Rapsodia[Rapsodia i okolice] Konik morski

Mówi się o niej Miasto Elfów. Owe osiedle nie zostało jednak założone przez elfy, a przez ludzi, pierwszym jego królem był człowiek, niestety jego dość niefortunne rządy doprowadziły do konfliktu pomiędzy władzą a ludem, wtedy to władzę obijał pierwszy elfi król, od tego czasu co raz więcej efów zaczęło przybywać do miasta, mimo, że oddalone o wiele dni drogi od głównych elfich osiedli ściągało do niego mnóstwo elfich braci, a zwłaszcza tkaczy zaklęć. Miasto położone nad legendarnymi wodospadami, w pięknej i... magicznej okolicy nie mogło zostać nie zauważone przez magów, czarodziejów i elfich tkaczy zaklęć...
Awatar użytkownika
ZuZu
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: ZuZu »

        Był obolały, a niedawna kontuzja w przednim kopycie na nowo o sobie przypomniała, gdy tylko walnął nim jednego z bijących się z nim pijaków w klatkę piersiową. I w sumie było to jego najmniejsze zmartwienie w porównaniu do poobijanej, brudnej od piachu i krwi twarzy, nie mówiąc o mocno zbitej reszcie ciała, ale i tak nie narzekał. Kuśtykał dumnie przez miasto na trzech kopytach, by bardziej nie nadwyrężać rannej kończyny, ciesząc się swoją wygraną i wspomnieniem jak mężczyźni przed nim uciekali, byleby tylko znowu nie dać sobie pogruchotać kości pod jego kopytami. Sam w sobie może i najsilniejszy nie był, bo w porównaniu do choćby prawdziwych wojowników (już pomijając tych centaurzych) był raczej wątłej budowy. Atletycznej. Nie potrzebował nie wiadomo jakiej siły, gdy miał tak wyćwiczone mięśnie w końskich kończynach, że stanowiły zabójczą broń. Bo nie ukrywając, raczej żaden centaur długo by nie wytrzymał stojąc na tylnych nogach, a ZuZu nie tylko długo potrafi tak ustać, ale jeszcze przy tym tańczyć, albo balansować na turlającej się beczce. O tak, był wspaniały i nikt nawet nie dorastał mu do pęcin.
        Szkoda tylko, że ci głupi rapsodiańczycy tego nie doceniali i nie dali mu obiecanego noclegu, ale czy ostatecznie i tak nie wyszedł na plus? Owszem był zmęczony, posiniaczony i głodny, a do tego robiło się chłodno, ale czy to naprawdę stanowiło jakiś problem, skoro zdołał się wzbogacić? I to chyba całkiem nieźle, o czym coraz bardziej się przekonywał, gdy tylko dokładniej przyjrzał się pozłacanym zdobieniom na rękojeści. Kto wie, może za co cudeńko zdołałby wynająć całą miejską stajnię wyłącznie dla siebie na kilka dni, a za możliwość umieszczenia w niej czyjegoś konia mógłby pobierać opłatę. Nie dość, że mógłby wybierać konie, które by go tak bardzo nie wkurzały, to jeszcze kroiłby tych tępaków do ostatniego ruena i ostatecznie zamiast stracić kilka złotych monet, zarobiłby może nawet znacznie więcej. Przyjemne z pożytecznym!
        Aż mu się oczy zaświeciły, gdy o tym pomyślał i już zamierzał przystąpić do swojego misternego planu, gdy nagle usłyszał jakiś dziwny dźwięk, a kiedy odwrócił się w jego stronę zobaczył niedaleko siebie siedzącego na murku potwora...Nie, dzieciaka! Mógłby przysiąc, że jeszcze chwilę temu...
        - Ty! Prawie mnie wystraszyłeś! - rzucił oskarżycielsko, nie miał zamiaru się przyznawać, że nie "prawie", ten zamaskowany dzieciak go przestraszył. Było ciemno, nie był w stanie dostrzec rysów twarzy, choć pewnie tą zasłaniała przynajmniej w połowie czaszka jakiejś bestii; czy choćby postury, które by zdradzały, że rozmawia z dziewczyną, a nie chłopakiem. - Gdybym był blisko, a ty byś mnie wystraszył i bym cię przez przypadek kopnął, nie było by ci do śmiechu. Od razu byś poleciał do mamusi z płaczem - prychnął z pogardą.
        - Czek... Hę? - przekrzywił lekko głowę, gdy spostrzegł, że ten nieznajomy wskazuje na zdobyczny nóż centaura. Ten od razu przyjął dumnie wyprostowaną pozę, stając na wszystkich kopytach, zapominając o swojej kontuzji. Podrzucił nieco ostrze, by zaraz to stało szpicem na jego palcu, balansował przy tym tak zręcznie, że nóż nie miał prawa spać, choć się lekko chybotał.
        - Otrzymałem go od samego generała rapsodiańskiej straży, w ramach wdzięczności za uratowanie mu córki z rąk groźnych bandytów - powiedział z pełnym przekonaniem, jakby to rzeczywiście była prawda, a nie ciekawa bajeczka, by nie przyznawać się do tego, że świsnął ostrze jakiemuś pijakowi i za to dostał od niego i jego kumpli manto. - Tacy bohaterowie jak ja nie potrzebują wcale spać, sen jest dla słabych - odparł arogancko, choć prawda była taka, że w sumie zaśnie od razu jak tylko oczy mu się zamkną, nie ważne czy będzie leżał, czy stał. Zakłopotał się jednak, gdy dzieciak zdradził, że w sumie obserwował ZuZu od dłuższej chwili i widział jak ten kręci się koło stajen. Zaraz w sumie na nowo przyjął swoją arogancką postawę, po tym jak padło, że w stajniach jest jakiś centaur - jak dobrze zrozumiał.
        - Ej! Nie ma pięciu nóg! - oburzył się stojąc na przeciwko tego bachora. Teraz w sumie mógłby się faktycznie zastanowić czy to jednak nie była dziewczyna. - Mam cztery nogi! - zaznaczył, na pokaz stając najpierw na tylnych kopytach by przed twarzą...czaszką, lecz nadal w bezpiecznej odległości zamajtać jej przednimi kopytami, a po tym stanął na przednich by zademonstrować tylne, ale skrzywił się tylko z bólu, gdy kontuzjowana kończyna wygięła się lekko go wewnątrz i ZuZu zarył twarzą w bruk. Zaklął siarczyście pod nosem, jak paskudnie bluzgający na co dzień szewc, starając się przez chwilę opanować potworny ból, który przeszył i sparaliżował jego ciało w momencie, gdy przeniósł cały ciężar swojego ciała na przednie kopyta. Wziął jednak trzy wdechy i pozbierał się z ziemi niezbyt zadowolony. Nie stał już jednak na rannej kończynie, a trzymał ją podkuloną, lekko podniesioną.
        - Mam cztery nogi... - burknął buńczucznie, jakby to miało raz na zawsze wyperswadować tej dziewczynie, że to on miał rację. - A ofiarą to ty zaraz możesz być! - krzyknął groźnie, przybierając postawę do walki. Bardzo mu się nie spodobało to co powiedziała. Kiedy jednak dokończyła, to on przekrzywił swoją głowę, nie do końca ją rozumiejąc, ale gniew mu odpuścił. Był zaintrygowany. - Jak mam ci niby oddać coś co nie is... - zamknął się na moment i zamyślił, mrużąc swoje niebieskie oczy. - Za dziesięć złotych ruenów będzie twoją. Wątpię by twoi rodzice kiedykolwiek tyle na oczy widzieli, więc wybacz, chyba będę musiał cię zasmucić. Rozumiesz, taki biznes. Nie ma nic za darmo na tym świecie - mruknął niczym prawdziwy handlowiec, na nowo odzyskując pewność siebie. Już niejednokrotnie słyszał to określenie posłane w jego kierunku, że "własną duszę by sprzedał bez mrugnięcia", ale jak niby miał sprzedać coś co nie istnieje, nigdy nie istniało i nigdy nie będzie istnieć? Ludzie są naprawdę głupi, ale skoro chcieli by kupować coś czego nie ma... Dostawać pieniądze i nie tracić nic w zamian, piękne marzenie, choć szkoda, że nieosiągalne.
        - Spadaj do domu, bo jeszcze ktoś pomyśli, że cię porwałem, napastuję cię czy coś tam innego, co sobie dorośli ubzdurają.
        Zbył ją machnięciem ręki, schylił się ostrożnie po nóż myśliwski, który wyleciał mu z ręki, gdy się wywalił i po prostu zaczął kuśtykać dalej w swoją stronę. Gdzieś mu się obił o oczy całkiem przytulny zaułek, gdzie mógłby się skryć za stertą śmieci, a na głowę nie padałby mu deszcz, ani nikt by mu nic nie zrzucił na głowę przez znajdujący się bezpośrednio nad tym miejscem niewielki balkon. Tylko gdzie to było?
Awatar użytkownika
Kito
Szukający drogi
Posty: 27
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kito »

        Błąkający się nad ziemią Kito, odsunął delikatnie zawadzającą gałązkę i dał się bez skrępowania obejść blademu mężczyźnie. Wielu naturiańskich braci charakteryzowało się mocną otwartością pod względem aparycji i rozumiało ciekawość jaką budziły inaczej wyglądające ciała, a i dodatkowo lubowali się w pokazywaniu swej magii. Kito jak to Kito zasłaniał jedynie biodra, a magią zdarzało mu się z uśmiechem szafować. Teraz także z lubością oderwał od ziemi kopytka pokazując jak bardzo oduzależniony jest od ziemistej powierzchni i machnął ręką, po czym beztrosko wzruszył ramionami.
        - A bo ja ci wiem? - odparł w temacie skupienia, choć wyraźnie był z siebie zadowolony. - Uczył żem bym się nie mało takich stanów uduchowienia, by mnie żadne licho ani normalność nie wzięła czy sennowość mnie ogarnia czy też nie. Ale nauki moje były powiem ci ja, wymagające… i dawno od teraz, a makówka zawodzi. Czegom, że ja nie nie-robił, a ilem zaniepamiętnił! - Zastanowił się popisowo, przybierając pozę pirackiego mędrca. Ostatecznie miał opaskę na oku.

        Słuchał uważnie cichych i głośnych słów nowego kolegi, chociaż nie do końca po sobie to okazywał. Jego mali towarzysze znaleźli go i nim nastała absolutna ciemność rozsiedli się mu na grzbiecie. Opasły Pączuś i zwijający się w biały kłębek Fikuś. Przyzwyczajony do tego Kito opuścił się na ziemię i ostrożnie stawiał kroki, kierując się ku jakiejś polance. Nie potrzebował jednak ścieżki, gdyż tak jak wcześniej powietrze, teraz słuchała go ziemia i wyczuwał jej nierówności nim jeszcze położył kopyto.

        Aż gdy przeszli już spory kawał, wodny brat odezwał się znowu.
        Czarne oko spojrzało na niego mądrze, a potem zaczęło nimi naradzać się z błyszczącym ślepiem Prasmoka. Ile odpowiedzi potrafił z niego kucyk wyciągnąć?

        Chwilę szedł w milczeniu, jakby ignorował wszystkie słowa Rubina, przeciągnął się i w naturalnym geście płynnie od chodu przeszedł do sunięcia w powietrzu. Podkulił nogi, udając chyba, że siedzi na chmurce i rozluźnił mięśnie końskich nóg zdając się na siłę wiatru, który choć go unosił dalej był niesłyszalny. Przynajmniej dla postronnych.
        W końcu przeczesał jasną czuprynę i odezwał się, nie zważając na dłuższą chwilę ciszy, której dał początek.

        - Żeby ulejcowić swe wewnętrzne zapędy… prymarnie trza tego chcieć - ozwał się zagadkowo, a jego głos zdawał się dziwnie głębszy niż wtedy gdy mówił beztrosko. Chociaż i teraz nie wyglądał na strapionego. Raczej brał sprawę poważnie.
        - Nie zapytowuj mnie jak odmienić stan, gdy nie możesz być w pewności, że chcesz to uczynić. Inaczej na zmarnowanie idzie czas mój (którego ci nie żałuję) i twój własny. Wincyj - podłamiesz się, gdy w punkt nie osiągniesz efektów. Prawdziwie chcesz się odmienić? Okiełznać swą naturę lianami rozumu tak bardzo, że zmieni ona swój kształt i być prawdopodobna nigdy nie powróci do tego czym była? Radziłbym tobie to uczynić jeżeli szkodzi innym i tobie staje na drodze do szczęśliwego funkcjonowania w pokoju. Ale na fartowność ja nie dopatruję w niej zła. Więc i całkowicie od twego osądu zależy czy jest czymś czego chcesz się pozbywać. Jeżeli owszem… chyba byłbym w stanie udzielić tobie odpowiedniej podpory. Przemędrkuj to jednak słusznie. - Kończąc tymi słowami szamańskie niemachinacje uśmiechnął się przyjaźnie i spytał trytona gdzie ten udaje się na spoczynek.
        On zamierzał zostać spokojnie w polu.



        Był zabawny. Był taki zabawny! Taki osąd nieznajomej zdradzały przynajmniej jej wesołe chichoty, gdy tylko coś mu nie poszło. To, że "prawie" się przestraszył, opowiadanie o generale i jego córce (chłopak chciał zostać rycerzem czy jak?), w końcu jego zarycie twarzą w ziemię. Jednak przy tym ostatnim, choć śmiech zaraz po odgłosie upadku przeszył raz jeszcze rozproszoną ciszę, pojawiło się i wypatrywanie. Już sobie coś złamał, czy jeszcze nie? Nieznajoma wychyliła się patrząc na jedną z jego "czterech" nóg i po pierwszym rozradowaniu umilkła, zastanawiając się czy dzieciak przez swoją głupotę zrobi z siebie większego kalekę niż jest, czy może się opanuje. Ale skoro tak obchodził się ze swoim ciałem, rozumem i życiem nie dziwiła się, że już nie jest kompletny. A i duszę był gotów jej oddać! To jest sprzedać. Och, co za naiwny stworek!
        Uśmiechnęła się.

        - Nie sądzę, by ktoś chciał zwracać na nas uwagę. A nawet gdybyś mnie i wziął napastował to kogo to obchodzi? Nie jestem tutejsza. Ty też nie. - Wzruszyła ramionami, nie tracąc humoru. - Gdyby któreś z nas znaleziono nad ranem w rowie komuś mogłoby być przykro; ale tylko dlatego, że jesteśmy młodzi. Doskonale wiesz jak działa litość… i prawo handlu! - Wyszczerzyła się.
        - Ale masz rację nie mam tyle pieniędzy… dam ci coś innego. Tylko nie teraz. Dam ci to i ocenisz czy ci się podoba. Jak tak to ja wezmę twoje duchowe wnętrze. Umiem się nimi zaopiekować. - Zatarła rączki i zeskoczyła z murku. W wesołym milczeniu patrzyła za odchodzącym centaurem. Chwilę potem zniknęła.

♧ ♣︎ ♧


        - Wstaaawaj! - Chrapliwy głosik melodyjnie świstał nad uchem śpiącego młodzieńca. - Wstawaj, bo wezmę twój nożyk od generała! - Chichot i dziewczyna w skórach wskoczyła na murek, w razie gdyby jednoręki pragnął jednak użyć przeciw niej jakiejś swojej kończyny.
        - W nocy wyglądasz jak mroczny jeździec, ale w dzień to jak ósiem nieszczęść. Przyniosłam trochę wody, utop w niej swoją twarz, bo przez ten cały brud nie widzę dobrze sińca. Uff, zapowiada się ciepły dzień. - Przetarła ręką czaszkę. Widać było jednak, że robi jej się gorąco.
        - Dlatego lubię noce. Ale dni też! Ej, pokaż to, postanowiłam zająć się twoją nogą. - Znów zeskoczyła i weszła w zasięg młodego. Wskazała na ranną kończynę. - Zakład, że umiem to opatrzyć? Ha! Ja wiem, że umiem. Ale żaden opatrunek nic nie da, jeżeli będziesz jej dużo używał. … Jakie masz planu na dzisiaj? Widziałam bardzo ładną polankę za miastem, gdzie moglibyśmy dokonać wymiany… wiesz, za twoją duszę. Pokażę ci coś fajnego. - Zapewniła z maniakalnym uśmieszkiem. W dzień widoczna też była jej twarz. Dziewczęca, słodka, o wielkich oczach, ale wyraźnie zaczepna. Nieznajoma miała ostre kły i ciemne rzęsy, z postawy jednak wyglądała jeśli nie na chłopca, to skończoną chłopczycę. Na lekkim ubraniu spoczywało kłębowisko skór - lisich, borsuczych, zajęczych, a ozdoby w kości i korali przebłyskiwały niekiedy między nimi.
        Dziewczyna mówiła prawdę - zdecydowanie nie pochodziła stąd.
        No i była niska. W porównaniu do ZuZu? Szalenie.
Awatar użytkownika
Rubinento
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 72
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rubinento »

Szczerze powiedziawszy, te całe szamańskie brednie jakoś specjalnie nie trafiły do głowy trytona - nieszczęśnika, co to ani nie wiedział kim jest, ani kim chce być, ani nawet jako kto się jutro obudzi. A głupi to on nie był (albo prrzynajmniej za takowego się nie uważał). Więc zaraz chwilę po pierwszej niezręcznej ciszy, zapadła druga niezręczna cisza. Rubin, co prawda mógł być w stanie wielce poważnego myślenia, ale jak tu myśleć, jak to wszystko takie niewyraźne, takie wymagające... Tu też należałoby rozróżnić myślenie od Myślenia, bo to drugie stanowczo jest trudniejsze i raczej się tego nie robi, bo gdyby się Myślało, to wielu by się nie wpakowało w takie kłopoty, w jakie się wpakowało. Pominąwszy więc ten cały skomplikowany proces, czy też odłożywszy go na później, Rubin wyjaśnił swojemu nowemu koledze, że jak sobie tak pochodzi wzdłuż rzeki, to w końcu znajdzie TO miejsce, które będzie według niego odpowiednie i poniekąd rzeczywiście tak było, bo nawet jeżeli po jednej stronie lasu woda miała tyle samo mułu, co woda po drugiej stronie i nawet jeśli wyglądają tak samo, i nawet jeśli są takie same, to to miało być TO konkretne miejsce. Ani stopę w lewo, ani w prawo. To i koniec. No może tak dogłębnie mu tego nie wyłuszczył, bo jeszcze by się biedak przestraszył.

Ostatecznie pożegnał się z kopytnym, jednak nie naruszając jego przestrzeni osobistej, pomimo tego, że z desperacją Rubina było to niemal nieuniknione, po czym udał się w poszukiwaniu tego idealnego miejsca. W praktyce nie zaszedł daleko, bo przy pierwszym zakręcie runął jak długi prosto do rzeki, nie kłopocząc się nawet znalezieniem zbiornika, w którym byłby cały zanurzony. Ale to praktyka fizyczna. Bo generalnie, to on cały czas dalej wędrował...

Szedł przez wielki, ciemny strumień, nie bardzo wiedząc, co tu robi i skąd się tu wziął, co w zasadzie nie było niczym niezwykłym, bo na jawie też mu się zdarzało. I przed nim, na jego drodze, pojawił się mały, biały ognik, który spytał: "Kim jesteś?". Mężczyzna poczuł nagły deficyt geniuszu i jakoś tak ciężko mu było znaleźć odpowiednie informacje. I wtedy nieco dalej pojawił się kolejny ognik. Gdy tryton podbiegł do niego, ognik szepnął: "Czemu jesteś?". Potem zaczęły pojawiać się kolejne ogniki. Każde z nich miało kolejne pytanie, które pozostawało bez odpowiedzi. Nagle okazało się, że stoi przed jeziorem, które rozbłysło owymi wybrykami natury. Zaczęły pojawiać się w nich twarze, a pośrodku jeziora stała osoba odziana w czaszki, która szeptała tylko jedno słowo i...

Coś niemiłosiernie go zapiekło, więc zaczął na oślep opędzać się ręką. A przynajmniej opędzałby się, gdyby każdy ruch nie był aż tak niewygodny. Powoli - naprawdę powoli - podniósł się na klęczki i starał się oczyścić okolice oczu na tyle, żeby móc je otworzyć. Sen snem, sny oznaczają różne rzeczy, mogą być twoje, cudze, zesłane, przypadkowe... Osoba ubrana w kości nie brzmiała specjalnie prawdopodobnie. Jedno oko otwarte. Tryton dostrzegł na głazie przed sobą młodego mężczyznę w mętnych, niebieskich szatach, który cały aż jaśniał i jakby światło słoneczne odbijał. Na oko nimfa (jak Rubin często określał maie, co wynika głównie z niewiedzy). Nimfa uśmiechnął się bezczelnie, rzucił w trytona mułem, po czym... pstryknął palcami i zniknął, zmieniając się w wilgoć, czy co tam one robią, a naturianin wiedział, że musi natychmiast się zmywać, bo gościnność została nadużyta. Oni tak mają, ci z wody - płynni, nieustannie zmieniają zdanie. Ale czego można chcieć od wody, co nawet kształtu własnego nie ma, a dostosowuje się do naczynia.

Po względnym ogarnięciu się i jako takim śniadaniu, wypadałoby się podjąć tej całej edukacji i wtedy morski mężczyzna uświadomił sobie, że wcale nie umie znaleźć tego całego Nouveia. W takiej sytuacji pozostało mu poczekać tutaj lub wyjść i go szukać. Postanowił poczekać nieco. Słońce co prawda wisiało coraz wyżej, ale nie warto było się śpieszyć. Tym bardziej, że wrócił do niego sen i objawiło mu się to mistyczne Myślenie.

Zaczął rozmyślać więc, choć opornym to było. Nogi skrzyżował, krzywił się i na bardzo Myślącego wyglądał. I nawet do wniosków bardzo inteligentnych doszedł. Po pierwsze - nie wiedział, czy na pewno chciał tej całej zmiany, którą sobie wymyślił. Po drugie - jak zaczął się zastanawiać, co chce osiągnąć, to pomyślał o dość stabilnym domu i drugiej osobie. I nie żeby mu jakoś specjalnie zależało na kimś konkretnym. Kluczowe jest słowo "uwaga". Rubin chciał kogoś naprawdę interesować - zyskać czyjąś uwagę - i też chciał być potrzebnym. Z racji tego, że wszystko, co potrzebne, czerpał z natury, był wolny i raczej nie kalał się pracą, a świat toczył się dalej - poza nim i bez niego.

Zrozumiawszy to, tryton stwierdził, że czas stać się inną istotą, aby zamiast widzieć świat, być światem. Nie polegało to dokładnie na tym, co wcześniej założył, ale teraz wszystko zyskało sens. Czy na pewno wszystko? I czy o to w tym chodzi? Nie wiadomo, ale Rubin był już gotowy.
Aby zejść z głazu oczywiście. Na zmiany jeszcze był czas.
A teraz czas znaleźć Nouveia i opowiedzieć mu o tym całym oświeceniu.
Awatar użytkownika
ZuZu
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: ZuZu »

        W sumie...ta mała miała rację, bo niby kogo miał obchodzić samotnie wędrujący, jednoręki centaur albo dziwnie ubrana dziewczynka? Byli tu zupełnie obcy. Nikogo nie znali, ani nikt ich nie znał co dla złodziejaszka jego pokroju było idealnymi warunkami by się obłowić. Ale właśnie z drugiej strony, gdyby coś mu się stało nikogo by to nie zainteresowało. Jedynie by współczuli, "bo to jeszcze dziecko". To było wkurzające.
        - Fakt... nikogo nie obchodzimy - zasępił się nieco, a jego lico spowił cień, który napawał niepokojem, przez gniew tlący się w niebieskich oczach chłopaka.
        Na jej propozycję skinął głową, choć niezbyt był chętny zabawy z nią w te całe dusze, skoro nie miała pieniędzy, a chciała mu wcisnąć coś innego. Po co mu coś innego i to jeszcze w zamian za swoją duszę, skoro mógłby ją zachować, a swoją zapłatę zwyczajnie ukraść. Szybkością nikt mu przecież nie dorówna. Zwłaszcza ludzkie dziecko. Warto więc się sprawie nieco przyjrzeć. Zobaczyć czym jest to oferowane przez nią "coś" i uzgodnić jakiś genialny plan działania. Żeby wiedział czym jest ta cała "dusza" i jak wygląda, mógłby zrobić podróbkę i jej wcisnąć, ale że miał w tym temacie zerowe pojęcie, najbardziej sensowny wydawał się pierwszy pomysł. Rozeznanie, plan rabunku, kradzież i ucieczka. To ie miało prawa się nie udać.
        Na ten moment jednak ich drogi się rozeszły, ZuZu potrzebował zaleźć sobie jakieś miejsce do spania, a ona...czort wiedział. W każdym razie nie poszła za nim. Mógł się więc na ten moment w spokoju gdzieś zaszyć i odpocząć po dniu dzisiejszym.

        To była bardzo przyjemna noc, nawet całkiem ciepła, więc nie musiał się wysilać, aby znaleźć coś czym mógłby się przykryć i ogrzać. Co prawda tłukące się po uliczce koty i szczury były strasznie irytujące, to jednak mimo wszystko wypoczął porządnie. Już pomijając usilnie próbującą go obudzić Czaszkę.
        - Od jakiego generała? - mruknął sennie przewracając się z boku na brzuch, z kopytami pod sobą by móc łatwiej wstać w razie potrzeby. Przetarł dłonią oczy, a po ty, pokręcił głową by się szybciej obudzić. Ziewnął przeciągle i spojrzał na nią. Nadal nieco zaspany. - Co jest Czaszka? Jak mnie w ogóle znalazłaś? - zapytał zaskoczony.
        - O, naprawdę? - Był bardzo podekscytowany, gdy nazwała go mrocznym jeźdźcem. Ci podobno byli bardzo silni, wszyscy się ich bali i ogólnie byli super. ZuZu wyobraził sobie siebie jako mrocznego jeźdźca i aż oczy mieniły mu się niczym dwa złote gryfy. Szybko jednak jej entuzjazm opadł, gdy wysłuchał ją do końca. - Ej! Nie jest aż tak źle przecież - obruszył się, lecz zrobił co mu poleciła i ochlapał przyniesioną przez nią wodą swoją twarz. Zapomniał przy tym o stłuczonym policzku wczorajszego wieczoru i skrzywił się z cichym syknięciem. Bolało, ale w sumie sam był sobie winien mógł nie wydziwiać.
        - Hę? A co z nią nie tak? - Przekrzywił głowę, wyciągając obolałą nogę przed siebie. - Plany? Hmm... Pewnie pokręcę się trochę po targu i podwędzę coś do jedzenia, a po tym poszukam czegoś ciekawego i... - zaczął wymieniać, lecz dziewczynka wspomniała o ich wymianie i idealnej do tego polance niedaleko. Od razu się ożywił i stanął na równe nogi.
        - To na co jeszcze czekamy? - zawołał z entuzjazmem. Zgarnął szybko swoje rzeczy i posadził dziewczynkę sobie na grzbiecie. - Trzymaj się mocno - polecił, stanął dęba, po czym ruszył z kopyta przez miasto. - Ale pokażesz mi coś fajnego i to co chcesz za moją duszę? - upewnił się, gdy tak gnał przed siebie, dając się w pełni prowadzić własnym kopytom.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Rapsodia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość