną dała do zrozumienia, że zdania nie zmieni. To nie byłoby nazbyt bezpieczne, już pomijając fakt, że nikomu nic by nie ułatwiła, gdyby nagle zaczęła zachowywać się niezgodnie z ustalonym planem. Tak więc niestety malec musiał jeszcze poczekać, by znów zobaczyć swoich opiekunów.
        - Nie możemy teraz iść za nimi. Twój… brat i mój szef ustalili, że spotkamy się w posiadłości. Jeśli zmienimy plany, możemy się nie znaleźć do wieczora. Zaczęliby się martwić - wytłumaczyła spokojnie i tak jasno jak potrafiła. Wstała, poprawiła mieszek i zerknęła zachęcająco na Riziego. Wskazała głową kierunek.
        - Chodźmy, skoro jesteś gotów. I tak, poprosimy Mirion o coś wyjątkowo dobrego. Mój szef ma specyficzny gust, ale nie musimy jeść tego samego co on. Choć może… czy wy jadacie surowe mięso? - zapytała szczerze zaciekawiona, przy okazji starając się jakoś młodego zająć i jednocześnie ze sobą zapoznać. Może nie z każdym dzieckiem zaczynało się rozmowę w ten sposób, ale i nie każde dziecko było w połowie puchatym drapieżnikiem.
Awatar użytkownika
Zirk
Błądzący na granicy światów
Posty: 14
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Zirk »

Buty, które nosili były lekkie, chociaż też dobrze wykonane, a przez to wytrzymałe, jednak wykonane też specjalnie tak, żeby dobrze im służyły i stanowiły ochronę dla ich stóp, a dzięki niegrubej podeszwie, Zirk bez problemu wyczuwał to, że grunt powoli staje się coraz bardziej miękki. Wiedział, że Grim również był tego świadom, jednak to od ich zleceniodawcy zależało to, czy będą szli dalej tą samą drogą, czy może będą szukali innej, która poprowadziłaby ich dalej, ale na której podłoże byłoby bardziej stabilne i nie groziło tym, że w każdej chwili mogą zacząć się w nim zapadać. Dlatego też biały tygrysołak postanowił nie czekać i zwyczajnie zapytał Alice’a o otaczający ich las, a konkretniej o jego niższe części. Ta niepewność, którą udało mu się wyczuć w jego głosie sprawiła, że zaczął zastanawiać się nad tym, czy na pewno zna on te tereny. Wydawać by się mogło, że skoro tu mieszka i wypuszcza tu też zwierzęta, które stworzył, to powinien znać las i wiedzieć, co i gdzie się znajduje. Tym bardziej, że bagno było dość charakterystycznym punktem na mapie każdego lasu, w którym teren ten występował. Po chwili odezwał się ponownie, zdradził im też nieco więcej informacji. Cóż, rzeka wydawała się dobrym tropem zwłaszcza, że mogliby w jej okolicy znaleźć uciekinierów, tylko że najpierw czeka ich przeprawa przez bagna. Tygrysy nie znały tego miejsca, więc one tym bardziej nie wiedziały, jak dotrzeć do rzeki tak, żeby ominąć przy okazji zdradziecki, grząski grunt. Wyglądało więc na to, że będą musieli iść za tropem i stawiać swe kroki uważnie. Stracą na tym trochę czasu, a same poszukiwania wydłużą się przez to, jednak tak będzie bezpieczniej.
         – Czyli idziemy za śladami – powtórzył tylko. Nie spojrzał wtedy na Alice’a, bo już wcześniej odwrócił wzrok i spoglądał do przodu, jakby może chciał ujrzeć inną drogą, która byłaby szybsza i mniej niebezpieczna. Mimo tego, i tak wysłuchał wszystko, co powiedział im mag, dodatkowo zaczął też rozglądać się wokół, jakby usilnie próbował czegoś poszukać. Jego kocie oczy rozszerzyły się na chwilę, gdy coś ujrzał, a uderzenie serca później wystawił otwartą dłoń w stronę dwójki towarzyszy. W ciągu następnej chwili, coś poruszyło się w pobliskich zaroślach, a obok Alice’a i Grima przeleciał spory kij, który wylądował prosto w tygrysiej dłoni Zirka.
         – Skoro i tak idę pierwszy, jestem najbardziej narażony na to, że zacznę zapadać się w gruncie. Kijem będzie mi łatwiej sprawdzać grunt przed nami – powiedział do nich, może chciał wytłumaczyć swoje zachowanie, chociaż to akurat tyczyło się bardziej ich towarzysza, a nie samego Grima. Starszy tygrysołak po prostu już wcześniej domyślił się, co zamierza zrobić jego uczeń. Podróżowali ze sobą naprawdę długo, dzięki temu mogli wiedzieć o tym, jak zachowują się w konkretnych sytuacjach.
         – Co do butów, bardzo łatwo się je czyści – dopowiedział jeszcze i ponownie odwrócił się w stronę, w którą ciągle szli.

Po kilkunastu krokach, rzeczywiście, ich oczom ukazało się bagno. Na szczęście, gleba pod ich stopami nie robiła się bardziej miękka, a przez to nie zapadali się w niej coraz niżej. Tak naprawdę, przy każdym kroki podeszwy butów tygrysołaków i bose stopy Alice’a lądowały jedynie niespełna palec i łatwo było je później wyciągnąć, gdy chciało się zrobić kolejny krok. Jednak Zirk nie zrezygnował z kija, który ciągle niósł przed sobą i regularnie wbijał jeden z jego końców w ziemię przed sobą.
Jeśli o samo bagno chodzi, to już z tego miejsca dało się dostrzec, że nie było ono duże. W zasięgu ich wzroku znajdowały się fragmenty, w którym przechodzi ono ponownie w jaśniejszy i zielony las. Tylko, że zanim to się działo, na bagno składały się drzewa rosnące w podmokłym gruncie lub nawet niewielkim jeziorze, które znajdowało się niemalże na środku, często było widać ich korzenie, które albo przebijały się przez ziemię, albo bezpośrednio rozkładały się w wodzie i wbijały w dno niewielkiego, zbiornika wodnego. Część drzew była przechylona, a niektóre nawet nie zdołały utrzymać się i leżały już w wodzie lub na ziemi, z korzeniami wystającymi w górę, niewystarczająco silnymi na to, żeby utrzymać je w tych mniej sprzyjających warunkach. Zapach bagna również mógł do nich dotrzeć, dostawał się do ich nozdrzy i drażnił je lekko. Poza samymi drzewami, rosły tu krzewy, a także dużo skrzypu, tataraku i innych roślin, których tygrysołaki nie mogły rozpoznać. Tatarak ze swoimi długimi liśćmi porastał brzeg bagiennego jeziora, a skrzyp rósł właściwie na całym terenie, chociaż nie pokrywał go w pełni. Poza tym, cała grupa mogła też dostrzec kilka mniej lub bardziej zapadniętych pni, jedne były bardziej zbutwiałe, inne mniej i były też takie, które wyglądały, jakby upadły stosunkowo niedawno, a proces ich rozkłady rozpoczął się nie tak dawno, może nawet kilka dni temu.
         – Wiemy, że zwierzęta przeszły przez bagno, więc jeśli na jego terenie zaczniemy trafiać na coraz bardziej miękką glebę, na pewno zmienię nieco naszą trasę. Będziemy poruszać się brzegiem bagiennego terenu, niemalże granicą, miejscem, w którym bagno łączy się z lasem – poinformował ich Zirk. Uważał, że dobrze zrobił, że nie zrezygnował z tego, co robi. To, że ziemia ciągle były tak samo podmokła nie było czymś, co przekonało go, że dalej też na pewno tak będzie. Dobrze, że przynajmniej trop był wyraźny i świeży, a przez to nie było problemu z podążaniem za nim. Co prawda, teraz ostrożniejszym podążaniem, ale cały czas wiedzieli, w którą stronę powinni iść, żeby trafić na stworzenie, które go zostawiło.
        
**********
        
Mały zrozumiał i nie robił już więcej problemów, nie próbował też zmienić zdania osoby, która pilnowała go i odpowiadała na jego pytania, a teraz chciała go też zabrać w bezpieczne miejsce z dobrym jedzeniem. Dlatego też, gdy tylko wstał, podbiegł do niej i właściwie był już gotowy do drogi, mógł iść za nią, ale tym razem nie miał zamiaru biegać po okolicy i oddalać się od niej. Nie znał jej, więc nie wiedział, jak zareagowałaby na to, że nagle zniknąłby w pobliskich zaroślach, no i później mógłby mieć problem ze znalezieniem jej.
         – Pewnie, chociaż brat Zirk i mistrz Grim mówili mi, żeby robić to wtedy, gdy albo przebywamy w towarzystwie podobnych do nas stworzeń, albo z kimś, kto wiemy, że nie zareaguje na to źle – odpowiedział jej, ale Xirin bez problemu mogła zobaczyć, że mały tygrysołak dość intensywnie myślał nad tym, co chce powiedzieć, może nawet przypominał sobie rozmowę z dwoma, starszymi zmiennokształtnymi, w czasie której powiedzieli mu o tym.
Gdy już ruszyli w stronę miejsca, o którym wspomniała Xirin, Rizi szedł bardzo blisko niej, właściwie nie odstępował jej nawet na krok. Jednak nie przyglądał się jej ciągle, o wiele częściej rozglądał się wokół siebie, dziecięco zaciekawiony tym, co ich otacza.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Lasy Eriantur”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość