Elisia[chata na uboczu miasta] Nowe Imię

Miasto przedstawia bardzo stereotypowy wygląd architektury przedstawianej w literaturze i malarstwie. Szare, kamienne domy w najbogatszej części miasta. Arystokracja ma nawet osobną dzielnicę. W miarę oddalania się od ogromnej katedry będącej centrum miasta, zabudowania rozrzedzają się, a kamienie są zamieniane na drewno i glinę.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

[chata na uboczu miasta] Nowe Imię

Post autor: Rakhszasa »

Rakhszasa miała sen pozbawiony obrazów. Tylko ciemność i cisza. Głęboki, spokojny sen, zanurzenie w ciemności. Od czasu do czasu przebudzała się na chwilę, próbując spod zmrużonych, zasnutych mgłą powiek dostrzec co się dzieje. Jednak jak tylko orientowała się, że znajduje się w jakiejś chacie, w bezpiecznym miejscu, na wysokiej pierzynie, zamykała na powrót oczy i pogrążała się w śnie.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, czy kilka godzin, czy cała noc, ospale uniosła się na posłaniu i oparła plecami o wezgłowie łóżka. Poczuła dotyk chłodnej pierzyny i bawełnianej tuniki na swoim ciele. Była czysta, nie było już na niej śladów krwi. Spojrzała na ręce i zdziwiła się, widząc, że zniknęły z niej całkowicie wzory henny. Następnie rozejrzała się dziko na wszystkie strony, ze strachem orientując się, że nie ma przy sobie kostura. Dotknęła automatycznie szyi - srebrnego medalionu też na niej nie było. Poderwała się z łóżka, ale na szczęście wisiorek był złożony na krześle obok. Usiadła z powrotem na miękkiej kołdrze. Miała nieco otumaniony wzrok. Zaczęła przypominać sobie, co się stało.
- Frey! Frey? Gdzie...
- Twój towarzysz jest bezpieczny, Jarzębino - powiedział mężczyzna, niosąc czajnik z którego unosiła się para o intensywnie ziołowym zapachu. - Dobrze cię znowu widzieć przytomną. Spałaś trzy dni.
- Ja... - zająknęła się czarodziejka. - Dziękuję ci za pomoc, nie wiem jak...
- Niech błogosławieństwo ziemi i powietrza spłynie na ciebie, Opiekunko - przerwał jej Krogulec.
- Niech błogosławieństwo księżyca i wody spłynie na ciebie, Opiekunie - odpowiedziała.
- Niech nawiedzi nas z wysoka wschodzące słońce, i jutro i na wieki - dokończył.
- Nie jestem już Opiekunką. Nie odkąd wygnali mnie z domu i pozbawili dziedzictwa - mruknęła ponuro. - Teraz ludzie zwracają się do mnie moim prawdziwym imieniem, nadanym przez ojca.
- Nie przestanę zwracać się do ciebie z odpowiednimi honorami, widzisz, taka jest natura nas, starszych. Zbytnio przywiązani jesteśmy do tradycji.
Krogulec miał miękki, przyjemny głos, lekko świszczący i chropowaty. Nalał do glinianego kubka intensywnie pachnący wywar z czajnika. Jego spojrzenie wyglądało jakby zawsze było surowe i uważne, to właśnie dawało spory kontrast temu spokojnemu głosowi.
- Skoro już się obudziłaś, to pewnie przyda nam się jeszcze jedno naczynie.
Odszedł w głąb sieni. Rakhszasa dopiero teraz zorientowała się, jak bardzo czuje się głodna i spragniona. Przede wszystkim jednak chciała jak najszybciej zobaczyć się z Freyem. Próbowała wstać, ale będąc dłużej na nogach poczuła, jak są wiotkie i mrowieją. To efekt kilkudniowego leżenia w jednej pozycji. Zrezygnowana usiadła ponownie, powoli rozciągając całe ciało. Czuła się dziwnie widząc, jak nagie się ono wydaje bez tatuaży.
Krogulec wrócił z glinianym kubkiem i z miską parującej owsianki.
- Zjedz to, najlepiej z dokładką, zrobimy ci dietę tuczącą. Straciłaś bardzo dużo masy czarując ponad limit.
- Dziękuję, Krogulcze. Nie wiem jak ci się...
- Cicho. Nie mówmy o tym teraz. Zjedz.
Czarodziejka jadła więc w milczeniu, szybko, nie zważając nawet na to jak gorące danie parzy ją w usta. Porcja była wielka, ale zjadła do końca. Poczuła przyjemne ciepło w brzuchu.
- To bardzo nierozsądne, czarować bez żadnych rezerw - skarcił ją ponownie mag. - Jestem ciekaw, co mogło być warte porywania się w taki sposób na własne życie. Czyżby właśnie ratowanie życia temu piekielnemu?
W końcu zobaczył ją, jak ostatkami sił próbowała zaleczyć jego rany postrzałowe.
- To właśnie on uratował moje - powiedziała ponuro. Teraz nie tylko jemu je zawdzięczała, ale i Opiekunowi. To za dużo jak na nią.
Nigdy nie była osobą, która komukolwiek była coś winna. Jest samotnym strzelcem. Tracąc swoje dziedzictwo znalazła własną drogę, bez niczyjej pomocy. Wolała być sama, tak było znacznie łatwiej. Ale cóż... Musiała w końcu przyjąć, że to zadanie przerosło ją samą. To cud, że jeszcze oddycha.
- Dziękuję - mruknęła.
Ponownie spróbowała wstać. Tym razem mimo mrowienia utrzymała się na dłużej na klepisku.
- Chciałabym zobaczyć się z Freyem. Z tym piekielnym, z którym mnie znalazłeś - powiedziała.
- Leży w drugiej izbie.
Czarodziejka powoli podeszła do drzwi i bez pukania otworzyła je na oścież.
- Frey!
Awatar użytkownika
Frey
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

Post autor: Frey »

Piekielny nie przebywał w chatce staruszka zbyt chętnie. Oczywiście był mu wdzięczny, bo prawdopodobnie przyczynił się do ocalenia ich obu, ale jakoś średnio widziało mu się spędzanie tu tak długiego czasu. Nie miał jednak wyboru, musiał wyczekiwać przebudzenia czarodziejki. Niewiele pamiętał od momentu skutecznego zakończenia swojej misji, to jest wyciągnięcia Rakhszasy z pokładu. Z odrobiną niedowierzania wspominał tamte wydarzenia. Regeneracja Freya zdawała się odbywać nieco inaczej niż w przypadku kobiety. Po tym jak namieszał dwimeryt Frey musiał... wypalić sobie na nowo pewne elementy formy pierwotnej. Był to raczej monotonny, długotrwały proces zadawania sobie ogromnego bólu, ale cóż, wiedział na co się pisze od samego początku. W jego niedużym pokoiku śmierdziało zatem, bądź jak kto woli pachniało siarką. Może nie tak intensywnie jak parę dni temu, ale jednak. W miejscach, które przeszyły pociski magicznej broni pozostały nieprzyjemnie wyglądające czarne blizny. Obudziła się dość wczesnym rankiem. Krzątanina, jaką wywołała swoim powrotem zwróciła uwagę piekielnego, więc był świadom, że czarodziejka wróciła do żywych, w końcu. Nie ruszył jednak od razu by ją powitać, chyba przede wszystkim ze względu na obecność osoby trzeciej. Poczciwego Krogulca, mówiąc ściślej. Frey przymknął na moment oczy próbując odtworzyć w swojej głowie ostatnie wydarzenia z pokładu kruczego statku. Samą walkę widział jak przez mgłę, później uwalnianie Rakhszasy, pośpiech, ulewny deszcz zdawał się rozmazywać jego obraz. Dalej jednak nie było nic, od momentu, w którym wyskoczyli za burtę i piekielny oddał strzał ognistym filarem w kierunku dolnego kadłuba. Podrapał się po potylicy i wtedy usłyszał jej wołanie i zbliżające się odgłosy kroków. Przeciągnął się i usiadł na łóżku. Mimo, że przez pierwsze chwile jakby starał się zachować powagę to po paru momentach mimowolnie na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Odrobinę zbyt naturalny, jak na niego. Może nieco dziwny z początku.
- No w końcu się wyspałaś, Rakh - rzucił do niej, po czym wstał i zwyczajnie rozłożył dłonie. Skrzywił się przy tym i zacisnął ząbki z bólu, gdyż jego rany nie były jeszcze prawidłowo posklejane. Zwłaszcza te podwimerytowe odparzenia piekielnego pancerza stanowiły bardzo uciążliwe obrażenia. Jeśli zdecydowała się go przytulić, to objął ją pewnie i dość długo nie chciał puścić, przeczesał jej lekko włosy dłonią i zbliżył jej głowę do swojej klatki, po czym westchnął. Usiadł i klepnął dłonią w łóżko obok siebie.
- Siadaj, nie ma co się przemęczać. Chyba mamy do pogadania, co? - zerknął na nią ponownie poważnym wzrokiem.
Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakhszasa »

Ucieszyła się, widząc go znowu. Stanął przed nią. Dostrzegła czarne blizny na jego nogach. Też widać było, że nie jest w pełni sił. Mignęło jej przed oczami, jak zemdlał wtedy przy jeziorze...
Zobaczyła, jak rozkłada dłonie i syczy z bólu. Przez moment zawahała się, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi. Po ułamku sekundy zorientowała się, że chce ją przytulić. Wydawało jej się to dziwne, a zarazem tak... kojące. Podeszła i wtuliła się w niego, starając się być ostrożna, żeby nie dotknąć jego ran.
To było podejrzanie zbyt miłe uczucie.
- Tak, mam ci dużo do opowiedzenia - westchnęła, siadając obok niego na łóżku. Tak się składa, że jeszcze nie mieliśmy okazji sobie poopowiadać kim w ogóle jesteśmy, co?
Krogulec, zapukawszy, wszedł do izby niosąc dwa gliniane kubki nieco przestudzonego wywaru ziołowego.
- Wypijcie, ostrożnie, może jeszcze być gorące - powiedział, podając im naczynia.
Rakhszasa chwyciła go w obie ręce i dmuchnęła w napar.
- Czeka mnie opowieść o Opiekunach Strażnikach - powiedziała z lekkim uśmiechem do Krogulca. - Może zechcesz coś dodać?
- Ooch, tak, tak, czeka nas teraz poważna rozmowa o tym, co zaszło - dodał, patrząc po nich typowym dla siebie, surowym wzrokiem. - Ale warto zacząć od początku.
Usiadł na krześle, naprzeciw łóżka.
- Legendy mówią o tym, że założycielem naszej rasy jest Czarodziej Opiekun, który założył pierwszy zagajnik Czarodziei w Alaranii - zaczął. - Odtąd jesteśmy ludem od setek pokoleń żyjącym tradycyjnie. Skupiskami w miejscach nacechowanych silną energią magiczną. Żyjemy w środowiskach, gdzie obowiązuje bardzo prosta struktura, starsi są nauczycielami dla młodszych. Ja byłem jednym z nauczycieli Jarzębiny - odparł z uśmiechem. - Bardzo zdolna bestia. Zwłaszcza te, świecidełka, biżuteria, w tym była znakomita.
Rakhszasa uśmiechnęła się lekko pod nosem.
- Później, gotowi młodzieńcy przechodzą przez Rytuał Przejścia. Wybierają zwierzę, które później splata się z jego duchem. Są w stanie przyjąć jego formę. Zapewne wiesz już, że zwierzęciem Jarzębiny jest biały wilk. Moim niedźwiedź. Otrzymują tytuł Opiekuna, przyjmując Nowe Imię. Jest jeszcze jeden tytuł, bardzo szlachetny... tytuł Strażnika... Jarzębina otrzymała go dawno temu...
- Przejdźmy do rzeczy - ucięła jego zdanie. - Pokrótce, dobrze mi szło tam w Lesie Driad, honorowali mnie na Opiekuna, a następnie na Strażnika - powiedziała, patrząc we wnętrze kubka. - Otrzymałam Księgę i medalion. A później Księgę mi zabrali, chcieli mnie spalić na stosie i odtąd moja noga nie postała w tamtej części Alaranii.
- Jastrząb zwołał Radę Zagajnika, w której uczestniczyło tylko kilku Opiekunów. Cóż, nie wszyscy byli zadowoleni z wyboru Eleima na następnego Strażnika, wybrał Jarzębinę zamiast jednego ze swoich dwóch synów. Orzekli, że nie pomogą wieśniakom przeżyć jutrzejszej powodzi. Bardzo haniebne z ich strony. Rolą Opiekunów jest troska o zachowanie harmonii i dbanie o życie w każdej formie.
- Przyleciałam tam w nocy i ochroniłam ich sama. A potem mieli powód, żeby skazać mnie za niesubordynację.
- Nie było mnie przy tamtych wydarzeniach. Podobnie jak teraz, wyruszyłem w podróż opiekując się samotnie pewnym terenem. Kiedy to było?... Jakieś sto pięćdziesiąt lat temu...
- ...Mógłbyś przestać podkreślać, ile mam lat!? - burknęła niezadowolona. - Więc od tamtego czasu żyję poza swoim Zagajnikiem. Kilkadziesiąt lat temu wpadłam na pewien trop. W Księdze, którą mogłam przez ten czas bycia Strażniczką dzierżyć były fragmenty dotyczące... tajemniczego świata astralnego, mistycznego Domu Opiekuna. To były tylko legendy, o okręcie Vesselyn, którym pierwsi czarodzieje przemierzali lądy, o Bibliotece Srebrnego Świtu, o...
- Widziałem Vesselyn - odparł przejmującym szeptem Krogulec.
- A ja widziałam ruiny biblioteki. Nie wierzyłam, że te legendy to prawda. Ale napotkałam podejrzanie duże skupiska energii magicznej na pustyni. Tam była grupa podejrzanych mężczyzn. Nazwali się organizacją Białych Kruków. Jak tylko odkryłam, że szukają klucza do Domu Opiekuna, próbowałam ich wyprzedzić. Kiedyś... istniała pewna świątynia. Pośrodku był Artefakt, zasilany przez pięć prastarych Kryształów. Podobno w bibliotece była mapa, historia o tym, gdzie ta świątynia mogła się znajdować. Tam właśnie pojawiłeś się ty. Może w końcu dowiem się, skąd się tam pojawiłeś?
- Jeśli udało im się przywołać Vesselyn to oznacza, że odnaleźli Artefakt i kryształy.
Rakhszasa wsparła głowę o dłoń.
- Prawie. Nie wiem, jak tego dokonali, ale na pokładzie Vesselyn nie było Kryształów. Nie wiedzieli też, jak posługiwać się Artefaktem. Tego właśnie chcieli się ode mnie dowiedzieć. Gdzie one są. Schowałam je - powiedziała.
Upiła łyk naparu. Był bardzo intensywny w smaku i gorzki - wykrzywiło jej twarz.
- Ale... zniszczyłeś okręt - spojrzała na Freya. - Przez co prawdopodobnie też zniszczyłeś całą tę organizację.
Uśmiechnęła się do niego kącikiem ust. Tak, rzadko kiedy się zdarzało, że miała okazję poznać kogoś równie silnego, jak ona. Podobało jej się to.
Awatar użytkownika
Frey
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

Post autor: Frey »

Sytuacja zapowiadała się może nieco nie po myśli piekielnego, gdy stan rzeczy rysował się w ten sposób. Wyglądało to trochę, jakby z Rakhszasą za dzieciaka nawyrabiali jakiś głupot i właśnie mieli zebrać reprymendy prawione w długim i niezbyt ciekawym monologu. Może jednak się mylił. Koniec końców nie miał zbyt wygórowanego poziomu wiedzy historycznej jeżeli chodzi o wydarzenia na płaszczyźnie ziemskiej. Poza tym chyba zwyczajnie wypadało znać tę anegdotkę, nawet jeśli ciekawiła go jedynie w niedużym stopniu. Usiadł tak zatem i starał się słuchać ze skupieniem powoli przerzucając wzrok to na nią, to na staruszka, niby dziecko słuchające bajania obojga. Odebrał naczynie od Krogulca i wziął większego łyka. Temperatura nie stanowiłaby żadnego problemu dla jego organizmu, ale smak. Skrzywił się. Pijał już mniej wykręcające twarz trunki alkoholowe. No ale nic, ponoć zdrowe w tym przypadku. Mimo swojego dystansu i swego rodzaju niechęci do całej tej sytuacji Frey również z pewnością odczuwał wdzięczność. Tylko mogło zdarzyć się, że nie do końca był jej świadomy. Gdy padły słowa legendy, Cedric stwierdził, że zapowiada się kiepsko. Całe szczęście obok była jeszcze młodsza czarodziejka i dość skutecznie poganiała progres zdawanej przez Krogulca relacji z przeszłości. Zaznaczała też konkrety i sprowadzała mężczyznę, gdy za bardzo pogubił się w meandrach swojej pamięci. Piekielny zaśmiał się cicho, gdy starcowi wymknęło się, że opisuje wydarzenia sprzed półtora wieku. Chociaż może nieco bardziej niż sam fakt rozbawiła go reakcja czarodziejki, była urocza. Mimo coraz większego trudu wysłuchał do końca, miał nadzieję. Popatrzył po nich i powtórzył jedynie.
- Prawdopodobnie. I co teraz? - w tym momencie odwzajemnił w dość naturalny, choć zdecydowanie nie dla niego uśmiech czarodziejki. Trochę przypominał takie, z którymi więcej do czynienia miała ich znajoma Atris na dworach. Niby serdeczny i miły, ale jakiś taki niepełny, zagubiony może. Piekielny przeciągnął się z westchnięciem.
- Będziemy się zbierać?
Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakhszasa »

- Em... - zastanawiała się skonsternowana czarodziejka. - Gdzie zbierać?
Jeśli chodziło mu o opuszczenie jego chaty, żeby podleczyć się gdzieś indziej, żeby nie narzucać się Krogulcowi, to pytanie powstawało, gdzie. Łatwo byłoby znaleźć trochę tego ludzkiego złota, wymieniając jeden ze szlachetnych kamieni u jakiegoś kupca, a potem wynająć jakiś pokój w karczmie. Do jakiejś leśnej jaskini nie bardzo chciała w tym momencie wracać, ze względu na ograniczenia w poruszaniu się. Nawet zamienianie się w białego wilka w tym momencie nie było dla niej dobrym rozwiązaniem. Straciła wszystkie rezerwy magiczne i nie chciała ryzykować ze zmianą swojej postaci.
- Zneutralizowałeś Artefakt? Gdzie on teraz jest? - zwróciła się jeszcze go Krogulca.
- Oczywiście, schowałem go. Jeśli będziesz gotowa, przekażę ci go. Póki co odpowiedzialność za niego jest na moich barkach, Jarzębino.
- Jeśli potrzebujecie kilku dni na dojście do siebie, możecie tu pozostać - odparł czarodziej. - Możecie za to wybrać się do miasta zakupić mi kilka ziół. Ja wtenczas muszę zająć się lasem.
- Dziękujemy.
Kiedy wyszedł, czarodziejka usiadła na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, patrząc uważnie na Freya.
- Co teraz robimy?
- Mój powrót do zdrowia trwa kilka dni. W planach mam jeszcze tylko zamknięcie przejścia do Domu Opiekuna. Z pobocznych rzeczy to... muszę znaleźć swój kostur albo zrobić nowy. Ale posłuchaj. Wyświadczyłeś mi największą przysługę na świecie, więc jeśli mogę, chcę tobie pomóc w twojej misji.
Czarodziejka nie przypuszczała, że kiedykolwiek takie słowa przejdą jej przez gardło. Cóż, trzeba spłacić swój dług, żeby mieć czyste konto. Wtedy będą mogli się znowu, po prostu rozstać i wrócić do ganiania za sobą jak im się będzie w życiu nudzić.
- Decyzja jest twoja.
Patrzyła mu prosto w oczy, bez skrępowania, z dużą uwagą. W nieco inny sposób niż zwykle, gdyż pozbawiony uwodzicielskiego blasku i przymkniętych nieco powiek, oznaczających poczucie wyższości. Strasznie wkurzało ją to, że on teraz zna cały jej życiorys, a ona o nim nie wie nic. Kto kryje się za imieniem Frey?
Awatar użytkownika
Frey
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

Post autor: Frey »

Nie bardzo chciał ingerować w dialog Rakh z jej mentorem. Po prostu słuchał mniej lub bardziej uważnie. Na słowo dziękujemy kiwnął jednak głową uprzejmie, pomimo swojej poważnej i niezbyt wesołej miny. Najbliższe dnia zapowiadały się nader nieekscytująco jak na jego standardy życia. Jednak był to po części przymus powstały na skutek tego, że sobie zaszaleli ostatniej nocy, i to nie lekko.
Po chwili zamyślenia piekielny podrapał się po potylicy i rozejrzał po pomieszczeniu, gdy starzec zdążył je już opuścić. Westchnął, po czym skierował wzrok na czarodziejkę i wypowiedział na głos parę słów komentarza do poprzedniej konwersacji.
- Właściwie to sami sobie go zniszczyli, miałem zwyczajnie sporo szczęścia.
Na zewnątrz było dość jasno, prawdopodobnie słońce nawet nie górowało jeszcze na niebie. Frey wzdrygnął się lekko i poczuł potrzebę rozprostowania kości. Wstał zatem i przeciągnął się jeszcze dłużej.
- Chciałem się zbierać... stąd, ale wychodzi na to, że mamy przedwczesny etap życia osiadłego przed nami. Zapowiada się nader ciekawie. Myślisz, że starzy czarodzieje palą w kominku normalnym drewnem? Poszedłbym takowego pozbierać, jeśli trzeba - powiedział, będąc całkiem poważnym. Jej krótka wypowiedź i skupiona na nim uwaga w oczekiwaniu na jakąś odpowiedź czy wskazówkę nie wzruszyły go zbytnio. Głównie ze względu na to, że nie wiedział sam, co mógłby odrzec w tej sytuacji.
- Zdaję się, że będę musiał się przejść - dodał po chwili, skoro już był na stojąco. Bolały go chyba wszystkie możliwe kości i mięśnie. Frey jednak był jednym z tych, którzy w obawie przed odleżynami wolał zdecydowanie skorzystać z metody rozchodzenia wszelkich dolegliwości. Zwłaszcza, kiedy myśl o zdefiniowaniu własnej misji dość mocno przeszyła jego zdezorientowaną być może jeszcze po ostatnich wydarzeniach głowę.
- A, Rakh.. dziękuję za, khm... w miarę bezpieczne lądowanie. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty, chociaż zupełnie nie tak, jakbym to w przeddzień zaplanował. - Kiwnął jej głową.
- Dopytaj starego znajomego o jego potrzeby. Skoro i tak zostaniemy tu jakiś czas to przyda nam się cokolwiek do roboty, cobyśmy nie zapuścili korzeni. Pewnie wrócę przed zmierzchem, to wieczorem będziemy mogli... - no właśnie, co?
- Coś wymyślimy - ściął szybko ulatujące w niedokończonym zdaniu niepewności.
Cała ta historia czarodziejów i poharatane, jak sam Frey wspomnienia ostatnich wydarzeń wybiły go nieco z rytmu i dopiero teraz, gdy zmierzał do wyjścia przypomniał sobie, że właściwie powinien być wściekły na czarodziejkę. Machnął na to w myślach dłonią, wszak wszyscy żyją, chyba. Przez krótką chwilę wspomniał obronę dworku losowego wampira, którego spotkał na swojej drodze jakiś czas temu. Szedł w kierunku wyjścia powoli i cicho, lekko kulejąc na lewą nogę. Skromnym uśmiechem można by nazwać sposób, w jaki delikatnie uniosło to kąciki jego ust. Stał już przy drzwiach i złapał za klamkę, po czym dość nagłym ruchem otworzył je szeroko. Jakby na wypadek, gdyby ciekawski starzec nasłuchiwał po drugiej stronie. Następnie rozejrzał się, znów wracając wzrokiem do Rakhszasy.
- Wylizuj się w spokoju, Wilczusiu... - tu poczekał jakby chciała jeszcze coś dodać. - Niedługo wrócę. - dodał, jeśli milczała.
Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakhszasa »

Rakhszasa zaśmiała się w duchu, sama z siebie, myśląc, że może oczekiwać od piekielnego monologu. Znała go na tyle, że wiedziała, że to typ zadaniowca. Świerzbi go rzyć, kiedy nie ma co zrobić. Dlatego zaczął wyszukiwać sobie nowych zajęć, choćby najbardziej prozaicznych. Mężczyźni często mają to do siebie, że nie potrafią być cierpliwi. Ale odpowiadało jej to. Sama nie lubiła zostawać za długo w jednym miejscu, a przydługie romantyczne gadki czy obijanie się nigdy jej nie interesowały. Uśmiechnęła się do niego kącikiem ust, kiedy wstał, żeby wyruszyć w męską podróż po drewno na opał. Zdziwiła się jednak, kiedy usłyszała te niemrawe podziękowania. Choć oczywiście oczekiwała, że doceni uratowanie mu życia, nie sądziła, że to zrobi.
- Nie ma za co - odpowiedziała po prostu. W myślach przyznała mu rację. To był kawał dobrej roboty.
- Dopytam - odpowiedziała lakonicznie po chwili, siląc się na neutralny wyraz twarzy. Nie była pewna, czy sugerował coś planując ich wspólny wieczór, czy to skojarzenie tylko jej przyszło do głowy. Żeby jakoś zakryć ten niezręczny moment, chwyciła naczynie z ziołową miksturą i upiła trochę, nawet się nie krzywiąc. Nie chodziło o to, że nagle straciła ochotę na droczenie się z nim. Jak dotąd cała ich relacja to było dogryzanie sobie i bawienie się w podteksty. Po prostu będąc pozbawioną swoich magicznych atrybutów, kostura, zaklętej biżuterii i henny, a przede wszystkim przebywając nie na swoim terytorium cała posiniaczona i w kilku miejscach poparzona, czuła się zbyt nieswojo. Również chciała jak najszybciej opuścić to miejsce i powrócić do pełni sił. Swoje skrępowanie tłumaczyła sobie tym, że czuje, że każdy by był w tym stanie ją pokonać.
- Może później dołączę do ciebie w lesie, muszę pozbierać kilka roślinek - odpowiedziała. - Do zobaczenia.
Jej głos brzmiał bardzo neutralnie. Przez myśl przeszło jej, że określenie Wilczuś brzmi bardzo fajnie w jego ustach. Aż mogłaby mieć ochotę na nocne wycie do księżyca.
Dopiła gorzką miksturę i powoli wstała, próbując przywrócić swojemu ciału normalne krążenie. Czuła mrowienie w kończynach i świst w głowie, ale wiedziała, że za niedługo te niedogodności miną. Postanowiła się rozruszać.
- Krogulcze - zagaiła rozmowę, spotykając go nieopodal chaty. - W czym bylibyśmy ci pomocni?
Opiekun wymienił jej, jakich ziół może poszukać, w trakcie jej powrotu do zdrowia. Kobieta udała się więc do lasu z koszyczkiem, niczym księżniczki z baśni.
*
W najbliższych dniach dużo spała, jadła, pomagała w przygotowaniu mikstur i wywarów dla Krogulca, a także przygotowała mieszankę do stworzenia nowej henny. Czuła się z każdym dniem o niebo lepiej. Nowych malunków nie mogła zrobić na skórze, która miała otwarte rany czy blizny. Na szczęście jednak szybko jej cera na powrót stała się gładka, chociaż bez tatuaży czuła się zdecydowanie nago.
Czuła, że jest prawie gotowa na opuszczenie tej izby, z czego była bardzo zadowolona, bo siedzenie u starego znajomego na garnuszku, w dodatku z nieco przypadkowym mężczyzną, który miałby aspiracje na bycie jej kochankiem, było dość upodlające.
- Możecie wybrać się stąd po festiwalu, na przykład. Mam zamiar wystawić na sprzedaż kilka maści i okładów dla pobliskiego miasteczka, możecie pomóc mi się z nimi wybrać i stamtąd odejść gościńcem - powiedział Krogulec, kiedy czarodziejka poinformowała go o gotowości do opuszczenia domostwa. Przekazała tę informację Freyowi i zapytała go, co sądzi o tych planach.
*
Tej nocy postanowiła odnowić swoje tatuaże. Podczas pełni zaklęcia błogosławieństw stają się silniejsze. Mieszankę ziół, kwiatów i ukruszonych kamieni stłukła na miazgę w moździerzu. Wybrała się do upatrzonego już wcześniej miejsca w lesie na małej polanie, skąd światło księżyca było najlepiej widoczne. Usiadła sobie na kamieniu i malowała na ciele, umoczywszy wcześniej pędzel w czarnej mazi, mamrocząc i śpiewając zaklęcia. Martwiła się jedynie tym kosturem. Stworzenie nowego i równie potężnego, albo nawet potężniejszego, będzie wymagało dużo czasu, pracy i zasobów.
Awatar użytkownika
Frey
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

Post autor: Frey »

Piekielny przechadzał się z wolna po lesie w jasny dzień. Ktoś mógłby pomyśleć, że Frey się przebranżowił, wkrótce zjedna się z naturą, będzie parzył zioła, dbał o drzewa i leczył krowy pobliskim wieśniakom. No nic bardziej mylnego. Pomimo tej nietypowej w swojej charakterystyce sytuacji bohater wciąż pozostawał sobą. Chwilowo jedynie przyrównać można by go do pogorzeliska po bitwie. Tutaj właśnie ujawnia się artystyczny skrawek jego poszarpanej zębem czasu, czy innym ostrym orężem duszy. Zbieranie drewna ma bowiem dla jego postaci znaczenie nie tylko dosłowne, ale i metaforyczne. Poza pomocą temu nietypowemu jegomościowi, któremu przytrafiło się ich uratować Frey musiał odnaleźć nieco siebie i swój zapał. Kiedy dużo się działo to jeden płomień rodził następny i tak w kółko to sobie funkcjonowało. Osiadły tryb życia chociażby na tę parę dni nieco zachwiał piekielnemu balans, jednak przemyślał on sobie podczas tej słonecznej przechadzki przez las parę rzeczy. Złapał się nawet na krótkim wspomnieniu infiltracji statku powietrznego, gdy skierował swój wzrok ku niebu.
"Chyba się starzeję", pomyślał sam do siebie, bo niezbyt często zdarzało mu się w ten sposób wspominać poprzednie akcje. Może ta jednak była wyjątkowa? Przymknął oczy, wpuszczając leśne powietrze do płuc. Wnioski zaskoczyłyby nawet samego zainteresowanego, jakby zdarzyło mu się je głębiej przeanalizować.
Przez kolejne dni nie zajmował się wieloma rzeczami ponad to, czego wymagała od niego sytuacja. Pomagał starcowi a tym bardziej czarodziejce, jeśli nadarzyła się taka okazja. Jego regeneracja przebiegła zdecydowanie sprawniej, bo nie wystrzelał się z mniejszej ilości swojego ognistego temperamentu niż Rakhszasa.
Kiedy tylko nadarzyła się okazja i czarodziejka wspomniała coś o opuszczeniu gościny jej starego znajomego Frey momentalnie pokiwał głową. Dopiero później powtarzając w myśli jej zdanie natknął się na haczyk.
- Festiwal, tak? Brzmi jak... zabawa, nieistotne. Jeśli mamy pomóc starcowi, to pomożemy, a później chętnie stąd czmychniemy w końcu, nie? - zapytał jakby szukając ot zwykłego potwierdzenia. Piekielny w kwiecie wieku zdecydowanie nie był jeszcze przygotowany do zmiany trybu życia na osiadły. Chociaż niektóre jego aspekty zdawały mu się dość przyjemne, takie inne od tego, do czego przywykł na co dzień.
- Bo od tego ciągłego zbierania i szykowania drewna zapuszczę brodę i kupię sobie koszulę w kratę jak tak dalej pójdzie. - Poza tym zdarzało mu się spędzać więcej czasu z czarodziejką, bądź na autorefleksji. Jedno i drugie budowało w rejonach charakteru Cedrica, które od lat jedynie się kurzyły.
W swoich okolicach Frey był swego czasu najlepszym wojskowym świata i okolic a szpiegostwo stanowiło jego broszkę już od wieków zatem doskonale wiedział, co knuje sobie Rakhszasa na boku, kiedy on robił te wszystkie męskie rzeczy. Choć z księżycem nie był za pan brat jak sama pradawna, albo ich dawny niedoszły przyjaciel Shasamo to zdarzyło mu się zauważyć, gdy nie mógł zasnąć poprzedniej nocy, że zbliża się pełnia. Kiedy czarodziejka wyszła on zatem - mniej lub bardziej dyskretnie - ruszył jakiś czas za nią. Nie brał tej misji całkowicie na poważnie, więc zakładał możliwość, w której ona doskonale wiedziała o jego obecności w okolicy. Właściwie z początku planował jedynie sobie popatrzeć, a było na co, jednak po pewnym czasie zorientował się, że proces ten będzie raczej nieco dłuższy, niż się spodziewał. Podszedł do niej wzdłuż linii drzew szeleszcząc leśnym runem pod swoimi skórzanymi butami.
- Całkiem tu ładnie, prawda? - zaczął. Poczuł się nieco nieswojo, gdy w jego głowie zaczęły pojawiać się pomysły na komplementy, trochę nie w jego stylu, nie bójmy się tego stwierdzić. Fakt faktem jednak czarodziejka z bez, z henną, czy w trakcie jej tworzenia prezentowała się niezwykle urodziwie w świetle księżyca.
- Mogę? - zapytał kiedy zbliżył się już wystarczająco, by mogła go bez problemu zidentyfikować. Dosiadłby się, jeśli zrobiłaby mu miejsce na kamieniu, w innym przypadku postałby obok.
- Muszę przyznać, że był to dość nietypowy epizod w moim życiu - zaczął poważnie, po czym kontynuował z miną godną mężczyzny, który pragnie zachować pełną powagę, choć gryzie go stres ze wszystkich możliwych stron.
- Zapytałaś mnie jakiś czas temu co robimy... teraz już wiem, co czuję i mogę Ci to powiedzieć. Sądzę, że powinniśmy postawić sobie własny domek na skraju lasu, może nieco dalej od ludzi i dożyć tam przepięknej, spokojnej starości. Co ty na to? - poczekał na jej reakcję i pomimo, że w swojej roli pozostał niemal perfekcyjnie do samego końca to jakoś nie był do końca przekonany, że czarodziejka jest w stanie wziąć to w stu procentach na poważnie. A może? Kto wie, czego można się dowiedzieć niewinnym żartem. Kiedy już opadła kurtyna po tym krótkim epizodzie romantyczno-komediowym. Frey wrócił do spraw bieżących.
- Pomożemy Krogulcowi po raz ostatni i zbierzemy się w drogę. Potrzebna nam będzie para koni i trochę tobołów, przynajmniej chwilowo zostaniemy kupcami, czy innymi przemierzającymi trakty. Wybierzesz sobie. To najlepszy sposób na zyskanie aktualnych informacji z okolicy. Jeśli o moje prywatne potrzeby chodzi, to przydałaby mi się spora armia, grupa nieprzeciętnych magów i nietuzinkowa towarzyszka przygody. Na tę ostatnią rolę mam jednak kogoś odpowiedniego na oku.
Puścił jej oczko, przyglądając jej się szelmowsko. Środek nocy i jedynie ciche odgłosy szumiących drzew, czy hukanie sowy w oddali. Scena niezwykle piękna i nader romantyczna, gdyby tylko postać piekielnego miała w sobie za grosz prawdziwego romantyzmu, ale cóż... mówią, że nie we wszystkim można być najlepszym, Frey.
Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakhszasa »

Plan był całkiem jasny, pomogą staruszkowi się zebrać na ten cały jarmark i zwiną się dalej. Podobało jej się, że Frey tak po prostu uwzględniał ją w planach. Jakby stało się prawie oczywiste to, że zamierzają dalej podróżować razem. Cieszyła się, bo tak naprawdę mężczyzna bardzo jej odpowiadał. Nie był nadętym hipokrytą - czarodziejem, jakich znała pełno, ani żadnym efemerycznym zniewieściałym elfem, z jakimi bywało, że wiązał ją bardzo przelotny jednonocny romans, nie był też rycerzykiem czy wyperfumowanym arystokratą. Był wolnym strzelcem, tak samo jak ona. Niezależnym, silnym, przystojnym. Przez to siedzenie w jednym miejscu i spędzanie czasu tylko z nim i Krogulcem, miała aż za dużo czasu, żeby o nim myśleć.
*
Tworząc hennę, była tak skupiona, że niemalże nie spodziewała się odwiedzin piekielnego. Drgnęła, słysząc jego głos, a ścieżka, którą właśnie malowała, nie została ukończona przez co cały fragment wniknął w jej skórę. Kiedy zbliżył się, bez słowa przesunęła się, aby usiadł obok niej. Uśmiechnęła się na jego widok i przechyliła głowę, patrząc na niego z zainteresowaniem. Widocznie miał coś ważnego do powiedzenia, a to była nowość. Mina jej drgnęła z niedowierzaniem, kiedy usłyszała z jego ust zdanie "wiem już, co czuję". No co jak co, ale tego się nie spodziewała, czyżby źle zrozumiała jego osobę...?
Ale na szczęście nie. Zaśmiała się z żartu o wspólnej chatce na uboczu.
- Tak, ja urodzę gromadkę dzieci, będę ci gotować, sprzątać chałupę i uprawiać ogródek z warzywkami - zawtórowała mu. Po chwili jednak na powrót zaczęła przyglądać mu się z zaciekawieniem, słuchając tego, co miał do powiedzenia.
Plan bardzo jej odpowiadał.
- Ukradniemy jakieś dwa ładne wierzchowce i trochę mienia, co ty na to? - powtórzyła jego zawadiacki uśmiech. - Jeśli bierzesz mnie pod uwagę w castingu na nietuzinkową towarzyszkę podróży, to musisz spełnić jedną małą prośbę, a zgodzę się.
Okolica faktycznie sprzyjała intymnym rozmowom. Księżyc uniósł się na wyżyny nieboskłonu, co oświetliło srebrnym blaskiem całą polanę. Kryształowo czysta woda w potoku szemrała niczym dzwoneczki, a wokół rozkwitły księżycowe kwiaty. Magicznie.
- Powiedz mi, kim jesteś. Bez zbędnego przedłużania, po prostu chcę wiedzieć, skąd pochodzisz i skąd się tutaj wziąłeś - powiedziała. - Ty miałeś cały wykład o mnie, więc pora na rewanż.
Słuchała go uważnie, jeśli zdecydował się na opowieść, nie czyniąc żadnych uwag do jego historii, ani nie oceniając jej. Po prostu, jeśli miała zacząć podróżować z kimś, kogo ledwo zna, wolałaby przynajmniej znać jego pełne imię.
*
- Mogę twoją dłoń? - powiedziała po chwili, kiedy skończyli już pogaduszki o przeszłości. Jeśli nie oponował, ujęła ją w swoje dłonie i odsunęła rękaw koszuli, odkrywając przedramię. - Ta henna to zaklęcia i błogosławieństwa, które mogą być przydatne w walce. Jeśli chcesz, zrobię ci taki tatuaż.
Był to wyjątkowo opiekuńczy gest z jej strony. Zaczekała na jego odpowiedź i jeśli zgodził się na tatuaż, umoczyła pędzel w miksturze i zaczęła malować, cicho nucąc słowa zaklęć.
- Gotowe - stwierdziła po niedługim czasie i uśmiechnęła się do niego.
Miała ochotę na zbliżenie, ale nie chciała wykonywać pierwszego ruchu, pamiętając, co wydarzyło się ostatnim razem. Po niewinnym pocałunku nagle spadła na nich horda wojsk i astralny okręt. Jakkolwiek pokonanie ich było jednym z największych osiągnięć życiowych, nie miała ochoty tego powtarzać. Czekała więc na przejęcie ewentualnej inicjatywy przez niego.
Awatar użytkownika
Frey
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

Post autor: Frey »

Piekielny nie spodziewał się, że uda mu się podejść aż tak blisko, pozostając niedostrzeżonym. Z nieco większej odległości obserwował jeszcze przez parę krótkich chwil jej skupioną minę, kiedy tworzyła kolejne wzory z niezwykłą starannością na swoim ciele. Podchodząc bliżej nawet umyślnie starał się zrobić odrobinę hałasu, co by czarodziejki zwyczajnie nie przestraszyć. Nadepnął zatem na suchą gałąź, czy kopnął nieduży kamyk. Przynajmniej tak mógł w tych czasach odpoczynku i regeneracji wyładować swoją całą agresję. Frey docenił w tej chwili sytuację, w jakiej się oboje znaleźli, gdy przypomniał sobie, kiedy ostatnio miał okazję w spokoju i w neutralnych warunkach ot tak przebywać z Rakhszasą w nieco luźniejszej atmosferze. Nie będąc w celi, ogniu walki, czy żadnym innym tego typu zawirowaniu. Jak mało kiedy Cedricowi spodobała się zwyczajność, którą odnalazł w tej dość ładnej chwili.
- Oj tak, co my byśmy się nauprawiali tych ogródków i innych. - Uśmiechnął się i westchnął krótko, po czym pokiwał głową na jej kolejne zdanie. Zamyślił się przez moment. Na leśnej polanie wybrzmiewał właśnie koncert orkiestry licznych świerszczy przy akompaniamencie niedużego strumyka, któremu od czasu do czasu przygrywały odgłosy sów niosące się echem z oddali. Frey poczuł się niemal dziwnie, aż stracił na moment wenę na mówienie czegokolwiek, po prostu wpatrując się w jej oczy, gdy kończyła swoje tatuaże. Jej kolejne pytanie dotarło do niego po chwili opóźnienia wytrącając go z nietypowej dla piekielnego zadumy. Pewnie nawet by się zarumienił, gdyby nie był sobą. Przygryzł jednak wargę lekko i udając twardego i tajemniczego gościa odrzekł z początku krótko.
- To byłaby długa historia. - Spojrzał na księżyc i westchnął, lecz krótko. - Zakładam, że mamy całą noc, nie? - odpowiedział sam sobie zerkając na nią.
- Całość zaczęła się pewnie paręset lat temu. Dzieciństwa nie pamiętam, pewnie nie było nadzwyczajne. Nadano mi imię Cedric Flegeton, pochodziłem z rodziny wojskowych i w takiej też tradycji zostałem wychowany. W miejscu, z którego pochodzę, tego typu obrządki mają znaczenie, podobnie jak tutaj zresztą, nieważne. - Rzeczy, które można było zauważyć, czy usłyszeć właściwie już od razu, to fakt braku zupełnej swobody w opowiadaniu tej historii i duży nacisk na czas przeszły. Zdarzyło mu się nawet poprawić parę czasowników, gdy wypowiedział je nie tak, jak byłoby po jego myśli.
- W związku z tym byłem wojskowym, później zdarzyło mi się być generałem na tutejsze słownictwo. Zwierzchnikiem całości wojskowości w regionie, tak bardziej precyzyjnie. Dużo zarządzania, siedzenia w papierach, szkolenia podopiecznych. Z tymi bywało różnie. Generalnie z tego, co pamiętam sytuacja polityczna nie była zbyt spokojna. Jakieś wojny, intrygi i tego typu rzeczy, zupełnie jak w świecie który znasz na najwyższych szczeblach hierarchii. - Tutaj zrobił sobie dłuższą przerwę. Przyglądając się wystarczająco uważnie, mogła pewnie dostrzec, że wykorzystywał ją nie tylko, by przypomnieć sobie dalszą część wypowiedzi, ale też by ustabilizować takie rzeczy jak mimika twarzy, czy jakieś zbędnie powstające znaki niesłowne, które mogłyby zakłócić jego przekaz.
- Chyba kiepsko mi szło to całe dowodzenie, zarządzanie właściwie. Parę rzeczy stanowiło nieuchronnie zbliżające się w moim kierunku bariery, które ograniczały pole manewru. W związku z czym koniec końców zdarzyło mi się chyba wybić najlepszych z moich ludzi i opuścić miasto a następnie całość tamtejszego wymiaru. Tak w skrócie. W związku z powyższym moim celem zdaję się być odbudowa własnego imienia w tamtym świecie a można to jedynie zrobić drogą militarnego podboju z wyszkoloną armią. Mam w swoich stronach parę niedokończonych spraw, mówiąc wprost. Zupełnie jak ty w swoich - zakończył, będąc jej wdzięcznym, że nie pojawiły się kolejne pytania. Za to była jedna jakby prośba. Nie zastanawiając się długo użyczył jej ręki.
- Myślałem, że to mężczyźni proszą wybranki... się pozmieniało - mruknął jakby do siebie pod nosem, uśmiechając się przy tym już ewidentnie do niej.
- Jeśli nie zrobisz sobie przy tym krzywdy... bądź ostrożna, nie wiem jak demony przyjmują taką magię. - Prawą dłoń oparł na kamieniu nieco za nią, zbliżył się i podał jej lewą, patrząc ciekawsko na jej kolejne ruchy. Pod wpływem magii jego blada skóra momentalnie twardniała i przybierała formę jakby zwęglonego pancerza. Czarodziejka mogła też odczuć, że temperatura jego ciała znacząco wzrasta w obejmowanym zaklęciem miejscu, ale efekty te były jedynie chwilowe i zanikały z czasem, pozostawiając klarowny i precyzyjny wzór, jaki zręcznie kreśliła Rakhszasa swoim pędzelkiem. Frey nie odczuwał specjalnie żadnych zmian wewnętrznych, a znaki pojawiające się krótkotrwale nie napawały go w żadnej mierze niepokojem. Siedział zatem grzecznie, przyjmując swój pierwszy w życiu tatuaż, którego efekt odczuł dopiero, gdy zakończyła inkantować zaklęcie. Pulsująca fala ciepła przebiegła wewnątrz jego organizmu, wzdrygnął się chwilowo i wziął głębszy wdech przymykając oczy.
- Khm, przepraszam - odchrząknął i zaśmiał się pod nosem, zasłaniając usta dłonią. Przez chwilę poczuł, że potrzebuje kichnąć i dmuchnąć przy tym przetaczającym się przez jego wnętrze płomieniem, stwierdził jednak prędko, że nie jest to ogień, jaki chciałby dać czarodziejce. Nie w ten sposób.
- Całkiem ładne te bazgrołki. Chociaż te na tobie jakoś bardziej przykuwają mój wzrok - dodał po chwili i patrzył tak kilka zsynchronizowanych oddechów. Uśmiechnął się. Objął ją prawą dłonią, a lewą odgarnął za ucho kosmyk włosów, który opadał jej na twarz, kiedy malowała hennę. Jego jeszcze nienaturalnie ciepła dłoń zatrzymała się chwilowo na jej prawym policzku a on wpatrując się czujnie w jej mimikę, delikatnie przysunął ją odrobinę bliżej.
- Jeszcze raz dziękuję, zdolna z ciebie Wilczusia. - Zbliżył się w tym momencie i lekko przechylając głowę w bok, pocałował ją. Może nieco dłużej niż powinien, a może tak długo jak tego pragnęła. Piekielny właściwie nie miał żadnych przeciwwskazań do dalszego rozwoju sytuacji. Wszak na samą myśl o tym, jak długo mogą wyczekiwać na kolejny tak błogi i spokojny epizod w ich pełnych przygód życiorysach sugerowała, że taka okazja nie winna ot tak przepaść ze wschodem słońca. Frey zagryzł zatem wargę, a w dodatku nie własną wieńcząc pocałunek i nie uciekając spojrzeniem od jej oczu, w których odbijał się ich blady nocny towarzysz przesunął prawą dłonią po jej zwiewnej szacie nad jej biodrem, a lewą przesunął powoli po jej ramieniu.
Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakhszasa »

Przyjęła jego historię z dużym spokojem. Nie pośpieszała go. Widziała, że niektóre momenty były dla niego trudne do opowiedzenia, dlatego dała mu czas. To prawda, oboje mieli niedokończone sprawy. Całkiem miło jej się zrobiło, jak pomyślała, że mogą zrobić z nich wspólne cele. Nigdy nie służyła w armii, ani też nie dowodziła bitwami, ale nie sądziła, że będzie od niej tego wymagać. Po tym wykładzie piekielnego na chwilę tylko zapadła cisza, zanim czarodziejka nie zaproponowała mu wykonania henny.
*
Wiedziała, że przygląda się jej. Czuła, jak chłonie ją wzrokiem. Jak przez jego ciało przepływa gorąc, i jak krew w jego tętnicach przyspiesza. Wzór robiła spokojnie, w skupieniu, ale po plecach przebiegał ją dreszcz ekscytacji. Rozgrzana dłoń Freya zetknęła się z chłodną skórą na licu czarodziejki. Teraz już tylko czekała na pierwszy krok.
I oddała jego pocałunek, obejmując jego ramię i przysuwając go jeszcze bliżej siebie. Przez ten moment, w którym spojrzeli sobie w oczy oczekując dalszego rozwoju wypadków, piekielny mógł zauważyć, jak jej źrenice rozszerzają się jak u kota. Delikatnie, ale pewnie wsunęła dłonie pod jego koszulę, przyglądając się jego reakcji, i jeśli chciał tego samego, co ona, zaczęła całować go namiętnie...
*
W dawaniu przyjemności zdecydowanie nie była tylko biorcą. Momentami pozwalała mu dominować, aby zaraz potem ponownie przejąć inicjatywę. Prawdopodobnie pomiędzy jękami i pomrukami kilka razy mogło wymsknąć się jej zduszone "Frey!". Podziwiała jego wysportowane, męskie ciało i czuła, jak przepływa przez nie "płomienna krew". W tym momencie byli jak dwa skrajne żywioły - ogień i lód. Nie wątpiła w jego ognisty temperament, w zasadzie była pewna, że on również wykaże się sporą kreatywnością w sferze cielesności.
*
- Dobry jesteś - skomentowała, próbując uspokoić swój drżący, głęboki oddech. Kiedy już w końcu zaspokoili się sobą, przynajmniej na ten moment. Położyła się na trawie, zarzucając na zroszoną potem skórę swoją zwiewną suknię. Leżała tak, z przymkniętymi powiekami, czując, jak jeszcze pulsuje jej ciało i szumi głowa. Dawno nie czuła się tak dobrze. Bardzo dawno.
*
Następnego ranka, niezależnie od tego, czy woleli spędzić resztę nocy pod gołym niebem czy wrócili grzecznie do chatki Krogulca na tą godzinkę przed świtem, z nieco zaspaną miną i fryzurą w dużym nieładzie pomagała załadować na wóz mikstury i gotowe mieszanki ziół - na różne schorzenia.
- Nie, Jarzębino, te na dolegliwości gastryczne do drugiej skrzyni, mówiłem przecież.
- Mhmm - mruknęła, przerzucając mieszek na wskazane miejsce. Czarodziej pokręcił tylko głową z cichym, zrezygnowanym westchnieniem.
Droga do Elisii nie była daleka, a Rakhszasie w zupełności nie przeszkadzała podróż w tamte rejony. Miasto - "pływająca forteca" brzmi dość interesująco, zwłaszcza dla kogoś, kto nigdy nie był w tamtym miejscu. Istniała również szansa, że zupełnym przypadkiem znajdzie na jarmarku jakieś elementy, których mogłaby użyć do wykonania nowego kostura. Miała tylko nadzieję, że zaszyje się gdzieś w wozie między workami z mniszkiem i miksturami, i zdrzemnie się, choćby chwileczkę.
- Mikstury na wrzody obok wódki ziołowej - rzucił Krogulec. Czarodziejka przewróciła oczami i zrobiła minę do Freya.
Awatar użytkownika
Frey
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

Post autor: Frey »

Ogień z natury jest żywiołem bardzo porywczym, terytorialnym i lubiącym dominować nad tym, nad czym przyszło mu sprawować pieczę. Płomień gdziekolwiek się znajdzie potrafi dynamicznie przejąć całą inicjatywę narzucając pozostałym elementom własne warunki gry. Piekielnego z oczywistych powodów można by identyfikować z tym żywiołem. Choć Łowca Demonów zwykł wieść prym w manewrowaniu i zwinnej ewaluacji w ogniu bitwy, nikt jednak nie ograniczał jego piekielnych zdolności wyłącznie do tych opartych na walce. Tego wieczoru między nim a czarodziejką wszak mogło dojść do starcia, ale w sposób nieco bardziej metaforyczny. Jego ognisty temperament i bynajmniej nie słomiany zapał w zderzeniu z jej początkowo chłodnym skąpanym w lunach księżycowych bladym ciałem wcale nie był utemperowany. Wręcz przeciwnie, niby oręż szykowany do boju w najgorętszych piecach znamienitej kuźni wpadając w jej objęcia pozostawał zahartowany, by dać jej dokładnie to, co było ich intencją przy całym tym twórczym procesie, niby wierne ostrze swojemu żołnierzowi.
Frey zdecydowanie wolał być po tej dominującej stronie.
O jakikolwiek rodzaj ognia by nie chodziło, lubił mieć kontrolę. Nie znaczy to jednak, że nie był skłonny ustąpić jej nieco, jeśli warunki były sprzyjające. Wiedział doskonale, kiedy pozwolić jej przejąć inicjatywę a kiedy nieco mocniej podkreślić swój płomienny temperament. Liczne bitwy, którymi zdarzało się dowodzić Cedricowi trwały niekiedy godzinami, podczas których liczne zwroty akcji następowały w określonych odstępach czasu, bądź nawet jeden po drugim nagle i niespodziewanie. Starcie jakiego podjął się tej nocy można by było z odrobiną wyobraźni przyrównać do takiej bitwy. Ogień jest ogniem a Frey zna go doskonale i w każdym jego aspekcie. Czy będzie to płomień definiujący losy bitwy, czy ten identyfikowany z cielesną namiętnością, której zdecydowanie nie brakowało tej nocy między nim a czarodziejką. Znał zatem wiele sztuczek a że był osobą o dość dużej świadomości swojej wartości to lubił sobie tę wartość udowadniać, toteż chętnie grał tak, by zapewnić jej maksymalną satysfakcję. Jej ciche westchnięcia, przyśpieszony oddech i zduszone wymsknięcie jego imienia jedynie rozniecały ogień i jego dalszą ekspansję na całą tę sytuację. Chłodno magiczna atmosfera z pewnością współistniała w tym gorącym tańcu dwóch temperamentów, jednak koniec końców musiała ustąpić rzeczonym wydarzeniom aż do czasu, kiedy oba przyśpieszone oddechy i para wspólnie galopujących niby piekielne rumaki serc poczęły zwalniać. Wtedy też ich przyjemnie zmęczone ciała objęła srebrzysta księżycowa aura.
Kiedy legła na trawie, znajdował się nad nią, patrząc jej jeszcze przez jakiś czas w te piękne kocie oczęta mieniące się blaskiem licznych znajdujących się za nim na niebie gwiazd. Uśmiechnął się krótko na jej komplement.
- Dziękuję Wilczusiu, troszkę się starałem. - Zbliżając się pocałował ją w czoło, po czym położył się tuż obok milknąc na jakiś czas. Leżał na tyle blisko, że mogła spokojnie ułożyć głowę na jego ramieniu. Jemu samemu było na tyle wygodnie, że zdecydowanie nie planował rychłego powrotu do chatki dziadziusia. Poza tym nawet nie chciał myśleć, jaką reprymendę mógłby wystosować do "młodych", którzy tak późno wracają z nocnej przechadzki po lesie. Objął Rakh jedną dłonią zachęcając, by zbliżyła się do niego a kiedy już do tego doszło, zapytał ściszonym głosem.
- Powiedz mi tylko, wyłaś bardziej do księżyca, czy troszkę też do mnie? - zaśmiał się cicho i niezależnie od odpowiedzi, pogładził ją dłonią po ramieniu, przytulając lekko do swojej klatki piersiowej. Ewentualnie zasypiając na parę dłuższych chwil zastał ich wyjątkowo jaskrawy pomarańczowy olbrzym, który właśnie wschodził na nieboskłon, zastępując swojego przyjemnie chłodnego i bladego kolegę.
- Wyspałaś się piękna? Chyba powinniśmy się zbierać - mruknął do niej na dzień dobry, chociaż mogło być tak, że to on był tym, który obudził się zdecydowanie później od swojej towarzyszki. Niemniej jednak parę chwil później byli już w drodze do chaty staruszka.

Frey nie był zbyt aktywny jeśli chodzi o cały proces pakowania Krogulca na wyjazd. Zdawało mu się, że ten świadomy jest niechęci piekielnego do jego... sposobu dowodzenia jednostkami, rzekłbym w terminologii adekwatnej do zawodu Cedrica. Za to wymiany spojrzeń z czarodziejką szły piekielnemu całkiem dobrze, trudność miał jedynie z tym, by nie roześmiać się, kiedy ta robiła miny poirytowana prawdopodobnie zachowaniem i szczegółowymi wytycznymi dawanymi jej przez starego znajomego.

Powóz, którym udali się na miejsce był tak rozklekotany, że ledwo się poruszał. Skrzypiał chyba każdy jego drewniany element a sposób załadowania na niego towaru i fakt, że zabrać musiał trzy osoby zamiast jednego staruszka zdecydowanie dawał konstrukcji popalić. Trakt był o dziwo dość mocno uczęszczany. Podobne ich wózkowi jednostki poruszały się w kierunku mieściny i opuszczając ją. Frey ubrany był w skórzane spodnie, a na koszulę narzucił czarny płaszcz, który przysłaniał też całość miecza, który nosił na plecach. Szedł w czarnym kapturze, co by przypadkiem nie zwracać na siebie uwagi. Promienie słońca padające z bezchmurnego nieba na wysuszoną okolicę nie stanowiły dla niego problemu. Był jedną z tych szczęśliwych jednostek, które górny limit temperatury odczuwalnej miały odpowiednio wysoko. W pewnym momencie nawet zaproponował czarodziejce, żeby przeszli się kawałek pieszo. Nieco dalej od powozu, którym i tak dowodził doświadczony w tym staruszek. Festiwal, jarmark, czy jak zwał, widzieli już z daleka a wraz z każdym kolejnym krokiem bliżej celu zaczynali nawet go coraz lepiej słyszeć. Była to dość spora zbieranina ludzi zlokalizowana przed właściwymi budynkami tej miejscowości, na polach, tak by wszyscy mogli pomieścić się ze swoimi straganami, namiotami i wozami bez potrzeby wjeżdżania w ciasne uliczki niedużej jak mniemał piekielny miejscowości. W końcu dotarli na miejsce. Miejsce, które było dość zatłoczone, średnio pachnące i zdecydowanie głośne. Już na pierwszy rzut oka stwierdzić można, że znajdą tam wszystko. Dosłownie WSZYSTKO. Warzywa, owoce, zwierzątka, antyki (kradzione lub nie), plony, dzieła artystów niskich i wysokich lotów, drogie kamienie i pomalowane na drogo kamienie, narzędzia, mapy i kompanów podróży. Z pewnością też najświeższe ploteczki i nowinki z całej okolicy, bądź skądkolwiek nie nawiało tutaj tyle ludu. Frey westchnął jedynie cicho wkraczając w chaos, który nawet jemu ciężko będzie zjednać pod własną kontrolę.
Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakhszasa »

Przyjęła z wdzięcznością jego ramię. Gesty czułości, takie jak całus w czółko czy głaskanie były jej dość obce, choć zaskakująco przyjemne, ale nie miała tyle siły, aby się nad tym głębiej zastanowić. Jakby nie patrzeć, ostatnie godziny były spędzone dość intensywnie, a nie ma już tych stu lat, żeby nie spać kilka nocy z rzędu. Całkowicie rozluźnione ciało tak miękko dopasowywało się do jego, nie miała ochoty wstawać.
- Zróbmy to jeszcze raz w świetle dnia to się przekonasz - mruknęła w odpowiedzi. A zaraz później niemal natychmiast zasnęła.
*
Dzień nadszedł za szybko. Mimo to obudziła się przed piekielnym i spojrzała na jego śpiącą twarz. Uśmiechnęła się jakoś tak inaczej, czulej. Nie przypuszczała, że ich znajomość rozwinie się w taki sposób... Jej ciężka głowa nie pozwalała jej na myślenie o tym za długo, więc po prostu przeciągnęła się, kiedy Frey wstał i posłusznie poczłapała za nim do chaty.
*
Na całe szczęście w podróży mogła zawinąć się między towarami jak gargulec na świątyniach i próbowała odespać kilka godzin. Niestety na każdej wyboistej drodze i na każdym zakręcie wóz wykonywał takie dźwięki, że czarodziejka zastanawiała się, kiedy w końcu rozleci się na kawałki. Nie mogła pojąć, że Krogulec, potężny czarodziej, żyje w takiej ascezie. W rzeczywistości przecież on był potężniejszy niż Rakhszasa, a przynajmniej był, kiedy ostatni raz widziała go te paręset lat temu. Podzieliła się cicho tymi myślami z Freyem. Przynajmniej wóz mógłby mieć w lepszym stanie.
Na trakcie był spory ruch, zapewne wszyscy zbierali się na jarmark. Zrobił się harmider, zanim jeszcze wjechali do miasta. Jakiś kupiec próbował wyprzedzić drewniany powóz innego, zrównując się z nim, a następnie próbując zastawić mu drogę, ponieważ kolejka pod bramami miasta zaczęła się powiększać. Czarodziejka niedbale uniosła palec i owinęła koła nieuprzejmego woźnicy korzeniami. Zachichotała cichutko, patrząc jak biedak próbuje sobie z nimi poradzić.
Więc pod koniec podróży, kiedy już wstępowali do Elisii, zakryła się czarnym płaszczem i spuściła kaptur na twarz. Wodna forteca wyglądała w zasadzie tak, jak sobie wyobrażała - wysokie mury pośrodku jeziora i w środku jeszcze więcej murów. Ustawili się na placyku nieopodal samego wjazdu i rozpakowali ziółka i miksturki na drewnianym stoisku. W końcu Krogulec wyciągnął jeszcze belkę z jakimś napisem i przymocował ją na daszku.
- "Z Jaśkowej Apteczki... najlepsze Ziołowe Mikstury i Medykamenty Na Wszystko" - przeczytała. - No, noo... mistrz marketingu - szepnęła do siebie.
Kiedy już skończyli ze wszystkim, Rakhszasa podeszła do mistrza i pokłoniła mu się.
- Jesteśmy ci bardzo wdzięczni. Nie wiem, jak spłacę swój dług.
- Nie, to ja jestem, Jarzębino. Musisz kontynuować swoją misję i upewnić się, że Artefakt jest bezpieczny.
W ekwipunku czarodziejka trzymała szkatułę z nieaktywnymi kamieniami i odruchowo dotknęła ich dłonią.
- Zrobię to - powiedziała stanowczo. Spojrzała na niego z błyskiem w oczach.
- Nie zmieniasz się, Jarzębino - lekko uśmiechnął się starzec. - Teraz już idźcie.
Jak tylko oddaliła się nieco, Krogulec zwrócił się wyłącznie do Freya.
- Strzeż jej - powiedział surowo. - Jak oka w głowie.
*
Festyn był kalejdoskopem wrażeń sensorycznych. Mnóstwo kolorów, zapachów, odgłosów - czarodziejka czuła się aż nieswojo, nie wiedząc, gdzie zatrzymać wzrok. Rozglądanie się jak dziecko mogło wzbudzić jakieś dziwne podejrzenia, więc szła powoli, szukając stoiska, na którym byłyby elementy przydatne do kreomagowania. Stwierdziła jednak, że przynajmniej w głównej alei, jest tylko jedzenie, ziółka i średniej jakości biżuteria. Jakiś naciągacz próbował wmówić biednej kobiecinie, że sprzedaje amulety na demony.
- W tym nie ma za grosz magii - burknęła.
- Bzdura! Po prostu uaktywnia się dopiero, gdy w pobliżu jest jakiś piekielny!
Czarodziejka spojrzała ukradkiem na Freya.
- Czujesz jakąś różnicę? - zapytała cicho.
Główny plac obfitował również w tanią rozrywkę dla tłumów, na scenie prezentował się "magik połykacz ognia - "Wspaniały Sam", który wyjmował króliki z kapeluszy i znikał przedmioty w swoim rękawie. Jednak jego popisową sztuczką miał być właśnie taniec z ogniem, gdzie machał podpalonymi kijkami i "wsadzał je do buzi", a w rzeczywistości gasił je za ramieniem w specjalnie namoczonej szmacie. Rakhszasa zaśmiała się cicho.
- Żałosne - skomentowała.
Awatar użytkownika
Frey
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 60
Rejestracja: 4 lat temu
Lokalizacja: Kołobrzeg
Kontakt:

Post autor: Frey »

Zanim dotarli na miejsce piekielny zmagał się nieco z zewnętrznym sobą. Tym, który stanowił śmiertelnie poważny obsydianowy posąg jego własnej osoby. Tym, za którym ukrywał swoje wnętrze i często zbędne w jego prostym żywocie piekielnego nieliczne emocje, które były mu znane. Mówiąc jaśniej nie chciał okazać się nader opiekuńczym mężczyzną, chociaż podświadomie odczuwał dźgającą go od czasu do czasu w umysł potrzebę zatroszczenia się o czarodziejkę. Z początku wydawało mu się to być nieco niezręczne, ale był mistrzem w ukrywaniu tego typu trosk.
- Wredotka z ciebie - skomentował, kiedy skutecznie unieruchomiła powóz jakiegoś szosowego furiata.
- I lubię to - dodał też po chwili. Koniec końców pradawna zdołała zdrzemnąć się, przegapiając znaczną część zupełnie nieinteresującej drogi do ich miejsca docelowego.
Piekielny i potężna czarodziejka na a'la wiejskim festynie. Wciąż nie był to jego powszechny kawałek chleba, ale przynajmniej znalazł się o jeden poziom abstrakcji bliżej działań, w których był wyspecjalizowany. Będąc na otwartej przestrzeni czuł się znacznie bardziej swobodnie, niż przez cały ten okres lizania ran w leśnej chatce poczciwego staruszka.
- Całkiem ładny grodek, taki wesoły - powiedział piekielny. Dobór słów zdecydowanie nie pasował do jego osoby.
- Tam skąd pochodzę miasta spełniały przede wszystkim role fortec. Czarne, grube i wysokie mury z cegieł z wieżami strażniczymi i mechanizmami obronnymi, takie klimaty - dodał po chwili. Tak w kwestii otwarcia się na czarodziejkę i uchylania rąbka tajemnicy. Po ostatniej nocy stwierdził, że takie drobne wspominki od czasu do czasu mogą stanowić łatwiejszą dla niego formę dzielenia się swoją historią z towarzyszką. Nawet nie zastanawiał się, czy to doceni. Po prostu taką podjął decyzję dla własnej wygody. Kiedy tylko przekroczyli bramę musieli zejść z powozu. Uliczki wewnątrz były ciasne i mocno zatłoczone a manewrowanie między wszystkimi tymi istotami, karawanami i elementami miejskiej architektury niezwykle wymagające przede wszystkim precyzji. Frey westchnął pod nosem, wcześniej niemal nie wzdrygnąwszy się na widok tak nieokiełznanej masy duszy pochłoniętych atmosferą tego niezwykłego wydarzenia, jakie stanowił doroczny festyn. Cedrey mógł przysiąc, że zleciało się tu niemal pół Alaranii, ale może to tylko złudne wrażenie. Fakt faktem jakby byli to wyszkoleni wojownicy to mógłby skompletować ze dwa półki piechoty do swojej przyszłej armii. W rzeczywistości jednak zbiorowisku było bardzo, ale to bardzo daleko nawet do przeciętnych najemników a co dopiero do regularnej armii. Sytuacja polepszyła się nieco z czasem, gdy wjechali na bardziej obszerny placyk, gdzie ludzie rozkładali już swoje stanowiska. Już na pierwszy rzut oka było tak wszystko. Momentami bardziej, czasami mniej posegregowane kategoriami przez swoją lokalizację. Krogulec zdawał się podchodzić do tego z wielkim doświadczeniem, jego pewność w doborze lokalizacji była nieskazitelna. Frey pomógł nieco staruszkowi przy siłowych czynnościach, których wymagało rozpakowanie wozu i skonstruowanie prowizorycznego stoiska. Nie wymienili w tym czasie ze sobą nawet słowa. Całe szczęście Rakhszasa zajęła się pogadanką dziękczynną. Była zdecydowanie lepsza w tego typu uprzejmości od piekielnego, poza tym znała starca zdawać by się mogło dość dobrze. Pomimo częściowej tajemniczości ich relacji jako istot pradawnych.
Kiwnął jedynie głową utrzymując kontakt wzrokowy ze starcem dając znak, że przyjął zalecenie do wiadomości. Przez krótką chwilę chciał uścisnąć dłoń starca, ale przypomniał sobie, że etykieta mówi inaczej.
- Dziękuję – odrzekł z powagą zaraz po kiwnięciu i odwrócił się.
Festyn szybko okazał się uciążliwy dla piekielnego ze względu na natarczywie ogromną ilość bodźców, na które był wystawiony. Momentami ciężko było mu nawet usłyszeć własne myśli. Po jakimś czasie przestawił się jednak na sposób funkcjonowania podobny temu, jaki musi utrzymywać w trakcie trwającej bitwy. Zabawne, że tego typu rozrywka dla ludzi powszechnych dla Freya stanowiła niemal idealne szkolenie w kontrolowaniu zmysłów podczas bardzo burzliwych i intensywnych zdarzeń losowych, których niewątpliwie tutaj nie brakowało.
- Ugh. Nie będziemy tu zbyt długo, prawda? – zapytał.
- Najlepiej zbierzmy co mamy do zebrania i się zbierajmy – dodał po chwili. Rozejrzał się i w tym właśnie momencie dostrzegł sytuację, na którą od kilku momentów wpatrywała się czarodziejka. Piekielny podszedł trochę bliżej do stoiska, dość pewnie, ale mimo to z odrobiną przekory. Mogłoby się zdarzyć, że chociaż jeden z nich zupełnym przypadkiem miałby jakiekolwiek działanie i byłby skuteczny, ale tak się nie stało. Piekielny przystanął i wziął kilka z amuletów w garść unosząc je nieco w górę, by losowo wisiały między jego palcami. Uniósł je tak na wysokość klatki piersiowej i zbliżył odrobinę do próbującego je sprzedawać jegomościa.
- Głupoty… przecież demony w ogóle nie istnieją – powiedział do gościa w tym samym momencie, dematerializując ludzką „osłonę” swojej rzeczywistej dłoni po wewnętrznej jej stronie tak, by widoczna była jedynie dla pana za ladą. Czarna zwęglona powłoka mieniąca się iskrzącymi pomiędzy żyłami najczystszego ognia ukazała się dosłownie na ułamek sekundy. Frey uprzejmie się uśmiechnął z błyskiem w oku i ostrożnie odłożył garść amuletów na swoje miejsce przywracając niepostrzeżenie swoją dłoń do zupełnie ludzkiej postaci. Z trudnością utrzymał powagę widząc jak konsternacja w wyrazie twarzy naciągacza zamieniła się w ciągu jednego oddechu w nieme przerażenie. Szturchnął wówczas Rakhszasę łokciem w bok a następnie oddalił się razem z nią w kierunku następnego stoiska.
- Ciężko będzie tu znaleźć coś faktycznie interesującego. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Jeśli o wierzchowce chodzi to pewnie stajnie będą zlokalizowane gdzieś przy bramie wyjazdowej, ewentualnie przy jakimś zajeździe, czy karczmie, ale to zostawimy na koniec – powiedział kiedy poruszali się między stoiskami. Tłum był na tyle rozgadany i chaotyczny, że właściwie w biały dzień i na głos mogliby pogaworzyć o podkradaniu nieswoich rumaków. Ten aspekt jarmarcznego klimatu akurat przypadł piekielnemu do gustu. Główny plac zdawał się wyjątkowo nieinteresujący dla poszukujących konkretnych rzeczy ludzi. Zastanowiwszy się chwilę piekielny doszedł do wniosku, że znalazły się tu stoiska chcące wcisnąć największe z możliwych kitów i badziewi na całym festynie. Wszak ludzie chcący zagrzać tu miejsce musieli zacząć się rozstawiać pewnie jeszcze dnia wczorajszego, jak nie wcześniej. Nic zdawało się nie przykuwać jego uwagi. Połykacz ognia cieszył się dość sporym zainteresowaniem, ale bardzo niewielka część widowni świadoma była rzeczywistego przebiegu tego spektaklu. Frey westchnął. Prawdopodobnie sam na siebie, gdy nie mógł odmówić sobie dziecinnego wybryku. Przystanął na niewielkim pagórku nieopodal placu z Rakszasą zatrzymując ją na chwilę, oparł się o drzewo i kiwnął głową w kierunku połykacza płomieni. Przy jednej z prób zgaszenia ognia za swoimi plecami niesforny płomyk przeskoczył z tyłu na jego ubiór. Ten z początku wydawał się nie być w ogóle świadomy sytuacji, w jakiej się znalazł. Frey dość precyzyjnymi ruchami nisko trzymanych dłoni manewrował żywiołem. Kiedy chłopak poczuł ciepło było już zdecydowanie za późno. Połykania zaprzestał, zaczął za to tańcować równie chaotycznie, co przemierzający jego ubrania płomyk trzymając nadal w panice jedną z pochodni. Tym też sposobem pokaz połykacza ognia przemienił się w coś na wzór rozbieranego i dosłownie gorącego tańca. Artysta jednak robił to zdecydowanie za szybko i gwałtownie, i wiele mógłby się nauczyć od występujących nocami w co po niektórych lokalach artystów. W pewnym momencie po jego ubraniu nie został nawet rozżarzony ślad. Ogień nie zrobił mu jednak żadnej krzywdy poza rysą, którą pozostawi na jego psychice ucieczka nago przed tłumem pękających ze śmiechu gapiów. Porzucił swoją jeszcze płonącą pochodnię, którą szybko ugasił ktoś z trzeźwiej myślących bywalców tłumu.
- Dobra, rozejść się, koniec przedstawienia. – zakrzyknął jakiś męski głos z wnętrza zbieraniny.
- Powinniśmy przejść się po bocznych uliczkach. Tam zazwyczaj towary są bardziej interesujące, często też unikatowe i bywają nawet mniej legalne. W sam raz dla takiej parki rzezimieszków jak my, co łobuziaro? – zapytał ją z zadziornym uśmiechem, kiedy skierowali się w okalające plac główny kręte i wąskie alejki. Przejścia w nich było niewiele, ale i ludzi kręciło się tu mniej. Ilość szemranych typów również nieco się zwiększyła. Frey rozglądał się odrobinę czujniej. Nie mieli przy sobie wiele, ani nie byli też prawdopodobnie w żaden większy sposób zagrożeni, ale warto mieć oczy dookoła głowy w tego typu miejscach. Chociażby na wszelki wypadek. Ten klimat mimo to odpowiadał Łowcy zdecydowanie bardziej niż kolorowe zbiegowisko ludzi powszechnych aż do bólu. Tutaj odnaleźć mógł bardziej specjalne jednostki. Ten chował coś pod płaszczem, ten swoją tożsamość w cieniu głębokiego kaptura. Tutaj grupka szubrawców grała w karty na podmokłym murku a tam drobna bitka była rozganiana przez przypadkiem przechodzącą tą przecznicą parę strażników. Tutaj zdecydowanie łatwiej będzie im znaleźć przedmioty o rzeczywistej wartości. Często ich bieżący właściciele mogą być nawet nieświadomi mocy artefaktów, w których posiadaniu się znaleźli. Zobaczymy czy pradawnej dopisze szczęście w łowieniu w tym nietypowym akwenie rozmaitości.
Awatar użytkownika
Rakhszasa
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 69
Rejestracja: 4 lat temu
Kontakt:

Post autor: Rakhszasa »

*
Nie zdziwiła się słysząc historię Freya o tym, jak wyglądały miasta w miejscach, z których pochodzi. Dokładnie tak sobie je wyobrażała.
- Tam skąd ja pochodzę, jest dużo drzew, roślin i krzywizn. Widzisz, tu wszystko jest proste: horyzontalnie i wertykalnie. A elfy, driady, pradawni, kształtują architekturę z wciąż żyjących gałęzi drzew czy innych roślin. I dodają dekoracyjne spirale, lub woluty, pokoje mają okrągłe ściany... a ludzie mieszkają w tych śmiesznych pudełkach. Przynajmniej są praktyczne.
Uśmiechnęła się do niego lekko, mówiąc to. Mała szczerość za szczerość. To takie dziwne, pomyślała, z jak różnych światów pochodzą.
*
Rakhszasa uniosła brwi, wysoko patrząc, jak Frey oddaje te amulety sprzedawcy. Nawet zaśmiała się cicho pod nosem, zasłaniając usta dłonią. "Ale z niego dzieciak", pomyślała. Kiedy już podszedł do niej, rzuciła:
- To choć, mój aniołku, poszukamy gdzie indziej - powiedziała, udając zawiedzioną.
*
Pokaz ognia był zdecydowanie ciekawszy, kiedy to piekielny robił sztuczki. Rakhszasa zaśmiała się złośliwie, patrząc na zmagania biednego chłopca. Jakaś dziewczynka popatrzyła wtedy na nią i z przerażeniem w oczach krzyknęła "wiedźma!", biegnąc do mamy.
- Wiedźma? Już wolę określenie czarownica - powiedziała do siebie.
Z nadąsaną miną obróciła się w stronę Freya i skierowała się do wąskich zaułków, oddalając się od centrum. Zanim dotarli do interesujących ich stoisk, musieli przecisnąć się przez tłum. Przez masę ludzi nie zorientowała się nawet, jak wielki jest główny rynek. Kilka osób weszło między nich i rozdzielili się na moment. Ktoś otarł się o nią lekko i z głowy spadł jej kaptur. Jakiś mężczyzna nawoływał do wypróbowania znakomitych serów domowej produkcji. Inny rozdawał próbki wina. Jeszcze inny...
- Farafuszki dla pięknej pani!
- Co takiego?
- Farafuszki, kuleczki deserowe z ciasta ryżowego!
- Nie, dziękuję...
- Dla pięknej pani gratis do spróbowania!
Młodzieniec wyciągnął rękę i z szerokim uśmiechem podał jej trzy kulki na tacy. Widocznie przyglądał się jej twarzy. Rakhszasa z ciekawości stwierdziła, że spróbuje, więc sięgnęła po nie.
- Mogę spytać o imię? - zapytał zachęcony. Zrobił jednak dziwną minę pełną konsternacji, jak zauważył tatuaże na jej dłoniach.
- Lepiej nie pytaj - powiedziała z tajemniczym uśmiechem na twarzy.
Wypatrzyła w tłumie Freya i podeszła do niego.
- Spróbuj - powiedziała, trzymając kulkę między kciukiem i palcem wskazującym. Drugą w międzyczasie lekko ugryzła.
- Hmm... dobre to jest. Takie ciut za słodkie, jak dla mnie, ale naprawdę dobre.
Zwykłe, kolorowe kramy dla gawiedzi bardzo płynnie zaczęły przechodzić w te zbierające inną klientelę. Stoisko z bronią białą, zbroje, mikstury, przedmioty magiczne - tym razem faktycznie posiadające moc. Czarodziejka poczuła magiczne wibracje jakiegoś przedmiotu obarczonego straszną klątwą, aż przeszedł ją dreszcz. Rozglądnęła się, a sklepikarz oferujący podejrzanie wyglądającą biżuterię uśmiechnął się do niej wyjątkowo upiornie. Odruchowo spięła ramiona i nałożyła ponownie kaptur na głowę.
W końcu mignęło jej w oczach coś, co wyglądało interesująco.
- Ile za ten śmieć? - powiedziała sucho, wskazując na tandetnie wyglądające srebrne zwierciadełko z kryształkami.
- No chyba nie taki śmieć, że panienka zamierza zakupić... - Starzec, chyba półelf, podrapał się po wierzchu dłoni i łypał na nią zaciekawionymi ślepiami.
- Dwadzieścia ruenów?
- Oj, ja znam takich klientów, zasłoniętych kapturem w piękny i pogodny dzień! Z twarzą zasłoniętą w cieniu... Ja wiem, ile to może być warte.
Rakhszasa lekko drgnęła. Kamienie w rzeczywistości miały bardzo dużą wartość.
- To prawdziwe srebro, tak! Nie sprzedam tanio...
Czarodziejka miała w zapasach... jakieś dziesięć złotych gryfów.
- Sto ruenów! - zakrzyknął sprzedawca, przyglądając się jej. W duchu czarodziejka odetchnęła z ulgą, na twarzy jednak starała się pokazać jak bardzo zmaga się z myślą, czy warto tyle wydać na lusterko.
Wyszło to nieco pokracznie, ponieważ kobieta nie potrafiła kłamać. Miała jednak nadzieję, że cień kaptura przykryje jej niedoskonałe aktorstwo.
- Niech będzie - powiedziała naprędce i rzuciła sklepikarzowi cztery srebrne orły. A potem szybko chwyciła lusterko i oddaliła się stamtąd.
- Widzisz coś interesującego? - spytała piekielnego.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Elisia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość