ArrantalisNajczystsze złoto najłatwiej traci blask

Arrantalis leży daleko na Oceanie Jadeitów, zajmuję dwie wyspy – Arrante i Talianis, których jedynym połączeniem jest kamienny most. Rządzi mim piękna anielica królowa Delia.
Awatar użytkownika
Delia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 74
Rejestracja: 5 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Delia »

Delia zacisnęła dłoń na rękojeści miecza, gdy upadły złapał za ostrze. Utrzymywała z nim kontakt wzrokowy, gotowa na wszystko. Wszystkie jej mięśnie były napięte, była gotowa na odparcie każdego ataku. Nawet jeśli zostałaby pozbawiona broni. Dla Evangeline mogłaby walczyć do ostatniej kropli krwi. Jego krzyk sprawił, że mimowolnie, nieznacznie drgnęła. Zmarszczyła brwi zdenerwowana, ale nic mu nie odpowiedziała. Zwłaszcza, że jego kolejne słowa były niczym szpilki wbijane bezpośrednio w jej serce. Nie okazywała tego, nie mogła pozwolić przeciwnikowi napawać się przewagą. Nawet jeśli w gardle czuła to nieprzyjemne duszące uczucie. Najchętniej wbiłaby mu ostrze w serce, żeby zamilkł, żeby nie mówił tego… co po części było prawdą, której Del nie chciała usłyszeć. Tylko jak wtedy patrzyłaby na nią złotowłosa?
Żal, wyrzuty sumienia i gniew, który stale narastał, sprawiał, że anielica traciła jasność umysłu. Dosłownie jeszcze sekunda, dwa i wyrwałaby miecz z dłoni piekielnego oraz zadała cios, gdyby nie księżniczka.
Ku zaskoczeniu królowej mężczyzna uległ słowom młodej niebianki. Odpuścił walkę, ale Del w to nie wierzyła, nie schowała miecza.

- Jesteś bezczelny – wycedziła przez zęby. – Szpiegujesz moją córkę – ostatnie dwa słowa zaakcentowała mocniej z pełną premedytacją. – Przychodzisz tu gotów ze mną walczyć, kwestionujesz moje decyzje i jeszcze żądasz wyjaśnień?! – krzyknęła, dając jedynie lekki upust nagromadzonej złości. – Na dodatek, najwyraźniej lekceważysz przeciwnika.

Upadły mógł poczuć, jak coś zaczyna blokować mu oddech, nie na tyle by miał umrzeć, ale wystarczająco, by go obezwładnić. Na dodatek jego myśli przeszywały inne, jakby obce, pozbawiały go sił i motywacji. Był coraz bardziej wycieńczony fizycznie i psychicznie, a Delia wciąż nie odrywała od niego wzroku. Używała magii, wprawdzie nie było to wyraźnie zaakcentowane, ale po krótkim czasie spoglądania na nią i piekielnego sytuacja stawała się jasna.
Nie była jednak gotowa na to, że mężczyzna zdoła uzbierać w sobie na tyle sił, by wykonać jeden zdecydowany krok do Evangeline i chwycić ją za rękę przyciągając do siebie. Nie miał zamiaru jej puścić, choćby się wyrywała.

- Zostaw ją! – krzyknęła, co zaalarmowało pobliskich strażników, którzy już biegli z pomocą.

Zarówno księżniczkę, jak i piekielnego zaczęła otaczać ciemność, która powoli rozmywała ich sylwetki. Delia nie wiedziała co robić, nie mogła ukierunkować myśli, musiała działać. W przypływie emocji i pod wpływem impulsu wykonała silny zamach swym orężem i trafiła w nadgarstek Solythue. Chciała jak najszybciej oddzielić go od złotowłosej. Poczuła, że trafiła, jednak pół sekundy później ostrze miecza padło na trawę jakby przecięło powietrze.
Zniknęli. Nie było upadłego i nie było jej córki. Królowa padła na kolana, strażnicy przybiegli, za późno. Pytali, co się stało, coś tam krzyczeli, sprawdzali otoczenie.

- Evangeline… - wydusiła z siebie ledwo. – ZNAJDŹCIE EVANGELINE! – wykrzyczała niemal przez łzy, po czym zemdlała z wycieńczenia i braku snu.

Pobudka w łóżku dawała pozorną nadzieję, że to wszystko było tylko złym snem. Jednak zmartwiony Yro stojący tuż obok nie zwiastował nic dobrego. Wciąż nie do końca przytomna usiadła.

- Evangeline…? – To było pierwsze, o co musiała zapytać, nic nie było teraz ważniejsze od jej córki.
- Szukają jej, zadbałem o to. Nie martw się moja królowo, na pewno ją znajdą. Kazałem też w twoim imieniu zwiększyć liczbę strażników i patroli.
- Dobrze…
- Obawiam się, że to nie koniec złych wieści…
- O Panie, co jeszcze?
- Ktoś… Był incydent w więzieniu, pozabijano więźniów i strażników prócz jednego… Helianosa.
- Co…? Dlaczego ktoś miałby… Solythue… - prychnęła Delia, nawet jeśli nie zawinił, była na niego na tyle wściekła, że obwiniłaby go o całe zło tego świata bez drgnięcia powieki. – Jak długo spałam?
- Kilka… Naście godzin.
- Dlaczego tego nie przerwałeś Yro? Moja Evangeline jest w niebezpieczeństwie, ten upadły może jej zrobić krzywdę!
- Moja Pani! Delio! Poszukiwania trwają…
- To nie wystarczy! – anielica gwałtownie stała i podbiegła do swojego biurka, pośpiesznie wyciągnęła papier listowy i zaczęła pisać.

Jej pismo nie było najładniejsze w tej chwili, ręce jej drżały z emocji, najważniejsze jednak, że pozostawało czytelne. Nie przejęła się nawet drobną plamą atramentu na samym dole, chowając wiadomość do koperty. Mężczyzna przyglądał się temu z zainteresowaniem, ale i zmartwieniem.

- Wyślesz to.
- Oczywiście, ale jeśli mogę spytać…
- To do mojego ojca. Nikt inny lepiej nie wytropi tego potwora.
Awatar użytkownika
Evangeline
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 61
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Evangeline »

        Evangeline była dumna z siebie. Zażegnała konflikt! Solythue posłuchał się jej i choć nadal nie mówił w adekwatny sposób do jej mamy, to przynajmniej nie wyglądał, jakby miał zamiar walczyć. W międzyczasie martwiła się bardzo raną na jego dłoni, która nie przestawała krwawić, ale sam upadły zdawał się ją ignorować, więc prawdopodobnie ona sama też powinna to robić. Teraz pozostawało tylko czekać, aż dorośli wyjaśnią między sobą wszystko. Czy Delia dalej będzie chciała nauczyć ją walki mieczem? Czy też może skoro zagrożenie minęło, to będą mogli spędzić trochę czasu ra-

“...Co?”

        Słowa Delii były ostre, brutalne, ociekające gniewem. Każde kolejne sprawiło, że Evangeline coraz bardziej bała się o to, co się stanie. Powoli obróciła się w stronę matki, a gdy zobaczyła, że ta wciąż utrzymuje pozę gotowości do ataku, nie mogła tego zrozumieć. Przecież Solythue nie chciał walczyć! Zrobił to, o co został poproszony! Czemu więc…

- Kh…?!

“Solythue...?”

        Obróciła głowę w stronę upadłego, gdy tylko usłyszała dźwięk, który ją niepokoił. To, co zobaczyła, było straszniejsze niż jakiekolwiek domysły. Upadły cierpiał. Walczył o oddech, na co wyraźnie wskazywały ruchy jego ust, oraz ręce przyłożone bezradnie przy jego szyi. Jego oczy zaś… nigdy ich tak nie wdziała. Pełne strachu, lęku… wątpliwości? Co się działo? Czemu on cierpi? Chciała mu pomóc, chciała zrobić cokolwiek, ale nie wiedziała, co się dzieje i mogła jedynie patrzeć. Przynajmniej do czasu, gdy w oczach upadłego rozbłysła furia, jakiej wcześniej nie widziała, która była skierowana na jej mamę.

- Mamo…? Mamo, czemu mu to robisz?! - wykrzyknęła, obracając swoją twarz w stronę królowej. Niewinna twarz była wykrzywiona, ból upadłego niemal jej własnym, a oczy po raz kolejny zaczęły wylewać złote łzy. - Mamo, przecież on mi nic nie zrobi! Wytłumaczył, czemu tu jest! - Młoda niebianka nie rozumiała. Czy naprawdę było to konieczne? Czy nie było innego rozwiązania? To wszystko było za dużo dla niej, przez co nie potrafiła ruszyć się z miejsca, choć nawet gdyby mogła, to sama by nie wiedziała, co powinna zrobić.

        Bardzo szybko okazało się, że bez względu na to, co by wybrała, jej czyny nie miały tutaj żadnego znaczenia. Upadły anioł był równie rozzłoszczony, co królowa, która postanowiła wbrew jego gestowi i tak zaatakować… I to na oczach Evangeline, która wyraźnie cierpiała emocjonalnie bardziej, niż on fizycznie na ten widok.

“Ktokolwiek odpowiadał za jej wychowanie, aby tak bardzo spieprzyć sprawę!”

        Ta myśl przebiła się przez efekty zaklęcia, pozwalając mu na odzyskanie klarowności umysłu na tyle długo, aby uniknąć dalszej eskalacji. Jeden krok wystarczył, aby znalazł się wystarczająco blisko Evangeline. Złapał ją za rękę, po czym natychmiast przywołał swoje moce magiczne, rozpoczynając zaklęcie teleportacji, z którego tak często korzystał. Nie przejmując się dokładnością czy nawet tym, ile energii wykorzysta, sprawił, że cienie jego i księżniczki zaczęły wspinać się po nich w błyskawicznym tempie, pozostawiając czarne sylwetki pozbawione detali. Musieli zostać pokryci w całości, aby teleportacja została aktywowana, przez co królowa zdołała zaatakować, celując w jego prawy nadgarstek. Już czuł, jak ostrze zatapia się w jego ciele, tnąc skórę i mięśnie bez trudu, lecz nim zdołało ono dosięgnąć jego kości, czar został ukończony, przenosząc jego i złotowłosą z dala od wściekłej anielicy.



        Evangeline zamknęła oczy, gdy tylko została złapana przez upadłego. Czemu to zrobiła? Widziała reakcje swojej mamy i bardzo, ale to bardzo bała się tego, co miało się stać. Nie chciała widzieć tego, co miało nastąpić. Nie chciała patrzeć ze świadomością, że to wszystko przez nią. To ona przywołała Solythue. To ona była bezsilna, niezdolna do powstrzymania konfliktu. Świst miecza rozbrzmiał blisko niej, tak blisko, że mimowolnie złapała z całych sił dłoń upadłego swoją własną. Okropny, obrzydliwy dźwięk ostrza, które odnalazło swój cel, sprawiło, że załkała… Nie chciała go stracić! Nie chciała stracić nikogo! Czemu oni musieli walczyć?!

        Nim całkiem zatraciła się w swoim żalu, do rzeczywistości zaciągnęło ją coś niespodziewanego. Palce upadłego ścisnęły jej dłoń - ten delikatny, a co najważniejsze, spokojny gest sprawił, że zamilkła. Wolną ręką przetarła łzy, po czym otworzyła oczy. Przywitał ją widok… Jej pokoju. Stała przed klatką, w której zamknięty był Valak. Papugoszczur wyglądał na zszokowanego, jego absurdalnie wielkie w tej chwili oczy patrzące to na nią, to na prawo od niej, tam, gdzie stał upadły.

- To twój przyjaciel - odezwał się nagle upadły. Evangeline spojrzała w jego stronę, przy okazji ogarniając wzrokiem swoje łóżko. Eden, który najwyraźniej do tej pory spał na swoim łóżku, zaczął się niemrawo budzić, co najprawdopodobniej zainicjował głos upadłego. Wracając do upadłego… Jego nadgarstek krwawił obficie. Cięcie było na tyle głębokie, że stanowiło zagrożenie dla jego zdrowia. Tylko to, że szło ono poziomo, a nie pionowo, sprawiło, że wciąż miał pełną władzę nad swoimi palcami. Księżniczka zamarła, po raz pierwszy w życiu widząc tak poważną ranę u innej osoby. - Będziesz go potrzebować, a on ciebie. Zaufaj mi Evangeline.

        Nie wiedziała, czemu jej to mówił. Co to miało znaczyć? Jedyne, co wiedziała, to to, że miała dość tego dnia. Chciała, by to wszystko było koszmarem… A Valak był zawsze przy niej, gdy miała koszmary. Pocieszał ją, gdy nachodziły ją złe myśli. Zaufała upadłemu, powracając swoimi zapłakanymi oczami do klatki. Wyuczonym ruchem otworzyła ją, po czym natychmiast złapała papugoszczura wolną dłonią i przycisnęła go do siebie, praktycznie wypłakując się w jego miękkie futerko i tęczowe skrzydła. Drugą ręką wciąż cieszyła się komfortem, który oferowała jej dłoń mężczyzny u jej boku.

        Solythue nie był zadowolony. To nie było to, czego chciał. Królowa nie pozostawiła mu wyboru… Ale czy to było złe? Na chwilę obecną stracił cały szacunek, jakim wcześniej darzył władczynię Arrantalis. Kto wie, może w ten sposób, z Evangeline pod jego opieką, będzie lepiej? Jakby nie patrzeć, ktoś z jego doświadczeniem nie powinien mieć problemu w uchronieniu złotej niebianki przed brzydotą tego świata. Ten tok rozumowania sprawił, że delikatny uśmiech zagościł na jego twarzy, a chwilę później uskrzydlona trójka została pochłonięta przez cienie, i przetransportowana gdzie indziej, a na ich miejsce spadł tygrys, który ledwie chwilę temu skoczył, aby rozszarpać upadłego.

        Eden nie zdołał przerwać teleportacji. Nim się całkowicie dobudził i zrozumiał, co się dzieje, zaklęcie było już w połowie rzucone. Nie zdołał nawet zatopić pazurów i kłów na tym, który ośmielił się położyć swoje łapska na niewinnej Evangeline. Czy to było porwanie? Czy królowa o tym wie? Jeśli nie, to zaraz się dowie, wielki kot bowiem ruszył natychmiast na poszukiwania swojej pani, by ogłosić jej, co się stało z biedną złotoskrzydłą.



        Minęło wiele złotych łez, nim księżniczka zdołała zebrać w sobie, choć odrobinę opanowania. Gdy tylko przestała wylewać z siebie łzy, dotarło do niej, że jej wcześniej kolorowy zwierzak był teraz praktycznie cały złoty… i wyglądał, jakby miał problemy z oddychaniem przez to, jak mocno go do siebie przycisnęła. Niemal natychmiast rozluźniła chwyt, co zaowocowało głębokim wdechem ze strony gryzonia.

- P-przepraszam V-valak, ja…

- Hej, spokojnie. Nie mam ci tego za złe… Nie wiem, co dokładnie się dzieje, ale domyślam się, że potrzebowałaś tego. Ale już jest dobrze. - Papugoszczur pocieszył swoją właścicielkę… po czym niczym mokry pies otrzepał się, przez co on odzyskał swoje pierwotne kolory, a złociste łzy zostały posłane we wszystkie kierunki świata. Gdy to miał z głowy, spojrzał na upadłego, skupiając swe ślepia na ranie, którą tenże zdobył, a którą nie był zbytnio przejęty. - … Solythue, domyślam się? Uraczysz mnie wyjaśnieniem tego, co się dzieje? - zapytał Valak, ważąc ostrożnie swoje słowa. Domyślał się, że Anioł Stróż coś ukrywa, ale nigdy nie posądził go o bycie upadłym aniołem.

- Uciekliśmy przed zagrożeniem. Królowa Delia okazała się… bardzo, ale to bardzo drastyczna, gdy kierują nią emocje - przyznał Solythue, potwierdzając pierwsze pytanie szczura i odpowiadając na drugie. Słowa jego były pewne, a rysy jego twarzy nie sugerowały, żeby kłamał… Choć równie dobrze mógł być bardzo dobrym kłamcą.

- No świetnie. Teraz gdy złapią mnie po okradaniu spiżarni, klatka będzie moim najmniejszym zmartwieniem, dobrze myślę? - zapytał Valak, a jego marudny i jęczący ton uzyskał nieśmiały uśmiech ze strony księżniczki oraz mimowolne wzruszenie ramionami od upadłego. Kilka ruchów łapek i skrzydeł później, papugoszczur wzbił się w powietrze, rozglądając się dookoła. - A tak wracając na do głównego tematu rozmowy… Dokąd uciekliśmy?

        Jego słowa sprawiły, że Evangeline także postanowiła rozejrzeć się dookoła. Wcześniej była tak skupiona na Valaku, że całkowicie zignorowała drugą z kolei zmianę otoczenia, którą wymusiła magia teleportacji Solythue. Było… Dość ciemno. Jedyne światło, jakie widziała, przynosiła pobliska pochodnia, która zawieszona była w uchwycie, zamocowanym do kamiennej ściany. To dzięki niej było widać, że miejsce to było pozbawione okien, a wszędzie dookoła mnóstwo było pajęczyn, momentami tak gęstych, jak krzaki rosnące w królewskim ogrodzie. Sam sufit był wyjątkowo nisko, ale przynajmniej ściany wydawały się znacząco oddalone od siebie. Byłoby to całkiem upiorne pomieszczenie, gdyby nie fakt, że zamiast tego było to bardzo upiorny korytarz, a bezkresna ciemność po obu jego końcach nie pozwalała dojrzeć, dokąd on prowadzi.

- Jesteśmy w zapomnianych lochach zamku Arrantalis - odpowiedział nagle Solythue. Widząc, że Evangeline uspokoiła się, puścił jej dłoń, zbliżając się do pochodni. Tą zaś, z pomocą zdrowej ręki, wyciągnął z dotychczasowego uchwytu, co by mogła oświetlić im dalszą drogę. - Znalazłem to miejsce po kilku dniach od mojego przybycia tutaj. Oryginalne wejście, łączące się z zamkową piwnicą, zostało zamurowane dawno temu, więc tylko moja teleportacja może nas tu, oraz stąd, zaprowadzić. Gniew królowej nie zdoła nas tu odnaleźć.

        W trakcie, gdy mówił, zdołał z powrotem podejść do Evangeline, która teraz wpatrywała się w niego. Widać było konflikt, który toczył się w jej głowie. Młoda anielica nadal była w szoku po tym, co się wydarzyło, a o czym przypominały rany jego prawej ręki. Nie mógł pozwolić sobie na ignorancję - księżniczka potrzebowała odpowiedzi, jeżeli miała nie załamać się pod ciężarem tego, czego była świadkiem.

- Evangeline. Mamy czas i jestem tu dla ciebie - powiedział upadły, klękając naprzeciwko niej. Blaskowi pochodni towarzyszyło ciepło, które zalało złocistą skórę. Młoda anielica, rozumiejąc, że nigdzie im się nie śpieszy, usadowiła się na kamiennej podłodze, jej smukłe ręce niemal natychmiast objęły jej kolana, o które oparła swoją pełną myśli głowę. Ledwie to zrobiła, a rozległ się oburzony szczurzy pisk, po którym upadły zaczął kontynuować. - Racja, jesteśmy tu obydwoje dla ciebie. I wiemy, że… ten dzień był ciężki. Wyjaśnię ci wszystko, co tylko zdołam, ale musisz zadać te pytania, zanim zdołam na nie odpowiedzieć.

- … - Księżniczka milczała przez chwilę, zastanawiając się nad tym, które spośród setki pytań kłębiących się w jej głowie było najważniejsze. - Czy… Czy ty robisz to wszystko dla mnie? Przybyłeś tutaj, pilnowałeś mnie, a dzisiaj nawet… ucierpiałeś… Wszystko dla mnie, nie z rozkazu Delii. Dlaczego?

- Znałem twoją matkę. Tą prawdziwą... Miała takie samo imię jak ty. I to ja nie zdołałem jej ochronić przed jej losem. Nie zamierzam popełnić tego błędu drugi raz.

- Dlaczego więc nienawidzisz Delii? C-czemu ona cię nienawidzi? Czemu osoby, które się o mnie troszczą, były gotowe ranić siebie nawzajem w moim imieniu?! - Głos Evangeline był pełen emocji, których nie potrafiła stłumić. Żadna z nich nie była też przyjemna.

- Bo wierzę, że jestem w stanie cię ochronić. Do niedawna wierzyłem, że Delia też jest w stanie to zrobić. Ale dziś… zmieniłem zdanie. Ona pewnie myśli tak samo. Jest święcie przekonana, że to, co robi, zagwarantuje twoje bezpieczeństwo, ale ja, jako nieznana jej osoba, nie daje żadnej gwarancji na to. Oboje widzimy drugą osobę jako źródło twojej krzywdy. To dlatego też od początku pozostałem w ukryciu, bo domyślam się, jaka katastrofa z tego by wynikła.

- Coś mi mówi, że mam być szczęśliwy, że uniknęła mnie konfrontacja, do której najwyraźniej doszło - odezwał się Valak, ale nie przemawiał dalej, albowiem Solythue spojrzał na niego z twarzą, która wyrażała bardzo sporą irytację.

- Też najchętniej bym tego uniknął - odezwał się piekielny w stronę szczura, po czym ponownie skierował swoje słowa do Evangeline. - Ale to by znaczyło, że musiałbym nie przybyć na twoje zawołanie, moja droga. A obiecałem ci, że zawsze będę dla ciebie. Nie obwiniaj się o to moje złotko, dobrze? Doszłoby do tego prędzej czy później, a ty nie miałaś prawa wiedzieć, co z tego wyniknie.

- Czy… Ty chcesz mnie odebrać od Delii? B-będzie się o mnie bała. A ja b-będę bała się o nią. Wiem, ż-że jest zła na ciebie i że c-chciała cię skrzywdzić - łzy zaczęły obficie spływać po policzkach, które złotoskrzydła zaczęła zawzięcie przecierać - ale ona jest moją mamą! Nieważne co z-zrobiła ani jak to robi. Ja nie chcę, by była smutna. By m-musiała się o mnie martwić. Wiem, że t-ty nie chcesz, abym obok niej była, ale ja... ja…

        Wolna ręka upadłego zbliżyła się do niej i otarła jej złote łzy, które spłynęły po szorstkiej skórze i spotkały się ze wciąż świeżą krwią, w której to złote krople znikły bez śladu. Drobinki złocistego pyły, dotychczas szalejące wokół księżniczki uspokoiły się wraz z młodą dziewczyną w tej chwili.

- Nie zamierzam cię stąd zabierać, tak długo, jak serce twoje tego nie pożąda. Gdy tylko Delia się uspokoi, a ty będziesz czuła się na siłach, spróbujemy jeszcze raz z nią porozmawiać, dobrze? - pocieszył ją Solythue, który starał wykrzesać z siebie najlepszy uśmiech, jaki mógł, w czasie, gdy serce jego krwawiło na widok zapłakanej Evangeline. - Mówiłem ci, nie zrobię ci krzywdy, a jestem świadomy, jak wielkim bólem jest rozłąka z tymi, których kochamy.

        Księżniczka mazgaiła się jeszcze przez kilka minut, nim zdołała całkiem odzyskać panowanie nad sobą. Z pomocą Solythue, którego rana przestała w międzyczasie krwawić ze względu na wciąż obecną u niego anielską regenerację, złotowłosa powstała z podłogi. Może nie szczęśliwa czy choćby uśmiechnięta, ale na pewno nie była załamana tak, jak wcześniej.

- Chodźcie za mną - odezwał się upadły, a Evangeline bez wahania zaczęła za nim iść. Tylko Valakowi zajęło chwilę, nim zaczął podążać za nimi. Trzepot jego skrzydeł odbijał się echem po korytarzu, tak samo stukot obuwia, które obecne tu anioły nosiły.

- Zaraz... Dokąd my idziemy? - spytał papugoszczur, który w przeciwieństwie do Evangeline nie pałał bezgranicznym zaufaniem względem upadłego anioła. - Skoro jesteśmy tu tylko po to, by przeczekać kłopoty, to chyba obojętnie gdzie będziemy siedzieć i czekać?

- Nigdy nie powiedziałem, że tylko dlatego tu jesteśmy. - Solythue wydawał się spokojny, zarówno w obliczu pytania, jak i wobec ciemności, przez którą maszerowali. - Planowałem w dogodnym czasie ujawnić całą prawdę o mnie zarówno wam, jak i królowej. Następnie, gdyby wszystko poszło dobrze, zająłbym się nauką Evangeline. Rzecz jasna, dzisiaj wszystko poszło źle, ale myślę, że w obecnej sytuacji musimy przejść bezpośrednio do nauki. Myślę, że jutro królowa będzie na tyle przytomna, by pomyśleć, nim rzuci się na mnie z chęcią mordu, a w międzyczasie postaram się wpoić tobie, co tylko zdołam.

- Nie rozumiem… przecież mam już jednego nauczyciela. I… czego chcesz mnie uczyć?

- Miałaś, moja droga. Zik odmówił dalszego nauczania ciebie ze względu na brak starania z twojej strony, co ogłosił Delii wczoraj z samego rana. - Upadły przez chwilę żałował tych słów, gdy tylko zobaczył poczucie winy wymalowane na twarzy Evangeline. - Poza tym, nie mam na myśli tej nauki, do której dotychczas byłaś przyzwyczajona. Świat nie jest miły, nie dla mnie i nie dla ciebie. Dlatego też chcę i jestem gotów nauczyć cię nie jak żyć, a jak przetrwać.

- Oh… mama też to chciała zrobić, tak myślę - wymamrotała złotowłosa, ale nie wystarczająco cicho, bo Solythue patrzył na nią pytająco. - Ah, racja, ty nie wiesz o tym. Byliśmy w ogrodzie, bo mama chciała mnie nauczyć, jak się mieczem.

- Co ona sobie myślała, ta impulsywna id… - wymamrotał z oburzeniem Solythue, gniew na myśl o Delii był wyraźny w jego głosie. Na całe szczęście jego następne słowa odzyskały wcześniej obecny spokój, gdy tylko przyszła kolej Evangeline na obrzucenie go pytającym, a zarazem domagającym się nieobrażania jej mamy, wzrokiem. - ... Jestem lekko zaskoczony, że w ogóle podjęła jakieś kroki w tym kierunku. Choć przyznać muszę, wybrała najgorszą opcję z możliwych. Nie wyglądasz mi na silną osobę, moja droga, o wiele bardziej przypominasz pierwotną Evangeline, niż Delię w kwestii postury, więc nie daje gwarancji, że cokolwiek dobrego by z tego wyszło. Poza tym nie zawsze można mieć miecz na wyciągnięcie ręki.

        Chwilę później ich podróż przez kamienny korytarz dobiegła końca. Zarówno Evangeline, jak i jej szczurzy towarzysz, zaczęli się przyglądać więziennym celom, które zostały osadzone w ścianach dookoła nich. Kraty miały wiele, wiele lat, rdza i pajęczyny bowiem oplatały je bowiem grubą warstwą, a w środku nie było widać więźniów, czy choćby też śladów po takowych. Wyjątkiem była cela, przy której zatrzymał się upadły. Znajdowała się ona na samym końcu - dalej nie można było iść, tutaj bowiem w końcu ściana wyznaczała ślepy zaułek. W środku, w blasku pochodni trzymanej przez Solythue, widać było człowieka, którego złota anielica rozpoznała natychmiast. Helianos, kowal z Parszywej Wiochy. Był przytomny i wyraźnie zmartwiony o swój żywot. Pewnie by krzyczał w panice, gdyby nie to, że był obwiązany linami niczym prosię naszykowane na rzeź - ręce i nogi miał kompletnie unieruchomione, jego usta zaś były zakneblowane tą samą liną, przez co jedyny dźwięk, jaki z siebie wydobywał, to ledwo słyszalne pomruki i jęki.

- Pamiętasz go… prawda, Evangeline?

- T-tak… ale co on tu robi?! Mama raz mi mówiła, że jest daleko stąd, pilnowany przez strażników w każdą godzinę dnia i nocy!

- Pozwoliłem sobie na zmianę jego celi na coś bardziej adekwatnego do ciężaru jego win.

        Nastała niepokojąca cisza, po tym, gdy Solythue przemówił. Jego ton miał brzmienie, które nie podobało się Evangeline, a które Valak znał bardzo dobrze. Upadły anioł był niezadowolony z faktu, że człowiek widoczny w celi przed nimi wciąż śmie oddychać. Gniew, którym obrzucali się nawzajem Delia i upadły, był niczym w porównaniu do tego, jak pozbawiony empatii był wyraz twarzy piekielnego.

- Solythue… Co on ma wspólnego z nauczaniem mnie czegokolwiek? - zapytała księżniczka, choć to, jak szybko biło jej serce, zdradzało fakt, że bała się odpowiedzi na to pytanie.

- Czy chcesz, aby on zginął, Evangeline?

        Anielica aż zrobiła krok w tył, słysząc słowa, w których nie było ani krztyny empatii. Pył orbitujący wokół niej zdradził panikę na dźwięk tych słów, każda drobina bowiem nabrała prędkości i straciła pozory ładu, zmieniając kierunek co kilka chwil. Solythue albo tego nie zauważył, albo postanowił to zignorować.

- To on jest wszystkiemu winny, jak pewnie wiesz. To przez niego zginęła twoja matka, Evangeline. To przez niego została nałożona na ciebie klątwa, która zmieniła cię, a przez którą nigdy nie zaznasz cudu, jakim jest obecność w Planach Niebiańskich. To przez niego straciłaś szansę na prawdziwą rodzinę. - Solythue obrócił się z dala od klatki, aby usadowić wciąż płonącą pochodnie w uchwycie na pobliskiej ścianie. - Powiedz mi, moja droga, czy ktoś taki jak on zasługuje na to, by żyć?

        Valakowi bardzo, oj bardzo nie podobało się to, do czego to zmierza. Był gotów wykrzyczeć do księżniczki ostrzeżenie, by nie odpowiadała na to pytanie, albo by chociaż milczała, ale nim zdołał to zrobić, niebianka podjęła decyzje.

- On… został już ukarany. Więzienie jest jego karą - stwierdziła Evangeline, choć sama nie była pewna, czy wierzyła w swoje słowa.

        Ledwo skończyła wypowiadać te słowa, a dosięgnęły ją konsekwencje tychże. Przez powietrze rozległ się świst metalu i nim Evangeline zdołała zrozumieć, co się dzieje, jej serce przeszywał na wskroś miecz. Nawet Valak, który aż wylądował z przerażenia, nie zdołał zauważyć, co tak właściwie się stało. W jednej chwili Solythue stoi w odległości kilku kroków od złotoskrzydłej, w drugiej zaś jego lewa dłoń dzierży miecz, którego ostrze wchodziło przez klatkę piersiową niebianki, a wychodziło drugą stroną. Atak był tak szybki, że nowo nabyta rana nie zdołała uronić choćby jednej kropli krwi z tego, co widział papugoszczur.

        Złotowłosa tymczasem czuła się, jakby czas momentalnie się zatrzymał. Patrzyła na klingę, która została w nią wbita. Nawet nie poczuła bólu. Nie poczuła… nic. Nic poza strachem. Szokiem zdrady. Tęsknotą. Tęskniła, bo pierwsze, o czym pomyślała, to, że nie zobaczy już mamy. Mogła przysiądź, że zobaczyła całe swoje dotychczasowe życie przed oczami. Czuła się okropnie, gdy przypomniała sobie wszystkie cudowne chwile spędzone z Delią. Nie chciała, aby to był koniec! Drżącymi rękoma próbowała złapać broń, jakby licząc, że zdoła przeżyć pomimo rany, z której nie było powrotu. Niestety, to był próżny trud…

Ręce jej bowiem przeszły przez metal niczym przez mgłę, czy dym unoszący się nad ogniem.

Chwilę po tym iluzja miecza rozpłynęła się w powietrzu.

        Natychmiast padła na kolana, ulga i szok zbyt potężne, by była w stanie ustać dłużej na nogach. Chwilę później znalazła się w ramionach Solythue, który uklęknął przy niej, bez słowa przepraszając za to, jak wykorzystał jej zaufanie wobec niego. Dzięki temu zdołała nie zalać się łzami po raz kolejny tego dnia. A może chciała płakać, ale już nie miała czym? Nie była pewna i nie chciała o tym myśleć. Nie chciała o niczym myśleć. Chciała po prostu zostać w ramionach upadłego i udawać, że dzisiejszy dzień się nie wydarzył. Niestety, nie było jej to dane, Valak bowiem w końcu otrząsnął się z szoku i postanowił wyrazić swoje niezadowolenie.

- Co to miało być?! Chcesz, żebyśmy zawału dostali? Nie wiem, czy wiesz, ale nie na tym polega czarny humor! - Oburzone szczurze piski były pełne furii, ale sam papugoszczur wciąż był w bezpiecznej odległości od upadłego, na wypadek, gdyby ten faktycznie był tak skory do mordu.

- To była lekcja. Dla wielu taka lekcja jest ich ostatnią - odpowiedział Solythue, który przerwał wyściskiwanie straumatyzowanej księżniczki, aby móc jej spojrzeć w oczy. - Obiecałem, że cię nie skrzywdzę, prawda?

- T-tak. Ale… Czemu w takim razie to zrobiłeś?

- Aby pokazać, co by się stało tam, w prawdziwym świecie, gdybyś dokonała tego wyboru. Musisz być silna, jeśli chcesz kiedykolwiek zdecydować, aby stanąć w obronie cudzego życia. Tak samo silna, jeśli nie silniejsza, niż gdybyś postanowiła to życie osobiście zakończyć. - Powoli wstał, pomagając także anielicy ustać na własnych nogach. - Nauczę cię, jak być wystarczająco silną, aby twój wybór to nie były tylko puste słowa. Będziemy walczyć, a ty będziesz musiała nie tylko przeżyć, ale też pokonać mnie, jeżeli faktycznie chcesz oszczędzić tego człowieka.

- Co się stanie z… z nim, jeśli okaże się za słaba? Co, jeśli nie będę w stanie niczego się nauczyć? Czy ty go... - Wątpliwości, połączone z jej wciąż szalejącym sercem, sprawiły, że księżniczka drżała, a myśli jej zalewały czarne scenariusze tego, że już na zawsze zostanie bezużyteczną księżniczką… że skończy swój żywot z prawdziwym mieczem przeszywającym ją na wskroś. Że przez nią będą ginąć inni.

- Nie zrobię mu nic. To do ciebie należy ta decyzja, nie do mnie. A co do tego, czy dasz radę… Wiem, że ci się uda. Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje. - Z uśmiechem na ustach zburzył fryzurę księżniczki, dzięki czemu czarne myśli zostały przegonione z jej głowy, a ich miejsce zastąpiło oburzenie wobec ataku na jej czuprynę, jak i również nowo zrodzona pewność siebie. - Dobra, nie traćmy więcej czasu. Nie możemy zbyt długo kazać królowej czekać na nas, więc musimy dobrze wykorzystać ten czas. Odetchnij, a gdy będziesz gotowa, daj mi znać. Musimy zacząć od podstaw.



        Świst miecza rozbrzmiewał co chwila, a towarzyszące temu echo obuwia uderzającego o kamienną posadzkę lochów zagłuszało sapanie coraz bardziej zmęczonej księżniczki.

- Jeszcze raz - rozległ się głos Solythue, gdy tylko jego iluzja rozpłynęła się po bezpośrednim kontakcie z prawą ręką Evangeline. W reakcji na to, obydwoje zwiększyli dystans między sobą, tylko po to, aby czarnoskrzydły po raz kolejny zaszarżował na nią, dając jej przedsmak tego, jak wygląda prawdziwa walka.

- Jeszcze raz. - Niemal po kilku sekundach zdołał zahaczyć o jej szyję. Końcem ostrza. Był to bardzo marny wynik, ale przynajmniej było lepiej. Minęło kilka godzin, a przynajmniej tak mówił piekielnemu jego wewnętrzny zegar. Pierwsze próby księżniczki kończyły się natychmiast, pierwotny atak zawsze dosięgał celu. W końcu jednak złotowłosa zdołała zebrać się w sobie i zaczęła dokonywać pierwszych, mizernych prób wykonania udanego uniku. Widać było, że to był jej pierwszy kontakt z walką, i czekało ją wiele lat, zanim będzie w stanie zadbać o siebie. Kto wie, może przed końcem dnia zdoła przeżyć dziesięć sekund?

- Tak z czystej ciekawości… Czemu twoja teleportacja wymaga cieni? Wydaje się to strasznie nieporęczne - rozległ się szczurzy głos. Papugoszczur nudził się, patrząc, jak co chwila Evangeline jest zmuszana zaczynać od nowa. Wcześniej próbował spać, ale było na to za głośno. Teraz latał sobie dookoła trenującej dwójki, próbując stłamsić brak zajęcia poprzez zasypywanie upadłego pytaniami.

- Dzięki temu mogę łatwo przenosić inne osoby i obiekty. Jeszcze raz. - Solythue okazał się osobą, która świetnie sobie radzi z wykonywaniem wielu zadań naraz. Jego ataki nie ustawały i były tak samo szybkie i precyzyjne, bez względu na to, o czym akurat rozmawiał z ciekawskim zwierzakiem. - Teleportacja wymaga jasnego obrazu tego, gdzie się przenosisz i co przenosisz. Korzystam z magii iluzji, aby otoczyć cieniem wszystko, co chce przenieść. Moja magia jest dla mnie łatwo wyczuwalna i wyraźna, dzięki czemu mogę na jej podstawie wyznaczyć, co chce teleportować. Jeszcze raz. To zaś pozwala mi na pełne skupienie się na tym, gdzie mam zostać przeniesiony wraz z zaznaczonymi obiektami lub osobami. Odkąd tak robię, nigdy nie zdarzył mi się wypadek podczas teleportacji. Jeszcze raz.

- Chyba rozumiem… - powiedział papugoszczur. Może był leniwym zwierzakiem, ale spędził wystarczająco dużo czasu blisko magii, aby nie pogubić się w słowach piekielnego. - Tylko dlaczego cienie w takim razie? Według tej logiki mógłbyś użyć iluzji w dowolnym kolorze.

- Jeszcze raz. Czarny najłatwiej ukryć. Przed moim upadkiem, korzystałem z moich zdolności magicznych, aby po cichu i dyskretnie wykonywać zadania, które były przede mną stawiane. Byłem kimś wyjątkowym pod tym względem, większość mężczyzn w Planach Niebańskich skupia się na walce bronią, a jeśli już korzystają z magii, to nie w ten sposób, do którego ja byłem zdolny. Jeszcze raz.

        Evangeline popadła w zamyślenie, albowiem nie zdołała uniknąć początkowej szarży Solythue. Upadły, widząc to, postanowił zaczekać, dając niebiance szansę na przetrawienie swoich myśli.

- A… Jak swoje zadania… wykonywała moja… pierwotna mama?

        To było pytanie, którego Solythue się nie spodziewał. Mimo tego postanowił powspominać, przy okazji nasycając ciekawość złotoskrzydłej.

- Była uosobieniem dobra. Nie byłaby w stanie skrzywdzić nikogo... I to nie dlatego, że nie była w stanie tego zrobić, wręcz przeciwnie, miałem okazję z nią trenować i do dzisiaj czuje ból w kościach. - Uśmiech, za którym krył się smutek, zagościł na jego twarzy. Sama Evangeline jedynie kiwnęła głową. Bez wątpienia czuła się dziwnie, słysząc informacje o osobie, przez którą została poczęta. - Do dzisiaj pamiętam, jak pewnego dnia zdołała przemycić motyla do Planów Niebiańskich. Opiekowała się nim jak własnym dzieckiem, a gdy w końcu nadszedł jego czas, urządziła mu uroczysty pogrzeb w miejscu, w którym go znalazła.

- Musiała być bardzo miła. Szkoda, że… że nie miałam okazji jej spotkać. - Evangeline cieszyła się, że dowiedziała się tych rzeczy. Nie oznaczało to jednak, że nie czuła bólu w sercu na myśl, że nigdy jej nie zobaczy. - A mój ojciec? Kim on był? Czy znałeś go? Jak… jak miał na imię?

        Upadły odwrócił wzrok od Evangeline, która cierpliwie czekała na jego odpowiedź. Nim jednak tą uzyskała, mężczyzna postanowił usadowić się na podłodze, a następnie gestem jego ręki poprosił, aby księżniczka zrobiła to samo. Valak, zaciekawiony tym obrotem wydarzeń, postanowił wylądować na głowie księżniczki, która najwyraźniej nie miała problemu z tym wyczynem papugoszczura.

- Skoro chcesz wiedzieć, niech tak będzie - powiedział upadły, po czym na twarzy jego wymalowało się obrzydzenie, jakby właśnie bosą stopą wdepnął w ślad po powozie konnym. - Nigdy nie słyszałem o gorszym aniele. Hefayston, bo tak się nazywał, ciągle sprawiał kłopoty, a jego poczucie humoru oraz podejście do płci pięknej sprawiało, że był uznawany przez wszystkich, włącznie ze mną, za kompletną hańbę dla wszystkich aniołów światła. Wszyscy mieli go dość, nawet twoja matka, która potrafiła godzinami narzekać na jego kompletnie bezmyślne wyczyny.

        Zarówno Księżniczka, jak i jej przyjaciel usadowiony na jej głowie, byli zszokowani, słysząc tak drastyczne i bezpośrednie podsumowanie tego, kim był mężczyzna odpowiedzialny za sprowadzenie jej na ten świat. Już miała zapytać, jakim cudem jest to możliwe, ale wtedy Solythue zaczął kontynuować i każde słowo było gorsze od poprzedniego.

- Mało tego, słyszałem, że gdy twoja matka zmarła, popadł on w obłęd, przysięgając zemstę na tych, którzy odebrali jego ukochaną i córkę. Upadł, uciekając od swoich przyjaciół, od swoich obowiązków, wypowiadając wojnę tym, którzy pozbawili go wszystkiego, wszystko to pod pretekstem krwawej zemsty za jego krzywdy.

- Czy on dalej żyje? - Evangeline wyglądała, jakby miała wyzionąć ducha od nadmiaru emocji. To brzmiało okropnie! Ale musiała znać całą prawdę.

- Oh tak, jak najbardziej. I z tego, co wiem, porzucił swoje dawne imię, przybierając nowe. I pod tym nowym imieniem, planuje sprawić, aby jego nowo odnaleziona córka nie ucierpiała, tak jak on ucierpiał i jest gotowy całe królestwa puścić z dymem, aby tego dokonać.

- I dopiero teraz nam to mówisz?! - wykrzyczał Valak, bo księżniczka nie mogła już z siebie wydusić ani słowa. - Gadaj, jak się teraz nazywa ten oszołom! Musimy ostrzec Delię, że jakiś wariat może w każdej chwili zjawić się tu po Evangeline!

- Solythue.

        W ciszy która nastała, można było usłyszeć bicie własnego serca, choć w przypadku młodej niebianki można tu było mówić o braku takowego. Im dłużej wpatrywała się, w upadłego, który uśmiechał się, jakby właśnie dokonał najlepszego żartu w historii Alaranii, tym bardziej była… Wściekła? Zaskoczona? Szczęśliwa? Smutna? Mogłaby przysiąc, że czuła całe spektrum emocji na raz. Nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć w obliczu takiej rewelacji, dlatego też nic nie powiedziała, a zamiast tego wystrzeliła jak z procy, rzucając się na upadłego i przewracając go na plecy. Ten manewr sprawił, że zrzuciła z siebie papugoszczura, ale nie była w stanie o tym teraz myśleć. Zamiast tego zaczęła pięściami uderzać w jego klatkę piersiową, wylewając z siebie wszystko, co czuła.

- Głupi, głupi, głupi! To nie jest śmieszne, słyszysz! To wcale nie jest śmieszne! - Jej atak nie był zbyt efektywny, Czarnoskrzydły bowiem dalej chwalił się swoim uzębieniem, wciąż zadowolony ze swojego wyczynu. W końcu Evangeline straciła resztki sił, których i tak nie miała dużo w zapasie po nieustannym unikaniu ataków upadłego. Leżała w bezruchu na swoim aniele stróżu, oddychając ciężko i nie wiedząc, co o tym myśleć.

- Wybacz, ale nie mogłem się oprzeć. - Solythue, kiedyś zwany Hefaystonem, objął ją rękoma, przytulając do siebie, tak delikatnie jak tylko mógł. Mogła wsłuchiwać się w bicie jego serca, którego rytm ukoił wszystkie jej troski. - Robisz tak samo słodkie miny, jak twoja matka, gdy ją podpuszczałem, wiesz?

- Teraz wiem… I tak jestem zła na ciebie. Szczególnie, że nie powiedziałeś od razu, kim jesteś!

- Ja ciebie też kocham córeczko.

- Skończyliście już? Bo jestem głodny! A sam się stąd nie wydostanę! - wypiszczał Valak, czując się jak trzecie koło u wozu w obliczu długo wyczekiwanego spotkania między zaginioną córką a stęsknionym ojcem. Rzecz jasna jego ingerencja sprawiła, że zarówno złotoskrzydła, jak i piekielny, zaśmiali się, zapominając na moment o problemach, z którymi będą musieli się zmierzyć.



- Spać.

- Ale Delia…

- Spać.

- Ale…

- Teraz.

        Pokój Evangeline był pusty - nikt nie pomyślałby, że porwana księżniczka będzie się w nim znajdować, przez co było to najbezpieczniejsze miejsce, w którym anielica mogła zasnąć. Bez pomocy służek ciężko było się przebrać w nocne szaty, ale mimo wszystko zdołała to zrobić. Już leżała pod pościelą, gotowa do snu. Tuż obok jej głowy, na osobnej poduszce, chrapał Valak, zadowolony z wyżerki, którą sobie urządzili. Z pomocą teleportacji zdołali podkraść kolację wprost z królewskiej spiżarni bez ściągania na siebie uwagi. Teraz jednak był czas na sen, do którego Evangeline nie była skora ze względu na swoje zmartwienia.

- A co jeśli zacznie panikować? Bardziej niż wcześniej? Wtedy w ogóle nie zdołamy jej powstrzymać przed zrobieniem ci krzywdy!

- Nie mamy wyboru, nawet jeśli to prawda. Jest nieprzytomna, jej brak snu połączony z królewskimi obowiązkami pewnie przytłoczył jej organizm - westchnął upadły. Kto by pomyślał, że dzieci potrafią być tak uparte? - Wyśpij się, nie popełniaj tego samego błędu, co Delia. Gdy tylko odpoczniesz, możesz śmiało pokazać się strażnikom i służącym, co by zaprowadzili cię do niej. Pamiętasz, co masz robić?

- Sprawdzić czy dalej chce cie poszatkować.

- A co masz zrobić, jeżeli tak będzie?

- Unikać tematu, żeby jej nie złościć, czekać na lepszy moment, a do czasu aż tak będzie spotykać się z tobą, gdy będzie okazja?

- A jeśli będzie skora do rozmowy?

- Zawołać cię od razu.

- Zuch dziewczyna - uśmiechnął się do niej, po czym jego własny cień zaczął go otaczać. - Słodkich snów. Ja muszę coś sprawdzić. Zdołałem wyłapać wśród królewskich korytarzy plotki, które bardzo mi się nie podobają. Gdyby coś było nie tak, nie wahaj się wołać o pomoc. Bez względu na to, co o tym sądzi Delia, nie pozwolę by stała ci się krzywda, jasne?

- Mhm…

Upadły zniknął, a Evangeline, choć walczyła z całych sił, zamknęła oczy i zapadła w sen. To był bardzo męczący dzień. Pozostawało mieć nadzieję, że od teraz będzie tylko lepiej.



        Było południe następnego dnia, ale ciało ze złota wzięło przykład z jej przybranej matki, i postanowiło wciąż trwać w głębokim śnie. W ten oto sposób, dwie, bądź trzy godziny po tym, gdy list Delii został magią wysłany wprost do jej ojca, przez cały zamek rozległ się donośny krzyk jednej ze służących. Tuż po nim nastał totalny chaos, strażnicy biegli przez zamek, jakby właśnie doszło do ataku, a niemal połowa służby zamkowej, tworząca pokaźny tłum, biegła przekazać dobrą nowinę królowej.

Evangeline została odnaleziona, śpiąca w swoim własnym pokoju!

Księżniczka była bardzo, ale to bardzo niezadowolona z tej brutalnej pobudki, co dobrze odzwierciedlała jej mina, jakby miała zamiar zamordować rozhisteryzowane dookoła niej służki.
Awatar użytkownika
Delia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 74
Rejestracja: 5 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Delia »

Delia chodziła po zamku, nie mogąc zebrać się do niczego. W głowie stale tkwiły jej wczorajsze wydarzenia. Słowa Evangeline odbijały się echem w jej myślach. Były na tyle dosadne, że wywołały wyrzuty sumienia. Anielica rozważała, czy nie reagowała zbyt gwałtownie z użyciem magii w taki sposób, ale przecież, nie mogła ryzykować, ale z drugiej strony może ugodowe rozwiązanie sprawy byłoby jakąś opcją. Niestety wzburzone emocje stale kazały odrzucać jej ten niedorzeczny pomysł. Przecież Evangeline nie jest przedmiotem, co do którego można się dogadać, a już na pewno nie z upadłym porywaczem. Ona po prostu nie rozumiała, a on musiał jej namieszać w głowie.
Królowa pokładała w swoim ojcu wielkie nadzieje. Był surowy, ale zawsze mogła na niego liczyć. Nie oczekiwała, że pojawi się w zamku, nigdy nie lubił odwlekać swoich obowiązków. Zwłaszcza że mogło chodzić o zagrożenie życia jego wnuczki, nawet jeśli nie do końca ją akceptował. Nie miała jednak pojęcia, że do pomocy weźmie swojego brata, razem byli prawie niepowstrzymani, a ich niemal identyczny wygląd był sporym asem w rękawie.

- Mamy go zabić? – spytał Eneasz stojący po jednej stronie drzewa rosnącego pod murami zamku, z dala od głównej bramy.
- Prawie – odpowiedział ojciec Del wyraźnie niezadowolony, ukryty z tyłu grubego pnia.

Więcej nie rozmawiali, plan ustalili już wcześniej. Emanuel postawił na poszukiwania w terenie, podczas gdy jego brat, jako ten ponoć sprytniejszy, niezauważenie przedostał się do królewskiego ogrodu. Korzystając ze swoich umiejętności, zamaskował anielską aurę pod postacią najzwyklejszej ludzkiej. Nie dając się zauważyć służącym, wszedł również do zamku, idąc za wstrętną wonią siarki. Niestety wciąż tylko wodziła go za nos, urywając się nagle i pojawiając, w jednych miejscach słabsza, w innych silniejsza. W pewnym momencie był już niemal pewien, że złapie winowajcę na gorącym uczynku i ostrożnie uchylił drzwi do komnaty księżniczki, z zaskoczeniem stwierdzając, że ona tam jest. Niestety jego śledztwo przerwały dwie szczebioczące służki, chyba dość młode, bo ich twarzy nie zdobiła jeszcze żadna zmarszczka. Nim go spostrzegły, anioł pośpiesznie skręcił w inny korytarz. Musiał uważać, gdyby go zauważyły, na pewno wzięłyby go za Emanuela. Co w sumie było mu na rękę, ale jeszcze nie teraz. Najpierw chciał się rozejrzeć.
Zdumione okrzyki dziewczyn tylko potwierdziły, że księżniczki tam wcześniej nie było. Niestety porywacza również.
Tymczasem Emanuel również z ukrytą aurą i skrzydłami przemierzał ulice w poszukiwaniu czegokolwiek i kogokolwiek podejrzanego. Początkowo wszystko było normalnie, ludzie zajęci swoim życiem, dzieci przebiegające tu i ówdzie. Żadnych oznak istot z piekła. Dopiero gdy zaszedł aż na same obrzeża i był już prawie pewien, że nic tak szybko nie znajdzie, ostry odór palonych włosów podrażnił jego nos. Od razu skierował kroki w stronę jego źródła. Bardzo szybko spostrzegł gospodę, z której z impetem wyleciało krzesło. Przez okno.

- Piekielni się bawią – prychnął w myślach. Większość diabłów i ich pobratymców to była banda nieokrzesańców z zamiłowaniem do pakowania ludzi i z jakiegoś powodu samych siebie w kłopoty. Wprawdzie czasem trafiali się nawet inteligentni i cywilizowani, ale z pewnością ci tutaj tacy nie byli. Na dodatek w powietrzu była wyczuwalna energia magiczna. Ktoś używał jakichś zaklęć, pewnie się maskowali, bo nawet gdy anioł pobieżnie zajrzał do wnętrza, nie spostrzegł żadnych rogów czy ogonów. Zamiast tego był zmuszony paść na trawę, bo jakiś idiota uznał za dobry pomysł wyrzucenie tą samą drogą co krzesło, nieprzytomnego gospodarza, sądząc po ubiorze. To wystarczyło.
Niebianin wszedł do środka, otwierając drzwi efektownym kopniakiem, przez co zwrócił całą uwagę na siebie. Ludzie szybko się znudzili i wrócili do bijatyki, ktoś przypadkiem albo celowo prawie trafił anioła kawałkiem talerza. Smród dochodził od jedynej niewalczącej osoby, która uśmiechała się perfidnie, stojąc pod ścianą. Mężczyzna w średnim wieku, łysy i z długą, czarną brodą spoglądał na Emanuela pobłażliwie. Bardzo szybko jednak spoważniał, gdy ojciec Delii rozłożył skrzydła. Piekielny nie zdołał uciec, to była kwestia kilku sekund, by jego głowa spadła na ziemię, a zaraz za nią reszta ciała. Ludzie tym razem na dobre przestali walczyć ze sobą i zgodnie uciekli z budynku. Niebianin poszedł za ich śladem, zostawiając po sobie jedynie małe, białe piórko, które wypadło, gdy ponownie ukrywał skrzydła.
Nie był zadowolony, trafił na diabła, a przecież dobrze pamiętał list córki, w którym wyraźnie wspominała o upadłym.

- Ghhh! – warknął, gdy ktoś za jego plecami podjął próbę uduszenia go.

Początkowo oboje się miotali w walce o śmierć i życie. Anioł nie dawał za wygraną, choć cały poczerwieniał na twarzy od braku powietrza. Zdołał jeszcze wywrócić ich na trawę, gdzie udało mu się złapać oddech dzięki rozluźnieniu uścisku. Szamotanina trwała dobre kilka minut, nim Emanuel odzyskał swobodę, wbił drugiemu piekielnemu ostrze w serce.
Nieco zdyszany zrozumiał, że dwa diabły naraz w tym królestwie to dość dziwne więc korzystając z chwili spokoju, ukrył się, by móc jeszcze poobserwować gospodę.

Delia, gdy tylko usłyszała pozytywną wiadomość o odnalezieniu Evangeline, z rozbiegu wzbiła się w powietrze i niczym błyskawica przemknęła przez te kilka korytarzy. Serce jej biło jak oszalałe, z radości i przerażenia, czy aby wszystko w porządku z młodą.

- Evangeline! – krzyknęła, stając przed nią i odganiając jednym gestem służki. Przytuliła mocno swoją córeczkę – Tak bardzo się martwiłam! Nic ci nie jest? – obejrzała ją dokładnie, szukając urazów, poczuła wielką ulgę, gdy nic nie znalazła.
Chciała powiedzieć, że będzie dobrze, że teraz nie spuści jej z oka, ale przecież… Upadły porwał złotowłosą, mimo jej reakcji. Czuła ogromne poczucie winy, że nie potrafiła lepiej ochronić córki.
- Przepraszam – wydusiła z siebie – Więcej do tego nie dojdzie, drugi raz nie pozwolę mu ciebie zabrać. Powiedz, jak udało ci się uciec, jak się tu znalazłaś? Czemu nic nie powiedziałaś? Tak bardzo się martwiłam – zadając te wszystkie pytania, tuliła niebiankę z całych sił, jakby nie widziała jej od miesięcy – Już jesteś bezpieczna – szepnęła jeszcze.

- A ja zadbam o to dodatkowo – powiedział mężczyzna stojący przy wejściu do komnaty. Eneasz wyglądał niemal identycznie jak swój brat, tego dnia nawet specjalnie włożyli to samo. Anioł również miał blizny na twarzy, choć nieco inaczej ułożone. Dla kogoś, kto nie miał zbyt częstej styczności z ich obojgiem, był to niezauważalny szczegół. Delia jednak od razu to zauważyła, ale nie znając planów ojca i stryja nie zdradziła tego.
- Cieszę się, że przybyłeś – odpowiedziała z ciepłym uśmiechem.
- Dla mojej córki, wszystko – odpowiedział z ciepłym uśmiechem, ignorując ból w sercu na myśl o Sakurze. Równocześnie rzucił dość chłodne spojrzenie księżniczce. Bardzo łatwo wpasował się w rolę Emanuela, mimo że brat całą sytuację nakreślił mu dość ogólnikowo jak byli jeszcze w Planach.
Awatar użytkownika
Evangeline
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 61
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Evangeline »

Dzień nie zapowiadał się dobrze, a przynajmniej nie sugerowało tego to, co miało miejsce w pokoju księżniczki.

        Evangeline byłaby wciąż w objęciach głębokiego snu, gdyby nie przybycie służek, które na jej obecność w komnacie zareagowały… energicznie. Jedna z nich wrzasnęła, jakby ktoś właśnie ją próbował zamordować, nic więc dziwnego, że Złocista niebianka wystrzeliła spod pościeli, natychmiast stając na własne nogi i rozglądając się za zagrożeniem. Nie była może weteranem wojennym, ale w jej - dopiero co rozbudzonym - umyśle wciąż wyraźny był wczorajszy dzień, podczas którego naoglądała się stanowczo zbyt dużo szybujących przez powietrze kling, nawet jeśli większość z nich była iluzoryczna.

        Serce Evangeline wciąż biło zdecydowanie za szybko, gdy oczy jej zaczęły wpatrywać się w służące. Szok i panika minęły, ale na ich miejsce wskoczyło oburzenie, jako że nie była to pobudka godna księżniczki. Kobiety, które były za to odpowiedzialne, musiały zauważyć, że Evangeline była niezadowolona, niemal natychmiast bowiem zaczęły przekrzykiwać się, przepraszając ja nagłe wtargnięcie, a zarazem pytając o to, czy niczego jej potrzeba. Nim zostały przegonione przez niebiańską, która z każdą sekundą coraz bardziej żałowała posiadania uszu, do pandemonium dołączyły inni ludzie, którzy przybyli tutaj po usłyszeniu wrzasku, który echem rozniósł się po całym zamku.

        Byli to głównie strażnicy, zarówno ci z najwyższą rangą, którzy bezpośrednio odpowiedzialni byli za bezpieczeństwo rodziny królewskiej, jak i ci, których zadaniem było patrolowanie wnętrza zamku. Tuż za nimi zbiegli się ci ze służby królewskiej, którzy mogli pozwolić sobie na przerwę w swych obowiązkach. Ich obecność sprawiła, że było tłoczno przed komnatą, ale na całe szczęście mieli oni na tyle rozumu w głowie, by bez zaproszenia nie przekraczać progu pokoju. Choć równie dobrze mógł ich od tego pomysłu odwieść widok tego, jak księżniczka odwdzięcza się za nadopiekuńczość orbitujących ją służek.

- Nic mi nie jest i niczego nie potrzebuje. - Ton Evangeline nie był miły i młoda anielica nie starała się tego ukryć. Jeśli miała być szczera, jej ciało było wypoczęte, ale umysł domagał się kilku godzin snu więcej… Choć kusiło ją rozważanie nad tym, czy kilkanaście nie byłoby bardziej adekwatne.

        Nie wszyscy mogli ją zobaczyć bezpośrednio - jakby nie patrzeć, wejście do jej komnaty było efektywnie zabarykadowane przez strażników, którzy wciąż patrzyli na ledwie wczoraj porwaną księżniczkę, która jak nigdy nic okazywała swoje niezadowolenie wobec kobiet, które jako pierwsze ją odnalazły. Kiedy jednak rozległ się jej głos, nikt nie miał wątpliwości, iż adoptowana córka Delii została odnaleziona, czy też raczej odnalazła się, cała i zdrowa. Informacja ta sprawiła, że służący zgromadzeni poza drzwiami zaczęli biec w kierunku, gdzie ostatnio przebywała królowa, by obwieścić dobrą nowinę.

        Ci, którzy nie zdołali zapobiec wczorajszemu porwaniu, zostali na swoim miejscu i patrzyli na złotą istotę, jakby ta nagle miała zostać pochłonięta przez swój własny cień… znowu. Pozostali strażnicy za to rozbiegli się, co by roznieść informacje. Trzeba było przywołać tych, którzy zostali wysłani na poszukiwania. Poza tym lepiej, aby każdy strażnik o tym wiedział, nikt bowiem nie wątpił w to, że Królowa będzie domagała się zwiększenia ochrony i patroli po ostatnich wydarzeniach a wieść taka to nie jest coś, co chce się usłyszeć bezpośrednio od swoich przełożonych, grozi to bowiem przekleństwem, które zostanie wypowiedziane zbyt głośno dla własnego dobra.

        Księżniczka była zadowolona z tego, że służki dały jej spokój. Nie była zadowolona, że wciąż tu były i patrzyły się na nią, jakby zaraz miała się rozpłynąć. Strażnicy, którzy blokowali wejście do jej komnaty, też nie sprawiali lepszego wrażenia, ale oni przynajmniej byli na tyle daleko, że niebianka nie czuła się przytłoczona ich obecnością tutaj. Jej biedne serce w końcu nie waliło już niczym młot, co oznaczało, że mogła powrócić na łóżko, by powrócić do spania, w którym chciała utopić troski związane z ostatnimi wydarzeniami. Była już gotowa do tego, by słownie przegonić wszystkich z dala od jej komnaty, lecz nim to się stało, przez strażników niczym taran przeszła Delia, natychmiast podbiegając do swej córki.

- Mamo! - Ledwie zdążyła odpowiedzieć, a została złapana w uścisk, od którego ciężko było złapać dech. Przemknęło jej na myśl, aby błagać o to, by królowa jej nie udusiła, ale pełne zmartwienia pytania dorosłej anielicy przekonały ją, że nie tędy droga. Jej mama martwiła się o wiele mocniej, niż Evangeline mogła się tego spodziewać. Aż tak nie wierzyła w to, że Solythue nic jej nie zrobił? - Nic mi nie jest, nie zostałam ranna, do niczego nie zostałam zmuszona i nie zostałam przeklęta przez nikogo, przysięgam ci. - Zapewniła swoją matkę, w międzyczasie odwdzięczając się przytuleniem za przytulenie.

        Rzecz jasna królowa i tak postanowiła samodzielnie sprawdzić, przynajmniej powierzchownie, czy aby na pewno jej córeczka jest w takim stanie, w jakim ostatnio ją widziała. Evangeline miała ochotę westchnąć, widząc upartość swej matki. Była za to wdzięczna, niezmiernie, ale byłaby odrobinę mocniej wdzięczna, gdyby Delia uwierzyła w jej słowa, bez konieczności sprawdzania tego, jak autentyczne one są. Szybko jednak zapomniała o tym drobnym szczególe, oto bowiem królowa znów zaczęła mówić… a niektóre z jej pytań były bardzo niewygodne.

“Jeśli jej powiem prawdę, sprowadzę kłopoty na tatę…”

        Uścisk, którym była ciągle obdarowywana, stał się niewygodny, a słowa, które księżniczka chciała powiedzieć, stanęły jej niczym rybia ość w gardle. Przez chwilę zaczęła rozważać, co mogłaby powiedzieć, aby rozmowa przebiegła na inny tor, ale niestety nie znalazła niczego, co by gwarantowałoby sukces. Czy tego chciała, czy nie, musiała kłamać, dla dobra Solythue i Delii.

- Ja… Nie wiem.

        Złota anielica była wdzięczna za to, że Delia nie mogła jej spojrzeć w twarz bez przerywania uścisku. Poczucie winy uderzyło ją bowiem mocniej niż kiedykolwiek. To była jej zatroskana mama, ktoś, kto bał się o jej życie, a ona łgała wbrew dobroci, którą była obdarowywana. Nawet świadomość tego, że robi to, aby uniknąć zbędnego konfliktu, nie zdołała załagodzić złych myśli. Ręce Evangeline zacisnęły się na sylwetce Delii odrobinę mocniej, niż było to konieczne, gdy ta zaczęła kontynuować błądzenie z dala od prawdy.

- Nie pamiętam nic… To znaczy, prawie nic. Tylko to, co się działo wczoraj w ogrodzie, zanim… świat spowił mrok. Dalej pamiętam tylko pobudkę w łóżku. - Głos Evangeline drżał, ta była bowiem przepełniona strachem.

        Uciekanie od prawdy i niewspominanie o tejże innym to było coś, z czym Evangeline mogła sobie poradzić, i co jeszcze do niedawna robiła co dnia, skrywając swoje emocje i samopoczucie. W porównaniu do niemal fizycznego bólu, jaki towarzyszył jej przy fałszowaniu obrazu rzeczywistości, było to równie łatwe co oddychanie. Mało tego, sama myśl o tym, jakie mogą być konsekwencje, gdy prawda w końcu wyjdzie na jaw, sprawiała, że złotoskrzydła miała ochotę krzyczeć. A mimo to Evangeline miała wrażenie, iż wszystko to wciąż lepsze jest od tego, co mogłoby się stać, gdyby już teraz prawda miała ujrzeć światło dzienne.

“Co jeśli się mylę? Może gdybym spróbowała to wszystko wyjaśnić tu i teraz to wszystko odbyłoby się bez roz-”

        Głos dziadka był niczym grom z jasnego nieba. Evangeline podskoczyłaby, gdyby nie ręce Delii, które nie pozwalały na swobodę ruchu. Emanuel kojarzył się księżniczce tylko z jednym - walką. Nie pamiętała go ani po jego zachowaniu przy stole, ani też po słowach, które wypowiedział do niej podczas ostatniej wizyty… zamiast tego, na jej widok umysł jej rozbłysł wspomnieniami o pojedynku między aniołem a jej opiekunem. Nawet, teraz gdy ponad rok minął od tego okropnego wydarzenia, złotowłosa nie mogła powstrzymać strachu przed wtargnięciem na jej młodą twarzyczkę.

        Gdy przywitania zostały wymienione między Delią a nowoprzybyłym, ojciec Delii postanowił skierować swój wzrok na swoją wnuczka a ta - jak na zawołanie - zaczęła patrzeć na bok, byle by tylko uniknąć spojrzenia, które najwyraźniej próbowało przeszyć ją na wylot. Gdyby nie zdrowy rozsądek, to Evangeline zaczęłaby podejrzewać dziadka o to, że ten już wie wszystko o tym, co zaszło między nią a Solythue.

“Gdyby tak rzeczywiście było… Delia też by wiedziała. A mama na pewno o tym nie wie.”

        Księżniczka zamknęła oczy. Jak dotąd ten dzień nie był ani trochę lepszy od tego, co działo się ostatnimi czasy. Strach, stres i czarne myśli podążały za nią, odkąd tylko wstała z łóżka i z każdą chwilą znajdował się kolejny powód do tego, by te rosły i rosły na sile. Jedyną rzeczą, która koiła jej zmartwienia, była wiedza o tym, że jej tato jest gdzieś tam i ma o wiele lepszy czas niż ona.





Solythue miał wielką nadzieję, że Evangeline radziła sobie o wiele lepiej niż on.

        Plotki okazały się prawdziwe. Gdy tylko wrócił w środku nocy do lochów, z których wykradł Helianosa, zastał go widok pustych cel i krwi, której to biedne służki nie zdołały w pełni zetrzeć z kamiennych powierzchni. Było to szczególnie widoczne na ścianach i suficie, gdzie posoka, choć już zaschnięta, wciąż przepełniała powietrze swym metalicznym zapachem. Cokolwiek tu się stało, było nadzwyczaj brutalne i bolesne, a sprawca nie dbał o dyskrecje. Mało tego zapach siarki był tak mocny, że całe pomieszczenie było nim przesiąknięte.

“Piekielni. Albo jeden bardzo silny osobnik. Albo ktoś celowo zostawił ten zapach.”

        Każda z tych opcji nie podobała mu się, bowiem każda kolejna była gorsza od poprzedniej. Mało tego, próba dotarcia do prawdy była utrudniona tym, że przez całą noc ulice miasta były przepełnione strażnikami i wojskiem, które bez wątpienia zostało zmobilizowane przez to, że Evangeline została przez niego zabrana.

“To oznacza, że jeszcze nie zauważyli, że śpi w swoim łóżku. To dobrze, po tak ciężkim dniu zasługuje na odpoczynek… Szczególnie jeśli moje podejrzenia będą prawdziwe.”

        Upadły nie łudził się, że Delia będzie chciała go otrzymać w kawałkach na złotej tacy. Nie marnował też czasu na wierzenie w to, że Evangeline zdoła przebić się przez królewską dumę swej przybranej matki. Jego córka miała przez to tylko jedną opcję, jeżeli chciała postępować zgodnie z ich planem.

“Może to nawet lepiej. Musi się nauczyć, że prawda potrafi wyrządzić więcej krzywdy niż ukrywanie tejże.”

        Ułożył się wygodniej na dachu, na którym postanowił przeczekać zamieszanie obecne na ulicach miast. Nie planował spać, nie był w sytuacji, która na sen pozwalała. Zamiast tego obserwował okolicę. Nocne powietrze przesączone było przeróżnymi odgłosami dochodzącymi z domostw dookoła niego - to, co zwróciło jego uwagę, to płacz dziecka, który przebijał się bez trudu ponad pozostałe dźwięki. Zaczął znów rozmyślać, nie mając nic lepszego do roboty.

“Jest młoda, ale nie tak młoda. Nawet jeśli to wszystko będzie dla niej trudne, będzie musiała to przeboleć. W przeciwnym wypadku będzie cierpieć o wiele gorzej, gdy świat utraci wobec niej resztki litości”

        Piekielny zagłębił się w swych myślach na tyle głęboko, iż pierwsze promienie wstającego zza horyzontu słońca zdawały się niespodziewane. Szybkie spojrzenie na ulice potwierdziło go w przekonaniu, iż był już ranek - ludzie już tłoczyli się na ulicach, idąc to w gości, to do sklepów co by uzupełnić zapasy. Po wojsku nie było ani śladu, tylko nadzwyczajna ilość straży utwierdzała upadłego w przekonaniu, iż Evangeline prawdopodobnie dalej śpi w swej komnacie, nieodnaleziona przez kogokolwiek.

“Królowa nie jest taka głupia, zadbała o to, by nie wywołać paniki wśród ludu i zmniejszyła ilość osób oddelegowanych do poszukiwań Evangeline.” - Solythue, niestety, nie był świadomy tego, że Delia ręki nie przyłożyła do tego, co zaobserwował.

        Korzystając ze swojej magii, upadły został otoczony przez cień i zniknął z dachu. Jego cienista sylwetka zaczęła pojawiać się w różnych zacienionych zakamarkach dookoła miasta. Jedynym dowodem na to, że w tym cieniu ktokolwiek był, były srebrzyste oczy, które rozglądali się szybko i znikały ledwie kilka sekund później, nie pozostawiając po sobie ani śladu.

        W ten sposób zdołał zmarnować kilka godzin, szukając oczywistych znaków obecności piekielnych. Niestety nic a nic nie zapowiadało tego, a to oznaczało, że sytuacja nie była ciekawa. Obecność piekielnych była powiem według Solythue niezaprzeczalna, a przynajmniej na to wskazywało jego przeczucie… co oznaczało, że ci są na tyle zdolni, by móc się ukryć. A to tylko potwierdziło jego wcześniejsze przypuszczenia, że odór siarki został pozostawiony celowo.

        Solythue rozmyślałby nad konsekwencjami tego dalej, gdyby nie to, że zaczął słyszeć bardzo ciekawą plotkę roznoszącą się przez ulice miasta. Ludzie zaczęli mówić między sobą o karczmie, w której doszło do rabanu. Z początku brzmiało to, jak zwykła nowinka, która nie powinna go interesować, ale po kilkunastu minutach straż z całej okolicy zaczęła zbiegać się w miejsce, w którym to rzekomo doszło do niezłej rozróby.

“A co mi szkodzi”

        Pojawiając się z cienia w cień, zaczął podążać za strażnikami na sam skraj miasta. Tutaj cywili praktycznie nie było na zewnątrz - tylko to, że ludzie wyglądali z okien na przybycie straży, zdradzało, iż okolica nie była opustoszała. Cokolwiek się stało, musiało to zniechęcić wszystkich do przebywania poza domem w tych okolicach. Gdy tylko był wystarczająco blisko gospody, przed którą stało ze dwa tuziny strażników, ulokował się w wejściu do uliczki naprzeciwko, skąd miał dobry widok na to, co zwykłym ludziom zmroziło krew w żyłach.

        Na środku ulicy leżał martwy diabeł, z dziurą po mieczu przeszywającą miejsce, w którym powinno być serce. Brzydal był zadźgany przez strażników z pomocą ich własnych oręży, jakby zaraz miał powstać i wyrżnąć ich wszystkich w pień. Nie marnując czasu, Solythue zjawił się następnie wewnątrz gospody, w cieniu jednego ze stołów. Tutaj był kolejny diabeł, truchło jego leżało nieopodal krzesła, a jego głowa była kilka metrów dalej, szok i strach wciąż wyryte na jego nieświętej twarzy. Miejsce, w którym wcześniej musiał siedzieć było niczym epicentrum - im bliżej, tym bardziej chaotycznie porozrzucane były krzesła, stoły i resztki obiadów.

“Musiał być zamaskowany w jakiś sposób, skoro dostał się do środka i siedział tu choćby przez moment bez wzbudzania paniki. Czyli on i też prawdopodobnie jego kolega, należeli do grupy tych, co potrafią być dyskretni jeśli się postarają. Jakim cudem w takim razie ktoś zdołał ich zabić?”

        Na to pytanie nie musiał długo poszukiwać odpowiedzi. Śnieżno-białe pióro leżało na drewnianej posadzce, otoczone przez wciąż spływającą z truchła krew. Po szybkim upewnieniu się co do tego, że strażnicy wciąż zajęci są diabłem na zewnątrz, upadły wyszedł z cienia w pełni, co by pochwycić ślad po obecności anioła. Ledwie chwilę później jego sylwetkę znów otoczyła ciemność, a on pojawił się na dachu budynku, który znajdował się naprzeciwko nieszczęsnej gospody.

- Tylko tego mi brakowało. - Odezwał się upadły, nie mogąc dłużej przechowywać swych myśli w obrębie swej głowy. Trzymał przed sobą białe pióro, jego palce delikatnie obracały je w czasie, gdy oczy jego próbowały porównać je do tych, które zdobiły skrzydła Delii. - Wydają się większe. Jeśli nie ona, to musiał tu być inny an-

        Jego rozmyślanie zostało przerwane, gdy niebiański miecz został przeciągnięty na wskroś jego pleców, bez trudu przechodząc ubranie, które na sobie miał i z łatwością rozcinając mięśnie. Atak był tak nagły, że Solythue zrozumiał co się dzieje, dopiero gdy padł na kolana, w ostatniej chwili podpierając się rękoma. Dopiero wtedy odczuł ból, który wymusił z jego gardła paskudny okrzyk godny zarzynanego zwierzęcia.

“Jeszcze żyje!”

To była pierwsza myśl, którą zdołał sklecić, zanim kopniak w żebra posłał go na krawędź dachu. Po drodze przeturlał się, co na sam koniec zaowocowało tym, iż mógł spojrzeć w twarz swojego oprawcy.

- Szlag by to.

        Anioł, który go zaatakował, był dojrzały i doświadczony. Zamiast stać bezczynnie i bredzić o woli Pana, biegł w jego stronę, obydwie ręce zaciśnięte na rękojeści oburęcznego miecza, trzymając białe skrzydła blisko ciała, co by opór powietrza go nie spowalniał.

        Nie było to łatwe ani bezbolesne, ale upadły zdołał zmusić swoje ciało do wykonania uniku, odskakując na bok wzdłuż krawędzi dachu, w wyniku czego anielska klinga jedynie musnęła włosy na jego ramieniu i wbiła się w dachówkę, zamiast pozbawić go lewej kończyny od łokcia w dół. Manewr ten postawił Solythue na nogi, choć te drżały pod ciężarem obficie krwawiącego tułowia.

“Wie, że posługuje się magią i liczy na to, że nie będę do używania tejże zdolny, jeśli stracę rękę. Dba też o to, aby nie dać mi czasu na skupienie swej intencji. Ma doświadczenie w walce z tymi co rzucają zaklęcia... I chce mnie złapać żywego!”

        Świst miecza ostrzegł go w porę. Zamiast skończyć w jego żebrach, miecz Emanuela jedynie naciął jego bok, doprowadzając do krwawienia, choć to nijak miało się do potężnej rany na plecach piekielnego, która ciągle wysysała z niego siły i przybliżała go do nieprzytomności. Długość broni anioła sprawiała, że piekielny nie miał innego wyboru niż kontynuować ucieczkę w tył wzdłuż krawędzi, za którą czekał kilkumetrowy spadek w dół. Nie miał ani sił, ani możliwości, aby zyskać lepszą pozycję, próba dobycia własnego miecza nie wchodziła w grę, zaś wzbicie się w powietrze niemal na pewno skończyłoby się na straceniu obydwu skrzydeł, jeżeli zaciekłość jego przeciwnika miała na cokolwiek wskazywać.

“Poprawka, ledwie żywego.”

        Nie mając zbyt wiele czasu, sił ani chęci na kontynuowanie walki, której nie było jak wygrać. Solythue zaryzykował i zamiast w tył, skoczył w bok, zeskakując w dachu. Kosztem tego manewru była kolejna rana - tym razem było to głębokie cięcie blisko barku, które dosięgnęło kości, ale była to cena, którą upadły był w stanie zapłacić. Teraz bowiem, będąc na łasce grawitacji, zaczął spadać, dzięki czemu uzyskał dwie bezcenne sekundy, podczas których nie groził mu kolejny atak.

        Piekielny pochwycił całą swoją wolą za dostępną mu energię magiczną, dzięki czemu w momencie, gdy jego ciało miało uderzyć o wybrukowaną ścieżkę, zamiast tego został on pochłonięty przez swój własny cień, zapadając się w niego niczym w bezkresną otchłań. Gdy Emanuel wylądował, gotowy zakończyć tę farsę, po piekielnym została jedynie obfita ilość krwi, którą to utracił podczas walki która trwała ledwie kilkanaście sekund.

“Przynajmniej gorzej już być nie może...” - Pomyślał Solythue, nim świadomość jego została pochłonięta przez nicość. Upadły stracił zbyt wiele krwi i gdy tylko zaklęcie przeteleportowało go w bliżej nieznane mu miejsce, gdzie stracił on przytomność nim zdołał określić swoje nowe położenie.





“Przynajmniej gorzej już być nie może…”

        Księżniczka Arrantalis czuła się okropnie. Jej ręce i nogi były jak z waty, a skóra na dłoniach bolała niczym wystawiona na ogień za każdym razem, gdy drewniana replika miecza dzierżona przez nią spotykała się z podobną repliką dzierżoną przez Emanuela. Drobiny złotego pyłu bezradnie orbitowały ją, ich ilość ograniczona przez ubranie, które była zmuszona przywdziać na czas treningu. Nawet jej najmniej wygodna sukienka była w tej chwili szczytem luksusu w porównaniu do splamionej złotym blaskiem tuniki. Do niedawna białe odzienie było już całe mokre od wysiłku księżniczki, przez co materiał przylegał nieprzyjemnie do jej delikatnego ciała. Było to szczególnie niewygodne ze względu na to, że tunika ta nie była kreacją przeznaczoną dla księżniczki, została ona bowiem wypożyczona ze zbrojowni straży królewskiej i prawdopodobnie należała do jakiegoś nieszczęśnika, którego to wzrost jest obiektem żartów wśród reszty gwardii królewskiej.

“Zaczynam żałować, że mama zdołała poprosić Ediana o zaczarowanie tego przeciwko symbolom na moim ciele! Wolałabym nago stać przed dziadkiem, niż dłużej trwać w tym niegodnym stanie!” - Evangeline marudziła w myślach, a wzrokiem spojrzała na swoją mamę, która stała na uboczu i z uśmiechem patrzyła na nią, najwyraźniej dumna z tego, jak mocno jej córeczka się stara nie dostać kawałkiem drewna po pupie… znowu.

        A wszystko to przez to, że złotowłosa spanikowała wcześniej. Gdy Emanuel był obok, a Delia wyglądała, jakby miała zadać kolejne, bardzo niewygodne pytania dotyczące Solythue młoda niebianka postanowiła zapytać o pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy… czyli o trening mieczem, który został wczoraj przerwany, nim zdołał się w ogóle zacząć. Spytała niewinnie, czy dziadek jest tutaj, aby pomóc jej w treningu. Reakcją Delii był ciepły uśmiech, reakcją Emanuela zaś… bardzo, ale to bardzo przerażający uśmiech, który był zapowiedzią bólu, który w obecnym czasie odczuwała księżniczka.

        Gdy tylko Evangeline zjadła swoje późne śniadanie, wszystko było już naszykowane, dlatego też cała niebiańska trójka udała się do pomieszczenia gdzie zazwyczaj trenowała straż, a gdzie obecnie ziało pustkami. Najstarszy anioł najwyraźniej wyznawał podobną ideologię w kwestii treningu co Solythue, gdyż zamiast uczyć Evangeline teorii i podstaw, przeszedł od razu do praktyki, zmuszając księżniczkę do czegoś, co w domyśle miało być udawaną walką, a co w rzeczywistości było jednostronną rzeźnią ze strony mężczyzny. Nawet jeśli był on na tyle ostrożny, by nigdy nie trafić Evangeline mocniej, niż na to by pozwoliła Delia, to każda nieudolna próba zablokowania jego ataku w wykonaniu księżniczki kończyła się bólem, który promieniował od jej palców aż na całą długość jej rąk.

        Mało tego, drewniany miecz, którym musiała trenować, był ciężki. Jako osoba, która nigdy w życiu nie miała potrzeby, aby się wysilać w znaczny sposób, ciężar drewnianego oręża był torturą. Na dodatek Evangeline domyślała się, iż ciężar prawdziwej broni był o wiele gorszy. Wszystko to sprawiało, że trening był okropny, a na dodatek bezcelowy w oczach złotoskrzydłej. Nie oznaczało to jednak, że otwarcie narzekała w sposób inny niż okazjonalne jęki i sapanie. Póki trening trwał, Delia i Emanuel zdawali się zbyt skupieni, aby zadawać jakiekolwiek pytania dotyczące upadłego anioła.

“Nie chcę kłamać, naprawdę nie chce… Jeśli zdołam przetrwać tę męczarnię wystarczająco długo, może nie będę musiała!”

        Nowo zdobyta motywacja pozwoliła księżniczce, aby podołać dalszemu treningowi. Rzecz jasna nawet największe chęci nie były w stanie zmienić tego, że Evangeline była okropna, jeśli chodzi o próbę dzierżenia miecza i nawet po kilku godzinach popełniła ona te same błędy. Emanuel, a w rzeczywistości brat Emanuela, miał już dość tej farsy. Pomimo jego wielokrotnych upomnień i sugestii, młoda anielica wciąż nie wykazywała choćby nadziei na to, że dojdzie do jakiekolwiek poprawy z jej strony.. Do tego stopnia stracił nadzieje w umiejętności niebianki, że nawet nie zwracał szczególnej uwagi na złotowłosą. Spokojnie rozmawiał z Delią o różnych sprawach - głównie o tym, co ta zrobi w kwestii zaostrzenia bezpieczeństwa w zamku i poza nim - w międzyczasie posyłając miecz księżniczki na posadzkę, co było dla niego równie łatwe co odganianie natrętnej muchy. Jedyna różnica była taka, że mucha prędzej czy później zrozumiała swoją lekcję, a tymczasem ledwo stojąca na własnych nogach anielica była uparta niczym pijana oślica, robiąc bez przerwy to samo co wcześniej, jakby liczyła, że wynik zmieni się po wystarczająco wielu próbach.

“Brzmi jak definicja szaleństwa” - przeszło przez głowę Eneasza, gdy jego drewniany miecz po raz kolejny spotkał się z tym dzierżonym przez księżniczkę. Łoskot upadającego kawałka drewna połączony z jękiem bólu księżniczki dał mu nadzieję, że ta w końcu nie ma siły dzierżyć miecza i odpuści sobie, póki jeszcze nie stała się jej krzywda. Zamiast tego jednak był świadkiem tego, jak księżniczka chwyta rękojeść w swoje drżące i czerwone od otarć palce i powraca do z pozoru dobrej, ale w rzeczywistości żałosnej imitacji pozy, jaką powinno się przybierać podczas walki z mieczem.

        Pozostawała mu nadzieja, że przynajmniej jego brat nie spotkał się z trudnościami i już powoli idzie w stronę zamku, taszcząc na swoich plecach ledwo żywe truchło upadlaka, przez którego zostali tu sprowadzeni.





        Zapachy pieczonego mięsa i jego własnej krwi były pierwszymi rzeczami, jakie doznał Solythue, gdy tylko jego ciało odzyskało wystarczająco dużo sił. Następnymi z kolei był niewyobrażalny ból, jakby staranował go smok.

“Albo jeden bardzo wściekły anioł…”

        To, co działo się przed utratą przytomności, przyszło do niego niemal natychmiast, co wyjaśniło wszechobecny ból oraz nieznane otoczenie. Nie musiał ruszyć choćby palcem, by zrozumieć swoje położenie - leżał plackiem na podłodze w czyjejś piwnicy, sądząc po wszechobecnej ciemności i beztroskich odgłosach domowników piętro wyżej, którzy niczego nieświadomi szykowali się do kolacji, jeśli słuch go nie mylił.

“To bardzo dobry zbieg okoliczności. Może nawet za dobry”

        Jego ostatnia teleportacja była rzutem kością - Brak czasu i skupienia sprawiły, że mógł wylądować gdziekolwiek, w tym na innym dachu, gdzie szybko zostałby znaleziony… albo wewnątrz ściany czy innego materiału, co by niechybnie zaowocowało jego szybką śmiercią. To więc gdzie trafił, było dla niego bardzo dobre… A przynajmniej tak by było, gdyby nie to, że to była sprawka kogoś innego.

        Upadły ostrożnie stanął na klęczkach, czemu towarzyszył niemiłosierny ból przy każdym ruchu. Na całe szczęście mógł wciąż się ruszać, choć bez wątpienia czekać go będzie długi czas leczenia. Po omacku zaczął dotykać swoje nowo zdobyte rany, a to, co odkrył, wyjaśniło zapach, który wcześniej uznał za dochodzący spoza piwnicy.

“Ktoś zasklepił moje rany ogniem. To wyjaśnia ból oraz to, że jeszcze żyje.”

- Bu!

        Kobiecy, delikatny głos zaskoczył go bardziej, niż Solythue by się do tego przyznał. Gdyby nie to, że wciąż spodziewał się kolejnego ataku ze strony bez wątpienia szukającego go anioła, to by pewnie wrzasnął głosem bardziej piskliwym, niż to było dla upadłego stosowne. Zamiast tego spróbował odskoczyć z dala od potencjalnego zagrożenia, co zaowocowało tym iż z jękiem bólu padł na plecy kilka kroków od miejsca, w którym wcześniej.

- Pokaż się! - Wykrzyknął głośniej, niż było to konieczne, czego znakiem było to, że odgłosy biesiady odbywającej się piętro wyżej ucichły.

- No wiesz co? Łamiesz mi serduszko! - Odpowiedział mu cichutko głos, którego ton próbował udawać smutek. Gdyby nie stanowczo za długi chichot, który miał miejsce chwilę później, to piekielny może uwierzyłby w słowa... kogoś, kto zaczynał brzmieć coraz bardziej znajomo.

        W międzyczasie odgłosy mieszkających nad nimi ludzi znów nasiliły się - najprawdopodobniej powrócili oni do jedzenia, zamiast zawracać sobie głowę dźwiękiem, który w ich mniemaniu tylko wydawał się dochodzić spod podłogi. Z jednej strony uspokoiło to upadłego, nie musiał przez to zmieniać kryjówki… z drugiej strony zaś oznaczało to, że towarzysząca mu istota mogła skupić się na nim. W ciemności nie mógł wychwycić niczego, nawet sylwetki tejże, lecz wszystko się zmieniło, kiedy miniaturowy płomyk ognia zmaterializował się w kobiecej dłoni, oświetlając delikatne palce... jak i twarz pokusy, która wpatrywała się w niego z uśmiechem, za którym nie tęsknił.

- Lata walki, gróźb i wspólnych doznań... a ty nie potrafisz mnie po głosie rozpoznać? - Słowa uciekające z jej ust były niczym róże. Delikatne, piękne i urokliwe, ale upadły nie zamierzał zranić się o jej kolce. Nie tu, nie teraz, nie po tym, gdy popełnił ten błąd przy ostatnim spotkaniu. - Hefayston, czyżbyś po naszym rozstaniu zapomniał o wszystkim, co nas łączyło? Czyżby wszystkie te emocje, którymi się podzieliliśmy, znaczyły dla ciebie nic?

- Nie pogrywaj sobie ze mną. Czemu zadałeś sobie trud, aby utrzymać mnie przy życiu… Cinerea?

        Ciało czarnowłosej piękności było niewidoczne w mroku - poświata od ognia, który dzierżyła była zbyt słaba, by oświetlić cokolwiek innego niż jej prawą dłoń oraz znajdującą się tuż obok, wykrzywioną w stanowczo za szerokim uśmiechu, twarzyczkę. Palce, zakończone paznokciami, które przez swoją długość przypominały szpony, zdawały się muskać płomień w sposób podobny do tego, jak ludzie głaszczą futro swego ulubionego zwierzęcia. Gest niemal na pewno był groźbą, dlatego też upadły nie śpieszył się z wypróbowaniem któregokolwiek ze znanych mu zaklęć. Poza tym wiedział, że nic mu nie będzie tak długo, jak długo pokusa będzie go potrzebować, a musiała go potrzebować, skoro tutaj była i z nim rozmawiała.

- Myślisz, że tylko ty jesteś zainteresowany losem swojej cór-
- Prędzej rozerwę twoją duszę na strzępy, choćby i kosztem swej własnej, niż pozwolę ci choćby spojrzeć w na nią.

        Nastała cisza, podczas której uśmiech długowłosej zaczął coraz bardziej znikać. Jeśli Cinerea była wściekła, to dobrze to ukrywała, bo jedyne co mógł odczytać z jej twarzy to to, jak bardzo zawiedziona była przez jego natychmiast uzyskaną odpowiedź.

- Nie powiem, żebym się tego nie spodziewała, ale myślałam, że już zakopaliśmy topór wojenny między nami. Wciąż jesteś zły na mnie?

- Nie jestem. - Upadły chciał żałować, że to powiedział, ale nie był w stanie się do tego zmusić. - Ale nie jestem też na tyle głupi, aby pozwolić ci choćby oddychać tym samym powietrzem co ona.

- Ah, faktycznie. Wybacz, odkąd znikłeś z mojego życia, musiałam zdać się na diabły i potępionych. Większość głupia jak but, niestety, w przeciwieństwie do ciebie. - Pokusa wydęła wargi w geście oburzenia, gdy wspominała o idiotach, z którymi musiała się zadawać. W ciemności można było usłyszeć, jak ogon i skrzydła nieświętej kobiety ruszają się w geście irytacji. - No ale nic. Jestem pewna, że dogadamy się w tej sprawie.

- Czemu w ogóle tutaj jesteś?

- Z tego samego powodu co ty… Prawie. Mamy ten sam problem, mój drogi. Królowa Delia posiada Evangeline. Ty chcesz odzyskać młodą, bo to twoja pierworodna, jedyny ślad po twojej martwej żonie, czy coś. - przewrót oczami i niechlujny ruch ręką ujawnił to, jak bardzo pokusa nie przykładała wagi do rozumowania upadłego. Solythue nie był pewien, czy powinien być wściekły, iż ktoś bagatelizuje jego więź z córką, ty też cieszyć się, że Cinerea nie była tym zainteresowana. - Ja tymczasem chce, aby władczyni Arrantalis utonęła we własnych łzach, wiedząc, iż istotka, którą opiekowała się przez tak długi czas, zostanie jej odebrana przez istoty piekielne. Należy jej się za to co zrobiła... Nie po to w końcu podpisałam twoje złotko moją magią, aby jakaś cholerna anielica znalazła lukę w moim zaklęciu i sprawowała pieczę nad młodą na terenie Alaranii!

- Dobrze wiesz, że nie pozwolę ci jej zabrać, prędzej stanę po stronie królowej.

- A kto powiedział, że to ja muszę ją zabierać? Kto w ogóle powiedział, że chce tego bachora? - odparła oburzona pokusa, ogień w jej dłoni momentalnie zyskał na intensywności. - Jest za młoda i za delikatna. Z takimi nie ma rozrywki. Albo ulegają za szybko, albo psują się, nim zacznie się robić ciekawie. Wystarczy mi, że ty ją zabierzesz, tak długo, jak doprowadzi to do chaosu i rozpaczy na dworze królewskim. Kto wie, może nawet za jednym zamachem zdołamy doprowadzić do wojny domowej?

- A skąd pomysł, że w ogóle będę chciał z tobą współpracować w tej kwestii? - Opór Solythue wobec propozycji pokusy słabł z każdą chwilą rozmowy. Piekielna może i działała dla własnej korzyści, co zarazem oznaczało niekorzyść wszystkich dookoła niej, ale on znał ją na tyle dobrze by wiedzieć, że faktycznie pójdzie mu na rękę, jeśli on nie wejdzie jej w drogę.

- Beze mnie byłbyś krwistym i bardzo nieżywym stekiem z upadłego na jednej z uliczek tego miasta. Jeśli znów spróbujesz sam ujawnić się, jestem pewna, że skończysz podobnie, jeśli nie gorzej. Jeżeli zadziałamy razem, Moi podwładni dadzą radę wywołać zamieszanie, gdy przyjdzie odpowiedni czas. Wtedy ty będziesz mógł bez trudu zabrać złocistego aniołka w bezpieczne miejsce, nim ktokolwiek w ogóle zdąży zareagować.

        Czarnowłosa zbliżyła się do niego, ustawiając płomień między nimi tak, aby tym razem oświetlić ich sylwetki od pasa w górę. Upadły nie wyraził sprzeciwu, choć jego oczy wciąż wpatrywały się w ślepia piekielnej, szukając podstępu. Nie pozwolił, aby nieobecność jakiegokolwiek elementu garderoby na nadnaturalnie pięknym ciele pokusy zamgliła jego tok rozumowania… Choć coś mu mówiło, że do tego doszło już w momencie, gdy tylko usłyszał jej głos.

- Nie słyszę sprzeciwu, Hefayston. Przypieczętujmy naszą współpracę, co ty na to?

Uśmiech powrócił na jej usta, które zbliżyły się stanowczo zbyt blisko jego własnych.

- Choćby włos spadnie jej z głowy z twojego powodu, a obiecuję ci, będziesz żałowała, że kiedykolwiek mnie spotkałaś. - Ostrzegł mężczyzna po raz ostatni. Ton jego głosu dał pokusie znać, że domagał się on zapewnienia, iż zdoła się dostosować do jego warunków.

- Niech i tak będzie. Na czas paktu nie będę miała złych intencji wobec niej… A teraz dosyć tego gadania, mam o wiele ważniejsze zadanie dla twoich ust.

        Wystarczyło dmuchnięcie ze strony piekielnej, aby płomień w jej dłoni zgasł całkowicie. Absolutna ciemność otoczyła upadłego i pokusę, a chwilę później jedynym śladem po ich obecności była zaschnięta krew upadłego oraz intensywny zapach siarki wypełniający dotychczas zwykłą piwnicę.





- Umieeeraaam…

        Evangeline leżała na pościeli w swym łóżku, znów odziana w jedną ze swoich dziennych sukni zamiast w ubiór przeznaczony na trening. Był już późny wieczór, a ciało złotej anielicy było jednym wielkim bólem, a wszystko to przez to, jak długo zmuszała się do treningu. Jej ciało, od stóp po czubek głowy, zaprotestowało jednogłośnie, gdy tylko adrenalina opuściła jej system, przez co Delia i dziadek - czy też raczej Eneasz, którego myliła z dziadkiem - musieli zanieść ją tutaj, by mogła w prywatności swej komnaty wycierpieć błąd, jakim było jej ciągłe proszenie o przedłużenie treningu.

        To, co w domyśle miało trwać tylko do obiadu, trwało cały dzień. Pół biedy, gdyby był to czas dobrze spożytkowany, ale niestety nie można było tego powiedzieć. Księżniczka Arrantalis była najwyraźniej żywą definicją tego, jak nie należy posługiwać się mieczem, bowiem nie zdołała ona poprawić się choćby w najmniejszym stopni, co oczywiście wywołało zmartwienie u jej matki oraz pogardliwe spojrzenie ze strony brata Emanuela.

        Nie byłoby to takie złe, gdyby dorośli postanowili dać księżniczce spokój, ale skoro byli tutaj i nie szli w swoją stronę, to prawdopodobnie chcieli zacząć zadawać pytania, których Evangeline nie chciała słyszeć. Nie mając siły ani ochoty na stawianie dalszego oporu, anielica nieubłaganie czekała na słowa ze strony królowej i jej ojca. Tylko Valak, wciąż zamknięty był w swej klatce za swoje przewinienia, wciąż próbował zrobić cokolwiek, aby Evangeline uniknęła przesłuchania. Jego początkowe zachęty do tego, aby dać księżniczce odpocząć, nie miały żadnego efektu, przez co papugoszczur zaczął szukać coraz to bardziej zdesperowanych sposób na odwleczenie dwójki niebian podążania za tematem Solythue.

- To… Jak tam sytuacja w Planach Niebiańskich? - Zapytał zwierzak, kierując swoją serolubną mordkę w stronę mężczyzny. - Wszystko ładnie, czysto i biało? Aniołki fruwają, niegrzeczne diabły rozpruwają, takie tam? Musiałeś pytać o zgodę na wyruszenie tutaj, czy tak po prostu machnąłeś ręką, porzuciłeś to, co wcześniej robiłeś i przybyłeś najszybciej, jak mogłeś?
Awatar użytkownika
Delia
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 74
Rejestracja: 5 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Delia »

Głos Evangeline pozwolił choć trochę ukoić nerwy królowej. Bardzo się bała, że ten upadły mógł skrzywdzić jej córkę albo zabrać gdzieś daleko, gdzie nie mogłaby jej odnaleźć.

- Jak dobrze, że jesteś w domu – powiedziała, tuląc ją do siebie – Na pewno? Czyli czujesz się dobrze? – dopytywała na wszelki wypadek.

Zmartwiło ją za to, że księżniczka zdaje się nie pamiętać swego oswobodzenia i powrotu. Od razu przyszło jej na myśl, że ten okropny Sol musiał jej grzebać we wspomnieniach i może jakieś pousuwał. Co za zdegenerowany anioł, żeby takie coś zrobić niewinnemu dziecku. Anielica czuła się znacznie lepiej, będąc obok swego wuja. Wiedziała, że Eneasz na pewno nie pozwoli, aby taka sytuacja jak wcześniej się powtórzyła. O ile Sol zdoła w ogóle znów się tu pojawić, mając na karku drugiego z braci.
Oczywiście mimo wszystko Del wdrożyła odpowiednie kroki i krótki czas po śniadaniu obserwowała, jak jej córka stara się nauczyć sztuki władania mieczem. Choć z każdą kolejną chwilą królowa zaczynała wątpić w sens tego przedsięwzięcia. Nie chciała jednak zniechęcać Evangeline i uśmiechała się do niej, gdy ta na nią zerkała. W każdej innej chwili była nad wyraz poważna, a nawet było widać, że coś ją mocno trapi. Gdyby nie pytania Eneasza zapewne stałaby tak cały trening bez słowa. Natomiast złotowłosa nie wyglądała, jakby chciała to robić, a jednak dawała z siebie wszystko. Może ze strachu? Del nie była pewna, ale jedno wiedziała, głową muru nie przebije.

- Na dziś wystarczy – stwierdziła, widząc jak zarówno jej wuj i córka mają dość, choć oboje z innych powodów.
- To było… - zaczął Eneasz, próbując jakoś pochwalić Evangeline, być choć trochę miłym – Jesteś wytrwała – stwierdził ostatecznie, choć nie przypominało to komplementu, a raczej krytyczną uwagę.

Delia podeszła do Evangeline, ale w tym momencie dziewczyna dosłownie padła ze zmęczenia. Królowa w ostatniej chwili ocaliła ją od uderzenia głową w ziemie. Przy pomocy Eneasza zanieśli ją do jej łóżka. Anioł dał im nieco swobody, stając przy drzwiach.

- Mogłaś przerwać wcześniej – upomniała ją Del, słysząc jej marudzenie – Dlaczego się tak zamęczasz? Rozumiem, że nie chcesz mnie zawieść, ale bez przesady – mówiła królowa, odgarniając złote kosmyki opadające na czoło jej córki – Może akurat miecz nie jest dla ciebie, ale jest mnóstwo innych broni. Może łuk? Sztylety? – zaproponowała nieco nieśmiało, nie wiedząc co na to niebianka – A może masz ukryty talent do magii – dodała z ciepłym uśmiechem.

Mężczyzna w przeciwieństwie do Del nie wyglądał na zmartwionego takim przepracowaniem, starał się pozostać neutralny, ale momentami spoglądał na Evangeline jak na głupca, z ogromną pogardą. Jego brat opowiadał mu nieco o młodej, ale teraz nie mógł uwierzyć, jak beznadziejnym przypadkiem była. Na dodatek, gdy Del miała zapytać o coś jeszcze, zaczął się wtrącać papugoszczur. Eneasz wcześniej nie zwrócił na niego uwagi, a Emanuel nic mu o nim nie wspomniał więc miał dosłownie niecałą sekundę, by ukryć swoje zaskoczenie.

- Ekhem — odchrząknął, aby dać sobie więcej czasu na opanowanie — Nie muszę prosić o zgodę na opuszczenie Planów… Ale jeśli jesteś taki ciekawy, to chętnie opowiem ci o szczegółach – dodał, bo w tym momencie Delia rzuciła mu bardzo wymowne spojrzenie.

Chciała pobyć sama z Evangeline i bez zbędnych uwag ze strony papugoszczura z nią pomówić. Mężczyzna chwycił całą klatkę i wyszedł na korytarz, zamykając za sobą drzwi, aby dać matce z córką nieco spokoju. Sam natomiast zaczął zanudzać Valaka opowieściami o prawach panujących w Planach Niebiańskich.
Tymczasem Delia, siedząc na łóżku złotowłosej, chwile milczała, usiłując w myślach sklecić jakiś sensowny początek rozmowy.

- Nie miałyśmy dziś nawet chwili na porządną rozmowę – uśmiechnęła się na chwilę – Nadal nic nie pamiętasz? Naprawdę cokolwiek by się przydało, żeby odnaleźć tego porywacza… - westchnęła, odgarniając tym razem swoje włosy – Oh, Evangeline mam wrażenie, że coś cię trapi. Naprawdę chce twojego szczęścia i bezpieczeństwa… - spojrzała w sufit, a jej głos przez chwilę miał wydźwięk, jakby Del walczyła z całkowitym załamaniem. Po chwili jednak zdołała opanować emocje. Ah, jakże jej teraz brakowało Dżariela – Wiem, że tylu strażników to może być dla ciebie męczące, ale tamta sytuacja zmusiła mnie do podjęcia tych kroków… Nawet myślałam… - zaczęła, ale nie była pewna czy powinna sugerować coś takiego. Ostatecznie jednak się przekonała – Mogłabym cię gdzieś ukryć, z dala od zamku, gdzieś gdzie nikt by się ciebie nie spodziewał… - mówiła na wszelki wypadek ściszonym głosem.



Podczas gdy królowa rozmawiała z córką, a Eneasz usypiał papugoszczura swoją gadką, Emanuel był niezwykle wściekły. Choć i tak zdołał się już nieco uspokoić. Po tym, jak Solythue dosłownie zwiał mu sprzed nosa, wyżył się na krzesłach z karczmy, które jedno po drugim wylatywały z budynku. Niebianin nie znosił porażek i niedokończonych spraw. Wprawdzie obiecał Del dostarczyć piekielnego żywego, ale zawsze mógł się zdarzyć jakiś nieszczęśliwy wypadek.
Zmotywowany tą myślą nadal szukał charakterystycznej woni piekielnej aury. Z ukrytymi skrzydłami i w kapturze przemieszczał się ulicami i uliczkami Arranty. Co jakiś czas, znając już dokładnie wygląd nikczemnika, podpytywał losowych przechodniów czy aby go nie widzieli.
Zapadła noc. Rozgwieżdżone niebo nad Arrantalis wyglądało zjawiskowo, szum oceanu był niczym kołysanka. Po ulicach szwendali się już tylko strażnicy i okazjonalnie ktoś gdzieś przeszedł. W pewnym momencie jeden z uzbrojonych mężczyzn nawet zaczepił Emanuela, który z oddali wyglądał jak klasyczny typ spod ciemnej gwiazdy. Anioł nie chciał zdradzać, kim jest i co tu robi, co niewątpliwie musiałby zrobić jeśli nie chciał urządzić tu jakiejś rozróby. Dlatego niezbyt szlachetnie wziął nogi za pas i umknął strażnikom.
Przemykając między budynkami, dotarł na obrzeża, gdzie zabudowania nie były już tak gęste. Nie musiał już się chować więc niby swobodnie, ale wciąż czujnie obserwując okolicę, szedł dalej. Wtem uderzył go piekielny odór dochodzący z jednego z domów. Niczym złodziej zakradł się do niego i zajrzał przez okno. W środku beztrosko spało jakieś małżeństwo. Nie wyglądali na istoty z Piekła. Emanuel chwycił za klamkę, ale drzwi były zamknięte, zgodnie z jego przewidywaniem. Nie chciał narobić hałasu, rozejrzał się wokół i spostrzegł śpiącego psa. Był na łańcuchu, wystarczy, że zacznie szczekać. Niebianin zbudził zwierzaka i zaczął go prowokować. Gdy w końcu mu się udało, szybkim ruchem ręki wybił szybę w oknie. Następnie wszedł do środka. To był skromny, chłopski domek, nic nadzwyczajnego poza okropnym smrodem siarki. Był tu jeszcze jeden pokój, niebianin cicho wyciągnął miecz i jego ostrzem popchnął lekko uchylone dni. Spał tam młody chłopiec, nic ponadto. Gdy miał już wychodzić, dostrzegł jeszcze jedne drzwi, za nimi były schody prowadzące do piwnicy. Zapach przybrał na intensywności. Niebianin wyjął z kieszeni alchemicznego świetlika i nim wstrząsnął. Po chwili zaczął on emanować błękitnym blaskiem, który pozwolił mu zejść na dół.
Nikogo tu nie było, jednak na podłodze widniały ciemne plamy. Mężczyzna zbliżył do nich światełko. Wyglądały na krew. Sol musiał tu być, tylko Emanuel się spóźnił.

- Choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię, znajdę cię – szepnął pod nosem przez zęby.

Zirytowany brakiem sukcesu wrócił na górę i gdy stanął na werandzie, rozłożył swoje skrzydła i miał odlecieć, ale poczuł na sobie czyjś wzrok, odwrócił się gotów do ataku. Na szczęście to tylko ten chłopiec, ściskający w ręce łapkę szmacianego misia patrzył na niego wystraszony. Anioł odetchnął i schował miecz, nawet lekko się uśmiechnął do dzieciaka.

- Przekaż rodzicom, że przepraszam za to okno – stwierdził dość oschle.
- Mhm… Jesteś aniołem? Jak królowa, prawda? – spytał chłopczyk.
- Tak... Powiedz mi mały, czy w dzień ktoś was odwiedzał?
- Chyba nie… Byliśmy dłuuugo na targowisku, a potem mieliśmy wielką ucztę, bo miałem urodziny! Mam już osiem lat – ożywił się chłopiec, którego strach całkiem opuścił, gdy zrozumiał, że ma do czynienia z niebianinem. W końcu oni są dobrzy.
- W porządku… - westchnął rozczarowany Emanuel. To oznaczało, że ktokolwiek wszedł do piwnicy, zrobił to bez wiedzy gospodarzy.

– Najlepszego młody – dodał jeszcze i odleciał.



- Evangeline. Rozumiem, że po treningu z dziadkiem wszystko cię boli, ale musisz się wykąpać…

Delia była mocno zażenowana zachowaniem księżniczki, wczoraj jej odpuściła i pozwoliła się od razu położyć, ale dziś już nie mogła. Zwłaszcza że służki wprost uwielbiały tego typu plotki. Dobrze, że przyszła do komnaty córki przed nimi, bo chyba spaliłaby się ze wstydu.
Eneasz stał pod drzwiami i pilnując, by jeszcze nikt tam nie wchodził. Choć co chwilę pracujące tu kobiety zerkały w jego stronę zaskoczone opóźnianiem się porannej rutyny. Nawet tygrys i lwica wraz z młodymi miały ochotę odwiedzić Evangeline, ale jej dziadek był nieugięty.
W końcu jednak udało się skłonić młodą niebiankę do wstania z łóżka. Niestety nawet podczas kąpieli młoda anielica nie miała spokoju, wokół stała straż, wprawdzie odwróceni do niej tyłem, pozwalający służkom robić co należy, aczkolwiek było to wysoce niekomfortowe. Na zewnątrz wciąż czekał Eneasz, a królowa poszła obgadać z Yro parę spraw, zostawiając córkę na parę dłuższych chwil. Musiała to zrobić, choć co chwilę w jej głowie przebiegała myśl, czy wszystko jest w porządku.

- Wasza wysokość? Królowo…? Delia! – jej doradca musiał ją aż zawołać po imieniu bez tytułowania, by ta zwróciła na niego uwagę.
- Tak? – spytała zamyślona, siedząc na swoim fotelu przy stosie różnych dokumentów.
- Rozmawialiśmy o dobudowaniu portu na Talianis.
- Oh, rzeczywiście – stwierdziła lekko speszona.
- Część ludzi jest przeciwna, twierdzą, że może to zaburzyć „pierwotną dzikość” drugiej wyspy. Inni zaś narzekają na arrancki, że jest zbyt ciasny, a okrętów i łodzi przybywa, oraz że przydałby się dodatkowy.
- Mhm…
- … Sugeruję rozbudowę portu Arranty i pozostawienie Talianis takim, jakim jest – stwierdził zrezygnowany mężczyzna.
- To dobry pomysł, ale dlaczego nie pójść na kompromis? Rozbudować nieco arrancki i choćby delikatnie poprawić taliański.
- Tak. To powinno zadowolić większość obywateli.
- Co dalej?
- Spór o ziemię między Kuehdihnami, a Trefondsami. Szanowny Bruno znalazł w starym zapisie wzmiankę, że ziemia po części zachodząca na Zamkowe Wzgórze należy do jego rodu, podczas gdy panna Lydia uprawia ów ziemię od lat, a nawet jest ona jej zapisana po babce w testamencie.
- O Panie… - westchnęła Delia, próbując zmusić się do myślenia o bieżących sprawach, a nie tylko o Evangeline.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Arrantalis”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość