ThenderionJaka szła, taką spotkała

Thenderion zbudowany jest głównie z kamienia, więc domy są tu masywne i trwałe, ale ich wnętrza są zimne mimo dość ciepłego klimatu. Budynki mieszkalne mają zazwyczaj jedno lub dwa piętra, zaś budynki użyteczności publicznej są zwykle wyższe i bardziej rozległe jak np. gmach sądu. Okna masywniejszych budowli zdobią barwne witraże. W mieście znajduje się rezydencja króla Arina, sprawuję on głównie władzę nad miastem.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Sarú
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Jaka szła, taką spotkała

Post autor: Sarú »

        Prócz Bolvangaara cała trójka głośno oraz dobitnie biadoliła i psioczyła na niedogodności ciągłej podróży, już od dobrych czterech dni. Bez ustanku. Rudobrody krasnolud dzielnie znosił ich jęczenie. Do czasu. Bo oni dobrze wiedzieli, że mieli obsuwę. Wiedzieli, że muszą przyspieszyć, żeby dotrzeć na czas do Thenderionu. Wiedzieli, że dostawcy nie będą wiecznie czekać. I co? I nico. Bo zachciało im się siedzieć w Ekradonie dłużej niż przyzwalał im na to grafik. A dlaczego? Bo hulali w Kryształowym Królestwie, kiedy powinni już z niego wyjeżdżać. Rzekę Motyli zdołali przebyć dwa dni temu, i to na szczęście w tempie dosyć szybkim, bo wystarczyło rzucić bez słowa kilka złociszy dwóm rzezimieszkom, kontrolującym most, a dwóm dać po łbie za mostem. Przynajmniej rozrywki jakiejś zaznali. Ale droga i tak niemożebnie się dłużyła. Bolvangaar w kółko powtarzał, że już niedługo, że to za tym pagórkiem, że za tym wzniesieniem, że za tym krzakiem, że za tym srającym zającem. I tak do uśmiechniętej śmierci, póki Corze nie puściły nerwy — wyrwała gwałtownie krasnoludowi lejce i bez słowa zatrzymała Lulu. Osiołek zaryczał cichutko zdezorientowany. Nordyjka rzuciła lejce i zeskoczyła z kozła, by obudzić śpiących na pace Sarú i Tulzo, którzy padli kilka godzin wcześniej. Driada zwinęła się w pozycji embrionalnej pod płachtą przy skrzynkach z paskami skóry, a krasnolud chrapał, oparty plecami o ściankę wozu, z toporem na kolanach. Jedno uderzenie pięścią zdołało przywrócić czarnobrodego do żywych, ale Sarú nie poddała się tak łatwo. Właściwie, to w ogóle się nie ruszyła. Cora zmarszczyła brwi, a jej nietęga mina bardzo jednoznacznie wskazywała na ogólne zmęczenie. Tulzo zszedł z wozu w tym samym momencie co Bolvangaar, tylko że ten pierwszy rozluźniał zesztywniałe mięśnie, a drugi raczył rugać bezczelność nordyjki, która po dziurki w nosie miała jego wielkich mądrości. Tym, że dotrą nieco wcześniej, świata nie zbawią, ale za to stracą resztki człowieczeństwa, gdy się w końcu nie zatrzymają na dłuższy postój.
        — Nie pozwolę, by nasze urabianie się po łokcie przez ostatnie dwa lata poszło na marne — zagrzmiał krasnolud, groźnie wymachując pięścią.
        — Powiedz to Lulu — rzekła stanowczo Cora, ręką wskazując na obserwującego sytuację osiołka. — Przecie i on musi odpocząć, inaczej z przemęczenia zdechnie, a wtedy na pewno do Thenderionu na czas nie dojedziesz.
        Tulzo usiadł na pace i machając w powietrzu nogami, rozpakował suchy prowiant, przysłuchując się tej głośnej wymianie zdań z nieukrywaną satysfakcją. W końcu ktoś czepiał się rudobrodego, a nie jego. Miła odmiana po tak długim i burzliwym okresie. Uśmiechał się więc nieco głupkowato, pochłaniając z przyjemnością suszoną kiełbasę, gdy tamta dwójka skakała sobie do oczu, choć oczy mieli na różnych poziomach. Tego nawet nie można było nazwać dyskusją, bo przekrzykiwali siebie nawzajem jak stare małżeństwo przed świętami, a echo ich wrzasków niosło się po polanie, na której środku — siłą — zdecydowali się zatrzymać. Z okolicznych zarośli rozpierzchły się nizinne zwierzęta, a gdzieś w oddali rozległo się ryczenie, bynajmniej Lulu... Tulzo przełknął kawał kiełbasy, popił pierwszorzędnym ale, które zdobyli w Ekradonie, po czym zeskoczył z wozu, by sprawdzić, co z osiołkiem.
        Tymczasem roznoszący się po okolicy jazgot kumpli zbudził, dotąd śpiącą jak zabita, driadę. Dziewczyna uniosła się na łokciach, wyglądając, jakby co najmniej miała problem z rozpoznaniem kim jest i w jakiej galaktyce się znajduje. Jej włosy przypominały gniazdo uwite przez kilka gatunków ptaków, czyli na wiele różnych sposobów, a zmęczenie i brak jakiegokolwiek rozeznania w obecnej sytuacji mieszały się na jej oliwkowym licu. Zmarszczyła brwi, słysząc, że wrzaski, które tak nieludzko raczyły wyrwać ją z błogiego snu, wydobywały się z pysków jej towarzyszy. Warknęła gardłowo i donośnie, zrzucając z siebie płachtę, by następnie podnieść się niezgrabnie i obrzucić drących się na siebie kumpli nienawistnym spojrzeniem, które w połączeniu z jej niewyspaną miną dawało groteskowy efekt, a rozchełstana lniana koszula, przekrzywiona na szyi chusta i brak butów dopełniały cały ten obrazek. Rozejrzała się zaspanym wzrokiem po krajobrazie, w którym przeważało natężenie polnych kwiatów i równego terenu, po ich prawej zaś, w oddali, majaczyły zarysy Gór Druidów. Popatrzyła nieprzytomnie w stronę Cory i Bolvangaara, a następnie wzięła głęboki wdech.
        — Skujcie wreszcie gęby albo zęby na kolanach przyjdzie wam liczyć! — krzyknęła, osiągając tym samym natychmiastowy efekt. Zeskoczyła z wozu, nie przejmując się byciem na boso. Wydała z siebie zniecierpliwiony, gardłowy odgłos, chwyciwszy się za skronie. Przypominała popadającą w obłęd psychopatkę.
        — Sarú, wierzaj mi... — zaczął Bolvangaar, ale driada nie pozwoliła mu dojść do słowa.
        — W rzyci te twoje wierzenia mam! — Nie wytrzymała. — Od Ekradonu trujesz i dyrdymały paplesz, ino nikt cię nie prosił! A ty — zwróciła się do Cory — nie szczerz się durnowato, boś nie lepsza! Trujesz równie tyle, co i on! „Sarú, idź po tamto, Sarú, zabierz to, Sarú, nie malkonteńć, Sarú, wytrzyj mi gila z nosa, Sarú, nie machaj żelastwem, Sarú, nie dychaj”! Chędożcie się! Oboje! Po kokardki mam waszego zadzierania nosa! I co nam z tego waszego gadania? Tyle, o! — Pokazała figę z makiem.
        Warknęła raz jeszcze i bez słowa skierowała się na przód wozu, by z kozła wziąć mapę, z której korzystał rudobrody. Rozłożyła wściekle papierzysko na siedzisku, wpatrując się w rysunek terenu, na którym się obecnie znajdowali. Wystawiając w skupieniu język, jeździła palcem po mapie, próbując rozwikłać nęcącą wszystkich zagadkę: „daleko jeszcze?”. Okazało się, że tak, daleko; wszędzie teraz było daleko, bo wszyscy byli zmęczeni i mieli siebie dość. Prychnęła jak zeźlona kocica, chwyciła mapę i wróciła do kumpli, by przed nimi stanąć i pokazać im mały punkcik nie opodal miejsca ich postoju.
        — Tu. — Wskazała na papierze. — Tu jedziemy.
        — Gdzie jedziemy? — spytał zaciekawiony Tulzo zza pleców driady, dzierżąc w wielkiej łapie ogryzek po jabłku.
        — Ale, Sarú, trzeba by z trasy zboczyć... — zaczął Bolvangaar, ale mu przerwano.
        — Gówno. — Stanowczo mu przerwano. Granica cierpliwości Sarú już dawno została przekroczona. — Tyleż mnie to obchodzi: gówno. Tu jedziemy. Trza dać odpocząć Lulu, a i ja radośnie was gdzieś zostawię.
        Na tym kończąc wszelką dyskusję, zwinęła mapę w rulon, wsadziła ją sobie pod pachę i przejęła władzę nad lejcami, zajmując stanowisko woźnicy na koźle. Ruszyli, ledwie cała trójka zdążyła władować się na pakę. Do małego punkciku na mapie było nie dłużej, jak pół godziny drogi, musiała więc jeszcze tylko tyle wytrzymać, by ostatecznie móc pozbyć się irytującego towarzystwa choć na chwilę.

Awatar użytkownika
Tioyoa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 67
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Tioyoa »

        Powrót z Opuszczonego Królestwa był długi, ale już bez przygód. Jeden woźnica podrzucił ją tu, drugi tam, kawałek Tio podeszła na piechotę, a przez chwilę bawiła gdzieś dłużej, by zebrać siły i zarobić trochę grosza. Pogoda była ładna, do zimy daleko, więc się nie spieszyła. Tyle, że nigdzie nie zbaczała po drodze, ale to i tak zajęło jej kilka tygodni. A gdy stanęła już na progu kuźni, odetchnęła pełną piersią, wdychając znajomy, utęskniony zapach metalu, węgla i pasty polerskiej.
        - Witaj w domu - powiedziała do siebie tak, jak by powitała wracającego z podróży domownika. Niestety nie miała nikogo, kto by się cieszył na jej powrót w ten szczególny sposób, więc musiała się tym zająć sama.
        Za to już po chwili nie mogła narzekać na brak uwagi. Gdy tylko miejscowi zauważyli, że drzwi i okiennice nieczynnej od miesięcy kuźni są otwarte, zaraz zaczęli zaglądać, by się przywitać. Oczywiście nie z pustymi rękami. Tarunn była powszechnie lubiana w swoich stronach, a poza tym była bardzo ważnym członkiem lokalnej społeczności, więc należało jej się godne powitanie - chociażby z sympatii. Wpadła więc sąsiadka z połową placka z wiśniami, a zaraz po niej sąsiedzi z drugiej strony drogi, niosąc podpłomyki z cebulą oraz antałek piwa. Jedna z kelnerek z miejscowej karczmy, która akurat skończyła zmianę, wystarała się i na progu kuźni stanęła z miską z jeszcze ciepłym gulaszem, bo przecież kowalka na pewno nie miała kiedy ani z czego sobie ugotować. Wkrótce zrobiło się tłoczno i gwarno, a “wpadliśmy się tylko przywitać” wnet zamieniło się w regularną zabawę. Tioyoa była szczęśliwa - przyjemnie wracać do miejsca, gdzie ma się tylu dobrych znajomych.

        Spotkanie trwało do późnej nocy, a rano Tarunn musiała po wszystkim posprzątać nim weźmie się do pracy. Tęskniła już do swojego paleniska, ale nie mogła rozpalać, gdy dom był w takim stanie - to wymagało odpowiedniego szacunku, rytuału - podkładanie ogień pod piec, w którego palenisku leżały kości z kurczaka i obierki z pieczonych pyrek podchodziło pod świętokradztwo. Później, gdy już się paliło, można było tak utylizować resztki, “dokarmiać płomień”, ale przy rozpalaniu musiało być czysto - tak Tarunn była wychowana. Uprzątnęła więc wszystko, zniosła drewno i węgiel, po czym z przyjemnością zabrała się do pracy, pogwizdując.
        Koło południa młot w jej ręce podskakiwał już w najlepsze, a jego dźwięczne uderzenia niosły się po całej wsi, dając sygnał, że zakład otwarty i jeśli ma się sprawę do kowala, to na pewno jest w domu. Zaraz zjawił się więc ktoś z krzywym lemieszem, kobieta z dziurawym garnkiem, ktoś z prośbą o podkucie konia, bo biedak już od paru dni utyka. Roboty w bród, ale Tioyoa zabrała się za nią z prawdziwą radością, bo jeśli kowal nie doceniał tych drobnych codziennych robótek, był zwykłym bufonem a nie kowalem.

        I tak minęły kolejne trzy dni. Pilnych spraw było coraz mniej, bo Tio rozwiązywała je niemal od ręki. Dużych robót jeszcze nie miała, bo się klienci nie pobudzili, że interes już jest ponownie otwarty. A i sąsiedzi przestali przychodzić i zagadywać, bo już każdy kto był ciekaw jej podróży, swoje się dowiedział. Czwarty dzień więc był powrotem do miłej, leniwej rutyny, którą w głównej mierze wypełniała oczywiście praca, ale był i czas na odpoczynek. Tak jak teraz, gdy po porannym rozgrzaniu pieca i wykuciu całej girlandy podków, których przez te dni poszła zatrważająca ilość (oj dostało się niejednemu, że za długo zwlekał z podkuciem), elfka wyległa przed karczmę, by trochę odsapnąć. Zabrała ze sobą lekko już sfermentowany sok jabłkowy (za słabo by nazwać go cydrem) i fajkę, po czym usiadła na schodach, opierając się plecami o futrynę. Z przyjemnością nabiła i zapaliła, zaciągając się aromatycznym dymem. I tak sobie siedziała i po prostu nic nie robiła, patrząc na ludzi, którzy przechodzi drogą - sąsiadów i przejezdnych, których zdawało jej się, że było raczej niewielu jak na tę porę roku.

Awatar użytkownika
Sarú
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Sarú »

        Błoga cisza długo nie trwała, bo zaraz znalazł się powód do wszczęcia kolejnej kłótni. Kto zaczął? Nie wiadomo. Ale wiadomo było, kto skończy. Driada, starając się nie zbaczać z wyznaczonego ku plamce na mapie kursu, zaciskała do białości dłonie na lejcach, powtarzając z uporem pod nosem, żeby nigdy nie bić przyjaciół. Sama nie wierzyła w to, co mówiła, choć bardzo chciała, bo chęć przyrżnięcia któremuś z jej towarzyszy drewnianą miską, którą miała pod ręką, poczynała wypierać zdrowy rozsądek oraz cierpliwość. A już malutko brakowało. Bardzo malutko. A o co szło tym kołkom? Chyba o to, że Tulzo zżarł szynkę Bolvangaara, którą ten uwędził jeszcze w Ekradonie, Cora zaś, próbując bronić czarnobrodego, oberwała rykoszetem od rudego, bo wyszło na jaw, że i ona przyczyniła się do zniknięcia szynki. Kłótnia przerodziła się we wrzaski, zaś wrzaski w rękoczyny, bo po chwili Lulu uskoczył przed rozpryskującym się u jego kopytek melonem. I tu akcja nabrała niesamowicie szybkiego tempa.
        Najpierw Sarú zatrzymała osiołka, by chwycić leżącą obok niej wyszczerbioną, drewnianą miskę. Zdążyła uchylić się przed nadlatującym owocem, którego nie zdołała zidentyfikować, lecz przed miedzianym kubkiem już nie, oberwała więc nim w czoło, przez co straciła równowagę i wypadła z wozu. W chwilę później poza wozem znalazł się również Bolvangaar, którego łysa głowa błyszczała w kolorze purpury, bo Cora oblała go winem, przez co również on miał problemy z widzeniem. Próbując wstać, zahaczył nogą o szprychę koła, które już od dłuższego czasu wymagało naprawy – teraz więc oddzieliło się od reszty środka transportu, by zrzucić z niego pozostałą dwójkę. Cora zręcznie zeskoczyła, zaś Tulzo się sturlał. Ale to nie koniec przygody, bo czarnobrody zaryczał z bólu, gdy trafił plecami na wystający kamień. I to przechyliło szalę ogłupienia Lulu, który z rykiem zerwał się do dzikiego galopu, będąc nadal zaprzężonym do trójkołowego wozu. Na szczęście Sarú zdołała uniknąć spotkania z kołami, co nie znaczy, że wyszła z tego bez szwanku, nie. Żeby było ciekawiej, wóz gubił po drodze wszelkie towary, jakie ze sobą wieźli… Także i skrzynki; te z paskami skóry spadły idealnie na nogę driady.
        — Chędożona jego mać! — krzyknęła wściekle, spychając z siebie ciężkie drewno.
        Mimo przeszywającego bólu wstała, a następnie rzuciła się biegiem za wystraszonym osiołkiem. Bieganie po polanie mogłoby zostać uznane za romantyczne, gdyby nie dynamiczne okoliczności jemu towarzyszące. Wysoka trawa wplątywała się w koła, utrudniając osiołkowi bieg, zaś spadające z wozu towary uniemożliwiały bieg driadzie. Musiała szczególnie uważać na rozpaćkane owoce, by się nie poślizgnąć i nie uderzyć w coś bardziej kanciastego. Biegła więc, spowalniana tworzącym się losowo labiryntem z dóbr materialnych. Ulżyło jej nieco, gdy spostrzegła, że osiołek kierował się ku wiosce. Miała nadzieję, że jeśli ona nie zdoła go zatrzymać, może zrobi to ktoś inny.
        Nie dała rady – ból w nodze był nie do zniesienia, musiała się zatrzymać. Zgięła się wpół, opierając ręce na kolanach, łapała oddech, czuła jak wali jej serce. Usłyszała za sobą kroki, obróciła się – Cora zdołała ją dogonić, ale nic nie powiedziała, popatrzyła jeno na nią srogo, po czym ponowiła dziki pęd za nieokiełznanym osiołkiem, który w tej chwili bliski był wszczęcia ogólnej paniki wśród niczego niespodziewających się mieszkańców wioski.
        — Psiakrew — zaklęła, ledwo złapawszy oddech.
        Krzywiąc się i kuśtykając, pobiegła za gnającą na łeb na szyję nordyjką. Wiele jej chodziło wiązanek po głowie, na szczęście ból przyćmiewał mordercze myśli, zmuszając, by skupiła się na dotarciu do celu, zanim ten cel zostanie zmieciony z powierzchni ziemi.
        Niestety, to również się nie powiodło. Co prawda, nikt nie został ranny, ale Lulu z pomocą wozu zdewastował wszelkie rabaty, płotki, drewniane konstrukcje i wystraszył spacerujące po drodze zwierzęta wszelkiej maści. Zatrzymał się dopiero w połowie głównej drogi, przez co mieszkańcy musieli uskakiwać przed nim, by zachować swoje kończyny w jednym kawałku. Cora dopadła do niego i zaczęła uspokajać, a Sarú, wypluwając po drodze płuca i wszelkie inne bebechy, doczłapała do nich niedługo później. Najgorsze było to, że to jej się za to wszystko dostało.
        — Gdzieś ty rozum zapodziała?! — wrzasnęła na nią zziajana nordyjka, uwalniając Lulu z uprzęży. — W krzakach po drodze żeś zostawiła?!
        — A jużci! Ino z twoim takoż! — odszczeknęła się, pomagając jej z osiołkiem. — Atoli twojego dawno żem już nie widziała! Czyżby w mieście się ostał jakowem? A do miasta daleko!
        Ostatnie słowa wydarły jej resztkę sił. Kiedy tylko Lulu został wyswobodzony, driada padła na tyłek, w kałużę, nie przejmując się, że ma mokre gacie. Noga ją bolała, czoło miała opuchnięte. Odrobina wody była dla niej zbawienna.
        — Oj, popamiętacie mnie, barany — mruknęła do siebie, przykładając ubłoconą dłoń do czoła. — Piwo by się przydało — pomyślała na głos. Ktoś coś rzucił o medyku, ale ona machnęła ręką. Jeszcze tego brakowało — coby jej przy nodze grzebali. Samo się zagoi, a alkohol w tym pomoże.

Awatar użytkownika
Tioyoa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 67
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Tioyoa »

        Kto by się spodziewał ataku? Najazdu dzikiej bandy? No nikt. No bo wojny przecież nie było, trakty od dłuższego czasu były w miarę bezpieczne, nikt nie słyszał, by jacyś bandyci grasowali w okolicy, a i też pora jakaś nie ta - za ciepło, za jasno, za… przyjemnie. Większość korzystała ze słonecznego dnia i pracowali sobie w ogródkach, przy zwierzętach. Na polu raczej nie, bo zbiory się już odbyły i ziemia wokół odpoczywała, co najwyżej niektórzy naprawiali sobie ogrodzenia czy porządkowali grządki przed zimą. A mimo to nikt nie zauważył nieszczęścia, które zmierzało w kierunku wioski bez nazwy.
        Tioyoa paliła sobie fajkę, błogo nieświadoma tego, co się zaraz wydarzy. Jej kuźnia znajdowała się niemal w centrum wsi, nieopodal karczmy, więc była jeszcze w miarę daleko od zbliżającego się kataklizmu. A później zaalarmował ją kobiecy krzyk. Zaraz się wyprostowała i rozejrzała, szukając jego źródła. Przytrzymany dym z fajki powoli zaczął ulatniać się przez jej nozdrza, gdy tak kręciła głową, nadając jej coraz bardziej złowrogiego wyglądu. Wstała. Kierując się słuchem - teraz to już naprawdę nie było trudne - namierzyła źródło wrzasków i trzasków. Osiołek zaprzężony do obładowanego różnymi dobrami wozu biegł ile sił w kopytach, jakby goniło go stado wygłodniałych wilków, niszcząc wszystko po drodze i sprawiając, że kury nagle podrywały się do lotu, choć przecież wcześniej wydawało się, że ich gatunek nie jest do tego zdolny. Tarunn zaś nie myślała długo nad tym co zrobić. Przeklęła sobie po krasnoludzku, odkaszlnęła, by pozbyć się dymu, którym się zachłysnęło, po czym odłożyła fajkę na balustradę niewielkiej werandy i pobiegła na spotkanie przeznaczenia… Znaczy osiołka. Była chyba jedyną osobą w wiosce, która tak śmiało ruszyła do działania. Niektórzy myśleli o tym, by złapać biedne zwierzę, ale każdy bał się stratowania. Kowalka zaś nie znała strachu. Wybiegła na spotkanie tego osobliwego zaprzęgu i rozłożyła szeroko ręce.
        - Prrr! - zawołała, choć po fakcie doszło do niej, że w tym rwetesie pewnie na niewiele się to zdało. Osiołek zaś nie był w stanie wyhamować tak prawie w miejscu, ale przynajmniej widząc przeszkodę, która była całkiem postawna i nie uciekała, starał się hamować. Tioyoa mu w tym pomogła - uskoczyła w ostatniej chwili i złapała go za kark. Zapierając się nogami powoli wytracała z nim prędkość, chociaż i tak szczepieni razem przesunęli się jeszcze o kilka staj. W końcu jednak się zatrzymali.
        - No i po kłopocie - uznała głośno kowalka, poklepując po przyjacielsku przestraszone zwierzę i głaszcząc je po głowie. Nie wiedziała tylko, że to wcale nie był koniec, a dopiero początek. O tym przekonała się po chwili, gdy chciała zapytać “gdzie twój woźnica, mały?”, ale ten zjawił się, krzycząc głośno. A raczej zjawiły się - dwie panny, jakże nietuzinkowe. Krasnoludzica i… zielonoskóra dziewczyna. Driada? Smokołaczka? Orczyca z legend? Nie, bez przesady - raz, że to bajki, a dwa: orki ponoć były szpetne, a tej tutaj na pewno nie można było tak nazwać. Nawet gdy miała taką wściekłą minę.
        - ‘Ola, ‘ola, spokojnie! - Tio wtrąciła się między zwaśnione dziewczyny. - Nie potrzebujesz medyka?
        Zielona dziewczyna machnęła na nią rękę, skupiona nadal bardziej na kłótni z koleżanką, ale coś tam wspomniała o piwie. Tarunn wzruszyła ramionami, choć na jej twarzy widać było coś na kształt uznania. Rozejrzała się.
        - Ellka! - zawołała dziewczynę, która stała nieopodal na schodach karczmy. - Podaj wartko kufelek na wzmocnienie!
        - Nalewki?
        - Piwa! - poprawiła ją Tioyoa. - Na brody przodków, nalewkę w kuflu, ognia w sercu nie ma… - mruknęła ze zgrozą pod nosem, nim wróciła do intruzów, którzy w takim wielkim stylu wpadli do wioski.
        - Hej, w porządku? - zwróciła się do siedzącej dziewczyny, pochylając się i podając jej rękę. - Dasz radę wstać?
        - Możecie mi powiedzieć co tu zaszło? - zapytała po chwili obie. - Co to, goni was ktoś? - upewniła się. Być może nie przyszłoby jej to do głowy, gdyby nie dojrzała dwóch kolejnych sylwetek przedzierających się na przełaj przez łąkę za wioską.
        - Tio, piwo dla ciebie...
        - Nie dla mnie, dla rannej! - poprawiła kowalka, machnięciem ręki wskazując dziewczynę o zielonej skórze. - Dla zdrowotności.

Awatar użytkownika
Sarú
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Sarú »

        Nazbyt zaaferowana tym, co działo się wokół, driada nie słuchała, co się do niej mówi. I nieważne, czy był to ktoś z mieszkańców wsi, czy Cora – bo jej tym bardziej nie słuchała – po prostu patrzyła się tępym wzrokiem w roztrzaskany wóz i w porykującego z cicha osiołka. Nad czym myślała? Nad niczym w tym momencie, ino sobie w kałuży siedziała, czując jak przemaka jej bielizna. Czy jej to przeszkadzało? Nie.
        Cora próbowała zmusić Lulu, by postąpił choć krok naprzód, lecz ten uparcie wrósł kopytkami w ziemię i ani rusz, nawet trebuszem by go nie zachęcono do aktywności fizycznej. Nie po tak dzikim biegu przez urokliwą łąkę, który mógł się wydać romantyczny. Ale nie był. Osiołek dyszał głośno nieprzyzwyczajony do tak szybkiego tempa. Nordyjka zrezygnowała więc z przekonywania Lulu na rzecz ratowania ostatków ich dobytku, który niebezpiecznie turlał się z wozu ku błotnistej drodze. Zaraz dobrzy ludzie rzucili się jej na pomoc, ustawiwszy się gęsiego – kolejka prowadziła na ganek jednego z domostw, gdzie składowane były towary przybyłych, by nikt na nie przypadkiem nie nadepnął. Jako że Cora usłyszała pytanie dziwnej elfki, odpowiedziała, bo wypadało:
        — Wóz nam się w szczerym polu raczył rozkraczyć, a koleżka tak wystraszył osiołka, że ten runął, jakby go mara jaka goniła, o — wyjaśniła, obszernym ruchem ręki wskazując na dowody zbrodni. I na samego zbrodniarza, choć to nie całkiem jego wina była. Popatrzyła w stronę Sarú, by zaraz pokręcić głową i przewrócić oczami. — Ta go prowadzić miała, z kozła, znaczy się, nie podołała jednakoż. Takie to trudne było?! — krzyknęła już bezpośrednio do driady, ale ona ni w ząb nie słuchała. Cora prychnęła z pogardą, a kiedy elfka nadmieniła coś o gonieniu właśnie, Nordyjka zmarszczyła brwi i mruknęła coś pod nosem, by zaraz ponad głowami gapiów zobaczyć dwóch, przebierających krótkimi nóżkami krasnoludów. Bolvangaar i Tulzo kroczyli ku wioseczce, ledwie wystając ponad polne trawy.
        — No i masz ci... — rzuciła pod nosem Cora, spoglądając na zbliżających się towarzyszy. — Jest i reszta karawany. Ejże, Bol!
        Pomachała koleżce, choć nietrudno było ją rozpoznać w tłumie. Z daleka dostrzegła, jak Bolvangaar szturcha Tulzo łokciem i odpowiada nordyjce tym samym gestem, co ona. Od razu obaj przyspieszyli kroku. Nie prezentowali się zbyt wyrafinowanie, jak na kupców. Tulzo szedł, trzymając się za lędźwie, rozczochrany i skwaszony, skarżąc się głośno, że jak usiądzie, to nie wstanie, a rudobrody zaś miał kubrak poplamiony winem; na jego łysej czaszce również dało się dostrzec kilka plam. W dodatku, jakimś cudem, szedł bez jednego buta, na co Cora zareagowała uniesieniem jednej brwi. Zapytała, gdy podeszli bliżej. W sumie to nie musiała, bo już samo jej spojrzenie, jakim obdarzyła stopy Bolvangaara, zmusiło go do odpowiedzi.
        — Tulzo mi piętę oskrobał, a mnie się już cofać nie chciało. Później się tym zajmiemy. Tym i towarem, co się gęsto na łące ścieli. — Machnął ręką. — Później.
        Cora skinęła tylko głową i przeniosła wzrok na siedzącą wciąż w kałuży driadę. Sarú oprzytomniała dopiero, gdy wciśnięto jej w dłonie pełen kufel. Od razu zrobiła wielkie oczy, wydała z siebie ciche i usatysfakcjonowane „uuuu”, po czym dotknęła palcami wisiorka w kształcie monety i upiła duży łyk, czując rozchodzące się po jej ciele orzeźwienie.
        — Dla zdrowotności — powtórzyła pod nosem i uśmiechnęła się niemrawo.
        Kiedy już miała wziąć kolejny łyk, jej usta nie natrafiły na rant kufla, bo jej ręka przytrzymana została przez rękę Cory. Obrzuciła nordyjkę złym spojrzeniem, a w zamian zostało jej odebrane płynne dobro. Jak raz poderwała się na nogi, rozchlapując dookoła siebie błoto, by zaraz podążyć za koleżanką i zatrzymać ją za kołnierz.
        — Drzazga ci w rzyć wlazła? — zapytała, nie przejmując się mokrymi spodniami. — Dajże odpust, nadęta jak brzuch Bolvangaara jesteś!
        I wyrwała jej z dłoni swój alkohol, tym samym oblewając kurtkę Cory. Alkohol podarowany z dobroci serca i za darmo powinien być święcony nie tylko przez posiadacza, ale i przez postronnych. Tą kłótnią wywołały niemałę zamieszanie wśród mieszkańców, bo ludzie zaczęli się cofać, szeptać między sobą, a nawet głośno komentować zaistniałą sytuację. Wtem na wóz pokracznie wlazł Tulzo, by zwrócić na siebie uwagę gminu.
        — Szanowni włościanie! — zagrzmiał tubalnym głosem. W tym samym czasie Sarú kopnęła ze złości i z całych sił w bok wozu, aż się zachybotał. — Nie cząś — syknął ku niej Tulzo.
        — „Nie trzęś”, pajacu ty. Gadać się wprzódy naucz, zanim ozorem zaczniesz międlić — burknęła, obrzucając koleżkę spojrzeniem spode łba.
        Tulzo warknął coś pod nosem i ponowił uspokajanie tłumu, ona zaś chwyciła Lulu za ogłowie i bez problemów poprowadziła go do najbliższego poidła, z którego sama również skorzystała. Obmyła sobie twarz i kark, wcześniej postawiwszy swój kufel z piwem na trawie. Portki musiała wyprać, ale przecież nie będzie brudziła czystej wody błotem. Po uszy miała tej trójki. Niech sami sobie jadą do miasta. Ona zostanie i pomoże naprawić szkody. A przy okazji odpocznie od tych baranów.

Awatar użytkownika
Tioyoa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 67
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Tioyoa »

        Tioyoę ta cała sytuacja po równo bawiła i interesowała. Dwie kobiety, które wpadły do wioski z przerażonym osiołkiem, były wyraźnie pokłócone i nie za bardzo interesowało je to, co działo się wokół nich. Ta Nordyjka jeszcze odpowiadała, ale zielonoskóra dziewczyna była skupiona na zupełnie czym innym niż miejscowi.
        - O żesz! - krzyknęła krótko elfka, doskakując od wozu, gdy zaczęły lecieć z niego skrzynki. Ustabilizowała je, zagadując przy okazji o przyczynę takiego dzikiego galopu.
        - Wóz macie popsuty? - podłapała, ale słychać było, że nie jest tym zdziwiona, a raczej właśnie usłyszała coś ciekawego. - Jakbyście potrzebowali kowala, to polecam się, lepszego nie znajdziecie aż do samego Thenderionu.
        A co, trzeba dbać o interesy w każdej sytuacji. Nie można było nazwać jej hieną, bo przecież nikt nie ucierpiał w tym wypadku (zraniona duma się nie liczyła), a no ona żyła z naprawiania różnych rzeczy, więc to chyba nie grzech, że się odezwała? Ona na pewno winna się nie czuła.
        Gdy krasnoludy dyskutowały między sobą, a zielona dziewczyna - nadal naburmuszona, co wcale nie odbierało jej uroku - siedziała z kuflem piwa na drodze, Tarunn zabrała się za pomoc w zbieraniu rozsypanego dobytku grupy. Mieli szczęście, że trafili akurat na sąsiedztwo, gdzie wszyscy byli życzliwi i chętni do pomocy, a o zniszczeniach póki co nikt nie wspominał, choć to była jedynie kwestia czasu. Byli mili, ale nie naiwni.
        - O szlag - odezwała się ponownie kowalka, gdy tak chodziła ze skrzynkami z jednej strony na drugą. Zatrzymała się przy osiołku, ale to nie on był obiektem jej zainteresowania, choć wyglądało, jakby oglądała jego bok.
        - Niech to, pękł wam dyszel - mruknęła. - Kurza twarz, to pewnie po tym jak złapałam waszego ogiera, słyszałam jakiś trzask, ale nie myślałam, że to akurat dyszel…
        Gdy Tio tak sobie gadała z krasnoludami, zielona dziewczyna odpięła biednego osiołka i odeszła z nim w stronę poidła. Odprowadzało ją spojrzenie kowalki - tak na marginesie pewnie nieumyślnie przez nią szturchniętej. W oczach Tarunn było widoczne wyraźne zainteresowanie, trochę rozbawienia i troski. I nie wiadomo tylko było czy patrzy na osła czy woźnicę.
        - No już dobrze. Wóz wam przyjdzie naprawić tu i teraz - zakomunikowała krasnoludom, znowu skupiając na nich całą uwagę. Dla podkreślenia wagi swych słów, kopnęła jeszcze delikatnie w koło, które wymagało również jej pracy. Albo kogoś innego, kto się na tym zna - wszak dla krasnoluda kowalstwo było jak oddychanie.
        - I szkody ogarnąć również - dodała, wymownie spoglądając na zniszczone ogródki, które skosił przerażony osioł. - Jak się uporacie ze swoimi sprawami to wam narzędzi mogę użyczyć. Tam, u kowala - wyjaśniła, wskazując na swój dom nieopodal. Później zaś dała krasnoludom czas, by się dogadali i zebrali swój dobytek, a ona wykorzystała moment, by zagadać do tej zielonej. W czystych - ma się rozumieć - intencjach. Z uznaniem jednak uniosła brwi, wcale nie udając, że nie patrzyła na jej biodra, gdy ta nachylała się nad poidłem. Zresztą nie tylko jej spojrzenie przyciągała ta nietuzinkowa dziewczyna, bo i niejeden młodzieniec na nią zerkał, choć widząc jak bojowy ma nastrój bali się podejść. Tarunn nie znała jednak strachu. Niestety, strachu nie znała również krzepka pani Rossie, która wyprzedziła kowalkę i już stała przy zielonej dziewczynie.
        - Ajaj, nie chce się panna przebrać i sobie ubrań uprać? - zagadnęła prosto z mostu. - Ja tu tuż obok mieszkam, będzie się mogła panna oporządzić.
        - Albo u mnie niech się dziewczyna ogarnie - zaproponowała Tarunn momentalnie. Dostrzegła zaskoczone spojrzenie kobiety, ale miała już gotowe uzasadnienie dlaczego to jej kuźnia będzie lepsza. - Tą pastą co ostatnio z Thenderionu mi przywieźli nawet smar schodzi, więc błoto tym bardziej. A i wyprane szybciej wyschnie przy palenisku niż na wietrze. Zresztą jej kumple tak czy siak przyjdą do mnie po narzędzia, to przynajmniej towarzystwo w kupie będzie.
        Tyle, że Tio nie wiedziała, że zielonej pannie akurat to jej dotychczasowe towarzystwo niespecjalnie jest w smak.

Awatar użytkownika
Sarú
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Sarú »

        Cora stała ze skrzyżowanymi ramionami, cuchnąc piwem, które raczyła wylać na nią jej koleżanka. Sympatia nordyjki względem driady nie zmalała, ale z pewnością Sarú poczęła powoli przekraczać granice jej cierpliwości. Co innego życie w górach, gdzie nie natykały się na siebie codziennie, a co innego dwuletnia wyprawa, podczas której zaczynało się słyszeć myśli drugiej osoby. Zresztą, krasnoludy również zaczynały jej działać na nerwy.
        Popatrzyła na elfkę, z którą wcześniej rozmawiała, poprawiła włosy i skinęła głową.
        — Ano, się popsuł - odparła, podchodząc bliżej. — Jak naprawić umiecie, to śmiało, pobawcie się. Chętnie zapłacimy za porządną robociznę. Ci tutaj — wskazała przez ramię na niskich towarzyszy — do rękodzieła się nie nadają. Jeden to kupiec, drugi zaś wojak, nijak do wozu się nie garną.
        Coś tam usłyszała za plecami, jakieś burknięcie, czy prychnięcie, ale puściła to mimo uszu. Krasnoludy usiadły na ławeczce przy jednym z domostw, by Bolvangaar mógł oczyścić wielką stopę bez buta, a Cora podążyła wzrokiem za kierującą się ku Sarú i osiołkowi elfką. Chwilę tak patrzyła spod byka, po czym zabrała się do przenoszenia skrzynek z towarem.
        Driada zaś, zajęta obmywaniem karku, nie zauważyła siedzącej po drugiej stronie poidła dużej zielonoszarej ropuchy, która bezwstydnie raczyła się na nią gapić. Kiedy dziewczyna podniosła wzrok, uniosła brwi i przekrzywiła z zaciekawieniem głowę. Ropucha się nie ruszyła, mrugnęła jedynie najpierw lewym, później prawym okiem.Najwyraźniej nie przeszkadzało jej towarzystwo driady. Ta za to uznała, że żaba jak żaba, nic nadzwyczajnego, więc powróciła do przerwanej wcześniej czynności. Dlatego właśnie nie usłyszała nadciągającej niczym pustynna wichura kobiety. Dopiero, gdy ta zaalarmowała o swojej obecności, dziewczyna podskoczyła niezgrabnie, ochlapując wodą uszy Lulu. Osiołek nawet tego nie poczuł. Popatrzyła na krzepką kobietę, zamrugała i wydukała na poczekaniu:
        — Eee, nie.
        Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, dlaczego odpowiedziała tak sucho i niegrzecznie. Przecie kobiecina chciała jeno pomóc, co w tym złego? Ale Sarú już wiedziała, co w tym złego. Wystarczyło jedno spojrzenie na drugą kobietę, by zaraz jej języka w gębie zabrakło. Wydała z siebie odgłos przypominający coś pomiędzy stęknięciem i chrząknięciem, musiała podeprzeć się ręką o poidło, coby do niego nie wpaść z wrażenia. I choć usilnie starała się panować nad swoją ekscytacją, przewróciła nogą kufel z piwem, gdy bezwiednie okrążała poidło. W końcu na jej drodze znalazła się przeszkoda w postaci osiołka, oparła się więc na jego grzbiecie i machnęła tylko ręką. Nie wiedziała, o czym śliczna elfka mówiła, bo jej zwyczajnie nie słuchała, zbyt zaintrygowana jej aparycją, przyciągającą Sarú niczym muchę do krowiego łajna. Porównanie nietrafione, ale jego siła idealnie odwzorowywała stan mentalny driady. Dziewczyna starała się przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek widziała tak ładną elfkę. Czy ona w ogóle kiedykolwiek widziała jakąkolwiek elfkę? To było dobre pytanie, bo choć Sarú nie miała porównania, z miejsca uznała, że ta stojąca przed nią, była co najmniej wspaniała. Wyszła zza osiołka, poprawiła kurtkę i alesztuch*, po czym podeszła do elfki, a Lulu wiernie podążył za nią. Chwilowe zawstydzenie i rumieńce zniknęły, a jej postura przepełniona teraz była pewnością siebie i zaradnością. A jako że nie słuchała, co wcześniej było do niej mówione, jej słowa nie pasowały do tematu:
        — Dymem czuć. Stalą takoż — rzekła, a w jej głosie można było dosłyszeć uznanie. — Kowalem jesteście, prawdaż? A owszem, patrzcie no, jakie mięśnie, na kwiatkach zbieraniu takich nie zrobisz. A te... - urwała, wpatrując się w przedramiona elfki.
        Oczy jej się momentalnie rozszerzyły z zachwytu, gdy ujrzała dwa kamienie w ładnie opalonych rękach dziewczyny. Aż tchu nabrała. Bez pardonu chwyciła jedno przedramię elfki i uniosła na wysokość swoich oczu, by dokładniej przyjrzeć się temu, co świeciło spod skóry kowalki. Patrzyła i nie dowierzała!
        — Runy! — wydyszała, dotykając zgrabnymi palcami metalu. — Ja cię panie Belgarze, cóż za mistrzostwo!
        Nie potrafiła nacieszyć oczu, cały czas wodząc opuszkami po chłodnej stali. O runach to słyszała jeno w opowieściach, bo mistrz Belgar kiedyś, kiedyś, z dawien dawna korzystał z magicznych kamieni w pracy, ale od długiego czasu już nie praktykował tej sztuki. A ona nigdy nie miała okazji zobaczyć ich na żywo! A teraz nie dość, że na żywo, to tkwiły jeszcze w ciele żywej, ślicznej elfki! Kiedy jednakoż zorientowała się, że narusza czyjąś przestrzeń osobistą, podniosła wzrok i puściła szybko przedramię właścicielki.
        — No, no, głowa z Kontynentu, a takie cacka ma! Bardzo ładnie!
        Posłała dziewczynie szczery, miły uśmiech i oparła ręce o biodra, przenosząc ciężar ciała na prawą nogę. A niech ją! Co za kobita!

*chustka na szyję

Awatar użytkownika
Tioyoa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 67
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Tioyoa »

        Tioyoa uśmiechnęła się, z dumą wypinając pierś.
        - Pewno, że porządna robocizna - oświadczyła. - Jak ja wam połatam wóz, to gwarantuję, że prędzej się trzeciego pokolenia wnucząt dorobicie nim moja robota puści. Zajmę się tym jak... ogarniemy resztę bajzlu. Podstawcie wóz pod kuźnię jak już będę mogła się nią zająć.
        I w ten sposób Tarunn załapała całkiem przyjemną robotę - prostą, która jednak da jej trochę grosza. Zresztą, zawsze lubiła robić takie proste, codzienne rzeczy. Niektórzy kowale ograniczali się tylko do wykuwania wspaniałego oręża czy zbroi, ale ona robiła wszystko jak leci. W końcu z reguły była to praca dla sąsiadów i znajomych - jakże mogłaby im odmówić? Taka współpraca umacniała jej pozycję w małej społeczności wioski i pozwalała też być na bieżąco z ploteczkami. Zarabiać mogła na przejezdnych. Bez urazy...

        Z zielonoskórą dziewczyną nie poszło tak łatwo. Burknęła na nią jakby tylko zmęczenie nie pozwoliło jej dodać "spadaj". Jednak to jak się później zachowywała było całkiem zabawne. Tioyoa uśmiechając się jednym kącikiem ust i wsparta dumnie pod boki obserwowała jak ta zadziorna panna obchodzi poidło dla koni, cały czas się na nią gapiąc. Jeszcze nie pytała, ale intrygowało ją skąd to spojrzenie. Kojarzyła ją skądś? Miała jakiś problem z elfami (Nordowie z jakiegoś powodu nie przepadali za jej rasą)? A może po prostu skojarzyła kto poratował ją piwem przed chwilą? To by miało chyba najwięcej sensu. Tego, że zielonoskóra była wprost przytłoczona jej urodą, Tio nie brała pod rozwagę - szanse były niewielkie, a i większość dziewczyn lubiących inne dziewczyny nie była tak otwarta.
        W końcu stanęły naprzeciw siebie. Tioyoa lekko uniosła brew, co w połączeniu z jej uśmieszkiem wyglądało, jakby rzucała dziewczynie wyzwanie - "no, słucham cię?". Nie spodziewała się jednak tego, co usłyszała i tak ją to zaskoczyło, że zaraz mina jej zrzedła, ale na krótko, bo Tarunn nie była z tych co długo trwają w złym nastroju.
        - Ano, kowalem - zgodziła się z dumą. - Dwie setki lat doświadczenia na karku…
        Nie skończyła się chwalić, bo dziewczynę zatkało, a i ona była zaintrygowana co też tak przykuło jej uwagę. Podążyła za jej wzrokiem i dostrzegła, że to jej runy skradły całą uwagę. Nie miała nic przeciwko temu. Wyciągnęła przed siebie ręce, by zielona panna mogła je sobie dobrze pooglądać, ze wszystkich stron. Prasknęła z pewnym rozbawieniem, gdy ta ją tak bez pardonu złapała za rękę i podniosła ją do swoich oczu. Uśmiechała się szeroko, bo taka atencja ze strony takiej ładnej panny jej pochlebiała.
        - Ale ja jestem Tioyoa - zażartowała, gdy dziewczyna rzuciła jakimś męskim, krasnoludzkim imieniem. A gdy została pochwalona za mistrzostwo, zachowała dla siebie uwagę, że wykonanie jest tak po prawdzie dziadowskie i że wszyscy zaangażowani we wprawianie tych run byli napruci jak świnie, gdy doszło do realizacji. Ach, cudowne czasy młodości w tarigornskich kuźniach.
        Gdy zielonoskóra dziewczyna puściła jej rękę, Tarunn spokojnie ją zabrała, jeszcze samej przyglądając się swojemu przedramieniu, jakby sama dopiero teraz doceniła jego urok. Później powróciła do rozmówczyni, znowu z przyjemnością przyjmując padające z jej ust komplementy. Ależ się miło robiło, no, no! Taka ładna kobieta i takie ładne słowa.
        - Głowa z Tarigornu - pochwaliła się z prawdziwą dumą. - Te runy chronią przed ogniem, gdy pracuję w kuźni. Tak jak powiedziano, Tioyoa Tarunn jestem, a ty? - zapytała, podając jej przyjaźnie dłoń na powitanie.
        - To co, chcesz sobie ogarnąć ubrania u mnie w kuźni? - wróciła do meritum. - Będziesz mogła się przebrać i przeprać sobie ciuchy bez wścibskich spojrzeń. A potem pogadamy sobie przy piwie na werandzie - zachęciła.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Thenderion”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość