Równina Drivii[Wzgórza i ich okolice] Każdy tunel skrywa tajemnicę

Wielka równina słynąca przede wszystkim z trzech jezior. Legenda głosi, że trzy siostry Cara, Sitrina i Doren - księżniczki Demary, córki króla Filipa miały zostać wydane za książąt Elisji, Fargoth i Serenai by utrzymać pokój pomiędzy krainami. Jednak żadna nie chciała zostać zmuszona do małżeństwa Księżniczki uciekły więc na północ kraju i nigdy już nie wróciły. Legenda głosi, że stały się one Nimfami i każda objęła panowanie nad jednym z jezior.
Awatar użytkownika
Reinar
Błądzący na granicy światów
Posty: 19
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Reinar »

Reinar powoli otworzył oczy. W głowie słyszał cichy, jednostajny pisk jednak poza tym dookoła panowała względna cisza - nie licząc odgłosów toczących się kamieni i echa. Pierwszym co zobaczył był smok stojący nad zmasakrowanym truchłem potwora, który ich zaatakował. Drugim co zobaczył były ślady po walce - pokruszona skała w ścianach i rozbryzgi zielonożółtej mazi dookoła, która pewnie była juchą tego czegoś co to się czaiło.

Nord ostrożnie wstał, stale się rozglądając. Po tym jak smok odrzucił go szarżując na potwora musiał na chwilę stracić świadomość. Co i tak było lepsze niż bycie pożartym. Spojrzał na smoka, złapał jego oczy swoim wzrokiem i kiwnął głową na znak uznania. Jeśli nie mógł dostać słownej odpowiedzi, nie było sensu wdawać się w takiej sytuacji w rozmowę. Odwrócił się z powrotem w kierunku magazynu. Po ataku gdzieś upuścił narzędzia, które zebrał, a wolał je wziąć ze sobą.

Skrzynie, stojaki i beczki leżały teraz w nieładzie, niektóre porozbijane, inne tylko przewrócone. Reinar wziął leżący na ziemi kilof, młot i długą tyczkę okutą metalem. Po pokazie siły, który przed chwilą widział, zaczął się zastanawiać czy ma sens zbieranie narzędzi jeśli jest z nimi ktoś, kto potrafi łapami kruszyć skały, ale na wszelki wypadek lepiej mieć przy sobie więcej niż mniej możliwości. W jednej rozbitej skrzyni znalazł owinięte w tkaninę, która zdążyła już się nieco rozpaść i przetrzeć, pręty z dziwnego materiału. Proszkowy w dotyku, zimny, nie przypominał nic co Reinar znał.

- Czarowniku! Znalazłem coś ciekawego - rzucił do Jona odwracając się, kiedy jeden z prętów wysunął się z tkaniny, upadł na ziemię, i zaczął wydzielać bladozieloną poświatę. Reinar zbliżył rękę do pręta spodziewając się, że będzie rozgrzany, ale ku jego zaskoczeniu przedmiot dalej był zimny. Zaskoczony chwycił go i ruszył w kierunku Jona i smoka z zainteresowaniem przyglądając się znalezisku.

- Widziałeś kiedyś coś takiego? - powiedział wyciągając świecący przedmiot ku towarzyszowi. W świetle rzucanym przez znalezione kuriozum, mógł przyjrzeć się nieco dokładniej truchłu stwora, którego zabił smok. Takich zwierząt, zakładał, że to było zwierzę, nie było w jego stronach, a w każdym razie nigdy na takie coś nie natrafił. W otwartych teraz bebechach coś mignęło, na moment Reinar dostrzegł metaliczny połysk. Znalezioną tyczką zaczął grzebać w trzewiach potwora.

- Widać, że ktoś przed nami miał mniej szczęścia... - stwierdził kiedy po rozgrzebaniu resztek dało się zauważyć niestrawione do końca kości. - Albo miał mniej użytecznych bojowo kompanów - dodał spoglądając na smoka.
Awatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 118
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Jon »

Zdziwił go trochę ten nagły atak kamiennego smoka. Ta jego szarża i brutalność, z którą rozprawił się z jaskiniowym robalem. To sprawiło, że Jon przez chwilę patrzył na niego, jak na zwierzę gnane instynktami, a nie rozumną istotę, która jeszcze niedawno szukała jakiegoś sposobu na to, żeby się z nimi porozumieć. Możliwe było też to, że umysł takiej istoty i zwierzęce instynkty łączą się w jego ciele w jedno, co czasem sprawiało, że raz jedno z tych dwóch przejmowało kontrolę i dochodziło do tego typu sytuacji… W każdym razie, ostatecznie i tak pozbyli się zagrożenia i mogli też iść dalej. Dla niego właściwie liczyło się tylko to, żeby zdobyć artefakt, który znajduje się gdzieś tutaj i użyć go przeciwko najemnym diabłom, które go ścigają – i nie chodziło tu o to, że wykorzystałby moc tego przedmiotu, żeby ich pokonać, a bardziej o to, że dzięki posiadaniu go, będzie mógł stawiać im pewne warunku albo zwyczajnie grozić, że zniszczy artefakt, jeśli nie zrobią tego, o co ich „poprosi”. Wcześniej przecież starł się już z grupkami tych rogaczy i za każdym razem udało mu się z nimi wygrać, więc wydawało mu się, że ich przywódca czy tam dowódcy, raczej mieli jakieś pojęcie o tym, jak niebezpiecznym celem jest sam Jon i też o tym, że nie będzie łatwo go zabić albo zranić i złapać go, aby później doprowadzić piekielnego przed oblicze osoby, która chce jego śmierci.

Dziwne, świecące pręty raczej nie były im potrzebne, mimo że wyglądały nawet ciekawie i były czymś, co Jon widział pierwszy raz. Łowcy dusz wystarczyło to, że magiczna ręka Grema dość dobrze oświetlała ich otoczenie.
         – Pierwszy raz widzę coś takiego, ale myślę, że raczej nie będzie nam to potrzebne – odezwał się, przez krótką chwilę nieco uważniej przyglądając się świecącemu „kijowi”. Ciekawe, w jaki sposób coś takiego zostało stworzone. Było to dzieło jakiegoś alchemika, czy może jakiegoś maga, będąc wtedy skutkiem jego zaklęć albo magicznego zaklinania. Górnicy na pewno używali tego albo zamiast pochodni, albo naprzemiennie z nimi.
Już chciał zaproponować, żeby po prostu ruszyli dalej, zostawiając ciało wija za sobą, jednak właśnie wtedy Reinar zdecydował, że dobrym pomysłem będzie pogrzebanie we wnętrznościach tego stworzenia. On oczywiście nie miał zamiaru robić czegoś takiego, chociaż nie wyglądało na to, że soki z ciała wija są w jakiś sposób trujące lub mają właściwości żrące. Po prostu… nie interesowała go zawartość żołądka tego stwora, a coś innego, co także znajduje się gdzieś w tych tunelach.
         – Jak już sprawdzisz wnętrzności truchła, to możesz mnie dogonić, a ja w tym czasie udam się w głąb tuneli – odezwał się Łowca Dusz, tymi słowami raczej dość jasno dając do zrozumienia, co interesuje go najbardziej, a czego nie ma zamiaru robić. Nadal nie uważał siebie i ich za drużynę, która powinna trzymać się razem, a część jego umysłu wciąż podpowiadała mu, że poradziłby sobie w pojedynkę. Znaczy… nie licząc stworzenia, które mógłby sobie przyzwać właśnie po to, żeby poprawiało w jakiś sposób jego dostrzeganie otoczenia. W takich sytuacjach żałował też trochę, że nie należał do rasy, która ma naturalne zdolności do widzenia w słabym świetle albo w ogóle w całkowitej ciemności.

Jak powiedział, tak zrobił i dlatego też zaczął iść przed siebie, chociaż trochę wolniej niż wcześniej. Mogłoby wydawać się, że robi to specjalnie, aby nie oddalić się zbytnio od Reinara i, może, Sargybinisa, jeśli smok postanowił zostać z Nordem, jednak on jedynie był nieco ostrożniejszy niż wcześniej, bo nie chciał wpaść w jakąś pułapkę lub na jakieś ukryte stworzenie, które zaatakowałoby go z zaskoczenia.
Podziemna droga prowadziła go prosto, chociaż Jon miał dziwne wrażenie, że sufit był troszeczkę niższej niż wcześniej. Nie na tyle, że czubkiem głowy go dotykał albo tak, że musiałby się lekko garbić, żeby móc tamtędy normalnie iść, ale po prostu miał takie wrażenie. Wątpił, żeby tutaj zaczynała się jakaś naturalna jaskinia, na którą natknęliby się kiedyś pracownicy, bo nadal znajdowały się tu belki podpierające ściany i sufit, a także sam tunel raczej wyglądał na taki stworzony przy pomocy narzędzi, a nie sił natury.
W końcu reszta „grupy” dołączyła do niego, a krótko po tym przestrzeń nad i obok nich przecięła chmara nietoperzy, które nadleciały od strony, w którą szli.
         – Ciekawe, czy to nasza obecność wywołała u nich taką reakcję, czy może coś je spłoszyło? Coś, co znajduje się przed nami – powiedział cicho, jakby wypowiadał swe myśli na głos, chociaż… niezbyt mijało się to z prawdą, bo faktycznie wypowiedział swe myśli na głos, zamiast po prostu powiedzieć je w głowie, wyłącznie do siebie.
         – W każdym razie… Może przygotujcie się na kolejną walkę, tak w razie czego – dopowiedział jeszcze i sam także to zrobił, chociaż po nim może nie było tego widać, bo przecież nie położył dłoni na rękojeści miecza, nie wysunął go lekko z pochwy czy w końcu nie wyciągnął go w całości. Tym razem musiał polegać na swych zdolnościach magicznych bardziej niż na mieczu, który nosił na plecach, dlatego też jego bitewne przygotowania odbywały się w jego myślach i polegały, między innymi na tym, że przygotowywał sobie sposób rzucania poszczególnych zaklęć, ich nazwy i to, jakie efekty wywoływały.
Awatar użytkownika
Sargybinis
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sargybinis »

Kiedy smok spojrzał w stronę towarzyszy, coś dziwnego zwróciło jego uwagę. Reinar z nie do końca wiadomych powodów znalazł się na ziemi, co było dla Sargybinisa co najmniej niezrozumiałe. Przekrzywił lekko głowę, ze wzrokiem skierowanym w jego stronę, jakby z niemym pytaniem. Wojownik jednak, pochwyciwszy spojrzenie nie odpowiedział, a jedynie skinął głową. Z jego ruchów smok wywnioskował, że mogło to być podziękowanie, ale nie miał całkowitej pewności. Fakt że położył się na plecach, żeby to zrobić mógł zmieniać znaczenie tego gestu, co nawet było całkiem prawdopodobne. Teraz trochę głupio mu było, że nie próbował choć trochę wyuczyć się alaraniańskiej kultury kiedy miał możliwość. Pewnie potrafiłby teraz skojarzyć co właściwie znaczyło zachowanie Reinara. Na chwilę obecną musiał zadowolić się mruknięciem i udawaniem, że zrozumiał o co właściwie chodziło. Na szczęście to nie on był tutaj osobą zdolną do tworzenia przejść międzywymiarowych, więc nawet gdyby go rozgniewał to nie miałoby to aż tak wielkiego znaczenia.
Nie minęło zbyt długo, nim częściowo się rozproszyli. Wojownik podniósł się i ruszył naprzód, wchodząc do czegoś co wyglądało w zasadzie jak magazyn. Sargybinis zrobił parę kroków w tamtą stronę, ale przy bliższej inspekcji okazało się, że pierwsze wrażenie go nie myliło. Sporo skrzyń, trochę narzędzi i ogółem cała masa rzeczy, które spodziewałby się zobaczyć w kopalni, lecz których nie byłby w stanie nazwać. W zasadzie był to jego pierwszy raz kiedy odwiedzał miejsce takie jak to, więc do tej pory nigdy nie czuł potrzeby, żeby dowiadywać się o kopalniach czegokolwiek więcej niż nakazywał mu jego nauczyciel ekonomii. Nie mógł jednak powiedzieć by tego żałował, gdyż było mu w zasadzie wszystko jedno. Kiedy okazało się, że magazynowi brakuje również jakiegoś drugiego przejścia, które mogłoby gdzieś prowadzić, smok całkowicie stracił zainteresowanie i zaczął maszerować z powrotem w kierunku Jona, który został trochę w tyle przy miazdze pozostałej z zadeptanego stwora.
Smok zatrzymał się bez słowa przy Jonie, który najwyraźniej był nad czymś zamyślony. Nie wyglądało na to, że miał ochotę na to by rozmawiać, toteż Sargybinis nawet nie próbował tego robić. Stanął więc w miejscu przy nim, czekając na cokolwiek co mogłoby w tej chwili się wydarzyć. Nic jednak się nie działo, a świat sterczał nieprzyjemnie w tym samym, dziwacznym stanie oczekiwania, gdzie nawet ocena upływu czasu zdawała się problematyczna. Na szczęście obok smoka był ktoś, kto najwyraźniej nie miał problemów z ustaleniem ile właściwie minęło. Poza tym mógł odmierzać czas, przyglądając się jak z każdym jego oddechem unosi się i opada jego klatka piersiowa, sugerując mu że mijają ledwie minuty, nie godziny. Mimo wszystko kiedy Reinar wreszcie się pokazał, Sargybinis mógłby przysiąc, że nie było go co najmniej przez pół dnia. Wprawdzie naliczonych przez niego oddechów było o wiele mniej niż powinno być w takim okresie czasu, ale wrażenie wciąż pozostało. Zawsze przecież istniała możliwość, że Jon w ogóle nie jest nawet człowiekiem, dlaczego więc miałby normalnie oddychać?
Wojownik najwyraźniej zabrał ze sobą całkiem niemałą część wyposażenia magazynu, sądząc po ilości najróżniejszych przedmiotów jakie właśnie ze sobą targał. Smok nie był do końca pewny po co mu było to wszystko, ale zważywszy na to że nie miał pojęcia do czego właściwie może służyć połowa z nich, postanowił tego nie kwestionować. Nie wiedział jakie mogą być właściwie motywy Reinara, ale w sumie nie za bardzo go one interesowały, przynajmniej tak długo jak nie miało to nic wspólnego z jego celem i zadaniem. Na razie nie był dla niego problematyczny i zmierzał w tym samym kierunku co Jon, co znaczyło, że nie było żadnego sensu, żeby robić cokolwiek by zmienić ten stan rzeczy.
Kiedy jednak wojownik przykucnął przy rozgniecionym truchle, przyświecając sobie jakimś magicznym kryształem, sytuacja ta uległa lekkiej zmianie. Jon również to zauważył i oświadczył że idzie już naprzód, najwyraźniej uznając towarzystwo za niekonieczne. Sargybinis, usłyszawszy to, postąpił za nim, dokładnie z momentem w którym tamten postawił pierwszy krok. To Jon był mu potrzebny, dlatego więc spuszczanie go z oczu nie wydawało się być najlepszym pomysłem. Reinar mógł ich bez problemu dogonić gdyby mu zależało, a przecież na drodze, którą już przeszli, nie byłoby nic, co mogłoby mu zagrozić.
Smok zaczął maszerować szybkim krokiem, bez problemu nadganiając krótki dystans jaki dzielił go od Jona. Chwilę potem musiał już zwolnić, gdyż tunel był zbyt wąski na to, by mógł go wyprzedzić, pomimo tego że chciałby to zrobić. Jeśli tylko coś niebezpiecznego znajdowało się przed nimi, to najlepiej chyba by pierwszym tego celem, czymkolwiek by to nie było, była nic nie czująca bryła skalna. W ten sposób szanse na to, by czarownik rzeczywiście zdołał dotrzeć do swojego celu, znacząco by wzrosły, a tak przynajmniej sugerowała mu logika.
Tunel, którym się poruszali zaczął powoli zmierzać w dół łagodnym zejściem, jakby próbującym zadośćuczynić za zbyt nisko wiszący sufit. Sargybinis musiał cały czas się trochę schylać, a za każdym razem kiedy przechodził pod jedną z drewnianych podpór wręcz musiał się skulić żeby przypadkiem nie uszkodzić łbem całej struktury. Jonowi, idącemu przodem najwyraźniej to nie przeszkadzało, chyba głównie dlatego że był od niego trochę niższy. Obrońcę jedynie to irytowało, ale nie na tyle by chciał na to narzekać. Jedynie fakt, że musiał o tym pamiętać i nie mógł za bardzo skupiać się na innych sprawach był dla niego problematyczny.
W momencie kiedy z mroku na wprost wypadła na nich cała chmara nietoperzy, piszcząc wniebogłosy i w chaosie wpadając na co popadnie, Sargybinis był wciąż trochę rozkojarzony. Większość stworzeń zdołała ominąć go bez trudu, jeden z nich jednak zaplątał się w chaosie i zderzył z jego pyskiem, skrzydłem przesłaniając mu jedno oko. Smok mruknął z niezadowoleniem i strącił go jedną łapą, po czym instynktownie wręcz postąpił do przodu. Tą samą łapę wystawił przed twarzą Jona, przynajmniej częściowo osłaniając go przed latającymi szczurami. Jednocześnie zepchnął go trochę na bok, zajmując wreszcie pierwsze miejsce w ich małej kolumnie. Oczy miał wbite przed siebie, wypatrując czegoś dziwnego w ciemnościach, jednak z niewielkim powodzeniem. Jon po chwili powiedział na głos to co on już podejrzewał. Coś musiało je wypłoszyć. Sargybinisowi nie bardzo się to podobało. Z jego kamiennego gardła dobiegł niezadowolony chrzęst. Pierwszy raz w życiu schodził w głąb kopalni i jak na razie jego pierwsze wrażenia były zdecydowanie negatywne.
Awatar użytkownika
Reinar
Błądzący na granicy światów
Posty: 19
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Reinar »

Grzebiąc w truchle jedną tyczką, a przyświecając sobie drugą Nord zastanawiał się co tak właściwie tutaj robi. W zasadzie dopiero co weszli do kopalni, a już zaczynało być... niecodziennie. Chociaż w ostatnim czasie "codzienność" zdecydowanie wymagała przedefiniowania.

Kiedyś, kiedy jeszcze nie musiał opuścić znanych, mroźnych krain, demony z piekła rodem były tylko historiami opowiadanymi wieczorami o tym, że ktoś kiedyś słyszał, że ktoś inny widział takiego. Smoki też były czymś co zdawało się odległe. Czarownicy? Szamani posługiwali się magią, ale byli zupełnie inni niż Jon.

- A teraz wszystko stoi na głowie - burknął do siebie sfrustrowany, nie chcąc, żeby któryś z towarzyszy go usłyszał. Uwagi tego rodzaju lepiej zachować dla siebie. Nie miał wątpliwości, że w przypadku bezpośredniego konfliktu miałby nie lada problem, żeby poradzić sobie z którymkolwiek z nich (o ile w ogóle miałby jakieś szanse).

- Co ja tu w ogóle robię? - Ostatnio nie miał czasu na takie pytania, ale podczas wędrówki zadawał je sobie stosunkowo często. Tym razem jednak uzyskał odpowiedź. W bebechach potwora wśród kości jego ostatniej ofiary znajdował się metalowy tubus, podobny to tego, który Jon zabrał diabłom. Kwas z żołądka robaka nie naruszył pojemnika. Reinar oczyścił go szmatą i lekko dymiącą odrzucił na bok, po czym wziął tubus do ręki i ruszył za resztą. Jon i smok zdążyli już oddalić się od niego.

Dogonił ich w momencie, w którym zatrzymała ich chmara nietoperzy wylatująca z tunelu. Nord przysunął się do ściany, żeby żaden się w niego przypadkiem nie zaplątał, a kiedy już ich minęły zaczął wpatrywać się w ciemność. Źródła światła, którymi dysponowali rozpraszały nieco mrok, ale mimo wszystko nie wyglądał on zachęcająco. Cóż, nie zawsze musi być miło, łatwo i przyjemnie.

Po tunelu rozniosło się echo warknięcia smoka. Nie brzmiało entuzjastycznie. Reinar był za to pewien, że to co czeka na nich w dalszych korytarzach też będzie warczało, ale z dużo większym zadowoleniem - w końcu sami pchali się niebezpieczeństwo w paszczę, więc nic nie musiało robić żeby ich dopaść...

Sprawdzenie zawartości tubusu z brzucha można odłożyć aż zatrzymają się na odpoczynek, więc Reinar tylko cicho dał znać, że już ich dogonił (nie był pewien czy nietoperze nie zagłuszyły jego kroków) i powoli ruszyli dalej w ciemność.
Awatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 118
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Jon »

Zdziwił się lekko, gdy zobaczył zarys smoczej łapy tuż przed swoją twarzą. Poczuł też, jak wcześniej właściciel tej kończyny spycha go lekko na bok – jakby chciał obronić go przed lecącymi nietoperzami. Według Jona było to niepotrzebne, bo zbudzone i przestraszone zwierzęta przeleciały akurat po ich bokach i górą, żeby nie wlecieć w żadnego z nich. Smok chyba zgodził się z nim, więc wyglądało na to, że także uważał, iż coś musiało wypłoszyć nietoperze. Jon usłyszał też Reinara, który postanowił do nich dołączyć. Niby byli w komplecie i można było wrócić do wcześniejszego tempa poruszania się tunelami, jednak łowcę dusz nadal nachodziły myśli odnośnie do tego, że wolałby być tu sam i eksplorować to miejsce po swojemu. Poczekał, aż Sargybinis zabierze swoją łapę sprzed jego twarzy i ruszył przed siebie.

Z ciemności nie wyłaniało się nic, co mogłoby wyglądać na stworzenie, które mogłoby przestraszyć nietoperze. Jednak to nie znaczyło, że czegoś takiego tu nie ma – w końcu stwór ten mógł zaczaić się na nich w jakimś miejscu, w którym wpadną w jego pułapkę. Stworzenie to na pewno zamieszkuje te tunele już od… jakiegoś czasu i zna je zdecydowanie lepiej niż oni, czyli ktoś, kto wszedł tu pierwszy raz. Mógł ich jakoś wyczuć lub usłyszeć i po prostu przygotować się, aby „spotkanie” przebiegło pomyślniej dla niego, mimo że prawdopodobnie było to zwierzę, które kierowało się instynktem i nie było inteligentne tak, jak oni. Co nie znaczyło, że nie powinni mieć się na baczności – wręcz przeciwnie – bo przecież było to jego terytorium, na którym, tak czy inaczej miał nad nimi pewną przewagę. Najlepiej zrobią, jeśli posłuchają rady, którą sam im dał i będą gotowi do walki w nawet najmniej spodziewanym momencie.
Szli dalej, natykając się jedynie na belki podtrzymujące sufit jaskini, a Jon zaczął zastanawiać się, czy po jakimś czasie dotrą do miejsca, w którym oznaki dawnej działalności ludzkiej nie będą już widoczne i zaczną się tunele, które powstały tu naturalnie i tylko czekały – albo i niekoniecznie – na to, aż ktoś je odkryje. Tamto tajemnicze stworzenie mogła pochodzić właśnie stamtąd, a także mogło być odpowiedzialne za to, że miejsce to zostało opuszczone przez osoby, które tu kiedyś pracowały. Według łowcy dusz nie było to mało prawdopodobne tym bardziej, że… właśnie wdepnął w coś, co musiało być ludzką i bardzo starą czaszką. Musiał zamyślić się zbyt mocno, bo inaczej raczej zauważyłby szkielet na kamiennym podłożu.

         – Zatrzymajmy się tu na chwilę – odezwał się pierwszy raz od jakiegoś czasu. Chyba dość jasne było to, że chce przyjrzeć się bliżej temu zbiorowisku kości. Szkielet nie był kompletny – brakowało mu całej lewej ręki, a także połowy prawej nogi, co dało się rozpoznać po braku kości stopy i piszczela. Gdy Jon kucnął przy kościach i przyjrzał się im bliżej, nie zauważył na nich żadnych śladów szponów czy czegoś podobnego, jednak nie było trzeba znać się na anatomii i medycynie, aby stwierdzić, że osoba ta zginęła przez utratę kończyn i krwawienie z powstałych przez to ran. Stwierdzić to, albo przynajmniej się tego domyślić lub pomyśleć o tym.
         – Zabiło go coś, co się tu czai. Prawdopodobnie właśnie to, co wystraszyło nietoperze – oświadczył, podnosząc się z powrotem do pozycji stojącej. Wątpił w to, żeby był to robal, którego zabili wcześniej, chociaż nie rezygnował z myślenia o tym, że on także mógł ukrywać się w naturalnej części tunelów tego miejsca.
         – Nie zdziwcie się, jeśli dalej także natkniemy się na szkielety z brakującymi kośćmi – dodał na koniec. Jego na pewno to nie zdziwi, bo po ułożeniu szkieletu było widać, że jego „właściciel” - gdy jeszcze żył oczywiście – biegł w stronę, z której oni przyszli.
         – Idziemy – zakomunikował krótko i ruszył przed siebie. Zaledwie kilkanaście kroków dalej natknęli się na kolejne kościotrupa, który tam razem „siedział” pod lewą ścianą. Ten jednak okazał się cały… no, może poza tym, że nigdzie nie było widać części jego żeber, które albo zostały skruszone, albo po prostu wyrwane razem z kawałkiem klatki piersiowej. Te wszystkie ciała tuż po tym, jak zostali oni pozabijani, musiały być naprawdę nieciekawym widokiem. Z drugiej strony, nie było trzeba mieć dużej wyobraźni, aby jej oczami zobaczyć, to jak prawdopodobnie mogło wyglądać ciało tuż po tym, jak uleciało z niego życie. Tym razem Jon nie chciał się przy nim zatrzymywać – nie czuł potrzeby, aby oglądać kolejny szkielet i znów stwierdzić, iż zabił go jakiś silny potwór, który może być niebezpieczeństwem również dla nich. Zresztą, co do tego ciała nie było też wątpliwości, że należy do górnika – świadczył o tym zardzewiały kilof, który leżał jakieś dwa lub trzy kroki od kości. Z jednej strony obawiał się trochę starcia z tym stworzeniem, tym bardziej, że nie wiedzieli, czym ono jest. Wiedzieli, że jest silne i niebezpieczne… i to chyba byłoby na tyle. Z drugiej strony, był ciekaw, jak wygląda, jak się zachowuje i, ostatecznie, jak będzie wyglądała walka z nim.
Awatar użytkownika
Sargybinis
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sargybinis »

        Zaraz po tym, gdy napadła ich chmara nietoperzy, Sargybinis wysunął się trochę do przodu, chcąc sięgnąć wzrokiem trochę dalej i spróbować dostrzec potencjalną zasadzkę. Większość światła jakie mieli pozostała jednak trochę w tyle, sprawiając że pomimo dystansu wcale nie widział wiele dalej. Przez chwilę nawet przeszło mu przez myśl, by próbować w takich warunkach zbadać teren przed nimi, aby sprawdzić czy coś właściwie tam nie mieszka. Reszta osób, z którymi teraz podróżował byłaby w takim wypadku bezpieczniejsza, a jemu prawdopodobnie i tak by nic się nie stało. Poza tym może mógłby zaskoczyć tą istotę? Zaraz jednak zdał sobie sprawę z tego, że hałas jaki powodował z każdym krokiem nie bardzo sprzyjał skradaniu się. Najlepiej więc byłoby chyba po prostu iść przodem, a rozświetlenie sobie drogi z pewnością nie zaszkodzi, a jedynie przyciągnie uwagę ku niemu, co w wypadku starcia byłoby wręcz preferowanym przebiegiem wydarzeń.
        Upewniwszy się wpierw, że jego ukochana torba bezpiecznie wisi sobie na jego prawym barku, Sargybinis wyciągnął lewą łapę w bok, po czym skierował gorąco ze swego wnętrza w jej stronę. Przez krótką chwilę nic się nie działo, ale czarny kamień zaczął się szybko rozgrzewać, zaczynając świecić pomarańczową poświatą, która w miarowym tempie zaczęła rosnąć. Przyjemne ciepło, które nawet on czuł, zaczęło emitować z kończyny, która zaczynała już powoli zmieniać swój stan skupienia. Już wkrótce stała się już całkowicie płynną skałą, a kontrola jaką smok czuł w swoich pazurach zdawała się być niepomiernie większa niż w przypadku twardych, chrzęszczących o siebie kamieni.
        Sargybinis kroczył dalej naprzód, rozjaśniając coraz to dalszą część szybu. Jego kroki niosły się po ścianach głuchym echem, sprawiając wrażenie, że idzie tędy jeszcze więcej stworzeń niż w rzeczywistości. Obrońca już dawno zdążył porzucić myśl o tym, że w razie czego będzie mieć szansę na to by zaatakować z zaskoczenia, w razie gdyby coś napotkał. Szedł więc naprzód, skupiony na swoim celu, zupełnie nieświadomy faktu że jego towarzysze zostali w tyle.
        Mniej więcej momencie gdy usłyszał jakieś odgłosy za sobą, dostrzegł nagły zakręt korytarza z przodu, za którym zobaczył coś co wyglądało inaczej niż skała czy drewniane podpory szybu. Odwróciwszy się, Sargybinis zauważył, że jest w tym momencie sam. Głosy z wyższej części kopalni jednak sugerowały, że Jon i reszta po prostu się ociągają i właśnie próbują za nim nadążyć. Nie namyślając się nad tym wiele, zrobił kilkanaście kroków naprzód, z zamiarem zerknięcia za róg i rozeznania się w sytuacji. W końcu nie było sensu, żeby się wycofywać, skoro dwójka ludzi i tak zmierzała już w tę stronę.
        Jak się po chwili okazało, z lewej strony szybu, który tutaj ostro zakręcał i zaczynał schodzić w dół, znajdowała się spora sztucznie stworzona wnęka, coś w rodzaju drewnianej dobudówki, z tym że zamiast na zewnątrz zagłębiała się w skałę. W świetle, które rozlewało się ze stopionej kończyny, można było łatwo zauważyć za co to pomieszczenie mogło służyć. Wewnątrz znajdowała się sporo stolików i krzeseł, porozrzucanych po pomieszczeniu w dosłownym tego słowa znaczeniu. Niektóre z nich leżały na blatach, bokiem, do góry nogami, czy w pozycji pomiędzy, opierając się o którąś ze ścian lub jedną z dwóch podpór przytrzymujących sufit. Wyglądało to na pomieszczenie gdzie można było odpocząć po pracy, zjeść, zostawić swoje rzeczy, lub coś w tym rodzaju. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że z jakiegoś powodu coś wydawało się nie tak. Sargybinis nie zamierzał tego zignorować i zrobił krok do przodu, mając zamiar sprawdzić czy była to po prostu paranoja, czy rzeczywiście dostrzegł coś nietypowego.
        Deski pod spodem zaczęły ostrzegawczo trzeszczeć w momencie, kiedy na nie nastąpił, ale wytrzymały. Obrońca jednak po drugim kroku już się zatrzymał, czując jak bardzo drewno pod nim zaczyna się wyginać. Nie podobało mu się to ani odrobinę. Skoro się wyginało, mogło to znaczyć, że pod spodem jest jakaś otwarta przestrzeń. To nie była dobra wiadomość. Może lepiej jednak byłoby gdyby wrócił na solidny kamień, który przynajmniej nie zawali się pod jego ciężarem. Kiedy już jednak miał zrobić krok wstecz, poczuł coś dziwnego, coś co zaczęło na niego napierać ze wszystkich stron, jakby przykrywając rzeczywistość mgłą. W tym wszystkim pojawiło się nagle silne wrażenie, że ktoś, tuż poza zasięgiem wzroku, obserwuje każdy jego ruch.
        "Słysszę twoje ssekrety, ssynu Rapsodii..." - rozległ się nagle szorstki głos, który zdawał się dochodzić znikąd i zewsząd zarazem. "Słysszę twoje pragnienia...".
        Sargybinis próbował się otrząsnąć, odgonić jakoś od dziwnego stanu jaki właśnie na niego spłynął, ale nie potrafił. Mglisty koc kleił się wręcz dookoła niego i pomimo że nie krępował mu ruchów, sprawiał rozpoznanie czegokolwiek dookoła niełatwym wyzwaniem. Smok potrząsnął łbem, jednak zamiast pomóc, jedynie sobie zaszkodził. Rozmyty i zamazany obraz zaczął rozdzielać się, dwoić i troić przed jego oczami, sprawiając że zdawało mu się iż wszystko dookoła ma dziesiątki kopii samego siebie. Próba zorientowania się, gdzie tak właściwie się znajduje teraz była już zwyczajnie niemożliwa.
        W całym tym chaosie dookoła, gdzieś na granicy widoczności pojawiło się ogromne, zielone oko z pionową źrenicą, które zaraz rozmnożyło się na dziesiątki i setki. Oczy spojrzały prosto na niego, po czym wszystkie w tym samym momencie mrugnęły.
        Sargybinis nie zamierzał tak po prostu stać w miejscu, by przekonać się co tak właściwie się dzieje. Musiał być pod wpływem jakiegoś zaklęcia, które mieszało mu w głowie, musiał się od niego jak najszybciej uwolnić. Czysto z pamięci, próbując nie sugerować się setkami obrazów przed jego oczami, spróbował zrobić krok do przodu. Nagle jednak usłyszał trzask, po czym poczuł jak część jego ciała zupełnie traci oparcie. Moment później zderzył się z podłogą, która trzasnęła ponownie, łamiąc kilka kolejnych desek, które poleciały gdzieś w dół. On jakimś cudem się utrzymał, najwyraźniej opierając się teraz jedynie na dwóch przednich łapach i ogonie, który w sztywnej pozycji zablokował się na jakiejś podporze, która złowieszczo zatrzeszczała, grożąc że zrzuci go w dół, gdzieś w przepaść. Po czasie, który zdawał się być minutami, gdzieś z dołu dobiegły go echa drewna zderzającego się z kamieniem, sugerując że droga na dół jest bardzo, bardzo długa i najprawdopodobniej nieprzyjemna.
Awatar użytkownika
Reinar
Błądzący na granicy światów
Posty: 19
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Reinar »

Kiedy przechodzili obok porozrzucanych kości, Reinara przebiegł dreszcz. Nie był to pierwszy raz kiedy widział porozrzucane, niekompletne szkielety, ale te w jakiś nieprzyjemny, trudny do określenia sposób sygnalizowały bardziej niż zwykle, że coś z tym miejscem jest nie w porządku... Może gdyby Stary nie próbował pokazać mu sposobów na kontakt ze zmarłymi, nie robiłoby to na nim takiego wrażenia. Teraz takie rozważania nie miały większego sensu, a Nord zagłuszył ponure myśli słowem "skarb" i ruszył dalej za resztą.

Smok widocznie ich wyprzedził, nie interesując się rozsypanymi po korytarzach kośćmi. Szedł do przodu jakby wiedział czego tu szuka albo po prostu był zdecydowany iść przed siebie nie patrząc za bardzo na to gdzie go to "przed siebie" prowadzi.

Reinar założył, że nie ma sensu się kryć skoro smok robi tyle hałasu, więc zdecydował się kawałek do niego podbiec, żeby nie rozciągać drużyny. Kilka kamyków uciekło mu spod nóg i obijając się o ściany tunelu dodały swoje stuki do chrzęstu jaki już roznosił się w podziemiach.

I wtedy zobaczył oko. Przekrwione, łzawiące czarną mazią, oko unoszące się w przestrzeni. Oceniające. Głodne. Obserwowało go, Jona i Sargybinisa. Reinar poczuł psychiczny napór i niemal odruchowo przywołał najlepszą znaną sobie ochronę przed tego typu atakiem - gniew. Zwolnił bieg, upuścił swoje źródło światła i chwycił za miecz. Nie miało to wielkiego sensu w magicznym starciu, ale pozwalało katalizować myśli i trzymało go w rzeczywistości. Były uczeń szamana zaczął iść w kierunku oka, które coraz intensywniej się weń wpatrywało... i sączyło mu do głowy słowa. "Zginiesz. Znikniesz. Nie będzie cię. Przestaniesz istnieć. Twoja krew spłynie po skałach w dół. Już nigdy nie..."

Wydał z siebie gardłowy zaśpiew, a z nosa poleciała mu krew. Warknął przeklinając Oko, a w ustach poczuł gorzko-kwaśny smak czarnej mazi, którą zaczął łzawić. Przestał widzieć co się dzieje dookoła niego, ale obraz Oka nie zniknął. Reinar przeklął je po raz kolejny, ale nie usłyszał już własnych słów zagłuszonych wizgiem, który wdarł mu się do uszu. Ryknął na Oko chcąc zagłuszyć jego spojrzenie, a maź je otaczająca zaczęła się tlić. Potem zaczęła dymić i płonąć. Oko zafalowało i zniknęło.

Nord padł na kolana, krwawiąc z nosa i ust, płacząc smolistą cieczą, nie widząc nic i słysząc huk pękającej skały i łamanego drewna. Otworzył jedno oko - drugie miał zaklejone - i zobaczył Sargybinisa wiszącego nad przepaścią. Rozejrzał się szukając wzrokiem Jona... Sam jeden nie wyciągnie smoka znad przepaści.
Awatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 118
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Jon »

Nie spieszyło mu się, wolał też przełożyć obserwację otoczenia nad szybsze poruszenie się, dlatego też został nieco w tyle, a Sargybinis i Reinar byli kilka kroków przed nim. Przy okazji zaczął też zastanawiać się, co za stworzenie mogło spowodować takie rany na ciałach górników, które teraz były wyłącznie szkieletami. I czy stwór ten nadal zamieszkiwał te tunele, czy może wydostał się z nich na powierzchnię po tym, jak pozbył się górników? Chociaż nawet po samym stanie kości dało się wywnioskować kilka rzeczy na temat tego stworzenia – chociażby to, że jest na tyle silne, żeby albo oderwać kończynę od ciała, albo ma pazury na tyle duże i ostre, że może ją nimi odciąć.
Dotarł w końcu do komnaty, w której trafił też na towarzyszącą mu dwójkę. Na nich i… Oko. Mgła szybko go otoczyła, jednak mimo to i tak to magiczne, złowrogie oko było ciągle widoczne przez to, że dym ten nie otaczał go i prawdopodobnie właśnie ono było jego stwórcą. Znaczy… zawsze mogło być iluzją, za którą ktoś się ukrywał, ktoś na pewno władający magią. Z drugiej strony mrok kłębiący się za nim mógł ukrywać wszystko, włącznie z ciałem stworzenia, do którego mogłoby one należeć. Mógł to być w końcu jakiś potwór, chociaż Jon wątpił w to, żeby był to ten sam, który kiedyś pozabijał pracujących tu górników. Ten zdawał się stosować jakieś sztuczki, a tamten… widać było, że atakował otwarcie i agresywnie, może nawet był też drapieżnikiem, który później posilił się ciałami zabitych. Czuł napór psychiczny, który niechybnie także napływał od tego Oka i zaczął z nim walczyć od razu, odpychając go – a przynajmniej próbował to zrobić – wykorzystując do tego swoją siłę woli, a także magię umysłu, której nauczył się co nieco, chociaż używał jej raczej rzadko. Magię wykorzystywał do tego, żeby stawiać w swoim umyśle „bariery”, które musiały zostać rozbite przez kogoś lub coś, co próbuje wpłynąć na jego umysł. Musiał skupić się na tym i na tym, żeby nie poddać się słowom, które słyszał w głowie i które były wypowiada przez dziwny, złowrogi głos. Przez to zatrzymał się, wcześniej pokonując zaledwie kilka kroków do środka pomieszczenia. Słyszał głos norda, który coś wykrzykiwał, jednak dla niego brzmiało to trochę tak, jakby znajdował się na drugim planie albo w innym pomieszczeniu. Po jakimś czasie poczuł w końcu jak nacisk na jego umysł zaczął słabnąć, a bariery nagle zdawały się wytrzymalsze niż wcześniej. Dzięki temu mógł trochę bardziej skupić się na otoczeniu i zobaczyć, jak wygląda sytuacja. Ujrzał, jak Oko płonęło, aby na koniec zafalować i zniknąć. Mgła także zaczęła rzednąć, aż w końcu zniknęła. Prawdopodobnie Oko to było iluzją, za którą ukrywał się ktoś, kto wywołał mgłę, a także podsyłał do jego umysłu słowa i napierał nań, żeby w końcu zyskać nad nim kontrolę. Domyślił się, że pozostali mieli podobne problemy, a gdy uświadomił sobie, że napór osłabł, od razu chciał przejść do ofensywy, wysyłając w stronę Oka jakieś zaklęcia, które miałyby mu zaszkodzić i je zniszczyć. Jednak Reinar wyprzedził go w tym i pozbył się zagrożenia.

Teraz ujrzał też, że Sargybinis nadal znajduje się w niebezpieczeństwie. Co prawda smok wyglądał na wytrzymałego i twardego, jednak przepaść, nad którą wisiał… ciężko było dojrzeć jej koniec, który niknął gdzieś w ciemności. Na pewno gdzieś się kończyła, jednak koniec ten mógłby znajdować się tak nisko, że nawet ktoś taki ucierpiałby na skutek zderzenia z ziemią. Pomieszczenie, w którym się aktualnie znajdowali, było dość spore i wyglądało na to, że będzie mógł odkryć skrzydła i użyć ich jako dodatkowej siły, dzięki której wyciągnął smoka.
         – Musimy zejść niżej, jeśli mamy go wyciągnąć. Z tym mogę pomóc – odparł. Lot na pewno będzie szybszy niż próba zejścia tam na własnych nogach, a dla niego nie było też problemem przeniesienia tam także Reinara. Z jego pleców nagle wyrosły skrzydła, duże, skórzane i podobne do nietoperzowych.
         – Polecisz ze mną, tak będzie szybciej – oświadczył i machnął skrzydłami, wznosząc siebie kilka palców w górę, a także kurz i pył, które znajdowały się w pobliżu. Podleciał do norda i chwycił go pod pachami, od razu zlatując na dół. Wylądował po drugiej stronie zniszczonego mostu, po tej, którą później – gdy już pomogą Sargybinisowi – będą mogli iść dalej, w głąb tuneli.
         – Złap go za jedną łapę, ja złapię za drugą – zaproponował. Według niego było to najlepsze rozwiązanie, dlatego też od razu przystąpił do realizowania go, chociaż smoczą łapę chwycił w tym samym momencie, w którym zrobił to Reinar. Chwilę później znów użył skrzydeł, dzięki którym znowu wzniósł się kilka palców w powietrzu i na takiej wysokości został, chociaż nadal machał nimi, próbując lecieć do tyłu i jednocześnie wciągał też smoka. Szło to… dość powoli, ale także sprawnie i krok po kroku coraz mniej smoczego ciała znajdowało się nad przepaścią. W końcu wciągnęli go, przy akompaniamencie drobnych kamieni spadających przepaść, a także wśród pyłu, który wzbijał się za każdym razem, gdy Jon machał skrzydłami.
         – Możemy iść dalej, zachowajcie ostrożność – oświadczył, lądując i chwilę później chowając swe skrzydła. Mógł to już zrobić, w końcu aktualnie raczej nie będą mu potrzebne, a jeśli znowu będzie musiał użyć ich później, to po prostu odkryje je znowu.
         – Oko było iluzją, za którą ukrywał się ktoś… albo coś. Chociaż wydaje mi się, że bardziej prawdopodobny jest jakiś mag, który tu czegoś szuka i nie chce, żeby znalazł to ktoś inny – odezwał się, dzieląc się z nimi swoimi przypuszczeniami. Chwilę później wznowił marsz. Wydawało się, że droga na poziomie, na którym się znajdowali, droga prowadziła w tę samą stronę, w którą poszliby drogą wyżej.
Awatar użytkownika
Sargybinis
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sargybinis »

Obrazy jednak wcale nie zniknęły sprzed jego oczu, przeciwnie wręcz - wciąż się mnożyły, tworząc coraz to bardziej wymieszaną masę przypadkowych obiektów i setek patrzących na niego oczu, z których niektóre zlewały się ze sobą w swoje wielokrotności, tworząc kształty podobne do białka jajka rozbitego na patelni. Mimo że były kopiami samych siebie, każde z nich patrzyło na niego z osobna, jakby były to setki istot, których uwaga była niepodzielnie skupiona na nim, bez najmniejszych wyjątków. A on, rozciągnięty w dziwacznej pozycji na tysiącach desek, które trzymały się chyba jedynie cudem, obawiał się ruszyć choćby o włos, przez co oczy zdawały się mu być jeszcze bardziej napierające swoją obecnością.
"Widzę twoją wątpliwość... Ale nie masz ssię czego obawiać. I tak nic nie może cię sskrzywdzić... A ja mogę ci pomóc..." - gdy rozległ się głos, oczy dookoła lekko się przymrużyły, po czym otwarły na całą szerokość, wciąż się rozmnażając i teraz zasłaniając już prawie wszystko dookoła. Jedyną wskazówką dla tego, że wciąż był w tym samym miejscu, było nieustające trzeszczenie drewna i lin, których wcale już nie widział.
Sargybinis dosłownie nie wiedział jak ma na to zareagować. Z początku chciał po prostu wierzyć, że cokolwiek by to nie było, miało wobec niego złe intencje. Teraz jednak, kiedy zaczęło mówić do niego swoim nieprzyjemnym, szorstkim głosem, który zdawał się owijać wokół niego, zaczął mieć wątpliwości. Gdyby celem istoty rzeczywiście byłoby go skrzywdzić, to zapewne zrzuciłaby go w przepaść pod nim - tą, w którą desperacko próbował nie wpaść. Zamiast tego jednak chciała rozmawiać i pomimo oczu, które zdawały się wrogo przeszywać go na wylot, nawet nie brzmiała złowieszczo. Właściwie to nawet zdawało mu się, że brzmiała bardziej na zawiedzioną niż jakąkolwiek inną.
- Kim jesteś? - próbował powiedzieć Sargybinis, ale z jego gardła wydobył się jedynie chrzęst i charkot. Chciał też się zapytać, o co właściwie chodziło, a także czego istota mogłaby od niego chcieć w zamian, jednak już teraz nie widział w tym ani krzty sensu. W końcu nie było nawet mowy o tym, by zrozumiała jego bezsensowne bełkotanie.
"Ssam do końca nie wiem" - usłyszał, gdy oczy mrugnęły wszystkie na raz. - "Ty chyba też nie wiessz, prawda?"
- Rozumiesz mnie? - spytał zupełnie zbity z tropu Obrońca. Fakt, że istota potrafiła się z nim skomunikować, był nie tyle dziwnym zbiegiem okoliczności, ale czymś całkowicie niemożliwym. Nie było człowieka, który potrafiłby doszukać się sensu w trących się kamieniach, próbujących naśladować mowę. Mimo tego istota go rozumiała.
Nagle część z oczu przesłoniły mu skórzaste skrzydła, które z głośnym biciem poruszały się w górę i w dół. Oczy zdawały się znikać, ale po chwili zaczęły pojawiać się z powrotem, tylko że w pewnym dystansie od latającego kształtu. Ze stworzeniem jednak było coś nie tak, gdyż jego anatomia jakby nie miała sensu. Sargybinis chciał mu się przyjrzeć dokładniej, ale jakikolwiek ruch łbem groził spadnięciem, a istota była trochę za wysoko by zobaczył coś więcej niż jej nogi. Nie było wiele więcej co mógłby zrobić, dlatego więc chciał już uznać ją za dziwaczne i pokręcone stworzenie, dopóki nie zobaczył twarzy pochylającego się Reinara, a także znajomo wyglądających fragmentów pancerza Jona.
Cichy syk i widok buchającej pary uświadomił mu wtedy, że całkowicie zapomniał zmienić temperaturę. Łapa, której do tej poru używał jako źródła światła, teraz dosłownie topiła pod sobą drewno, zagłębiając się w nie bardziej i bardziej, jednocześnie z każdą chwilą przybliżając go do upadku. Sargybinis nie chciał tracić czasu i natychmiast skupił się całkowicie na ostudzaniu łapy, jednak szło mu to straszliwie wolno. Nim jeszcze ta zdążyła dobrze stwardnieć, fragment przepalonej drewnianej belki ułamał się pod jego ciężarem, pozbawiając go oparcia.
Gdyby był tam sam, nie zdołałby się złapać z powrotem. W tym samym momencie jednak ktoś chwycił go za łapę, odrobinę odwlekając upadek i dając mu na moment punkt podparcia. Sargybinis zarzucił wciąż gorącą łapą do przodu i pazurami wrył w drewno. Korzystając jeszcze przez chwilę z uzyskanej w ten sposób prędkości, tylną łapą zaparł się w trochę pewniejszym miejscu, licząc na to, że jakoś mu to pomoże. W tym momencie już obaj mężczyźni chwycili go za łapy, chcąc pomóc mu się wciągnąć, lecz teraz nie robili już w tym wielkiej różnicy. Smok zaczął ostrożnie posuwać się do przodu, pomagając sobie trochę lekką rotacją kamieni z których składało się jego podbrzusze. Ruch taki był trudny do wykonania, gdyż był bardzo dla niego nienaturalny. Musiał sobie zobrazować kamienie swojego ciała i zmusić każdy jeden do osobnego ruchu. W żaden sposób nie przypominało to czegokolwiek ludzkiego, było uczuciem niesamowicie obcym i przypominającym raczej dziwaczny sen niż rzeczywisty ruch.
Minęło trochę czasu - choć nie potrafił powiedzieć ile - ale w końcu udało mu się dotrzeć do bezpieczniejszej części drewnianej konstrukcji. Smok jednak za nic nie zamierzał ryzykować i ani na moment nie podniósł się z czterech łap. Instynktownie wiedział, że powinien rozłożyć swoją masę, jeśli nie chce ponownie zniszczyć sporej części... mostu? Zaraz, czy on wszedł na most? Mgliście pamiętał jak jeszcze przed chwilą widział przed sobą zamknięte pomieszczenie wypełnione stołami... Przecież to wszystko było takie dokładne, że mógłby przysiąc że tam był. Obrońca obrócił łeb, spoglądając za siebie, jednak tam nie dostrzegł zupełnie niczego co przypominałoby mu to co pamiętał. Niczego, prócz oczu.
Kiedy Jon wspominał o iluzji, smok był co najmniej nieprzekonany. Wciąż widział całkiem wyraźnie masę niekształtnych źrenic i gałek ocznych, która tym razem już nie otaczała go zewsząd, a trzymała się bardziej z boku. Wciąż ją widział i nawet czuł, jej obecność będącą dlań trochę wręcz magnetyczną. Sargybinis, wpierw upewniwszy się że niczego pod sobą nie zawali, szturchnął Jona, po czym wskazał w tamtym kierunku.
"Obawiam ssię, że mnie nie widzi" - powiedziały oczy, po czym mrugnęły w dokładnie tym samym momencie. - "On nie należy do naszego śswiata. Nie jest taki jak my".
Sargybinis zerknął na moment w stronę Jona, chcąc zobaczyć czy usłyszał prawdę. Istota jednak chyba się nie pomyliła. Czarownik spojrzał na moment we wskazanym przez niego kierunku, prosto w bezkształtną masę. Nawet jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął, zupełnie tak jakby nic tam nie widział.
- Co to znaczy, nie taki jak my? - wychrzęścił smok w stronę istoty.
"On wciąż jeszcze żyje" - odpowiedziały oczy.
Awatar użytkownika
Pani Losu
Splatający Przeznaczenie
Posty: 606
Rejestracja: 10 lat temu
Kontakt:

Post autor: Pani Losu »

Reinar zaczynał mieć wątpliwości, im bardziej wchodził w głąb sieci tuneli, tym większe one były. W dodatku to, co ich już tu spotkało, nie sprawiało też, że pozbywał się ich, może nawet działało odwrotnie i w ogóle sprawiło, że takowe pojawił się w jego głowie. Może jednak nie było to miejsce dla niego? Może jednak było zbyt niebezpieczne? Na pewno gdzieś w zakamarkach umysłu podejrzewał, iż jego dwaj towarzysze są silniejsi i łatwiej przyjdzie im zmierzyć się z różnymi przeciwnościami, które mogą tu jeszcze na nich czekać. Mieli też ważniejsze powody, dla których chcieli znaleźć artefakt, który może znajdować się gdzieś tutaj. On takiego nie miał, dlatego też zaczął zastanawiać się, czy… cóż, po prostu nie udać się w drogę powrotną, a później pójść w inne miejsce. Nie, żeby nie był odważny, czy coś, po prostu takie magiczne rzeczy mogły okazać się czymś, co było zbyt duże dla kogoś takiego, jak on.
Nie przejął się też tym, że głos, który zaczął namawiać go do powrotu na powierzchnię, przez naprawdę krótką chwilę brzmiał inaczej niż jego własny wewnętrzny głos. Po tej krótkiej chwili wrażenie to zniknęło, bo słyszany przez niego głos był już taki, jaki był zawsze. Dlatego też nie mógł podejrzewać, że głos ten tak naprawdę należał do pewnego magicznego jegomościa, który teraz uważał się za Pomocnika Losu i chciał, żeby Reinar przebywał teraz w innym miejscu, jeśli Pani Losu nadal miała mieć dla niego jakieś plany związane z jego przygodami.
”Odejdź. Zostaw ich z ich własnymi sprawami i odejdź. Wróć na powierzchnię” – właśnie to słyszał nord w swoich myślach, a głos ten był niezwykle przekonujący. Dlatego też mężczyzna zdecydował się go posłuchać. Po prostu rzucił krótkim „Muszę iść. Żegnajcie i powodzenia”, a później skierował się w stronę przeciwną niż ta, w którą szli. Na pewno jakoś uda mu się stąd wydostać bez narażania własnego życia, a „głos” był bardzo chętny do tego, żeby mu w tym pomóc.
Awatar użytkownika
Aki
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 115
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aki »

kilka dni temu

Z pomocą podróżujących kupców Akiemu udało się w końcu przekroczyć góry, zmieniając skute lodem skarpy na krajobraz po horyzont usiany zieloną trawą. Jeszcze nikt z jego rodzinnej wyspy nie zawędrował tak daleko, choć dziadek chłopaka majaczył czasami coś o krainie w całości zasypanej piaskiem i palącym słońcu, której nie udało mu się sforsować i zawrócił, grabiąc po drodze jakieś mniejsze miasteczka.
Teraz wystarczyło jedynie znaleźć jakieś miasto i spróbować pomyśleć o powrocie do domu. Łuska była ogromna i pełna niebezpieczeństw, jak i niespotykanych cudów, ale wyspiarz zaczynał odczuwać tęsknotę za rodzinnymi stronami. Jednak po drodze można jeszcze pozwiedzać. W podróżnym worku wiele nie zostało: za ostatnie rueny Aki odkupił od przewodników mapę, niezłej jakości toporek i nieco sucharów, a za resztę udało mu się nabyć w mijanej tawernie beczkę piwa, jako podarunek dla handlarzy za udzieloną mu pomoc. Tak więc jeśli kovirczyk nie chciał w najbliższych dniach zrezygnować z dalszego zwiedzania Łuski, będzie musiał rozejrzeć się za jakimś płatnym zajęciem. Może przy wyrębie lasu albo w polu, bo na grabież jakiejś wioski może mu nie wystarczyć ludzi.
Od karawany odłączył się na terenie Równin Drivii, gdzieś na wysokości wzgórz, za którymi czekało miasto Fargoth. Szlak, czy też piaszczysto-żwirowa droga z koleinami była utrzymana w niezłym stanie, a ze słów kompanii Aki dowiedział się, że tutejsi mieszkańcy są bardzo przyjaźni w stosunku do obcych, więc pierwszy napotkany powóz ochoczo powinien zabrać go do miasta. Mimo to chłopak podjął samotny marsz przez las, mając nadzieję, że wkrótce opowie swoim siostrom o tym, co widział i słyszał.
Dwie godziny później dotarł do rozwidlenia, którego nie było na mapie. Droga powinna wieść prosto jak strzał z kuszy i kończyć się miejską bramą. A tę tutaj wieńczył drewniany słup bez jakichkolwiek znaków. Miejscowi może i nie mieli problemów z orientacją w terenie, ale Aki nie był miejscowym. Nic nie zapowiadało także, aby w najbliższej godzinie miał przejeżdżać tędy jaki wóz bo słońce znikało już za horyzontem. Zapowiadała się kolejna noc pod gołym niebem.
- Zgubiłeś się? - niby zwykłe pytanie, ale nie przygotowany na czyjąś obecność chłopak aż podskoczył i złapał za trzon topora.
- Przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć - dodała wychodząca z cienia kobieta, a raczej młoda dziewczyna z ciemnym warkoczem. Mogła być jego rówieśniczką, choć jej twarz zdawała się dziwnie pobłyskiwać w ostatnich promieniach słońca.
- Nic się nie stało - odpowiedział Aki, luzując chwyt i nieco się odprężając. - Wiesz może jak dojść do miasta?
Nieznajoma kiwnęła jedynie głową i gestem nakazała podążanie za nią. Była małomówna, a jej buzia urocza, jak zdążył zauważyć berserk. Nim się jednak zorientował, szedł z nimi ktoś jeszcze.
- Musisz przestać sprowadzać sobie kolegów. Mamy misję do wykonania. - To był mężczyzna za nim i wystarczyło jedno spojrzenie przez ramię żeby ustalić, iż człowiekiem nie był.
Po tym, jak Aki przeżył próbę spopielenia go przez smoczego przyjaciela, nic nie powinno go zdziwić (był gotowy na to, że Alarania jest miejscem zadziwiających istot), jednak tamten miał skórę czerwoną jak cegła i parę wielkich rogów. "No pięknie", pomyślał rozglądając się na boki. W cieniu drzew dostrzegł jeszcze dwie sylwetki, ale nie umiał ich rozróżnić. Dwa do dwóch umiał jednak szybko policzyć.
- Uroczy ten chłopak, co? - zapytała jego przewodniczka, która, wydawało się, postarzała się o kilka lat. Zaraz jednak dodała. - Oj daj spokój. Z wami jest strasznie nudno, a...
Nie dokończyła, bo gdy tylko diabeł za plecami Akiego podszedł bliżej, dostał w brzuch rondem tarczy. Potem nie miał już kogo łapać.
"Kilka dni bez wpadania w dziwne kłopoty. Proszę chyba o zbyt wiele?", wypominał sobie Aki, starając się wrócić na szlak. Problem w tym, że ktoś za nim biegł, a teren przed nim dziwnie wzrastał, jakby przechodził w wyżyny.
Gdy był dzieckiem, ojciec często mu czytał do snu, między innymi bajki o diabłach i rycerzach, ale nigdy nie sądził, że takowych spotka.
Kilka minut nieustannego biegu zaprowadziło Akiego na skraj wzgórz, gdzie na tle szarych skał szybko wypatrzył coś na kształt wejścia do prowizorycznej kopalni. Ścigająca go dwójka, a może i cała czwórka zbliżała się z każdą sekundą więc niewiele myśląc, chłopak wbiegł do jaskini.
Awatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 118
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Jon »

Pomogli kamiennemu smokowi, przynajmniej na początku, bo później już chyba poradził sobie sam. Jednak Jon i tak podtrzymywał jego łapę i ciągnął go w swoją stronę do momentu, w którym tamtemu nie groził już upadek. Po chwili Reinar zdecydował się odejść, co zresztą nie zdziwiło łowcę dusz. Nord wydawał mu się osobą, która w swoim życiu nie doświadczyła wielu spotkań z potworami i magią wszelkiego rodzaju, więc mógł zwyczajnie uznać, że to dla niego za dużo i mógł też zacząć obawiać się, że może tutaj, w tych tunelach, jego życie się zakończy. Jon akurat się nie bał, bo miał też inny cel związany z tym miejscem, tutaj stawką mogło być nawet to, czy będzie żył na wolności, będzie przez kogoś uwięziony, czy może w ogóle jego żywot zostanie przecięty przez tych najemników, którzy go ścigali. Nadal nie wiedział, kto mógł ich przysłać – jedyne, co przychodziło mu do głowy to to, że mógł to być inny łowca dusz, któremu naprawdę nie podoba się to, jakie życie prowadzi Jon.
On i smok ruszyli dalej. Te oczy, ta iluzja… To było coś dziwnego. Piekielny nie do końca wiedział, co to może być, dlatego też jego wytłumaczenie – że jest to ktoś, kto używa tych obrazów, żeby sprawić, że postanowią zawrócić i uciec – wydawało mu się tak dobre, jak każde inne, które miałoby sens i na które by wpadł. Spojrzał też w miejsce, które wskazał mu Sargybinis, ale ujrzał tam wyłącznie ciemność. Zmarszczył brwi i przyjrzał się uważniej, jednak nadal nie było tam niczego poza czernią. Czyżby jego towarzysz miał jakieś omamy wzrokowe? A może widział tam coś, czego on nie mógł dojrzeć?
         – Co tam zobaczyłeś? - zapytał. Obaj byli różnymi istotami, może akurat miało to jakieś znaczenie w kwestii tego, co widział każdy z nich. To było… cóż, dziwne, po prostu. Jednak Jon nie miał zamiaru rezygnować, tym bardziej, że był świadom tego, iż na zewnątrz na pewno czekają na niego diabły, a może nawet weszli już do środka i podążają za nimi, jednocześnie też trzymając się tak daleko, żeby nie dało się ich wyczuć lub usłyszeć. Nie chciał się wycofywać lub uciekać, tym bardziej, że prawdopodobnie właśnie w tym miejscu mógł zdobyć coś, co mógłby wykorzystać jako przewagę względem tych, którzy go ścigają. Wiedział przecież, że najemnicy mają za zadanie znalezienie tego artefaktu, nie wiedział tylko, czy zleciła im to ta sama osoba, która chce jego pojmania lub śmierci, czy może ktoś inny. Przydałoby się tego dowiedzieć, bo jeżeli oba te zadania wykonują dla jednej i tej samej osoby, to – jeżeli uda mu się znaleźć magiczny przedmiot jako pierwszemu – będzie mógł wykorzystać go trochę inaczej, ale osiągając tym trochę lepszy efekt.

         – Dobra… Chodźmy dalej – odezwał się, przyspieszył też nieco, co sprawiło, że zaczęli poruszać się trochę szybciej. Ciemność towarzyszyła im z każdej strony, a droga nie rozgałęziała się, więc jedyny wybór, jaki mieli, to iść przed siebie. To albo cofnąć się i wrócić na powierzchnię, ale Jon już wcześniej postanowił, że przecież tego nie zrobi. Odnajdzie ten artefakt i zrobi to sam, jeżeli będzie musiał. Zresztą, początkowo przecież i tak planował udać się tu w pojedynkę.
Nie wiedział też, jak głęboko mogą sięgać te tunele, jednak podejrzewał też, że jeżeli artefakt rzeczywiście się tu znajduje, to raczej będzie on gdzieś na najniższych poziomach, jeśli nie na samym dnie. Dlatego, przy wybieraniu drogi, zawsze powinni brać taką, która będzie mogła zaprowadzić ich w dół.
         – Nie wydaje mi się, żeby artefakt był tak potężny, że jego aura magiczna oddziałuje na miejsce, w którym został ukryty. Poza tym, gdyby tak się działo, prawdopodobnie musiałby być on w jakiś sposób wypaczony, może przez magię kogoś, kto kiedyś próbował go badać – oświadczył. Tak, można by było czymś takim tłumaczyć to, co widzieli wcześniej, jednak żeby teoria ta miała rację bytu, to przedmiot ich poszukiwań naprawdę musiałby być zmieniony przez silną magię.
         – Ech, mniejsza z tym – dopowiedział jeszcze, a później znowu spojrzał przed siebie. Nadal była tam wyłącznie ciemność, chociaż teraz zaczął odnosić wrażenie, że droga, którą podążają, zaczęła bardzo łagodnie kierować się ku dołowi. Nie był pewien, czy tak się dzieje naprawdę, czy może tylko wydaje mu się, że tak jest, ale – jeśli tak rzeczywiście było – to można by to wykorzystać, gdy już trafią na jakieś rozwidlenie. I trafili na nie, nawet nie tak daleko od miejsca, w którym wydawało mu się, że wyczuł delikatny spadek. Jon w myślach powiedział sam do siebie, że może czas to sprawdzić.
         – Wydaje mi się, że wiem, jak sprawdzić, którą drogę powinnyśmy wybrać – powiedział do kamiennego smoka i wyciągnął z torby manierkę. Była ona napełniona wodą, chociaż łowca dusz upewnił się jeszcze, że na pewno jest to ta z wodą, a nie z winem. Nie chciał marnować dobrego czerwonego wina na coś takiego. Najpierw podszedł do lewej odnogi i w jej „progu” wylał odrobinę wody, a później podszedł do prawej i zrobił to samo. Przez chwilę przyglądał się obu, to patrząc na jedną, to na drugą, konkretniej w stronę wody, którą tam zostawił. Stał tak, aż w końcu zauważył, że woda znajdująca się po prawej stronie, powoli płynie przed siebie, zostawiając za sobą mokre ślady.
         – Idziemy w prawą – zdecydował i właśnie w tamtą odnogę skierował swe kroki. I, przy okazji, nie mylił się też – ten spadek faktycznie tu występował.
Awatar użytkownika
Sargybinis
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sargybinis »

Wytłumaczenie, które smok otrzymał od nieznanej sobie istoty miało całkiem sporo sensu, pomimo że nie wyjaśniło mu zbyt wiele. Wynikałoby z tego że jego rozmówca nie był kimś zwyczajnym, kto mógłby po prostu zostać gdzieś napotkany przypadkiem. Fakt, że gdy Jon spojrzał we wskazanym kierunku i nie zobaczył niczego, tylko dodawał temu wiarygodności. Istota prawdopodobnie nie była żywa... w prostym tego słowa znaczeniu. Sargybinis zdawał sobie sprawę, że tego typu kwestie bardzo łatwo się komplikują, chociażby na swoim przykładzie. Do tej pory jakby nie do końca był w stanie określić, po której stronie życia się znajduje, okupując sztuczne, kamienne ciało. Teraz wiedział już na pewno, że przekroczył granicę, a co za tym idzie, raczej nie przejdzie przez nią ponownie. Był tylko sztuczną powłoką, udającą żywy organizm, z czego jedynym co jeszcze można było nazwać żywym była świadomość.
Słysząc pytanie Jona, smok sięgnął po swoją torbę, wcześniej upewniwszy się, że jest już dostatecznie ostudzony. Miał zamiar z posiadanych słów zapisanych w opowiadaniach ułożyć wytłumaczenie, stworzyć coś na tyle zrozumiałego, by przekazać co właściwie widzi. Jednak po krótkim przeglądaniu tekstów, udało mu się jedynie odnaleźć słowa: "dziwny" i "istota". Nic więcej tak naprawdę nie pasowało do opisu tej świadomości, tego... czegoś. Mimo to pokazał je Jonowi, uznając że tak okrojona informacja będzie musiała mu wystarczyć.
"Dlaczego próbujesz mnie opissać?" - usłyszał ponownie głos wewnątrz swojej głowy. Z jakiegoś powodu wywołał w nim skojarzenie z czymś wilgotnym i lepkim, pomimo że głos nie może mieć tych właściwości. - "Ssłowa wiele tu nie dadzą. Nawet ja nie mógłbym ci w tym pomóc."
Sargybinis zawahał się. Może to i lepiej, że Jon nie wiedział o istocie wszystkiego. Nie było wątpliwości, że była prawdziwa, lecz czy Jonowi nie zaszkodziłaby wiedza o niej? Nie była w końcu z tego świata. I choć ten też nie był szczególnie normalny, to jego obecność nie wywoływała dziwnego uczucia gdzieś wewnątrz, przepełniając go niepokojem. Może lepiej było nie tłumaczyć mu tego zbytnio, pozostawiając go w nieświadomości. Był jeszcze ten drugi, nord, który... Zaraz, a ten gdzie właściwie zniknął? Sargybinis rozejrzał się za nim, ale nie spostrzegł po nim śladu. Czy on też zobaczył istotę i postanowił się wynieść, nim ta wywarła na niego wpływ? Na to jakby odpowiedzi po prostu nie było. Poza tym smok nie wiedział nawet, czy istota mogła w ogóle mu się ujawnić. Gdyby chciała to zrobić, pewnie by to zrobiła, albo wyraziła taką chęć komuś, kto o niej wiedział.
Smok nieszczególnie zwrócił uwagę na to, jak Jon usiłował wytłumaczyć sobie dziwne zjawisko. Wspomniał, że może to być jakiś efekt ukrytego tu artefaktu, ale nie wydawał się być szczególnie przekonany. Sargybinis zdecydował się nie wtrącać, gdyż on miał na to swoje własne wytłumaczenie, którego raczej nie chciał ujawniać. Zamiast tego widocznie wzruszył ramionami, wprawiając swoje zupełnie nieruchome ciało w ruch po raz pierwszy od momentu, gdy opuścił wskazującą w stronę istoty łapę. Widział, że Jon również nie jest szczególnie skory do rozmowy i zaraz będzie ruszał w dalszą drogę wgłąb korytarzy, postanowił więc wykorzystać tę chwilę by porozumieć się z istotą.
- Czego ode mnie chcesz? - wyharczał, próbując naśladować słowa. Miał co do istoty wiele pytań, ale to było według wszelkiej logiki najważniejsze. Miał wprawdzie jeszcze kilka innych, które aż go korciło by zadać, ale przeczucie mówiło mu by jeszcze z tym zaczekać. - Mówiłeś, że możemy sobie pomóc nawzajem.
"Miałem na myśli wymienić ssię przysługami. Mam do ciebie prośbę, prosstą i nieskomplikowaną. W zamian, mogę pomóc ci odnaleźć tą, której tak zawzięcie szukasz".
- Skąd wiesz o Riveneth? - sapnął smok, jeżąc kamienne kolce na grzbiecie i robiąc krok w stronę odsłoniętej krawędzi, do lewitującej ponad nią masy. Był zupełnie zaskoczony tym, że istota tak po prostu o tym wiedziała, co od razu uruchomiło w nim zmysł obronny. Coś tutaj się nie zgadzało, a nagle układy ze stworzeniem zdały mu się być trochę podejrzane. Skąd on mógł wiedzieć czego pragnął? Skąd wiedział, że musi znaleźć się blisko niej by móc ją chronić? Czyżby podglądał ich przez cały ten czas, gdy Sargybinis tłumaczył swoje motywy Jonowi i Reinarowi? Albo wtedy, gdy...
"Nie bądź zabawny" - wtrąciły się nagle oczy, razem ze swoją wilgotną, nieprzyjemną mową. "Cała ta rozmowa dzieje się tylko w twojej głowie. Trudno byłoby o niej nie usłyszeć".
Sargybinis spojrzał w stronę istoty, nagle usiłując sobie przypomnieć swoje własne myśli sprzed kilku chwil. O czym się dowiedziała? Czy stworzenie znało tylko myśli z wierzchu, czy mogło swobodnie przeglądać sobie jego wspomnienia? Nie podobało mu się to nagłe wtargnięcie na jego prywatność, tym bardziej że była to jedna z niewielu rzeczy, które naprawdę mu pozostały. Przez moment przez myśl przeszło mu by zaatakować stworzenie, póki jeszcze znajdowało się blisko, ale zaraz przypomniał sobie że Jon go nie widzi, a zatem wizerunek który on dostrzegł nie był zakorzeniony w rzeczywistości. A przynajmniej nie na tyle, by być zagrożonym przez coś fizycznego.
"Nie jesstem zdziwiony twoją reakcją, towarzyszu. Widzę, że twoja percepcja nie sięga daleko poza świat materialny, więc zrozumiałe jest, że mi nie ufasz. Dam ci czass, żeby się przyzwyczaić. W końcu potrzebujemy ssię nawzajem. Prawda?"
Sargybinisa kusiło by odmówić. Chciał powiedzieć, że już znalazł tego kogo potrzebował w postaci Jona i nie potrzebował nikogo więcej. Tamten w końcu potrafił używać portali i z zaledwie niewielką dozą wysiłku udałoby się go przekonać do współpracy. Problemy jednak zaczynały się tam, gdzie trzeba było wytłumaczyć kierunek, a raczej miejsce docelowe. Kamienny smok nie tylko nie był w stanie powiedzieć ani jednego zrozumiałego słowa, ale też sam nie wiedział gdzie znajduje się Riveneth. Co innego jest tłumaczyć coś co się zna, a co innego jest tłumaczyć nieznane. Tym bardziej, że Jon prawdopodobnie nie znał nawet sposobu by odnaleźć dziewczynę. Sargybinis jednak potrzebował pomocy. Istota również o tym wiedziała.
Smok zerknął na chwilę za siebie, po to tylko by jeszcze raz spojrzeć na częściowo zawalony most. Wyglądało na to, że jest to jedyna droga powrotna, gdyż nigdzie dookoła nie było widać innych przejść. Z jego ograniczonej wiedzy o kopalniach był w stanie wywnioskować wprawdzie że wyjść powinno być więcej, ale tutaj najwyraźniej nikt nie wyznawał rapsodiańskich standardów. Żeby się wydostać, najwyraźniej musieliby jakoś przekroczyć około dwusążniową wyrwę w moście, którą on sam stworzył. Podczas gdy nie wydawało się to problemem dla kogoś kto był zdolny skakać, to Sargybinis był przekonany, że nie zdołałby przebyć połowy tej drogi. Właściwie to obawiał się, że jeszcze przed skokiem zawaliłby jeszcze więcej drewnianej konstrukcji i tym razem już na pewno poleciał w dół. Na szczęście jednak z tego co było mu wiadomo to Jon, znając się na portalach, był w stanie ich stąd wyciągnąć bez większych kłopotów, kiedy już zrobi to po co tutaj przyszedł.
Towarzysz Sargybinisa wyruszył w dalszą drogę wgłąb tuneli, prowadząc ich w dół. Sargybinis szedł powoli za nim, jedynie utrzymując jego tempo, nieszczególnie skupiony. Wciąż był rozkojarzony poprzez napotkaną istotę, której istnienie było dla niego wciąż niewytłumaczalne. Jego znajomość magii, świata duchowego oraz tego typu sprawy nie wykraczała daleko poza kilka wciąż utkwionych w jego pamięci modlitw i niezbędnego minimum potrzebnego do funkcjonowania w Rapsodii. Nic z tego co wiedział nie tłumaczyło istoty ani natury tego stworzenia. Sargybinis co chwila oglądał się za siebie, tylko po to by spostrzec podążającą za nim przez powietrze masę, która obserwowała go uważnie dziesiątkami mrugających powoli oczu i rozciągająca się w wolnej przestrzeni w kilku najwyraźniej przypadkowych kierunkach. Wciąż przyprawiała go o bardzo nieprzyjemne skojarzenia, ale fakt, że wydawała się w miarę statyczna i przewidywalna trochę pomagał. Wiedział, że za każdym razem gdy się obróci, jego wzrok spotka się z niemal namacalną, wręcz wilgotną obecnością obcej istoty.
Jon w pewnym momencie zatrzymał się, przez co rozproszony Sargybinis prawie na niego wpadł. Wyglądało na to, że stanęli na rozwidleniu, co tłumaczyłoby takie zachowanie. Obrońca postanowił po prostu powoli wyminąć mężczyznę i poczłapać kawałek przez jeden z korytarzy. W miarę jak odchodził, szybko zaczęło robić się ciemno, więc jedną z łap zaczął rozgrzewać, w szybkim tempie roztapiając kamień i rozjaśniając drogę naprzód. Nie oddalał się jednak za bardzo, chciał jedynie rozejrzeć się czy nie znajdzie dalej czegoś godnego uwagi któregokolwiek z nich. Jak się jednak po parudziesięciu krokach okazało zawiódł się, gdyż prawdopodobnie równie dobrze mógłby zrobić paręset i widok byłby ten sam. Już miał zacząć zawracać, gdy usłyszał wilgotny szept w głębi swojej głowy, który niemal natychmiast przyprawił go o lekką migrenę.
"Chyba massz towarzystwo. Ktoś podąża za wami" - rzekła istota, która teraz przemieszczała się przed nim, nieustannie zmieniając swój kształt. Sargybinis nie był co do tego kompletnie przekonany, jednak nie byłby też za bardzo zaskoczony gdyby okazało się to prawdą. Dlatego też przyspieszył kroku, nie przejmując się za bardzo stopniem hałasu jaki właśnie generował. Szybko wyminął Jona i stanął przed nim, czy też raczej za nim, w celu osłonienia go przed jeszcze nie do końca znanym zagrożeniem, czekając aż pojawi się w polu widzenia.
Awatar użytkownika
Aki
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 115
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Aki »

Tunel znacząco się wydłużył, a jego koniec tonął w mroku, jednak nawet to nie zmusiło Akiego do postoju. Jedynie go spowolniło. Z ręką posuwającą się wzdłuż zimnych kamieni, chłopak próbował znaleźć coś, co będzie przypominać kształtem pochodnię, a jednocześnie starał się nie myśleć o goniących go diabłach. Jaskinia, do której trafił, okazała się być opuszczoną przed wiekami kopalnią, a więc posiadała jedno wejście i (miał taką nadzieję) wyjście lub chociaż miejsce, w którym uda mu się ukryć i przeczekać niebezpieczeństwo. A to deptało mu po piętach. Co rusz palce natrafiały na zakurzone trzonki łopat, a stopy potykały się na pozostałościach kilofów i porzuconych gruzach. Nieprzyzwyczajone do ciemności oczy mogłyby być równie dobrze zamknięte.
Jak się po chwili okazało, podążające jego tropem diabły nie miały tylu trudności. Odgłosy ich ciężkich kroków i stłumione rozmowy stały się słyszalne już pod kilkunastu minutach, podobnie jak echa eksplodujących kul ognia, którymi oświetlali sobie drogę. "Jak tak dalej pójdzie", myślał Aki, "to nie dane mi będzie dożyć spokojnej starości". Mając pod ręką jednak jedynie toporek do rąbania drewna niewiele się zwojuje.
Nieoczekiwanie wyspiarz natrafił palcami na coś co, przynajmniej w dotyku, przypominało kawałek płótna. Po dokładniejszym zbadaniu go w ciemności (czyli potarcie palcami o materiał) Aki uklęknął przy ścianie i kilkakrotnie uderzył toporem o brzegi tarczy aby wykrzesać iskry. W ich świetle znalazł jeszcze starą deskę, a po kolejnych kilku przebytych sążniach także beczkę z końcówką oleju.
- Musi wystarczyć - mruknął pod nosem łącząc znaleziska w prowizoryczną pochodnię, którą następnie udało mu się podpalić.
Światła emitowanego przez żarzący materiał nie było jednak zbyt wiele, co jeszcze bardziej utrudniło chłopakowi sprawę. Cienie nachodziły na siebie, tworząc puste, pochłaniające blask nicości. Bieg w takiej sytuacji niewątpliwie skończyłby się skręceniem kostki.
Nagle za którymś zakrętem Akiemu wydało się, iż dostrzega szarzejącą smugę, która rosła z każdym kolejnym krokiem aż nie zmieniła się w biały punkt. Światełko na końcu tunelu, przebiegło mu przez myśl i zaraz sam siebie skarcił za nadmierny pesymizm. W końcu był jeszcze młody.
Przyśpieszając i mając nadzieję, że idzie w kierunku wyjścia, berserk dobył topora - jeśli to ślepy zaułek przyjdzie mu skonać.
- Szlag by to! - zaklął pod nosem, kiedy znalazł się w kolejnej grocie, w dodatku w grocie, w której stał smok.
Wielu nowicjuszy zapewne padłoby na zawał serca, ale na szczęście Aki nie należał do bojaźliwych. Z jednym łuskowatym jaszczurem zdążył się nawet zaprzyjaźnić, pomimo kilku nieporozumień i próbie spopielenia. Ten tutaj był znacznie mniejszy i chyba równie zaskoczony jego obecnością co on jego. Starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, chłopak zaczął wycofywać się wzdłuż ściany, dopóki jego wzrok nie wypatrzył drugiej przeszkody.
Mężczyzna za smokiem był uzbrojony i nie wyglądał na poszukiwacza skarbów, których najczęściej widuje się ubrudzonych ziemią od grzebania w starych szybach. Ten tutaj nosił zbroję i sprawiał wrażenie awanturnika.
- Nie chcę kłopotów. Szukam wyjścia - wyjaśnił, niemal słysząc za plecami śmiech piekielnych.
Awatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 118
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Jon »

Czy ten Smok patrzył na świat w innym sposób niż on? Może… A może po prostu coś działo się z jego umysłem i przez to widział coś, czego w rzeczywistości tam nie było? To też była jakaś możliwość. Oczywiście, kolejną możliwością było też to, że istota ta – czymkolwiek była – rzeczywiście się ukrywała i odzywała się wyłącznie do Sargybinisa, tym samym jedynie jemu uświadomiła też to, że tu jest, obserwuje i może nawet cały czas znajduje się w pobliżu, może nawet tylko czeka na to, żeby otwarcie przystąpić do akcji. Czai się, niczym drapieżnik czyhający na nawet najmniejszą pomyłkę ofiary, dzięki której będzie mógł zaatakować i zabić. W każdym razie, nawet jeśli to tylko smocze wymysły i wczesne oznaki tego, iż jego umysł choruje, Jon i tak powinien mieć na uwadze to, że może jednak tak nie jest, a to dziwne stworzenie może istnieć naprawdę. Wcześniejsze informacje od Sargybinisa również nie pomogły, bo dowiedział się jedynie, że jest to „dziwna istota”, czyli właściwie tego, co już sam mógł podejrzewać.
Cóż, nie podobało mu się to, że natknęli się tu na kolejne zagrożenie, którego nie mogą pozbyć się od razu – pierwszym była banda diabłów-najemników, którzy całą grupą byli raczej zbyt dużym zagrożeniem, żeby się z nimi mierzyć, dlatego też można było eliminować ich, gdy dzielili się na mniejsze grupy. Tak było bezpieczniej i to nawet wtedy, gdyby Jon użył rytuału, aby przywołać jedno z silniejszych stworzeń do pomocy. Oczywiście, było takie, jeżeli porównać je z tymi, na których przywołanie pozwalał mu jego poziom znajomości magii demonów. Chociaż, ich przynajmniej widział i wiedział też, jak z nimi walczyć, czego nie można było powiedzieć o tym niewidzialnym „czymś”. Wyglądało też na to, że kamienny smok próbuje rozmawiać z istotą, która można nawet rozumiała go w jakiś sposób. Jon wiedział, że dla niego te dźwięki przypominające charczenie i pocieranie o siebie kamieni, nie były dla niego czymś, co rozumiałby jako słowa.

Łowca Dusz nie zaprzątał sobie tym głowy, jedynie szedł przed siebie, aby później dotrzeć do rozgałęzienia dróg. Mieli iść w dół, przynajmniej tak mu się wydawało, że powinni, więc pomyślał o tym, jak sprawdzić, która droga prowadzi niżej i niżej. Woda popłynęła, chociaż Sargybinis zwyczajnie wyminął go i ruszył przed siebie. Tyle dobrze, że okazało się, iż przypadkowo i tak wybrał drogę, którą musieliby podążać, więc Jon poszedł za nim. W ten sposób oddał mu też prowadzenie, może tymczasowo, a może nie… jeszcze nie był pewien, czy dobrym pomysłem byłoby zostawienie smoka z przodu, żeby ich prowadził, czy może lepiej będzie, jeżeli spróbuje go wyprzedzić – co mógłby zrobić, gdyby przycisnął się do lewej lub prawej ściany tunelu – i ponownie przejmie prowadzenie.
Jego towarzysz wydawać by się mogło, że właśnie odpowiedział na jego niezadane pytanie, bo znów przemieścił się i znalazł się za nim. Tylko, że nie szedł dalej, co Jon zauważył po kilku krokach, które zrobił. Piekielny zatrzymał się i wrócił do Sargybinisa.
         – Co się dzieje? - zapytał go, chociaż nie był pewien, czy ten mu odpowie. Ta istota – jeżeli była prawdziwa – powiedziała mu coś, co sprawiło, że aż musiał się zatrzymać? Wyczuł coś, czego on sam nie czuł? Czy może… Nieważne, bo właśnie otrzymał – a raczej usłyszał – odpowiedź. Nie wiedział, kto lub co porusza się tymi tunelami, jednak wystarczyła mu chwila nasłuchiwania, aby wiedzieć, że to „coś” zbliża się do nich i to dość szybko. Czyżby diabły postanowiły w końcu zejść do tuneli i ich dopaść? Hmm… Może nie do końca, bo słyszalne kroki nie brzmiały, jak te, które mogliby stawiać zbrojni rogaci. Były lżejsze, przynajmniej tak mu się wydawało. Nie sięgnął po miecz, bo w tym miejscu nie dość, że źle by się nim walczyło, to możliwe, że nawet nie udałoby mu się go wyciągnąć z pochwy, która ciągle spoczywała na jego plecach. Szeroki wachlarz zaklęć pozostawał jego jedyną ofensywą i defensywą jednocześnie. Wykonał kilka nieskomplikowanych gestów dłonią i szepnął do siebie tajemnicze słowa – krótko po tym jedna z jego dłoni została otoczona czerwoną mgiełką. Zdawała się ona świecić własnym – również czerwonym – światłem i była ciągle w ruchu, przemieszczała się po całej powierzchni dłoni piekielnego.

         – Wygląda na to, że może być więcej niż jedno wejście – powiedział do smoka, gdy zobaczył, że zbliżającym się „zagrożeniem” okazał się chłopak z tarczą i toporem. Nie wyglądał na kogoś, kto chciał z nimi walczyć, a bardziej na osobę przestraszoną, którą może sytuacja zmusiła do tego, żeby tu wbiec i kierować się w głąb sieci tuneli opuszczonej kopalni.
         – Dobrze wiedzieć, chociaż to i tak nie sprawi, że od razu ci zaufamy – odezwał się Jon do młodego nieznajomego. Ciągle go obserwował, czerwona mgiełka także nie zniknęła, chociaż teraz zdawała się „leżeć” nieruchomo na jego dłoni.
         – Skąd się tu wziąłeś? Ktoś cię gonił albo… nadal podąża za tobą? - zapytał w końcu. Było to ważne pytanie, może nawet aktualnie najważniejsze z tych, które można było zadać młodemu człowiekowi.
Awatar użytkownika
Sargybinis
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Sargybinis »

Sargybinis, stanąwszy na tyłach ich dwuosobowej kolumny, był gotowy na to by odeprzeć jakikolwiek akt agresji skierowany w ich stronę przez kogoś, kto podążał za nimi. Utrzymanie Jona w relatywnie bezpiecznej pozycji było kwestią priorytetową, gdyż to właśnie on był w ich drużynie istotniejszy. Oprócz tego, w przeciwieństwie do Sargybinisa, skóra Jona nie była stworzona ze skały. I choć z tego co mówił mu głos towarzyszącej im od niedawna istoty wynikało, że może tak naprawdę to nie Jona potrzebował do osiągnięcia swojego celu, to mimo to nie zamierzał go tak po prostu zostawić na pastwę losu. Po części była to kwestia przezorności, gdyż jego zaufanie wobec słów istoty nie było zbyt wielkie, ale głównie jego decyzja wynikała z głęboko wpojonego kodeksu rycerskiego, który Sargybinis wciąż dobrze pamiętał.
Ciało smoka zasyczało złowrogo, gdy jego fragmenty na piersi przesunęły się lekko, rozprzestrzeniając wokół trochę ciepła. Sargybinis posługiwał się tym ciałem na tyle długo, żeby wiedzieć, że rozgrzanie się przed starciem zapewni mu trochę lepszą mobilność, a także umożliwi szybki wzrost do temperatury topnienia gdyby zaszła taka potrzeba. Musiał wykorzystać tę możliwości, które miał teraz dostępne, nawet jeśli były dość limitowane. Obrońca wciąż żałował trochę, że nie ma ze sobą żadnego prawdziwego ekwipunku, czegoś z czym szkolił się walczyć i czym posługiwał się od tak dawna. Najbardziej chyba brakowało mu tarczy, którą mógłby się zasłonić, pomimo tego, że żaden fragment jego ciała nie wymagał ochrony.
W momencie, gdy Sargybinis zobaczył ruch w przejściu, gdy jakaś sylwetka wysunęła się zza zakrętu, spodziewał się zagrożenia. Czymkolwiek by ono nie miało być, spodziewał się czegoś w rodzaju sporej bestii z dziesiątkami odnóży i szczypcami rozmiarów ramienia dorosłego mężczyzny. Zamiast tego wypadł stamtąd mężczyzna, uzbrojony w topór i pochodnię. W pierwszej chwili rzeczywiście wydawał się być wrogo nastawiony, a przynajmniej dopóki nie przeklął głośno, spoglądając w stronę Obrońcy. Trudno było powiedzieć czy było to dlatego, że dopiero teraz zdał sobie sprawę za czym podążał, czy dlatego że nagle zmienił zdanie odnośnie swoich zamiarów. Chwila ta rozciągnęła się dość niezręcznie, dochodząc w oczach smoka do naprawdę dużych wymiarów, do tego stopnia że zaczął przypuszczać, że znów jest to kwestia jego dziwnej percepcji czasu, która nie do końca chciała zgadzać się z tym co akceptował jako rzeczywistość. Dopiero kolejne jego słowa uświadomiły mu, że ta chwila rzeczywiście trwała długo. Wynikało z nich, że mężczyzna przed nimi próbował znaleźć wyjście. Biorąc pod uwagę fakt, że droga prowadziła w dół, było to raczej mało prawdopodobne. Na szczęście przynajmniej nie wyglądał na zbyt niebezpiecznego. Nie był zbyt postawny ani szczególnie umięśniony, nie posiadał pancerza, a broń i tarcza którą miał nie kreowały sobą wizerunku niepowstrzymanego wojownika. Nie ulegało wątpliwości że mógłby go zatrzymać.
"Nie jesst tutaj sam. Są jeszcze inni za nim" - usłyszał Sargybinis, gdy istota z ciemnej masy wpłynęła na jego pole widzenia. Nie wyglądała ani nie brzmiała na poruszoną w najmniejszym stopniu tym co właśnie się działo, pomimo tego że już wcześniej zanosiło się na starcie pomiędzy nimi. Sargybinis nie był wcześniej skłonny do pośpiechu, chcąc po prostu utrzymać korytarz, w którym się znajdowali, ale teraz dowiedział się, że mężczyzna, teraz powoli cofający się przy ścianie, był na czele większej grupy. Ze szkolenia taktycznego wiedział, że w takiej sytuacji najlepiej było przystąpić do odcięcia mniejszej grupy wrogów od większej i dalszego postępowania w zależności od rozwoju sytuacji. Teraz jednak odcięcie mężczyzny było niemożliwe, gdyż korytarz był tylko jeden. Gdyby zaczął uciekać, Sargybinis nie miałby jak go zatrzymać, co wiązało się z tym że człowiek niewątpliwie będzie w stanie przekazać informacje o tym, co właśnie teraz zobaczył. Nie było to idealną sytuacją, tym bardziej, że niewiele mógł na to poradzić. Drugą najlepszą opcją byłoby zaczekać, aż tamten zniknie z zasięgu wzroku, a potem zmienić swoją pozycję w terenie by potencjalnie zaskoczyć atakujących. Płaski teren trochę to utrudniał, ale wraz z Jonem znajdowali się wciąż na początku rozwidlenia i mogli wykorzystać to na swoją korzyść.
Słowa jego towarzysza jednak trochę zbiły go z tropu. Wyglądało na to, że uwierzył w historyjkę przedstawioną przez mężczyznę, po czym zaczął zadawać mu pytania. Były dość proste, na tyle nieskomplikowane by można było odpowiedzieć na nie w trzech słowach. Jedno z nich było zwyczajnie próbą dowiedzenia się, czy ktoś za nim podążał. Jon z jakiegoś powodu był w stanie dobrze się skomunikować z tamtym, pomimo dzielącego ich kamiennego smoka i atmosfery wrogości. To pytanie jednak zapoczątkowało u Sargybinisa nutkę zwątpienia. Może rzeczywiście próbował szukać wyjścia, jednocześnie próbując zatrzeć jakoś swoje ślady przed kimś? Nie było to teraz aż tak nieprawdopodobne za jakie brał to wcześniej. Czy jednak mógł mu zaufać? Sargybinis miał spore wątpliwości.
Smok zaczął powoli iść przed siebie, powstrzymując się przed wykonywaniem zbyt gwałtownych ruchów. Nie czuł się w tym momencie zagrożony, więc mógł sobie pozwolić na odsłonięcie się i opuszczenie bojowej postawy. Sytuacja była o tyle skomplikowana, że dopóki nie wiedzieli na pewno po czyjej stronie właściwie postawi się tamten, to podjęcie jakiegoś działania byłoby co najmniej niekorzystne. Zbliżając się do mężczyzny miał nadzieję rozwiązać ten problem, albo przeganiając go z powrotem do swoich, albo prowokując jakieś zachowanie sugerujące, że nie ma z nimi nic wspólnego. Sargybinisowi nie bardzo podobało się jego własne podejście do sprawy, ale nie posiadał on możliwości komunikacji z tym człowiekiem inaczej jak niewerbalnie.
Sargybinis był już całkiem niedaleko od mężczyzny, gdy usłyszał szybko zbliżające się kroki. Było ich sporo i nakładały się na siebie, co sugerowało niewielki oddział. Był on wciąż poza polem widzenia, nadchodząc jeszcze zza któregoś z zakrętów po drodze. Sargybinis wtedy spojrzał wprost na stojącego blisko niego wojownika, spodziewając się po nim jakiejś reakcji wobec tej sytuacji. Nie miał jednak czasu na to, by cokolwiek ocenić, gdy w okolicy wyczuł nagły, nienaturalny wzrost temperatury. Smok poświęcił krótki moment, żeby spojrzeć za siebie i zobaczyć Jona szykującego się do starcia, żeby potem ocenić, że nie widział powodu, dla którego ten miałby sobie nie poradzić z niedoekwipowanym zwiadem, po czym postanowił pozwolić sobie go z nim zostawić. Zamiast tego ruszył naprzód, w wąskim korytarzu ledwo prześlizgując się obok mężczyzny, po to by zaraz wypaść za zakręt. Niemal w tym samym momencie w zasięgu jego wzroku ukazało się kilka, może kilkanaście sylwetek, oświetlonych w ciemnościach przez kule z niemal białego ognia. Tamci nie zwlekali ani chwili i gdy tylko zobaczyli Sargybinisa, co najmniej dwie z kul czystych płomieni zostały ciśnięte w jego stronę. Sargybinis nie miał nawet czasu uniknąć, gdy kilka eksplozji pochłonęło zupełnie całe jego ciało. Sargybinis poczuł jak temperatura wzrasta drastycznie, podczas gdy on sam doświadczył dziwacznego, łaskoczącego uczucia. Płomienie nie były stąd, potrafił to stwierdzić. Przez chwilę nie widział nic, wciąż oślepiony nienaturalnym światłem. Dopiero moment później płomienie ustąpiły, ujawniając dwie szarżujące już w jego stronę sylwetki. Sargybinis jednak nawet nie drgnął i na moment się nie zawahał. Nie zamierzał ich przepuścić do Jona.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Równina Drivii”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości