Równina Drivii[Wzgórza i ich okolice] Każdy tunel skrywa tajemnicę

Wielka równina słynąca przede wszystkim z trzech jezior. Legenda głosi, że trzy siostry Cara, Sitrina i Doren - księżniczki Demary, córki króla Filipa miały zostać wydane za książąt Elisji, Fargoth i Serenai by utrzymać pokój pomiędzy krainami. Jednak żadna nie chciała zostać zmuszona do małżeństwa Księżniczki uciekły więc na północ kraju i nigdy już nie wróciły. Legenda głosi, że stały się one Nimfami i każda objęła panowanie nad jednym z jezior.
Awatar użytkownika
Aki
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 118
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aki »

- Świetnie, bo i ja nie zamierzam nikomu tu ufać, ani opuścić broni. - Sztuczny uśmiech na twarzy chłopaka i strach w jego oczach musiały mu nadać dość zabawnego wyglądu, chociaż w tej konkretnej sytuacji (w korytarzu ciemnej jaskini pomiędzy smokiem, a zgrają goniących go piekielnych) lepszym dla niego rozwiązaniem było się zbłaźnić niż dać zasiekać nieuzbrojonym. Polegli wojownicy z klanu nigdy nie przestaliby się z niego nabijać tam, po drugiej stronie, gdyby dowiedzieli się, że śmiertelną ranę zadano mu w plecy, jak zwykłemu tchórzowi. Chociaż... do grobu mu się nie śpieszyło. Jeszcze nie teraz.
- Mam na karku ze trzy diabły i pokusę - odpowiedział w sposób jak najbardziej hardy, po czym mocniej zacisnął palce na stylisku topora.
"Broń gotowa porąbać stos patyków w drobny mak raczej na niewiele się tutaj zda", myślał chłopak, kiedy smok mijał go łukiem, człapiąc w stronę przejścia, ale jakie jeszcze miał opcje? Nic tak naprawdę nie wiedział o mieszkańcach piekła - bajki i opowieści wojów zawsze były mocno przesładzane, a z czytaniem było u niego krucho. Nadrabiał to co prawda odwagą i brawurą, jednak ostatnie tygodnie uświadomiły mu, że jest jeszcze dzieckiem i to daleko od domu. Co mu strzeliło do głowy, żeby opuszczać bezpieczną wyspę w sezonie plądrowania alarańskich wybrzeży...
Echa śmiechów i wybuchów zwróciły jego uwagę. Aki stał teraz bokiem do nieznajomego wojownika, a twarzą w kierunku bestii, która przyjęła na siebie ognisty pocisk. Odruchowo zasłonił się tarczą i cofnął, nie przestając szukać innej drogi ucieczki.
- A jednak jest ich więcej - dodał, bardziej do siebie niż innych, słysząc nadmiarową liczbę kroków w porównaniu z tą, kiedy ścigano go przez las.
Pierwsze sylwetki wyłoniły się z czarnej chmury dymu i blasku ognia. Były to dwa czerwonoskóre diabły z byczymi rogami i szkaradnym licem. Nosili skóry dzikich zwierząt jak poncza, bawiąc się rzeźnickimi tasakami. Widok smoka, zbrojnego i dzieciaka niespecjalnie ich ruszył, za to nieźle rozbawił, na co wskazywało kilka słów wypowiedzianych przez nich w dziwnej mowie i kolejne echa śmiechów ich towarzyszy słyszany w odpowiedzi.
Akiemu to wystarczyło, żeby wziąć nogi za pas. Niech przodkowie sami porzucą miękkie siedziska przy stole bogów, żeby walczyć ze złem, a nie będą oceniać innych. Wprowadzając w życie plan znalezienia się jak najdalej od zagrożenia, chłopak próbował zanurkować w pierwszy ciemny korytarz za plecami obcego, jednak odkrył, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Zimny pot wystąpił na karku, ręce zaczęły się trząść. Sparaliżowany strachem, czy też raczej samą aurą obecności grupy z piekła rodem, młody berserk próbował bezskutecznie zebrać się na coś więcej niż stanie w bezruchu.
Awatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 120
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Jon »

Obserwował dwie osoby: Sargybinisa, który szedł do przodu, przecisnął się obok niego i stanął teraz między nim i chłopakiem, a także samego chłopaka, który zdawał się z każdym kolejnym słowem i zdaniem coraz bardziej pewny siebie. Nie ufał im, ale to dobrze, bo Jon wiedział, że na pewno nie ufał młodemu i podejrzewał, że smok również myśli o nim podobnie. Wiadomość o tym, że nieznajomego gonią diabły i pokusa nie była dobrą nowiną, ale łowca dusz od razu pomyślał, że piekielni ci muszą należeć do oddziału najemników, który nie tylko ma za zadanie zabicie go lub doprowadzenie do osoby, która ich wynajęła, lecz także mają też zdobyć artefakt, który prawdopodobnie jest ukryty gdzieś w tym miejscu. Jon chciał dostać przedmiot w swoje ręce, jednak nie dlatego, że interesowała go jego moc – chodziło jedynie o to, żeby mieć jakąś kartę przetargową po swojej stronie. Ciekawiło go, czy dla ich zleceniodawcy artefakt ten jest na tyle ważny, że w zamian za niego będzie w stanie anulować zlecenie dane diabłom i sprawić, że ci nie będą ścigać Jona. Dlatego właśnie chciał wyprzedzić ich i zdobyć magiczną rzecz jako pierwszy.
         – Przebywają w okolicy z mojego powodu – oświadczył piekielny bez owijania w bawełnę. Nie był pewien, czy ta wiedza przyda się nieznajomemu, czy pokaże w nowym świetle sytuację, w jakiej ten aktualnie się znajduje, czy może nie obejdzie go w nawet najmniejszym stopniu. Może dobrze by było, żeby wiedział on, kto może okazać się jego sprzymierzeńcem – nawet, jeżeli tylko tymczasowym – a kto zdecydowanie jest jego wrogiem i chciałby jego śmierci. Niedługo po tych słowach, do jego uszu dotarły zbliżające się kroki, co jasno pokazało, że chłopak nie kłamał i rzeczywiście ktoś go gonił.
         – To nie twoja sprawa, tym bardziej nie twoja walka, więc jeśli boisz się o własne życie to uciekaj – dopowiedział jeszcze Jon, gdy zbliżające się zagrożenie stawało się coraz bardziej realne. Już wcześniej ocenił nieznajomego pod względem zdolności bojowych i, cóż, jeśli mieliby we trójkę walczyć po jednej stronie, to on wypadałby tu najsłabiej. Jon był pewien swoich zdolności bojowych i wiedział, że jest silny. Nawet jeśli ze względu na to miejsce nie mógł pokazać pełnego potencjału bojowego - bo w końcu korytarze były za małe, żeby mógł używać tu miecza - to i tak pozostawała mu magia. No i także Grem, który ciągle latał w pobliżu i oświetlał im drogę. Grem może i był niewielkim stworzeniem, a i nie wyglądał na kogoś, kto rwie się do walki, ale jeśli sytuacja tego wymagała, ze swojej świecącej, kryształowej ręki mógł wypuszczać magiczne pociski o większej lub mniejszej mocy – w zależności od tego, jak długo będzie skupiał tam energię magiczną. W końcu był też Sargybinis, którego zdolności bojowych Jon nie był pewien. Zdążył już zauważyć, że smok bardzo dobrze sprawdza się jako „żywa tarcza”, bo płyty pokrywające jego ciało zdawały się być niezwykle wytrzymałe, ale nie był pewien, jak w jego przypadku wygląda walka z wieloma przeciwnikami w ciasnym – dla niego – ograniczającym ruchy szybie. Już niedługo będzie mógł to przecież zobaczyć, jeśli nie zaangażuje się w walkę tak bardzo, że będzie dostrzegał tylko wrogów i to, ilu z nich żyje, a ilu już leży i na pewno nie wstanie.

Walka rozpoczęła się, gdy tylko pierwsza kula ognia zderzyła się z ciałem Sargybinisa, zadając mu niewiele obrażeń. Później następna i jeszcze jedna – wyglądało na to, że najemnicy również mają w swoich szeregach magów. Gdy pył opadł, łowcy dusz udało się zauważyć dwie sylwetki z rogami i toporami, szarżujące prosto na smoka, a także cztery, które stały dalej. Wśród nich wyróżniała się jedna – niższa od reszty, z długimi włosami, niewielkimi rogami i ogonem. To musiała być ta pokusa, o której wcześniej wspomniał chłopak.
Dłonie Jona zaczęły nagle ruszać się, bardzo szybko wykonując niewielkie, ale skomplikowane ruchy. Z jednej z jego dłoni wystrzeliła cieniutka wiązka białego światła, która trafiła prosto w głowie jednego z diabłów – ten zatrzymał się nagle, przewrócił i złapał za skronie, zawył i zwinął się w kłębek. W takiej pozycji pozostał, łkając cicho. Było to najsilniejsze zaklęcie magii umysłu, jakie znał Jon – wpłynął nim na umysł piekielnego i zesłał na niego najbardziej przerażające wizje, jakie tamten tylko mógł wymyślić. Magia sięgała do najciemniejszych zakamarków umysłu ofiary, zsyłając na nią wizje urzeczywistniające jej najbardziej skryte lęki i koszmary.
Drugiego diabła otoczyła mgiełka koloru jasnego różu, która nagle zmaterializowała się wokół niego, a później wchłonęła go w siebie – gdy zniknęła, z jego ciała pozostała półpłynna, czerwona galareta, obok której leżały bronie piekielnego, a także jego ubiór. Jon uśmiechnął się: właśnie przypomniał sobie jak zabawne i niszczycielskie może być używanie magii w walce.
Kolejne diabły ruszyły do przodu, jednak pokusa została za nimi – śmiała się i ciskała kulami ognia, które albo trafiały w Sargybinisa, albo leciały w stronę Jona. Smok mógł przyjmować je na siebie i niewiele sobie z tego robił, jednak łowca musiał ich unikać. Uskakiwał wtedy na bok albo przyciskał się nawet do jeden ze ścian. Tak, trzeba było zająć się tą kobietą, a on miał już nawet pomysł, jak to zrobić. Rogatych postanowił, póki co przynajmniej, pozostawić Sargybinisowi, licząc na to, że poradzi sobie z nimi, nawet jeśli oznaczałoby to tylko tyle, że zatrzyma ich swoim ciałem i nie pozwoli im na to, żeby przedostali się bliżej niego…
Nagle obie dłonie Jona zaczęły błyszczeć na czerwono, czasem przeskakiwały też na nich niewielkie iskierki, również w tym samym kolorze. Piekielny złożył je nagle ze sobą, z czubkami palców skierowanych prosto w stronę pokusy. Kobieta zauważyła to, jednak było za późno – gdy tylko Jon rozłożył dłonie, jej ciało rozpadło się na pół, przecięte pionową linią magicznego rozkładu, który ogarnął ją w tym samym czasie, gdy wycelował w nią swoje dłonie. Z jej gardła wyrwał się krótki krzyk bólu, tuż przed tym, jak dwa kawałki jej ciała padły na podłogę. Tam w dalszym ciągu ogarniał je rozkład, jednak postępował on wolniej niż wtedy, gdy miał on być przyczyną jej śmierci. Było to brutalne, ale jakże skuteczne i – dla niektórych – może nawet przyjemne do oglądania.
Jon przeniósł wzrok na Sargybinisa - w razie czego był gotowy do tego, żeby pomóc mu magią, tym razem również użyłby dziedziny zła, jednak mniej skomplikowanych zaklęć. Pozostałe przy życiu diabły padłyby rażone czerwonym promieniem, który wystrzeliłby prosto z jego palców.
Awatar użytkownika
Sargybinis
Szukający drogi
Posty: 25
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sargybinis »

Ogień był ostatnią rzeczą, z jaką Sargybinis spodziewał się zmierzyć. Na jego szczęście, kule nieziemskiego ognia okazały się być przeciwko niemu równie skuteczne co miecz zrobiony z papieru. Jego ciało, bez żadnej jego ingerencji dosłownie wchłonęło w siebie sporą część nadciągających uderzeń, rozgrzewając go nieznacznie. Obrońca odczuł uderzenie, gdy kule eksplodowały dosłownie na nim, lecz była to zaledwie niewielka siła pchająca go wstecz. Jedynym znaczącym efektem jaki odniósł ten atak było zasłonięcie mu widoku przez wszechobecne płomienie. Sargybinis instynktownie poczuł potrzebę by zasłonić oczy, lecz już po fakcie dotarło do niego że było to zupełnie zbędne. Smok wykorzystał jednak już uniesioną łapę by zagarnąć z powietrza część płomieni by chociaż na chwilę zobaczyć co się dzieje.
Okazało się to być bardzo dobrym wyborem, gdyż na ułamek sekundy dostrzegł nadciągające sylwetki z wyciągniętą bronią. Zaraz jednak widok ponownie przesłoniły mu płomienie, więc nie pozostało mu nic tylko działać zgodnie z instynktem. Całą swoją uwagę skupił na sylwetce po prawej, usiłując przewidzieć z której strony zaatakuje i prędkim ruchem zamachnął się łapą w tamtą stronę. Cios rzeczywiście w coś trafił, gdyż usłyszał brzęk metalu i napotkał opór, choć nie wiedział czy była to broń, czy pancerz. Zamiast zastanawiać się nad tym, drugą łapą wykonał kolejny cios, tym razem celując w miejsce w którym powinien być korpus.
Mniej więcej wtedy płomienie ustąpiły na tyle, że znów był w stanie coś przez nie zobaczyć. Rzeczywiście, jego cios leciał w odpowiednim kierunku i bez większych problemów napotkał jego przeciwnika. Jednocześnie jednak dostrzegł drugiego przeciwnika, który właśnie wyprowadzał potężne uderzenie z boku, celując w tył głowy Sargybinisa. Smok chciał się uchylić, ale było na to zbyt mało czasu. Topór z głośnym trzaskiem walnął go w tył łba, pomiędzy wystającymi fragmentami. Zatrzymał się na chwilę, spodziewając się nadchodzącego bólu, który powinien towarzyszyć takiemu ciosowi, lecz nic takiego nie nastąpiło. W zasadzie to oprócz niewielkiej siły pchającej jego głowę do przodu, nie poczuł zupełnie nic. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie powinien teraz myśleć o walce w takich kategoriach jak jeszcze za życia. Zamiast myśleć o obronie, powinien skupić się na ataku i pozwolić jego kamiennej skorupie zająć się resztą.
Moment kontemplacji Sargybinisa okazał się trwać dostatecznie długo, by trafiony przez niego przeciwnik zdążył się pozbierać i szykował się już do kolejnego ciosu, kolejny z atakujących nadciągał juź w jego stronę, a po dźwięku za nim spodziewał się następnego. Czyli trzech na jednego.
Sargybinis, zgodnie ze swoim postanowieniem, przestał bardzo się zastanawiać. Postąpił krok do przodu i chwycił atakującego za ramię, odsłaniając się na ciosy zarówno od niego jak i od jego kompana. Poczuł kolejne uderzenie topora, lecz tym razem już się nie zawahał. Wciąż trzymając pierwszego w żelaznym uścisku zamachnął się nad głową i obrócił całkowicie. Agresor, którego pochwycił, stawiał lekki opór, lecz ten okazał się być niewystarczający by utrzymać go z nogami na ziemi. W korytarzu rozbrzmiało zderzenie metalu z kamiennym sufitem, zduszony krzyk i kolejne uderzenie w podłogę.
Drugi atakujący w tym czasie zdążył uskoczyć na bok, unikając zmiażdżenia swoim własnym towarzyszem. Smok natychmiast wypuścił rękę pierwszego, biorąc na siebie kolejne uderzenie. Miał już przejść do kontrataku, gdy dostrzegł kolejnego atakującego biegnącego w jego stronę. Miecz z podwójnym ostrzem tego diabła wyglądał o wiele groźniej niż broń pozostałych. Ponadto emitowała słabą, choć złowrogą, ciemną aurę, która zdawała się otaczać jej ostrze. Sargybinis nie wiedział z czym ma tutaj do czynienia, ale broń niemalże z pewnością była magiczna. Ostatnim czego by chciał to dać się nią trafić.
Jednocześnie o swojej obecności przypomniała kolejna osoba z głębi ciemnego korytarza, magicznym słowem zaczynając inwokację jakiegoś zaklęcia. Ledwie moment później błysnęło światło, a pocisk, tym razem już zdecydowanie nie stworzony z płomieni, uderzył Sargybinisa prosto w pierś.
W momencie gdy fragment jego łuski odpadł i zaczął się kruszyć, Obrońca po raz pierwszy od jego bardzo krótkiego spotkania z Riveneth poczuł prawdziwy ból. Stęknął z niedowierzania, nie pamiętając nawet jak bardzo można odczuwać cierpienie. To spotkanie przestało zapowiadać się dla niego dobrze, przeciwnie wręcz. Zdał sobie sprawę że musi zmienić taktykę, jeśli chce mieć jakieś większe szanse.
Sargybinis dopadł do diabła po lewej, który w tym czasie uderzył go siekierą co najmniej dwa razy, po czym chwyciwszy za broń, całą masą zaczął przygniatać go do ściany. Jednocześnie zaczął rozgrzewać swoje wnętrze coraz bardziej, przenosząc coraz więcej gorąca na zewnątrz. Udało mu się dostrzec zaskoczenie na twarzy tego diabła, który teraz usilnie próbował go odepchnąć lecz bez większych sukcesów. Smok nacisnął jeszcze mocniej, zaciskając szpony na broni... I w jednym szybkim ruchu pociągnął, ostrzem zamachując się tam gdzie spodziewał się dzierżącego magiczny miecz agresora. Bez najmniejszych problemów wyrwał topór z rąk pierwszego, po czym już z dużym trudem odbił nadlatujące uderzenie płazem ostrza.
Diabeł nie okazał się być na tyle zaskoczony manewrem Sargybinisa by przejść do defensywy. Wyprowadził szybkie cięcie z boku, wykorzystując brak dobrej osłony że strony smoka. Obrońca zdołał na szczęście uskoczyć na bok pozwalając magicznemu ostrzu jedynie na płytkie draśnięcie. Jednocześnie usłyszał dziwne plaśnięcie, lecz nie miał czasu by zidentyfikować jego źródło. Kolejny atak zdołał już zatrzymać bez większych problemów, osłaniając się stalowym trzonem siekiery. Miał już próbować jakoś rozproszyć tamtego, chcąc uzyskać jakieś otwarcie, jednak w tym samym momencie nastąpił kolejny błysk, który uderzył go prosto w pysk.
Sargybinis zachwiał się, czując jak magia usiłuje rozsadzić mu kamienną czaszkę. Jednocześnie został zupełnie oślepiony, nie wiedząc co dzieje się dookoła. Praktycznie w tym samym momencie poczuł pchnięcie, w momencie gdy magiczne ostrze przeszyło jego kamienną skorupę na piersi. Przez chwilę jeszcze nie widział nic, lecz moment później dostrzegł zadowoloną twarz diabła, cieszącego się już swoim zwycięstwem.
Ból jaki temu towarzyszył był jeszcze gorszy niż wcześniej, porównywalny tylko z tym którego doświadczył podczas swojej śmierci. Chciał zaryczeć w desperacji, ale przypomniał sobie że nie jest zupełnie bezsilny. Nie tym razem.
Rozgrzewające się wnętrze Sargybinisa osiągnęło właśnie temperaturę topnienia, sprawiając że cała zewnętrzna powłoka jego ciała zaczęła płynąć magmą. Ból wciąż istniał, niemalże paraliżując jego ruchy, lecz na szczęście dla niego nie musiał się przemieszczać. Chwycił jedynie za ostrze, którym go przebito, po czym zaczął pchać w stronę diabła. Nie wiedział jak bardzo tamten był odporny na gorąco, ale był gotów to przetestować. I rzeczywiście, napór jego oponenta zaczął słabnąć, podczas gdy teraz całkowicie składający się z płynącej magmy smok wyrwał kikut ostrza ze swojego wnętrza, przeżarty przez gorąco pomimo swojej magii.
Pewność siebie agresora wyparowała równie szybko, co pot pojawiający się na jego czole. Sargybinis, wciąż oszołomiony i obolały, zdołał jednak chwycić jego ramię w swoje płonące szpony, zaczynając przeżerać się przez jego zbroję. Diabeł usiłował się wyrwać, ale w tym czasie smok chwycił go też drugą łapą, uniemożliwiając ucieczkę. Różnica masy była po prostu zbyt duża. Sargybinis postanowił to wykorzystać i powalił swojego oponenta na ziemię. Pomimo tego że składał się tylko i wyłącznie z gorącej magmy, czuł jak przygniatane przez niego kończyny poddają się pod jego masą. Jego pancerz, gdyby nie to że topił się w kontakcie, całkiem dobrze radził sobie z wytrzymaniem nacisku. Diabeł również wciąż trzymał się nie najgorzej, co potwierdził tylko poprzez wysuszenie z siebie jakiegoś przekleństwa w nieznanym dla smoka języku. Sargybinis nie miał zamiaru czekać na wyjaśnienie, ani też na przeprosiny. Uniósł się na tyle, by móc podnieść swoją nogę, ale nie wypuścić swojego przeciwnika, po czym stanął mu na twarzy i całą swoją masę przeniósł na tą łapę.
Gdy podniósł wzrok od teraz już martwego piekielnego, zdał sobie sprawę że walka właśnie się zakończyła. Złapany w starciu nie dostrzegł wyraźnie magicznego starcia dookoła, ale teraz miał okazję podziwiać jego efekty. Pokusa, stojąca wcześniej na samym końcu, teraz znajdowała się w dwóch częściach, przepołowiona od góry do dołu. Jeden z atakujących najwyraźniej został zamieniony w czerwoną masę obok swojego ekwipunku, a jeszcze inny, wciąż przy życiu, leżał na ziemi i wydawał z siebie ciche dźwięki. Kiedy spojrzał za siebie, zobaczył swoje własne ofiary. Jeden z nich został przez niego rozgnieciony na ziemi, teraz służąc mu za miniaturowy, niezbyt łatwopalny podest, pozwalając mu stać bez topienia kamienia pod sobą. Drugiego najwyraźniej spotkał podobny los, choć szczerze powiedziawszy nie pamiętał kiedy rozgniótł zbroję tamtego i na stałe przygwoździł go do podłogi. Trzeci natomiast zdawał się wciąż oddychać, zwinięty na podłodze, choć dało się wyraźnie słyszeć że ledwo daje sobie z tym radę. To musiał być ten którego przyszpilił do ściany, choć wtedy nie sądził że będzie to wystarczające by wyłączyć go ze starcia.
Na samym końcu stał Jon, najwyraźniej nawet nie draśnięty. Widocznie nikt nie zdołał dotrzeć na tyle blisko by zdążyć mu zaszkodzić. Co w sumie nie było aż takie dziwne, biorąc pod uwagę to że to on stał na drodze.
"Dość intrygujące." - usłyszał nagle Sargybinis, dostrzegając wpływające w jego pole widzenia obce stworzenie. - "Nie sspodziewałem się że ssobaczę cię w walce już teraz."
Awatar użytkownika
Aki
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 118
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aki »

Sytuacja do najciekawszych nie należała, mimo to smok i tajemniczy rycerz wydawali się godniejsi zaufania niż banda diabłów. Dlatego właśnie chłopak stanął po ich stronie, po cichu licząc, że gdy będzie po wszystkim, ci nie zechcą go obić, poćwiartować lub pożreć albo po kolei każde z powyższych. Kiedy piekielne istoty nie obrały go za swój cel, wyraźnie mu ulżyło, chociaż z tyłu głowy pozostawało dziwne uczucie irytacji. Nie brano go na poważnie i lekceważono jako zagrożenie, co po cześci było prawdą, ale to i tak niegrzecznie. Aki nie miał wielkich mięśni, nie znał się na magii ani wymiarach, jednak łeb miał nie od parady. W swoim klanie uchodził za jednego z najlepiej rokujących młodzieńców na tytuł największego wojownika, godnego przejęcia po ojcu tytułu jarla. Zdaniem rodzica brakowało mu jedynie odrobinę szerszego postrzegania świata, dlatego właśnie wyspiarz zdecydował się na podróż po kontynencie. Nie miał zamiaru teraz rezygnować.
Buntując się hardo słowom mężczyzny w czarnych włosach, Aki mocniej zacisnął palce na stylisku i z całych sił cisnął nim w najbliższego diabła. Ostrze zalśniło w słabym świetle i świsnęło, zdradzając swoje przybycie, co w konsekwencji pozwoliło piekielnemu je złapać, jednak berserkowi na czymś większym nie zależało. Rozpędzając się na krótkim dystansie, Aki uderzył wroga tarczą w kolano, a następnie w szczękę, skutecznie wytrącając go z równowagi. Braki w sile nadrabiał zwinnością, niewielkim rozmiarem oraz faktem, że uwielbiał walczyć kontaktowo, a nie na dystans. Zasłaniając się przed ciosem z góry, chłopak uskoczył w bok i odbił nogą w manewrze powracającym, posyłając diabłu sierpowego. Niestety tutaj musiał już zwolnić, kiedy tamten sięgnął po zakrzywione ostrze z zamiarem skrócenia go o ucho. Stal zadzwoniła o stal, młody berserk wykonał kilka uników i bloków, cały czas zmuszając przeciwnika do ruchu. Dopiero gdy stanął on plecami do ściany, Aki chwycił tarczę za rondo i rzucił jak dyskiem. Dość niedbale, bo diabeł złapał, jednak oczy wyszły mu z orbit kiedy tarcza wgniotła go w zimny kamień z siłą pędzącego mamuta. Widząc, że piekielnik nie może jej z siebie zrzucić, kovirczyk odszukał błyskawicznie swój toporek aby dokończyć dzieła, zatapiając go w szyi rogatego.
Gdy w końcu diabeł wydał ostatnie tchnienie, ciężko dysząc, chłopak odstąpił i padł tyłkiem na ziemię, spoglądając na ciała pozostałej bandy. A przynajmniej na to, co z nich zostało po starciu z mrocznym rycerzem i skalistym smokiem. Odczuwał znaczną ulgę, jakby ktoś zabrał mu z barków wór kamieni i tego nie ukrywał, uśmiechając się serdecznie. Nikt mu w przyszłości tam na górze nie zarzuci tchórzostwa w takiej chwili. Oby tylko w domu uwierzyli, z czym musiał się tutaj męczyć.
- Dziękuję za pomoc - zwrócił się do dwóch tajemniczych istot i ostrożnie zebrał swoje rzeczy. - Gdyby nie wy raczej byłoby już po mnie. Nie mam niestety zbyt wiele przy sobie, żeby się odwdzięczyć - dodał, dyskretnie przeszukując kieszenie i skórzaną torbę, nagle uświadamiając sobie, że poza koszulą na grzbiecie, którą dostał od kupców, portkach i nikłym prowiancie nie ma za wiele. A w sumie powinien to przemyśleć, jeśli chciał kontynuować swoje podróże.
- Jestem Aki. Z... - Zawahał się na moment, niepewny tego czy może obcym od tak zdradzić nazwę wyspy, z której pochodzą najeżdżający wybrzeże barbarzyńcy. Z drugiej strony, co smoku po takiej informacji. Informacja o spalenie w grabieży kilku wiosek raczej smoków nie interesuje. - Z Koviru. Jeszcze raz dziękuję.
I tyle z uprzejmości było na tę chwilę. Nie śpiesząc się na zewnątrz tej długiej jaskini, chłopak zdecydował się jeszcze chwilę posiedzieć na ziemi, zanim z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
- Nie wiecie może którędy do najbliższego miasta? Nie znam okolicy.
Awatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 120
Rejestracja: 5 lat temu
Kontakt:

Post autor: Jon »

Nadszedł koniec walki, jednak wcale nie oznaczało to końca kłopotów, bo nie dość, że walczyli tylko z czymś w rodzaju oddziału zwiadowczego, to też mogą przecież natknąć się na jakieś problemy w tych tunelach. Diabły wysłały go nie tylko po to, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście weszli do środka, lecz także, żeby spróbować ocenić siłę fizyczną i magiczną, jaką dysponuje ktoś, z kim niedługo przyjdzie im walczyć. Będą wiedzieli, że ich nieduży oddział został pokonany, gdy ci zwyczajnie nie wrócę na powierzchnię. Następnym razem mogą albo wysłać większy i silniejszy oddział, albo po prostu ruszyć całymi siłami, jakie im zostały. To pierwsze mogą też wykorzystać na to, żeby wezwać posiłki, choć Jon nie był pewien, czy już tego nie zrobili. W każdym razie, skoro niebezpieczeństwo tymczasowo minęło, najlepiej byłoby iść dalej. Akurat on miał tu konkretny cel, którym był magiczny przedmiot do odnalezienia. Nie planował używać go do czegoś, do czego został stworzony, a bardziej jako karty przetargowej. Sargybinis też czegoś tu szukał, również było to coś konkretnego, co mogą znaleźć przy okazji poznawania tajemnic, które mogą ukrywać się w tych tunelach. Jedynie cel ich, może, nowego towarzysza pozostawał zagadką. Zresztą, ten właśnie się odezwał.
         – Broniliśmy swojego życia i, nie czuj się urażony czy coś, ale te diabły chciały się pozbyć mnie. Wiem, co to za grupa i wiem, że polują na mnie – powiedział, przy okazji spojrzał też w stronę chłopaka. Bez problemu mógłby zostać przypadkową ofiarą, jeśli jeden z diabłów zbliżyłyby się do niego i spróbowałby go zabić. Jon, co prawda, nie wiedział nic o umiejętnościach młodego, jednak rogaci najemnicy byli zaprawioną w boju bandą i nawet najmłodszy ich członek mógł mieć większego doświadczenie bojowe – i umiejętności – od kogoś, kto wygląda, jakby dopiero niedawno wszedł w dorosłość. Gdy chłopak wspomniał o odwdzięczeniu im się w jakiś sposób, łowca dusz machnął tylko ręką. Nie musiał tego robić, w końcu nie był kimś, kogo mieli ochraniać na czyjeś zlecenie. Był przypadkową osobą, która wplątała się w coś, co jej właściwie nie dotyczyło.
         – Jon – przedstawił mu się, kusiło go też, żeby dodać „Z Piekła”, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Podejrzewał, że musiałby później tłumaczyć kim jest i dlaczego ścigają go osobnicy, którzy również stamtąd pochodzą.
         – Najpierw musiałbyś dostać się z powrotem na powierzchnię, a jedyna droga ku górze to ta, którą trafiłeś w to miejsce ty i ci, którzy przyszli za tobą – odpowiedział mu, oparł się też na chwilę plecami o najbliższą ścianę.
         – Gwarantuję ci, że na górze, przy wejściu do tych tuneli, natkniesz się na resztę grupy, która wysłała tu ten mały oddział zwiadowczy – dodał jeszcze. Nie chciał go straszyć czy coś, bo po prostu uważał, że należy go uświadomić, jaka sytuacja czekałaby go na powierzchni. Nie powinien też dopowiadać, że Aki nie dałby sobie z nimi wszystkimi rady. Jon – z wiedzą na temat swych własnych umiejętności – wątpił w to, żeby dał sobie radę z całym oddziałem najemnych diabłów. Jeśli udałoby mu się ich pokonać, to musiałby dać z siebie wszystko, a i nawet wtedy na pewno nie wyszedłby z tego starcia bez szwanku.
         – My idziemy dalej, musimy znaleźć tu pewną ważną rzecz – odezwał się po chwili ciszy. Nie potrzebował odpoczynku, może jedynie krótkiej chwili na to, żeby zregenerować energię magiczną, którą zużył w ostatniej walce. Nie zaproponował otwarcie tego, żeby Aki zabrał się z nimi. Z drugiej strony, bądźmy szczerzy, czy miał inny wybór? Zawsze mógł tu zostać i siedzieć tak, jak robił to teraz, ale ryzykował tym przecież to, że znajdzie go kolejna grupa piekielnych, którzy nie będą mieli problemu z pozbyciem się kogoś postronnego, kto może być niezamieszany w cały konflikt.  

         – Myślę, że po pewnym czasie będę w stanie wyczuć energię magiczną artefaktu. Dzięki temu doprowadzę nas do miejsca, w którym jest ukryty i… może znajdziemy tam też to, czego szukasz ty – odezwał się do Sargybinisa, gdy już zaczął iść przed siebie, w kierunku przeciwnym niż ten, z którego przybiegli tu ich przeciwnicy. Wiedział, że kamienny smok pójdzie za nim. Niby nadal był mu niemalże nieznajomy, jednak w mniejszym stopniu niż chłopak z toporem.
         – Dalej wyczuwasz to dziwne stworzenie? - zapytał go po chwili. Odwrócił się też w jego stronę, bo akurat tutaj wystarczy zwyczajnie kiwnąć potwierdzająco głową lub pokręcić nią przecząco. Nie musiał próbować odpowiedzieć mu w inny sposób.
Gdy po krótkim marszu dotarli do kolejnego rozwidlenia, Jon zatrzymał się przed nim i przymknął na chwilę oczu. Wyciągnął też przed siebie dłoń, choć zrobił to bardziej po to, żeby w jakiś sposób wskazać na to, co właśnie robił. Nic nie wyczuł, gdy otwartą dłoń skierował w stronę lewej odnogi tunelu, żadnej magicznej energii, która mogłaby mu podpowiedzieć, że to tam powinien się udać, żeby znaleźć pożądany artefakt. Odwrócił się w prawą stronę i wykonał podobny gest. Tutaj zmieniło się… coś, jakby powietrze, choć podejrzewał, że gdyby wyczuwał je zwyczajnie, to nie dostrzegłby tej zmiany. Nie mógł jasno stwierdzić, czy była to magia zawarta w artefakcie, bo wrażenie jej obecności było zbyt słabe. To mogło oznaczać, że jej źródło znajduje się daleko przed nimi, ale też, że powoli zbliżali się do niego.
         – Idziemy w prawo – poinformował i sam ruszył w stronę tunelu po prawej stronie. Gdy tak w niego spoglądał, nie widział niczego, co mogłoby okazać się dla nich niebezpieczne, chociaż nie oznaczało to przecież, że tak samo będzie wtedy, gdy zejdą jeszcze niżej.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Równina Drivii”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość