Ruiny NemeriiNadepnięcie na Funga przynosi siedem lat nieszczęść

Miasto które niegdyś tętniło życiem, zniszczone po Wielkiej Wojnie dziś jest miastem nieumarłych... tutaj za każdym rogiem czai się cień. Długie ulice, tajemnicze zakamarki opuszczonych ogrodów i domów. Wampirze zamki, komnaty luster, rozległe katakumby i tajemne mgły zalegające nad miastem. Jeśli nie jesteś jednym z tych którzy postanowili żyć wiecznie strzeż się, bo możesz już nigdy nie wrócić do swojego świata!
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Llewellyn
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Nadepnięcie na Funga przynosi siedem lat nieszczęść

Post autor: Llewellyn »

To było dziwne.
Obudził się pomału i ze spokojem, jak po błogim śnie. Otworzywszy oczy ujrzał szereg gwiazd migoczących na częściowo przysłoniętym obrośniętymi gałęziami firmamencie. Oszołomienie sprawiło, że nie wiedział, jak się tu znalazł, a nawet nie przypominał sobie, co robił przed zaśnięciem. Pod nocnym niebem, o tej mrocznej porze, gdy nawet słońce odpoczywało przepracowawszy swoje dwanaście godzin.
Tak właściwie, to z początku nawet się nad tym nie zastanawiał. Swe leniwe spojrzenie skierował bezpośrednio na emanujący bladą poświatą księżyc, który, choć wciąż jasny, już od kilku dni zaczął chudnąć i nieśpiesznie zbliżać się do osiągnięcia nowiu.
- Trzecia kwadra... - Zmiennokształtny mruknął z lekkim rozgoryczeniem na myśl o niej. Miesiąc schodzi tak szybko, kiedy się go nie upilnuje. Nim się obejrzysz, na niebie pozostanie już tylko cienki sierp, a potem i on całkowicie zniknie. Nie, nie zniknie - ukryje się, jednocześnie odsłaniając Tą gwiazdę, piękną gwiazdę, która za każdym razem odbiera panterołakom rozum. A przynajmniej tak mówił ojciec, choć nawet on nie był w stanie się jej oprzeć.
Llewellyn westchnął przeciągle, w tym samym momencie wyciągając rękę w kierunku nocnego nieba. Zakrył dłonią świetlisty glob, po czym zapatrzył się na jej niezdrowo jasny odcień. Na jej biały, jakoby przyprószony śniegiem wierzch, który... nie miał na sobie opuchlizny.
Mężczyzna zerwał się nagle do pozycji siedzącej, aż jego głowa zapulsowała silnym bólem. Zamrugał oczami chcąc go odegnać, by za moment ponownie skupić swoją uwagę na miejscu, w którym powinny widnieć skutki paskudnego ugryzienia. Powinny... więc jakim cudem rana zniknęła? Czyżby znowu coś mu się przywidziało?
Potarł oczy wierzchem drugiej ręki, a gdy to nic nie dało, ostrożnie dotknął to miejsce, obawiając się, że zacznie przez to piec lub zwyczajnie boleć. Jednak, ku jemu zdziwieniu, tak się nie stało.
Wówczas przypomniał sobie o wydarzeniach z jaskini. Wraz z aniołem o czarnych skrzydłach i ładnie pachnącą maie szukali skarbu. Szukali... drogi do niego, a gdy przedostawali się z dziwnego pomieszczenia, pośrodku którego znajdował się wielobarwny, kalejdoskopowy filar, do ruin jakiejś chaty, zaczął opadać z sił, a mgła przyćmiewała mu wzrok. Ostatnie wspomnienie, jakie zachował, to widok zbliżającego się ku nim, srebrnowłosego elfa.
Panterołak wstał i rozejrzał się po otoczeniu przekonując się, że widzi je nie po raz pierwszy. Tylko dlaczego znalazł się na samym początku swoich poszukiwań? Wejście do jaskini znajdowało się tuż obok, aczkolwiek zostało na nowo załatane deskami. Co to mogło oznaczać? I gdzie są pozostali? W chwili, gdy padło ostatnie pytanie, nabrał głęboko powietrza w płuca, skupiając się na odnalezieniu ich zapachów. Nic to jednak nie dało. Nic oprócz... no właśnie. Dlaczego nagle do jego myśli wkradła się twarz jakiejś dziewczyny? A raczej pysk...
Aż zdziwiła go jego własna wyobraźnia. Sięgnął ręką do ust, ziewając głośno. Dopiero się obudził, a jednak dalej był mocno zmęczony. Na początku korciło go, aby udać się do jaskini ponownie. Bądź co bądź, rozeznał się już nieco po podziemnych tunelach i wierzył, że zdołałby ponownie trafić do tamtej starej chaty, która wydawała się bardzo obiecująca. Zaraz jednak doszedł do pewnego, bardzo nieprzyjemnego wniosku. Skoro nie ma nigdzie jego towarzyszy, to pewnie go zwyczajnie porzucili. W końcu nie łączyła ich żadna silna więź i nie mieli wobec siebie obowiązku zachowania lojalności. Być może w tej właśnie chwili pławią się w złocie, a jego samego uleczyli i odnieśli tutaj z powodu zwykłej uprzejmości.
Na jego ustach zawitał rozbawiony grymas. Ta wersja wydarzeń go nie przekonywała, jednak postanowił, że będzie się jej trzymać. Jakiejś musiał, bo w przeciwnym wypadku ciekawość zeżarłaby go od środka, a przecież do tej jaskini nie wróci choćby nie wiem co. Nie dlatego, że obecność skarbu była już znacznie mniej prawdopodobna, ani nie ze względu na czyhające w ciemnościach niedźwiedzie i żądających zemsty troglodytów. Cóż, a przynajmniej nie tylko - tak przedstawiały się jego oficjalne argumenty. Prawda była bowiem skryta w cieniu, choć dla tych, który go dobrze znają, prosta jak budowa cepa. Otóż Llewellyn już nigdy więcej nie postawi stopy w pomieszczeniu pełnym wielkich, jadowitych pająków.
Wyobraził sobie, jak wszystkie na raz wypełzają zza zabitej dechami dziury i poczuł przechodzące po plecach ciarki. Podjął jedną z najszybszych w swoim życiu decyzji - postanowił oddalić się od tego miejsca na tyle daleko, aby myśli o zamrażających krew w żyłach pajęczakach przestały go nachodzić falami i pozwoliły na dalszy odpoczynek. Mimo faktu, iż to miejsce traktował jako antonim słowa "przyjazne", to miał powody, aby pozostać w nim przynajmniej do nadejścia świtu. Przemieszczanie się w środku nocy mogło być o wiele bardziej niebezpieczne, a od Rapsodii dzieliło go kilka dni drogi.
Zmiennokształtny zwykle nie rozbijał obozów, gdyż do tego trzeba było mieć wiele rzeczy pod ręką, które tylko by go spowalniały. Umiał to robić, lecz wykorzystywał tą umiejętność wyłącznie wtedy, gdy ktoś mu towarzyszył, lub miał zostać w jakimś miejscu przez dłuższy okres czasu - a takie sytuacje występowały dość sporadycznie. Nie dbał za bardzo o wygody, dlatego spanie na suchym gruncie nie było dla niego wielką katorgą. O ile, rzecz jasna, przybierał wówczas swoją zwierzęcą postać. A robił to zawsze.
Przemiana w jego wykonaniu wyglądała niezmiernie prosto. Wiedział, że niektórym zmiennokształtnym sprawia ona ból, jednakże sam nie miał takiego problemu. Robił to też szybko, nie musząc przy tym poświęcać jej całej swojej uwagi. I tak też przechadzając się po lesie, w pierwszej chwili wyglądał jak szczupły, lekko umięśniony człowiek o panterzych przymiotach i niezwykle jasnej cerze, aby już po kilku uderzeniach serca wcielić się w puchatego irbisa.
Duży, śnieżnobiały kocur zatrzymał się po pewnym czasie i najzwyczajniej w świecie położył pod jednym z drzew, aby rankiem zbudzić się wraz z zamieszkującymi to miejsce stworzeniami. Nie obawiał się ich. Dzięki całkiem dobremu słuchowi wiedział, jeśli coś się zbliżało, a gdyby okazało się wyjątkowo groźne, zawsze można było po prostu zwiać. Póki co jednak nie zapowiadało się na to, żeby konieczne było podjęcie tego typu środków - jedynym, co go w pewien sposób zaniepokoiło, był wędrujący nieopodal grzyb, aczkolwiek wolał myśleć, że istnienie takiej kreatury było po prostu kolejnym wymysłem jego pobudzonej wyobraźni. Ostatnio ciągle nękają go dziwne złudzenia i chyba zdążył się już przyzwyczaić.
Zaraz po tym jak wstał, poczuł w brzuchu kompletną pustkę. Przypomniał sobie, że minęło trochę czasu, od kiedy ostatnio zapełnił czymś żołądek.
Postawił uszy w pionie i zaczął nasłuchiwać, przemierzając las na miękkich łapach, stawiając ciche, niemal niesłyszalne kroki, a także węsząc za potencjalną zdobyczą. Miał teraz ochotę zjeść dużego, soczystego zająca i po raz kolejny dziękował losowi za to, że posiadając cechy pantery nie będzie musiał go uprzednio upiec.

Awatar użytkownika
Nadeya
Szukający drogi
Posty: 45
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Nadeya »

Nadeya kuśtykała za niesfornym królikouchym szczeniakiem nawet nie zauważając w pierwszej chwili, że jest już w całkiem innym miejscu poza jaskinią. Czarnobiały piesek na szczęście się zatrzymał zaskoczony nowymi zapachami więc naturianka mogła go złapać.

- Same z tobą kłopoty – stwierdziła i zaczęła się zastanawiać czy nie lepiej by było podrzucić komuś malucha, komuś, kto się nim zaopiekuje i nie będzie biedaka narażał – Jeszcze mi się zgubisz w tych tunelach…? – jasnowłosa rozejrzała się dookoła zaskoczona.

Na dodatek nigdzie nie było Elisy ani tej dziwnej Samanty. W ogóle całe otoczenie się zmieniło, co początkowo wywołało radość, że może odetchnąć świeżym powietrzem i uleczyć swoją nogę, co było trochę trudne w niemal kompletnych ciemnościach. Zrobiła to więc od razu, rana została zamknięta, a następnie zaczerwienienie i opuchnięcie zniknęło i centaurzyca odetchnęła. W końcu mogła pomyśleć na spokojnie i ból jej w tym nie przeszkadzał. Dopiero teraz naszły ją zmartwienia. Nie miała bladego pojęcia, gdzie jest. Przecież jej siostra wciąż mogła czekać na nią przy jaskini.

- Dopiero co cię odnalazłam, a znów zgubiłam… - westchnęła w myślach i spojrzała w niebo z naiwną nadzieją, że może Wiladye w tej chwili też w nie spogląda – Ale skoro już raz się udało, to dam radę i drugi – dodała zawzięcie. Naturianka wiedziała, że w tej sytuacji załamka to najgorsza możliwa opcja.

Ledwo zdążyła pomyśleć, a niesforny szczeniak zaczął szamotaninę, nawet zaszczekał donośnie kilka razy. Czterokopytna nie zdołała powstrzymać pełnego energii szczeniaka i ten pogonił gdzieś między drzewa. Naturianka w obawie, że maluch wpadnie w jakieś tarapaty, pogalopowała za nim… znowu.

- Łatek! Ty mały…! – krzyknęła, gdy nagle spostrzegła jakieś niezwykle białe futro w oddali.

Zaskoczona zwolniła, aż w końcu całkiem stanęła. Nie wiedziała co to, raczej nie biały niedźwiedź, nigdy takiego nie widziała. Ponadto to coś miało jakieś czarne kropki albo plamki. Szybko jednak znikło jej z oczu, co zaniepokoiło blondynkę. Życie w cyrku pozostawiało wiele do życzenia, ale przynajmniej byli ludzie, gotowi do jego obrony w przypadku jakiegoś ataku no i… nie czuła się taka samotna. Owszem, tęskniła za swą siostrą, ale towarzyszyły jej inne istoty, uwięzione tak samo, jak ona. Tutaj musiała działać na własną rękę, liczyć na siebie. Przeszedł ją dreszcz.

- Weź się w garść – skarciła się za ten być może nieracjonalny atak paniki, aż tupnęła kopytem o ziemię – Elisa… - zaczęła, chcąc poprosić towarzyszkę o jakąś radę albo pomoc, ale dotarło do niej, że wampirzycy tu nie ma. Nieumarła najwyraźniej nie zdążyła wskoczyć do portalu, a może nie chciała? Westchnęła.

Potrzebowała chwili wytchnienia, dopiero teraz dotarło do niej, jak bardzo jest zmęczona. Usiadła sobie przy rządku krzaczków z jagodami, przy okazji oskubując kilka. Jakby ktoś stanął za nimi, to ujrzałby jedynie parę białych, króliczych uszu. Całkiem gęsto się to rozrosło.
W tym czasie niczego nieświadomy psiak natknął się na funga leśnego i bardzo go ów istota zaintrygowała. Na początek pacnął to coś łapą i oberwał tak jakby tym samym, co zszokowało szczeniaka, a nawet wystraszyło, więc odskoczył. Nie zamierzał jednak odpuszczać i ostrożnie podszedł do grzyba, który próbował oddalić się od natręta. Zaczęło to przypominać zabawę w kotka i myszkę. Psiak śledził stworka i obrywał po nosie, jeśli zrobił to za szybko. Wtedy odskakiwał, ale zaraz wracał.

Awatar użytkownika
Llewellyn
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Llewellyn »

Zmiennokształtny nie musiał się długo rozglądać, aby trafić na swoją pierwszą ofiarę. Z początku dostrzegł w oddali jedynie niewielki ruch, toteż przystanął i zatrzymał wzrok na spróchniałym, dawno porośniętym mchem drzewie, które musiało upaść w wyniku, jak przypuszczał dość potężnej wichury. Już po chwili wyskoczył zza niego nieprzesadnie duży, ale z pewnością mający na karku już kilka lat zając o szarym umaszczeniu, tak pospolitym wśród owego gatunku. Długouchy rzucił się pędem w jego stronę, przypieczętowując swój los, praktycznie podając się drapieżnikowi na tacy. Kierował się prosto w paszczę... nie lwa, a niemal równie niebezpiecznego przedstawiciela rodziny kotowatych - śnieżnej pantery.
Sama pantera zastygła w bezruchu, czekając na odpowiedni moment, aby zaskoczyć szaraka i dopaść go w ułamku sekundy. W przypadku innego zwierzęcia zapewne od razu ruszyłaby w pogoń, jednak obecna sytuacja bez wątpienia stawiała zająca na przegranej pozycji. Te stworzenia miały bardzo słaby wzrok i choć ruch wykrywały bez najmniejszego problemu, tak w rozpoznawaniu nieruchomych kształtów były wyjątkowo słabe. Nawet odznaczające się od otoczenia jasne futro nie mogło ich w tym uświadomić. W końcu lasy nie są zamieszkiwane przez drapieżniki o takim umaszczeniu, dlatego nie powinno skojarzyć im się z niczym groźnym. Być może nawet długouchy dostrzegł w zmiennokształtnym białego daniela? Tak czy owak, nie miał on najmniejszej szansy przeciwko tak doświadczonemu myśliwemu, jakim był Llewellyn. Nie zdążył nawet wydać z siebie kniazień, gdy wnet jego kark pochwyciły ostre kły.
Śnieżny panterołak nie napawał się tym zwycięstwem. Nigdy tego nie robił. I choć nie można go było nazwać miłośnikiem zwierząt, to nie miał o nich złego zdania. Zabijał je, bo taką miał pracę, ale nie robił tego z premedytacją. Oczywiście dochodziły do tego własne potrzeby, polegające na wypełnieniu żołądka i trzeba przyznać, że nigdy ich nie zaniedbywał. Zawsze jednak uważał je za coś w rodzaju konieczności, za nigdy nieustający krąg życia. Coś musi umrzeć, żeby umożliwić życie innemu bytowi. Akceptował to w pełni, ponieważ żył w dużej mierze w zgodzie z naturą oraz własnym instynktem. Oczywiście nie równało się to z tolerowaniem bestialskiego zadawania ran, czy też zabijania dla swojej własnej, chorej satysfakcji, ani na wyżywaniu się na innych istotach. Takich czynności nie tylko nie pochwalał - on starał się im przeciwstawiać.
Po uśmierceniu swojej ofiary, pantera położyła ją na ziemi i poczęła konsumpcję. Pomimo bycia przyzwyczajoną do tego smaku, zawsze oblizywała się na myśl o jej chudym i delikatnym mięsie. W sumie... oblizywała się na myśl o każdym rodzaju mięsa. To chyba cecha bycia w pełni mięsożercą, w połowie zwierzęciem i w zeru procentach marudą.
W chwili, gdy czyścił swoje zapaskudzone posoką futro, do jego puchatych uszu doszło... szczekanie? Mężczyzna, przebywający aktualnie w swojej zwierzęcej postaci zwrócił pysk w kierunku źródła dźwięku, lecz nie ujrzał niczego nadzwyczajnego. Dopiero za moment, przyjrzawszy się nieco lepiej leśnemu podszyciu, dostrzegł wystające znad wysokiego krzewu charakterystyczne dla królika uszy. To wprawiło go w tak wielkie zdziwienie, że dosłownie opadła mu szczęka. Po pierwsze, czy ten królik właśnie zaszczekał? A po drugie, chyba nawet dziwniejsze od poprzedniego - czy ten królik ma dwa łokcie wysokości?!
Nikt mu nie uwierzy... nie uwierzy nawet sobie, dopóki tego nie sprawdzi. A sprawdzić zamierzał, nie był bestiologiem z powołania, jednak nie mógł przepuścić okazji zobaczenia tak wielkiego okazu. O ile rzecz jasna trusia nie robi go w przysłowiowego konia, stojąc na jakimś podwyższeniu...
Spróbował podkraść się do krzaka tak cicho, jak tylko potrafił. Był w tym dobry, jednak nie stanowiło to gwarancji braku wykrycia przez istotę o równie dobrym słuchu, co królik. Choć, jak tak teraz patrzył, to czy te uszy nie są trochę za małe jak na jego rozmiar? Może to był jakiś wybryk natury o malutkich uszkach i wielkim tułowiu?
Ta myśl wprawiła go w lekką konsternację, jednak bynajmniej nie doprowadziła do zaniechania dalszych działań. Sprawiła raczej, że całą swoją uwagę skupił na unikaniu wywoływania niepotrzebnych odgłosów oraz łagodnym tłumieniu coraz wolniej stawianych kroków. Nie łudził się za bardzo, ale gdzieś przemknęło mu, jakże naiwnie, przez myśl, że może królik będzie na tyle zajęty jakąś czynnością, aby obniżyć swoją czujność i ułatwić mu tym samym zadanie.
Znalazłszy się od krzaczka w odległości nieco ponad sążnia, zaczął go powoli obchodzić z lewej strony, mniej więcej w połowie drogi przybierając na powrót swoją ludzką, mniej przystosowaną do skradania się postać. Wiedział, że to mogło natychmiastowo i bezsprzecznie potwierdzić jego obecność, a samo zwierzę zmusić do ucieczki. Mimo to uznał, że tak będzie lepiej - jako humanoid wyglądał mniej groźnie, niż jako olbrzymi kot o drapieżnym spojrzeniu. Istniała szansa, że dzięki temu stworzenie nie uzna go od razu za wroga, choć była to bardzo, bardzo mała szansa.
Nie wyszedł nagle, gdyż nie chciał go straszyć ani zaskakiwać. Miał jednak nadzieję, że nawet, jeśli tajemnicza istota podejmie się ucieczki, zdąży się jej przyjrzeć na tyle, by potwierdzić swoje domysły. I nigdy, nawet w najmniejszym stopniu nie spodziewał się ujrzeć widoku, który wymalował się przed nim. Nie spodziewał się ujrzeć...
Kolejnych halucynacji.
Bo cóż innego mogło to być? Mimo postawienia tak szybkiego werdyktu, zmiennokształtny z niedowierzaniem wlepił swój wzrok w skierowaną ku niemu, jasnowłosą kobietę... a może w siedzącego konia? W całym swoim życiu spotkał przedstawicieli różnych ras. Przewinął się wśród nich nawet upadły anioł! Jak to możliwe, że nigdy nie słyszał o koniołaku?
Wrażenie, jakie wywołała na nim ta niecodzienna istota, dodatkowo potęgowały królicze uszy i biała plama na części twarzy. Już nawet nie zwrócił uwagi na to, że nie nosiła ubrań. Odetchnął głęboko i przymknął oczy, przez moment kompletnie ignorując otoczenie. Po chwili otworzył je i spróbował spojrzeć na wszystko trzeźwiej.
"To nic wielkiego, pajęczy jad działa po prostu dłużej, niż się spodziewałem. Wystarczy, że będę trzymać się z daleka od wszystkich złudzeń, a pójdą sobie w siną dal jak tamten maślak."
Prawdopodobnie nie był to najlepszy moment na tego typu myśli, gdyż nie minęła chwila, a jego uwagę skupił na sobie psi pisk. Spojrzał w jego kierunku i zaraz po tym, jak zanotował istnienie kolejnych króliczych uszu, które źle dobrały sobie właściciela, zobaczył To.
- Na majty szwaczki Brunhildy... - Mruknął cicho, nie mogąc oderwać wzroku od pojedynkującego się ze szczeniakiem Funga. Wolał nie obrażać tak praktycznej i niezawodnej kobiety, jednakże w zachodniej części Rapsodii żarty dotyczące jej tuszy były dość powszechne. Poza tym, nie wiedząc czemu, była to pierwsza fraza, jaka przyszła mu na język, a jednocześnie wydawała się idealnie pasować do tego, co aktualnie przeżywał. A przeżywał szok - ni mniej, ni więcej.
Czy to już szaleństwo? A może sen? Czy aby na pewno zbudził się tego ranka? Nadal odczuwał w ustach posmak słodkiej dziczyzny. Czuł wiele zapachów i słyszał wiele rzeczy. Ale czy to cokolwiek udowadniało? Uszczypnął się z całej siły w przedramię, jak mu polecił niegdyś znajomy w takich sytuacjach. Szybko doszedł do wniosku, że to boli, dlatego postanowił wykluczyć ostatnią możliwość. Pozostało już tylko sprawdzić, czy aby na pewno ma do czynienia wyłącznie z omamami.
Powoli zbliżył się do kobiety, tudzież klaczy, aby ostrożnie, choć stanowczo, wyciągnąć ku niej rękę. Zbliżył ją do przedramienia królikouchej, przełykając głośno ślinę, po czym lekko trzęsącymi się palcami... dotknął ją.
- Jesteś prawdziwa. - Wypalił bez zastanowienia, a gdy zorientował się, że dotyka ją nieco zbyt długo, odskoczył do tyłu jak poparzony. - To znaczy, wybacz. Musiałem coś sprawdzić.
Zerknął w kierunku pozostałych istot. Czyli one też...
- Mam na imię Llewellyn Lóhere. Zajmuję się myślistwem.
Prędko się przedstawił, mając nadzieję, iż ten czyn choć w niewielkim stopniu zrekompensuje czterokopytnej jego dziwne zachowanie. Pomimo nieco zażenowanej miny wyglądał na zadowolonego ich niespodziewanym spotkaniem. Odkrywanie nietypowych zjawisk oraz rzadkich istot jest ciekawe, a także ekscytujące - o ile nie są one wywołane halucynacjami. Ogoniasty łatwo się o tym przekonał w ciągu ostatniej doby.

Awatar użytkownika
Nadeya
Szukający drogi
Posty: 45
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Nadeya »

Nadeya zajadała się pysznymi jagodami w najlepsze i regenerowała siły. Wciąż jednak myślała nad losem swojej ukochanej siostry i jak ją odnaleźć. W tym czasie szczeniak w najlepsze droczył się z biednym i konkretnie zirytowanym fungiem. Nawet nie zauważył obecności panterołaka, tak bardzo zaabsorbowało go to jego zajęcie. Naturianka natomiast coś usłyszała. Szybko zjadła ostatnią jagodę, którą trzymała w dłoni i spojrzała wokół. Słyszała poszczekiwanie Łatka, ale ten dziwny szelest dotarł z innej strony. Jasnowłosa przeanalizowała raz jeszcze sytuacje i to miejsce nie wyglądało na często odwiedzane, ponadto były raczej małe szanse, żeby ludzie z cyrku znaleźli ją tu, skoro śledzili ją tam. Przynajmniej tak podejrzewała, bo nie miała najmniejszego pojęcia, gdzie ją poniosło. Mimo trochę odetchnęła. Założyła, że ten drobny hałas to tylko wiewiórka albo jakiś zając, a może jeszcze inny mieszkaniec lasu.
Żeby się uspokoić i nie popadać w paranoję, zaczęła cicho nucić. Nic konkretnego, nawet nie myślała specjalnie o żadnej piosence. Po prostu chciała zagłuszyć te wszystkie zbędnie ją niepokojące dźwięki. Nawet przymknęła oczy.
I właśnie w tym momencie przeszedł ją zimny dreszcz i cała znieruchomiała. Czuła na ramieniu dotyk, czyjś dotyk! Wcale się nie przesłyszała, a teraz co? Nie miała pojęcia jak zareagować. Nie miała nawet odwagi spojrzeć, kto ją dotykał, w tej chwili przypominała żywy posąg, a serce waliło jak oszalałe. Trwało to do pierwszych słów zmiennokształtnego. W momencie, gdy on odskoczył, Nadeya wstała na równe nogi i także się cofnęła.

- Oczywiście, że jestem! – odpowiedziała ze złością zmieszaną ze strachem w pierwszym odruchu. Dopiero teraz zobaczyła z kim ma do czynienia. Mężczyzna o śnieżnobiałej cerze oraz równie jasnych, długich włosach. Na dodatek posiadał kocie atrybuty w postaci uszu i ogona.

Królikoucha odetchnęła, a nawet była całkiem rada, że trafiła na istotę w pewien sposób podobną sobie. Pamiętała jeszcze, że do cyrku również trafiali kotowaci zmiennokształtni i to całkiem często. Niestety, dla właściciela, zwykle bardzo sprawnie uciekali. Po prostu kocia natura. Naturianka wprawdzie była spokojniejsza, ale nie znaczyło to jeszcze, że zaufa od razu nieznajomemu. Dlatego, póki on się nie przedstawił, milczała i gmerała przednim kopytkiem w ziemi.

- Jestem Nadeya – odparła. Gdyby jej życie przebiegło inaczej zapewne, jak to centaury zwykle robią, podałaby swoje imię wraz z klanem, z którego pochodziła – I jestem… trochę zgubiona – powiedziała z desperacją w głosie, a jej królicze uszy opadły mimowolnie, nadając jej twarzy jeszcze bardziej żałosnego wyrazu – Wiesz może, co to za miejsce? – spytała. Nie była pewna czy chce rozmawiać z tym Llewallynem, ale naprawdę potrzebowała choć trochę informacji.

W tym czasie królikouchy szczeniak znudzony już grzybem postanowił wrócić do centaurzycy. Po drodze napotkał panterołaka i najpierw niepewnie go obwąchał. Najwyraźniej nie wyczuł niczego złego, więc postanowił przekonać zmiennokształtnego do zabawy i wesoło poszczekując, zaczął mu skakać na nogi.

- Jesteś kotołakiem? – spytała, zyskując trochę śmiałości, gdy zobaczyła, jak pozytywnie Łatek zareagował na mężczyznę. Jasnowłosa pamiętała, jak podobnie wyglądają do siebie różne odmiany kotowatych zmiennokształtnych, więc chciała się upewnić.

Z jednej strony cieszyła ją obecność mężczyzny, co dwie głowy to nie jedna. Z drugiej natomiast wyrzucała sobie, że zaczęła z nim rozmowę, zamiast taktycznie się oddalić i nie nawiązywać z nikim kontaktu.

Awatar użytkownika
Llewellyn
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Llewellyn »

- Tak, oczywiście, że jesteś... - Mruknął cicho z nie lada zmieszaniem, ale i łatwo słyszalnymi w głosie przeprosinami. Czemu miałaby nie być prawdziwa? Tylko dlatego, że tak sobie ubzdurał? Tylko dlatego, że nigdy nie widział istoty takiej, jak ona i po prostu uznał ją za wytwór własnej wyobraźni? Przegryzł stanowczo wargę i wbił lekko zatroskany wzrok w ziemię. Mimo, że dopiero ją poznał, miał nadzieję, że jego oburzająca reakcja nie da jej powodów do zmartwień. Była dla niego czymś niezwykłym, czymś... dziwnym. Ale przecież sam doświadczył tego rodzaju unikalności na własnej skórze, choć ostatnimi czasy zapewne w mniejszym stopniu. W końcu jego można było łatwo pomylić z kotołakiem, ale ją? Chyba, że miała jeszcze możliwość przemiany w człowieka, co wydało mu się bardzo prawdopodobne. Jak dotąd każdy napotkany przez niego zmiennokształtny (włącznie z nim samym), potrafił przybrać więcej, niż jedną postać. Jeśli więc rzeczywiście jest, jak z początku założył, "koniołakiem"... wówczas musiałby przyznać, że odrobinę mu ulżyło.
Nie chcąc w tamtym momencie sprawiać wrażenia zbyt natarczywego, odwrócił wzrok od dziewczyny, ponownie zerkając w kierunku zmutowanego psiaka. O co chodziło z tymi uszami? Dlaczego oboje je mieli? Prawdopodobnie osoby trudniące się każdą inną fuchą nie poświęciłyby dumaniu nad tym większej uwagi, jednak Llewellyn, będąc myśliwym dość dobrze znającym się na fizjonomii leśnych zwierząt, nie mógł opędzić się od tego typu myśli. Zaraz, jak jego wzrok przeskoczył na Funga, brwi białowłosego uległy zmarszczeniu, nadając mężczyźnie iście badawczego, choć przy tym nawet zabawnego wyglądu. O ile z psem od razu wiedział, co jest nie w porządku, tak ten grzyb stanowił dla niego prawdziwą zagadkę. Nie dość, że miał nogi, które pozwalały mu na dziarskie spacery po lesie i poddawanie w wątpliwości zdrowia psychicznego napotkanych panterołaków, to potrafił posługiwać się kolejną parą, tym razem wyżej usytuowanych kończyn broniąc się przed rozbrykanym czworonogiem.
Przez chwilę się tak wpatrywał w małego wojownika, dopóki nie zorientował się, że blondwłosa zaczęła się niecierpliwić. A przynajmniej to wywnioskował po jej gmeraniu kopytem w ziemi. Kopytem... ona miała kopyta. Jak koń! Czy raczej, była w połowie koniem. Wciąż wydawało mu się to tak nierealne, lecz nie miał zamiaru tego przed nią okazywać. Cóż, a przynajmniej nie teraz i nie w sposób, który mógłby ją urazić.
Po tym, jak się przedstawił, usłyszał jej imię. Nadeya... brzmi ładnie, choć nawet, gdyby chciał jej to powiedzieć (a nie chciał, bo zwykle zatrzymywał swoje opinie dla siebie), to nie mógłby, gdyż zaraz postanowiła podzielić się z nim nieco swoją sytuacją, a jej postawa przybrała na dramatyczności. Mężczyzna przełknął cicho ślinę, nadal jednak wpatrując się w miłą, okrytą białą plamą twarzyczkę. Od chwili, gdy ją zobaczył, poczuł, że coś ich łączy. Nie był do końca pewien, co to takiego, choć może ujrzał w niej siebie sprzed lat? Zagubienie, odmienność, samotność i nieufność. Dopiero co się poznali, a wszystkie te cechy zderzyły się z nim, jak gdyby sam... jak gdyby od momentu, w którym opuścił rodzinną wieś, minęły nie lata, a minuty.
Już miał jej odpowiadać, gdy nagle poczuł na goleni czyjś dotyk. Opuścił głowę i spojrzał pod nogi, gdzie ujrzał obwąchującego go psa. Czynność ta go nie zdziwiła, bo choć zwykle owe zwierzęta nie okazywały mu zbyt wielkiego zainteresowania, to w obecnej lokacji czarno-biały sierściuch nie miał do wyboru zbyt wielu istot, a chodzącym grzybem się najwyraźniej znudził. Poza tym, myśliwy znał wilkołaki, które potrafiły obwąchiwać innych już przy pierwszym spotkaniu. Taka była więc chyba maniera psowatych... W każdym bądź razie, zmiennokształtny uniósł brwi, skrzywił lekko głowę, a po odetchnięciu zwrócił się do obcej:
- Jesteśmy w lesie nieopodal Ruin Nemerii. - Uniósł prawą rękę wzdłuż ciała i wskazał palcem na leśną gęstwinę, oglądając się w tym samym kierunku, zupełnie tak, jak gdyby przez ową gęstą roślinność dało się cokolwiek dostrzec. - Kilka godzin na południowy wschód, a trafisz do tego upiornego miejsca. - Za moment opuścił ramię. - Choć odradzam. Sam nigdy tam nie byłem, jednak słyszy się różne plotki.
Zrobił krok do tyłu, gdy pies zdecydował się na odważniejsze posunięcie i spróbował zaprzeć się przednimi łapami o jego kolana. To jednak nie powstrzymało łaciatego, który dalej pragnął się bawić i zwrócić uwagę mężczyzny. Przy następnym podejściu Llewellyn już nie robił uników. Zamajtał pokrytym cętkami ogonem, aby zaraz unieść barki w obronie przed nadmiernym obślinieniem i poczochrać dłonią oddalony o kilka piędzi pysk. Trąciwszy przypadkiem jedno z przydługich uszu zauważył, że z tej perspektywy będzie miał lepszy wgląd na tą dziwną mutację. Złapał za końce króliczych słuchów obiema dłońmi i zaczął się nimi bawić, potwierdzając w ten sposób prawdziwość kolejnej osobliwości, na którą natknął się dzisiejszego dnia.
Po chwili zamarł w bezruchu, jak gdyby nagle dotarła do niego specyficzność całej tej sytuacji. Powoli złapał szczeniaka za skórę na karku, chcąc odciągnąć go od siebie i puścić bliżej ziemi. Mając nadzieję, iż ten nie będzie dłużej szukać u niego atencji, panterołak zerknął na koniowatą, jednocześnie machając głową w kierunku północno-zachodnim.
- Z kolei tam mieści się Rapsodia. To nieco ponad tydzień pieszej wędrówki, choć konno... - Ugryzł się w język i mruknął pod nosem coś niezrozumiałego. Po chwili posłał jasnowłosej niemrawy uśmiech. - To znaczy, o ile mi wiadomo, koń przebędzie tą drogę w pięć dni, jeśli będzie się poruszał kłusem. - Miał nadzieję, że niczego nie pokręcił. Sam nie jeździł konno, bo nie odczuwał takiej potrzeby. Zwykle też... nie dogadywał się z tymi zwierzętami, nie mając tu na myśli języka, a zrozumienie. Podobnie zresztą było z innymi roślinożercami. Instynkt bowiem starał się odrzucić od niego myśl, że mogą być one czymś więcej, aniżeli tylko pokarmem. Nie znaczy to oczywiście, że miał chrapkę na każdego napotkanego konia, jednak od czasu do czasu nachodziły go wyobrażenia o dorwaniu tych spokojnych, rozsiodłanych i zakwaterowanych w boksach stajni wierzchowców, by móc urządzić sobie ucztę stulecia.
Ale nie teraz, nie tutaj i nie wobec Nadeyi. Ona była istotą rozumną, częściowo ludzką. Llewellyn o tym wiedział, dlatego nie mógłby (i nie chciał) zrobić jej nic złego. Choć w połowie... w połowie była koniem. A konina jest (jak każde mięso dla mięsożernego, na wpół-panterzego nie-marudy) taka smaczna!
- Hę? Tak. To znaczy, nie. - Odparł szybko po tym, jak dotarło do niego pytanie ze strony obcej. Co on sobie, do cholery, myślał?! Zmiennokształtny zacisnął mocno pięści, aż z wnętrza jednej wypłynęła wąska strużka jasnoczerwonej krwi. Ból trochę go ocucił, jednak mężczyzna dalej był na siebie wściekły za to, że pozwolił, by tego typu myśli w ogóle uformowały się w jego głowie.
Przełknął ślinę, cicho odchrząkując, a kiedy w końcu się nieco rozluźnił, schował dłoń za plecy.
- Nie. Jestem panterołakiem. - Uśmiechnął się lekko, strzygąc uszami. Nie był pewien, czy powinien dodawać coś więcej. Nie miał czarnego umaszczenia, a jego futro było długie i pokryte cętkami. Czy w takim razie koniowata mu uwierzy? Nie miał pojęcia, choć gdyby tego nie zrobiła, nie zdziwiłby się. Sam zresztą słabo utożsamiał się z czarną, pospolitszą choć dalej rzadką odmianą swojego gatunku. Jakby nie patrzeć, niemal wcale jej nie przypominał.
- Czy ty też jesteś zmiennokształtną? - wcześniej nie ośmieliłby się zadać takiego pytania, jednak teraz umożliwiło mu to identyczne zagadnienie ze strony czterokopytnej. Postanowił nie przechodzić również do sedna i nie rzucać określeniami typu "koniołak", bo jednak brzmiało to w jego myślach dość niedorzecznie, a po wypowiedzeniu tego na głos mógłby się zbłaźnić już na całej linii. Poza tym, koniołaka wyobrażałby sobie jako... człowieka z końską głową? Z kopytami? Zmiennokształtni, jakich spotykał, byli po prostu humanoidalnymi futrzakami, jednak Nadeya była zarówno człowiekiem, jak i koniem jednocześnie. Co prawda była połączeniem istoty ludzkiej ze zwierzęciem, jednak wyraźnie coś tu nie grało... No i te uszy!
A może była królikokoniołakiem? A jej pies to królikopies? A grzyb to wojowniczy grzybołak?
Grzybołak... No właśnie, co się stało z tamtym grzybem? Llewellyn przez chwilę rozglądał się po okolicy. Z początku myślał, że ten zwyczajnie wykorzystał nieuwagę królikopsa, aby dać dyla, lecz wtem panterołak dostrzegł owego szczwanego maślaka, zakradającego się do niczego niespodziewającego się szczeniaka, aby dźgnąć go patykiem w zadek i w ten sposób dopełnić swojej zemsty. Mężczyzna musiał przyznać, że choć walka toczyła się na małą skalę, to była niezwykle fascynująca. Co się teraz stanie? Czy pies dostrzeże dybiącego na jego siedzenie skrytobójcę? A może grzybowi uda się dopiąć swego? Ktokolwiek by na tym nie ucierpiał, jasnowłosy nie miał zamiaru pomagać żadnej ze stron.
Niech zwycięży najlepszy.

Awatar użytkownika
Nadeya
Szukający drogi
Posty: 45
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Nadeya »

Nadeya potrzebowała chwili, by oszacować odległość Ruin Nemerii od jej poprzedniej lokacji, a gdy w miarę sobie przypomniała gdzie, co leży uszy ponownie jej oklapły i ciężko westchnęła. Spojrzała mimowolnie w miejsce wskazywane przez panterołaka i mimo jego komentarza odnośnie do ruin dawnego miasta centaurzyca poważnie rozważała udanie się tam. Może wtedy znów trafiłaby na portal i wróciła do siostry?

- Przed chwilą byłam w Dolinie Umarłych… - stwierdziła. Chciała powiedzieć, że przy tym Nemeria to pikuś, ale po co kusić los? Nie dokończyła więc zdania, rozważając, czy jej pomysł na pewno jest dobry. W gruncie rzeczy ona również nigdy tu nie była, przynajmniej nie pamiętała nic takiego.

Tymczasem Łatek zadowolony z pieszczot oblizał dłoń panterołaka, nie oszczędzając przy tym języka ani tym bardziej śliny. Nagle jednak przestał i postanowił spróbować złapać ogon mężczyzny. W żadnym wypadku nie było to zwinne i pełne gracji niczym u kociaka polowanie, szczeniak po drodze zaliczył wywrotkę, a gdy już wstał, to próbował podreptać do ogona, nawet nie zauważając, że białowłosy go podniósł i odsunął.

- Czyli miałabym dwa dni krócej… - stwierdziła i uniosła lekko brwi, próbując rozgryźć jakiekolwiek słowa zawarte w mamrotaniu zmiennokształtnego, o ile to oczywiście były jakieś słowa. Ani trochę nie rozumiała zmieszania mężczyzny. W końcu była świadoma swojego końskiego zadka. Powoli zaczynało ją to trochę bawić, jeszcze niedawno bezczelnie była nazywana konikiem, a teraz kompletnie odwrotna sytuacja.

Kolejne pytanie i znów uroczo zdezorientowana odpowiedź białowłosego. Z jakiegoś powodu zaczął przez to wzbudzać jej zaufanie, nawet mimo nieco dziwnego zachowania, choć zdrowy rozsądek zabraniał jej tego okazywać.

- Panterołak – powtórzyła z zamyśleniem, zawsze myślała, że te mają czarną sierść i włosy, a tu taka niespodzianka. Nie kwestionowała tego, miała świadomość, jak wiele różnych ras zamieszkuje Alaranie i że pewnie połowy nawet nie zna, a tym bardziej pewnych odmian.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko na pytanie, czy jest zmiennokształtną. Nim odpowiedziała, na myśl przyszła jej wizja, jak śmiesznie musi być, chodzić na dwóch nogach, takich słabych i wolnych. Z drugiej strony na tyle zgrabnych, że mogłaby bez problemu włazić na drzewa. Przynajmniej miała takie wrażenie, obserwując przez lata różne, dwunożne istoty w cyrku.

- Nie – odparła stanowczo – Choć mogłoby być ciekawe – dodała mimo woli – Jestem naturianką, centaurzycą – powiedziała, nie pamiętała, kiedy ostatnio musiała przedstawiać komuś swoją rasę.

W tym momencie Łatek wydał z siebie głośny pisk i podskoczy. Zaatakowany przez grzyba zaczął na niego szczekać i powarkiwać. Niestety zbliżył nosek za blisko agresywnego funga i nie dość, że jego tył oberwał to teraz jeszcze przód. Szczeniak pisnął żałośnie. Najwyraźniej miał już dość i pobiegł się schować za tylne nogi Nadeyi. Fung natomiast wymachując badylem, bojowym krokiem ruszył za nim.

- Co to? – jasnowłosa dopiero teraz zauważyła dziwną kreaturę – Wygląda jak… grzyb?

Królikoucha ostrożnie zrobiła dwa kroki w tył, chcąc zejść ze ścieżki wojennej między psiakiem a maślakiem. Łatek jednak podążył za nią zaniepokojony. Naturianka westchnęła i wzięła malucha na swój grzbiet, wprawiając tym samym funga w chwilową konsternację. Gdy kapelusznik zrozumiał, co się stało, zaczął obijać patykiem nogę centaurzycy. Dziewczyna uniosła lekko brew, zaskoczona jak bardzo to coś jest zawzięte.

- To… Llewellyn, dokąd zmierzasz? – spytała, próbując zignorować zamieszanie przy jej kopytach i wiercącego się szczeniaka.

Awatar użytkownika
Llewellyn
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Llewellyn »

Panterołak zastrzygł uszami, w osłupieniu taksując spałowaną przez jelenie korę pobliskiego dębu. Zrobił to instynktownie, a młoda naturianka zapewne spostrzegła, iż odwrócił nagle wzrok, co dość jawnie świadczyło o jego niedowierzaniu. Nawet ktoś, kto jest nogą z geografii powinien wiedzieć, gdzie leży Dolina Umarłych, a gdzie Wschodnie Pustkowia. Czy to możliwe, że dziewczyna się pomyliła? A może mówiąc, że minęła chwila, miała na myśli kilka dni... nie, kilka tygodni.
A może miała na myśli jakąś inną dolinę?
- W Dolinie Umarłych? - powtórzył za nią, skupiając się tym razem nie na odległości, a samym miejscu i jednocześnie próbując potwierdzić to, co usłyszał. - Mówimy o tej samej dolinie? Tej na północ od Mglistych Bagien? - Kiedy temat zszedł na ową krainę, zmiennokształtny zapomniał już o swoim ostrzeżeniu przed Nemerią. Sama nazwa wzbudzała niepokój i odradzała zapuszczanie się w tamte tereny. Chciał więc wiedzieć, dlaczego czerokopytna ją zignorowała oraz co tam zobaczyła. I czy było warto. Nie kwestionował jednak powodów takich jak chęć udania się w podobne miejsca w poszukiwaniu rzadkich składników, zbadania nietypowych zjawisk, poznania innych istot, a nawet wzmocnienia własnego hartu ducha. Nie, on nie uważał za głupców ludzi, którzy z własnej woli ryzykowali swoje życia, nawet, jeśli sam nie podzielał ich pobudek. Zawsze jednak ciekawiło go, co pchało ich do takich, a nie innych rozwiązań. - Czy było tam... niebezpiecznie?
Takie pytanie wydało mu się wystarczająco łagodne. To, czy rozmówczyni zechce rozwinąć temat, będzie zależało wyłącznie od niej... genialne.
Dopiero teraz mężczyzna zwrócił uwagę na coś innego, aniżeli niedobrane uszy czy koński zad. Nie to, żeby czuł się nagością obcej zmieszany (proszę go o nic nie posądzać, włosy dziewczyny skutecznie zasłaniały wszystko, co powinny zasłaniać), ale może to ona czuła się w tej sytuacji źle albo...
- Nie jest ci zimno? - słońce niedawno wstało, a klimat był jaki był - z pewnością nie za zimny, jednak golasowi i na pustyni dreszcze przejdą. Choć z pewnością nie tyczyło się to panterołaka, którego przed śniegiem mogło ochronić samo futro.
Mężczyzna w tym samym czasie zaczął odpinać guziki swojej kamizelki, a gdy to zrobił, zdjął ją z siebie i podał jasnowłosej.
- Nie jest pierwszej nowości, ale piorę ją regularnie. Przysięgam. - Uśmiechnął się życzliwie, puszczając kolejno oczko, aby dodać swoim słowom nieco zachęty.
Dalsze ruchy szczeniaka uchodziły uwadze mężczyzny. Ten bowiem, choć nigdy nie darzył długopyskich szczególnym zaufaniem, wiedział, że królikouchy nie stanowi zagrożenia i pomimo przebywania poza zasięgiem wzroku nie będzie w stanie wyrządzić mu żadnej krzywdy. Cóż, może "wiedział" było zbyt mocnym określeniem w tym przypadku... "myślał" byłoby chyba bardziej odpowiednie.
- Tak. - Przybrał na twarz delikatny uśmiech, ucieszywszy się z reakcji jasnowłosej. - Konie to szybkie i wytrzymałe zwie-
Nagle rozległo się ciche syknięcie. Panterołak podskoczył w miejscu, a czarno-biały futrzak rozluźnił szczęki, mocno zdziwiony zachowaniem nowo poznanej istoty. Zmiennokształtny przyciągnął ogon do siebie i odwrócił się bokiem, rzucając zwierzakowi znaczące spojrzenie.
Wiedział, że nieco przesadził. Obrażenie zadane przez psa mógłby porównać z ugryzieniem komara (choć to owada było znacznie bardziej denerwujące zważywszy na późniejsze swędzenie), jednak capnięcie było gwałtowne i, co tu ukryć - wystraszyło go. Piekielnie wystraszyło. Psowatym jednak nie można było ufać. Ich "zabawy" zawsze kończyły się na ranach, cierpieniu... ale tylko jednej ze stron. A tą stroną przeważnie był biedny, pokrzywdzony panterołak, który nie zadawał bólu zwierzętom, ani ich nie zabijał, o ile nie zamierzał ich potem zjeść, bądź te nie rzucały się wpierw na niego. Co prawda tutaj do bójki przyczynił się zaśliniony czworonóg, ale jak Llewellyn miałby to komukolwiek wyjaśnić? "Zostałem zaatakowany przez małego szczeniaczka z króliczymi uszami. Musiałem się jakoś bronić!"
Szybko mu więc odpuścił, w myślach przysięgając łaciatemu, że następnym razem będzie dla niego przeciwnikiem nie do pokonania. Puścił trzymany w rękach ogon, po czym uniósł go wygiętego w łuk do góry, aby tym razem nie korcić małego do popełnienia kolejnego występku. Zwrócił głowę w kierunku pół-ludzkiej klaczy, nie dając po sobie wiele poznać wyrazem twarzy. Jego oczy jak zwykle były częściowo przysłonięte powieką, choć z jego ust całkowicie zszedł wcześniejszy uśmiech. Mimo to, nie wyglądał na złego, a raczej na skonfundowanego.
- Masz bardzo... energicznego psa. - Powiedział z wolna, nadal błądząc nieco myślami po sytuacji sprzed chwili. - Jak się poznaliście? - w jego głosie rozbrzmiała szczera ciekawość. Oczywiście chciał dopytać także o uszy, jednak czuł, że na to powinien jeszcze poczekać.
Choć szczeniak nie zrobił na nim dobrego, pierwszego wrażenia, tak sama dziewczyna wydała mu się przyjazną osobą. No i postanowiła dać mu szansę, nie uciekła zaraz po zobaczeniu go. Zaczął pojmować, jaka odwaga w niej drzemie i chyba coraz lepiej rozumiał, jak zdołała przetrwać w Dolinie Umarłych.
Ach, więc naturianka? Llewellyn spotykał czasami naturian - jakby nie było, jego praca polega głównie na bieganiu z łukiem po lesie, a lasy są, o ile dobrze się orientował, naturalnym środowiskiem tych istot. Miał jednak pewien problem z nazwą, którą następie wypowiedziała. O centaurach słyszał bardzo niewiele, chyba tylko to, że są one dość odosobnionym ludem. Nie wiedział jednak, jak taki centaur wygląda... a przynajmniej do teraz.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, choć w jego oczach wciąż malowało się nikłe zdumienie.
- Mam jeszcze jedno pytanie. Czy królicze uszy doprawiacie zwierzętom za pomocą magii, aby były bardziej podobne do was, czy może to jakaś specjalna rasa? - zerknął pobieżnie na kundelka, za moment wracając do naturianki. Nie był pewien, co o tym myśleć. Gdyby sam należał do rasy, która wyglądała jak hybryda trzech różnych istot, to istnieje możliwość, że zrobiłby coś podobnego - przyprawił kotu jelenie rogi, owcze loczki i płetwy. Choć... taka kombinacja byłaby raczej mało praktyczna.
Zmiennokształtny zachichotał bezgłośnie i opuścił niżej rozbujany, puchaty ogon widząc zdwojoną porażkę łaciatego szczeniaka. Nie przypuszczał, że grzyb okaże się aż takim brutalem, jednak wynik, do którego zbliżała się mała walka między pomniejszymi istotami wyraźnie mu się podobał. Psiak powinien dostać nauczkę, chociażby za to, że ugryzł go w ogon.
Głównie za to...
- Nie mam pojęcia, co to takiego. - Przechylił lekko głowę, obserwując maszerującego w stronę centaurzycy funga. - Natknąłem się na niego już wcześniej, ale wziąłem go za... no, za złudzenie. Wtedy jednak nie wydawał się tak rozeźlony. Musiały mu puścić nerwy we wcześniejszym starciu z twoim psem. - Dopiero teraz spostrzegł umieszczonego na grzbiecie jasnowłosej szczeniaka. Wyglądało to całkiem zabawnie, ale przede wszystkim ciekawie. Często tak robili?
- Do domu. Miałem zamiar udać się prosto do Rapsodii. Takie wypady nie zdarzają się u mnie często, a moja ostatnia przygoda w tym lesie nie zakończyła się zbyt pomyślnie. - Skrzyżował ramiona na piersi, po czym westchnął cicho. - Ale to nic. Nie miałem wobec niej zbyt wielkich oczekiwań, bo i szanse były niewielkie.
Po jakimś czasie jego uwagę z powrotem przykuł szamoczący się przy naturiance grzyb. Mężczyzna podszedł kilka kroków do przodu, a za moment przykucnął tuż przed kopytami Nadeyi. Zręcznie chwycił maślaka za boki palcem wskazującym oraz kciukiem i podniósł się wraz z nim. Wtedy też szybko odsunął się, żeby nie stać zbyt blisko koniowatej i nie dać im obu powodu do dyskomfortu, po czym przekręcił grzyba w swoją stronę, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Brązowy osobnik wierzgał rękami i nogami, wlepiając w niego swój nienawistny wzrok. Raz zamachnął się patykiem tak, że panterołak, nie chcąc dostać po oczach, omal go nie wypuścił.
- Elfy rozmawiają ze zwierzętami. Ciekawe, czy ten maluch ma coś ciekawego do powiedzenia. - Odłożył go z powrotem na ziemię. - I czy w ogóle można go nazwać zwierzęciem.
Fung tym razem, oszołomiony nadmiarem przeciwników, nie rzucił się od razu do ataku. Stał pomiędzy Llewellynem a Nadeyą nie opuszczając gardy. W każdej chwili był przygotowany na atak.

Awatar użytkownika
Nadeya
Szukający drogi
Posty: 45
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Nadeya »

Dopiero widząc zdziwienie na twarzy panterołaka, do Nadeyi dotarło, jak bardzo absurdalnie brzmiało to, co powiedziała. Zwłaszcza że zapomniała wspomnieć o pewnym istotnym szczególe tłumaczącym jej błyskawiczną podróż.

- Tak… - odpowiedziała białowłosemu i od razu przystąpiła do wyjaśnień – Byłam w podziemnym mieście i szukałam wyjścia wraz z… - zawahała się – Ze znajomą. I wtedy nagle pojawił się portal, w który wbiegłam, bo wskoczył do niego Łatek – spojrzała na niesfornego szczeniaka – I nim się obejrzałam byłam tutaj – dodała z lekkim zamyśleniem – Oh, okropnie – odpowiedziała na kolejne pytanie.

Chwilę jej zajęło przypomnieć sobie te okropne stwory, ciemność, dziwną aurę tamtego miejsca. Tyle się zdarzyło w przeciągu dnia, a może dwóch? Chwilę zabawiła w Zapomnianym Mieście, a w nim ciężko było rejestrować upływ czasu. Może nawet by opowiedziała o tym panterołakowi, ale sama nie wiedziała, odkąd powinna zacząć.

- To dosyć długa historia – zręcznie uniknęła skomplikowanej i momentami nieco zbyt osobistej historii. Póki, co rozsądek powstrzymywał centaurzyce przed całkowitym zwierzaniem się nowo poznanemu mężczyźnie, nawet jeśli jakaś jej część tego chciała.

Naturianka do tej pory nawet nie zwracała uwagi na chłód. Prawdopodobnie przez te wszystkie emocje, jednak gęsia skórka na jej ramionach mówiła co innego, dlatego jasnowłosa przyjęła kamizelkę od zmiennokształtnego.

- Dziękuję – odwzajemniła uśmiech i założyła ubranie. Rzadko je nosiła, dlatego czuła lekki dyskomfort, ale przynajmniej było cieplej.

Tymczasem szczeniak miał nosa do kłopotów. Najpierw zadarł z dziwacznym grzybem, a teraz jeszcze z panterołakiem. Nadeya westchnęła, widząc, jak maluch capnął ogon Llewallyna. W jej spojrzeniu malowało się ciche „przepraszam” za zachowanie pieska.

- Tak właściwie to on nawet nie do końca jest mój… - odpowiedziała naturianka – Pochodzi z cyrku… Oboje z niego pochodzimy i oboje uciekliśmy. Trafiłam na niego przypadkiem i od tej pory za mną podąża – powiedziała, niepewnie siląc się na szczerość.

Po chwili zaś, usłyszawszy następne pytanie, parsknęła śmiechem. Nie była w stanie mu odpowiedzieć przez dobrą chwilę, aż uroniła kilka łez z tego rozbawienia. Opanowała emocje, dopiero gdy zaczął ją boleć brzuch, ten ludzki oczywiście. Szybkim ruchem dłoni przetarła oczy.

- Wybacz. To trochę… zupełnie nie tak. Centaury nie mają króliczych uszu, w moim przypadku to akurat wypadek przy pracy… Magia bywa nieobliczalna – wyjaśniła, ze wciąż szerokim uśmiechem – A co do niego – spojrzała na Łatka – Dostałam takie… zlecenie. Właściciel cyrku uznał, że będzie to dobrze wyglądać – westchnęła, to wspomnienie już nie należało do zbyt przyjemnych.

Na szczęście ten nieszczęsny szczeniak miał w swej naturze rozweselanie, a awanturniczy grzyb skutecznie odwrócił uwagę naturianki od przeszłości, choć na chwilę.

- Zupełnie ci się nie dziwię, również widzę taką istotę po raz pierwszy – spróbowała dotknąć łapki maślaka, a ten zdenerwowany trzasnął ją po palcach. Szybko odsunęła ręke – Ej! Pewnie masz rację… Powinniśmy to coś odłożyć gdzieś dalej, nie ma sensu malucha męczyć – dodała stanowczo, pełna zrozumienia dla stworka. Wszystkie dzieci, czy to ludzkie, czy zwierzęce mają to do siebie, że bywają niezwykle natrętne i irytujące, a nie każdy ma do tego wystarczające zasoby cierpliwości.

Rapsodia. Centaurzyca mimowolnie uniosła oczy ku górze, przypominając sobie położenie tego miasta. Niestety poległa i dotarło do niej, że przecież nigdy tam nie była, więc miała prawo nie wiedzieć, w którą to stronę.

- Jeśli to na północ mogę cię podwieźć – zaproponowała, normalnie by tego nie zrobiła, ale była ciekawa zmieszanej reakcji panterołaka. Poza tym z każdą chwilą wydawał jej się coraz bardziej sympatyczny i niegroźny – Przygoda mówisz? Mam szansę na uzyskanie większej ilości szczegółów czy raczej nie? – zagadała z uśmiechem zaciekawiona przeżyć mężczyzny.

Gdy panterołak podniósł funga, królikoucha mogła lepiej się przyjrzeć maślakowi. Natura była niesamowita, że tworzyła takie cuda. Centaurzyca nastawiła uszy, nasłuchując, co grzyb chce im powiedzieć. Spodziewała się przekleństw i pogróżek, ale zamiast tego usłyszała tylko zlepek czegoś, co przypominało mamrotanie pod nosem i nie przypominało w żaden sposób logicznego zdania.

- To coś chyba nie mówi… - stwierdziła, subtelnie dając znać, że nie tylko elfy mogą rozmawiać ze zwierzętami.

Delikatnie popchnęła kopytkiem biednego funga prosto pod jakiś gęstszy krzaczek, żeby mógł się wyciszyć. Odeszła kilka kroków od rośliny, bo czuła, jak Łatek robi się niespokojny albo znudzony i szykuje się do zeskoku. Miała niezłe wyczucie czasu, piesek wyrwał gdzieś do przodu, zapominając o swoim wcześniejszym oponencie. Teraz najwyraźniej miał potrzebę się wyszaleć i pozwiedzać okolicę.
Naturianka westchnęła i wzięła jeszcze kilka jagód do przekąszenia. Wyciągnęła zapełnioną nimi dłoń, do panterołaka. W końcu wypadało poczęstować.

- Rzadko bywałam w miastach, a jak już byłam, to nigdy nie miałam okazji pozwiedzać – wtrąciła, rozważając, czy powinna odwiedzić tę całą Rapsodię, czy dla własnego bezpieczeństwa lepiej pozostać wśród leśnych ścieżek.

Awatar użytkownika
Llewellyn
Błądzący na granicy światów
Posty: 20
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Llewellyn »

- Portal... to wszystko wyjaśnia. - Pokiwał głową z należytym spokojem, po czym kolejny raz odwrócił wzrok, drapiąc się lekko po nieogolonej brodzie. Gdyby sam znalazł się w podobnej sytuacji, z pewnością zachowałby się mniej beztrosko od blondwłosej, toteż nagle, ku własnemu zdziwieniu, bardziej niż królicze uszy czy koński zadek podejrzane wydało mu się to, że zastał ją nie szukającą pomocy, bądź zgłębiającą teren, a siedzącą w ciszy pomiędzy drzewami i obskubującą krzaczek jagód (fioletowe ślady w kącikach ust mówiły same przez się). Podejrzewał, że mogło tak być ze względu na stres i zagubienie - pewnie była bardziej przerażona, niż z początku myślał. Z tego powodu postanowił nie drążyć dalej tematu, a mimo to coś go gryzło... Czy naprawdę musiał tak perfidnie kłamać?! Nic a nic z tego nie zrozumiał! Jaki portal? Od kiedy przechodzenie przez portal kończy się na lądowaniu kilkanaście smoków dalej w samym środku kniei?
Ale bardziej niż zdezorientowany, czuł się zawstydzony. Mieszkać dwa łokcie dalej od Rapsodii i wiedzieć o magii tyle, co on, było, doprawdy, niebywałą rzeczą. Nic go nigdy nie zniechęcało do przyswojenia sobie przynajmniej podstawowych pojęć, a i sam uważał ten temat za ciekawy, jednak albo wypadało mu to z głowy, albo, najnormalniej w świecie, robił coś innego - coś, co pasowało do niego o wiele bardziej, czy też zwyczajnie sprawiało mu radość. Odkładał więc tą sprawę na kiedy indziej, a dodatkowo ułatwiał mu to też fakt, iż czarować ni w ząb nie potrafił. Nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że z pozoru nieprzydatna teoria może okazać się równie użyteczna, co dobrze znane możliwości zastosowania swojej wiedzy w praktyce, to jego podświadomość najwyraźniej okazała się być mniej rozsądna od niego samego.
Pokiwał głową na jej następną odpowiedź, choć zrobił to na wpół przytomnie, z wolna odreagowując tamto wewnętrzne zdumienie. Na szczęście tym razem nie otrzymał podobnej dawki cudactw, bowiem nie usłyszał niczego, czego by się po jej słowach nie spodziewał, kierując w stronę młodej owe (nie)pozornie głupie pytanie.
- Nie wątpię. - Posłał jej znikomy, a dla wprawnego oka całkiem pocieszny uśmiech i, krzyżując ramiona, zaciągnął się świeżym powietrzem. Nie wspomniał już więcej o Dolinie Umarłych ani o niczym innym, co mogłoby przywołać Nadeyi wspomnienia związane z tym miejscem lub ze znajomą, którą przypadkiem zostawiła. Tak na wszelki wypadek. Aby pokazać, że ma odrobinę wyczucia taktu. A o portalu - lub portalach - będzie musiał się dowiedzieć w jakiś inny sposób... i chyba nawet wiedział, kogo mógłby podpytać.
Po tym, jak dziewczyna przyjęła od niego część ubioru, zmiennokształtny spojrzał po sobie i poprawił koszulę. Zwykle nosił ją w parze z kamizelką, jednak brak tej wierzchniej warstwy nie dawał mu powodu do dyskomfortu. Zawsze uznawał za plus jej jasny odcień, bo dzięki niemu nie sprawiał już wrażenia takiego bladego... Choć blady był. A nawet bardzo. Z kolei skóra (maść?) Nadeyi była zupełnie inna i nie - nie miał tu na myśli jej końskiej części. Po dłuższym przemyśleniu doszedł do wniosku, iż przypominała trochę Tarian z ich egzotycznym, pomarańczowym akcentem.
- Cyrk? - mruknął cicho, po czym zmarszczył brwi w zniesmaczonym grymasie. Nie przepadał za cyrkami. Tych, które dobrze traktowały swoich pracowników, było tyle, co brudu za pazurem. Głównie jednak skupiano się na nękaniu zwierząt i „wybryków natury", byle podporządkować je swojej woli. Rzadkie istoty traktowano jak niewolników, a najgorsze w tym wszystkim było to, że widownia czerpała z tego frajdę. Panterołakowi jednak w zupełności wystarczyło raz udać się na tego typu przedstawienie, aby w połowie „spektaklu" wyjść z popsutym humorem oraz przysięgą, iż jego łapa więcej tam nie postoi. W przeciwieństwie do wielu innych, nie uważał tego za rozrywkę. Napędzanych żądzą ruena bestialskich czynów nie sposób było określić owym mianem...
- Ach tak... - odparł niepewnie, nie mogąc znaleźć w tej chwili lepszych słów. Po raz pierwszy od momentu pogryzienia obdarzył psiaka przychylniejszym spojrzeniem. Szczeniak musiał wiele przeżyć, a mimo to nadal ma ochotę na zabawę oraz szuka atencji u zupełnie obcych ludzi. Prawdziwy twardziel, nie ma co. - Mam znajomego po fachu, który zajmuje się tresurą psów myśliwskich. - Nagle przypomniał sobie twarz Toby'ego i te jego wieczne zamiłowanie do pchlarzy. Zresztą, trudno było się dziwić zachowaniu wilkołaka - ciągnął swój do swego. Sam w sobie był jednak miłym gościem... Nie licząc nawyku obwąchiwania wszystkiego i wszystkich (a w szczególności kobiet). - Nie wiem nic na temat węchu Łatka, ale z takimi uszami musi doskonale słyszeć. Jeśli nie zamierzasz przygarnąć go na stałe, za jednym zamachem można mu załatwić dobry dom i godną pracę. - Zacharczał krótko w ramach śmiechu. Nie chciał rozdzielać tej dwójki, a przedstawić Nadeyi o jedną opcję więcej - oddanie go pod opiekę Toby'ego byłoby lepsze, miast porzucenie zwierzaka na pastwę losu. W dodatku jego męska intuicja - a może zwierzęcy instynkt? - podpowiadała mu, iż koniowata nie jest złą osobą. Nie sądził, by chciała, a nawet, by była w stanie, potraktować w zły sposób przedstawiciela braci mniejszej, do którego najwidoczniej zdążyła się już nieco przywiązać.
Jej kolejna reakcja kompletnie go zdezorientowała. Czy powiedział coś zabawnego? Tym razem jednak nie pogrążył się w myślach, jak to miał w zwyczaju. Spokojnie obserwował chichoczącą centaurzycę i czekał. Był trochę zniecierpliwiony, ale nie w negatywny sposób.
"Powiedz mi, w czym się pomyliłem. Chciałbym się pośmiać razem z tobą."
Aż w końcu przeszła do wyjaśnień i panterołak czuł, jak z każdym słowem dziewczyny kąciki jego ust przesuwają się coraz wyżej. Ostatecznie zatrzymały się nieco nad linią warg, ale później już nie opadły - nawet gdy cała wesołość naturianki przeminęła...
- Myślę, że pasują wam obu. - Nie był pewien, dlaczego zdecydował się to powiedzieć. Chyba chciał jej po prostu dodać nieco otuchy, dać znać, że wypadki i przykre zdarzenia mogą przemycić również jedną czy dwie zalety, które z czasem będą stanowić swego rodzaju pocieszenie.
Chodzące grzyby musiały być wyjątkowo rzadkim zjawiskiem. Ani on, ani jasnowłosa nigdy wcześniej na coś takiego nie natrafili, a przecież co najmniej jedno z nich traktowało las jak swój dom i potrafiło wymienić nawet do kilkudziesięciu nazw różnych gatunków zwierząt, które go zamieszkiwały.
Zaraz po tym, jak przez głowę Llewellyna przebiegła owa myśl, coś go olśniło. Może patrzył na to ze złej strony? Co, jeśli to nie Matka Natura stworzyła owe żyjątko, a istota rozumna? Może ktoś przy pomocy magii podarował mu rączki, nóżki i wyjątkowo marudny grymas, a następnie tchnął w nie życie i rozkazał dźgać patyczkiem wszystko, co popadnie? Albo odwrotnie - co, jeśli jakiś zły czarodziej przemienił niegdyś panującego monarchę w grzyba, po czym zostawił go w lesie i skazał w ten sposób na wiedzenie żałosnego żywotu maślaka? Następnie ten mag mógłby przyjąć jego postać i samemu objąć wła... chwila, my nie o tym!
Być może nigdy nie będzie mu dane się tego dowiedzieć, gdyż nie znał się ani na czarach, ani na grzybach. Nie ma co po raz drugi rozwodzić się nad jego beznadziejnym przypadkiem, ale jak tak o tym pomyśleć, to nie tylko jako mieszkaniec Rapsodii nie wykazał się dostateczną wiedzą. Zdaniem kilku upierdliwców również w swoim zawodzie nie spełniał wszystkich niezbędnych kryteriów członkostwa, a to dlatego, że nie umiał przyrządzić jednej potrawy - tradycyjnego gulaszu. Na szczęście sam ogoniasty nie brał podobnych uwag zbytnio do siebie. Skoro gulasz smakuje równie dobrze, co surowe mięso, to z jakiego powodu miałby marnować swój czas na gotowanie?
Rozwarł oczy szerzej, a także otworzył mimowolnie usta, wlepiając swój wzrok w dziwnie rozbawioną twarzyczkę centaurzycy. Ona nie mogła tego powiedzieć... ale przecież sam słyszał!
- Nie - odparł po dłuższej chwili, a mimo to odniósł wrażenie, że i tak się zbytnio pośpieszył. - To znaczy, nie trzeba, ale dzięki za propozycję. - Już pomijając fakt, iż nie potrafił jeździć konno, zdecydowanie bardziej wolałby iść na własnych łapach, a nawet odwrócić role i samemu wziąć ją na barana, co, z jego kruchą siłą, w najgorszym wypadku mogłoby się skończyć dość bolesną śmiercią spowodowaną zgnieceniem i brakiem tlenu. Jaki impuls nim kierował? Sam do końca nie wiedział, choć wierzył, że powinien trzymać się tego jak najmocniej. Ktoś mógłby to nazwać honorem, jednak, zdaniem zmiennokształtnego, nie było to odpowiednie określenie.
- To... długa historia. - Dopiero po wypowiedzeniu tego zorientował się, że jeszcze chwilę temu uzyskał od dziewczyny identyczną odpowiedź. - Ale jeśli chcesz jej posłuchać, mogę opowiadać w trakcie podróży. Dzięki temu czas nam szybciej zleci. - W jego myślach nadal kłębiła się dziwna propozycja jasnowłosej, ale czy ona naprawdę chciała z nim pójść? Dlaczego miałaby? I dlaczego do pewnego momentu tak podejrzewał? Podwózka była zapewne tylko żartem, ale oprócz tego wspomniała wcześniej, że się zgubiła. Ta biedna dziewczyna nie miała się dokąd udać...
- A, wybacz, zapędziłem się. Nie powinienem z góry zakładać, że skoro nie znasz okolicy, to przyjmiesz towarzystwo pierwszego napotkanego zmiennokształtnego. - Doprawdy, co on sobie myślał? Oczywiście chciał, żeby mu zaufała, bo pragnął jej pomóc. Nie powinien był jednak liczyć na jej naiwność, ani się tak narzucać - decyzja musiała należeć do niej, i tylko do niej.
Dopiero bliższe oględziny oraz zapewnienie królikouchej niemal całkiem rozwiały jego wątpliwości odnośnie prawdziwej natury grzyba. Stworzenie nie miało na tyle rozumu, by mówić, a co dopiero panować nad krajem! Nie wyglądało też na zbyt silne, więc panterołak doszedł do wniosku, iż prawdopodobnie żaden mag nie kłopotałby się z tworzeniem równie bezużytecznego podwładnego. Na pierwszy rzut oka pasowałoby ono do infiltracji, jednak z takim temperamentem prędzej wylądowałoby pod czyimś butem. Ostatecznie Llewellyn przyjął taką samą wersję, jak na początku - maślak należał do rzadkiej rasy wędrujących grzybów. W przeciwnym wypadku będzie to dla niego wielkim zdziwieniem.
Białowłosy rzucił okiem za psem, stawiając uszy na baczność i czujnie nasłuchując. Chciał się upewnić, że chodzi mu jedynie o spacer. Gdy jednak nie dotarł do niego żaden niepokojący dźwięk, swą uwagą na powrót obdarzył Nadeyę, która w tym momencie zajadała się leśnymi owocami.
- Dzięki, ale już coś jadłem - odmówił uprzejmie, wciąż odczuwając sytość po świeżo pożartym zającu. Wróciwszy do niego myślami, począł się zastanawiać nad tym, jakie są szanse, że psiak zdążył już znaleźć jego resztki i właśnie w tej chwili obskubuje dokładnie jedną kostkę po drugiej.
Na jej następne słowa skinął głową powoli i z rozmysłem.
- Na twoim miejscu zapewne długo bym się zastanawiał, czy powinienem zdecydować się na taki krok - przemawiał szczerym, otwartym tonem. - Teraz wiem, że tego typu wątpliwości są zupełnie bezpodstawne. W lesie czy w mieście - zawsze znajdzie się ktoś, kto zapragnie siać chaos, a także ktoś, kto za swój cel uzna pomaganie innym. Miejsce nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia. Jeśli chodzi o Rapsodię, to moim zdaniem... - Nim zdołał dokończyć, uniósł lekko brodę i skupił się na nowej woni, która zaalarmowała jego zmysł węchu. Dla pewności skierował głowę na bok, w stronę przeciwną do wiania delikatnego wiatru, aż w końcu zmarszczył brwi i posłał koniowatej ostrzegawcze spojrzenie.
- Wyczuwam zapach człowieka... i krew - wyjaśnił zwięźle. Wtem przez jego twarz przeczołgał się cień wyraźnego zaniepokojenia. - Czy to nie w tamtą stronę pobiegł pies?
Z tej odległości nie mógł odgadnąć, do kogo należała posoka. Ale wiedział jedno - musieli się śpieszyć. Im dłużej zwlekali, tym gorzej sprawy mogły się potoczyć... Oby tylko nie było za późno.
- Pobiegnę przodem! - Przy drugim słowie jego głos nie brzmiał już jak dźwięk, który mógłby wydobyć się z ludzkiego gardła. Podobnie sprawa miała się z całym ciałem mężczyzny - wszystkie jego człowiecze cechy zanikły na rzecz tych zwierzęcych. Twarz zamieniła się w krótki, koci pysk, a gęste futro porosło całą jego skórę. Gdyby Nadeya w odpowiednim momencie zwróciła na to uwagę, zauważyłaby, że jego ubrania wraz z bronią magicznie wyparowały. W sumie, mężczyzna był na tyle szybki, że można było odnieść wrażenie, iż on sam wyparował. Skoczył nagle w krzaki i tyle go widziano.
Pantera przedzierała się przez leśne gęstwiny z naturalną dla siebie zwinnością i zmysłem równowagi. Omijała drzewa i krzewy, nie odnosząc przy tym żadnych zadrapań. Mimo tej gracji, pędziła ile tchu dopóty, dopóki do jej puchatych uszu nie dotarło ujadanie psa i... jęki?
Llewellyn zwolnił nieco kroku, wsłuchując się w ten niespodziewany dobór odgłosów. Nie da się ukryć, że nastawił się na coś zgoła innego - skomlenia, krzyki, sadystyczny śmiech...
- Aaa! Zostaw mnie, głupi kundlu! - po okolicy rozszedł się zirytowany, młodzieńczy głos. - Jestem ranny, złaź ze mnie! Nie liż mn... FUUJ!
Gdy panterołak zdołał zbliżyć się już na taką odległość, by móc dostrzec właściciela owych nieznośnych wrzasków, omal nie zarył pyskiem o glebę. Był lekko rozsierdzony, był też rozbawiony, jednak przede wszystkim - odczuł ulgę.
Ujrzał na oko szesnastoletniego chłopca opartego o drzewo z liżącym go po twarzy Łatkiem u boku. Młodzian sam w sobie nie był brzydki. Miał ostre rysy twarzy i lekko zadarty nos, jego błękitne oczy były przepełnione brawurą, a zmarszczone w gniewnym grymasie, krzaczaste brwi i krótkie, potargane włosy przybrały rudawy odcień kasztanu. Nietrudno wyobrazić go sobie jako dostojnego członka rodziny o wysokim statusie społecznym, jednak, na jego nieszczęście, obecnie wyglądał jak umorusany kompostem syn klepiącego biedę farmera. Doskonale dopasowany ubiór, najwyraźniej szyty na miarę, nijak nie odpowiadał wymogom podróży, na jaką się porwał. Za późno jednak, by żałować pobrudzonego kabatu, rozdartych nogawic czy ubłoconych ciżemek. To będzie dla niego dobra lekcja na przyszłość.
- Poczułem krew i usłyszałem krzyki. Jesteś ranny? - Zaraz po tym, jak panterołak wrócił do ludzkiej postaci, przedarł się przez dzielące ich krzewy i stanął naprzeciwko chłopca. Coś ostatnio za często witał się z ludźmi w ten sposób - wychodził zza krzaka, po czym zaraz przechodził do pogawędki. "Chyba to ten las tak na mnie działa", pomyślał, nie mogąc wymyślić żadnej sensownej przyczyny.
- Kim jesteś?! Nie podchodź bliżej! - Szatyn natychmiast zerwał się do przodu, lecz gdy tylko spróbował przysunąć prawą nogę do siebie, jęknął cicho, jak gdyby trawił go silny ból. Złapał się jedną ręką za kolano, natomiast drugą bez przerwy odganiał nachalnego kundelka.
- Hej, hej! Spokojnie. - Białowłosy uniósł dłonie, chcąc przekonać go o swoim pokojowym nastawieniu. - Z tego, co widzę, rana jest nieduża, ale mogło wdać się zakażenie - powiedział, co wiedział. Na medycynie znał się równie dobrze, co na grzybach, jednak nie trzeba być uczonym, aby z pamięci wymienić kilka pospolitych gatunków, takich jak maślak albo... maślak.
Albo podgrzybek!
Naturianka powinna tu być lada moment. Być może ona wie coś więcej na ten temat? Oczywiście chodzi o medycynę, a nie grzyby. Może znała się na ziołach, bądź potrafiła rzucać czary leczące?
- W-wiem! - młodzieniec zaciął się naburmuszony. Widocznie kiepsko znosił podobne rady. - To twój pies, prawda? Zabierz go ode mnie, bo bez przerwy się ślini!
Llewellyn zerknął na psiaka, po czym uśmiechnął się lekko. Zdążył już mu wybaczyć tamto ugryzienie i nawet go polubił...
Choć tak nie do końca.
- Na szczęście nie mój.

Awatar użytkownika
Nadeya
Szukający drogi
Posty: 45
Rejestracja: 4 lat temu
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Nadeya »

Nadeya skinęła głową, przytakując, choć nie zdołała ukryć króliczych uszu, które smutno opadały na niemiłe wspomnienie cyrku. Nie umknął jej nieprzyjemny grymas panterołaka, jednak nie odebrała tego, tak jak powinna. Trochę się jej głupio zrobiło i w ogóle poczuła się jak jakiś błazen. Nic jednak nie powiedziała, zachowała to dla siebie i skrycie kwestionowała, czy dobrze było wspominać o swojej nie tak dawnej przeszłości.

- Oh, to byłby bardzo dobry pomysł. Lubię go, ale też nie chciałabym biedaka narażać na różne niebezpieczeństwa – stwierdziła, wzdychając cicho na myśl, iż te ciągle się jej imają – Daleko mieszka ten twój znajomy? Może byłoby po drodze…? – zaczęła pytać dość entuzjastycznie do czasu, gdy zdała sobie sprawę, że wciąż nie zna mężczyzny, a jego znajomego tym bardziej. Zamilkła więc i zaczęła rozważać, czy to na pewno jest tak dobre, jak wskazują na to pozory. Nie chciała też jawnie wyrazić swojej niepewności, by nie urazić zmiennokształtnego.

Każda chwila natomiast utwierdzała ją w przekonaniu, że nie musi się go obawiać. Na dodatek był zabawny, a to zwykle pozytywnie wpływało na nowo powstającą relację.

- … Dziękuję – odpowiedziała z lekkim opóźnieniem na komplement. Nikt nigdy nie powiedział jej nic takiego albo patrzyli zdziwieni, albo się śmiali. Nawet jej własna siostra wyglądała na nieco zszokowaną, a tu taka niespodzianka. To było całkiem miłe i dość nietypowe dla blondynki uczucie.

Sama nie dowierzała, że mogła trafić na kogoś, kto wywoła w niej tyle uśmiechu już w przeciągu kilka chwil poznania. Rozdziawione usta Llewellyna i jego zakłopotane spojrzenie było po prostu piękne. Szkoda, że nie mogła jakoś zatrzymać tego momentu.

- W porządku, ale jakbyś zmienił zdanie, nie odmówię – uśmiechnęła się przyjaźnie, chętnie by się jakoś odwdzięczyła panterołakowi za ubranie, a sama nic nie miała. Mogła więc zaoferować tylko siebie, a raczej swój koński grzbiet.

Nadeya nie zdążyła mu odpowiedzieć, nim ten zadał kolejne pytanie i to fundamentalne. Czy chciała z nim iść? Czy powinna? A jak nie to co innego jej pozostaje, błąkać się na ślepo? Najrozsądniej było pójść z nim.

- Chętnie ci potowarzyszę i wysłucham twojej długiej historii – stwierdziła pewnie. Nie miała nic do stracenia, a razem zawsze raźniej.

Ich miłą pogawędkę o Rapsodii, podróży i niebezpieczeństwach przerwało coś, co prawdopodobnie mogło kwalifikować się do tego ostatniego. Naturiance zrzedła mina. Na dodatek Łatek nadal nie wrócił, odkąd wbiegł w te zarośla. Przeszedł ją zimny dreszcz i gdzieś z tyłu głowy przemknęła myśl, że to może ludzie z cyrku.

- Mhm – przytaknęła zmiennokształtnemu, pozwalając, by poszedł pierwszy. Kotowaci zawsze dawali rade uciec, a gdyby coś było nie tak, to widząc jego odwrót, sama również zdążyłaby zareagować odpowiednio szybko. Tylko co ze szczeniakiem?
Przez to wszystko nawet nie zwróciła uwagi na zmianę głosu mężczyzny, ale nie umknęła jej już reszta przemiany. To zawsze wyglądało niepokojąco i fascynująco o zmiennokształtnych. Królikoucha wiedziała, że niektórym sprawiało to nawet ból, czy tak sam było z Llewellynem? Nawet jeśli nie wychwyciła nic takiego, mógł to nieźle znosić albo szczęściarz przechodził to łagodnie. Zastanowiło ją, jakby to było, gdyby miała się zmienić w konia, a może nawet człowieka. Choć obie opcje jakoś nieszczególnie do niej przemawiały, z jednej strony brak rąk, a z drugiej tylko jedna para nóg, sporo ograniczeń, choć zapewne byłyby też jakieś plusy. Tylko Nadeya nie miała czasu ich rozważać

Musiała gnać za niezwykle szybką, białą panterą, która znacznie zgrabniej manewrowała między drzewami i krzakami. Jeszcze trochę, a zostałaby w tyle, gubiąc cętkowanego kota. Na szczęście nie straciła go z oczu i po kilku chwilach dotarła do miejsca, z którego dochodziły wcześniej krzyki.
Królikoucha odetchnęła z ulgą, to tylko jakiś chłopak, którego na szczęście nie kojarzyła. Na dodatek młody dosłownie przegrywał walkę ze śliniącym się psiakiem, więc nie mogła uznawać go za zagrożenie. Mimo to zaskoczyło ją, że białowłosy wyszedł z ukrycia tak szybko, ale jeśli chłopak faktycznie był ranny…

- Może będę w stanie pomóc… - powiedziała, wychodząc z zarośli ostrożnie. Nie chciała wystraszyć rannego. Z doświadczenia wiedziała, że bywali i tacy ludzie, co odczuwali nawet pewien lęk przed przedstawicielami jej rasy.

Na początek zabrała szczeniaka, który, choć wciąż wesoło merdał ogonem, pozostał na miejscu, gdzie postawiła go centaurzyca… przez pięć sekund. Królikoucha musiała powtórzyć to jeszcze ze dwa razy. W końcu zdołała odgonić malucha od rannego, ale tylko dlatego, że ten zobaczył coś ciekawego w trawie i całkowicie go to zaaferowało.

- Spokojnie, pokaż mi to kolano – powiedziała z lekkim uśmiechem. Usiadła obok chłopaka, by nie musiał tak wysoko zadzierać głowy, a też jej było łatwiej ocenić powagę sytuacji z bliska. Jak zauważyła, brunet wyglądał na niewiele młodszego od niej. Natomiast ta rana raczej nie zagrażała jego życiu, ale na pewno nie mogła go tak zostawić.

Zamknęła na chwilę oczy i odetchnęła, by się wyciszyć. Następnie w pełni skupiła swoją uwagę na kolanie chłopaka. Pod wpływem jej woli, krew przestała lecieć, po czym wszystko sprawnie się zasklepiło, pozostawiając po sobie jedynie bliznę. Królikoucha wciąż się uczyła postępowania z magią i nie wszystko robiła dokładnie. Najważniejsze jednak, że chłopak już nie cierpiał.

- Gotowe – powiedziała z uśmiechem.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Ruiny Nemerii”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość