Dafne trzecią godzinę spędzała na czekaniu w kolejce do zielarki. Rapsodia posiadała sporą ilość mieszkańców, więc nic dziwnego, że tyle to trwało. Niebiance nie uśmiechała się wizja spędzenia tu kolejnych trzech godzin, więc zastanawiała się, czy dobrym pomysłem będzie zapytanie, kiedy mniej więcej wejdzie po poradę do specjalistki. Kobieta miała na imię Estera, była w średnim wieku, liczyła sobie jakieś czterdzieści ludzkich lat, ale werwy mogła jej pozazdrościć nie jedna młódka. Emisariuszka spojrzała po istotach oczekujących na wizytę, głównie były to Elfy i Pradawni, jak się domyślała, odczytując poszczególne aury. Wprawdzie nie potrafiła zbyt czytelnie i dobrze rozpoznać pochodzenia danej jednostki, ale coś tam potrafiła, a czego nie wiedziała, to sobie dopowiedziała. Zamierzała dokształcić się w zakresie czytania aur, tak będzie rozsądnie, gdyż sporo podróżowała a jako samotna kobieta powinna liczyć się z wieloma niebezpieczeństwami. Najczęściej jednak jej podróż była dość krótka i niewymagająca szczególnych rzeczy, no i też za dnia, a nie w nocy. Głównie były to podróże konno, co poprawiało jej samopoczucie i bezpieczeństwo, bo koń, gdy się czegoś obawia, daje o tym jasne sygnały.
- Przepraszam, czy wie pani, kiedy pani wchodzi do zielarki? - Zdobyła się na odwagę i popatrzyła przez chwilę na młodą dziewczynę w jasnej sukience. Ubranie zresztą było bardzo podobne do tego, co zazwyczaj nosiła Niebianka. Również w tym momencie.
Nieznajoma uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
- A czy jest pani w ciąży? - spytała nieoczekiwanie, czym nieco zdziwiła Emisariuszkę.
- Nnnie... a dlaczego pani pyta? - odpowiedziała skołowana Dafne.
- Bo kobiety przy nadziei mają pierwszeństwo a dzisiaj mamy Derię, więc zielarka policzy im zniżkę. Nie wiedziała pani?
Dafne zrobiła poważną minę. A więc to dlatego tyle przyszło klientów tego dnia! No tak, zniżka!
- Przyznam, że nie wiedziałam nic o tym. Gdybym wiedziała, przyszłabym innego dnia - stwierdziła Niebianka i podrapała się po zgrabnym nosie z lekkim zakłopotaniem.
- Rozumiem. A co pani dolega, jeżeli mogę zapytać? Może mogłabym polecić inną zielarkę, która przyjmuje niedaleko stąd? - dopytywała nieznajoma. Nie przedstawiły się sobie jeszcze, więc Dafne uznała, że najbliższa pora na prezentację.
- Jestem Dafne - przedstawiła się i podała rękę w geście zachęcenia, by rozmówczyni również podała swoją godność.
- Amira.
Dafne ucieszyła się, że jej nowa znajoma również podała jej rękę, gdyby tego nie zrobiła, nie wiedziałaby jak się zachować a czasem spotykała wśród nieznajomych takie osobliwe reakcje. Zwykle to Elfy w ten sposób reagowały, jakby bojąc się zarazków przed dotykiem czyjejś dłoni.
Rozmowa trwałaby, gdyby Niebianka nie musiała wyjść z przedsionka, w którym się znajdowała. Zaczęły boleć ją nogi od stania a nie zamierzała dłużej tkwić w tym miejscu wiedząc, że przed nią było z tuzin innych klientów. Wiadomo, że miejsca siedzące pozajmowały brzemienne kobiety. Po otrzymaniu wskazówki jak ma się udać do innej zielarki, która na pewno ją dzisiaj przyjmie, opuściła przybytek i poszła w swoją stronę.
Reszta dnia toczyła się swoim rytmem. Dafne szła ścieżką w stronę niewielkiego lasu, a gdy już się w nim znalazła, słyszała pogodny śpiew ptaków. Coś jej podpowiadało, że będzie zadowolona ze spotkania z Klarą, do której szła. Nie chciała pokazywać przed Amirą, że pytanie o ciążę ją skonsternowało. Musiała teraz poradzić sobie z negatywnymi odczuciami, bo inaczej nie będzie w stanie skoncentrować się nad rozmową z dostępną zielarką. Czasem rozmowy z innymi istotami ją męczyły. Coraz częściej rozmyślała, by zaszyć się na jakimś pustkowiu i nie nawiązywać z nikim kontaktu...
Rapsodia ⇒ Przepis na szczęście
- Dafne
- Błądzący na granicy światów
- Posty: 21
- Rejestracja: 8 lat temu
- Rasa: Emisariusz
- Profesje: Inna , Kapłan , Zwiadowca
- Kontakt:
- Nataniel
- Szukający drogi
- Posty: 29
- Rejestracja: 8 lat temu
- Rasa: Czarodziej
- Profesje: Mag , Łowca , Nauczyciel
- Kontakt:
Nie tak powinna wyglądać emerytura, pomyslał Nataniel, przykładając lekko tlący się płomień wychodzący spomiędzy jego palców do trzymanego w ustach cygara. Następnie wział głęboki wdech, zaciągnął do płuc przyjemnie ciepły, tytoniowo-korzenny dym i na wydechu, uformował przed sobą niewielkich rozmiarów statek z jednym trójkątnym żaglem i tycimi wiosłami, który, pchnięty kolejnym tchnieniem poszybował przed siebie i rozbił się w nicość napotkawszy szklankę pełną wina.
- Nie przesadzaj - odpowiedziała mu smukła postać w czarnej, aksamitnej szacie siedząca obok w skórzanym fotelu i przewracająca między kościstymi, czy też poprawniej kościastymi palcami, srebrną monetę. - Ciesz się, że nie przydzielili ci pierwszoroczniaków.
Czarodziej westchnął, pokręcił głową ale aż tak, że kręgi szyjne strzeliły i spojrzał na rozmówcę z ukosa. Moneta, którą tamten trzymał w dłoni eksplodowała niemal natychmiast jasnym światłem, zmuszając postać do ukrycia twarzy jeszcze głębiej w odmętach kaptura, a jej kawałki pospadały na dywan z wesołym pobrzdękiwaniem.
- Panowie, trochę powagi - wtrącił trzeci męski głos, któremu towarzyszył dźwięk pióra skrobiącego po kawałku pergaminu. - Nataniel, nie wysadzaj przedmiotów. Mortimerze, nie czytaj mu w myślach. To niegrzeczne.
- Oj daj spokój. Stęskniłem się za tym łobuzem.
- Jak miło - odpowiedział pradawny i uformował u stóp rozmówcy kulę ognia.
- Zapomniałeś, że utraciłem tam system nerwowy jakieś sześdziesiąt lat temu?
- Dość! - przerwał ostro głos tego trzeciego, po czym zapisany czarnym tuszem pergamin wylądował przed oczami mężczyzny z cygarem w ustach. - Podpisuj i rozchodzimy się w zgodzie.
- A co to?
- Poręczenie i upoważnienie. Ty, niżej tu podpisany, Nataniel Romero-Flint z nadania władz Magicznej Akademii w Rapsodii otrzymujesz prawo do swobodnego poruszania się po terenie uczelni oraz wgląd we wszystko czego ci potrzeba do pełnienia funkcji opiekuna katedry Magii Wysokich Energii na czas nieokreślony. Otrzymujesz też stałą pensję wykładowcy, z wyłączeniem twojej osoby z życia uniwersyteckiego, chyba, że Kolegium nadzorcze zdecyduje inaczej. Nie musisz więc prowadzić żadnych zajęć, chyba że sam się zgłosisz na ochotnika.
- Więc co miałbym robić?
- Pilnować aby szkoła nie poszła z dymem - nakreślił obrazowo mężczyzna. - Nasi studenci zaczęli od jakiegoś czasu majstrować przy czymś, co ma pomóc ujażmić pokłady dzikiej energii. Problem w tym, że nikt nie wymyślił jak to zrobić więc średnio cztery razy miesiącu gasimy pożary w głównej części budynku.
- Jacyś ranni?
- Poparzeni. Niektórzy mniej, niektórzy bardziej. Smoki często robią za tarczę dla innych.
- Sam bym tak zrobił - zaśmiał się czarodziej, na wspomnienie starych blizn, kiedy nie miał kto go zasłonić gdy sam wysadzał coś w powietrze. - Dlatego taniej wam wyszło ściągnąć mnie z przymusowej emerytury niż zatrudnić specjalistę?
- Nie do końca - przyznała ponuro postać w kapturze. - Po siódmej eksplozji uświadomiliśmy sobie, że na emeryturę odesłaliśmy jedynego specjalistę jakiego znamy.
Jeszcze tego samego dnia Nataniel odebrał od rektorki komplet kluczy do najważniejszych pomieszczeń na uczelni, w tym do zamkniętego dla studentów skrzydła uniwersyteckiej biblioteki oraz reprymendę za przywiązanie do słupa na placu studenta wyżywającego się psychicznie nad innym. I choć sama kara mogła uchodzić za sprawiedliwą, co pradawny przytoczył za swoją linię obrony, to zrobienie tego w trzydziesto stopniowym upale zostało odebrane jako akt znęcania się nad dzieckiem. I gdzie tu stara, dobra dyscyplina? pomyślał męzczyzna, udając się po tej rozmowie i obfitym obiedzie na mały spacer wzdłuż po za murami akademii. Za jego czasów za pomyślenie o złym uczynku można było dostać po łapach jeśli tylko nauczyciel umiał odczytywać kilka myśli na raz i jeszcze zidentyfikować które do kogo należą. A teraz? Za najmniejszą chęć naprostowania kręgosłupa moralnego młodym ludziom można samemu dostać odłamkiem. No ale z przełożonym się nie dyskutuje, czy to w Inkwizytorium czy to w Akademii, zasady są takie same. Beznadziejne.
Z tych zamyślań wyrwał Nataniela cień głównej bramy kampusu, którą minął z wyraźnym wyrazem ulgi na twarzy i ruszył w kierunku niewielkiego lasu zacienioną aleją wzdłuż wysokiego muru.
- Nie przesadzaj - odpowiedziała mu smukła postać w czarnej, aksamitnej szacie siedząca obok w skórzanym fotelu i przewracająca między kościstymi, czy też poprawniej kościastymi palcami, srebrną monetę. - Ciesz się, że nie przydzielili ci pierwszoroczniaków.
Czarodziej westchnął, pokręcił głową ale aż tak, że kręgi szyjne strzeliły i spojrzał na rozmówcę z ukosa. Moneta, którą tamten trzymał w dłoni eksplodowała niemal natychmiast jasnym światłem, zmuszając postać do ukrycia twarzy jeszcze głębiej w odmętach kaptura, a jej kawałki pospadały na dywan z wesołym pobrzdękiwaniem.
- Panowie, trochę powagi - wtrącił trzeci męski głos, któremu towarzyszył dźwięk pióra skrobiącego po kawałku pergaminu. - Nataniel, nie wysadzaj przedmiotów. Mortimerze, nie czytaj mu w myślach. To niegrzeczne.
- Oj daj spokój. Stęskniłem się za tym łobuzem.
- Jak miło - odpowiedział pradawny i uformował u stóp rozmówcy kulę ognia.
- Zapomniałeś, że utraciłem tam system nerwowy jakieś sześdziesiąt lat temu?
- Dość! - przerwał ostro głos tego trzeciego, po czym zapisany czarnym tuszem pergamin wylądował przed oczami mężczyzny z cygarem w ustach. - Podpisuj i rozchodzimy się w zgodzie.
- A co to?
- Poręczenie i upoważnienie. Ty, niżej tu podpisany, Nataniel Romero-Flint z nadania władz Magicznej Akademii w Rapsodii otrzymujesz prawo do swobodnego poruszania się po terenie uczelni oraz wgląd we wszystko czego ci potrzeba do pełnienia funkcji opiekuna katedry Magii Wysokich Energii na czas nieokreślony. Otrzymujesz też stałą pensję wykładowcy, z wyłączeniem twojej osoby z życia uniwersyteckiego, chyba, że Kolegium nadzorcze zdecyduje inaczej. Nie musisz więc prowadzić żadnych zajęć, chyba że sam się zgłosisz na ochotnika.
- Więc co miałbym robić?
- Pilnować aby szkoła nie poszła z dymem - nakreślił obrazowo mężczyzna. - Nasi studenci zaczęli od jakiegoś czasu majstrować przy czymś, co ma pomóc ujażmić pokłady dzikiej energii. Problem w tym, że nikt nie wymyślił jak to zrobić więc średnio cztery razy miesiącu gasimy pożary w głównej części budynku.
- Jacyś ranni?
- Poparzeni. Niektórzy mniej, niektórzy bardziej. Smoki często robią za tarczę dla innych.
- Sam bym tak zrobił - zaśmiał się czarodziej, na wspomnienie starych blizn, kiedy nie miał kto go zasłonić gdy sam wysadzał coś w powietrze. - Dlatego taniej wam wyszło ściągnąć mnie z przymusowej emerytury niż zatrudnić specjalistę?
- Nie do końca - przyznała ponuro postać w kapturze. - Po siódmej eksplozji uświadomiliśmy sobie, że na emeryturę odesłaliśmy jedynego specjalistę jakiego znamy.
Jeszcze tego samego dnia Nataniel odebrał od rektorki komplet kluczy do najważniejszych pomieszczeń na uczelni, w tym do zamkniętego dla studentów skrzydła uniwersyteckiej biblioteki oraz reprymendę za przywiązanie do słupa na placu studenta wyżywającego się psychicznie nad innym. I choć sama kara mogła uchodzić za sprawiedliwą, co pradawny przytoczył za swoją linię obrony, to zrobienie tego w trzydziesto stopniowym upale zostało odebrane jako akt znęcania się nad dzieckiem. I gdzie tu stara, dobra dyscyplina? pomyślał męzczyzna, udając się po tej rozmowie i obfitym obiedzie na mały spacer wzdłuż po za murami akademii. Za jego czasów za pomyślenie o złym uczynku można było dostać po łapach jeśli tylko nauczyciel umiał odczytywać kilka myśli na raz i jeszcze zidentyfikować które do kogo należą. A teraz? Za najmniejszą chęć naprostowania kręgosłupa moralnego młodym ludziom można samemu dostać odłamkiem. No ale z przełożonym się nie dyskutuje, czy to w Inkwizytorium czy to w Akademii, zasady są takie same. Beznadziejne.
Z tych zamyślań wyrwał Nataniela cień głównej bramy kampusu, którą minął z wyraźnym wyrazem ulgi na twarzy i ruszył w kierunku niewielkiego lasu zacienioną aleją wzdłuż wysokiego muru.
- Dafne
- Błądzący na granicy światów
- Posty: 21
- Rejestracja: 8 lat temu
- Rasa: Emisariusz
- Profesje: Inna , Kapłan , Zwiadowca
- Kontakt:
"Jak dobrze, że obcięłam włosy do ramion. Ta cyruliczka zdziałała cuda!", myślała Dafne podczas spaceru. Była wypoczęta i zadowolona z nowej fryzury. Włosy do pasa były problematyczne, a obecnie nie musi martwić się ani myciem włosów (kupiła kilka specyfików pielęgnacyjnych), ani ich układaniem. Lubiła zakładać część z nich za ucho. Dodawało do jej uroku i wdzięku. Nie należała do istot przesadnie dbających o wygląd, ale co miała zrobić, że lubiła dobrze wyglądać? Dobrze w jej odczuciu oznaczało schludnie i czysto, niekoniecznie atrakcyjnie dla płci przeciwnej, bo nie miała na celu się podobać.
Kiedy dotarła do zielarki, odczuwała lekkie zmęczenie i podekscytowanie. Te dwie emocje mieszały się z sobą aż do końca wizyty. Wyłożyła kobiecie, która przedstawiła się jako Daisy swój problem. Fitoterapeutka słuchała relacji Dafne z uwagą co jakiś czas wygładzając materiał błękitnej sukni. Niebiance zdawało się, że zielarka jest znudzona jej wywodem.
- ... co jakiś czas to się nasila. Boję się, że siły nieczyste upominają się o mnie - dokończyła blondwłosa z trwogą. Nie uszło do uwadze Daisy, która przepisała krople nasenne Emisariuszce i podziękowała za wizytę.
Niebianka nie była zadowolona z rozmowy, ale uspokoiło ją, że otrzymała krople, dzięki którym możliwe będzie zaśnięcie. Ostatnio cierpiała na bezsenność. Zapłaciła zielarce nieco więcej niż ta jej powiedziała, licząc na dodatkowe wskazówki, ale nic takiego nie nastąpiło. Opuściła domostwo z wrażeniem, że coś tu jest nie tak.
Chciała pozbierać myśli. Usiadła więc na ławce nieopodal chaty Daisy i oddała się kontemplacji.
Dafne przymknęła oczy, wsłuchując się w dźwięki przyrody – jednostajny szum wiatru, odgłosy owadów, skrzypienie starej ławki pod jej ciężarem. Powinna już zacząć się uspokajać, ale coś jej na to nie pozwalało. Zrobiła kwaśną minę i westchnęła przeciągle. Czuła się jakby miała osiemdziesiąt lat ludzkich.
„Dlaczego Daisy mnie zbyła?” – zastanawiała się Dafne. – „To nie była zwykła obojętność. Raczej... dystans. Jakby bała się powiedzieć więcej.”
Z wnętrza chaty dobiegł jakiś dźwięk – przytłumiony, nerwowy. Dafne uchyliła powieki i spojrzała w stronę drzwi. W cieniu pod zadaszeniem mignęła sylwetka. Niewyraźna. Nieruchoma. Obserwująca.
Podniosła się powoli z ławki, niby bez celu, jak ktoś, kto chce rozprostować nogi, ale każdy jej ruch był uważny, pełen ostrożności. Nie odwracała się, ale wiedziała, że coś jest nie tak. Coś, co dopiero zaczynało wychodzić na powierzchnię.
Kiedy dotarła do zielarki, odczuwała lekkie zmęczenie i podekscytowanie. Te dwie emocje mieszały się z sobą aż do końca wizyty. Wyłożyła kobiecie, która przedstawiła się jako Daisy swój problem. Fitoterapeutka słuchała relacji Dafne z uwagą co jakiś czas wygładzając materiał błękitnej sukni. Niebiance zdawało się, że zielarka jest znudzona jej wywodem.
- ... co jakiś czas to się nasila. Boję się, że siły nieczyste upominają się o mnie - dokończyła blondwłosa z trwogą. Nie uszło do uwadze Daisy, która przepisała krople nasenne Emisariuszce i podziękowała za wizytę.
Niebianka nie była zadowolona z rozmowy, ale uspokoiło ją, że otrzymała krople, dzięki którym możliwe będzie zaśnięcie. Ostatnio cierpiała na bezsenność. Zapłaciła zielarce nieco więcej niż ta jej powiedziała, licząc na dodatkowe wskazówki, ale nic takiego nie nastąpiło. Opuściła domostwo z wrażeniem, że coś tu jest nie tak.
Chciała pozbierać myśli. Usiadła więc na ławce nieopodal chaty Daisy i oddała się kontemplacji.
Dafne przymknęła oczy, wsłuchując się w dźwięki przyrody – jednostajny szum wiatru, odgłosy owadów, skrzypienie starej ławki pod jej ciężarem. Powinna już zacząć się uspokajać, ale coś jej na to nie pozwalało. Zrobiła kwaśną minę i westchnęła przeciągle. Czuła się jakby miała osiemdziesiąt lat ludzkich.
„Dlaczego Daisy mnie zbyła?” – zastanawiała się Dafne. – „To nie była zwykła obojętność. Raczej... dystans. Jakby bała się powiedzieć więcej.”
Z wnętrza chaty dobiegł jakiś dźwięk – przytłumiony, nerwowy. Dafne uchyliła powieki i spojrzała w stronę drzwi. W cieniu pod zadaszeniem mignęła sylwetka. Niewyraźna. Nieruchoma. Obserwująca.
Podniosła się powoli z ławki, niby bez celu, jak ktoś, kto chce rozprostować nogi, ale każdy jej ruch był uważny, pełen ostrożności. Nie odwracała się, ale wiedziała, że coś jest nie tak. Coś, co dopiero zaczynało wychodzić na powierzchnię.
- Nataniel
- Szukający drogi
- Posty: 29
- Rejestracja: 8 lat temu
- Rasa: Czarodziej
- Profesje: Mag , Łowca , Nauczyciel
- Kontakt:
Dzień był piękny. Słoneczny i stosunkowo bezchmurny. Taki, że jedynie najcieńsze gałązki w koronach drzew zdradzały obecność wiatru swoim tańcem. Ptaki i owady w znikomej ilości, choć im dalej w miejski las, tym częściej było słychać denerwujące bzyczenie nad uchem lub ćwierkotanie. Pogoda wręcz idealna na poobiedni spacer. Nic więc dziwnego, że na ścieżce z udeptanego żwiru można się było napatoczyć na tłumy. Ta mała niedogodność nie popsuła jednak Natanielowi dobrego humoru. Czarodziej z wyraźną ulgą na twarzy opuścił mury akademii i jej wszechobecny, ciężki zapach skórzanych okładek grymuarów i wypastowanej, marmurowej podłogi, gdzie tylko by się nie było. Świat za tymi murami pachniał jodłą, świerkiem i świeżą trawą, działającymi kojąco na kłębiące się myśli.
Dzięki nim mężczyzna nie powracał już tak nerwowo do rozmyślań nad powierzonym mu zadaniem. Studenci z kilku roczników postanowili połączyć siły i ujarzmić dziką energię płynącą przez świat. Dla kogoś z wieloletnim doświadczeniem w tej dziedzinie już sama myśl powodowała zawroty głowy. A co dopiero budowa machiny czy też skonstruowanie nowego zaklęcia, mogącego sprostać tak odważnej hipotezie. On natomiast miał ich przypilnować żeby się nie pozabijali i interweniować, jeśli sprawa wymknie się spod kontroli. To ostatnie powracało do Nataniela jak bumerang ponieważ w jego mniemaniu pierwsza eksplozja powinna już dać im do myślenia. Dzika energia nie bez powodu jest nieujarzmiona, piękna i zabójcza w swojej naturze. To naturalny porządek świata, że płynie, że istnieje. Zatrzymanie jej na siłę to prawie równa się samobójstwu. No ale ambitnym studentom trudno to przetłumaczyć.
- Oj... przepraszam - rzucił czarodziej, wymiając w ostatniej chwili inną spacerowiczkę. - Zamyśliłem się.
- Nic się nie stało - odpowiedziała tamta, wygładzając brzegi letniej sukienki i zaraz dodała. - Jest pan może czarodziejem z naszej akademii?
- Owszem. Co mnie zdradziło?
- Zamyślenie - odpowiedziała. - Przychodzę tu codziennie, a Pan jest dzisiaj czwartym, który o mało na coś lub kogoś nie wpadł. W tym wypadku na mnie.
- Cóż, taka praca - odparł Nataniel i jeszcze raz przeprosił za swoje rozkojarzenie. - Mamy czasami więcej na głowie niż jesteśmy w stanie przejeść.
- Polecam odwiedzić panią Daisy. To znachorka. Ma swój gabinet niedaleko, za tamtym pagórkiem. Jej herbaty pomagają uporać się z niesfornymi myślami.
- Dziękuję, na przysłość będę pamiętać.
Konwersację zakończyło grzeczne skinienie głową, po którym pradawny udał się w stronę wspomnianego pagórka. Jednak bynajmniej nie z powodu chęci zakupu herbaty czy ziół od znachorki, a dlatego, że tak biegła ścieżka, którą podążał. Wdzięczny losowi za oderwanie głowy od spraw uczelni, Nataniel zaczął doceniać spokojną aurę tego miejsca. Niestety czarna poświata myśli dźgnęła go niespodziewanie w tył głowy, zmuszając do przyśpieszenia kroku. Coś było nie tak, a mrowienie w palcach tylko to potwierdziło. Wyczuwał magię. I to nie jedną z tych ciepłych, harmonijnych. Ta była chłodna, wręcz zimna i pozostawiała za sobą nienazwany smutek. Instynkt wytrenowany w ciemnicach Inkwizytorium miał na to swoją własną klasyfikację: lepiej uważać.
Następny krok czarodzieja był niczym nieprzemyślany. Zadziałała pamięć mięśniowa i wyszkolenie. Ledwie wyszedł zza rogu, dostrzegł kobietę o jasnych włosach, wpatrzoną w chatę mieszkającej tutaj znachorki i natychmiast skoczył za najbliższy pień. Ostrożnie wyjrzał i dostrzegł, że dziewczyna bacznie obserwuje domostwo niemal w całkowitym bezruchu, ale nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów. Tak jakby czekała na coś lub kogoś. Rzut oka na chatę nie dostarczył jednak czarodziejowi większej ilości informacji. Ot chata znachorki, przyozdobiona bluszczem i suszonymi ziołami na elewacji, drzwi i okiennice pozamykane. Typowe dla odludków. Mimo to postanowił się nie ruszać i również obserwować. Zwłaszcza, że chłodny powiew aury wcale nie bił od nieznajomej.
Dzięki nim mężczyzna nie powracał już tak nerwowo do rozmyślań nad powierzonym mu zadaniem. Studenci z kilku roczników postanowili połączyć siły i ujarzmić dziką energię płynącą przez świat. Dla kogoś z wieloletnim doświadczeniem w tej dziedzinie już sama myśl powodowała zawroty głowy. A co dopiero budowa machiny czy też skonstruowanie nowego zaklęcia, mogącego sprostać tak odważnej hipotezie. On natomiast miał ich przypilnować żeby się nie pozabijali i interweniować, jeśli sprawa wymknie się spod kontroli. To ostatnie powracało do Nataniela jak bumerang ponieważ w jego mniemaniu pierwsza eksplozja powinna już dać im do myślenia. Dzika energia nie bez powodu jest nieujarzmiona, piękna i zabójcza w swojej naturze. To naturalny porządek świata, że płynie, że istnieje. Zatrzymanie jej na siłę to prawie równa się samobójstwu. No ale ambitnym studentom trudno to przetłumaczyć.
- Oj... przepraszam - rzucił czarodziej, wymiając w ostatniej chwili inną spacerowiczkę. - Zamyśliłem się.
- Nic się nie stało - odpowiedziała tamta, wygładzając brzegi letniej sukienki i zaraz dodała. - Jest pan może czarodziejem z naszej akademii?
- Owszem. Co mnie zdradziło?
- Zamyślenie - odpowiedziała. - Przychodzę tu codziennie, a Pan jest dzisiaj czwartym, który o mało na coś lub kogoś nie wpadł. W tym wypadku na mnie.
- Cóż, taka praca - odparł Nataniel i jeszcze raz przeprosił za swoje rozkojarzenie. - Mamy czasami więcej na głowie niż jesteśmy w stanie przejeść.
- Polecam odwiedzić panią Daisy. To znachorka. Ma swój gabinet niedaleko, za tamtym pagórkiem. Jej herbaty pomagają uporać się z niesfornymi myślami.
- Dziękuję, na przysłość będę pamiętać.
Konwersację zakończyło grzeczne skinienie głową, po którym pradawny udał się w stronę wspomnianego pagórka. Jednak bynajmniej nie z powodu chęci zakupu herbaty czy ziół od znachorki, a dlatego, że tak biegła ścieżka, którą podążał. Wdzięczny losowi za oderwanie głowy od spraw uczelni, Nataniel zaczął doceniać spokojną aurę tego miejsca. Niestety czarna poświata myśli dźgnęła go niespodziewanie w tył głowy, zmuszając do przyśpieszenia kroku. Coś było nie tak, a mrowienie w palcach tylko to potwierdziło. Wyczuwał magię. I to nie jedną z tych ciepłych, harmonijnych. Ta była chłodna, wręcz zimna i pozostawiała za sobą nienazwany smutek. Instynkt wytrenowany w ciemnicach Inkwizytorium miał na to swoją własną klasyfikację: lepiej uważać.
Następny krok czarodzieja był niczym nieprzemyślany. Zadziałała pamięć mięśniowa i wyszkolenie. Ledwie wyszedł zza rogu, dostrzegł kobietę o jasnych włosach, wpatrzoną w chatę mieszkającej tutaj znachorki i natychmiast skoczył za najbliższy pień. Ostrożnie wyjrzał i dostrzegł, że dziewczyna bacznie obserwuje domostwo niemal w całkowitym bezruchu, ale nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów. Tak jakby czekała na coś lub kogoś. Rzut oka na chatę nie dostarczył jednak czarodziejowi większej ilości informacji. Ot chata znachorki, przyozdobiona bluszczem i suszonymi ziołami na elewacji, drzwi i okiennice pozamykane. Typowe dla odludków. Mimo to postanowił się nie ruszać i również obserwować. Zwłaszcza, że chłodny powiew aury wcale nie bił od nieznajomej.
- Dafne
- Błądzący na granicy światów
- Posty: 21
- Rejestracja: 8 lat temu
- Rasa: Emisariusz
- Profesje: Inna , Kapłan , Zwiadowca
- Kontakt:
Dafne stała jeszcze chwilę, wpatrując się w chatę. Czuła, że ktoś ją obserwuje, ale nie widziała nikogo w pobliżu. Powoli odsunęła się od ławki i zrobiła kilka kroków w bok, udając, że ogląda rosnące obok krzewy. Jej serce biło szybciej.
W tym samym czasie Nataniel wysunął się zza pnia na tyle, by lepiej widzieć sytuację. Chata wyglądała spokojnie, ale ta chłodna aura nie dawała mu spokoju. Zastanawiał się, czy powinien podejść do kobiety, czy jeszcze chwilę poczekać.
Nagle w drzwiach chaty pojawiła się Daisy. Miała w rękach koszyk pełen suszonych ziół. Rozejrzała się krótko po okolicy, jakby chciała się upewnić, że nikt jej nie śledzi, po czym szybko zamknęła drzwi na zasuwę i ruszyła w stronę lasu.
Dafne zmrużyła oczy.
– Dokąd ona idzie? – mruknęła do siebie.
Nie zamierzała podążać za znachorką. Na tyle jej sprawy jej nie obchodziły a nie zamierzała zbytnio zaprzątać sobie głowy tym wszystkim, co z Daisy związane.
No tak. Ale to rozum tak podpowiadał. Serce galopowało w klatce piersiowej Dafne mówiąc zupełnie coś innego. "Idź za nią, idź...", kusiło. Dafne usiadła z udawanym spokojem na ławce i próbowała się czymś zająć. Wyciągnęła z torby cienką książeczkę na temat zielarstwa, którą wypożyczyła z biblioteki akademickiej.
Przerzuciła kilka stron, ale litery zlewały się jej w jedno. Nie mogła się skupić na żadnym zdaniu. W głowie wciąż widziała plecy Daisy oddalającej się ścieżką w głąb lasu.
Spróbowała skupić wzrok na rysunku liścia mięty, jednak po chwili opuściła książkę na kolana i westchnęła. Czuła, że siedzenie tutaj na nic się zda. Nie potrafiła tak po prostu udawać, że nic się nie stało.
W końcu wstała. Najpierw powoli, jakby wciąż się wahała, a potem zdecydowanie ruszyła w stronę, w którą poszła zielarka. Nie szła jednak główną ścieżką — wybrała węższy, mniej uczęszczany trakt, prowadzący równolegle. Chciała mieć Daisy w zasięgu wzroku, ale jednocześnie nie rzucać się w oczy.
Las wciągał ją w swoją ciszę. Słychać było tylko szelest liści i czasem skrzek ptaka, który zerwał się do lotu. Im dalej wchodziła, tym mocniej czuła lekkie napięcie w karku, jakby ktoś zaraz miał wyskoczyć zza drzewa. Jednak przed sobą widziała wciąż znajomą sylwetkę w błękitnej sukni.
Nie wiedziała, czy idzie z ciekawości, czy dlatego, że podskórnie czuła, iż Daisy skrywa coś, co prędzej czy później i tak jej dotknie.
Szła, szła, aż wreszcie po pewnej chwili zawróciła. Czuła, że w samą porę zmieniła zdanie. Coś podpowiadało jej, że to właściwa decyzja. Kręta leśna ścieżka zdawała się prowadzić donikąd. Nie chciała ponownie siedzieć na tej smutnej ławeczce. Ale innego wyboru nie miała. Zamiast kroczyć bezpośrednio za Daisy, uznała, że lepiej będzie poczekać na któregoś z klientów kobiety nieopodal chatki.
Dafne wyszła z powrotem na bardziej uczęszczaną drogę i skierowała się w stronę chatki. Usiadła na ławce, ale tym razem nie wyciągnęła książki. Zamiast tego rozglądała się po okolicy, udając, że podziwia kwiaty rosnące przy ogrodzeniu.
Czas płynął powoli. Po kilku minutach drogą nadciągnęła starsza kobieta z wiklinowym koszem. Zatrzymała się przed drzwiami Daisy, zapukała, ale widząc, że nikt nie otwiera, zamruczała coś pod nosem i odeszła.
A dzień ciągnął się ospale.
W tym samym czasie Nataniel wysunął się zza pnia na tyle, by lepiej widzieć sytuację. Chata wyglądała spokojnie, ale ta chłodna aura nie dawała mu spokoju. Zastanawiał się, czy powinien podejść do kobiety, czy jeszcze chwilę poczekać.
Nagle w drzwiach chaty pojawiła się Daisy. Miała w rękach koszyk pełen suszonych ziół. Rozejrzała się krótko po okolicy, jakby chciała się upewnić, że nikt jej nie śledzi, po czym szybko zamknęła drzwi na zasuwę i ruszyła w stronę lasu.
Dafne zmrużyła oczy.
– Dokąd ona idzie? – mruknęła do siebie.
Nie zamierzała podążać za znachorką. Na tyle jej sprawy jej nie obchodziły a nie zamierzała zbytnio zaprzątać sobie głowy tym wszystkim, co z Daisy związane.
No tak. Ale to rozum tak podpowiadał. Serce galopowało w klatce piersiowej Dafne mówiąc zupełnie coś innego. "Idź za nią, idź...", kusiło. Dafne usiadła z udawanym spokojem na ławce i próbowała się czymś zająć. Wyciągnęła z torby cienką książeczkę na temat zielarstwa, którą wypożyczyła z biblioteki akademickiej.
Przerzuciła kilka stron, ale litery zlewały się jej w jedno. Nie mogła się skupić na żadnym zdaniu. W głowie wciąż widziała plecy Daisy oddalającej się ścieżką w głąb lasu.
Spróbowała skupić wzrok na rysunku liścia mięty, jednak po chwili opuściła książkę na kolana i westchnęła. Czuła, że siedzenie tutaj na nic się zda. Nie potrafiła tak po prostu udawać, że nic się nie stało.
W końcu wstała. Najpierw powoli, jakby wciąż się wahała, a potem zdecydowanie ruszyła w stronę, w którą poszła zielarka. Nie szła jednak główną ścieżką — wybrała węższy, mniej uczęszczany trakt, prowadzący równolegle. Chciała mieć Daisy w zasięgu wzroku, ale jednocześnie nie rzucać się w oczy.
Las wciągał ją w swoją ciszę. Słychać było tylko szelest liści i czasem skrzek ptaka, który zerwał się do lotu. Im dalej wchodziła, tym mocniej czuła lekkie napięcie w karku, jakby ktoś zaraz miał wyskoczyć zza drzewa. Jednak przed sobą widziała wciąż znajomą sylwetkę w błękitnej sukni.
Nie wiedziała, czy idzie z ciekawości, czy dlatego, że podskórnie czuła, iż Daisy skrywa coś, co prędzej czy później i tak jej dotknie.
Szła, szła, aż wreszcie po pewnej chwili zawróciła. Czuła, że w samą porę zmieniła zdanie. Coś podpowiadało jej, że to właściwa decyzja. Kręta leśna ścieżka zdawała się prowadzić donikąd. Nie chciała ponownie siedzieć na tej smutnej ławeczce. Ale innego wyboru nie miała. Zamiast kroczyć bezpośrednio za Daisy, uznała, że lepiej będzie poczekać na któregoś z klientów kobiety nieopodal chatki.
Dafne wyszła z powrotem na bardziej uczęszczaną drogę i skierowała się w stronę chatki. Usiadła na ławce, ale tym razem nie wyciągnęła książki. Zamiast tego rozglądała się po okolicy, udając, że podziwia kwiaty rosnące przy ogrodzeniu.
Czas płynął powoli. Po kilku minutach drogą nadciągnęła starsza kobieta z wiklinowym koszem. Zatrzymała się przed drzwiami Daisy, zapukała, ale widząc, że nikt nie otwiera, zamruczała coś pod nosem i odeszła.
A dzień ciągnął się ospale.
- Nataniel
- Szukający drogi
- Posty: 29
- Rejestracja: 8 lat temu
- Rasa: Czarodziej
- Profesje: Mag , Łowca , Nauczyciel
- Kontakt:
W miarę upływu czasu sytuacja przed chatą znachorki stawała się bardziej tajemnicza. Głównie przez to, że czarodziej i nieznajoma byli jedynymi ludźmi w okolicy. Tak jakby mieszkańcy Rapsodii zapomnieli, że mają w swoim mieście stary, urokliwy las, zachęcający do spędzania w nim większość swojego wolnego, niepochłoniętego pracą i codzienną troską czasu. Tę pustkę wyolbrzymiała również cisza, która zapadła na okolicę niczym teatralna kurtyna. Niby szum wiatru w koronach drzew i bzyczenie much nadal istniały, ale trzeba było się ich doszukiwać, żeby nie poczuć się jak na cmentarzu. Nawet przelatujące nad głowami ptaki powstrzymywały się od śpiewu. Taka cisza zawsze zwiastowała kłopoty.
Nagle drzwi od chatki otworzyły się z cichym skrzypnięciem, ukazując w progu starszawą kobietę w sukni i z koszykiem ziół w rękach. Wyglądała na zmartwioną lub przygnębioną, przynajmniej tyle czarodziej dostrzegł ze swojej kryjówki za szerokim pniem. W pewnym momencie przeszło mu nawet przez myśl, żeby się ujawnić. Tak po prostu zrobić krok i wyjść na ścieżkę, rozganiając tę nieznośną ciszę i chłodną aurę. Powstrzymał się jednak, widząc, że znachorka zaczyna zamykać drzwi, próbując ukryć drżenie rąk i nerwowo się przy tym rozglądając. Przyglądająca się temu nieznajoma również nie wyglądała na spokojną. W oczach pradawnego walczyła w niej chęć wykonania kroku z wewnętrzną potrzebą bycia niewidocznym obserwatorem i niewtrącania się w nie swoje sprawy, aby nie narobić sobie w życiu zbyt wielu kłopotów. I było to w pełni zrozumiałe, bowiem nikt nie lubił być na świeczniku nieprzyjemnych wydarzeń. Jednak Nataniel, jako były inkwizytor, zdążył się do tego przyzwyczaić.
Ostatni rzut oka na sytuację przed chatą uświadomił go jeszcze bardziej, że coś jest nie tak. Znachorka odeszła, cały czas rozglądając się nerwowo, czy nikt jej nie śledzi, jednak postać nieznajomej blondynki była dla niej niewidzialna. Ławka, na której tamta siedziała nie była aż tak oddalona, żeby nie dostrzec, że ktoś jest w jej pobliżu. Tymczasem staruszka poszła sobie bez najmniejszego oporu, zostawiając za sobą więcej pytań, niż odpowiedzi. Czarodziej jeszcze raz chciał przyjrzeć się tej dziewczynie, ale nieoczekiwanie ruszyła ona za znachorką. To było na tyle niespodziewane, że w pierwszym odruchu Nataniel opuścił kryjówkę i stanął na ścieżce zupełnie zdezorientowany. Dopiero parę minut później, kiedy sylwetka młódki zniknęła za drzewami, on podszedł do zamkniętych drzwi i okiennic chatki.
Aura w tym miejscu była chłodniejsza, niż gdziekolwiek indziej, żeby nie powiedzieć, mroczna i napawająca niepokojem. Coś nienazwanego kryło się w cieniu, a w pradawnym rosła lekka frustracja, że nie potrafi temu sprostać. Chyba rzeczywiście zdążył poczuć emeryturę, a jego instynkt się zestarzał. Nie mniej, powiedział sam sobie, już tego nie odpuści, dopóki nie dowie się, co jest nie tak. Prędzej zrezygnuje z sytego posiłku, choć w głębi duszy miał nadzieję, że do tego nie dojdzie. Jego obżarstwo by mu tego nie wybaczyło.
- No dobra - mruknął do siebie, skupiając wolę wokół aury tego miejsca. W czytaniu aur szło mu nad wyraz dobrze, nie miał więc problemu sięgnąć w przestrzeń i wydobyć z niej żal i smutek, zimny kawałek nieobrobionego metalu i pozostającą na ustach lepką mieszankę rdzy, suszonych ziół oraz krwi?
Tak, w aurze wyczuwalna była krew, ale nie taka jak w miejscu zwykłego morderstwa czy piekielnej rzezi. To była krew ofiarna, być może znachorka oddawała cześć starym bożkom lub niedawno obcowała z kimś, kto praktykuje podobne czynności.
- I skąd tu nagle ametyst? - zapytał sam siebie, nagle rozumiejąc, że nie jest tu sam.
I znów zadziałało bojowe wyszkolenie. Nataniel rzucił się do najbliższego drzewa, a następnie odbił się od pnia i przypadł w trawie nieopodal ogrodzonego ogródka z ziołami. I chyba w ostatniej chwili, bo nadchodząca ścieżką blondwłosa nieznajoma nie zdradzała oznak, że go dostrzegła.
Przyglądając się jej teraz z nowego miejsca, czarodziej skupił na niej swoje umiejętności czytania aur. Miał z nią jednak pewien problem. Widział w niej tylko ametyst i nic więcej. Tak jakby jej aura mówiła "jestem dobra i tyle powinno ci wystarczyć". Czyli tak jak jego własna aura. Ametyst zawsze wyczuje bratni kamień. Czyżby artefakt albo jakieś zaklęcie kamuflujące przed postronnym wzrokiem? Tego należało się już dowiedzieć samemu.
Niewiele się nad tym zastanawiając, Nataniel powstał, otrzepał ubiór z piasku i suchych igieł i wyszedł na spotkanie nieznajomej, dbając o to, żeby ta sama go zauważyła od strony ścieżki, jakby właśnie postanowił wybrać się na spacer. Powód, dlaczego dziewczyna wróciła sama, a nie ze znachorką, którą śledziła, mógł poczekać, bowiem nie zmieniało to nic w obecnej sytuacji. Czarodziej niewiele wiedział, niewiele mógł też zdziałać.
Zapowiadał się ciężki dzień.
Nagle drzwi od chatki otworzyły się z cichym skrzypnięciem, ukazując w progu starszawą kobietę w sukni i z koszykiem ziół w rękach. Wyglądała na zmartwioną lub przygnębioną, przynajmniej tyle czarodziej dostrzegł ze swojej kryjówki za szerokim pniem. W pewnym momencie przeszło mu nawet przez myśl, żeby się ujawnić. Tak po prostu zrobić krok i wyjść na ścieżkę, rozganiając tę nieznośną ciszę i chłodną aurę. Powstrzymał się jednak, widząc, że znachorka zaczyna zamykać drzwi, próbując ukryć drżenie rąk i nerwowo się przy tym rozglądając. Przyglądająca się temu nieznajoma również nie wyglądała na spokojną. W oczach pradawnego walczyła w niej chęć wykonania kroku z wewnętrzną potrzebą bycia niewidocznym obserwatorem i niewtrącania się w nie swoje sprawy, aby nie narobić sobie w życiu zbyt wielu kłopotów. I było to w pełni zrozumiałe, bowiem nikt nie lubił być na świeczniku nieprzyjemnych wydarzeń. Jednak Nataniel, jako były inkwizytor, zdążył się do tego przyzwyczaić.
Ostatni rzut oka na sytuację przed chatą uświadomił go jeszcze bardziej, że coś jest nie tak. Znachorka odeszła, cały czas rozglądając się nerwowo, czy nikt jej nie śledzi, jednak postać nieznajomej blondynki była dla niej niewidzialna. Ławka, na której tamta siedziała nie była aż tak oddalona, żeby nie dostrzec, że ktoś jest w jej pobliżu. Tymczasem staruszka poszła sobie bez najmniejszego oporu, zostawiając za sobą więcej pytań, niż odpowiedzi. Czarodziej jeszcze raz chciał przyjrzeć się tej dziewczynie, ale nieoczekiwanie ruszyła ona za znachorką. To było na tyle niespodziewane, że w pierwszym odruchu Nataniel opuścił kryjówkę i stanął na ścieżce zupełnie zdezorientowany. Dopiero parę minut później, kiedy sylwetka młódki zniknęła za drzewami, on podszedł do zamkniętych drzwi i okiennic chatki.
Aura w tym miejscu była chłodniejsza, niż gdziekolwiek indziej, żeby nie powiedzieć, mroczna i napawająca niepokojem. Coś nienazwanego kryło się w cieniu, a w pradawnym rosła lekka frustracja, że nie potrafi temu sprostać. Chyba rzeczywiście zdążył poczuć emeryturę, a jego instynkt się zestarzał. Nie mniej, powiedział sam sobie, już tego nie odpuści, dopóki nie dowie się, co jest nie tak. Prędzej zrezygnuje z sytego posiłku, choć w głębi duszy miał nadzieję, że do tego nie dojdzie. Jego obżarstwo by mu tego nie wybaczyło.
- No dobra - mruknął do siebie, skupiając wolę wokół aury tego miejsca. W czytaniu aur szło mu nad wyraz dobrze, nie miał więc problemu sięgnąć w przestrzeń i wydobyć z niej żal i smutek, zimny kawałek nieobrobionego metalu i pozostającą na ustach lepką mieszankę rdzy, suszonych ziół oraz krwi?
Tak, w aurze wyczuwalna była krew, ale nie taka jak w miejscu zwykłego morderstwa czy piekielnej rzezi. To była krew ofiarna, być może znachorka oddawała cześć starym bożkom lub niedawno obcowała z kimś, kto praktykuje podobne czynności.
- I skąd tu nagle ametyst? - zapytał sam siebie, nagle rozumiejąc, że nie jest tu sam.
I znów zadziałało bojowe wyszkolenie. Nataniel rzucił się do najbliższego drzewa, a następnie odbił się od pnia i przypadł w trawie nieopodal ogrodzonego ogródka z ziołami. I chyba w ostatniej chwili, bo nadchodząca ścieżką blondwłosa nieznajoma nie zdradzała oznak, że go dostrzegła.
Przyglądając się jej teraz z nowego miejsca, czarodziej skupił na niej swoje umiejętności czytania aur. Miał z nią jednak pewien problem. Widział w niej tylko ametyst i nic więcej. Tak jakby jej aura mówiła "jestem dobra i tyle powinno ci wystarczyć". Czyli tak jak jego własna aura. Ametyst zawsze wyczuje bratni kamień. Czyżby artefakt albo jakieś zaklęcie kamuflujące przed postronnym wzrokiem? Tego należało się już dowiedzieć samemu.
Niewiele się nad tym zastanawiając, Nataniel powstał, otrzepał ubiór z piasku i suchych igieł i wyszedł na spotkanie nieznajomej, dbając o to, żeby ta sama go zauważyła od strony ścieżki, jakby właśnie postanowił wybrać się na spacer. Powód, dlaczego dziewczyna wróciła sama, a nie ze znachorką, którą śledziła, mógł poczekać, bowiem nie zmieniało to nic w obecnej sytuacji. Czarodziej niewiele wiedział, niewiele mógł też zdziałać.
Zapowiadał się ciężki dzień.
- Dafne
- Błądzący na granicy światów
- Posty: 21
- Rejestracja: 8 lat temu
- Rasa: Emisariusz
- Profesje: Inna , Kapłan , Zwiadowca
- Kontakt:
Po tym, jak Dafne pozwoliła starszawej klientce znachorki odejść, blondwłosa ponownie wstała ze swojego siedziska i powróciła na ścieżkę leśną, więc to, kto obecnie znajdował się przy chatce nie było w zasięgu jej wzroku. Niebianka musiała się uspokoić, pozbierać myśli, może na ścieżce znajdzie jakiekolwiek ślady świadczące o... no właśnie, czym? O zbliżającym się niebezpieczeństwie? O miejscu pobytu Daisy? O tym, kto przyjdzie pod chatkę ponownie? Myśli Dafne były rozbiegane i chaotyczne, a nie mogła dopuścić do sytuacji, że traci grunt pod nogami.
Emisariuszka była nieco niepocieszona. Przedtem nie była pewna, czy ma podejść do potencjalnej klientki Daisy, czy odpuścić, wrócić na ławkę, a może sobie pójść i zająć się swoimi sprawami? Dlaczego to musiało być takie trudne?! Dafne, co prawda, wielokrotnie znajdowała się w sytuacji pozornie bez wyjścia, lecz tego dnia nie umiała podjąć właściwej decyzji. Istniało zbyt wiele niewiadomych, zbyt mało informacji, by móc z pełną odpowiedzialnością cokolwiek postanowić. Nie przepadała za takimi sytuacjami, ale musiała to przyjąć do wiadomości i nie kombinować przesadnie. To mogło się obrócić przeciwko niej, a tego by nie chciała. Postanowiła, że zaufa swojej intuicji, jak tylko znajdzie się przy chatce, zapuka do drzwi, może ktoś jest w środku? "Nie, to bez sensu, nikt by nie znajdował się w środku, Dafne! O czym ty myślisz? Przestań, to nonsens", myślała, próbując przemówić sobie samej do rozsądku. "Jak tylko kolejny ktoś się pojawi, bez zbędnej zwłoki podejdę i rozeznam co to za jeden.", obiecała sobie gorliwie. Niebianka wiedziała, że wygląda komicznie jak tak kręci się bez celu wokół chatki, ale nic nie mogła poradzić na swoje zdenerwowanie i niepokój.
Wprawdzie starsza kobieta, która zapukała jakiś czas temu do drzwi równie starej znachorki, zniknęła, ale pozostawiła po sobie specyficzny zapach kropel do nosa i prawdopodobnie dziwnych ziół, których nie powinna raczej używać osoba w jej wieku. Nos Dafne mógł się mylić, ale przeczucie rzadko popełniało pomyłki. Niebianka uznała, że babcia jest zbyt podejrzana, więc nawet nie wzięła pod uwagę, by zapytać ją o cel wizyty. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że popełniła błąd. Wszystkiego nie była w stanie przewidzieć, nawet ze swoim darem jasnowidzenia. Uznała, że lepiej nie będzie tej mocy używać. ”A co, jeżeli skorzystam z tego i siły mnie opuszczą?, rozmyślała Dafne, ponownie podchodząc do skrzypiącej ławki. Coś jej jednak mówiło, że powinna wejść do środka, ale bała się, że ktoś to zauważy i posądzi ją o włamanie. Nie zdążyła usiąść, gdyż odwróciła się w stronę domostwa Daisy.
W tym momencie dostrzegła rudowłosą, wysoką męską postać u drzwi chatynki. Natychmiast pomyślała, że ma do czynienia z mężnym wojakiem, a słyszała wiele opowieści tutejszych mieszkańców o wielkim szczęściu, gdy napotka się wojownika na swej drodze.
- Wojowniku! - krzyknęła w nagłej ekstazie. - Pan do pani Daisy? Nie ma jej! Wyszła i nie wróciła! Chciałam za nią pójść, ale uznałam... co się tam wtrącać będę! W każdym razie, jeżeli chce pan porozmawiać z Daisy, to jej nie ma, o.
Z jakiegoś powodu Dafne powtórzyła to, co na początku już powiedziała. Dlaczego to zrobiła, nie wiedziała, ale zapewne z powodu radości na widok – jak uznała – wojownika.
Emisariuszka dawno nie widziała kogoś takiego w tej okolicy. Osobnik wcale niemłody, ale też niestary z gęstymi, rudymi włosami, brodą i paroma bliznami na twarzy noszącym lisie futro oraz białą koszulę i proste obuwie na płaskim obcasie wyróżniało go spośród tubylców. ”Na pewno nie jest stąd. Inaczej wygląda, jest też bardzo wysoki, to niebywałe i nietypowe.”
Zastanawiała się, gdzie poszła Daisy. Nie mogąc dojść do żadnych wniosków, poczuła, że powinna wysłać kogoś na zwiady. Tyle że teraz już na pewno zgubiła jej ślad. Jako że zajmowała się kiedyś zwiadami, dobrze wiedziała, że nie może działać w pojedynkę a prawdopodobnie znachorka wie kim jest Dafne. Mimo że rozmawiały z sobą tylko raz w życiu, Daisy miała emisariuszkę przed oczyma, z tego względu musiała zapamiętać jej fizjonomię. A przynajmniej z takiego założenia wyszła jasnowłosa... ”Co, jeżeli się mylę i ta zielarka mnie nie rozpozna? Przecież spotkanie trwało zaledwie dziesięć minut. A co zrobię, jeśli jednak wie kim jestem, bo ma bardzo dobrą pamięć, mimo swojego zaawansowanego wieku?”
Dafne przez jakiś czas biła się z myślami. Z tego powodu nie była zbyt skupiona na rozmowie z rudowłosym. Przynajmniej na samym początku.
- Och, na śmierć zapomniałam! Mam spotkanie! - krzyknęła Niebianka i bardzo zdziwiła się, że dopiero teraz sobie o tym przypomniała. Jakiś czas temu skontaktowała się z nią młoda dziewczyna, lat około osiemnastu. Opowiedziała Dafne swoją historię i poprosiła o wróżenie. Niebianka nie mogła odmówić, tym bardziej że nastolatka wydała jej się zagubiona i nieszczęśliwie zakochana w kimś, kto ją opuścił. Chciała wiedzieć – i w tym potrzebowała pomocy kapłanki – czy ukochany do niej wróci. Nie mogła w tej chwili zajmować się sprawą Daisy.
- Czy mogę o coś prosić? - zwróciła się do brodacza. - Czy mógłby pan tutaj zostać, o ile nie ma pan innych planów? Muszę wyruszyć na spotkanie młodej kobiecie. Potrwa to z dwie godziny, bo mieszka nieopodal... Czy mógłby się pan po prostu rozejrzeć po okolicy? Da mi pan znać, gdy już wrócę ze spotkania, czy Daisy wróciła. Chcę z nią o czymś porozmawiać, to ważne.
Gdyby mężczyzna nie wydał się co najmniej w pewnym stopniu godzien zaufania, nie zdecydowałaby się zapytać o coś podobnego. Musiała spróbować. Liczyła się z odmową, ale miała nadzieję, że "wojownik" się zgodzi.
Zamierzała też przemyśleć, co powie znachorce, kiedy już ją ponownie spotka. Czy kolejna rozmowa z nią była konieczna? Serce podpowiadało jej, że tak, a rozum milczał. Musiała więc zdać się na swój instynkt. Teraz porozmawia z młodą dziewczyną, a następnie przemyśli co ostatecznie zrobić.
"Może ten dzień nie będzie tak ciężki, na jaki wygląda?"
Emisariuszka była nieco niepocieszona. Przedtem nie była pewna, czy ma podejść do potencjalnej klientki Daisy, czy odpuścić, wrócić na ławkę, a może sobie pójść i zająć się swoimi sprawami? Dlaczego to musiało być takie trudne?! Dafne, co prawda, wielokrotnie znajdowała się w sytuacji pozornie bez wyjścia, lecz tego dnia nie umiała podjąć właściwej decyzji. Istniało zbyt wiele niewiadomych, zbyt mało informacji, by móc z pełną odpowiedzialnością cokolwiek postanowić. Nie przepadała za takimi sytuacjami, ale musiała to przyjąć do wiadomości i nie kombinować przesadnie. To mogło się obrócić przeciwko niej, a tego by nie chciała. Postanowiła, że zaufa swojej intuicji, jak tylko znajdzie się przy chatce, zapuka do drzwi, może ktoś jest w środku? "Nie, to bez sensu, nikt by nie znajdował się w środku, Dafne! O czym ty myślisz? Przestań, to nonsens", myślała, próbując przemówić sobie samej do rozsądku. "Jak tylko kolejny ktoś się pojawi, bez zbędnej zwłoki podejdę i rozeznam co to za jeden.", obiecała sobie gorliwie. Niebianka wiedziała, że wygląda komicznie jak tak kręci się bez celu wokół chatki, ale nic nie mogła poradzić na swoje zdenerwowanie i niepokój.
Wprawdzie starsza kobieta, która zapukała jakiś czas temu do drzwi równie starej znachorki, zniknęła, ale pozostawiła po sobie specyficzny zapach kropel do nosa i prawdopodobnie dziwnych ziół, których nie powinna raczej używać osoba w jej wieku. Nos Dafne mógł się mylić, ale przeczucie rzadko popełniało pomyłki. Niebianka uznała, że babcia jest zbyt podejrzana, więc nawet nie wzięła pod uwagę, by zapytać ją o cel wizyty. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że popełniła błąd. Wszystkiego nie była w stanie przewidzieć, nawet ze swoim darem jasnowidzenia. Uznała, że lepiej nie będzie tej mocy używać. ”A co, jeżeli skorzystam z tego i siły mnie opuszczą?, rozmyślała Dafne, ponownie podchodząc do skrzypiącej ławki. Coś jej jednak mówiło, że powinna wejść do środka, ale bała się, że ktoś to zauważy i posądzi ją o włamanie. Nie zdążyła usiąść, gdyż odwróciła się w stronę domostwa Daisy.
W tym momencie dostrzegła rudowłosą, wysoką męską postać u drzwi chatynki. Natychmiast pomyślała, że ma do czynienia z mężnym wojakiem, a słyszała wiele opowieści tutejszych mieszkańców o wielkim szczęściu, gdy napotka się wojownika na swej drodze.
- Wojowniku! - krzyknęła w nagłej ekstazie. - Pan do pani Daisy? Nie ma jej! Wyszła i nie wróciła! Chciałam za nią pójść, ale uznałam... co się tam wtrącać będę! W każdym razie, jeżeli chce pan porozmawiać z Daisy, to jej nie ma, o.
Z jakiegoś powodu Dafne powtórzyła to, co na początku już powiedziała. Dlaczego to zrobiła, nie wiedziała, ale zapewne z powodu radości na widok – jak uznała – wojownika.
Emisariuszka dawno nie widziała kogoś takiego w tej okolicy. Osobnik wcale niemłody, ale też niestary z gęstymi, rudymi włosami, brodą i paroma bliznami na twarzy noszącym lisie futro oraz białą koszulę i proste obuwie na płaskim obcasie wyróżniało go spośród tubylców. ”Na pewno nie jest stąd. Inaczej wygląda, jest też bardzo wysoki, to niebywałe i nietypowe.”
Zastanawiała się, gdzie poszła Daisy. Nie mogąc dojść do żadnych wniosków, poczuła, że powinna wysłać kogoś na zwiady. Tyle że teraz już na pewno zgubiła jej ślad. Jako że zajmowała się kiedyś zwiadami, dobrze wiedziała, że nie może działać w pojedynkę a prawdopodobnie znachorka wie kim jest Dafne. Mimo że rozmawiały z sobą tylko raz w życiu, Daisy miała emisariuszkę przed oczyma, z tego względu musiała zapamiętać jej fizjonomię. A przynajmniej z takiego założenia wyszła jasnowłosa... ”Co, jeżeli się mylę i ta zielarka mnie nie rozpozna? Przecież spotkanie trwało zaledwie dziesięć minut. A co zrobię, jeśli jednak wie kim jestem, bo ma bardzo dobrą pamięć, mimo swojego zaawansowanego wieku?”
Dafne przez jakiś czas biła się z myślami. Z tego powodu nie była zbyt skupiona na rozmowie z rudowłosym. Przynajmniej na samym początku.
- Och, na śmierć zapomniałam! Mam spotkanie! - krzyknęła Niebianka i bardzo zdziwiła się, że dopiero teraz sobie o tym przypomniała. Jakiś czas temu skontaktowała się z nią młoda dziewczyna, lat około osiemnastu. Opowiedziała Dafne swoją historię i poprosiła o wróżenie. Niebianka nie mogła odmówić, tym bardziej że nastolatka wydała jej się zagubiona i nieszczęśliwie zakochana w kimś, kto ją opuścił. Chciała wiedzieć – i w tym potrzebowała pomocy kapłanki – czy ukochany do niej wróci. Nie mogła w tej chwili zajmować się sprawą Daisy.
- Czy mogę o coś prosić? - zwróciła się do brodacza. - Czy mógłby pan tutaj zostać, o ile nie ma pan innych planów? Muszę wyruszyć na spotkanie młodej kobiecie. Potrwa to z dwie godziny, bo mieszka nieopodal... Czy mógłby się pan po prostu rozejrzeć po okolicy? Da mi pan znać, gdy już wrócę ze spotkania, czy Daisy wróciła. Chcę z nią o czymś porozmawiać, to ważne.
Gdyby mężczyzna nie wydał się co najmniej w pewnym stopniu godzien zaufania, nie zdecydowałaby się zapytać o coś podobnego. Musiała spróbować. Liczyła się z odmową, ale miała nadzieję, że "wojownik" się zgodzi.
Zamierzała też przemyśleć, co powie znachorce, kiedy już ją ponownie spotka. Czy kolejna rozmowa z nią była konieczna? Serce podpowiadało jej, że tak, a rozum milczał. Musiała więc zdać się na swój instynkt. Teraz porozmawia z młodą dziewczyną, a następnie przemyśli co ostatecznie zrobić.
"Może ten dzień nie będzie tak ciężki, na jaki wygląda?"
- Nataniel
- Szukający drogi
- Posty: 29
- Rejestracja: 8 lat temu
- Rasa: Czarodziej
- Profesje: Mag , Łowca , Nauczyciel
- Kontakt:
Efekt działań czarodzieja był daleki od jego własnych wyobrażeń, co tylko utrwaliło go w przekonaniu, że jego podejście do sprawy nie było najlepsze. Po pierwsze znachorce wcale nie musiało nic grozić. Jak większość starszych kobiet w tym zawodzie, zapewne uwielbiała samotność równie silnie co pomaganie biedniejszym, toteż za każdym razem kiedy brakowało klientów, wychodziła odreagować nadmiar bodźców związanych z wysłuchiwaniem dziesiątek zażaleń i skarg a to na pogodę, a to na migrenę lub głośnego sąsiada. Po drugie, chłodna aura, nawet jeśli niepokojąca, mogła pochodzić od samej staruszki, która, niewykluczając, mogła być jedną z wielu wytwornych magiń jakie przyszły na świat w tym mieście. W końcu magię w Rapsodii aż można było wyżymać z powietrza. Może kobieta nie chciała być śledzona i zacierała jakieś ślady? A może po prostu miała towarzysza upiora, którego tylko ona widziała. Tak czy siak, niebezpieczeństwo wydawało się odległe. Po trzecie, blondwłosa nieznajoma, na pierwszy rzut oka przejęta całą sytuacją, ale im dłużej Nataniel patrzył, tym bardziej widział w niej roztrzęsioną dziewczynę, której ciężko skupić się na jednej myśli na raz. Dałoby się wtedy wytłumaczyć to wszystko lekkim atakiem paniki, a nie ingerencją mrocznej siły. No, ale skoro się powiedziało jedno, warto by dociągnąć sprawę do końca.
Czarodziej, słysząc jak został wywołany, skłonił się w powitaniu, a następnie stanął dwa kroki przed nieznajomą.
- Właściwie to nie - odpowiedział, spoglądając dyskretnie ponad ramieniem dziewczyny na ścieżkę i cień drzew, w którym wcześniej zniknęła znachorka. - Akurat przechodziłem - dodał, co w sumie nawet nie było kłamstwem. - Jestem czarodziejem z miejscowej akademii i stwierdziłem, że trochę wiatru i słońca ukoją oczy od swędzącego kurzu z biblioteki.
Ton jakim mówiła nieznajoma tylko potwierdził jedne z pierwszych obserwacji czarodzieja. Dziewczyna była lekko rzecz ujmując, rozkojarzona. Wcześniej chodziła nerwowa, oczy jej latały za każdym spadającym liściem, jej zawołanie było lekkim wybuchem ekstazy, a teraz smutek i zapomialstwo.
Następnie Nataniel spróbował ponownie odczytać aurę blondwłosej, jednak i ta próba zakończyła się dla niego fiaskiem. Dziewczyna musiała albo maskować się zaklęciem albo talizmanem, co w sumie nie jest takie głupie kiedy jest sie samym w lesie. Na szczęście posiadał jeszcze oczy i wszystkie, na pierwszy rzut oka zauważalne detale wyglądu rozmówczyni zarysowywały mu postać niebiańskiej emisariuszki. Istoty dobrej i niezdolnej do brutalnej przemocy, niosącej pomoc tam, gdzie anioły i palladyni są zbyt wyniośli żeby brudzić sobie skrzydła i lśniące zbroje.
- Nie mam planów - zaczął i zaraz przyszedł mu do głowy śmiały plan.
- Nie mniej chyba wysłannik Pana nie powinien zostawić starszej kobiety w potrzebie - dokończył, biorąc dziewczynę lekko pod włos. - Zwłaszcza, że ta nie wróciła, prawda?
Nie czekając na odpowiedź, czarodziej podwinął rękawy koszuli, poprawił kołnierz i wyminął niebiankę, kierując się ścieżką w stronę, w którą zniknęła panna Daisy. Liczył na to, że nieznajoma ruszy za nim i sama zdradzi kilka szczegółów z tego, co widziała zanim przyszedł. W ten sposób zaoszczędziłaby mu kilku dobrych minut na tropienie i odnajdywanie śladów magii.
Czarodziej, słysząc jak został wywołany, skłonił się w powitaniu, a następnie stanął dwa kroki przed nieznajomą.
- Właściwie to nie - odpowiedział, spoglądając dyskretnie ponad ramieniem dziewczyny na ścieżkę i cień drzew, w którym wcześniej zniknęła znachorka. - Akurat przechodziłem - dodał, co w sumie nawet nie było kłamstwem. - Jestem czarodziejem z miejscowej akademii i stwierdziłem, że trochę wiatru i słońca ukoją oczy od swędzącego kurzu z biblioteki.
Ton jakim mówiła nieznajoma tylko potwierdził jedne z pierwszych obserwacji czarodzieja. Dziewczyna była lekko rzecz ujmując, rozkojarzona. Wcześniej chodziła nerwowa, oczy jej latały za każdym spadającym liściem, jej zawołanie było lekkim wybuchem ekstazy, a teraz smutek i zapomialstwo.
Następnie Nataniel spróbował ponownie odczytać aurę blondwłosej, jednak i ta próba zakończyła się dla niego fiaskiem. Dziewczyna musiała albo maskować się zaklęciem albo talizmanem, co w sumie nie jest takie głupie kiedy jest sie samym w lesie. Na szczęście posiadał jeszcze oczy i wszystkie, na pierwszy rzut oka zauważalne detale wyglądu rozmówczyni zarysowywały mu postać niebiańskiej emisariuszki. Istoty dobrej i niezdolnej do brutalnej przemocy, niosącej pomoc tam, gdzie anioły i palladyni są zbyt wyniośli żeby brudzić sobie skrzydła i lśniące zbroje.
- Nie mam planów - zaczął i zaraz przyszedł mu do głowy śmiały plan.
- Nie mniej chyba wysłannik Pana nie powinien zostawić starszej kobiety w potrzebie - dokończył, biorąc dziewczynę lekko pod włos. - Zwłaszcza, że ta nie wróciła, prawda?
Nie czekając na odpowiedź, czarodziej podwinął rękawy koszuli, poprawił kołnierz i wyminął niebiankę, kierując się ścieżką w stronę, w którą zniknęła panna Daisy. Liczył na to, że nieznajoma ruszy za nim i sama zdradzi kilka szczegółów z tego, co widziała zanim przyszedł. W ten sposób zaoszczędziłaby mu kilku dobrych minut na tropienie i odnajdywanie śladów magii.
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość