Jadeitowe WybrzeżeNiesieni na falach...

Bajkowe wybrzeże Oceanu Jadeitów. Jego nazwa wzięła się od koloru jakim promieniuje. Znajdziesz tu plaże ze złotym piaskiem, palmy i rajskie ogrody. Palące słońce rekompensuje cudowna morska bryza.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Jespin
Szukający drogi
Posty: 31
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Jespin »

Kilka ostatnich dni dla Jespina okazały się wyjątkowo niefortunne. Po dosyć absurdalnym spotkaniu z rudowłosą kobietą, przez cały czas czuł dziwny dyskomfort. Jakby pierwszy raz w życiu zdał sobie z tego sprawę, że nie jest pępkiem świata oraz (o zgrozo), że nie jest we wszystkim najlepszy. Tak też lista powodów, dla których pirat codziennie przepijał równowartość kilku dni roboczych przeciętnego mieszczanina, zwiększyła się o kolejny punkt. Zatem niewielkim zaskoczeniem było to, że kolejną to noc z rzędu, pirat przesiedział w knajpie żłopiąc przy tym złoty napój rozlewany, przez tutejszego karczmarza. Sam zaś budynek, (a raczej oblepiony smołą barak) mieścił się zaraz obok zacumowanego do portu okrętu Kapitana.
Świeca przy stole, przy którym siedział Jespin powoli zaczynała wygasać, zmniejszając przy tym regularnie swój płomień. On natomiast już dawno zgubił poczucie czasu, tracąc przy tym z sekundy na sekundę cierpliwość gospodarza budynku.
- Zaraz świt... - burknął spod lady do zapijaczonego mężczyzny, przypominając o tym, że już raczej chce, by pirat opuścił karczmę.
- Jeszcze chwila - odpowiedział przeciągniętym głosem, dopijając resztki piwa. Gdy to zrobił, otarł kilkudniowy zarost z resztek piany, po czym wstał, rzucając mieszek złota na stół, przy którym siedział. - Reszty nie trzeba... - dodał zza pleców, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami.
Droga z karczmy do okrętu z początku wydawała się bardzo prosta i niewymagająca. Jednak teraz dla lekko wstawionego wilka morskiego sprawiła lekki kłopot. Idąc Leońskim kanałem, pirat zataczał delikatne koła, kilka razy nawet udało mu się przewrócić. Koniec końców dotarł do swojej załogi. Przechodząc przez kładkę, a zaraz potem do swojej kajuty, niczym słoń w składowisku porcelany, z impetem wskoczył na swoje łóżko, po czym zasnął.
Obudził się około południa, kiedy to słońce było w zenicie. Momentalnie wstał, trzymając się za głowę, poszukując nerwowo jakiejkolwiek butelki wody. Ta stała natomiast na stole, stara i do połowy pusta. Nie zwracając uwagi na jej stan, czy też nawet smak - który mógł się zmienić przez czas, jaki zawartość szkła przesiedziała w nim - wypił duszkiem, opróżniając butelkę w kilka sekund. Zaraz po tym usiadł, przy tym samym stole. Poczuł się nagle źle, jednak nie przez wodę, którą wypił, a przez mapę, która leżała rzucona gdzieś na stole i ją zobaczył.
- Co ja robię... - powiedział do siebie, po czym przetarł czoło. Czuł zażenowanie, gdyż zdał sobie z tego sprawę, że ponownie stoi w miejscu tylko przez swój egoizm.
- Cholera - burknął pod nosem, uderzając pięścią o stół. Zaraz potem wstał i ponownie przeklął, jednak tym razem krzycząc. Spojrzał na leżące wolno na ziemi butelki z rumem, brał jedną za drugą, po czym zaczął miotać nimi o ścianę, rozpryskując przy okazji na wszystkie strony alkohol oraz kawałki szkła. Sam się lekko skaleczył, rozcinając sobie palec u prawej ręki, jednak się tym nie przejął. Zabrał ze stołu mapę, po czym wyszedł na pokład. Gdy był już na świeżym powietrzu machnął ręką do jednego ze swych kamratów, na znak by ten do niego przyszedł.
- Tak kapitanie? - odezwał się majtek, facet nazywał się Hugo, był łysym karłem oraz jednym z najbardziej zaufanych ludzi Jespina.
- Zwołaj załogę. Za kwadrans macie być wszyscy na zbiórce...
- Tak, jest! Jeśli można tylko wiedzieć, co się szykuje?
Słysząc te słowa kapitan jedynie lekko się uśmiechnął, po czym krótko odparł:
- Wypływamy w rejs...
Awatar użytkownika
Barbarossa
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Barbarossa »

"Muszę zamontować zamek od wewnątrz", pomyślał wampir, zatrzymując butelkę z winem w połowie drogi do ust, kiedy wieko trumny nagle odskoczyło, a nad nim pojawiła się twarz rozwścieczonej elfki. Ze wzrokiem wbitym w sufit, nieumarły zastanowił się nad sytuacją, w której się znalazł, po czym odstawił trunek i odetchnął głęboko powietrzem iskrzącym zbliżającą się awanturą. Pierwszy raz nie do końca wiedział, co odpowiedzieć, bo pierwszy raz jego związek z kobietą nie zakończył się po kilku nocach w tawernie lub oddaniem jej rodzinie w zamian za okup. Kiraie nie była jedyną porwaną w jego życiu damą, jednak jej jedynej Barbarossa nie chciał się pozbyć. Przynajmniej na razie. Milczał więc i słuchał, starając się wyglądać jak najpoważniej. Sytuacja w której on (wampir) leżał w trumnie, a nad nim stał ktoś (w tym wypadku elfka) i nie miał w ręku drewnianego kołka, była sprzeczna z bajkami, jakie czytała mu matka. Co prawda w bajkach rzekomy łowca zaraz padał ofiarą kłów, jednak coś podpowiadało piratowi, że ludzie znali inne wersje tej historii.
- Nie - odpowiedział, wciąż wpatrzony w sufit. - Sądziłem jednak, że trochę ochłoniesz skoro wszystko dobrze się skończyło. Napij się ze mną - zaproponował śmiało i podał dziewczynie wino, sobie zostawiając krew.
Jego pozbawiony odoru śmierci urok tym razem zdawał się nie działać, bo dziewczyna nie dość, że podniosła głos to jeszcze patrzyła na niego lodowato spode łba, jakby z pogardą. To przygasiło jego pewność siebie i zmusiło wampira do przemyślenia kolejnych słów. Starał się zatem dobierać je jak najostrożniej.
- Właśnie dlatego, że to moja była, postanowiłem się wtrącić - zaczął, spoglądając w końcu w oczy Kiraie. - Nie miałem ochoty słuchać i oglądać waszych przepychanek. Naprawdę chciałaś z nią walczyć po jednym, niepełnym dniu tłuczenia sobie tyłka o deski? Ona jest zawodowym szermierzem, sam nauczyłem ją kilku ruchów. W pojedynku z Erlonem postawiłem na ciebie swój przyszły łup, ponieważ raz: zamierzałem oszukiwać, stąd moje podpowiedzi dla ciebie i dwa: Erlon doskonale wie gdzie by skończył, gdyby cię pokaleczył. Nie wmów sobie tylko, że w ciebie nie wierzę, ale jesteś, patrząc w doświadczeniu, za smarkata na wzorowego pirata. Nie ważne jaki miałaś plan, czy zyskałbym kolejny okręt, czy stracił swój. Liczy się tylko to, że nie pozwoliłem cię zaszlachtować w "uczciwym" pojedynku.
Kiedy jego partnerka? wyrzuciła z siebie dalsze żale i zatrzasnęła mu trumnę przed oczami, Barbarossa zacisnął pięść i uderzył w spód wieka. Podziwiał Jokara, że ten potrafi wytrzymać z czterema żonami, kiedy on kiepsko sobie radzi z jedną kobietą. Zależało mu na Kiraie, bardziej niż na dotychczasowych miłościach, ale jednak jego mentorzy mieli rację i trzymanie kochanki na okręcie prędzej czy później ściąga kłopoty.
Z niemałym wysiłkiem emocjonalnym, Barbarossa ruszył wieko i wstał, a po chwili był już za plecami dziewczyny.
- Jeśli ci ze mną źle, możesz odejść. Nigdy nie trzymałem kobiet wbrew ich woli. - Bo do porwanej szybko docierało, że lepiej zostać na Nautiliusie, niż samej szukać drogi do domu z pomocą obcych piratów. - W Limarii znajdziesz statek, który zabierze cię do Leonii. Król z pewnością wybaczy twojemu ojcu zdradę, odda ziemię i przywróci tytuł, tak jak jego poprzednik uczynił ze mną. Nie puszczę cię jednak bez pożegnania. Jesteś dla mnie ważna. Kocham cię - dodał, ciaśniej obejmując ją w biodrach, kiedy nagle poczuł mrowienie w podstawie kręgosłupa.
Barbarossa cofnął się o krok i próbował strzepnąć z dłoni nieobecne fragmenty sierści, które szybko przestały być niewidoczne. Zaczął się kurczyć, obrastając czarnym, lśniącym futrem. Już po dwóch oddechach jego ubranie bezwładnie opadło na podłogę, ponad głową zastrzygły uszy, a z tyłu wystrzelił ogon. Miauknął żałośnie zamiast siarczyście zakląć i wygrzebał łapy z rękawa płaszcza. Świat oglądany oczami kota zawsze go nieco przytłaczał. Wszystko było takie duże, jednocześnie odległe i bliskie, a dźwięki mieszały się z zapachami. Jego uwaga w pełni skupiła się na przelatującym nisko owadzie, dopóki drzwi do kajuty nie otworzyły się z cichym piskiem.
To był Rafael, który na widok kota westchnął z politowaniem i wziął zwierzaka na ręce.
- Za trzy godziny będzie rozlew krwi, a jemu się zebrało na uczucia - rzucił bez cienia pretensji w stronę elfki i podrapał malucha za uchem. Wiedział, że dziewczyna czuła coś więcej do kapitana i z całego serca jej kibicował.
- Spróbuj do niego przemówić. Może wróci - polecił. - I lepiej nie pokazuj się Borsobiemu na oczy. Jest poddenerwowany tamtym okrętem i tymczasowo przejął dowództwo. Menurka jest w lecznicy, pomaga mi zabezpieczyć ładunek leków, a twój ojciec pilnuje mostku z panem Hornerem.
Czarodziej jako jeden z trzech nigdy nie panikował, choć w sprawach walki miał naturę tchórza. Pierwszą osobą, z wiadomych kocich spraw, był kapitan, a drugą rybi bosman, którego człowieczeństwo czasami stawało pod znakiem zapytania. Dlatego też swoje słowa do Kiraie kierował na spokojnie, jakby tego typu sytuacje były na porządku dziennym.
- Kasino zaraz przyniesie ci coś do jedzenia - dodał jeszcze i zanim wyszedł, oddał elfce kota-kapitana.
Awatar użytkownika
Kiraie
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 102
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kiraie »

        - Ty chyba sobie ze mnie kpisz - oburzyła się jeszcze bardziej i wzięła od niego butelkę wina tylko po to, by odstawić ją na bok i "przypadkiem" nie roztrzaskać mu nią głowy. - Czy ty masz w ogóle świadomość, że jestem w tej chwili na ciebie zła? - zapytała retorycznie, choć biorąc pod uwagę to jakim lekkoduchem był Barbarossa mogłaby się okazać, że w ogóle tego nie zauważył. Oni naprawdę byli parą, czy to się tylko elfce przyśniło i teraz tylko robiła z siebie idiotkę przed hersztem piratów.
        - Jak ja niby mam być piratem, kiedy ty nie chcesz żebym nim była?! - zapytała z wyrzutem, bo już kompletnie przestawała go rozumieć. Najpierw traktuje ją jak księżniczkę, po tym jak zwykłą służkę, żeby chwilę później znów stawiać jej dobro i bezpieczeństwo na pierwszym miejscu. - Gdybyś pozwolił jej mnie zabić, miałbyś przynajmniej jeden problem z głowy - mruknęła cicho pod nosem, bardziej do siebie, niż do niego. Zastanawiała się czy jej bura ma w ogóle jakikolwiek sens. Po nim przecież to wszystko spływało jak po kaczce, a elfka tylko niepotrzebnie zdzierała sobie gardło i się denerwowała.
        Czy oczekiwała od niego zbyt wiele? Nie zależało jej by porzucił swoją piracką ścieżkę i z diabła stał się aniołem, chciała jedynie szczerości i konsekwencji. Miała co do tego ogromne wątpliwości po tym co się stało. I po tym co powiedział o treningu z Erlonem. Jak, do diabła, miała się czegokolwiek nauczyć, gdy jej nauczyciel dawał jej fory i bał się cokolwiek jej zrobić tylko przez to, że niby była partnerką ich kapitana. To, że raz czy dwa się z sobą przespali, prawdopodobnie i tak nic nie znaczyło, bo nie przypominała sobie, by z Barbarossą jakoś oficjalnie zadeklarowali, że są w związku, który obejmowałby coś więcej, niż dzielenie z sobą łoża. Czy kiedykolwiek powiedział jej w ogóle, że ją kocha? Chyba nie, a jeśli tak było to zapewne na tyle rzadko, że Kiraie nie była w stanie o tym pamiętać. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ilość i intensywność ostatnich wydarzeń. Miała więc prawo zwątpić w to, czy coś takiego miało miejsce i co do prawdziwości uczucia, jakim darzył ją wampir.
        Zatrzasnęła wieko, by już dłużej nie "przeszkadzać" kapitanowi i ocierając dłonią załzawione oczy skierowała się w stronę wyjścia. Lekko podskoczyła wystraszona, gdy usłyszała nagle głośne łupnięcie w trumnie, ale starała się zignorować ten fakt i nie dać po sobie poznać, że się zlękła. Nie zdążyła jednak opuścić kajuty kapitana, a nawet została przez niego przed tym powstrzymana. Stała więc nieruchomo, gdy ten ją od tyłu obejmował.
        - Ty chyba sam nie wierzysz w to co mówisz, Caster. Nikt nie wybacza zdrajcom, a już w szczególności nie zawiedzeni możnowładcy - odpowiedziała, ani trochę nie przekonana słowami wampira o tym, że z ojcem i jego załogą mogliby wrócić do Leonii jakby nigdy nic. Jeszcze bardziej chyba jednak wątpiła w to, co powiedział na samym końcu. - Szkoda tylko, że muszę być na ciebie wściekła, by to od ciebie usłyszeć - burknęła przygaszona i bez większego trudu odsunęła się od Barbarossy, skoro ten poluźnił swój chwyt.
        Już chciała nacisnąć na klamkę i wyjść z kapitańskiej kajuty, nie patrząc za siebie, ale ten odgłos upadającego na podłogę materiału, a po nim donośne miauknięcie... Obróciła się zaintrygowana, a gdy spostrzegła wygrzebującego się ze sterty ubrań kota, westchnęła ciężko.
        - Jesteś beznadziejny, wiesz? - powiedziała do niego i zamierzała kucnąć, by wziąć go na ręce, ale w ostatniej chwili odskoczyła nim wpadł na nią wchodzący do kajuty Rafael.
        - Taki już nasz "kochany" kapitan - mruknęła z pozbawionym jakiegokolwiek przekonania naciskiem. - Nic nie obiecuję, wiesz jaki on jest - nikogo nie słucha i robi co mu się żywnie podoba. W sumie nie dziwię się, że zmienia się akurat w kota. Ta postać idealnie odzwierciedla to, jaki jest - prychnęła nieco złośliwie, lecz kiwnęła głową na znak, że postara się przywrócić kapitana do "normalności".
        - Dziękuję, nie musi. Nie jestem głodna - odparła wyraźnie przybita. Miał już dość tego wszystkiego, była tym zwyczajnie zmęczona. Wzięła od niego Kotrossę i stała tak przez chwilę. - Rafaelu... - zaczepiła go, nim wyszedł. Posadziła kociego kapitana obok i przytuliła się do maga. - Dziękuję ci, że w ogóle jesteś - powiedziała i jakby od razu zrobiło jej się lepiej.
        Wypuściła czarodzieja, raz jeszcze podziękowała i z powrotem wzięła na ręce niesfornego kapitana. Podrapała go za uchem i patrzyła na niego przez moment zastanawiając się co ma w ogóle z nim począć. Szybko jej jednak przyszło coś do głowy, czego nie zamierzała ukrywać, bo spojrzała na futrzaka szczerząc się złowrogo.
        - Skoro Adewall jest taki poddenerwowany obecnie, to mielibyśmy ogromne kłopoty gdyby dowiedział się, że jesteś kotem, prawda? - zwróciła się w stronę trzymanego na rękach krwiopijczego kota. - Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji, prawda kapitanie Kosterze Kotrosso? - uśmiechnęła się do niego słodko. Idealna okazja by dać mu nauczkę.
        Nie wypuszczając go z rąk, zgarnęła wszystkie rozrzucone na ziemi po przemianie ubrania, zawinęła w nie butelkę z krwią, której Barbarossa nawet nie zdążył sobie odtworzyć w trumnie i się napić, po czym chowając to wszystko w prześcieradło, a kota wpychając sobie pod bluzkę, wychyliła głowę za drzwi od kajuty. Omiotła spojrzeniem czy jest względnie bezpiecznie, czy zdoła uniknąć wzroku swojego ojca i minotaura, po czym przemknęła szybko z całym zgarniętym wcześniej inwentarzem przez pokład, by zaraz znaleźć się pod nim i zgarnąć na bok Menurkę.
        - O! Kotek! - zawołał chłopiec, gdy schowali się w za skrzynkami niedaleko miejsca, gdzie blondyn był skuty łańcuchami. - Nie wiedziałem, że na statku jest kot. Biedak, pewnie przez przypadek tu zawędrował, gdy Wyzwolenie stało zacumowane w porcie. A co jeśli, komuś uciekł i teraz go szukano? - zmartwił się i posmutniał.
        - Mogło być tak jak mówisz i nie masz się czym przejmować, jak kocha to sam wróci... do swoich właścicieli, musimy tylko przypilnować by się nigdzie nie zgubił, ani by nie wpadł przez "przypadek" do wody - powiedziała elfka, po której w ogóle nie było widać, że jeszcze chwilę temu była wściekła i przybita.
        - Czemu mówisz to takim tonem? - spojrzał na nią badawczo, nieco zaniepokojony.
        - A tak mi się powiedziało. Nazywa się Łajdak. Zechciałbyś może się z nim trochę pobawić? Ja pomogę trochę przy rannych - zaproponowała pogodnie przekazując kota w ręce Menurki.
        - Pewnie! Tylko... powiedz po co ci te wszystkie rzeczy? - zapytał wskazując przyniesiony przez elfkę tobół zawinięty w prześcieradło.
        - A tak dla śmiechu - odparła i wstała z miejsca, głaszcząc po włosach chłopaka. - Dzięki Menuraka, dobry z ciebie przyjaciel. Jakby działo się z nim coś dziwnego, zakop go w tych rzeczach i przyjdź po mnie.
        - D-dobrze... - odparł niezbyt przekonany, ale zaraz wzruszył ramionami i skupił się na głaskaniu i zabawie z Łajdakiem, ruszając mu przed pyszczkiem kawałkiem jakiegoś sznurka i zabierając go, by kociak nie mógł go złapać, a później przesuwał nim po ziemi, by zachęcić zwierzaka do "polowania" na kawałek ruszającego się sznurka.
        Kiraie w tym czasie, tak jak powiedziała, poszła pomóc nieco Rafaelowi czy to przy rannych czy z zabezpieczeniem ładunków z lekami, o którym wspomniał gdy przyszedł do kajuty wampira.
Awatar użytkownika
Barbarossa
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Barbarossa »

- Prawdziwy, podręcznikowy pirat - podsumował czarodziej zaraz po tym, jak Kiraie krótko i trafnie oceniła charakter jego kapitana. - On sam jest sobie sterem, marynarzem i okrętem. Człowiek, który najbardziej ze wszystkiego na świecie ceni swoją wolność i gotów jest za nią umrzeć. Nic innego nie ma prawa się liczyć - dodał jeszcze, zerkając na dziewczynę z powagą ponieważ właśnie to stwierdzenie idealnie opisywało jej obecne położenie w życiu wampira.
Jako jednemu z nielicznych na tym statku, którzy otrzymali w drodze przez życie wyższe wykształcenie niż otwieranie skrzyń krzywym wytrychem, Rafaelowi przypadła fucha stawiania na nogi rannych towarzyszy oraz dbania o ich komfort psychologiczny, co z koleji nie było takie łatwe, biorąc pod uwagę środek dyscyplinarny (gruby skórzany bat), stosowany nacodzień przez Borsobiego, a także psychopatyczne postrzeganie świata przez młode trytony, które zbyt długo przebywały w towarzystwie Jokara. Doprawdy, jeden szaleniec im w zupełności wystarczał. Zakres obowiązków obejmował także szczere rozmowy z kapitanem, z których magowi udało się ustalić, że jeśli Barbarossie na czymś lub kimś mocno zależy, trzyma to bardzo blisko siebie i chroni na swój własny, ekscentryczny sposób. Tego jednak Rafael nie chciał tłumaczyć swojej nowej przyjaciółce głęboko wierząc, że ona sama do tego dotrze i że zrozumie postępowanie wampira. Do tego czasu zamierzał biernie obserwować rozwój wydarzeń.
- Nie masz mi za co dziękować - mruknął, oddając uścisk i uśmiechając się. - Choć faktycznie, gdyby nie ja, ten kot nie miałby już kilku swoich żyć.
Potem czarodziej zniknął i zabrał się do pracy nad zabezpieczaniem swojej pracowni. Na którą półkę by nie spojrzał, flakony pełne odczynników, mazi i mikstur kołysały się w rytmie uderzających o burty fal. Wyciągając zewsząd kolejne wypchane sianem kufry, Rafael pakował do nich wszystko, co nie było meblem, w tym także aparytury do ważenia i książki.

W tym samym czasie kwatermistrz przysposabiał okręt do bitwy. Poganiana jego rykiem załoga ładowała armaty, ostrzyła broń i stawiała barykady ze wszystkiego co było pod ręką. Ich przeciwnikiem był Bezgłowy Jeździec, chluba floty królestwa Arrantalis, którego kapitan nie przestrzegał żadnych zasad prowadzenia morskich wojen jeśli chodzi o starcia z piratami. Uważał ich za niegodnych dżentelmeńskiego traktowania. Pewnikiem było, że zacznie strzelać gdy tylko Wyzwolenie znajdzie się w zasięgu dział.
- Ładować kartacze! - wykrzykiwał minotaur, pod którego kopytami niektóre z desek pokładu aż trzeszczały. - Przygotować butelki z rumem i palnym olejem! Jokar, do mnie!
Wezwany bosman, wciąż wyglądający jak potępieniec z powodu świeżych strupów i starych blizn na zielonkawym ciele, stawił się błyskawicznie u jego boku. Jak zwykle milczał, ale jego postawa i spojrzenie sugerowały pełną gotowość do walki.
- Znajdź kapitana i powiedz swoim ryboludziom, żeby byli gotowi na manewry.
Tryton kiwnął głową i równie szybko, co się pojawił, zniknął. Pierwsze zadanie wydawało się proste bo kiedy kapitan schodził ze słońca, zamykał się w trumnie z butelką posoki i drzemał lub czytał. Regeneracja utraconej na świeżym powietrzu warstwy skóry zajmowała mu średnio trzy, czasem cztery godziny, w zależności od ilości wypitej krwi. I właśnie tam go nie było.

Czarny kot polował na zawiązaną na końcu sznurka pętelkę, ku uciesze besti-dzieciaka-przybłędy i wbrew buntowi, który podnosił się z tyłu jego świadomości. Niestety zamknięty na cztery spusty umysł wampira nie mógł w żaden sposób przejąć kontroli nad ciałem. Wciąż otrzymywał jednak sygnały i konkretne informacje o tym, co ono wyczynia. Kobieta, do której coś czuł potraktowała go jak zwykłą zabawkę, oddając w ręce Menurki, chociaż doskonale wiedziała, że proces bycia kotem nie należy do najprzyjemniejszych. Jest wręcz poniżającą katorgą, ale może rzeczywiście na to zasłużył, nie zachowując się należycie w stosunku do Kiraie. Bądź co bądź nie odeszła od niego, a jemu naprawdę zależało, tylko nie potrafił albo nie chciał tego należycie okazać.
Zaspokoiwszy z czasem swój łowczy instynkt, kot przeciągnął się i ułożył jak do snu przy nodze chłopca, kiedy nagle targnęło nim na boki. Tym razem wszystko zaczęło się od rozmiaru - zwierzak zaczął intensywnie rosnąć i nerwowo miauczeć, próbując zrozumieć co się dzieje. Kiedy osiągnął rozmiar właściwy psu, próbował stanąć na tylnych odnóżach, kiedy nagle ktoś zwalił mu na głowę worek.
- Cholera jasna - wydusił wampir przez cofające się, kocie zęby, a następnie podparł się na już ludzkich rękach i dźwignął ciało ku górze.
Kątem oka widział, jak Menurka wybiega ze swojej "celi", w progu o mały włos nie wpadając na trytona, który przyszedł z pomocą swojemu kapitanowi.
- Jeden rozkaz i mały zniknie - szepnął bosman, odkorkowując wampirowi butelkę posoki, kiedy ten zapinał płaszcz i poprawiał kapelusz.
- Zostaw go - nakazał Barbarossa i pociągnął z butelki. - Mamy ważniejsze sprawy na głowie. Doganiają nas?
Tryton potwierdził skinieniem głowy i na palcach wskazał liczbę dwa, informującą ile mniej więcej czasu im zostało.
- Wyślijcie gołębia do Limarii. Niech przyślą tu kogokolwiek. Adewall ma szykować kontruderzenie, Kasino i jego siepacze idą w pierwszej linii. Szarżą. My unieruchomiamy ster i atakujemy tyły.
Dobrze jest wrócić, pomyślał pirat, lekko chwiejnym krokiem wychodząc na główny pokład. Ktoś przyniósł mu broń, a kto inny drugą butelkę, tym razem z rumem.
- Awerker do mnie! Znasz ten statek jak własną kieszeń. Zrób wszystko żeby zyskać na prędkości. I powiedz Hornerowi, żeby już teraz zawracał na czołowe.
- No dobra, chłopcy! - zawołał do krzątających się po pokładzie rzezimieszków, którzy zamarli w trakcie wykonywanych zadań. - Tym razem zrobimy to z głową. Bierzemy jeńców i całe złoto. W Limarii dobrze nam zapłacą za niewolników.
Odpowiedziały mu uśmiechy. Barbarossa wręcz kochał mentalność kolegów po fachu. Złoto, kobiety, rum i ocean. Nic więcej mężczyźnie do szczęścia nie było potrzebne. Rzadko kiedy jednak dało się połączyć cztery miłości na jednym statku.
- Idziemy! - Nie czekając dłużej na nikogo, wampir zrzucił płaszcz, chwycił w zęby rękojeść szabli i razem z trytonami stanął na balustradzie. Odczekał kilka minut i dał sygnał, po którym sześcioosobowy oddział wyskoczył za burtę.
Awatar użytkownika
Kiraie
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 102
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kiraie »

        - Oj żebyś wiedział, że już kilka żyć by stracił – burknęła pod nosem, ale zaraz się uśmiechnęła przyjaźnie do czarodzieja, gdy odchodził.
        Gdy została w kajucie sama z kocurkiem, spakowała do tobołka z prześcieradła wszystkie porzucone przez swojego… lubego rzeczy wraz z butelką krwi i spojrzała na niego, siadając na moment na krawędzi łóżka. Dopadła ją… chwila zwątpienia. Rodzice nie tak ją wychowywali. Ojciec to tam jeszcze, bo gdy mieszkali w Danae cały czas zajmował się sprawami komanda, a po przeprowadzce do Leonii… Tu to wiadomo – Rion ciągle albo w koszarach czy karczmie ze swoimi ludźmi, albo na bezkresnych wodach oceanu. W tej chwili więc najbardziej zawiedziona zachowaniem elfki byłaby jej matka, która obecnie pewnie się w grobie przewracała.
        - I patrz do czego doprowadziłeś… - powiedziała smutno, patrząc w błyszczące kocie oczy.
        Westchnęła ciężko i przytuliła kociaka delikatnie do siebie, gotowa porzucić swój misterny plan zemsty na Barbarossie, ale…
        W sumie to po chwili jej przeszło, gdy uświadomiła sobie, że Barbarossa, albo którykolwiek z piratów z jego załogi na pewno by się nie zastanawiali nad słusznością raz podjętej zemsty. A skoro ona miała być jedną z nich, nie mogła się wahać i cofać przed tym co zdecydowała. Wymagała od Barbarossy konsekwencji, a sama nie była konsekwentna w swoich działaniach.
        Hmm… kto wie, może to będzie mały krok jako Kiraie-piratki, ale także naprawdę wielki dla Kiraie-przed-poznaniem-Barbarossy. Od czegoś wypadałoby w końcu zacząć swoje nowe pirackie życie, a skoro szanowny pan kapitan nie pozwala jej ani uczyć się pirackiego fachu, przez choćby porządną naukę walki czymkolwiek, już nie wspominając, że nie daje jej uczestniczyć w walce wraz z resztą załogi. Co prawda pewnie Barbarossa nie ogarnie swoim kocim rozumkiem tego wszystkiego i na pewno dziewczyna nie miała co liczyć na pochwałę z jego strony (już pomijając fakt, że wampir kochał wyłącznie siebie i złoto), ale nie robiła tego dla niego. Robiła to głównie dla siebie, dla własnej satysfakcji, przez własną urażoną dumę. No i może też ociupinkę dla zabawy.
        Zabrała pod pachę tobół z rzeczami kapitana, wepchnęła go sobie pod koszule i ostrożnie opuściła kajutę. Przemknęła cichaczem przez pokład, co nie było wcale trudne przez panujący na głównych deskach harmider, po czym umknęła pod pokład do swojego rogatego przyjaciela. Ten był jednocześnie uradowany i zaskoczony widokiem kociaka, nie trudno też było przeoczyć, że się naprawdę martwił skąd futrzak się tu wziął i jak bardzo musieli się teraz o niego martwić jego właściciele. Chyba nie powinno nikogo dziwić, że pożerająca głównie ludzi bestia, będzie okazywała szczere uczucia wobec jakiegokolwiek zwierzaka. Menurka przecież po części sam był zwierzęciem. I to może nawet groźniejszym od niedźwiedzia, którego wybudzono ze snu zimowego.
        Chłopak po krótkiej wymianie zdań z elfką, zaopiekował się czarnym futrzakiem, oddając się beztroskim wygłupom i zabawie z nowym przyjacielem, dzięki któremu nie czuł się już tak samotny. A miał prawo się tak czuć, skoro trzymano go pod pokładem, z dala od innych i jedynie Kiraie starała się być do niego przyjaźnie nastawiona, nie traktowała go z góry jak żądnego mordu potwora. W porządku, może i był pożerającą ludzi bestią, ale przecież nie on decydował o tym, jaki się urodził. Nie powinno to mieć w ogóle znaczenia skoro przygarnęli go i wychowali ludzie, przez co bardziej czuł się właśnie człowiekiem, niż potworem. Chociaż większość i tak widziała w nim jedynie potwora, więc czy w ogóle był sens udawać na siłę kogoś, kim tak naprawdę nie był i nigdy nie będzie?
        Spojrzał smutno na kładącego się do snu obok niego kotka, głaszcząc go delikatnie po grzbiecie i drapiąc za uchem. Sporadycznie zerkał zza skrzyń jak Kiraie uwija się z Rafaelem, pomagając mu przy zabezpieczaniu rannych i medycznych szpargałów czarodzieja. Nagle jednak z Łajdakiem zaczęło dziać się coś dziwnego i sam kocurek wydawał się być tym mocno zaniepokojony. Menurka poderwał się na równe nogi przerażony, ale zaraz przypomniał sobie zalecenia Kiraie i zakopał go pod rzeczami przyniesionymi przez elfkę. Na szczęście zakopana w ciuchach butelka nie uderzyła zmieniającego się zwierzaka w głowę i jednocześnie była tak opatulona materiałem, że się nie potłukła po upadku na ziemię.
        Pobiegł po tym czym prędzej po Kiraie, gdy dość sporych już rozmiarów kot, stanął nagle na tylnych łapkach. Wybiegając, omal nie wpadł na Jokara, którego w ostatniej chwili zdołał wyminąć, prawie tracąc równowagę już kilka sążni za nim, ale jakoś udało mu się utrzymać na nogach i pognał jak szalony dalej.
        - Kiraie! - zawołał, biegnąc w stronę elfki, z ledwością udało mu się wyhamować i nie potknąć się o skrzynki stojące na podłodze.
        - Menurka? Coś z kapi... z Łajdakiem się dzieje? Gdzie on teraz jest? Jest bezpieczny? - zapytała z napięciem, obejmując przytulającego się do niej, spanikowanego chłopca.
        - On... nagle zaczął rosnąć i... powiedział "cholera"... - mówił nerwowo, nie mogąc się uspokoić. W sumie nie dziwiła mu się, musiał być w szoku, bo przecież koty nie często zaczynają nagle od tak sobie rosnąć. Pogładziła Menurkę po włosach i pochyliła się by być na wysokości jego twarzy. Zabawne, że w ludzkiej postaci był z niego taki kurdupel, podczas gdy w swojej prawdziwej formie miał praktycznie na oko był wielki chyba ze dwa razy większy od ludzkiego Menurki, ale nie była do końca pewna, bo nie często widziała go w prawdziwej postaci.
        - Spokojnie Menurka, nic się nie stało. Powiedz, jest teraz bezpieczny? - spytała, chcąc mieć pewność, że jej ukochanemu nic złego nie grozi podczas powrotu do siebie i by po części zagłuszyć wyrzuty sumienia. To chyba jednak nie był najlepszy pomysł, by wykorzystywać przemianę Barbarossy w kota w ramach zemszczenia się na nim.
        - Tak... chyba tak. Jokar nie jada kotów prawda? - odpowiedział i spojrzał na Rafaela, wiedząc, że on będzie lepiej wiedział, czy tryton był zdolny do wywalenia kota za burtę albo do zasztyletowania go na miejscu.
        Teraz to Kiraie była mocno przerażona. Złapała gwałtownie chłopca za ramiona, by pochwycić jego spojrzenie. Aż podskoczył wystraszony w miejscu i patrząc w jej pełne strachu i napięcia pistacjowe oczy, wcale nie czuł się lepiej.
        - Zaraz. Jokar tam był? - przełknęła z obawa ślinę i zerknęła na Rafeala, mając cichą nadzieję, że w razie czego będą mogli liczyć na jego wsparcie. - O oł... - wymsknęło jej się, gdy chłopiec pokiwał głową. Teraz już wiedziała, że to był definitywnie głupi pomysł. Jeśli Jokar tam był... chyba mieli ogromne kłopoty. Ona miała.
        Puściła Menurkę, przerosiła Rafaela, że na ten moment nie będzie mogła mu dalej pomagać, ale nakazała Menurce siebie przy tym zastąpić. Dziewczyna natomiast zamierzała rozeznać się w sytuacji, jak bardzo przechlapane miała, by wymyślić odpowiedni plan do zażegnania kłopotów. Poszła tam gdzie ostatnim razem widziała kapitana Kotrossę, ale ani go ani Jokara tam już nie było. Wychyliła głowę na główny pokład, a widząc wszechobecny harmider i poruszenie... stwierdziła, że bezpieczniej będzie jej przy czarodzieju. Pacyfista przecież nie pozwoli, by ścięto im głowy, prawda? Tym bardziej, że z tego co widziała, Barbarossa rozmawiał z jej ojcem. Wolała nie znajdować się w zasięgu rażenia ich obu.

        Rion szykował się ze swoimi ludźmi do walki, gdy został zawołany przez Barbarossę. Z początku chciał go zignorować i udawać, że nic nie słyszał przez wrzawę na statku, ale ostatecznie odpuścił, bo sprzeciw, nie przyniósłby mu niczego dobrego. Może i był na swoim statku, ale na pewno nie do końca na nim rządził. Podszedł od niechcenia do wampira i spojrzał na niego, słuchając rozkazu.
        - Mam nadzieję, że wiesz co robisz - burknął na odchodnym i zaraz przystąpił do realizacji poleceń.
        W pierwszej kolejności poszedł przekazać Hornerowi rozkazy, by zaczął szarżować Wyzwoleniem na Bezgłowego Jeźdźca. Po tym sprawdził wiatr i powrócił na główny pokład zgarniając cześć swoich ludzi, którym kazał poprzesuwać olinowanie przy bukszprycie, by poluzować nieco główne żagle i by więcej wiatru mogło w nie dmuchać, przez co okręt powinien być pchany z większą siłą do przodu, a co za tym idzie sporo zyska na prędkości. Do tego jeszcze kilku innym kazał rozwinąć blind żagiel, który nie tylko zasłoni nieco przeciwnikom co się działo u nich na pokładzie, ale również przyczyni się do zwiększenie prędkości okrętu.
        Na koniec podszedł do rosłego mężczyzny o niedźwiedziej posturze z zawiązanymi ciemnogranatową przepaską oczami ze swojej załogi i nakazał mu narzucenie na blind żagiel zaklęcia, dzięki któremu załoga Wyzwolenia będzie mogła widzieć przez niego jak przez okno, podczas gdy dla wrogiej jednostki nadal będą zasłonięci grubym, białym płótnem żagla, na którym podobnie jak na głównym, widniał tęczowy feniks. Gdy wszystko było gotowe, wyjął swoje dwie szable i stanął w pierwszej linii gotowy na atak.
Awatar użytkownika
Barbarossa
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Barbarossa »

- Kot raczej by mu zaszkodził - odpowiedział czarodziej, upychając pod swoją koją kolejną skrzynię pełną bandaży, którą zaraz dodatkowo przypiął łańcuchem do ściany. - Trytony i syreny żywią się głównie owocami morza. Jedzenie z lądu powoduje u nich lekką niestrawność, a sam zapach często odbiera apetyt. Z resztą z tego co się orientuję, kocie mięso nie smakuje najlepiej i jest ciężkostrawne - kontynuował swobodnie wypowiedź, jednocześnie wkładając do wypchanej sianem beczki po rumie flakony z miksturami, kiedy nagle jego mózg przeanalizował pytanie chłopca słowo po słowie.
Odkładając na bok trzymaną w rękach torbę, Rafael podrapał się zakłopotany po karku, udał, że wypatruje czegoś konkretnego na suficie i dopiero wtedy, bardzo powoli, wypuścił powietrze z płuc.
- Nie jada, ale załoga często przypisywała mu akty kanibalizmu - powiedział smętnie i bez cienia żartobliwego tonu (zapewne też nie pomagając nikomu tą odpowiedzią) ponieważ nikt tak naprawdę bosmana nie znał. Może z wyjątkiem kapitana Barbarossy. Pradawny nie był w stu procentach pewien czy nawet żony trytona były świadome za kogo wyszły.
Dodając sobie dwa do dwóch, okrętowy medyk podszedł do elfki i chłopca i w geście pocieszenia położył im dłonie na ramieniu.
- Kapitan nie goni za zemstą. Nie jest mściwy, wystarczy go przeprosić. Co się zaś tyczy ciebie - spojrzał na dziewczynę z nutą współczucia. - Wóz albo przewóz. Porwaliśmy cię, a ty zostałaś. Barbarossa nie okazuje tego należycie, ale chyba już podjął decyzję. Teraz twoja kolej. I mówię ci to właśnie teraz, bo JEŚLI nasz kapitan wróci z tej rzezi, będzie odmieniony. Pohamowywał piracki styl życia dla ciebie, a teraz do niego powróci. Znów poczuje co znaczy siec, palić i pić. I dobrze by było, aby ktoś go czasem uspokoił.
Rafael nie mógł sobie znaleźć lepszej chwili na przeprowadzenie tej rozmowy, ale bierne przyglądanie się relacji wampira i elfki powoli i jemu działało na nerwy. Był lekarzem, także tym od chorób i zawiłości psychicznych, a skoro cała łajba działała jak jeden organizm, choroba pojedynczej jednostki mogła wszystko popsuć. Kapitana nie było stać na romantyczne wyznanie w cztery oczy, chyba, że padało w alkowie, co rozsadzało go wewnętrznie. Czarownik to widział, a że dodatkowo kibicował temu związkowi to nie widział przeszkód, aby się nie wtrącić.
- A na zostanie piratem jeszcze znajdziesz czas. W Limarii takich okazji ci nie zabraknie, możesz mi wierzyć - rzucił jeszcze za odchodzącą dziewczyną, zaciągając Menurkę do roboty przy zabezpieczaniu ładunku medykamentów.

- Ja też - odparł wampir byłemu admirałowi, a tuż przed skokiem wywołał jeszcze minotaura. - Adewall, okręt jest twój!
- Tyle to ja sam wiem! Wróć mi tylko żywy! - ryknął kwatermistrz, podnosząc gołymi rękoma jedną z armat, aby zrobić miejsce beczkom mającym posłużyć za fortyfikacje. Rzeczony przedmiot i jeszcze jeden tej samej kategorii, tyle że ciągnięty siłą dwunastu marynarzy został przeniesiony na dziób i ustawiony jako dodatkowe wsparcie ognia. W tym samym czasie Kasino i jego pobratymcy uporali się z drewnianym trapem, dodając mu parę stalowych haków z zębiskami.
- Cały najlepszy sprzęt został na Nautiliusie - mruknął krasnolud - ale ten też się nada. Zaczepimy się o bukszpryt i nie czekając aż się odbijemy, rozpoczniemy abordaż.
- Zmiana planów - zakomunikowała prawa ręka kapitana. - Barbarossa zszedł pod wodę. Trap zaczepicie o burtę. Idziecie w pierwszej linii. Falangą.
- Prostopadle? Zestrzelą nas!
- Nie zestrzelą. Już jego w tym głowa. Wystrzał z przednich armat to sygnał. Rąbiecie falangą i robicie miejsce dla reszty.
- Bierzemy jeńców?
Adewall przemyślał ten rozkaz, zerkając z ukosa na Awerkera. Były admirał w czasach służby zapewne pozostawał w niezłych stosunkach z admirałami innych królestw walczących aktywnie z piractwem. Nie wykluczone, że w jego móżdżku powstawał plan na pozbawienie ich życia, jednak czy na pewno gotów był ryzykować bezpieczeństwo córki i dzieciaka dla własnej zemsty?
- Bierzemy. Rozkaz kapitana.

W tym samym czasie kapitan, podtrzymywany, czy też raczej ciągnięty przez dwóch trytonów (jako wampir nie dorównywał im umiejętnościom pływackim) z każdą minutą zbliżał się do wrogiego okrętu. Do krwawej potyczki pozostało niewiele ponad półtorej godziny, oba statki nabierały prędkości. Niestety pod wieloma aspektami Bezgłowy Jeździec przewyższał Wyzwolenie. Między innymi liczbą dział i załogi. Piraci nie zamierzali jednak grać czysto. Pod osłoną głębiny, Barbarossa i jego ludzie mieli w planach zakraść się na wrogi okręt i nieco namieszać, aby wyrównać szanse. W tym celu podzielili się na dwa zespoły.
Pierwszy, dowodzony przez Jokara popłynął przodem i przyczaił się tuż pod lewą burtą, wbijając w poszycie swoje noże.
Drugi, na czele którego stał Caster, opłynął okręt i uczepił się steru.
W wodzie zamigotały szable, oczekujące na sygnał do wykonania jednego z najbardziej niebezpiecznych manewrów z dziedziny sabotażu. Podczas gdy nieumarły zablokuje ster, zmuszając Bezgłowego Jeźdźca do stanięcia bokiem do nadpływającego wroga, naturianin i jego kompani wyskoczą i wspinając się po burtach, zaczną odcinać klapy luk armatnich aby uniemożliwić wystrzelenie salwy. Czasu na reakcję ze strony Wyzwolenia nie będzie jednak więcej, niż dziesięć sekund, ponieważ dla skutecznego pogrążenia wroga w chaosie będą musieli wystrzelić z przednich armat na mrugnięcie przed taranowaniem, nie ważne kto aktualnie znajdzie się na linii strzału. Wróg czy uczepieni jeszcze burty trytoni z ich własnej załogi. W boju trzeba się liczyć z każdym kosztem.
Awatar użytkownika
Kiraie
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 102
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kiraie »

        Odpowiedź Rafaela spowodowała, że Menurka odetchnął z ulgą. Czyli Łajdak będzie bezpieczny tak jak prosiła Kiraie, to było naprawdę pocieszające. Zaraz po tym w wielkim skupieniu, podobnie z resztą jak Kiraie, słuchał małego wykładu na temat diety mieszkańców głębin. Skrzywił się lekko zniesmaczony, gdy pomyślał o tym, że nie mógłby korzystać z różnorodności smaków, jaką ofiarował stały ląd, a miał się żywić jedynie wodorostami, mięczakami i rybami.
        - Ryby to też owoce morza czy w przypadku syren i trytonów podchodzi to pod kanibalizm? - zapytał bez namysłu, bo w sumie o mieszkańcach głębin mówiło się, że to ryboludzie lub pół ryba, pół człowiek. Gnany dalej tą myślą, otworzył szerzej oczy i nabrał powietrza. - A Adewall? Czy Adewall je wołowinę? Jest taki wielki, że pewnie uwielbia jeść mięso na funty. Nie znam nikogo, kto byłby tak silny i nie jadł mięsa, ale... wołowina jest z krów i tym podobnych, a minotaury to ludzio-byki, więc... - roztrajkotał się, podekscytowany tym do jakich wniosków doprowadził jego własny tok rozumowania. I z chęcią powiedziałby więcej, gdyby Kiraie nie zakryła mu dłonią ust. Nie wyglądała jednak na złą. Była może trochę zażenowana jego pomysłami, ale w jej pistacjowych oczach widać było skrzące się rozbawienie.
        - Już Menurka, spokój - nakazała łagodnie, a chłopiec westchnął i odpuścił. Nie to żeby ją nie interesowało, jak wyglądała kwestia jedzenia ryb przez trytony czy wołowiny przez minotaury, ale pytania młodego wendigo wydawały jej się niegrzeczne. Poza tym była pewna, że Jokar i Adewall raczej nie byliby zbyt zadowoleni, gdyby dowiedzieli się o takiej rozmowie na temat ich ras.
        Cały temat może i zakończyłby się w radosnej, przyjaznej atmosferze, jednakże czarodziej pozwolił sobie napomnieć o... niezbyt pocieszającej plotce, która krążyła wśród piratów. Menurka zadrżał w objęciach elfki, przełykając głośno ślinę, a Kiraie patrzyła z niedowierzaniem na pradawnego. Może i Jokar nie wzbudzał zaufania i sympatii, ale biorąc pod uwagę to, ile miał żon i jak wielkim uczuciem każda z nich go darzyła, ciężko jej było uwierzyć w to, jakim tak naprawdę niezrównoważonym psycholem mógł być w rzeczywistości tryton. Dziewczyna zaczynała mieć wątpliwości czy rzeczywiście dobrze robiła dążąc do tego, by to od Jokara uczyć się walki i ogólnie pojętego posługiwania się ostrzami.
        Jego nagłe położenie im oboje dłoni na ramionach w pierwszej chwili spowodowało, że Kiraie się wzdrygnęła wystraszona, lecz jak tylko spojrzała na czarodzieja, rzeczywiście zaczęła się uspokajać. Choć nadal gdzieś tam z tyłu jej głowy czaił się niepokój z powodu tego, czego właśnie się dowiedziała o Jokarze.
        Słuchając słów Rafaela, chłopiec spuścił ze skruchą głowę i machinalnie przeprosił pradawnego, obiecując, że już więcej tak nie postąpi. Dopiero po chwili zaskoczył i spojrzał pytająco na czarodzieja, nie do końca rozumiejąc o co mu chodziło. Czemu miałby się niby narażać na gniew kapitana Barbarossy, skoro on zostawił tylko jakiegoś kota, którego przyniosła mu Kiraie, z Jokarem. Chyba, że... Czyżby to był kot przywódcy piratów, a on go zostawił na łasce kanibalistycznego trytona?! Będzie musiał poszukać czy coś z kociaka w ogóle zostało i mocno się postarać z przeprosinami wampira, by ten go nie zabił.
        - Będzie odmieniony czy raczej będzie taki, jak na samym początku, gdy mnie porwaliście? - zapytała, patrząc poważnie na najlepszego przyjaciela z całej pirackiej załogi. Spuściła jednak po chwili nieco z tonu i westchnęła, przeganiając gniew na wampira. Barbarossa był piratem i wyglądał jakby naprawdę sprawiało mu to masę przyjemności. Wydawał się szczęśliwy. Czy naprawdę mogłaby żądać od niego zmiany? Zabronić mu bycia sobą? Lubiła Rafaela i naprawdę chciałaby spełnić jego prośbę, ale przez to jak bardzo kochała wampira, chyba nie byłaby w stanie tego zrobić. Nie mogłaby tak zranić nieumarłego.
        - Nic nie obiecuję Rafaelu. Wybacz - powiedziała z lekkim smutkiem, przygnębiona tym, że prawdopodobnie nigdy nie będzie w stanie spełnić prośby pradawnego. W sumie nadal była zagubiona i nie do końca wiedziała co powinna zrobić. Była pewna jedynie co do tego, że powinna przeprosić Barbarossę za to, jak go potraktowała, gdy zmienił się w kota. Na pewno nigdy go nie opuści. A przynajmniej nie, dopóki żyła.
        Przeprosiła czarodzieja i Menurkę i poszła poszukać kapitana, aby go przeprosić za swoje zachowanie. Było oczywiście do przewidzenia, że nie będzie go już tam, gdzie go zostawiła z chłopcem, ale mimo wszystko i tak poszła sprawdzić. Nie było jego rzeczy, więc to co Menurka nazwał dziwnym zachowaniem kota, najpewniej było powrotem wampira do naturalnej postaci. Trochę jej ulżyło, że postanowiła wziąć ze sobą również ubrania i zostawić je z kotem, młodemu wendigo. To zapewne jej nieco pomoże podczas konfrontacji z partnerem, może doceni jej łaskę i nie będzie aż tak zły. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy pomyślała o tym, jak wściekły by był, gdyby po przemianie musiał paradować i świecić gołym tyłkiem przez pół statku, by się ubrać i uchronić resztki godności, jakie by mu po tym wszystkim pozostały. Choć wizja wydawała się niezwykle zabawna i kusząca, Kiraie była pewna, że Barbarossa nigdy by jej czegoś takiego nie wybaczył, nie chciała mu robić takiego świństwa. A i dla niej byłoby to ujmą na honorze, gdyby zniżyła się do takiego poziomu.
        Wyjrzała na pokład i... od razu naszły ją wątpliwości czy to aby na pewno odpowiedni moment, by przeprosić kapitana. Zwłaszcza, że ten rozmawiał właśnie z ojcem elfki. Nie chciała pojawiać się w zasięgu wzroku Riona, ale też nie mogła lecieć za wampirem, gdy tylko ich pogawędka dobiegła końca. Barbarossa wydawał rozkazy i plan działania swoim podwładnym, z resztą kątem oka dostrzegła, że jej ojciec robi to samo, oczywiście zwracając się do swoich ludzi, którzy wraz z piratami Barbarossy szybko zaczęli wyglądać jak jedna drużyna, choć nadal różnili się tym, że ludzie Riona mieli jakieś sumienie i nie byli jeszcze aż tak zepsuci, jak piraci. A może tylko jej się wydawało?
        Chyba właśnie straciła swoją szansę na rozmowę ze swoim kochankiem, gdyż ten po chwili wraz z grupą trytonów tak pirackich, jak i do niedawna należących do leońskiej floty, skoczyli do wody. Zrezygnowana elfka westchnęła ciężko, nie wiedząc co począć w tej sytuacji. Nie chciała wracać do ich kajuty i czekać bezczynnie, podczas gdy zaraz za drzwiami bezpiecznego pomieszczenia przelewana będzie krew. Przez pomaganie Rafaelowi w zabezpieczeniu skrzyń z medykamentami i opatrunkami, ani trochę nie popchnie relacji z Barbarossą do przodu. Z resztą ta opcja była tym samym co przeczekanie wszystkiego w kajucie, ale nie siedziałaby już bezczynnie. Natomiast pchanie się w sam środek walki było zwyczajnym samobójstwem, bo jedyne co by mogła, to robić za kulę u nogi swoich sprzymierzeńców. Chociaż... Spojrzała w stronę jednego z masztów. Gdyby jeszcze znalazła jakiś łuk, mogłaby ostrzeliwać przeciwników, siedząc bezpiecznie na rei poza zasięgiem ich ostrzy. Miała przecież tylko jeden sztylet. Niewiele tym mogła wskórać.
        Nagle kątem oka dostrzegła jakiś sunący po pokładzie i uwijającej się załodze cień i spojrzała w górę. Widok szybującego nad statkiem Silvy od razu podniósł ją na duchu i zasiał w sercu ziarno nadziei. Z jego pomocą na pewno uda jej się znaleźć jakąś broń albo raczej amunicję, którą mogłaby ciskać w przeciwników. Zawołała ptaka do siebie, lecz ten zanim usłuchał i podleciał do elfki, skupił swoje spojrzenie, na wyróżniającym się na tle innych, gościowi. Wszyscy dokoła biegali, a ten... po prostu stał w jednym miejscu przez chwilę. Chciał podlecieć tam i sprawdzić o co chodzi, lecz wtedy Kiraie zawołała go jeszcze raz.
        - Ej Silva, co jest grane? - zapytała zdziwiona dziwnym zachowaniem swojego pierzastego przyjaciela.
        - "Coś dziwnego" - zakrakał z napięciem.
        Kiraie odpuściła na ten moment realizację swojego planu obawiając się czy czasem wróg nie postanowił zakraść się na pokład i ich po cichu wykończyć. Dobyła sztylet i nakazała Silvie siebie tam zaprowadzić. Ptak leciał wysoko nad głową elfki, zataczając co jakiś czas duże okręgi albo wracając na obrany przez siebie kurs, gdy złośliwe podmuchy morskiego wiatru, ściągały go na boki albo nawet w stronę pokładu. Kiraje dotarła ostrożnie się zakradając do sterty skrzyń i innego zabezpieczonego szmelcu i spojrzała w górę, by upewnić się, że ptak w razie potrzeby będzie ją asekurował i wezwie pomoc. Zatoczył szeroki okrąg nad jej głową i zapikował gwałtownie, aby po tym oblecieć dokoła tę stertę skrzynek.
        - Um... Silva? - zwróciła się do skrzydlacza z lekką irytacją w głosie, chowając swoją i tak nieszkodliwą w jej dłoniach broń i podpierając się pod boki.
        - "Naprawdę ktoś tu stał!" - zaskrzeczał w proteście, machając kolorowymi skrzydłami by utrzymać się w jednym miejscu na wysokości twarzy elfki.
Awatar użytkownika
Barbarossa
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Barbarossa »

Ciekawość i naturalna dziecięca zdolność do zadawania pytań sprawiły, że Rafael o wiele przyjemniej zapatrzył się na te kilkadziesiąt minut, jakie pozostały do rozpoczęcia się krwawej masakry. Jako lekarz pokładowy musiał się do niej przygotować nie tylko fizycznie, więc tego typu konwersacja była kojącym okładem na zszargane nerwy. Później będzie mu bardzo ciężko utrzymać je na wszystkie na wodzy.
- No cóż nie do końca, jednak nie o taki kanibalizm mi chodziło. - Czarodziej zatrzasnął wieko ostatniej skrzyni, robiąc w tym miejscu dramatyczną pauzę, którą to zaraz zdecydował się przerwać cichym chichotem pod nosem. Skoro Menurka i Kiraie (a przynajmniej Kiraie, bo w sprawie chłopca kapitan nie podjął jeszcze decyzji) zostali wcieleni do załogi to może powinien wyjawić im obojgu część tajemnic. Na start oczywiście tych najmniej istotnych, jak na przykład diety oficerów.
- Kto i co by nie gadał za plecami kogokolwiek - podjął, zerkając przez bulaj na pofalowany ocean. - Jokar nie jest kanibalem. Jest naturianinem z krwi i kości, żywi się tylko tym co daje ocean. Adewall również, choć z nim temat jest jeszcze prostszy. Minotaury nie trawią bowiem mięsa, nie ważne w jakiej postaci by im je podać. Tylko zielenina. Widok mięsa go jednak nie odstrasza, w przeciwnym wypadku nie mógłby być kwatermistrzem, którego głównym zadaniem jest zadbać o pełną ładownię prowiantu. Pomaga mu w tym między innymi Kasino, nasz kucharz.
Na dalsze tłumaczenia dlaczego ktoś, kto kocha przyrodę jest jednocześnie oprychem o skłonnościach do torturowania ludzi mogłoby mu zabraknąć dnia, a i tak nie doszedłby nawet do połowy istoty całej sprawy. Z resztą nikt nigdy o to nie pytał. Jokar taki był i już, koniec kropka, skoro nie dzielił się z nikim swoją przeszłością i uczuciami, to nikt go za język ciągnąć nie będzie. Nawet kapitan nie zaprzątał sobie tym głowy. Ważniejsze było to, że tryton był lojalny i solidny.
- Naprawdę nic się nie stało - uspokoił elfkę i uśmiechnął się do chłopca. - Rozmowy z kimś inteligentnym nigdy nie są niegrzeczne. Myślisz, że ilu naszych ludzi odebrało wyższe wykształcenie? Mogę ci ich wskazać na palcach jednej ręki i zostanie mi ten jeden do grzebania w uchu.
- W tym wypadku to chyba jedno i to samo - odpowiedział dziewczynie, dość umiejętnie przeskakując z tematu na temat i nadając mu należytej powagi. - Gdy cię porwano widziałaś Castera Barbarossę od jego najlepszej strony. A zaraz później musiał się powstrzymywać bo zrobiłaś na nim nie małe wrażenie. Nie chciał tego zepsuć. Oczywiście jako jego przyjaciel życzę mu jak najlepiej, ale też jestem piratem. Kiedy wróci, to przekonasz się, dlaczego na wybrzeżu mówią o nim Postrach Jadeitów.
Słowo "kiedy" brzmiało teraz o wiele lepiej, niż "jeśli", co powinno znacznie podnieść dziewczynę na duchu. Barbarossa zaliczał się do grona świetnych i odważnych szermierzy, w dodatku był wampirem, więc nie można było go od tak zabić. Przynajmniej nie zwykłym żelazem i stalą, której przeciwnicy nie zdążą nawet podmienić na srebro gdyż cały czas sądzą, że ścigają zbuntowanego admirała leońskiej floty.

Na mostku w tym czasie atmosfera gęstniała z każdą sekundą i gdyby nie majtkowie raportujący postępy w przygotowaniach do walki, Adewall już dawno wydrążyłby paznokciem dziurę w ławie, na której siedział. Z pośród wszystkich stanowisk, jakie mógł sobie narzucić podczas przejmowania władzy nad Nautiliusem, nie spodziewał się, że skończy jako kapitan-zmiennik. Był na to za tępy, z czego doskonale on i Barbarossa zdawali sobie sprawę. Prawda jednak była taka, że nikt inny się nie nadawał: pierwszy oficer nie istniał, Rafael był pacyfistą, Kasino gburem i egoistą, Jokar leniem i psychopatą, a pan Dusty, stary sternik był... no... już za stary nawet na trzymanie szabli przywiązanej do portek. Każdy inny potencjalny kandydat wśród pirackiej załogi odpadał w przedbiegach, choćby dlatego, że nie potrafili zapisać na pergaminie własnego imienia. A nie-piraci nie byli nawet brani pod uwagę.
- Niezła sztuczka - mruknął Adewall do Awerkera i podniósł cielsko z ławy. - To tłumaczy skąd zawsze z wyprzedzeniem wiedziałeś w którą stronę robimy zwrot. Ale my też mamy swoje. Pamiętasz bitwę pod Saorais trzydzieści lat temu i tę wielką mgłę, przez którą cztery twoje statki trafiły na dno z pomocą wodnego wiru? Sama mgła to akurat był fart, ale z tym wirem... uuu... Rafael przez tydzień nie mógł sobie przypomnieć do czego służy łyżka.
Przechwałki w takiej chwili, całkowicie nie na miejscu, pozwoliły minotaurowi choć na chwile zapomnieć o tym, że za kilka minut będzie musiał rozsiec każdego kto mu stanie na drodze. Zaraz też wyprostował się dumnie i zwołał wszystkich na głównym pokładzie, nie oszczędzając przy tym języka.
- No dobra, zasrańce! Szable w dłoń i na pohybel tym ścierwom!
Odpowiedziały mu okrzyki radości i rządzy zabijania, zagłuszające syk dobywanej broni.

Jednocześnie do wtóru okrzyków z pokładu Wyzwolenia, Barbarossa i towarzyszące mu trytony dopełniały właśnie swój plan sabotażu. Korzystając z pewnej bardzo grubej liny wampir obwiązał nią dokładnie ster przeciwnego okrętu, a jej koniec wetknął w paszcze grupie rekinów, przywołanych w tym czasie przez naturian. Sześć wielgachnych bestii nie było z tego powodu bardzo zadowolonych, jednak nie miały tu nic do gadania. Podświadomie wyczuwały, że wokół nich znajduje się ktoś niebezpieczniejszy, niż one wszystkie razem wzięte i że instynkt wcale nie wskazywał im wampira. Ulegle pozwoliły się zatem zaprząc i na sygnał ruszyły przed siebie podmorskim "galopem".
Ster zatrzeszczał, liny strzeliły z naprężenia, a okręt królestwa Arrantalis zadygotał i zaczął skręcać. Na jego pokładzie marynarze dwoili się i troili żeby zachować równowagę, czworo z nich nie potrafiło utrzymać koła, które pękło im w rękach na drobne kawałki. Kapitan, nie wierząc własnym oczom dopadł do najbliższego żołnierza i domagał się raportu, kiedy nagle ktoś odciągnął go na bok i przygniótł do ziemi.
Zbłąkana kula armatnia chybiła celu, jednak panika, niczym ogień na suchym sianie, rozpierzchła się już po statku. Ktoś krzyczał, ktoś próbował nie krzyczeć i stać prosto, kiedy Wyzwolenie wbiło się w burtę jak nóż w ciepłe masło.
- Co się stało?! - wrzeszczał kapitan Bezgłowego Jeźdźca. - Kazałem strzelać!
- Nie da się. Przecięli klapy.
- Kto?!
- Oni! - wydukał majtek, wskazując grupę zielonkawych wojowników z nożami, wspinającymi się właśnie po balustradzie. Większość z nich cudem uniknęła zderzenia - kiedy rekiny ciągnęły ster mieli tylko pół minuty na rozpoczęcie wspinaczki, blokadę armat i abordaż w tym samym czasie, co kolumna krasnoludów, przeskakująca narzucony przy uderzeniu trap.
- Do broni! Wszyscy do broni! Za królow... - głos kapitana zamarł przed końcem, ponieważ on sam zadławił się krwią i strachem, widząc przed sobą rozjarzone, niebieskie oczy swojego oprawcy.
Awatar użytkownika
Kiraie
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 102
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Kiraie »

        Z początku Kiraie była naprawdę mocno zaniepokojona dziwnym zachowaniem feniksa, lecz gdy się okazało, że we wskazanym przez niego miejscu tak naprawdę nikogo ani niczego nie było, jakoś od razu była bardziej spokojna. Choć jednocześnie nie wyglądała na taką, co miałaby ochotę na te dziwaczne gierki ptaka. Spojrzała na niego lekko poirytowana jego wygłupami i westchnęła ciężko, zerkając w stronę szykujących się do ataku piratów. Bardzo by chciała się na coś przydać i być razem z nimi, by zwrócić na siebie uwagę wampira i udowodnić mu, że nadaje się na coś więcej, niż tylko sympatyczną maskotkę i kochankę. Nie wiedziała jednak jak mogłaby dowieść swojej wartości i przydatności. Nożem potrafiła się posługiwać na tyle, by nie skaleczyć się od samego patrzenia na niego, a nie miała nic niebezpiecznego czym mogłaby rzucić. Łuk z pełnym kołczanem strzał również był marzeniem ściętej głowy.
        - "Na wszystkie moje pióra, ktoś tu naprawdę jeszcze przed chwilą był!" - uniosło się ptaszysko, groźnie strosząc swoje pióra. Prychnął urażony, gdy dostrzegł w oczach elfki niedowierzanie.
        - Chciałabym ci wierzyć Silva, ale nikogo obcego nie było prawa tu być, leończyków na pokładzie wszystkich znasz, a wszyscy piraci oprócz rannych i Rafaela, czekają przy burcie na możliwość ataku - odpowiedziała mu spokojnie zastanawiając się nad tym czy rzeczywiście ktoś nieproszony na pokładzie się znajdował. Jeśli ktoś miałby tu być, to niby kto? Ktoś z wrogiego okrętu? Wątpliwe, bo nim zapadła decyzja o ataku, większość piratów była przyklejona do burty, już się szykując do umazania siebie oraz swojej broni krwią. Podpłynięcie również odpadało, bo przecież Barbarossa z trytonami postawili na podwodny sabotaż i zakradnięcie się w ten sposób na wrogi okręt. Wszystkie więc znaki na niebie i ziemi wskazywały jednoznacznie na to, że albo ptakowi się nudziło i zmyślał, by skupić na sobie uwagę elfki, albo coś mu się po prostu przewidziało ze zmęczenia, głodu lub stresu. Najwyżej później z nim na ten temat porozmawia, ale to jak będzie już po wszystkim.
        Silva zaskrzeczał z niezadowoleniem, ale ostatecznie wylądował na ramieniu Kiraie, odpuszczając sobie kłótnię o to. Miał dobry wzrok i nie był głupi, dałby sobie skrzydło uciąć, że naprawdę kogoś tu widział, ale musiał też zgodzić się z dziewczyną, że obecnie mieli ważniejsze sprawy na głowie, niż uganianie się za jakimś widmem.
        Zbliżyła się do wszystkich, którzy zebrali się wokół Adewalla i przewróciła oczami, gdy usłyszała jakich prostackich słów minotaur używał. Nie odezwała się jednak słowem, bo i nie miała w tym żadnego celu, i w sumie zastanawiała się nad tym, jak mogłaby pomóc. Potrafiła leczyć jedynie drobne rany, gadać ze zwierzętami i roślinami oraz strzelać z łuku. Ah no i jeszcze uwielbiała wymyślać nowe rzeczy ze szmelcu. Ale z tego wszystkiego to najbardziej chyba jednak tylko ta umiejętność celnego posyłania pocisków w stronę wroga, mogła się choć trochę obecnie przydać. To i tak zawsze coś lepszego, niż siedzieć na tyłku nie wiadomo jak długo i udawać, że coś się w ogóle robi.
        Cały czas przy tym starała się unikać swojego ojca, miał obecnie ważniejsze sprawy na głowie, niż się nią zajmować. W którymś momencie, gdy schowała się za masztem przed nim, wpadła na pewien pomysł. Spojrzała w górę i zaraz zaczęła się wspinać, by następnie przejść po rei na sam jej koniec, praktycznie zatrzymując się nad wrogim pokładem.
        - "Kiraie... co ty wymyśliłaś?" - zapytał z niepokojem, ale i zaciekawieniem, machając skrzydłami i unosząc się w powietrzu tuż obok niej.
        - Nie miałbyś ochoty się trochę pobawić? W aport chociażby? - zapytała Silvę, wyciągając sztylet i podrzuciła go kilka razy w dłoni, drugą trzymając się zwisającej liny, by mieć pewność, że nie poślizgnie się na drewnianej beli i nie spadnie.
        - "Sądzę, że w takiej sytuacji nie... Ołł..." - zaczął krakać i... zamarł w pewnym momencie po intensywnym przyglądaniu się, jak elfka podrzuca ostrzem, gdy mówiła mu o zabawie. Zrozumiał o co chodziło, a że sam nie mógł wpaść na nic lepszego, co odwiodłoby ją od tego pomysłu, po prostu się zgodził i przygotował do zanurkowania w dół, czekając jedynie na sygnał dziewczyny.
        Kiraie uśmiechnęła się z zadowoleniem pod nosem, wycelowała i rzuciła ostrze w panikującą zgraję na Bezgłowym Jeźdźcu. Ostrze przeleciało obok stojącego jak słup soli mężczyzny, rozcinając mu bok szyi i trafiając, wbijając się w ramię jego towarzysza uwijającego się kawałek za nim. Silva wbrew pozorom, wcale nie potrzebował specjalnego zaproszenia, by rozpostrzeć swoje skrzydła na pełną długość i następnie wykonać manewr nurkujący, mocno je do siebie przyciskając po złożeniu. Poleciał w ślad za sztyletem, nie napotykając przy tym na przeszkodę w postaci tego, któremu broń rozcięła gardło i obecnie mężczyzna wykrwawiał się na deskach. Feniks popędził dalej, ignorując wszystko wokół i zbliżył się gwałtownie do tego, któremu sztylet wbił się w ramię. Ptak nie skierował się po to, by oddać elfce jej broń, w pierwszej kolejności starał się na tyle zranić tego marynarza swoimi pazurami i dziobem, żeby mężczyzna nie był już w stanie dalej walczyć. Dopiero po tym skupił się na odzyskaniu i zwróceniu elfce broni, by ta mogła obrać i rzucić w kolejny cel, który Silva pomagał jej jeszcze bardziej pokiereszować i unieszkodliwić. Idealnie ze sobą współpracowali, gdy ptak zrozumiał o co chodziło dziewczynie.
Awatar użytkownika
Barbarossa
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 112
Rejestracja: 3 lat temu
Kontakt:

Post autor: Barbarossa »

Lico kapitana zaatakowanego statku było bledsze od kości po ożeźwiającej kąpieli w solance. Przy nim twarz wampira, na codzień równie, jeśli nie bardziej blada, wręcz świeciła od rumieńców, w rzeczywistości będącymi tylko kroplami słonej wody wymieszanej z krwią, w których odbijały się promienie słońca. Zimny pot ciągłym strumieniem spływał mu po czole i karku, a żołądek w magiczny sposób teleportował się do gardła, gdzie utkwił na dobre, kiedy zimne ostrze szabli przecięło grdykę, struny głosowe i tchawicę. Posoka trysnęła gęsto, barwiąc szkarłatem wszystko na swojej drodze, a oczy mężczyzny powoli zaszły mgłą, przewijając mu najciekawsze fragmenty życia. Panujący dookoła chaos przestał na chwilę istnieć, pozwalając zainteresowanym utrwalić w swojej pamięci piękno zjawiska, jakim jest śmierć.
Następnie wszystko wróciło do normy, a nawet ze zdwojoną siłą, kiedy marynarze i żołnierze królestwa Arrantalis, przepełnieni rządzą pomszczenia swojego kapitana rzucili się na piratów. Nie wpłynęło to jednak znacząco na aktualny wynik bitwy. Po udanej akcji sabotażowej przeprowadzonej przez trytony, Bezgłowy Jeździec musiał zrezygnować z wyprowadzenia kontraataku salwą dział, w przeciwnym razie ryzykował roztrzaskaniem własnej burty. Wyzwolenie z kolei, nie musząc zwracać uwagi na takie detale, pozwoliło sobie na pojedyńczy wystrzał skręconą na prędce przednią baterią, łamiąc kilka prowizorycznych barykad na pokładzie wroga i rozsadzając formacje rzeczonych obrońców. A później obie strony z pianą na ustach rzuciły się sobie do gardeł.
Właśnie w centrum tego zamieszania znajdował się aktualnie Barbarossa, z szyderczym uśmieszkiem przyglądając się konającemu oponentowi, nie omieszkując złożyć mu należytych honorów, poprzez zdjęcie kapelusza i dworski ukłon. Dopiero po tym małym przedstawieniu dołączył do zabawy, krzyżując szablę z każdym kto o to zabiegał. Jak na kapitana piratów przystało, walczył w pierwszym szeregu, szermierzem był bowiem nie najgorszym, w dodatku refleksem i inteligencją znacznie przewyższał śmiertelników. W przeciwieństwie do Borsobiego, który, gdy tylko znalazł się na pokładzie wrogiej jednostki, wymachiwał berdyszem na oślep, ogłuszając przeciwników jego tępym drzewcem.
- Myślałem, że bierzemy jeńców! Z resztą od kiedy to mordujesz kapitanów w pierwszej kolejności?! - przekrzyczał ferwor walki, jednocześnie rozpoławiając na pół nadbiegającego pechowca. - Cholera jasna! To z przyzwyczajenia! Zapomnij co mówiłem!
Barbarossa roześmiał się głośno i skoczył pomiędzy kolejne ofiary, korzystając z ich daremnej próby przegrupowania swoich sił. Na widok kła i krwiożerczego uśmiechu większość z nich porzuciła stanowisko i długim susem pokonała dzielącą ich od oceanu burtę. Pozostali nie mieli tyle szczęścia i zostali rozbrojeni.
- Kończymy zabawę! - rozkazał, łapiąc za kołnierz chwiejącego się majtka i przyciągając go do siebie, zatopił się w jego szyji.
Pozostali piraci także dali na wstrzymanie, dając czas przeciwnikom na złapanie oddechu i jeszcze raz przeanalizowanie swojej sytuacji. Znaczna ich część mrugnięcie później rzuciła broń i potulnie pozwoliła się związać, po za kilkoma butnymi wyjątkami, którzy rzucili się z motyką na słońce. Jeden z nich, wyjątkowo głupi bądź odważny, wymierzył nożem w szyję wampira i gdyby nie nadlatujący z nieba sztylet, przebijający mu przegub dłoni, broń sięgnęłaby celu. Zamiast tego wbiła się po całą rękojeść w ramię, zmuszając Barbarossę do przerwania posiłku.
- To srebro? - zapytał spokojnie, przenosząc wzrok na ranę i powiększającą się na płaszczu plamę krwi. Jej krople skapywały też już po palcach pozbawionych czucia, a kiedy wampir próbował poruszyć barkiem, chłodno stwierdził, że on także został "wyłączony". Następnie spojrzał w oczy niedoszłemu zabójcy i krótkim gestem nakazał poderżnąć mu gardło.
Po chwili wszystko ucichło, ostatnie jęki rannych zagłuszyły fale uderzające o burty i szum wiatru w żaglach. Piraci, po wcześniejszym zebraniu jeńców w jednym miejscu zaczęli zbierać ich broń i pustoszyć ładownie. Skrzynie pełne monet, beczki rumu, proch, zapasy jedzenia, leków, ubrania oraz książki, mapy i dzienniki z kapitańskiej kajuty - wszystko było stopniowio przenoszone na Wyzwolenie. O dziwo tym razem nikt nikogo nie popędzał, skrupulatnie przeszukiwano każdy kąt i dopiero gdy ładunek został zabezpieczony, któryś z tragarzy złożył raport kwatermistrzowi.
- Zanieście naszych rannych do Rafaela - nakazał minotaur, siadając ciężko na pokładzie. - Polegli zostają. I niech ktoś w końcu opatrzy kapitana.
- Obejdzie się - mruknął wampir, odpychając od siebie majtka z czystym bandażem. - Zwykła stal, przeżyję. Jak sytuacja?
- Straciliśmy dwunastu ludzi, trzydziestu jest rannych, w tym czterech trzeba będzie zszywać grubymi nićmi. Statek nienaruszony, łup duży więc mamy czym handlować w Limarii.
- Tchórze za burtą?
- Jokar poprosił już rekiny o pomoc.
- Świetnie.
- A co z nimi? - Adewall wskazał na bandę jeńców, trzęsących się ze strachu pod masztem.
Barbarossa wydawał się przez chwilę poważniej zastanawiać nad losem jeńców, jednak te kilka sekund wachania były spowodowane rosnącą irytacją znieczuloną ręką.
- Awerker! - wywołał elfa z tłumu. - Dobierz sobie dwóch ludzi i dokonaj selekcji więźniów. Zdrowych i dobrze rokujących w kajdany i pod pokład, resztę zamknąć w ich własnej ładowni. Erlon będzie miał na ciebie oko. Wciąż nie mam powodów by ci ufać, a jeśli wśród ocalałych znajdują się wyżsi rangą oficerowie marynarki królestwa Arrantalis wolę nie ryzykować szeptów za swoimi plecami.
Chłodny ton wampira nie dawał okazji na wdawanie się w niepotrzebne dyskusje. Jeśli Rion nie zechce wykonać rozkazu na byłych sojusznikach, wykona je kto inny, należało jednak właściwie podkreślić jak długi jest szereg i kto gdzie stoi.
Następnie, choć nóż przeszkadzał na każdym kroku, kapitan zaczął przechadzać się po zdobyczym statku, osobiście nadzorując kilka ostatnich prac. Dopiero kiedy wszyscy się uwinęli, a w szczególności Awerker, Barbarossa poprosił do siebie Kasina z dzbanem oliwy, którą to rozlali po pokładzie.
- Podpalać! - padł rozkaz krasnoluda, kiedy kapitan, schodzący z trapu jako ostatni, znalazł się już na Wyzwoleniu.
Wysokie miejsce w szeregu miało swoją cenę, więc dopiero kiedy załoga była bezpieczna, Barbarossa zszedł pod cień żagla, bez mrugnięcia wyciągnął sztylet z ramienia, cisnął nim w oceaniczną otchłań i odetchnął głęboko. Naprawdę głęboko.
- Kierunek Limaria, panie Horner! I niech ktoś mi przyniesie butelkę krwi!
ODPOWIEDZ

Wróć do „Jadeitowe Wybrzeże”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość