ThenderionWidma

Thenderion zbudowany jest głównie z kamienia, więc domy są tu masywne i trwałe, ale ich wnętrza są zimne mimo dość ciepłego klimatu. Budynki mieszkalne mają zazwyczaj jedno lub dwa piętra, zaś budynki użyteczności publicznej są zwykle wyższe i bardziej rozległe jak np. gmach sądu. Okna masywniejszych budowli zdobią barwne witraże. W mieście znajduje się rezydencja króla Arina, sprawuję on głównie władzę nad miastem.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 23
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Widma

Post autor: Blanche »

        Robin stęknął niezadowolony, trzymając w rękach niebezpiecznie chyboczącą się drabinę, na której stała Blanche. Anielica w przeciwieństwie do brata była w iście szampańskim nastroju, zawieszając papierowe łańcuszki i małe lampiony na drzewach w ogrodzie. Pomruki niezadowolenia miały być ostrzegawczym sygnałem do zakończenia zabawy w dekorowanie ogródka jak na przyjęcie urodzinowe dla siedmiolatków. Tak, działo się to co roku na Święcie Smoka, ale za każdym razem było dla młodszego de Counteville'a wyjątkowo upierdliwe.
        Robin stęknął po raz kolejny, tym razem ciut głośniej. Jasnowłosa jednak nabrała wprawy w ignorowaniu denerwujących stęków, co sprawiało, że on z kolei nabierał jeszcze większej wprawy w irytującym stękaniu. Ten stęk był właśnie wyjątkowo denerwujący, ale anielica dzielnie go ignorowała, stając na palcach na najwyższym szczeblu drabiny, ponieważ musiała zawiesić lampion akurat na najwyższej gałęzi tej wiśni. Drabina zachybotała się niebezpiecznie, a anielica straciła równowagę. Chwyciła się ramionami gałęzi, szukając stopami oparcia. Stanęła na głowę Robina jedną stopą, a drugą na dolnej gałęzi, przez co brat, próbujący utrzymać w rękach drabinę, odchylił się do tyłu i spadł, a zaraz potem spadła na niego ta nieszczęsna drabina.
        - Ups... Przepraszam! - krzyknęła kapłanka, nadal wisząc na gałęzi jak małpka.
        Jęk Robina w tym momencie był wyjątkowo bolesny i chyba nikt, kto w tym momencie miałby możliwość go usłyszeć, nie miałby serca go tak po prostu zignorować.
*
        Ta idylliczna scenka dobrze obrazowała to, co działo się w ciągu ostatnich trzech dni. Dzisiejszy wieczór był wigilią święta, i - tak jak co roku - zadowolona z siebie Blanche chodziła i oglądała dekoracje i przygotowywanie potraw na jutro. Odświeżone odświętne szaty, wypielęgnowane paznokcie, oszlifowana biżuteria, wypastowane buciki, dekoracje w każdym zakamarku domu. Nawet w najniższym przejściu prowadzącym na ganek wisiały łańcuszki, przez co Robin przechodząc tamtędy musiał się cały czas schylać. Anielica uzdrowiła jego siniaki i małe zadrapania, kiedy tylko udało jej się zejść z drzewa, więc biedny nie miał nawet pretekstu, żeby użalać się nad sobą. Siedział przy stoliczku kawowym z herbatką w filiżance, od czasu do czasu tylko odgarniając papierowe ozdoby leżące na blacie, bo każdy podmuch wiatru zdmuchiwał je niebezpiecznie prosto do jego napoju.
        - Wszystko gotowe! - powiedziała Blanche radośnie, siadając naprzeciw brata i zamachując się sukienką.         Wygenerowało to powiew wiatru, który z kolei spowodował, że bibułka z papierowych dekoracji wpadła do herbaty Robina. Nie miał już siły się złościć. Patrzył tylko, jak cienki materiał rozmięka na dnie filiżanki i załkał cichutko.
        - Och, przepraszam... - Siostra popatrzyła na niego z nieudawanym współczuciem. - Ale przygotowania już za nami. Pójdziemy jutro na twoją ulubiona kolejkę przed kolacją i będzie wspaniale, dobra? Nie złość się już...
        Robin popatrzył na nią jeszcze chwilę z miną udręczonego psa, ale w końcu złagodniał i uśmiechnął się do niej. Mimo tego, że był jej młodszym bratem, znacznie częściej traktował ją jako swoją młodszą siostrę. Był z niej dumny, osiągnęła wysoką pozycję w stanie duchowieństwa. To ona jutro rozpocznie ceremonię, a następnie jako honorowy patron otworzy jeden z największych festiwali w Thenderionie.
        - Masz już przemyślaną wypowiedź na rozpoczęcie?
        - Nic mnie specjalnie nie zainspirowało. Będę lecieć na żywca.
        - Nie przeciągaj tak tego jak ostatnim razem, przyszedłem bez śniadania, żeby mieć więcej miejsca na farafuszki, i myślałem, że zemdleję z głodu.
        Anielica roześmiała się.
        - A, właśnie, ciekawe jak tam w kuchni przygotowania na jutrzejszy bal... - powiedziała, ulatniając się wgłąb domostwa.
        Robin wyjął łyżeczką rozmiękły papierek i dopił herbatę. Też lubił Święto Smoka. Tylko, oczywiście, nie mógł się do tego tak po prostu przyznać.
Awatar użytkownika
Rianell
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Początek nowego życia Rianella był słodko-gorzki. Dla postronnego obserwatora raczej niewiele się zmieniło w stosunku do tego co robił w czasie niewoli. Mieszkając w zakonie bardzo czynnie zaangażował się we wszelkie prace remontowe i porządkowe wokół budynku. Nie było zadania, którego by się nie podjął i tak naprawdę – mimo iż był teoretycznie jednym z braci – częściej nosił spodnie niż habit. A do tego pas z narzędziami, nakolanniki, grube rękawice ze skóry. Nie od razu jednak zabrał się za remont skrzydła, o którym wspominał mu brat Benedykt – musiał trochę rozeznać się w sytuacji, przez co na samym początku najczęściej można go było spotkać przy pracach porządkowych w ogrodzie. Dawała o sobie znać jego pedanteria – znalazł każdą uszkodzoną sztachetę w płocie wokół warzywniaka, załatał je albo wymienił, a na koniec wszystkie pomalował, by nie uszkodziły się przez zimę. Zbił też kilka nowych regałów do komórki gospodarczej, zrobił wieszaki na najpotrzebniejsze narzędzia, bardzo praktyczny stół do drobnych prac ogrodniczych – słowem nie próżnował. Jednak poza pracą czekały też na niego zadania absolutnie wyjątkowe w jego sytuacji, które po równi radowały, co przerażały. Musiał na przykład wyrobić sobie nowe dokumenty. Urzędnik - do którego zaprowadził go zarządca Counteville’ów na prośbę panny Blanche – wyjaśnił Rianellowi, że nawet jeśli kiedyś był wolnym człowiekiem, pewnie przez te lata niewoli przestał figurować w jakichkolwiek rejestrach, zasugerował wręcz, że rodzina mogła go uznać za zmarłego. Pestelli mógł dochodzić co się stało i być może to odkręcać, lecz oboje się zgodzili, że łatwiej będzie stworzyć wszystko od nowa… Choć może nie do końca od nowa, gdyż Rianell nie zamierzał zmieniać swojej tożsamości – zostawił sobie imię, nazwisko, również imiona rodziców i miejsce pochodzenia. Gdy zapytano go o ojca, zawahał się, po czym podał samo imię – Aelin. Urzędnik nie zwrócił zupełnie na to uwagi, a były niewolnik poczuł się jakby robił coś niewłaściwego, ale był też jednocześnie trochę z siebie dumny. Nigdy nie przestał wierzyć, że jego matka mówiła prawdę.

        Prace remontowe w zachodnim skrzydle Rianell rozpoczął równo z przygotowaniami do Święta Smoka. Przygotował plan robót i nawet wstępny kosztorys – po pracy u Mandeville’ów doskonale orientował się w lokalnym rynku materiałów. Wszystkie papiery przedstawił opatowi do zatwierdzenia, bo zdawał sobie sprawę, że koszt tych robót będzie niemały i tylko brat Benedykt mógł rozporządzać takimi kwotami. Nim jednak zapadła decyzja o zakresie prac, Pestelli uznał, że może już się do nich przygotowywać – meble i tak będzie musiał wynieść albo zabezpieczyć, a niektórych poprawek nie dało się uniknąć. Poza tym w trakcie opróżniania pomieszczeń wyszło na jaw kilka dodatkowych uszkodzeń – na przykład kiepska kondycja ścian w pomieszczeniu przeznaczonym na magazyn starych mebli i pościeli.
        - Cegły trzymają się tu na słowo honoru – ocenił Rianell, dłubiąc paznokciem w zaprawie. – Z nudów byłbym w stanie je wszystkie oderwać od reszty muru. Trzeba będzie skuć wszystko co trzyma się na słowo honoru i położyć na nowo. Wiem, że to nie jest pomieszczenie reprezentacyjne, ale przy takiej fuszerce zimą może być tu problem z grzybem i pleśnią albo wręcz gorzej: konstrukcja budynku może zacząć siadać.
        Brat Benedykt przyjął tę argumentację dość łatwo i uznał, że „jak trzeba to trzeba” – na tę robotę od razu wydał zgodę i pozwolił Rianellowi działać. A półelf jakby tylko na to czekał i od razu z werwą zabrał się za skuwanie kiepskiej jakości licówki.

        W wigilię Święta Smoka Rianell niewiele pracował - gdy rano parę razy walnął młotem w ścianę, przebił się na wylot. Zaklął tak, jak nie przystawało bratu zakonnemu. Gdy jednak zajrzał do dziury, którą wybił, zobaczył znajdujące się tam całkowicie puste pomieszczenie. Dziwne… Ale nie niemożliwe. Wydawało mu się co prawda, że nie powinno go tu być, ale mówił to na podstawie własnej wyobraźni przestrzennej a nie planów - być może wyobraźnia mu szwankowała. Jedynym rozwiązaniem było poproszenie brata Benedykta o plany… Ale nie dzisiaj - opat był tak zajęty przygotowaniami do Święta, że na pewno nie miałby czasu zajmować się takimi sprawami. To nie ucieknie, mogli wrócić do tematu za dwa dni. Gdy Rianell doszedł do takich wniosków, nie pozostało mu nic innego, jak zabezpieczyć tę dziurę i pójść zająć się czym innym.

        Padło na pomoc w posiadłości. Tego dnia było tam tyle roboty, że każda para rąk była przydatna. Rianell pół dnia zbijał podesty do tańczenia, a wieczorem pomagał nosić skrzynki ze składnikami potrzebnymi do przygotowania wszystkich specjałów na następny dzień. Do kuchni się nie wtrącał, bo i niespecjalnie się na tym znał, ale do dźwigania ciężarów był akurat. Gdy jednak wykonywał te niezbyt wymagające myślenia prace, jego myśli nieustannie uciekały w kierunku dziury wybitej w ścianie. Korciło go, by tam wrócić i jeszcze raz tam spojrzeć. Może było to coś ciekawego? Może kolejne z tych przejść, do których zaprowadziła go kiedyś Blanche? Albo coś zupełnie innego?
        - Oł! Ostrożnie, panienko! - zawołał serdecznie za błogosławioną, która przemknęła mu tuż przed twarzą, gdy niósł do kuchni worek z mąką. Dziewczyny jednak już po chwili nie było w zasięgu jego wzroku - ona na co dzień miała niespożytą energię, a co dopiero w tak radosnym dniu. Rianell jednak dzięki temu incydentowi wrócił myślami na ziemię. Choć może jeszcze wieczorem zajrzy do tamtego magazynu...
Awatar użytkownika
Ginnie
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 5 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Ginnie »

        Okutane po samą szyję Puszczyki z wolna przecinały Równinę Andurii, dając odpocząć skradzionym kilka dni wcześniej wierzchowcom. Powody podróży, jak i jej warunki nie raczyły ich rozpieszczać już od samego początku, a od miesiąca byli w drodze. Z Fargoth przyszło im uciekać co sił w nogach, by nie zdradzić lokalizacji swojej skrzętnie utrzymywanej w tajemnicy kryjówki. Dlaczego uciekali? To nie pierwszy i nie ostatni raz, gdy podpadli któremuś z miejskich rajców — co najśmieszniejsze, rajca przyjechał znad Morza Cieni, więc niewiele miał do powiedzenia w kwestii lokalnych rzezimieszków do czasu, gdy nie dobrali mu się do posagu dla córki. I do samej córki. Jeszcze ciekawszy okazał się fakt, że to córka rajcy dobrała się do spodni przywódcy bandy, Zhayina, co nie przypadło do gustu jego lubej. Mirrae nie dość, że zrugała chłopaka, to w dodatku pomogła obcokrajowej dziewczynie w pozbyciu się kilku przednich zębów i sporej ilości włosów. Spektakl zakończył się fanfarami ze strony Daniego, który z podnieceniem przyklaskiwał temu spektaklowi, bo przecież bijące się baby to widok rzadki i niespotykany...
        Ginnie nie zamierzała brać w tym udziału — nie jej chłop, nie jej spodnie, nie jej godność osobista zniżona do poziomu podłogi. Ona po prostu wyszła z pomieszczenia, zanim zaczął się ten cały wrzask, a o którym wiedziała wcześniej niż sami zainteresowani danej sceny. Sądząc naiwnie, że nie odbije się to na jej skrawku marnego życia, poczęła kierować się w stronę kamienicy Puszczyków, słysząc za sobą tłukące się okna i przeróżne naczynia z porcelany. Na nieszczęście rajców, ratusz krył w sobie wiele delikatnych, kruchych antyków, które w tamtej chwili zdane były na łaskę rozwścieczonej Mirrae. Z tego, co później doszło do jej uszu, niewiele z tych antyków zdołało przetrwać.
        W tej chwili Ginnie niezmiernie zazdrościła tym naczyniom, mogącym dokonać swojego mizernego żywota szybko i bezboleśnie, podczas gdy ona uciekała przez pół kontynentu przed prawem i sprawiedliwością w deszczu, wietrze i na narowistym ogierze, którego nikt nie chciał, bo był narowisty. A innego nie było. Odzywając się więc raz na tydzień, włóczyła się zygzakiem dobre kilkanaście sążni za resztą grupy, starając się nie spaść i nie złamać sobie karku, choć ta perspektywa była dla niej coraz bardziej kusząca. Zaczynała doszukiwać się coraz to nowszych pozytywów takiego rozwiązania. I choć nie chwaliła się na głos swoimi kreatywnymi myślami, Mirrae zaczynała podejrzewać dziewczynę o mało przyjemne dla wszystkich obecnych wyjście z tej beznadziejnej sytuacji.
        — Ty lepiej przyspiesz i nie myśl za wiele, bo nic dobrego z tego nie wyniknie — zawołała półelfka, starając się przekrzyczeć bębnienie deszczu.
        Ginnie w odpowiedzi skrzyżowała przedramię z nadgarstkiem i pokazała jej figę. Gestu tego bardzo lubiła używać ostatnimi czasy ze względu na brak chęci do... czegokolwiek właściwie. Włóczyła się przez kontynent, bo z jednej strony nie chciała zostać złapana i wsadzona do lochu na tortury, a z drugiej nie miała nic lepszego do roboty, choć niejeden by stwierdził, że wszystko jest lepsze od bezcelowej jazdy po polach w czasie deszczu. Aaaale ona nie nie miała lepszych pomysłów.
        Zgarbiła się, dłonie zacisnęła na przednim łęku siodła, by mieć na czym się podeprzeć. Tak bardzo jej się nie chciało. Tak bardzo miała ich wszystkich dosyć. Ich, tej pogody, tej podróży, tego, że kichać jej się chciało — było jej zimno, mokro, głodno i męcząco. Jedyne, o czym w tej chwili błogo marzyła, to jakieś suche posłanie. I onuce. Nie ma nic gorszego niż mokre onuce.
        — Niedługo będziemy na miejscu! — krzyknął Zhayin, zdawałoby się, o kilometry oddalony od Ginnie.
        Wraz ze zbliżaniem się do miasta, deszcz ustawał, aż w końcu (w końcu!) raczył się uspokoić i zaprzestać moczyć biedne Puszczyki. Ginnie zdjęła i tak już do cna przemoczony kaptur; z futrzanego kołnierza i obicia obficie spływała woda, prosto na równie przemoczone plecy narowistego ogiera, który nareszcie postanowił dać dziewczynie nieco wytchnienia. Uspokoił się. Nad rozgrzaną ziemią poczęła tworzyć się gęsta mgła, a w niej można było dostrzec zarys masywnego górskiego miasta.
        „Świetnie”, pomyślała Ginnie. „Kolejne mury, kolejni ludzie”. Już wolałaby zostać na tym pustkowiu, w tym deszczu. Będzie musiała coś szybko wymyślić, by się wymknąć i gdzieś zaszyć na czas pobytu w tej metropolii.
Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 23
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

        Blanche obudziła się skoro świt. Chłodne powietrze jesiennego dnia wlatywało przez uchylone okiennice, kładąc się dreszczem na jej ciele. Bywało, że taki wiatr obezwładniał ją i kazał zawinąć się z powrotem w pierzynę, tym razem jednak dodał jej motywacji, by jak najszybciej zacząć się szykować do tego dnia. Zawinęła się w szlafrok i poszła zjeść coś lekkiego, żeby tylko nie wyjść o pustym żołądku na długą ceremonię. Musiała zacząć od jedzenia, bo dopóki była w półśnie nie czuła jeszcze stresu, takiego ściskającego żołądek, nie pozwalającego nic przeżuć. Gorzka herbata i grzanki z serem. Pucharek wody z lodem.
        Po chwili, nie była pewna, kiedy to nastąpiło, siedziała przed zwierciadłem, a służące układały misternie jej włosy. Nie odzywała się wiele, a na jej twarzy zamiast zwykłego uśmiechu widać było raczej skupienie i powagę. Zaczęła przygotowywać w myślach przemowę. Nie chciała jej przedłużać, jak zresztą zasugerował Robin, ale otwarcie musiało być uroczyste.
        - Pragnę powitać was w tym wyjątkowym dniu... - mruczała sobie pod nosem hipotetyczne wypowiedzi, dzielnie znosząc, jak pasma jej włosów nawijane są na rozgrzane metalowe pręty i podpinane. Z reguły nosiła rozpuszczone włosy, ale przy każdej większej okazji spinała je. Czuła wtedy ich charakterystyczny ciężar, co pomagało trzymać się jej prosto. Oprócz tych upięć na jej głowę miała trafić piękna złota tiara.
        Szaty były okazałe i również swoje ważyły. Miała na sobie kilkuwarstwową suknię z białego tiulu, który był misternie haftowany po brzegach w złote geometryczne wzory. Na nią nałożony był czerwony satynowy płaszcz z trenem mierzącym chyba z kilka sążni; ozdobiony był smoczymi ogonami, splecionymi ze sobą. Na plecach zaś znajdowały się dwa skrzydła. Dwa naramienniki zakończone były małymi szpicami, niby kłami smoka. Długie rękawy niemalże zasłaniały jej dłonie. Wszystko to spięte było w talii złotą szarfą. Korona złożona była z kilku złotych zębów, w których tkwiły drogocenne kamienie. Ale Blanche najbardziej cieszyła się z bucików, pięknych niskich obcasików z czerwonego aksamitu, które miały pośrodku złotą klamerkę. Zresztą, cała wyglądała trochę jak czerwono-złota bombka, przynajmniej tak twierdził Robin.
        - Nie przeszkadza mi to, jeśli to piękna czerwono-złota bombka - skomentowała anielica.
        Był to zdecydowanie jej ulubiony odświętny strój, mimo iż był mniej okazały niż ten na Święto Życia.
*
        Święto Smoka było tradycją lokalną, jakby „wigilią” Miesiąca Smoka. Zaczynał się właśnie pierwszego dnia Miesiąca Dzika. Było już dawno po zbiorach, pola szykowano na zimę. Liście przybierały winne kolory. Ten dzień był wyjątkowo piękny, ale Blanche nie pamiętała, żeby kiedykolwiek w święto była brzydka pogoda. Poranne słońce gładziło jej policzek, kiedy czekała na dźwięk dzwonów przed bramą katedry, aż rozpocznie procesję. Trzymała w dłoniach wysadzaną kryształami szkatułkę, dwie mniszki unosiły tren jej szaty, a inni świątynni kapłani i kapłanki ustawili się w szeregu za nią, trzymając malowane chorągwie. Dzwony biją, czas wkroczyć do katedry. Wierni zgromadzili się już w drewnianych ławkach. Śpiew chóru dudnił w murach katedry. Wierni dzwonili dzwoneczkami, bracia i siostry zakonne rozpylały kadzidła. Blanche powoli szła w kierunku fontanny, która była ołtarzem i zarazem centrum świątyni. Postawiła ostrożnie na półeczce wewnątrz niej szkatułkę. Następnie chwyciła złoty dzbanuszek przy fontannie, nabrała wody i obmyła ręce. Obróciła się w stronę ławek. Na ten gest wszyscy pochylili głowy, a kapłani chorągwie.
        - Thenderiończycy!
        W ciszy katedry jej głos zdawał się być donośny i podniosły.
        - Gromadzimy się w tym miejscu co rok. Co roku wykonujemy te same gesty. W wieczór każdej Sandrii praktykujący przychodzą tu, i również powtarzają te same słowa modlitwy, te same gesty. Każdy miesiąc ma swój rytm - zasiewy i orka, poranek i zmierzch. Czym jednak jest ten mijający czas? Można byłoby sądzić, że powtarzamy ten sam rytuał codziennie. Że przyzwyczailiśmy się do tak upływających dni, tygodni, lat naszego życia.
        „Dramatyczna gadka, całkiem w jej stylu...” - pomyślał Robin. Mowa jednak była na tyle angażująca, że nie odpływał daleko myślami, jak ostatnim razem...
        - Nie możemy przestać pamiętać, jakie jest znaczenie słów. Nie możemy przestać pamiętać, jakie jest znaczenie gestów! Ta szkatułka, którą co roku nosimy w procesji... Ona jest symbolem. Symbolem czegoś bardzo ważnego... Jest darem. Z naszych plonów, upraw, trudu i znojów. Jest DZIĘKCZYNIENIEM. Najwyższy nie potrzebuje naszych bogactw...
Ciekawe, dlaczego w takim razie jesteś ubrana od stóp do głów w złoto...”, pomyślał Robin.
        - ...Jedyne, co cennego możemy Mu ofiarować, to pełne godności i miłości życie. Najcenniejsze, co możemy ofiarować drugiemu człowiekowi, jesteśmy my sami. Nasz czas, pełne czułości gesty i słowa. Powtarzajmy codziennie „kocham cię”, nadając tym słowom ich znaczenie. Powtarzajmy codziennie obejmowanie ukochanego, wsparcie starszej osoby, głaskanie dzieci, ucałowanie w policzek przyjaciół. Niech te gesty nigdy nie będą powierzchowne. Niech te słowa nigdy nie będą puste. Nasze życie w swojej powtarzalności i rutynie dopiero nabierze znaczenia, jeśli będziemy pamiętać o znaczeniu tych wszystkich małych rzeczy. Uczyńmy z naszego życia Dar, i poświęćmy go w świątyni, jak co roku tę szkatułkę...
*
        W mieście natomiast wszystkie atrakcje były już gotowe na przyjęcie mieszczan. Wysokie kolejki i młyny, stragany z egzotycznymi i miejscowymi przysmakami, namioty sztukmistrzów, wróżek, trup teatralnych, tancerzy, śpiewaków, bajarzy...
        Przy wejściu na plac postawiona już była wysoka scena i symboliczna wstęga. Blanche wspięła się na szczyt tego podestu. Po drugiej stronie zaś stał Eor, syn króla Thenderionu, Arina III. Królów tego miasta nigdy nie było na uroczystościach, co nie było zaskoczeniem, ze względu na tłumy i frywolny charakter święta.
        Książę wykonał przemowę do ludu życząc wszystkim dobrej zabawy, mając nadzieję, że zbiory w tym roku były udane itp., itd. Anielica miała nadzieję, że nie będzie przedłużać - i całe szczęście jego wypowiedź była zwięzła. Zaczęła gotować się w tym stroju, mimo iż było chłodno, słońce dosłownie lało się z nieba. Następnie wspólnie przecięli wstęgę, symbolicznie rozpoczynając festiwal. Kobieta zeszła z podestu, ulatniając się cicho z powrotem do posiadłości, aby przebrać się prędko i wejść na obiecaną bratu kolejkę, zanim będą musieli ponownie wracać na kolację.
*
        - I całkiem podobała mi się twoja wypowiedź!
        Przez tłum i harmider dochodzący z kolejek i młynów, Robin musiał krzyczeć, aby siostra go usłyszała.
        - Taak!!? Nie była zbyt nadęta!?
        - Nie, było dobrze!!! Zjem jeszcze te farafuszki i możemy wracać! - krzyknął, a następnie wepchnął sobie trzy kulki na raz do buzi.
Ostatnio edytowane przez Blanche 1 miesiąc temu, edytowano łącznie 1 raz.
Awatar użytkownika
Rianell
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Pestka nie poszedł tamtego wieczoru do magazynu ze zburzoną ścianą - był tak zajęty pomaganiem w posiadłości, że do zakonu wrócił późnym wieczorem i nie dość, że był już niemożliwie zmęczony, to jeszcze wiedział, że wielu by pobudził, gdyby zaczął poszerzać tamto przejście. Albo chociaż gdyby jakaś obruszona cegła w końcu by spadła. Kładł się więc myśląc, że ta pozornie niedokończona sprawa nie pozwoli mu zasnąć. Mylił się jednak - owszem, rozmyślał o tamtym miejscu tak długo, aż nie zmorzył go sen, ale nie trwało to wcale tak długo. Bądź co bądź tego dnia nieźle narobił się fizycznie.
        Rano zaś wstawał skoro świt. Poszedł na jutrznię, bo chociaż nadal był bardziej świecki niż religijny, zawsze brał udział w rytuałach zakonu. I starał się to czynić z należytym szacunkiem - nauczył się modlitw i świąt, w jego ręce trafiły jakieś religijne księgi, które jednak ledwo kartkował. Nie przez to, że je lekceważył, był jednak człowiekiem czynu i o wiele bardziej lubił pracować niż siedzieć pod drzewem i czytać. Na to pozwalał sobie, gdy cała praca była już zrobiona… A te chwili zdarzały się rzadko. A od kiedy trafił do zakonu w jego ręce nieustannie trafiało coś, co wymagało naprawy albo przeróbki. Jak nie tu to w posiadłości Counteville’ów, którą odwiedzał na porządku dziennym. Oni oczywiście mieli swoje złote rączki i tak dalej, ale mógł pracować jak poprzedniego dnia - przy noszeniu, trzymaniu ciężkich rzeczy.
        Wracając jednak do tego poranka - Rianell zaczął go jak zawsze, lecz po śniadaniu nie wziął się wcale do pracy, choć miał taki zamiar. Jeden z braci - Alesso - zaczepił go w drodze z refektarza z pytaniem czy wybiera się na rynek i był bardzo zaskoczony, gdy zorientował się, że Pestelli się waha.
        - Brałeś kiedykolwiek udział w Święcie Smoka? - upewnił się.
        - Nie, u nas się go nie obchodziło. Albo Mandeville’owie go nie obchodzili - sprecyzował, ale wzruszył przy tym ramionami, jakby nie było to jakoś bardzo istotne.
        - W takim razie chodź z nami. Warto poznawać nowe rzeczy. I rozerwiesz się przy okazji trochę.
        - Chciałem zająć się ścianami w zachodnim skrzydle…
        - Walą się? - przerwał mu natychmiast Alesso.
        - Gdyby się waliły nie rozmawialibyśmy tak spokojnie - odparł Rianell stanowczo, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że właśnie połknął haczyk.
        - No i właśnie: skoro się nie walą to nie wymagają twojej pilnej interwencji, więc chodź na obchody. Weź przestań, zawsze byłeś taki sztywny?
        - To nie tak… - żachnął się Rianell. - Po prostu zawsze byłem od organizacji… Chyba zapomniałem jak to jest się bawić podczas świąt.
        - Pora sobie przypomnieć - orzekł Alesso. - Chodź już. Skoro habit niespecjalnie cię pociąga to może ziemskie uciechy będą ci bliższe.
        - Oj gdyby cię teraz opat słyszał…

        No i Rianell poszedł. Ubrał się w swoje cywilne ubrania - brązowe spodnie, białą koszulę. Wyglądał schludnie, choć niezbyt wystawnie, ale cóż się dziwić: za co miał sobie kupić bardziej galowe ubrania? I tak to co miał nosił dumnie, bo było jego - u Mandeville’ów ubierał frak, który nic dla niego nie znaczył, bo należał do jego państwa, tak jak i on sam. Może za rok weźmie udział w tym święcie ubrany w coś porządniejszego. I tak niewielu zwracało uwagę na jego ubrania - wzrok wszystkich przyciągała wytatuowana, dumna twarz. A Pestka nieświadomie ją podkreślił, zaczesując włosy do tyłu i je spinając.
        Podczas przemowy Blanche i całej oficjalnej części obchodów Rianell przemieszczał się wszędzie bez słowa wraz z tłumem i przede wszystkim braćmi, którzy również opuścili tego dnia zakon. Atmosfera Święta Smoka była - trzeba przyznać - wyjątkowa. I przyjemna - Pestka będzie musiał po wszystkim podziękować Alesso za to, że ten go przekonał, aby odpuścił sobie pracę. Tym bardziej, że po wszystkim zaczęła się zabawa…

        Gdyby ktoś zobaczył Rianella w południe tego pięknego dnia, mógłby pomyśleć, że ten znowu ma dwadzieścia lat. Puściły mu hamulce, zdołał się rozluźnić tak jak nigdy od kiedy jego twarz pokryły sinoniebieskie pręgi. Nie znaczyło to jednak, że rozrabiał, bo on nigdy nie rozrabiał. Śmiało można było jednak nazwać go najlepszym tancerzem na parkiecie na rynku miasta. A trafił tam całkowicie przypadkiem - po prostu przechodził i zatrzymał się na chwilę. Akurat zaczął się jeden z tych tańców, w których nie było par, a wszyscy zbierali się w jeden duży krąg. Stali kolejno - kobieta, mężczyzna, kobieta, mężczyzna. I nagle, gdy do zabawy dołączyło stadko lokalnych panien, okazało się, że brakuje między nimi kawalera. Rianell został między nie wciągnięty całkowicie z zaskoczenia, ale nie wbrew własnej woli. On lubił tańczyć, po prostu rzadko miał okazję. A teraz - gdy taka się w końcu nadarzyła - nie zamierzał jej przepuścić. Prawie nie schodził z desek. Między kolejnymi piosenkami wymieniał partnerki i prowadził je do tańca śmiało, jakby był nie wiadomo jak dobrą partią. Z początku jedna czy druga się wzbraniały - mimo wszystko niektórym z nich wytatuowany, krzepki mieszaniec kojarzył się ze zbirem. Później jednak zaczął się czarownie uśmiechać i zdołał już zaprezentować, że kto jak kto, ale on na pewno żadnej palców nie podepcze. Więc już później żadna mu nie odmówiła. A może i niektóre tęskno za nim spoglądały, gdy w końcu uznał, że dość i musi iść napić się piwa.
Awatar użytkownika
Ginnie
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 5 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Ginnie »

        Gdy dojechali na miejsce, zastał ich wczesny wieczór i delikatnie orzeźwiające po deszczu powietrze. Thenderion niegdyś służył za bazę wypadową oddziałowi, w którym służył dawno temu Zhayin, zanim zdezerterował, dlatego to górskie miasto natychmiast wpadło mu do głowy jako pomysł na kryjówkę przed żądnym krwi rajcą z Północy. Nie było mu żal ciągnąć ze sobą bandę na drugi koniec Alarani — nie mogli ujawnić swojej miejscówki w Fargoth, gdyż wtedy zmuszeni byliby przenieść wraz wszelkie swoje interesy, w tym przemyt rzeczy pożądanych przez biedotę, co nie kalkulowałoby się tak zmyślnie jak to już mieli opracowane. Zaś jako eksżołnierz Zhayin miał smykałkę do dowództwa, przewodnictwa i taktyki, co przekładało się nader korzystnie na relacje Puszczyków z otoczeniem. Niestety, niekiedy otoczenie nie dogadywało się z Puszczykami, przez co morale grupy drastycznie spadały, powodując niemałe zgrzyty między członkami, zwłaszcza między Ginie a Danim. Kiedy oni się kłócili... Lepiej nie wspominać tamtej nocy.
        Ginnie skuliła się, zniknęła w głębi kaptura, mimo że deszcz mieli już dawno za sobą. Cały czas trzymała się kilka sążni za zastępem, z czystej niechęci do wyróżniania się z tłumu. Wjechali do miasta. Zrazu ogarnęły ich tłumy ciągnącej w jednym kierunku gawiedzi maści wszelkiej, takoż koloru. Bo kolorów tu było bez mała. Obfite złota, skromne róże, delikatne srebra okraszone skromną bielą, krwiste i ciężkie czerwienie wymieszane z lekkim błękitem. Morze barw, lawina głosów. Ginnie zatrzymała karosza, by nie rozjechać bandy roześmianych dzieciaków. Warknęła pod nosem, naciągając kaptur na głowę jeszcze bardziej, łypała groźnie spode łba, bacznie obserwując, co się dookoła niej działo. Musiała dogonić Zhayina, by nie zgubić zastępu pośród tej plagi ludzi.
        — Szlag — zaklął głośno przywódca, ściągając wodze. Rozejrzał się, zwołał swoich. — Zapomniałem...
        — Pielgrzymka? — zapytała Mirrae, podjeżdżając bliżej.
        — Gorzej. Festyn.
        Półelfka zaklęła w w rodowitym języku, co zabrzmiało jak powiew letniej bryzy o zapachu róż. Ginnie nie odzywała się, dając działać przywódcy. Chciała jedynie wynieść się poza ten tłum, jak najdalej od niego właściwie. Zmrużyła oczy od natężenia światła, jakie kłębiło się na wybrukowanych ulicach, gęstniejąc z każdą kolejną sekundą. Zerknęła kątem oka na Daniego, który cały w skowronkach mrugał i uśmiechał się do panien unoszących odważnie kiece ponad kostkę. Takie bezeceństwa był w stanie spowodować tylko jej brat... Zhayin chwycił Mirrae za rękę, jechali obok siebie, rozpędzając cisnący się przed nimi tłum. Ginnie czasem patrzyła na nich z zazdrością, mając w swojej biednej główce marzenie, by również kiedyś z kimś tak jechać. Trzymając się za ręce.
        Ruszyła z wolna tuż za nimi, by nie dać ciżbie możliwości zejścia się w ponowny korowód. Wszyscy jak jeden mąż podążali w kierunku ogromnej katedry. Ktoś tu chyba miał jakiś kompleks... Nie skierowali się jednak ku postrachowi architektury; skręcili ku najbliższej karczmie umiejscowionej w rynku. W samym centrum.
        — Gratuluję organizacji wycieczki, panie przewodniku — burknęła pod nosem Ginnie, z niechęcią podążając za hersztem.
        Zacumowali konie do barierki ganku należącego do karczmy „Pod grubym kotem”, ponoć jednej z lepszych w mieście. Najlepsza czy nie, Ginnie i tak nienawidziła tego typu miejsc. Za dużo ludzi, choć okazji do kradzieży niemało. Nie weszła od razu za resztą grupy — przyglądała się hulankom rozgrywającym się na rynku. Oparła się plecami o belkę podtrzymującą daszek werandy, skrzyżowała ramiona i zapatrzyła na wirujące w tańcu pary, cicho marząc o ciszy i spokoju.
Awatar użytkownika
Blanche
Błądzący na granicy światów
Posty: 23
Rejestracja: 9 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Blanche »

        Popołudnie spędzone na festiwalowej zabawie było wyczerpujące, ale na Blanche hasło „Święto Smoka” działało jak kofeina. Jak duże dziecko w parku rozrywki z za dużą ilością słodyczy. I Robin również, nawet jeśli nie mógł się do tego przyznać, bawił się świetnie. Magiczne kolejki z wagonikami, występy komediowe i akrobatyczne, pyszne jedzenie i muzyka ze wszystkich stron świata - od dziecka kochali przychodzić na festiwal. Byli ze sobą blisko jako rodzeństwo i takie chwile stanowiły ich małą wspólną tradycję. Po zabawie na placu Thenderiońskim wracali do posiadłości, gdzie służba przygotowała już drugą część imprezy - dla starszych. Kiedy byli młodsi, szybko kładli się spać po męczącym dniu, a dorośli mogli tańczyć całą noc, lecz teraz sami kultywują te zwyczaje.
        W końcu nadeszła pora na powrót do rezydencji, na drugą część świętowania. Robin chwycił ją za rękę, w obawie, że zgubi ją w tłumie. Próbowali biec pod prąd, ponieważ do placu napierała spora grupa uczestników festiwalu. Śmiali się, wymijając przechodniów, jakby to była kolejna z atrakcji święta.
        Aż uwagi anielicy nie zwróciła postać, stojąca przy szyldzie karczmy. Tak nagle tłum przerzedził się i miała dziwne poczucie, że ktoś patrzy na nią. Wysunęła dłoń z uścisku brata i jakoś intuicyjnie skierowała na nią wzrok. Wyróżniała się kolorem skóry, która w dodatku była jakby oprószona złotym pyłem, a włosy miała tak białe, jak i ona...
        - Blanche, idziesz? - Robin odwrócił się w jej kierunku.
        - Ja.. A, tak, jasne, pędzę! - krzyknęła i dogoniła go, a przy głównej ulicy złapali już dorożkę i wrócili do domu.
*
        Tymczasem w kuchni de Counvteville'ów wybuchła istna panika.
        - Do ciasta idzie szklanka limarijskiego rumu! Co my teraz zrobimy! - wrzeszczała kucharka, chodząc w tę i z powrotem po pomieszczeniu, przy czym bardzo utrudniała swoim pomocnicom sprzątanie odłamków szkła po ostatniej butelce limarijskiego rumu. Trunek, niestety, nie przeżył spotkania trzeciego stopnia z podłogą, do którego doszło, kiedy w zbytnim pośpiechu Mary zdejmowała go z półki.
        - Może zwykły rum albo jakiś inny alkohol... - Bernadetta próbowała opanować sytuację. - Albo...
        - Ty chyba sobie kpisz! - Annie, krępa szefowa kuchni państwa Counteville'ów, niemalże rwała sobie włosy spod czepka. - On nadaje aromat i spulchnia ciasto, nie zastąpię tego niczym!
        Mary zupełnie niesugestywnie spojrzała na pełne półki przeróżnych trunków z całej Alaranii.
        - Ale upiekłaś już tuzin innych ciast, to po prostu miejmy nadzieję, że tego skosztują, jak już będą pijani...
        Gdyby wzrok mógł zabijać, trupem padłaby Mary, Bernadetta, wszystkie okoliczne myszy i szczury, a także tuzin innych butelek z alkoholem.
        - Poślę po Nim, kupi jakiś na mieście - odezwała się po chwili ciszy Bernadetta.
        - W czasie festiwalu przecież nie ma targu jak co dzień, a dla butelki nie dacie rady się przecisnąć przez tłum i setki straganów - biadoliła Annie.
        - To poproszę w karczmie, żeby nam rozlali, może nawet taniej będzie, jeśli poprosimy Urlicka o szklaneczkę - zaproponowała Mary.
        Kucharka rozważała w głowie ten pomysł i nie znalazła w nim żadnych większych luk, więc skinęła głową i przykazała im tylko, żeby uwijały się z tym, i po co dwie mają iść, niech jedna leci szybko to załatwić, a druga ma pomóc w kuchni. Próbując więc zająć się robotą i rozładować stres, zaczęła bardzo agresywnie nacierać marynatą gęś na pieczeń i rozporządzać Bernadettą.
*
        Nim z Mary uprosiły stajennego o podwózkę na miasto w tę i z powrotem. Nerwowej szefowej kuchni bała się w tym miejscu cała służba, więc doskonale rozumiał ich nagłą potrzebę. Na całe szczęście, gospoda „Pod Grubym Kotem” nie była w samym centrum ryneczku, więc zatrzymał się przy jednej z bocznych dróg, a kobiety puściły się biegiem na przełaj do karczmy. Weszły przez tylne przejście dla służby, podchodząc do barku i tłumacząc Urlickowi całą zaistniałą sytuację.
        - Tak, dzisiaj jest to przyjęcie, ale po prawdzie to ja mam dość tak rok w rok, tyle pracy przy tym, że bawić się potem ni ma siły - narzekała Nim.
        - Gdybym miała tyle bogactwa, to też bym chodziła w takich kiecach... Na bale chodziła... A tak to przynajmniej można poczuć jak się szlachta bawi - skomentowała Mary. - Ja tam się cieszę.
        - Dziwne zwyczaje mają Counteville'owie, wie o tym cały Thenderion - skomentował barman, szukając trunku, o jaki prosiły służące. Mruknął jeszcze coś niezrozumiałego pod nosem. - Ale że tak całą służbę w jeden dzień, wszyscy pijani i nie ma kto pilnować...
        - Ćśśś! - Nim szturchnęła go w łokieć. - Odpukać w niemalowane!
        Mary posłusznie zapukała w spód blatu szynkwasu.
        - No, mamy problem, panienki... Nie ma limarijskiego rumu.
        - To skąd my go, u licha, weźmiemy!?
        - Możecie porozglądać się na ryneczku...
        Nim lękliwie spojrzała na tłum na placu.
        - A co, myślisz, że się Annie zorientuje!? Wlej tu coś podobnego i po sprawie - zawyrokowała Mary, podkładając mu garnuszek.
*
        - No, i widzicie, jak to dobrze, że jednak pobiegłyście po ten rum, patrzcie jak wyrosło ładnie. Jedyne, czego mi dzisiaj było trzeba, to zakalec... - powiedziała dumna z siebie Annie, kładąc ciasto na wydawkę. Mary i Bernadette mocno walczyły z naturalną pokusą, aby spojrzeć na siebie i wybuchnąć śmiechem. Cicho i sprawnie zanosiły potrawy na stoły, wraz z kilkunastoma innymi parobkami, próbując wszystko zmieścić na blatach.
*
        Późnym wieczorem już w ogrodzie i na salonach panował istny żywioł. Zabawa była fantastyczna, orkiestra grała żywo, a patrząc się na wirujące pary, można było doznać zawrotów głowy. Wszyscy byli zdrowo podpici. Brat Benedykt po pijaku prawił kazanie hrabinie Bouver, która równie pijana zgadzała się z każdym jego słowem. Robin jadł potężne ilości pieczeni z gęsi. Od ilości wydychanego wina przez Simona, kuzyna Countevillów, można było się srogo podchmielić. Blanche zrobiła sobie przerwę na deserek, kiedy tylko ochłonęła chwilę po hulance.
        Po pierwszym kęsie jednak zrezygnowała.
        - Coś Annie dzisiaj nie wyszło to ciasto z rumem.
        - Łap farafuszki! - krzyknął Robin z drugiej strony stołu i rzucił jej kilka kulek, trafiając jednym w jej czoło, a drugim w dekolt anielicy.
Awatar użytkownika
Rianell
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rianell »

        Pestelli bawił się na festynie tak jak dawno mu się to nie zdarzyło, ale czuł się przy tym dziwnie - z jednej strony czuł ekscytację i radość płynącą z beztroski, a z drugiej jakiś głosik z tyłu głowy nieustannie szeptał mu, że tak nie powinno być. On nie powinien się tak beztrosko bawić z pannami z miasta. Jakby bał się, że zaraz zza węgła wyskoczy ktoś, kto przypomni mu kim jest - złapie go za kark i zaciągnie do witryny zamkniętego sklepu, by spojrzał w ciemną taflę szkła i przypomniał sobie kim jest. By spojrzał na niebieskie pasy na twarzy i poczuł, że dłoń na jego karku spoczywa tam, gdzie został naznaczony już na zawsze. Że nowa wolność była jedynie ułudą…
        By nie dać się porwać tym myślom Pestelli stosował różne triki. Z początku nie schodził z parkietu - co piosenkę łapał jakąś odważną dziewczynę i porywał ją do tańca, by w ten sposób zagłuszyć rosnący w jego trzewiach niepokój. Pomogło o tyle, że na pewno odwlekało moment wybuchu w czasie. Czasami - gdy melodia była wyjątkowo żwawa - zapominał zupełnie o tym dziwnym lęku, bardziej skupiony na tym, by nie zawieść swojej partnerki.
        Zmęczenie jednak w końcu dało mu się we znaki. Chcąc nie chcąc zszedł z parkietu i poszedł kupić sobie piwo. Albo od razu dwa, taki był spragniony. W chmarze ludzi tłoczących się wokół straganów z jedzeniem i napojami znowu się zapomniał, skupiony przede wszystkim na tym, aby dopchać się do budki i zamówić. Wziął sobie piwo i cebularz ze smalcem - głodu nie czuł, ale placek wyglądał zbyt smakowicie, by się mu oprzeć. Poza tym energia mu się przyda, bo gdy się najadł, odzyskał również humor i znowu mógł ruszyć do zabawy. Akurat jego przerwa regeneracyjna całkiem nieźle zgrała się z przerwą grajków i gdy on wracał na parkiet, oni właśnie zaczynali przygrywać do pierwszego tańca.
        - Mogę prosić? - zwrócił się do jednej z mijanych dziewczyn. Ta, którą poprosił do tańca, była chyba mieszanej krwi jak on, bo miała lekko szpiczaste uszy i wyraźne oczy elfki, ale pełne usta i piegowatą cerę ewidentnie jak ludzka kobieta. Towarzyszył jej młody mężczyzna o zawadiackiej fryzurze z podgolonymi bokami, który choć patrzył nieprzychylnie, nie zatrzymał jej, gdy szła z Rianellem na parkiet.
        - O, przepraszam - mruknął, gdy kogoś potrącił po drodze.
        I chyba właśnie w tamtym zamieszaniu stracił sakiewkę. Nie od razu się zorientował - minęły cztery albo nawet pięć tańców, nim zdecydował się pójść po kolejne piwo i sięgając do boku znalazł tylko smętnie dyndające rzemyki po odciętym trzosie. Zdenerwował się, ale szybko mu przeszło - w środku było raptem kilka miedziaków, pewnie nawet dobrej kolacji by za to nie zjadł. Tylko mieszka szkoda, bo był porządny.


        Po powrocie do winnicy Counteville’ów Rianell utknął przy stole z jedzeniem. Nie żeby był jakimś wybitnym głodomorem, ale w tej chwili na jego zachowanie złożył się głód podsycany wypitym na pusty żołądek piwem, upałem oraz to, że tutejsza kuchnia była wręcz nieprzyzwoicie pyszna. Pierwsza kucharka w posiadłości miała niesamowitą rękę do ciast i niestety, na tym polu Natka musiała jej ustąpić. Za to kucharka Mandeville’ów gotowała wyśmienite makarony i zupy… Ech, miłe wspomnienia, naprawdę wbrew pozorom miłe – choć Rianell był wtedy niewolnikiem, cieszył się sporą wolnością i nie działa mu się wielka krzywda, a towarzysze jego niedoli byli dla niego jak rodzina. No i… tam poznał Nevaeh, która choć potraktowała go trochę okrutnie, nadal wracała do niego we wspomnieniach i były to z reguły miłe wspomnienia. ”Ciekawe co u niej?”, zastanawiał się, znowu wspominając ten wieczór, gdy przyszedł do niej z kwiatami po występie.
        Sernik z jagodami szybko pozbył się nostalgii z jego głowy, a ciasto z rumem - które z jakiegoś powodu cieszyło się powodzeniem wśród służby, ale arystokraci kręcili na nie nosem – ponownie dodało mu animuszu. Gdy już zjadł co do ostatniego okruszka wszystko, co miał na talerzyku, wrócił na parkiet, by jeszcze chwilę cieszyć się wieczorem. Nie zabawił jednak długo na zabawie – zdawało mu się, że była ledwie północ, gdy uznał, że wystarczy i pożegnał się, wracając do zakonu. Słyszał, jak za jego plecami kilka osób żartowało, że jak na braciszka to nieźle obracał pannami tego wieczoru, ale nie obrócił się, by cokolwiek wyjaśniać. Oby tylko brat Benedykt nie miał do niego pretensji o ten wieczór – przecież nie robił nic złego, ba, z żadną nawet nie flirtował, bo nie miał do tego nastroju…
        - Gdzie uciekasz?
        Ciekawski złapał Rianella za ramię i obrócił go w swoją stronę – był jednym z ogrodników rodziny Counteville, wiekowo zbliżonym do byłego niewolnika, który jednak wyglądał na znacznie młodszego.
        - Idę do zakonu – wyjaśnił Pestka w dość naiwny sposób.
        - A cóż to, brat Benedykt zamyka bramy o północy, że musisz już iść? Wspominałeś przecież, że nie jesteś bratem zakonnym, nie musisz się jeszcze zrywać.
        - …No nie – przyznał dość niechętnie Rianell. Myślał, by położyć się o normalnej porze, ale czuł ten chwyt na ramieniu – tak łatwo się nie wywinie.
        - To jest duch, nie dałeś się za długo namawiać! – O dziwo słowa ogrodnika brzmiały jak pochwała. – Chodź ze mną. Umiesz grać w kości?
        - Umiem, ale…
        - No co? Nie powiesz mi, że się brzydzisz – parsknął lekko oburzony, nadal nie puszczając Pestki ze swojego chwytu.
        - Nie, po prostu… Większość wydałem na rynku, a te miedziaki co mi zostały ktoś mi zwinął jak tańczyłem – wyjaśnił Pestka z lekką przyganą pod swoim własnym adresem. Jak mógł być taki nieostrożny?!
        - A to nic, nie gramy na pieniądze, nie dziś. To co, dołączysz?
        - Dołączę – zgodził się Pestka, tym razem bez większego wahania. A co tam, to tylko gra w kości, najwyżej jeśli będzie nudno to pójdzie.
Awatar użytkownika
Ginnie
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 5 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Ginnie »

        Weszła do gospody w idealnym momencie, by ujrzeć na twarzy Zhayina walkę pomiędzy zazdrością a byciem ponad nią. Uniosła złośliwie kącik ust, skrzyżowała ramiona, nie racząc zdjąć kaptura z głowy. Wybrała sobie miejsce dostatecznie odludne, na drugim końcu izby, przy ościeżnicy prowadzącej do korytarza z pokojami. Widziała zacięcie herszta. I zaciśniętą dłoń na kolanie, gdy w drugiej trzymał kufel z piwem, obserwując znad niego poczynania wytatuowanego elfa względem jego kobiety. Ginnie wiedziała, że Zhayin przeklina w myślach dzień, w którym rasa jego ojca postanowiła wyleźć na światło dzienne i zasiedlić miasta. Nie musiała widzieć jego oczu, by domyślać się, że amanta zamierzał rozszarpać samym wzrokiem. Był zgarbiony, spięty i gotowy do interwencji w razie najsubtelniejszego przekroczenia granicy. Dostrzegła również uśmiech Mirrae, gdy Dani potrącił jej tymczasowego partnera. Wredna lisica.
        Niemniej, ona również nie próżnowała. Po drodze do korytarza oskubała trzech, wystarczająco nabimbrzonych, by ledwie ją zauważyć, skrytą w cieniu kaptura. Mimo rękawic palce miała wciąż zwinne, a kradzież nie wymagającą bezpośredniego kontaktu z ofiarą zdołała opanować niemal do perfekcji. Gdyby chciała, zapewne byłaby w stanie zdjąć pierścienie z pomarszczonej dłoni jakiejś podstarzałej hrabiny, nie uciekając się do jej obezwładnienia.
        I choć wyzwolenie pijaków od ciężaru ich sakiewek dawało jej satysfakcję, nie potrafiła wyzbyć się z pamięci obrazu postaci, którą widziała na rynku. Kapłanka. To z pewnością była kapłanka. Te wszystkie bogate szaty, biżuteria, tylko draperii z okna brakowało... A jednak... Zauważyła ją, bezceremonialnie gapiącą się na przechodniów. Jasnowłosa bogata dziewczyna, która zwróciła uwagę na obdartusa pod szyldem karczmy. Ginnie dostrzegała tak żywe zainteresowanie w oczach innych tylko wtedy, gdy ci podziwiali wielkie skarbce wielkich, bogatych i nadętych arystokratów. Coś zaiskrzyło wówczas w oczach kapłanki.
        Uchyliła się przed lecącą ku niej szklanką, która zaraz rozprysnęła się na drobne kawałeczki na ścianie za nią. Przerwało to potok myśli, dziewczyna popatrzyła na rozgrywającą się pośrodku izby scenę bójki między tutejszym łowcą głów a Danim, który z nonszalancją udawał najodważniejszego mężczyznę po tej stronie miasta. Błyskał białymi zębami ku karczemnym dziewkom, których twarze pąsowiały z podniecenia.
        Ginnie uśmiechnęła się szeroko, dożywszy momentu, gdy ktoś inny niż ona sprał tego zawadiakę bez opamiętania po mordzie. Dani jęczał skulony na podłodze, brocząc z nosa i z warg. Na pewno będzie miał obfitą śliwę pod okiem, ku uciesze jego siostry. Ten idiota nawet nie zdążył zadać jednego ciosu przeciwnikowi. Nic dziwnego, bo gdy ma się za oponenta Daniego, to każdy, bez wyjątków, wygrałby każdą sumę postawioną w zakładach przeciw niemu.
        W chwilę później zjawiła się przy niej Mirrae, rumiana od tańców, spocona i wyraźnie zadowolona. Uwolniła gęste loki z okowów rzemyka; teraz otaczały jej piegowatą twarz, spływając kaskadą na wąskie ramiona. Ginnie patrzyła na nią nieco zamglonym wzrokiem, aż półelfka pstryknęła jej przed oczami. Zamrugała.
        — Co? — zapytała zniecierpliwiona.
        — Zbieraj manele, pomóż Daniemu. Wychodzimy — rzuciła krótko i obejrzała się w stronę dokańczającego piwo Zhayina.
        — Nareszcie — odparła z ulgą Ginnie, odbijając się plecami od ściany. — Głowa mnie już zaczęła boleć. Ale widok warty poświęcenia — dodała ze złośliwym uśmieszkiem, patrząc prosto na grzebiącego się z podłogi Daniego.
        — Dziś wieczór obłowimy się jak grube ryby z Fargoth — powiedziała z podnieceniem Mirrae.
        — W Fargoth nie ma ryb...
        — To była przenośnia, głuptasie.
        — Ach... A dokąd właściwie idziemy?
        — Przypadeczkiem podsłuchałam przy szynku takie dwie służki, widać było, że w dobrym domu robią. Utwierdziła mnie w tym ploteczka, że owego domu jakoby nikt nie pilnuje, ino wszyscy świętują, włącznie ze strażą. Pijani w sztorc. — Parsknęła z rozbawieniem pod nosem. — Bogaci nie umieją pić, to plus dla nas. Włamiemy się, pomyszkujemy, zabierzemy co cenniejsze błyskotki i rozpłyniemy się w powietrzu.
        — Zhayin wie?
        — Czy wie? Chérie, to jego plan był.
        Uwielbiała, gdy Mirrae zwracała się do niej w swoim języku. Muzyka dla wrażliwych uszu.

        Płaszcz zostawiła przy siodle; zwiększał ryzyko niepowodzenia misji. Rezydencja ją przytłaczała — za dużo wszystkiego tu było. Wymyślne krzewy, kwiaty, ozdoby, rzeźby, zdobione okna, płoty, ściany, łuki... Zabrakło gąski znoszącej złote jaja...
        Podkradli się od tyłu, wysoki płot nie stanowił dla nich przeszkody. Zabawa odbywała się głównie w ogrodzie, dlatego szeroko omijali ten teren, skupiając się na niedoskonałościach budynku głównego. Ginnie kucała przy ścianie, starając się podważyć okno do piwnicy. Mirrae pilnowała, by nikt ich nie zaskoczył, za to Zhayin wdrapał się po pergoli na dach, aby poszukać alternatywnego wejścia. Po jakimś czasie wrócił ze złą wiadomością, lecz w tym samym momencie Ginnie udało się poddać okno własnej woli. Rezydencja stanęła dla nich otworem.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Thenderion”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość