Mroczne Doliny[Na trakcie] Witamy w Alaranii

Tajemnicza kraina, nad którą od wieków zalega mrok. Słońce świeci tu niezwykle rzadko. Nie ma tu tętniących życiem wiosek, jedynie jedno, warowne miasto ostało się w tej czeluści mroku, a i o nim nie można powiedzieć, pełne życia...
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Rogvir
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

[Na trakcie] Witamy w Alaranii

Post autor: Rogvir »

        Alarania. Rogvir słyszał historie o tej krainie, jednak sam był tutaj po raz pierwszy. Droga do Północnej Bramy była długa i zadziwiająco spokojna. Według tego, co opowiadał Ślepiec, wędrówka ta miała być najeżona wieloma niebezpieczeństwami, począwszy od dzikich zwierząt, na grupach bandyckich kończąc. Zamiast tego, mężczyzna spotkał jeno płochliwego wilczka. Po przekroczeniu Bramy...w zasadzie nie wiedział co czuć. Nie oczekiwał jakiegoś szoku, jednak był nieco zawiedziony. Alarania, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wyglądała dość zwyczajnie. Z pewnością była bardziej zielona i zdecydowanie cieplejsza od Gór, ale wciąż zwyczajna. “Nic to, trzeba ruszać”. Według podań Ślepca, najlepszym, a zarazem najbliższym tropem są Doliny Umarłych. Sama nazwa wskazywała czego tam się spodziewać, a Rogvir bądź co bądź szukał demona. Cel ustalony, zatem wyruszył w drogę.
        Maszerował już dobre 4 godziny, po drodze mijając jeden nieduży powóz, prawdopodobnie kupiecki. Chciał nawet zapytać o drogę, ale na sam widok ponad dwumetrowego barbarzyńcy woźnica smagnął konia lejcami i tyle go było widać. Wychodzi na to, że będzie musiał się zdać na własną intuicję. “Może jako niedźwiedź wyłapałbym jakiś trop?" Tylko właściwie trop czego? Kogo? Nie chciał tego przed sobą przyznawać, ale szedł na ślepo. Równie dobrze Olaf mógł już nie żyć, a w Dolinie czekał na niego dół wypełniony kolcami. Koniec końców był to jednak jedyny “trop”, jaki posiadał i jego postanowił się trzymać.
        Kiedy przekroczył Bramę Północną, słońce wisiało prosto nad jego głową. Teraz, po kilku godzinach marszu, chowało się już za horyzontem, rzucając ognistą poświatę na połacie zieleni. “Dobry czas na odpoczynek." Wszedł nieco głębiej między drzewa, żeby nie osiadać na środku traktu. Pokręcił się trochę po okolicy w poszukiwaniu suchych gałęzi i już po chwili ognień wesoło trzaskał przed nim. Siedział całkiem daleko, nie potrzebował ciepła, tylko światła. Mimo wyczulonego węchu i słuchu wciąż wolał coś widzieć.
        Siedział tak, wpatrując się w skaczące języki ognia i rozmyślał. Głównie o bracie, ale również o swoim ojcu, czy o najmłodszym z rodzeństwa. Logicznym było jak najszybsze wyruszenie za Olafem, mimo to czuł się trochę źle z tym, jak szybko ich opuścił. Zdjął z siebie lnianą koszulę i upchnął ją w skórzanej torbie. "Co za miejsce, nie do życia. Co najmniej plus siedemset. I to w nocy." Wyciągnął nogi przed siebie i położył się na trawie. Na piersi spoczywał Olafowy medalion. Dziwna runa niewiadomego pochodzenia, zawieszona na rzemyku. Mężczyzna ujął ją w palce i obrócił parę razy. "Bracie...jeszcze wychylimy razem kufel piwa, gwarantuję ci to."
        Było już dawno po północy i Rogvir chrapał niczym tartak. Nagle jego uszu dobiegło coś jakby szept. Ale...czy na pewno uszu? Zerwał się zdezorientowany. Nie...to jakby odezwało się...w jego głowie?
Ostatnio edytowane przez Rogvir 1 tydzień temu, edytowano łącznie 1 raz.

Awatar użytkownika
A'mel
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 2 miesiące temu
Lokalizacja: Bolesławiec
Kontakt:

Post autor: A'mel »

        Podróż, wieloletnia, bezowocna podróż. Wielu zapewne by się już dawno poddało lub nie starczyło by im życia na to co robił A'mel, lecz czymże było kilka wieków dla długowiecznego elfa? Jeno mgnieniem, krótką chwilą, drobnostką. Przebył setki mil i widział dziesiątki wiosek, miast i państw, w żadnej jednak nie znalazł tego, czego szukał. Żaden mag nie potrafił mu pomóc, żaden nie potrafił naprawić szkód, jakich doznały jego organy. Czasem miał wrażenie, że ten, którego od tylu lat szukał, jeszcze się nawet nie narodził. Być może nie narodzi się nawet nigdy. Myśl ta nie spędzała mu jednak snu z powiek, amulet sprawiał się dobrze, nie odczuwał bólu, ni dyskomfortu. Jednakże był kaleką, a kalectwo to było słabością, która drażniła go, jak zadra pod paznokciem, jak kamyk w bucie, jak kropla lodowatej wody spływająca po karku. Dało się z nią żyć, ale świadomość jej istnienia, była niczym skaza na pięknym obrazie, który co dzień wystawiany był na jego widok.
        Wszystko to jednak było jego winą, potęga, której pragnął, doprowadziła go do tego stanu, a właściwie metody, jakimi się posługiwał. Teraz był mądrzejszy, bardziej cierpliwy i zdyscyplinowany. Z żelazną konsekwencją, co kilka dekad odwiedzał miasta i miejsca, w których mógł znaleźć swojego, szumnie nazywając, zbawcę. Odwiedzał uzdrowicieli i rozprawiał z nimi. Wielu z tych, których poznał, dawno już pożegnało się ze światem i odeszło do swych bogów. A może to bóstwa mogły mu pomóc? Słyszał co prawda o licznych cudach i ozdrowieniach wśród wyznawców Najwyższego, nigdy jednak nie widział ich na własne oczy, nawet Matka dbała o swoje dzieci, ale zapewne jedynie najgorliwsi wyznawcy mogli liczyć na takie łaski.
        - Matko... - mruknął pod nosem mijając wielkie, sędziwe drzewo, możliwe, że niemalże dorównujące mu wiekiem - "Pomożesz mi? Nie? Tak myślałem."
        Często zdarzało mu się rozmawiać z Matką Naturą, niejednokrotnie rozmowy te, zawsze jednak jednostronne i bez odpowiedzi, wchodziły w sarkastyczny, czy sardoniczny ton. Nie żeby nie szanował Natury, wierzył, że to właśnie ona ukarała go za jego pychę, ale że też i ona uratowała go od śmierci. Był jej wdzięczny, ale domyślał się, że zniszczone płuca, miały mu stale przypominać o jego głupocie i arogancji. Ponadto to, że nigdy później nie dostrzegł wokół siebie żadnej iście boskiej interwencji lub czegoś, co można by Im przypisać, sprawiało, że czasem wątpił w to, żeby bóstwa jakoś specjalnie interesowały się maluczkimi. Albo nim samym.
        Przystanął nagle na trakcie i rozejrzał się w około z lekka zdezorientowany. O ile się nie pomylił, powinien być na drodze do Maurii. Jeśli jednak na ostatnich rozdrożach źle skręcił, czekają go do przebycia jeszcze Mgliste Bagna, lasy i bogowie wiedzą co jeszcze. Okręcił się kilka razy w miejscu i spróbował określić gdzie się znajduje, w czym z wolna zachodzące słońce wcale mu nie pomagało. Przeklął plugawie i skarcił się w myślach, za wybranie zwykłej ścieżki. Gdyby poleciał, już dawno zapewne byłby na miejscu. Westchnął ciężko wypowiadając kilka zaklęć, za pomocą których stworzył kulę światła, która oświetlała mu drogę i ruszył naprzód, postanawiając znaleźć jakąś jaskinię lub inne wygodne miejsce by przeczekać noc. Zmrok nie był mu straszny, a dzikie zwierzęta czy potencjalnych rabusiów zawsze mógł zwęglić bądź zmienić w wysuszone kupki kości i pomarszczonej skóry, ale jakoś nie miał na to szczególnej ochoty.

Awatar użytkownika
Rogvir
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

Post autor: Rogvir »

        Nie...musiało mu się zdawać. Na pewno. "To przez zmęczenie." Przetarł twarz rękoma i westchnął. Ogień już dawno zgasł i teraz siedział w zupełnych ciemnościach, otoczony starymi drzewami i z całą pewnością liczną zwierzyną. Niektóre się nawet odzywały. Resztę nocy spędził, wpatrując się w gęste korony drzew, wyłapując gdzieniegdzie czerń nieba przyozdobioną pojedynczymi gwiazdami.
        Swój marsz kontynuował wraz z pierwszymi promieniami słońca. Na powrót wyszedł na główny trakt i parł naprzód, licząc na to, że gdzieś dojdzie. "Mapa by się przydała. Albo chociaż jakiś kierunek konkretny." Jak na zawołanie, za plecami mężczyzny rozległ się delikatny stukot końskich kopyt, który z czasem narastał. Rogvir przystanął i zaczął machać woźnicy. Powóz zatrzymał się, a z siedziska nachylił się starszy jegomość.
- Uszanowanko, jak mogę pomóc? - woźnica wyszczerzył zęby (przynajmniej te, które jeszcze posiadał).
- Witaj, muszę dostać się do Doliny Umarłych. Nie jestem stąd, kierunku nie znam.
- Ohoho, Dolina Umarłych? Mało kto się tam zapuszcza. Ale chłop żeś pan wielki to i pewno radzić sobie umiesz. Zupełnie przypadkiem jadę w tamtym kierunku. Wskakuj do góry.
- Tak...tak po prostu? - Rogvir zdziwił się otwartością starca.
- A co to jakoś komplikować trzeba?
Wojownik rzucił torbę na wóz i zajął miejsce tuż za woźnicą.
- Nie boisz się obcych na podwóz brać?
- A czego mam się bać? Ja ino prosty człowiek jest. Skarbów żadnych nie mam, kosztowności też nie. Sól wiozę i pieprz i trochę innych przypraw. Jak się jaki bandyta na to połasi, to proszę jego bardzo. Bronić własnym życiem nie będę, byle tylko mnie puścili.
- No tak...
        Chwilę jechali w milczeniu, aż starzec znowu zagaił Rogvira.
- Jeśli pytać mogę, to czemu tak pilno do tej przeklętej Doliny jest ci?
- Ja...szukam kogoś - chwile wahał się przy odpowiedzi, jednak koniec końców ją z siebie wydusił. - Brata. Nawet nie wiem, czy tam jest.
- Ojojoj...kiepska sprawa. Nic dobrego w Dolinie się nie dzieje. Nazwa zobowiązuje. Warto też w mieście popytać, jeśli w tych rejonach był, to musiał tam zajrzeć.
- W jakim mieście?
- Ma-ma..Maria..Maruja...Mauria! O! Paskudne miejsce. Byłem tam raz, dawno temu, i wciąż mam ciarki jak o tym pomyślę.
- No, przynajmniej mam kolejny trop.
        Rozmowa znowu ucichła i teraz posuwali się powoli naprzód, każdy pogrążony we własnych myślach. Rogvir bawił się runą brata, wciąż zastanawiając się nad tym, co usłyszał w nocy. Czy to rzeczywiście kwestia zmęczenia? A może i jego dopadł jakiś demon? Może ten sam co Olafa? "Nie, to bez sensu. Chyba bym coś poczuł?" Z zadumy wyrwało go zatrzymanie się wozu.
- No, panie wielkoludzie, tutaj musimy się rozstać. Ja odbijam w lewo, ty zaś musisz iść naprzód. W tym miejscu las jest chyba najrzadszy, to i przebić się będzie łatwo. Drugą opcją jest podejście jeszcze kawałek, do Mglistych Bagien. Co prawda ominiesz las, ale bogowie jedni wiedzą, co tam strasznego czyha. Tak czy siak, komu w drogę temu no! Powodzenia wielkoludzie! Machnął ręką, smagnął konia lejcami i poturlał się w swoją stronę. "Las, albo bagna." Las brzmiał trochę bardziej przekonująco.
        Woźnica miał rację. Drzewa rosły tu oddalone od siebie, jakby izolowały się od reszty. Nawet krzaków było tu mało. Rogvir z łatwością parł naprzód, co jakiś czas tylko posiłkując się nożem. Mimo wszystko, cel jego podróży wciąż pozostawał daleko z przodu. Albo na lewo? Prawo? "Cholera jasna!" Zgubił się...chyba. Ale przecież szedł w linii prostej. Ani razu nie skręcił. "Coś tu jest nie tak..." Spojrzał w górę, chcąc wspomóc się słońcem, jednak korony drzew skutecznie blokowały jakiekolwiek promienie.
- Dziwne - powiedział sam do siebie. - Drzewa rosną z dala od siebie, a korony niemal się przeplatają.
        Mało tego, patrząc w kierunku, z którego przyszedł, również nie widział żadnego źródła światła. Las nagle zaczęła spowijać ciemność. I słowo "nagle" nie jest tu wyolbrzymieniem; wszelkie światło zaczęło po prostu znikać. Od jego wymarszu mogły minąć niespełna 3 - 4 godziny, więc z całą pewnością nie nastała noc. Przekornie dobył toporka, poprawił torbę na ramieniu i powoli ruszył przed siebie. Stopy stawiał ostrożnie, starając się nikogo nie zaalarmować.
        "Kogo ty chcesz alarmować, durniu? Ciemność? Duchy?        ."
        Wytężył wzrok. Widział najdalej na długość ręki. Co więcej, las zaczął gęstnieć. Zupełnie jakby drzewa postanowiły się w tym momencie do siebie zbliżyć. Zacisnął rękę na toporku, w drugą pochwycił nóż. Tarcza w takim miejscu byłaby nieporęczna. Kiedy rozstawał się z woźnicą, ptaki wesoło świergotały nad ich głowami, teraz jednak panowała głucha cisza. Tak pusta, że Rogvir słyszał dudnienie własnego serca. Słyszał krew szumiącą w jego głowie. Stawało się to nieznośne. Szum narastał z każdą sekundą. Wtem, ktoś złapał go za ramię. Rogvir obrócił się gwałtownie, unosząc topór nad głową. Patrzył jednak w pustkę.
- Co jest kur... - nie dokończył, gdyż znowu poczuł czyiś dotyk. Tym razem nie patrząc, po prostu machnął ostrzem po okręgu. Toporek przeciął powietrze, niemal ciągnąc mężczyznę za sobą.
- Pokaż się! Ha?! Pokaż się, tchórzu! - warczał niczym wściekła bestia, którą bądź co bądź był. - No dawaj!
        Skupiając wzrok, zdawało mu się, że coś widzi. Czy to tylko omamy? Krzaki za nim zaszeleściły. Wojownik stanął w pozycji bojowej, gotowy do natarcia.

Awatar użytkownika
A'mel
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 2 miesiące temu
Lokalizacja: Bolesławiec
Kontakt:

Post autor: A'mel »

        Płytka, położona nieopodal drogi grota, uprzednio oczyszczona ogniem z kilku wilków, stała się dla A'mela ostoją na chłodną noc. Mroczne Doliny słynęły z wielu niebezpieczeństw, ożywieńcy, duchy, zjawy i inne, niechcące się przyzwoicie rozstać ze światem plugastwo. Na szczęście najniebezpieczniejsi nieumarli czaili się na bagnach lub w głębi puszczy. Przy trakcie można było natknąć się co najwyżej na dzikie zwierzęta i z rzadka jakieś słabe duszyczki, bardziej irytujące niż niebezpieczne. Opuszczając jaskinie, zdjął z wejścia do niej proste zaklęcia zabezpieczająco-zapalające, które strzegły go w nocnych godzinach i obierając kierunek, ruszył przed siebie, zastanawiając się, jak daleko od Maurii się znajduje.
        Po godzinie raźnego marszu natrafił na rozwidlenie. Przystając, spojrzał na nie niepewnie. Jedna z odnóg traktu, dosyć zaniedbana i widocznie rzadko używana, odbijała ostro w prawo, druga zaś, w wcale nie lepszym stanie, prowadziła delikatnie w lewo, niknąc między drzewami. Nie pamiętał takich dróg, brak jakiegokolwiek znaku również nie pomagał i ostatecznie utwierdził go w przekonaniu, że się zgubił.
        - Słowo daję, ostatni raz przemieszczam się, jak niemagiczny plebs... - sarknął biorąc się pod boki. Mógł wykorzystać swą magię i wzlecieć odpowiednio wysoko, dzięki czemu szybko by się odnalazł, lecz wrodzona upartość mu nie pozwoliła. Skoro postanowił dojść do Maurii na własnych nogach, to dojdzie do Maurii bez używania magii. Wzdychając zrezygnowanie obrał kierunek na lewo i zagłębił się między drzewa, które szybko zamknęły się nad jego głową, odcinając go od widoku nieba i słonecznego światła. W Mrocznych Dolinach światło zwykle zachowywało się dziwnie, w wielu miejscach nawet go brakowało, lecz teraz zanikło stanowczo zbyt prędko. Śpiesznie wycofał się o kilka kroków, na co mrok zdawał się tylko od tego zgęstnieć. Nawet bez silnie wyczulonego zmysłu magicznego, zauważył, że działa tu magia. Momentalnie wypowiedział kilka zaklęć, które rozświetliły teren wokół niego i sprawiły, że jego dłonie i oczy rozjarzyły się od kłębiącej się w nich energii. Wystarczył jeden jego delikatny ruch, by wywołać tajfun, który wyrwał by z korzeniami najbliższe drzewa, i następny, by zmienić je w popiół. Nie uczynił ich jednak. Po dłuższej chwili napiętego oczekiwania rozluźnił się i rozproszył magię, pozostawiając jedynie światło, które pozwalało mu zobaczyć co się dzieje w okolicy. "Gdyby ktoś chciał mnie zaatakować, już by to zrobił." Domyślił się, że zaciemnienie to, najprawdopodobniej było iluzją, mającą oszukać jego zmysły. Doceniał możliwości, jakie dawała Dziedzina Pustki, lecz jeśli mag posługujący się nią, potrafił zrobić tylko tyle, to nie był dla niego żadnym zagrożeniem.
        Nagle, pomimo ciemności otaczającej go nieprzerwanym kordonem, olśniło go. Choć nigdy nie zagłębiał się w arkana magii śmierci, czy ducha, wiedział, jak zjawy rozpoznać. Poniekąd. Wiedział, że istoty niematerialne złożone są z czystej magii, którą bez problemu wyczuwał, równie dobrze mógł natknąć się na maie, bądź upiora, ale w Mrocznych Dolinach najpewniejsze były właśnie duchy. Zamknął oczy i skupił się, próbując zlokalizować źródło z którego wypływała magia tworząca mrok. Wiedząc gdzie znajduje się przeciwnik, nieważne, czy żywy, czy martwy, łatwiej byłoby mu przełamać jego zaklęcie i odnaleźć wyjście z lasu.

Awatar użytkownika
Rogvir
Zbłąkana Dusza
Posty: 5
Rejestracja: 1 miesiąc temu
Kontakt:

Post autor: Rogvir »

        Z krzaków wyleciało...coś. Jakby czarny dym. Wystrzelił w stronę Rogvir, powalając wielkoluda na ziemię i zaraz zniknął. Mężczyzna dźwignął się na nogi i rozejrzał nerwowo. Jak walczyć z czymś, czego nie widać?
- Wyłaź, psi dziadu!
        Czarny dym znowu go trzepnął, tym razem od tyłu. Wojownik wylądował na twarzy, klnąc przy tym siarczyście. Wśród głuchej ciszy rozległ się nagle warkot. Powoli zbliżał się do Rogvira, chociaż jego źródła nigdzie nie było widać. Wojownik podniósł się z ziemi, szykując się na kolejny atak. Tuż przed jego oczami zmaterializowała się bestia. Wyglądała jak na wpół zjedzony wilk. Na cielsku miała liczne dziury, z których wystawały kości i resztki wnętrzności.
- Aleś ty paskudny - mruknął do siebie wojownik. Nie miał zamiaru czekać na ruch bestii. Sam skoczył naprzód, tnąc toporem z góry na dół. Ostrze przecięło ciało "wilka" jak powietrze. Dosłownie. Topór nie napotkał żadnego oporu, a bestia po prostu się rozpłynęła. - Co to ma być?!
        Zwierz pojawił się na powrót, wciąż jednak nie atakował. Rogvir z kolei natarcie swoje ponowił. Z identycznym skutkiem. Tym razem więc postanowił zaczekać, zobaczyć co bestyja zrobi. Wilczur toczył pianę z pyska, warcząc basowo. Stał w pozycji bojowej, gotowy do skoku, który nie nadchodził. Do uszu Rogvira dobiegł jeszcze jeden dźwięk. Dźwięk metalu, ocierającego się o metal. Powoli odwrócił głowę w stronę ów dźwięku, ale to co zobaczył przerosło jego wyobrażenia. Oto w jego stronę powoli, acz sukcesywnie zbliżał się nieduży oddział trupów. "Na bogi...co tu się dzieje...". Sześć brudnych, poobdzieranych ze skóry istot kroczyło doń, dzierżąc miecze i topory. Z oczodołów zionęła im nieprzenikniona czerń, szczęki zwisały bezwiednie, niektóre wręcz odpadały. Rogvir stał teraz pomiędzy czarcim pomiotem wilczym, a bandą truposzów i w głowie miał tylko jedną myśl.
- Kto pierwszy?! - wydarł się na całe gardło i wściekle rzucił na kroczące ku niemu zombie. Te na szczęście nie znikały po zetknięciu z ostrzem. Na nieszczęście za to wydawały się być nieśmiertelne. Po każdym powaleniu wstawały na powrót, pozbywając się ewentualnie fragmentu ciała. Toporek Nordyjczyka raz za razem ciął i miażdżył, a mimo to przeciwników nie brakowało. Jeden z umarlaków zdołał sięgnąć mężczyznę swym mieczem, zostawiając paskudne rozcięcie na ręce. Rogvir żałował teraz, że biegał po lesie w samych portkach.
        Potyczka trwała już dłuższą chwilę i co ciekawe, czynny udział w niej brali jedynie Rogvir i banda truposzy. Wilczur ponownie rozpłynął się we mgle, ucichło również jego warczenie. Wojownik z uporem maniaka kładł po kolei przeciwników na ziemi, a ci z jeszcze większym uporem z niej wstawali. "Cholera, tak nic nie wskóram." Ostatni raz zamachnął się toporkiem, oddzielając głowę maszkary od reszty. Chociaż ta potoczyła się gdzieś w głąb lasu, samo ciało wciąż parło do przodu, zupełnie jakby wiedziało, gdzie atakować. "Czas zmienić taktykę." Zgarnął porzuconą torbę i rzucił się biegiem przed siebie. W zasadzie nie miał żadnego planu, miał jedynie nadzieję, że truposze nie potrafią biegać i zostawi je w tyle. Cóż...nadzieja nadzieją, a umarlaki tymczasem puściły się pędem za wojownikiem.
- Nosz psia wasza pier...he? - kawałek przed sobą zobaczył mdłe światełko. - Lepsze to niż nic.
Ruszył w jego stronę, wciąż słysząc za sobą szczęk metalu i gardłowe pomruki ścigających go trupów. Już blisko. Ostatni krok. W kompletnym mroku i gęstwinie drzew i krzaków nie zauważył wstającego korzenia i runął jak długi wprost pod źródło światła. Zwinnie jednak przekoziołkował i zaraz stał na nogach, trzymając toporek w gotowości. To co zobaczył zdziwiło go chyba bardziej od widoku truposzy. Oto przed nim stał odziany w płaszcz elf, a tuż nad nim unosiła się kula ów światła. Chociaż w pierwszej chwili Rogvir chciał zaatakować nowo napotkanego jegomościa, tak powstrzymał się w ostatniej chwili. Nie wyglądał na kolejnego umarlaka, chociaż za piękny też nie był. Nie było jednak czasu na rozmyślania, gdyż zaraz za wojownikiem na polankę wpadło sześć rozjuszonych zombie.

Awatar użytkownika
A'mel
Zbłąkana Dusza
Posty: 8
Rejestracja: 2 miesiące temu
Lokalizacja: Bolesławiec
Kontakt:

Post autor: A'mel »

        Powoli i skrupulatnie rozplatał węzły iluzji, szukając jej źródła, pasma, dzięki któremu mógłby dojść do maga, który ją tworzył. Było to o tyle trudne, że niezbyt rozeznawał się w magii Kręgu Bytu, dużo bardziej subtelniejszej niż żywioły, którymi się posługiwał. By rozpracować zaklęcia z tej Dziedziny, musiał sięgnąć do głębokich pokładów swej wiedzy, zarówno teoretycznej i praktycznej, by zająć się czysto magicznym podkładem czaru, a nie samą iluzją właśnie. Każde zaklęcie bowiem kształtowało się właśnie z pierwotnej energii, którą wykwalifikowany mag potrafił odpowiednio formować wedle swej woli i umiejętności. A'mel nie chciał bezpośrednio przełamać ułudy, wystarczyło mu tylko wychwycenie silniejszego śladu, od którego wypływał cały ten mrok, by potem posłać w jego stronę kilka ognistych podmuchów. Mało jest istot zdolnych podtrzymywać swe zaklęcie, jednocześnie płonąc. Poza magami żywiołów, rzecz jasna.
        Nagle poczuł coś dziwnego. Silniejsze kłębowisko magii, głęboko między drzewami, ale zdecydowanie nie źródło, którego szukał. Skupił się jednak na nim chcąc sprawdzić czym jest i skrzywił się mimowolnie, gdy poczuł zbliżającą się do niego w szybkim tempie emanacje.
        - Nieumarli... - mruknął pod nosem, wykonując szybki gest dłonią i zbierając energię. Krzyk umierających oraz smród gnijącego mięsa, które jakoby wychwycił swym magicznym zmysłem, jednoznacznie wskazywały na to, co zmierza w jego kierunku. Otworzył oczy i przygotował się do walki.
        Spodziewał się wielu rzeczy, szkieletów, podniesionych magią śmierci zwłok ludzi, naturian, a nawet zwierząt. Wielki, jak niedźwiedź mężczyzna, który wpierw wyrżnął, jak długi o korzeń, a następnie przeturlał się zgrabnie niczym młoda leśna elfka, był jednakże daleko poza jego przypuszczeniami. Do tego stopnia, że na krótki moment go zamurowało. Nie zareagował nawet wtedy, gdy wielkolud z dzikim wyrazem twarzy wykonał ruch, jakby chciał go zaatakować. Nie było jednak chwili, by zastanawiać się nad jego postępowaniem, bowiem tuż za nim, na polanie pojawiło się kilka trupów. Osobnik nie wyglądał na nekromantę i umykał jak zając przed pogonią. Szybka dedukcja i fakty, na którą składały się zachowanie mężczyzny, jego broń i porąbane częściowo zwłoki sprawiły, że A'mel podjął jedyną decyzję, jaką mógł w tej chwili podjąć. Błyskawicznie rzucił zaklęcie, wykorzystując swą mistrzowską wiedzę i umiejętności w panowaniu nad magią wiatru. Najbliższy, pozbawiony głowy ożywieniec, znalazł się w sferze wielokrotnie zwiększonego ciśnienia, które gwałtownie miażdżąc jego plugawe ciało we wtórze ohydnego mlaśnięcia i trzasku łamanych na kawałki kości, zmieniło je w poskręcaną, bezkształtną, niezdolną do poruszania się kupę skóry, trzewi i gnatów.
        - Po nogach! - zdążył tylko krzyknąć, momentalnie składając usta do kolejnego czaru. Liczył na inteligencje nieznajomego. Miał nadzieję, że ten, pomimo sytuacji zrozumie, że konwencjonalna walka z ożywionymi truchłami nigdy nie przynosi efektów. Najlepiej było je unieruchomić, czy rozerwać na niegroźne kawałki, co właśnie zamierzał zrobić z kolejnym z nich.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Mroczne Doliny”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość