Daleka Północ[Góry Thargorn] Nieszczęścia chodzą parami

Niezwykle odległe miejsce, położone daleko, daleko na północ od Środkowej Alaranii. Tutaj wznoszą się wysokie Góry Thargorn, a przed nimi rozciągają się wielkie Lodowe Pustkowia. To właśnie stąd pochodzą lodowe elfy, a także krasnoludy i pozostali nordowie.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Amaranta
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Mroczny Elf
Profesje: Mag , Mędrzec
Kontakt:

[Góry Thargorn] Nieszczęścia chodzą parami

Post autor: Amaranta »

Amaranta poczuła nieprzyjemne ukłucie w środku. Siyne miała trochę racji, praktycznie się nie znały, a jedyne co je łączyło to więzy krwi. Mimo to mroczna elfka nie chciała się poddawać. Wierzyła, że może odbudować, zbudować dobre relacje ze swoją biologiczną siostrą, nawet jeśli będzie to pracochłonne.

- Może… - odpowiedziała. – Ale to nie znaczy, że nie możemy znów być – stwierdziła, wbijając wzrok w ścianę.

Kilka chwil, tylko tyle zdaniem ciemnoskórej dzieliło ją i wampirzycę od szczerej rozmowy, gdzie prawdopodobnie nie przeważałyby bluzgi. Niestety wszystko zepsuł niespodziewany pożar. Gdyby nie pomoc Quil i jej towarzysza pewnie marnie by skończyły.

Na zewnątrz wprawdzie nie groził im już ogień, ale dom Amy i Izaury został doszczętnie zniszczony. Straciły wszystko, to nigdy nie jest przyjemne doświadczenie. Zwłaszcza, że już raz doświadczyły, jak to jest przymusowo zostawić wszystko. Spiczastoucha puściła pijaczynę z oddechem ostatniej świeżości, ale nic nie powiedziała. Nie miała sił na sprzeczki z nieumarłą ani z kimkolwiek, więc po prostu przytaknęła na propozycję udania się w góry. Sama wprawdzie nie miała pomysłu gdzie wyruszyć, a lepsze cokolwiek, niż stanie w tym miejscu i rozpaczanie.

- Tak? – spytała jednak, widząc, że krwiopijczyni chce pomóc, to była iskierka nadziei, że gdzieś tam w środku nie jest wcale taka jak na zewnątrz… W bardzo głębokim środku. – Huh? – Elfkę coraz bardziej zaskakiwało zachowanie starszej siostry, a jednocześnie niepokoiło. Nie była głupia i domyśliła się, że czerwonooka z jakiegoś powodu chce jej krwi, choć niedawno dostała od Izaury. – Ugh! – burknęła pod nosem, czując ukłucie wampirzych kłów, którego nie oczekiwała już w tym momencie, albo zwyczajnie otępiona przykrym zdarzeniem nie była w stanie zareagować.

Izaura nie czekała z reakcją, ale przynajmniej tym razem powstrzymała się od obijania twarzy Siyne. Amaranta odetchnęła. W innej sytuacji byłaby nawet dumna z opanowania siostry, ale teraz wręcz ją to niepokoiło. Nawet jeśli z drugiej strony była rada z uniknięcia rozlewu krwi.

- W porządku – odpowiedziała, odruchowo spoglądając na ugryzienie. Nie było najgorzej, krew zaczynała już krzepnąć. – Tylko uważaj – przestrzegła siostrę, konie były naprawdę wystraszone i mogły przypadkiem zrobić komuś krzywdę.

Na szczęście Izaura potrafiła nad nimi zapanować i już po chwili z gracją wyszły z zagrody, a Amaranta mogła pogładzić Gwiazdkę. Natomiast słysząc prośbę Quil, przerwała swą czynność i rzuciła zdziwione spojrzenie dziewczynie.

- Ze mną? – spytała, w końcu zawsze mogła się przesłyszeć. Nim jednak otrzymała odpowiedź, przemyślała sytuacje.

Początkowo miała zamiar jechać z Siyne, ale po tym zdarzeniu nabrała wątpliwości, uznając, że Izaura lepiej ją okiełzna. Ostatecznie więc przystała na to.
Pomogła nowo poznanej nordce wsiąść na grzbiet jej klaczy. Iz miała wprawdzie wypracowany sposób jak dosiąść Widmo na przekór swojemu wzrostowi, ale Ama nie mogła oczekiwać tego samego po tej drugiej krasnoludzicy. Sama wsiadła, dopiero, gdy upewniła się, że wszystko porządku, również z jej siostrą, a właściwie siostrami.

Dziewczyny rozpoczęły swoją wyprawę, pełną niebezpieczeństw. Ruszyły na północ, w dalekie góry zamieszkiwane przez krasnoludy. Pierwsze dwa dni zeszły na niemal ciągłej jeździe z nielicznymi przystankami. Dopiero nad rzeką Nefari na obrzeżach Rapsodii postanowiły się porządnie przespać. Nie znając tutejszych miastowych obyczajów, wspólnie zdecydowały o spaniu pod gołym niebem. Amaranta nawet wyczarowała im wszystkim ciepłe koce. Spanie pod gwiazdami to było coś egzotycznego dla mrocznej elfki. Nawet gdy wszyscy pozostali zasnęli, ona długo oglądała migoczące na niebie gwiazdy. Nie było tajemnicą, że Izaura chce poznać swoje korzenie, ale Ama nie wiedziała co myśleć o swoich. Jej rasa nie należała do pozytywnie przedstawianych, brutalna, rasistowska, kompletnie inna od pozostałych spiczastouchych. Białowłosa miała poczucie niedopasowania. Zastanawiało ją również czy Siyne zawsze była taka jak teraz. Ciemnoskóra nie chciała ulegać stereotypom, dlatego, gdy zaczynało nachodzić ją zbyt wiele wątpliwości, sama pogrążała się w objęciach snu.
Nazajutrz weszły do miasta, potrzebowały mapy. Zakupiły ją w drobnym sklepiku z funduszy wampirzycy, czy jej się to podobało, czy nie. Dodatkowo zrobiły zapasy na podróż, ponieważ ich trasa przewidywała przystanek w jeszcze tylko jednym mieście – Rododendroni. Później trakt stał się naprawdę trudny. Ruszyły Szlakiem Samobójców, co było wyjątkowo nieprzyjemne pod względem psychicznym. Najwyraźniej tajemnicza i mroczna aura tego miejsca wywoływała ciągłe spory między dziewczynami. Na szczęście im dalej na północ, ich relacje powoli się ocieplały. W przeciwieństwie do klimatu, który stawał się coraz chłodniejszy z powodu mroźnych wiatrów ciągnących z zaśnieżonych gór. Mroczna elfka dzięki swej magii stworzyła dla ich czwórki ciepłe ubrania. Amaranta, choć również zmęczona drogą, kłótniami, docinkami Siyne i wszystkimi nieprzychylnościami losu naprawdę dbała o wszystkich. Pilnowała również, aby Izaura nie była zbyt zazdrosna i poświęcała jej sporo uwagi. W międzyczasie natomiast usiłowała zrozumieć magiczną więź łączącą nordki oraz wymusić choć trochę historii o jej własnej rodzinie od nieumarłej. To były już ponad dwa tygodnie w podróży, więc zaczynały się coraz lepiej poznawać, przynajmniej takie były pozory.
Trzymały się rzeki, więc niestraszne im było pragnienie. Niestety te ostatnie noce w Mrocznych Dolinach dały im popalić. Musiały uciekać przed nieznanymi im stworami. Raz trafiły na hordę Kościejów, innym razem natomiast ledwo uszły z życiem, gdy trafiły na samotnego konia, który okazał się arklysem. Gdyby nie krasnoludzice i ich szybka reakcja zabiłby mroczną elfkę, która liczyła na dodatkowego rumaka.
W Śnieżnym Lesie natomiast spotkało ich kolejne niebezpieczeństwo, homotherium. Ten biały kocur uwziął się na nie, pewnie był bardzo wygłodniały. Uciekały, ale on wciąż je ścigał. Dlatego Amaranta postanowiła użyć swej magii do teleportacji. Wiedziała, że muszą się przenieść spory kawałek dalej, bo właśnie wylądowały na Lodowym Pustkowiu i nie było gdzie się schować, a szablozębna bestia nie odpuszczała.

- Nasza czwórka i konie… Oby się udało – pomyślała spiczastoucha i niepewnie rzuciła zaklęcie.

Cała ich grupa zatonęła w jasnym blasku, zostawiając zawiedzionego i głodnego kocura za sobą. Same natomiast wylądowały u podnóża Gór Thargorn, co skróciło ich drogę co najmniej o kilka dni.

- Udało się! – zawołała uradowana i sprawdziła czy z jej towarzyszkami wszystko w porządku. Wprawdzie konie były trochę zdenerwowane, ale przynajmniej się nie spłoszyły. Ama była z siebie dumna, tak dużego skoku teleportacyjnego jeszcze nigdy nie wykonała.

Okazało się, że wylądowały tuż obok wejścia do krasnoludzkiej wioski. Dwie niskie kobiety z bujnym zarostem patrzyły na czwórkę dziewczyn, jakby zobaczyły ducha. Co chwilę spoglądały na siebie, licząc, że któraś wpadnie na pomysł co zrobić.

- Oh, idealnie – szepnęła Amaranta zadowolona, że wreszcie trafiły na jakąś cywilizację. – Dzień dobry – powiedziała, schodząc z Gwiazdki i żwawo podeszła do krasnoludek, które aż rozdziawiły usta i zadarły głowy do góry, by widzieć twarz nadzwyczajnie wysokiej istoty względem nich. – Jestem Amaranta, to Siyne, Izaura i Quilithea – przedstawiła się i swoje towarzyszki odpowiednio wskazując na nie otwartą dłonią.

Niziutkie kobiety, bo mniejsze nawet od złotowłosych bliźniaczek, weszły za bramę do swojej wioski, częściowo wbudowanej w skały. Prawdopodobnie wewnątrz góry znajdowała się większa część tej osady. Mroczna elfka była tym wszystkim zafascynowana, choć nieco ją zawiodło chłodne i milczące powitanie przez miejscowych, ale lepsze takie, niż jawny atak jak w przypadku bandy szkieletów z Mrocznej Puszczy. Ama spojrzała na resztę dziewczyn niepewna co zrobić w tej sytuacji.
Wtem otworzono bramę ponownie, ale tym razem wyszedł duży (w szerokości) krasnolud w towarzystwie pary strażników.

- Czego tu chcecie? Elfy i ludzie nie są tu mile widziani. – Był opryskliwy, źle mu patrzyło z oczu, nawet nie rozpoznał, że bliźniaczki należą do jego własnej rasy. Jedyne co było w nim pozytywne to ten cieniutki niepasujący głosik, który sprawił, że Ama prawie się zaśmiała.
- Pozwoli… um, pan sprostować. Te dwie tutaj to krasnoludy tak jak… wy – powiedziała, chciała być grzeczna, choć nawet nie uzyskała imienia obecnego tu, przywódcy? Kto wie, jaką miał rangę, może by nawet powiedział, gdyby nie to, że w przeciwieństwie do mrocznej elfki, zamiast opanować emocje, zaczął wraz ze swoimi podwładnymi wyśmiewać niekrasnoludzki, jego zdaniem, wygląd bliźniaczek.
Awatar użytkownika
Siyne
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Kurtyzana , Służący , Żebrak
Kontakt:

Post autor: Siyne »

        A żeby skończyli w ogniach piekielnych razem z nią, każdy z osobna! To ona sobie wypala język tym szlamem, który płynie w żyłach Amaranty, co by móc jednym zaklęciem zabrać ich bardzo daleko, byle by do karczmy, a oni się odpłacają tym, że traktują ją jak zwierzę? Coraz bardziej zaczynała dostrzegać to, jak bardzo podobna jest ta sytuacja do tego, co dzieje się za dnia, gdy ktoś zechce ją wykorzystać. Wolność? Brak. Dobre intencje? No chyba nie. Ich podejście? Jakby sam kontakt z nią był równoznaczny do zanurzenia się po kostki w szambie.

        Skoro oni tak się bawią, to ona też będzie miała ich w dupie. Odkąd tylko pozbierała się z ziemi po ataku Izaury, trzymała usta na kłódkę. Dopiero wtedy, kiedy okazało się, że będzie współdzielić konia z niedorobionym krasnoludem, zaczęła marudzić i bluzgać, nawet jeśli tylko pod nosem. Miała wielką ochotę nie iść z nimi w tę przeklętą podróż… Ba, wolała już chyba się podrzucić do czeluści piekielnych zawczasu, co by nikt nie musiał jej szukać, gdy nastanie świt. Niestety, coś jej mówiło, że Amaranta była gotowa ją zatłuc, byleby tylko zatrzymać wampirzycę przy sobie. Dlatego też nie stawiała aktywnego oporu, pozwalając, by działo się to, co najwyraźniej dziać się musiało. Jak ją chcą mieć obok, to niech tak będzie, ale niech nie liczą, że cokolwiek dla nich zrobi.

        Początki podróży - jak to zwykle bywa - są bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne. Nim nastał pierwszy świt, została zmuszona do schowania się pod kocem, który mroczna elfka wyczarowała ot, tak, z dobroci swego serca. Taki talent magiczny, zmarnowany po to, aby Siyne musiała się pocić jak knur pod materiałem, zza którego miała zakaz wychodzenia za dnia. Zaczynała rozważać, czy nie lepiej po prostu wystawić się na bezpośrednie działanie słońca. Jasne, ból będzie jednym z najgorszych, jakie znała, ale magia piekielna zadba o to, by przeżyła i ładnie wyglądała. Niestety, po raz kolejny przeszkodą była jej pieprznięta siostra, która nie potrafiła sobie wbić do swojego zakutego łba, że za późno na dobre czyny wobec niej. Troska teraz nie zmieni prawie dwustu lat tego, co przeżyła, bez względu na to, jak czyste i niewinne były zamiary Amaranty.

        Było to nieefektywne szczególnie mocno przez to, że w międzyczasie długoucha wzięła sobie za świętą misję zabranie całego zarobku wampirzycy. Z każdym wieczorem, gdy tylko mieszek ruenów pojawiał się tuż obok, Długoucha przywłaszczyła go, a jedyne co nieumarła mogła robić to patrzeć i przeklinać ją najmocniejszymi wulgaryzmami, jakie znała. Wiedziała bowiem, że te pieniądze nie pójdą na alkohol, a to oznaczało, że jej rozłąka z pełnym kuflem potrwa jeszcze wiele, wiele dni. Oczywiście dla Siyne to było niedopuszczalne, o czym bardzo głośno i marudnie przypominała pozostałym towarzyszom podróży.

        Ich pierwszy poważny postój odbył się nad rzeką, gdzie wszyscy postanowili odpocząć… To znaczy wszyscy poza Siyne. Wampirzyca wciąż czuła się na siłach po krwi, którą wypiła dwa dni temu, do tego stopnia nawet, że nie zmrużyła oka tej nocy. Rzecz jasna wciąż zachowywała się jak kompletny dupek wobec wszystkich pozostałych, a wszelkie pytania ze strony Amaranty ignorowała lub zbywała ją w inny, równie obraźliwy sposób. Gdy nastała noc, a pozostali byli otuleni twardym snem, ona zaczęła rozmyślać nad czymś, co ją niepokoiło.

        Dwa dni podróży. Dwa cykle podróży słońca po nieboskłonie oraz dwie zagrabione przez Amarante sakwy z zapłatą. A mimo to żaden piekielny nie zbliżył się do nich ani tym bardziej żaden się nie ujawnił. Jej cyrograf nie oferował choćby krztyny blasku, którym zazwyczaj świecił co dnia. To było przerażające. Znała co najmniej kilka istot piekielnych, które wprost uwielbiały marnować swój czas na nadużywanie władzy, jaką oferował cyrograf Siyne. Czy to możliwe, że te osobniki były akurat zajęte? Czy też może fakt, że podróżuje, sprawia, że ciężej jest ją znaleźć? Nie potrafiła sobie wyobrazić, co z nią zrobią istoty z Czeluści, jeśli opcja druga okaże się prawdziwa, a ona sama zostanie oskarżona o próbę ucieczki od swoich obowiązków. Co jak co, ale pomysłowość piekielnych w kwestii tortur to - według dotychczasowego doświadczenia nieumarłej - studnia bez dna, do której wampirzyca wolała nie wpadać.

        Skoro o torturach mowa, to trzeba było przyznać, że ich przejazd przez Rapsodie mógł się zaliczyć do takowych - wszędzie otwarte i pełne piwa karczmy, a ona nawet nie mogła dysponować swoimi pieniędzmi. Była wściekła i pozwoliła sobie wylewać to przez wyzwiska i zaczepki na wszystkich dookoła. Nieumarła przystopowała z napadem wścieklizny, dopiero gdy tylko okazało się, że kwestie tego, na co można wydawać zdobyte przez cyrograf pieniądze, najwyraźniej dotyczyły tylko jej, bo Amaranta i inni bez problemu płacili nimi za wszelkie różności, które z trunkami alkoholowymi nic wspólnego nie miały. To była bardzo przydatna luka w umowie, którą można by wykorzystać na różne sposoby. A przynajmniej tak by zrobił ktoś inny, bo co jak co, ale Siyne wolała mieć flaszkę w dłoni od czegokolwiek innego, co rueny mogły kupić. Na razie jednak wydawało się to marzeniem, na którego spełnienie musiała poczekać jeszcze wiele, wiele dni.

        Dalsza podróż była równie uciążliwa, jeśli nie gorsza, niż to do tej pory wampirzyca musiała przeżyć. Widok tego, jak co wieczoru zarobek, za który sprzedała własne ciało i duszę, sprawiał, że pałała coraz większą nienawiścią do swojej siostry. Myśl o tym, że nawet jej własna siostra aktywnie sprawuje nad nią kontrolę, była bolesnym emocjonalnie doświadczeniem. Na całe szczęście jej żywot był pełen takowych, więc zdołała to jakoś przeżyć, ale jej zachowanie zaostrzyło się jeszcze bardziej. Przestała odzywać się do swojej siostry kompletnie, a na pozostałych reagowała tylko najbardziej soczystymi przekleństwami. Były też inne, mniej widoczne powody, dla których nieumarła coraz bardziej zaczęła odizolowywać się od innych. Narastający głód, w połączeniu z ciągłą obecnością nordek i długouchej stawał się coraz bardziej, ale mimo tego nie poprosiła o posiłek, ani też nie rzuciła się na nikogo. Nie zamierzała wchodzić z nimi w żadne interakcje z własnej woli, nawet jeśli miała głodować do końca ich eskapady. Poza tym jej niezamglony piwem umysł wciąż zastanawiał się, czemu każdy dzień mija bez jakiegokolwiek diabła, pokusy czy choćby upadłego anioła poszukującego Zabaweczki.

        Przebyli przez Szlak Samobójców, na którym pozostali najwyraźniej stracili rozum, w czasie gdy Siyne czuła się tak jak zwykle - okropnie, z domieszką nienawiści do wszystkiego co żyje i istnieje. Niestety nie trwało to długo, szlak bowiem się skończył, a im dalej szli na północ, tym coraz zimniej się robiło. Wampirzyca już miała rzucać ladacznicami na lewo i prawo, przeklinając fakt, iż metalowy gorset coraz bardziej mroził jej ciało, ale nim zdołała całkiem się rozkręcić, została zmuszona do wciśnięcia się w zimowy strój, którym została obdarowana. Nie podziękowała rzecz jasna, bo nie planowała być wdzięczna za te szmaty, ale wyjątkowo postanowiła nie marnować czasu na obrażanie kreacji, która po chwili zwiększyła jej komfort podróży z “Jest okropnie” do “Jest okropnie, ale lepiej”. Wkrótce po tym Amaranta najwyraźniej uznała, że uzyska więcej informacji od wampirzycy w zamian za wcześniejszy gest, oj jak bardzo się myliła. Wciąż zła na długouchą za nieustanną kradzież jej należności, jak i również wymuszenie odwyku od alkoholu, krwiopijczyni milczała jak grób, nawet nie pozwalając na to, aby wzrok swój skierowany był na młodszą siostrę. Było to głupie i niedojrzałe, ale Siyne miała to gdzieś - choć na dobrą sprawę to wszystko miała gdzieś - i nie zamierzała zmieniać swego nastawienia, tak długo, jak niezmienione zostanie jej traktowanie.

        Co dalej? Ach tak, musiały uciekać przed śmiercią, i to trzykrotnie. To znaczy, one uciekały, a Siyne nie miała innego wyboru, siłą bowiem była za każdym razem zaciągana na grzbiet konia. Wpierw banda kości, następnie jakieś koniopodobne coś, a jeszcze później, gdy otaczać ich zaczął śnieg, wielka kula futra, zębów i pazurów próbowała sobie zrobić z nich drapak i obiad w jednym. W porównaniu do poprzednich zagrożeń to zwierzę było wyjątkowo uparte. Tak uparte najwyraźniej, że ni z tego, ni z owego nastąpił rozbłysk światła, po którym znaleźli się w innym miejscu. Wampirzyca zauważyła bardzo szybko zmianę ich położenia, jej policzek bowiem dosięgnęły promienie słoneczne. Wcześniej poranne słońce było w dużej mierze ukryte za drzewami, których nie brakowało w Śnieżnym lesie, więc nieumarła nie przykładała się zbytnio do tego, by koc, w który powinna być zawinięta za dnia, był szczelny.

- Ghagh! - ryknęła Siyne, a jej nagły ruch skutecznie zrzucił ją z lekko panikującego konia. Bycie spopielaniu żywcem był jedną z życiowych przyjemności, których nawet ona unikała za wszelką cenę. Może i nie lubiła żyć, ale skoro już była do tego zmuszona, to wolała chociaż nie cierpieć. Na całe szczęście upadła twarzą prosto w śnieg, zimno szybko ugasiło ogień i ukoiło resztki bólu w czasie, gdy piekielna magia, która zaczęła wydobywać się z cyrografu, zaczęła pracować nad naprawą nieszczęsnego policzka, którego na chwilę obecną praktycznie nie miała. - … Na wszystko, co nie kocham, ostrzeż następnym razem ty ladacznico, bo słowo daję, przetestuje pojemność twojego tyłu przy pomocy rozżarzonej pochodni! - przemówiła wampirzyca, choć głos jej był przytłumiony przez śnieg, w którym obecnie leżała.

        Słyszała, jak Amaranta się do niej zbliża, bez wątpienia zmartwiona. Nie chcąc mieć z nią do czynienia, Siyne zaczęła podnosić się. Tyle dobrego, że los ją oszczędził, bo zarówno w czasie spadku, jak i już leżąc na śniegu, koc oferował jej całkowitą ochronę przed słońcem. Powstała, uważając, by jeszcze bardziej otulić swoje wrażliwe na słońce ciało. W końcu, gdy była już na nogach, a koc zdawał się w pełni ją chronić, odwróciła się do swojej siostry.

- Módl się, żebyśmy nie trafili na spore źródło ognia, bo następnym razem to ty będziesz cierpieć - wysyczała spomiędzy zaciśniętych zębów. Światło odbijające się od śniegu zdołało na tyle oświetlić jej twarz, że Amaranta mogła dostrzec to, co kiedyś było policzkiem, a co obecnie wyglądało jak część zwęglonych zwłok. Na całe szczęście czerwona poświata - sygnalizująca działanie energii piekielnych - powoli przywracała tę część ciała. Krawędzie między nietkniętą skórą a tym, co niedawna skórą było, regenerowały się na tyle, by można to było zaobserwować gołym okiem.

        Na szczęście, nim Amaranta zdążyła się rozpłakać - bo tak Siyne sobie wyobrażała pełną reakcję długouchej siostry - uwaga całej czwórki spadła na parę krasnoludów. Najwyraźniej trafili tuż pod bramy miasta niziołków. Wampirzyca coś czuła, że będą próbowały wejść do środka. Z jednej strony oznaczało to, że być może trafią do karczmy… Choć nawet to nie gwarantowało, że zostanie obdarzona procentowym trunkiem.

- Ile niemowlaków zamordowałam i szczeniaczków spaliłam żywcem w poprzednim wcieleniu, skoro muszę tak cierpieć? - wymamrotała pod nosem wampirzyca, która zaczęła rozważać, aby pieprznąć to wszystko i przy najbliższej okazji przenieść się do piekła. Co jak co, ale kontakty z piekielnymi to były, na chwilę obecną, bardzo kuszącą alternatywą w porównaniu do burdelu, jakim była ta cała wycieczka.

        Amaranta nieudolnie próbowała uzyskać pozwolenie na wejście do środka, co zaowocowało tym, że dostali komitet powitalny w postaci większego niziołka, otoczonego przez bandę uzbrojonych niziołków. Jego praktycznie damski głos był równie drażniący, co fakt, że Siyne była bardzo głodna. Nie było to nic nowego, głodowanie było czymś, do czego była przyzwyczajona, ale było to coś, co sprawiało, że nie potrafiła trzymać języka za zębami. Nie zważając na pozostałych, złapała mocniej koc, którym była otoczona niczym jakaś dziwna mumia, po czym podeszła do krasnoludów, stając tuż za Amarantą.

- Słuchaj uważnie, ty chędożony kastracie. Wyciągnij pałę swojego kochanka z dupy, bo najwyraźniej ci tam utknęła i udziel nam należytej gościny - wycedziła do tego, który pomylił dwie nordki z ludźmi, a jej głos w pełni oddawał nagromadzoną irytację nieumarłej. - Czy może twój wzrost sprawił, że mózg masz za nisko i gówno się do niego przelało, przez co nie traktujesz nieznajomych z szacunkiem? Natychmiast zamknij swój niedomyty pysk i daj nam przejść… - przerwała na chwilę, milcząc. Po chwili jednak jej mina delikatnie spoważniała, a usta wypowiedziały jeszcze jedno zdanie. - W przeciwnym wypadku nie gwarantuje, że twoja mała osada nie pójdzie z dymem.

        Siyne nie chciała, ani też wcześniej nie planowała grozić krasnoludowi, nawet jeśli jego krzywy ryj aż się o to prosił. Niestety, dreszcze, które przeszły po jej plecach, zmusiły ją do tego, aby zaryzykować. Gdyby nie koc bowiem, to ci stojący za nią dostrzegliby delikatny blask cyrografu wyrytego na jej skórze.

        Nadchodzili piekielni i wampirzyca miała przeczucie, że lepiej nie być na zewnątrz, kiedy w końcu się tu znajdą.
Awatar użytkownika
Izaura
Błądzący na granicy światów
Posty: 16
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Krasnolud
Profesje: Wojownik
Kontakt:

Post autor: Izaura »

Izaura była zadowolona, w końcu miała szanse czegoś kogoś nauczyć i być może nie byle kogo, a prawdziwą siostrę. W końcu mogła być tą mądrzejszą, nawet jeśli chodziło tylko o jazdę konno. Amaranta umiała naprawdę wiele, ale była trochę słaba fizycznie i nordka mimo wielokrotnych prób nie była w stanie nic z tym zrobić. Wprawdzie nadal nie była pewna czy może całkowicie zaufać bliźniaczce, ale teraz gdy dom spłonął… Nie miała nic do stracenia. Tak czy siak, trzeba było sobie znaleźć inny dom. Ponoć ci piekielni są niebezpieczni, z tego, co nieraz mówiła mroczna elfka, ale krasnoludzica miała ochotę odpłacić się im pięknym za nadobne. Nie widziała jednak nikogo, a szukanie sprawców mogłoby się źle skończyć dla tamtych, więc Iz odpuściła.
Mogła się wyżyć na Siyne za jej głupie gadanie. Niestety zamiast poczuć ulgę dając upust emocjom, uznała, że tym razem da spokój tej pijaczynie, na razie. Na dodatek nordkę nieco zabolał fakt, że Quil chciała jechać z Amarantą, a nie z nią. Jakby tego było mało, elfka zgodziła się na ten dziwny podział. Izaura westchnęła ciężko.
- Dobra… - odburknęła pod nosem, ignorując bluzgi ze strony nieumarłej. Nie słyszała dokładnie, ale na pewno ją obrażała.
Poczekała, aż Siyne łaskawie wsiądzie i ruszyły w nieznane.

Już od początku blondynka stale zerkała na swoje siostry. Miała nieprzyjemne poczucie zastąpienia i gdy tylko Ama z Quil rozmawiały, musiała się koniecznie wtrącić, aby przypomnieć o swoim istnieniu. Mimo że mroczna elfka wcale nie jej nie ignorowała. Nawet gdy miały w końcu przenocować, wyczarowała jej koc w ulubionym kolorze, czyli zgniłozielonym. Izaura mimo wszystko myślała swoje, czuła wewnętrzne rozdarcie połączone z pierwiastkiem irytacji zwanym Siyne.
Gdy dotarły do miasta zakupić mapę za pieniądze nieumarłej, nordka wpadła na cudowny pomysł, chcąc umniejszyć jej fundusze, namówiła Amarantę, by ta kupiła jej również bransoletkę. Wprawdzie blondynka nigdy zbytnio nie przejmowała się biżuterią, ale tę nosiła z dumą, by zrobić na złość krwiopijczyni. Narzekanie wampirzycy, choć ten jeden raz było niesamowicie przyjemne dla ucha. Na szczęście szybko opuściły miasto, bo wampirzyca obrała sobie za cel, obrażenie chyba każdego, kto tylko na nią spojrzał. Według Amy to był cud, że nikt ich za to nie zaatakował.
Szlak samobójców był szczególnie trudny. Izaura starała się to znosić dzielnie, choć mimo wszystko, co chwilę dogadywała Siyne, jaka jest ona okropna i beznadziejna. Sama również nie czuła się lepiej i chciała skupić się na kimś innym. Jakoś przetrwały. Nordka odetchnęła, gdy odczuła ulgę, a cały pesymizm i gniew jakoś z niej uleciał.
Miała teraz dobrą zabawę z wydychaniem powietrza, które przy tej temperaturze było dobrze widoczne. Po chwili odczuła chłód, którego dawno nie czuła. Miejsce, w którym mieszkały, było dość ciepłe, a jeszcze wcześniej żyły przecież w bliskim sąsiedztwie pustyni i nie musiały nosić grubych płaszczy.
Była wdzięczna za umiejętności Amaranty, bo opatulona, nie szczękała już zębami z zimna. Jej odzienie wierzchnie miało podobny odcień co wcześniej podarowany koc, więc Iz uznała go za całkiem ładny. Nie miała bladego pojęcia czy w opinii publicznej tak jest, ale miała to w nosie, jej się podobał.
W końcu droga zaczęła jej się dłużyć i stale pytała o to, jak daleko jeszcze, ale nie otrzymywała żadnej konkretnej odpowiedzi, a przynajmniej takiej, która by ją zadowoliła. Ama szybko podchwytywała inny temat, wprawiając Izaurę w konsternacje. Z jednej strony była zła na brak odpowiedzi, ale z drugiej cieszył ją fakt rozmów ze starszą siostrą. Nie mogła ich mieć teraz tak dużo, jak chciała przez Siyne, sama też nie ignorowała Quil. Pytała ją o różne rzeczy o przeżycia, znajomych, rodzinę. Wstępna nieufność wobec bliźniaczki ustąpiła na rzecz ciekawości i chęci poznania.
Ich wędrówka coraz częściej obfitowała w przygody mrożące krew w żyłach, Izaurze bardzo to odpowiadało. Czuła, że żyje i mogła się w końcu wykazać, udowadniając Amarancie, że siła fizyczna też jest ważna.
Ostatnia bestia, jaką spotkały, nie wróżyła nic dobrego. Nie miały gdzie uciec, stały na wielkiej lodowej równinie. Nordka bała się, że tym razem nie wszyscy wyjdą bez szwanku, ale chciała walczyć. Tylko w momencie, gdy uniosła swój topór i postanowiła pobiec ku szablozębnemu kocurowi, przeteleportowali się.

- Co…ale… - wymamrotała zawiedziona Izaura, siostra ukradła jej moment chwały. Po chwili też dotarło do niej coś istotnego -… Nie mogłaś nas przenieść, jak ruszałyśmy?! – spytała z pretensją w głosie, przekrzykując marudzenie Siyne, na którego ukrócenie nie miała teraz ochoty – Byłoby znacznie łatwiej, ale zamiast tego ty… - zamilkła widząc bramę do wioski.

Blondynka rozdziawiła usta. Te niskie kobiety były niższe od niej! Po raz pierwszy to ona mogła spoglądać na kogoś z góry i to porządnie. Od razu zaczęła się szczerzyć dumna ze swojego wzrostu do tamtych krasnoludzic.

- Ludzie?! – oburzyła się blondynka. Do tego momentu cieszyła się ze swojego wzrostu, a teraz zaczęła żałować, że nie jest niższa. Po raz pierwszy w życiu! Już kiedyś ktoś próbował jej wmówić, że jest człowiekiem i miała z tych czasów niemiłe wspomnienia – Jestem krasnoludką pajacu! Ona też! – wskazała na Quil. Cała była w nerwach, żeby jej własna rasa ją wyśmiewała! Niedoczekanie.

Mężczyzna i jego towarzysze zamilkli, wybałuszając oczy, słysząc pełne jadu słowa nieumarłej. Szok po chwili zmienił się na gniew, ale groźba spalenia osady podziałała. Zmarszczył krzaczaste drzwi i pogładził długą brodę w zamyśleniu. Niezadowolony szepnął coś do swojego towarzysza, który gdzieś pobiegł. Przez chwile wszyscy wpatrywali się w siebie jakby byli gotowi rzucić się do gardeł.

- Jestem Gunderup – przedstawił się w końcu – Arnora, zaprowadzi was do gospody, możecie odpocząć, ale jutro ma was tu nie być – stwierdził ostro.

Niziołek wykonał zapraszający gest ręką. Gdy dziewczyny przechodziły przez bramy, coś tam mówił do swojego drugiego kolegi, jakie mroczne elfy są niewychowane i dzikie.

- Krasnoludzice… bez brody – prychnął skrzywiony i obdarował je takim spojrzeniem, jakby wglądały co najmniej niebywale ohydnie.

Izaura zbyt zmęczona na bijatykę puściła to mimo uszu i zaczęła dotykać swojej twarzy, zastanawiając się, czy jako nordka naprawdę uchodzi za brzydką, bo nie ma zarostu.
Nieco później Arnora, kobieta o długich, czarnych warkoczach, zaprowadziła konie do stajni, a dziewczyny skierowała do części wioski znajdującej się wewnątrz skały. Teraz dobrze widziały, że jest ona większa, niż się wydawało, a mężczyźni i kobiety stale coś tam kuli powiększając swoją osadę. Wszyscy przerywali, co akurat robili i obserwowali przybyszów nieufnie.

- Naprawdę jesteście krasnoludzicami? – pytała, zadzierając lekko głowę, by móc spojrzeć w oczy blondynkom. Słychać było po jej głosie, że nie ma nic złego na myśli, tylko naprawdę nie dowierza.
Awatar użytkownika
Quillithea
Błądzący na granicy światów
Posty: 11
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Krasnolud
Profesje: Wędrowiec , Łowca , Artysta
Kontakt:

Post autor: Quillithea »

        Quillithea uwielbiała podróże. Zwłaszcza kiedy wiedziała, że nie musi się zatrzymywać po drodze i żebrać o nocleg, o jedzenie, o atencję lub zwykłą rozrywkę. Chociaż zazwyczaj to nordka była powodem większości swojej zabawy. Niemal wszystkie dramy i kłótnie wywoływała właśnie ona, cudowna aktoreczka o niewinnej twarzy i z niecnymi zamiarami. Quill do dziś wspominała moment, w którym podbiegła do zakochanych ludzi, krzycząc i oskarżając mężczyznę o zdradę. Słuchanie ich późniejszej kłótni było jak miód na uszach dla krasnoludzicy.
        W tej podróży jednak nie mogła sobie pozwolić na tego typu atrakcje, bowiem posiadała teraz coś, czego nie doświadczyła nigdy wcześniej - towarzystwo. Nie wspominając już, jakie to towarzystwo. Wiecznie narzekająca i pijana wampirzyca, elfka parająca się magią oraz lustrzane odbicie Quill. A skoro o nim już mowa - Izaura stanowiła ogromny problem na psychice krasnoludzicy. Kobieta nie umiała przyjąć do świadomości faktu, że posiada siostrę bliźniaczkę. Całe życie Quillithea była wychowywana jako jedyne dziecko cyrkowca. Jego oczko w głowie, jego jedyna córka. A teraz? Skoro posiadała siostrę, oznacza to, że gdzieś na świecie są jej biologiczni rodzice. Że to nie Riodrigo był jej prawdziwym ojcem. Z drugiej strony, dlaczego w takim razie nie wychowywała się z Izaurą? Dlaczego zostały porzucone?
Właśnie po te odpowiedzi Quill wybrała się w tę podróż.

        Gra aktorska kobiety zaskoczyłaby nie jednego artystę, ponieważ cały czas Quillithea sprawiała wrażenie potulnej i zagubionej. Mimo że były momenty, które niemal wytrąciły ją z równowagi (wystarczyło tylko, że Siyne się odezwie), nawet w takowych maska nie opuszczała jej twarzy. Nordka była z siebie dumna. Nigdy wcześniej nie musiała tak długo wcielać się w jedną postać, bowiem jej relacje kończyły się po dwóch dniach. A im dłużej grała niewinną podróżniczkę, która pragnie poznać swoje pochodzenie (co pokrywało się również z prawdziwymi intencjami blondynki), tym prostsza stawała się sama gra.
Trido pewnej nocy, kiedy Quill oddaliła się na chwilę, powiedział do niej:
        - Powoli zamieniasz się w osobę, którą grasz. Miękniesz, złociuchna.

Od tamtej pory Quill musiała kilka razy w ciągu tygodnia odchodzić kawałek od obozowiska i dać upust swojej frustracji. Głównie po uwagach denerwującej wampirzycy. Krasnoludzica nie mogła znieść myśli, że się zmienia w kogoś, kim nigdy nie chciała być.

        Gdy tylko dotarli do celu, Quillithea milczała. Pozwoliła swojej siostrze i elfce załatwić tę sprawę, mimo że nie czuła, aby im się to udało. Nordowie bowiem dumnie i zawzięcie strzegli swojego terytorium i widać było, że nie mieli na myśli braku tolerancji dla innych ras. Oni po prostu nie godzili się na obcych.
        Trido zniknął. Zapewne uznał, że lepiej nie pokazywać się w wiosce. Widok latającej głowy tym bardziej zaprzepaściłby szansę bohaterów na gościnę wśród krasnoludów. Quillithea westchnęła cicho, po czym położyła dłoń na ramieniu siostry w celu uspokojenia jej wybuchu agresji.
        - Naparawdę nimi jesteźmy… - odparła cicho Quill, nie ukrywając wady wymowy. Nie dlatego, że dalej odgrywała nieśmiałą, a dlatego, że próbowała stłumić zdenerwowanie. “Uwierzcie nam, wy niedochędożone paszczury górskie…
Awatar użytkownika
Amaranta
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Mroczny Elf
Profesje: Mag , Mędrzec
Kontakt:

Post autor: Amaranta »

Podróżowanie z Siyne było… uciążliwe. Poza miastem jeszcze Amaranta mogła znosić jej narzekania, ale w mieście miała poważne obawy, czy wampirzyca nie wpakuje całej ich czwórki w jakieś większe kłopoty. Na dodatek elfka miała wyrzuty sumienia, że korzystała z pieniędzy nieumarłej. Tłumaczyła to sobie, że to w słusznym celu. Nie łudziła się nawet, że jej biologiczna siostra wydałaby rueny na coś innego niż alkohol. Miała za to nadzieję, że trzeźwość w jakiś sposób pomoże, ale szybko pojawiły się wątpliwości. Momentami nawet była już niemalże gotowa, żeby pójść i kupić jej jakieś najtańsze piwo, byleby przestała narzekać. Później natomiast zatęskniła za marudzeniem, bolało ją bycie ignorowaną, ale nic nie mogła z tym zrobić. Co jakiś czas tylko wzdychała ciężko, ukradkiem zerkając na nieumarłą. Nie było jednak zbyt wiele czasu na zmartwienia i fochy, podróż obfitowała w najróżniejsze niebezpieczeństwa. Jakże w tej chwili mroczna elfka dziękowała losowi, że razem z Izaurą postanowiły zatrzymać ukradzione niegdyś konie. Nie mogła jednak pozwolić sobie na odpływanie ku wspomnieniom, musiała zadbać o bezpieczeństwo całej gromady. Niestety nie przewidziała, że w wyniku teleportacji, którą im zafundowała, trafią na pełne słońce. Skrzywiła się, słysząc jęk bólu ze strony Siyne i zauważając, jak ta spada z konia.

- Wybacz… - powiedziała cicho z poczuciem winy, nawet nie upominając wampirzycy o wulgaryzmy i przesadną agresję, w tej chwili było to zupełnie zrozumiałe – Następnym razem będę pamiętać – uśmiechnęła się lekko, widząc, że czerwonooka dochodzi do siebie. Ciężko było nie odczuć działającej, piekielnej magii.

Westchnęła lekko, słysząc kolejną groźbę, ale nie wzięła jej do siebie, szczerze mówiąc, im więcej ich było, tym bardziej spiczastoucha przestawała zwracać na nie uwagi. Zwłaszcza że nawet jeśli Siyne była wampirzycą, to ona dzięki swoim magicznym zdolnościom mogła bez problemu wyjść z tych wszystkich opresji. Ponadto była jeszcze Izaura, szybsza niż wszelkie zaklęcia i na tyle impulsywna, że może nawet zabójcza. I obecnie niezadowolona z udaremnionej walki.

- Nie mogłam, bo równie dobrze mogłybyśmy wylądować w środku jakiejś góry, tutaj… To znaczy, na Lodowym Pustkowiu przynajmniej mniej więcej widziałam w oddali, jak wygląda tutejsze otoczenie, więc miałam pewne pojęcie o przestrzeni i… - przestała mówić, bo zrozumiała, że nordka już dawno straciła zainteresowanie. Ama nie miała siły z tym walczyć, zawsze tak było, gdy zaczynała mówić bardziej szczegółowo o kwestiach, których jej młodsza siostrzyczka nie rozumiała i najwyraźniej nie miała ambicji, by choć trochę zrozumieć.

Ama, gdy spostrzegła, w jakim stanie jest oparzenie Siyne, musiała przyznać, że to, co słońce jej zrobiło, było naprawdę paskudne, ale nie zamierzała tego w żaden sposób komentować, to byłoby jak dolewanie oliwy do ognia. Bardziej ją jednak zmartwiło zadzieranie z wodzem całej wioski uzbrojonych krasnoludów. Amaranta aż spojrzała gdzieś w bok, jakby chciała stworzyć pozory, że ta wariatka wcale nie jest z nimi.
Tymczasem stało się coś, czego nawet w najśmielszych snach nie oczekiwała. Krasnoludy, pchane obawą o swoich postanowiły pozwolić im tu przenocować. Mroczna elfka przez chwile milczała pozytywnie zaskoczona, ale wypadało coś powiedzieć i pokazać, że choć ona jedna w tym towarzystwie ma jakieś zarysy manier.

- Dziękujemy bardzo panie Gunderup, to naprawdę miło z waszej strony – powiedziała, choć miała świadomość, że to wcale nie była szczera gościnność – Oh i przy okazji, jestem Amaranta, to Izaura, Quilithea oraz Siyne – przedstawiła dziewczyny, domyślając się, że przynajmniej dwie z trzech zapomną albo nie zechcą zrobić tego w ogóle.

Mimo swojej jak najgrzeczniejszej postawy i tak usłyszała nieprzyjemne słowa o mrocznych elfach. Wewnętrze westchnęła. Momentami nie była już pewna czy aż tak odstaje od swoich pobratymców, czy to tylko takie krzywdzące stereotypy, choć patrząc na Siyne…
- No ale może kiedyś była inna – próbowała sobie tłumaczyć.

Białowłosa niechętnie oddała konie Arnorze, choć starała się tego nie okazywać. Miała nadzieję, że niziołki nie postanowią im czegoś zrobić. Jeśli pozostali nordowie byli podobnie impulsywni jak Izaura, to obawy elfki wcale nie musiały być irracjonalne.
Arnora jednak sprawiała wrażenie miłej, choć nawet jej niewinne pytanie wyraźne zdenerwowało Izaurę. Sytuacje załagodziła Quil, kolejne miłe zaskoczenie.

- Jesteście strasznie wysokie – powiedziała czarnowłosa do całej czwórki, po chwili jednak dodała, kierując swoje słowa tylko do spiczastouchych – Jednak wy… Obawiam się, że nasze łóżka mogą być trochę… Za krótkie – stwierdziła z lekkim zażenowaniem.
- Nic nie szkodzi, jakoś sobie poradzimy – odpowiedziała Ama, nim Siyne spróbowała to zrobić w znacznie gorszy sposób.
- Od wielu lat nie mieliśmy tu gości, a elfów to tu chyba nigdy nie było! Jeszcze mrocznych… A właściwie czemu się chowasz pod kocem? – spytała Siyne – Oh i mam pytanie… To prawda, że zjadacie niegrzeczne dzieci?
- … Że co, przepraszam? – Amaranta była zniesmaczona i zdezorientowana takim pytaniem.
- Oh, czyli że nie? – speszyła się krasnoludzica.
- Absolutnie nie! – odpowiedziała białowłosa – To znaczy… Mam nadzieję, że nie – dodała w myślach, nie znając zbyt dokładnie wszystkich zwyczajów swych pobratymców, ukradkiem spojrzała na Siyne pytająco.
- Jak byłam berbeciem takim, to mama zawsze mnie tym straszyła, gdy jej nie słuchałam, heh – wyjaśniła nerwowo.

Następnie zaprowadziła ich do miejscowej gospody o wdzięcznej nazwie „krasnoludzka brać”. O ile Izaura oraz Quil idealnie mieściły się w drzwiach, to szaroskóre już musiały się porządnie schylić, by wejść do środka. Na szczęście wewnątrz sufit był nieco wyżej i mogły stać wyprostowane, choć wystarczyłaby jedna stopa długości mniej i już nie miałyby tak dobrze. W środku było przyjemnie ciepło, gospodarz pilnował ognia płonącego w kominku. Na dodatek siedział tu cały tłum niziołków rozmawiających głośno i co chwilę wznoszących piwne toasty.

- Arnora! – zawołał łysy, czarnobrody mężczyzna prowadzący przybytek, podszedł do dziewczyny i uściskał ją serdecznie – Kogo ty mi tu przyprowadziłaś? – nieufnie spojrzał na spiczastouche i trochę bardziej przyjaźnie na blondynki.
- Goście, wódz zgodził się, by dziś u nas przenocowały, jutro ruszą dalej… Gdziekolwiek idą – krasnoludka spojrzała na przybyszki, wyczekując odpowiedzi.

Amaranta tymczasem omiatała wzrokiem wszystkich tu obecnych. Było niesamowicie swojsko i wesoło, choć dość prymitywnie. Nagle ujrzała mężczyznę, wznosił kufel piwa ku górze, ale uwagę elfki przykuły błękitne znaki i symbole do złudzenia podobne do tych czerwonych u blondynek.

- Sala z łóżkami jest na zapleczu – Arnora odwróciła uwagę Amy – Za mną proszę.
- Uh, tak… Oczywiście – przytaknęła z uśmiechem, po czym znów spojrzała w stronę stolika, ale nie mogła już zlokalizować tamtego krasnoluda.

Westchnęła cicho i weszła do sypialni, która w rzeczywistości okazała się stajnią bez zwierząt, w której stało kilka łóżek. Porządek również był tu wątpliwy, na ich oczach między jednym stosem siana w kącie a drugim przebiegła mysz.

- Jak już mówiłam, nie mamy tu zbyt wiele gości… - zaczęła czarnowłosa, widząc niezbyt zadowolone miny przybyszów – Ale… Jest tu ciepło. Możecie zostawić swoje rzeczy i zapraszam na piwo, w krasnoludzkiej braci mamy najlepsze – zachęcała.
Awatar użytkownika
Siyne
Błądzący na granicy światów
Posty: 18
Rejestracja: 5 lat temu
Rasa: Wampir
Profesje: Kurtyzana , Służący , Żebrak
Kontakt:

Post autor: Siyne »

        W końcu zostali wpuszczeni do środka, a gdy tylko przekroczyli bramę, to ciarki na plecach wampirzycy minęły, a wraz z nimi zniknął skryty przez koc szkarłatny blask. Siyne nigdy nie sprawdzała, jaki jest dokładny dystans od piekielnych, przy którym jej plecy zamieniają się w bardzo nieporęczną latarnię, ale to teraz nie było ważne. O ile nie miałaby nic przeciwko spędzania czasu z piekielnymi zamiast z siostrą i pozostałymi, o tyle nie chciała, by obydwie strony się spotkały. Nazwijcie to sumieniem jeśli chcecie, lecz pijaczyna po prostu nie pragnęła być w samym centrum pandemonium, jaki by wywołał atak piekielnych na osadę. Dużo hałasu, dużo ognia i burdel absolutny zawsze towarzyszy ich najazdom i Siyne o wiele bardziej wolała usługiwać diabłom i pokusom w jakimś zacisznym miejscu, na osobności, gdzie mogła na spokojnie zaakceptować chujowość swej egzystencji.

        Krasnoludzica o imieniu niczym pseudonim ladacznicy, odprowadziła ich konie w bezpieczne miejsce i to samo zaczęła robić z nimi, prowadząc ich przez osadę. Siyne bardzo, ale to bardzo chętna była, aby wystawić głowę spod koca, wyszczerzyć kły i doprowadzić co mniej przygotowanych gapiów na zbezczeszczenie swych bryczesów. Niestety wiedziała, że nie może tego zrobić, jeżeli chciała liczyć na choćby kroplę piwa. I krwi, krew też by się przydała, ale piwo miało absolutne i całkowite pierwszeństwo. Po co w końcu żyć, jeśli żyć trzeba by było bez alkoholu?

        Arnora zdołała pytaniem widoczne - nawet jeśli nieumyślnie - zdenerwować Izaurę, w wyniku czego awansowała z ‘potencjalnego wrzodu na dupie’ na ‘potencjalnie mniejszego wrzodu na dupie, i to takiego co bardziej na uboczu jest, więc niezbyt przeszkadza w życiu codziennym’. Chwilę później ta sama krasnoludzica wspomniała także iż łóżka mogą być za małe… Och, cóż za tragedia! Siyne już była gotowa przekląć ją wzdłuż i wszerz za traktowanie jej jak jakiejś niedorobionej księżniczki, ale Amaranta ją ubiegła z odpowiedzią, a po tym to już nie byłoby to samo, więc wampirzyca nie odezwała się już w tej sprawie.

        Pojawiły się także inne tematy, które zostały poruszone. Było zapytanie o jej koc, na które Siyne nie wiedziała, jak miała odpowiedzieć. Powiedzieć prawdę i wywołać panikę? Kłamać tak by mieli spokój? Kłamać tak by Amaranta udaru od złości dostała? Tyle wyborów, tak mało czasu… W międzyczasie został też poruszony inny temat, ale tutaj już Siyne wiedziała, że lepiej mieć mordę na kłódkę niż poprawiać stwierdzenie mrocznej elfki. Owszem, normalne mroczne elfy nie zjadają dzieci… ale Siyne nie była ani normalna, ani mroczną elfką.

“Nawet moja rodzona siostra nie wahałaby się przed urwaniem mi łba, gdybym powiedziała, że nie raz nie dwa miałam okazję wyssać do cna niemowlę czy dwa… Co poradzę, że łatwy posiłek, szczególnie jak okna były otwarte a żołądek pusty.” - Pomyślała Siyne, po czym kiwnęła głową na ‘NIE’ w kierunku swojej siostry. Czego siostra się dowie, tego jej nie będzie żal, czy jakoś tak to szło.

W międzyczasie podjęła także decyzje odnośnie tego, jak wykorzystać pytanie Arnory. Robiąc wszystko, by brzmieć jak najpoważniej, Siyne przemówiła do ich przewodniczki, starając się obserwować reakcje Amaranty.

- Powód jest prosty. Jestem tanią ulicznicą oddającą się każdemu za choćby złamanego ruena i po prostu szybciej jest być całkiem nago pod kocem niż nosić faktyczne ubrania. - Stwierdziła, po czym po chwili namysłu dodała. - Jak widzisz ta trójka pieprzonych perwersów zapłaciła mi ekstra za to, żebym z nimi podróżowała. W zamian robię to z nimi kiedy tego chcą, gdzie tego chcą i jak to chcą. Uwierz mi, zdziwiłoby cię to, na ile sposobów nauczyły mnie one dosiadać ogiera w trakcie podróży. Przy okazji mam nadzieje, że macie mocne łóżka, tej trójce ani energii, ani ochoty nie brakuje... Prasmok wie, co by się stało z tobą i innymi kobietami w tym miejscu, gdyby mnie tu nie było przy zaspokoić cielesne potrzeby tej trójki barbarzyńców w kobiecych skórach.

        Doprowadzenie pozostałej trójki do białej gorączki? Niemal na pewno tak. Doprowadzenie do zniesmaczenia wśród tych, co usłyszeli jej słowa? Sądząc po matkach przykrywających dzieciom uszy dłońmi? Jak najbardziej. Bycie dupkiem dla samego faktu bycia dupkiem? A jakże by inaczej. Jeszcze tylko kufel piwa i dzień nie byłby tak paskudny.

        Gdy dotarli do karczmy, Siyne niemal natychmiast zaburczało w brzuchu, a na buzi pojawił się grymas. Chciała się napić od dawna, a intensywny zapach trunków wcale nie pomagał jej nałogowi. Mało tego, o ile przebywanie wokół trójki niezbyt miłych towarzyszy było w miarę znośne, o tyle tawerna pełna żywych i bardzo wonnych kąsków pełnych krwi doprowadzała ją do szaleństwa. Sytuacji nie ułatwiał fakt, iż jej policzek został naprawiony z jej własnych zasobów, co oznaczało, iż była jeszcze bardziej wygłodniała niż przed teleportacją.

        Ich przewodniczka coś tam gadała z krasnoludem z karczmy o ich cel podróży, ale wampirzyca miała to gdzieś. Karczma pełna żywych przypomniała jej, że była bardzo, ale to bardzo głodna. Wkrótce będzie na tyle głodna, że magia cyrografu zmusi ją do posilenia się, a to rzadko kończyło się dobrze. Na całe szczęście nim rzuciła się na kogoś z obecnych w głównym pomieszczeniu, to została wraz z innymi zaprowadzona do… stajni. Inaczej tego nie dało się nazwać.

        To nie miało jednak znaczenia. Siyne musiała się pożywić, tu i teraz. Tłok pobudził jej apetyt tak bardzo, że ten nie chciał ucichnąć. Nawet piwo nie pomoże, skoro jej usta samoistnie zaczęły otwierać się i szczerzyć swe ząbki pod kocem, którym była szczelnie przykryta. Niestety, czarnowłosa krasnoludzica zdołała awansować na najboleśniejszy wrzód na dupie, zamiast bowiem dać im spokój stała tutaj jak końskie gówno, oczekując na jakąś reakcję z ich strony.

“Cholera jasna, długo zamierzasz tu stać?!”

Nie mając innego wyboru, podeszła nagle do swojej siostry, pilnując tego, by Arnora nie mogła ani zobaczyć jej twarzy, ani też usłyszeć tego, co po chwili wyszeptała do mrocznej elfki.

- Jestem głodna. - Po tych cichych słowach położyła dłonie na barkach swej siostry i zaczęła patrzeć jej prosto w oczy. Policzek Siyne wciąż był nadpalony słońcem, ale wyglądał lepiej niż wcześniej. Niestety w oczach wampirzycy widać było tylko niemal zwierzęcy głów, a szeroko otwarte usta ociekały śliną, w czasie gdy jej kły były odsłonięte w pełni swej cuchnącej piwem chwały. - Nie posiliłam się, odkąd ruszyliśmy w tę jebaną podróż. Głoduje niczym jakieś ścierwo w obecności łatwego źródła pożywienia, bo wasza trójka to jebana bezduszna ferajna. Nawet piekielni są na tyle wyrozumiali, by dokarmiać mnie od czasu do czasu, bo lubią gdy nie umieram na ich oczach bez ich ingerencji.

Palce wampirzycy mocniej zacisnęły się na barkach Amaranty, ale wciąż nie było to coś bolesnego. Ciężko było stwierdzić czy to oznaka opanowania, czy może też tego, że brakowało jej sił, by zrobić to mocniej.

- Nie zamierzałam wcześniej i nie zamierzam też teraz ani ciebie, ani kurwa pozostałych błagać o krew. Zamiast tego zrobię to czego ty dotychczas nie miałaś serca mi udzielić. Dam ci wybór. Mam rzucić się na ciebie lub jedną z krasnoludzkich bliźniaczek, czy wolisz, żebym poszła w miasto, żeby to, kim jestem, nie wisiało ci to na twoim pieprzonym sumieniu?
ODPOWIEDZ

Wróć do „Daleka Północ”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość