Oglądasz profil – Hecate

Ta postać nie została jeszcze zaakceptowana
Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Hecate Shirkuh
Rasa:
Alarianin
Płeć:
Kobieta
Wiek:
24 lat
Wygląda na:
22 lat
Profesje:
Włóczęga
Majątek:
Ubogi
Sława:
Rozpoznawalny

Aura

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Hecate
Grupy:
Martwe postacie:
Płeć gracza:
Kobieta

Skontaktuj się z Hecate

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
1 rok temu
Ostatnio aktywny:
9 godziny temu
Liczba postów:
1
(0.00% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.00)
Najaktywniejszy na forum:
Księga Boskich Praw
(Posty: 1 / 100.00% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
Prośby o sprawdzenie KP
(Posty: 1 / 100.00% wszystkich postów użytkownika)

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:wrażliwy
Zwinność:szybki, dokładny
Percepcja:półślepy, wyostrzony zmysł magiczny
Umysł:bystry, ineligentny, silna wola
Prezencja:Ładny, godny

Umiejętności

DemonologiaEkspert
Trudno nie wiedzieć niczego na ten temat, kiedy przez jakąś połowę życia było się przygotowywanym do roli przywoływacza demonów.
Pismo runiczneBiegły
Niezbędne do odprawiania rytuałów. Wiedza, jak je wykorzystać, leży w zakresie tej postaci.
RytualizmBiegły
Ta sztuka stanowi dopełnienie jej magii - dziewczyna używa jej głównie do przywoływania nieokiełznanych demonów, aby zyskiwać nad nimi większą kontrolę.
Walka wręczZaawansowany
Umiejętność bazująca głównie na jej dokładności i szybkości. Tym, co się dla niej liczy podczas walki bezpośredniej nie jest o dziwo atak, a obrona. Przywołane demony starają się nie dopuszczać do Hecate przeciwników, jeżeli jednak wróg w jakiś sposób da radę stanąć z nią twarzą w twarz, to dziewczynie pozostaje ta jedna właściwa opcja - połączenie magii sił z walką wręcz. Bardzo często ten styl pojedynkowania się zaskakuje przeciwników. Zazwyczaj jest bowiem tak, że osoba ukrywająca się za swoimi chowańcami nie potrafi wiele zdziałać sama, jednak... nie w przypadku Hecate. Mimo to samo odpychanie przeciwników nie zawsze przynosi wystarczający efekt - chyba, że są oni zwyczajnie słabi, bądź upadną wyjątkowo... niekorzystnie.
Czytanie aurZaawansowany
Podstawowa umiejętność nabywana w kulcie, nieodzowna w przypadku wykrywania istot o dużych pokładach magii.
KartografiaZaawansowany
Umiejętność, bez której raczej by się nie obeszła. Hecate umie poprawnie czytać mapy ale nie na tym kończy się jej wiedza - potrafi mniej-więcej określić położenie większych krajów, jak również krain i wód.
PoliglotyzmZaawansowany
Hecate zdołała opanować w pełni dwa języki: wspólny oraz demonów. Oprócz nich, zna także poszczególne słowa z mowy elfów, a także smoków - głównie wykorzystywane podczas odprawiania rytuałów.
PływanieOpanowany
Stosunkowo niewiele czasu zajęło jej opanowanie tej zdolności, choć nieszczególnie często z niej korzysta. Utrzymywanie się na powierzchni wody przychodzi jej całkiem łatwo, ale potrafi również nurkować, przy czym da radę wstrzymać oddech przez około półtorej minuty.
ŚpiewOpanowany
To coś, co często towarzyszy jej przy codziennych czynnościach. Prawda jest taka, że Hecate nie przepada za ciszą - i z tego powodu próbuje ją wypełnić nucąc pod nosem różne melodie. Spokojne, wesołe i skoczne, bądź smutne i pełne nostalgii - to zależy od jej nastroju. Nie obnosi się jednak ze swoim głosem i nie widzi dla siebie przyszłości powiązanej z tą umiejętnością.
MatematykaOpanowany
Zna nie tylko podstawy, ale mimo to nigdy specjalnie ją do tej dziedziny nie ciągnęło. Nie zaprzecza jednak, że umiejętność liczenia jest przydatna. A przynajmniej potrafi ułatwić życie. (Na przykład wtedy, gdy chce obliczyć odległość na mapie.)
Czytanie i pisanieOpanowany
Płynnie czyta, choć jej umiejętności pisania można postawić pod znakiem zapytania. Co prawda ona sama nie ma problemów z odczytywaniem swojego pisma, lecz komuś innemu mogłoby to sprawić nie lada kłopot.
FizykaOpanowany
Ta dziedzina zaintrygowała ją niedługo po tym, jak rozpoczęła naukę Magii Sił. Uznała, że może jej się kiedyś do czegoś przydać...
AnatomiaOpanowany
Hecate nie wyuczyła się tego z ksiąg, a z praktyki. W ofierze nie zawsze składano ciała w jednym kawałku...
UnikiOpanowany
Skok tu, fikołek tam. W razie ostrzeliwania przykucnąć, a blisko zbiornika wodnego - wskoczyć do wody. W lesie schować się za drzewem, natomiast na pustyni... no właśnie, co na pustyni? Zagrzebać się w piachu? Hecate jest szybka, ale nie jakoś specjalnie zręczna. Jej umiejętność unikania bazuje głównie na wiedzy teoretycznej - co zrobić, żeby nie oberwać. Natomiast to, czy zdoła uniknąć ataku, zależy zarówno od jej szybkości, jak i od szczęścia.
EtykietaOpanowany
Nie tylko w wieku dziecięcym miała z nią do czynienia. W kulcie przykładano do tego wielką uwagę, nie tylko po to, aby utrzymać dobre relacje z pobratymcami, ale również nie narażać siebie oraz kultu na niepotrzebną atencję z zewnątrz.
PolitykaPodstawowy
O pewnych sprawach zwyczajnie nie można nie wiedzieć.
ReligioznawstwoPodstawowy
Zawsze warto się w choć niewielkim stopniu orientować o możliwym istnieniu pozostałych bóstw. Natomiast o religii, którą niegdyś wyznawała, wie wiele.
JeździectwoPodstawowy
Nie opanowała tej umiejętności zbyt dobrze i szczerze mówiąc wątpi, że kiedykolwiek jej się to uda, gdyż bardzo rzadko zdarza jej się dosiadać jakiegokolwiek wierzchowca. Samych podstaw jazdy konno nauczyła się jeszcze jako dziecko, kiedy to ojciec usadzał ją na grzbiecie małego kuca szetlandzkiego i udzielał instrukcji na temat tego, jaką pozycję należy przyjmować oraz co zrobić, żeby nie spaść.

Cechy Specjalne

Nietypowe WięziAtut
Coś, co powstało w wyniku szkolenia przez mrocznych kultystów. Okazało się, że nauczyli ją nie tylko przywoływania demonów, lecz także oswajania ich i porozumiewania z nimi. Oczywiście nie jest to proste, lecz w ciągu ostatnich lat Hecate udało się okiełznać dwójkę chowańców - Hugina i Munina - oraz przywoływać ich bez nadmiernego wyczerpywania swojej energii.
Oko ŚlepcaSkaza
Będąc jeszcze dzieckiem zachorowała na nieznaną nikomu chorobę, tak samo jak jej rodzice. Oni umarli, natomiast jej udało się przeżyć, choć odcisnęło to na niej swoje piętno. Nie dało się ocalić jej prawego oka - nie dość, że na nie oślepła (tracąc przy tym 1/3 całej widoczności) to zmieniło ono swój wygląd raz na zawsze. Mogłoby się zdawać, że ta metamorfoza nie jest jeszcze powodem do zmartwień, jednak Hecate wie... i widzi, jak spoglądający na nią ludzie nawet w niewielkim stopniu uważają ją przez to za dziwadło.
Anatema RojuKlątwa
Na Hecate została rzucona klątwa, której celem jest doprowadzenie jej oraz wszystkich, z którymi w choć niewielkim stopniu nawiąże pozytywne relacje, do śmierci. Zwykle przejawia się ona jako rój wielkich, krwiożerczych szarańczy, pojawiających się znikąd w najmniej przewidywanych momentach. Im większym jednak przywoływaczka darzy kogoś uczuciem, tym klątwa silniej na niego oddziałuje - może się nawet zdarzyć, że dojdzie do przemiany tej osoby w demona. Oczywiście nie działa to na wszystkie rasy, a bardzo potężne osoby będą mogły się jej oprzeć. Również szarańcze nie są niepokonane, choć wciąż należy pamiętać, że to niekonwencjonalny przeciwnik, którego nie należy lekceważyć...

Magia: Źródło

DemonówAdept
Magia Demonów jest jej dobrze znana, bowiem to ona była niegdyś główną z dziedzin, spośród których się edukowała. Hecate zwykle wykorzystuje ją w celu przyzywania stworzeń z innych sfer, jednak potrafi również za jej pomocą dokonywać innych, typowych dla tej magii rzeczy, włącznie z przedostawaniem się na inne plany egzystencji (choć w tym już nie jest tak wyćwiczona).
MocyCzeladnik
Tego rodzaju magię wykorzystuje głównie w walce bezpośredniej, gdzie podczas zadawania ciosów i kopnięć uwalnia część swojej energii, odpychając w ten sposób przeciwników. Jest to jej unikalny styl i sama go wymyśliła, lecz żeby efekty odnosiły większe skutki, dziewczyna nie przegapia okazji na doskonalenie się w tym kierunku.

Przedmioty Magiczne

Pierścień zdrowotnościZaczarowany
Z pozoru zwykła obrączka otrzymana od ukochanego jako symbol ich miłości. Początkowo noszona przez Hecate na serdecznym palcu lewej ręki, lecz po śmierci mężczyzny dziewczyna przywiązała pierścionek do sznurka, który następnie oplotła wokół szyi, tworząc cieniutki, z pozoru ubogi naszyjnik. Jeżeli jednak lepiej się przyjrzeć, został wykonany z czystego srebra, na którym wyrysowano dziwne zygzaki, mające ochraniać swojego właściciela przed wszelkimi chorobami bądź schorzeniami.

Charakter

Cicha, rozsądna i dyskretna, jak również skrupulatna i sumienna. Hecate nie należy do osób wylewnych – wypowiada się nieco rzadziej od przeciętnych ludzi, a udziela przeważnie wtedy, gdy ma ku temu wyraźny powód. Jeżeli nie jest czegoś w stu procentach pewna, nie będzie się o to kłócić ani przy tym upierać. Oznacza to również, że nie jest naiwna – nie mając dowodu ani innego potwierdzenia, informacje pozyskane z  nieznanych źródeł potraktuje z przymrużeniem oka. Jej nieufność ma jednak swoje granice, które kończą się w momencie, kiedy ktoś potrzebuje pomocy. I to dokładnie jej pomocy, gdyż sama się na ochotnika nie zgłosi, o ile w pobliżu znajdzie się ktoś, kto mógłby równie dobrze co ona sprostać takiemu wyzwaniu. W przeciwnym wypadku zrobi wszystko, aby pomoc się udała, a czasem może nawet zaryzykować własnym życiem. Czyni tak ze względu na nagrodę – ale nie w złocie bądź w dobrach materialnych (jak można było przypuszczać), tylko w postaci uśmiechu, wdzięczności, którą obdarzają ją ludzie, dla których tyle się natrudziła. Jednooka co prawda ma skłonności do ukrywania swoich emocji i jeżeli natrafi na osobę z wybujałym ego, zwyczajnie zignoruje jej reakcję. Gdy jednak spotka kogoś, kto obdarzy ją szacunkiem, to z pewnością coś w jej ogromnym serduszku się poruszy. Coś, co wywoła na jej twarzy uśmiech, ciepły i szczery.
Czemu by więc nie uznać ją za dobrą osobę? Może i nie do przesady uprzejmą, jednak taką, która przestrzega ustalonych przez siebie zasad. I warto przytoczyć tutaj jedną z nich: „nie czyń drugiemu co tobie nie miłe”. To z pozoru zwyczajne przysłowie, którego przesłanie jest zrozumiałe dla każdego, od dawna odbija się echem w jej głowie i podświadomie trzyma Hecate w ryzach. Dziewczyna stara się zachowywać kulturalnie i taktownie. Pytania zadaje wyłącznie wtedy, gdy wydadzą jej się istotne, natomiast jeśli wyczuje, że jakiś temat jest dla jej rozmówcy wyjątkowo drażliwy – w delikatny sposób przerwie pogawędkę bądź zwyczajnie przeniesie ją na inne tory. W razie kłótni raczej nie rzuca wyzwiskami, choć jest w stanie ignorować kogoś przez długie godziny lub nawet dni, zachowując się przy tym znacznie ciszej niż zazwyczaj i jednocześnie przemyśliwując całą sytuację. Uważa, że zwyczajne dąsanie się nie przynosi niczego dobrego, a przecież ludzie w niektórych sytuacjach mogą błędnie oceniać czyjeś zdanie. Hecate pod żadnym względem nie uważa się za lepszą od innych (również pod tym), jednak stara się uczyć na błędach oraz eliminować swoje wady.
Ale co z gniewem? Przecież te wybuchowe emocje dotykają każdego, choć nie wszystkich równie mocno. Potrafią szarpać ludzkim umysłem, czasami rozrywając go na strzępy i doprowadzając do szaleństwa. Dlaczego więc Hecate zachowuje się, jakby jej to nie dotyczyło? Jakby na jej obliczu nie objawił się nawet najmniejszy przejaw złości? Czyżby nigdy czegoś takiego nie odczuwała?
Ależ skądże! Nierzadko denerwuje ją ograniczenie związane z połowiczną utratą wzroku, choć po latach przyzwyczajenia stało się ono dla niej ledwie drobnostką, którą bardzo łatwo ukryć. Nie nazwałaby tego nawet problemem, a raczej małą niedoskonałością. Prawda jest bowiem dosyć skomplikowana. Dziewczyna doznała już wielu nieprzykrości, wiele bólu i... furii. A czasem ludzie, którzy stanęli twarzą w twarz z tym przeszywającym na wskroś szałem stają się potem cierpliwsi, twardsi. To jest jak szok, który zmienia twoje późniejsze postrzeganie. Może i jesteś dzięki niemu silniejszy, ale przez to też mniej... niewinny. A w jej mniemaniu utrata tego czynnika wiąże się z większą odpowiedzialnością. Dlatego też chęć pomocy słabszym wydaje jej się nie tyle obowiązkiem, co po prostu naturalną koleją rzeczy.
Na koniec warto jeszcze wspomnieć o dwóch silnych cechach, będących filarami jej osobowości – o nadzwyczajnej cierpliwości oraz umiejętności zachowania zimnej krwi nawet w sytuacjach (mogłoby się zdawać) bez wyjścia. Sama wykształciła w sobie te zalety, a przy tym nauczyła się również, że samą siłą człowiek niewiele zdziała. To dzięki rozumowi odpowiadamy za swoje czyny i to za jego pomocą… zwyciężamy.
Jest to główny powód, dla którego Hecate ma wyrobione dobre zdanie na temat czarodziejów. A także z tej przyczyny magia, do której władania przydatna jest ogromna wiedza i intelekt, wydaje jej się jednym z najbardziej fascynujących zjawisk występujących na tym świecie.

Wygląd

Jest nieco wyższa od przeciętnej kobiety, bowiem mierzy sobie sześć stóp wzrostu. Ta cecha nie rzuca się jednak zbytnio w oczy, a żaden z rozmówców nie powinien czuć się niekomfortowo, gdyż Hecate jest proporcjonalna (wszystko znajduje się na swoim miejscu) i zgrabna (bardzo szczupła, lecz nie chuda). Jej skóra jest jasna oraz delikatna, nie widnieje na niej ani jedna krosta bądź pieprzyk. Istnieje jednak coś, co nietrudno dostrzec, a bywa uciążliwe ze względu na to, że oszpeciło jej twarz i często uchodzi za powód, by omijać ją szerokim łukiem. Chodzi tutaj o jej prawe oko, które przez chorobę utraciło swą pierwotną barwę (jasny granat) i w zamian przybrało kolor mlecznobiały, który zdaje się czasem błyskać w jasnym świetle. Mogłoby się zdawać, że dzieje się tak za sprawą magii, lecz tak naprawdę jest to zwyczajne złudzenie optyczne, a sama Hecate nie ma na to większego wpływu. Wraz ze zmianą koloru jednego oka (drugie pozostało w nienaruszonym stanie) pojawiły się również wokół niego cienkie, lekko wystające żyły o czarnym zabarwieniu.
Jej włosy są średniej długości, sięgają nieco powyżej łopatek. Choć proste, to dobrze się je układa i czesze. Jasny blond kontrastuje z naturalnie ciemnymi brwiami, które układają się w "daszek" przy każdym czułym uśmiechu kobiety. Kąciki jej ciemnoróżowych ust, pomimo tego, że często są lekko podniesione, nie pozostawiają po sobie zmarszczek, które świadczyłyby o tym geście. Położony nieco wyżej nos nie wyróżnia się rozmiarem, zachowuje zgrabność i nie można go nazwać "zadartym", choć haczykowaty też nie jest. Pomimo faktu, że twarz Hecate jest okrągła, nie wykazuje się ona pulchnością jak u większości przedstawicielek tego typu lica. Wąski podbródek i delikatne rysy dodatkowo ją odmładzają.
Kobieta nie ma zbyt wielu ubrań. Od kiedy opuściła kult, przestała nosić wszelkiego typu szaty, peleryny a nawet kaptury (choć zdarza się, że czasem są przydatne i wtedy można zrobić wyjątek). Zwykle nosi się na czarno, lecz zależnie od nastroju i sytuacji może włożyć na siebie również coś o weselszej barwie. Jej przeciętny ubiór to czarna bluzka, długie, ciemnoszare spodnie z paroma kieszeniami i brązowe buty o dość grubych podeszwach. Dziewczyna nigdy się także nie rozstaje ze swoją srebrną obrączką, uwieńczającą prowizoryczny naszyjnik oraz rudawą, skórzaną torbą, przewieszoną przez ramię na pojedynczym rzemieniu.
Jej głos nie należy do piskliwych, ale niski też nie jest. Ciepła barwa, melodyjność i wrodzone poczucie rytmu sprawiają, że jej śpiew staje się kojący i słucha się go z wielką chęcią. Nie przejawia się w nim jednak ostrzejsza nuta - dziewczyna bowiem nie przeradza swojego gniewu w wyzwiska, a jedyne słowa, które padają z jej ust w tym stanie, brzmią najczęściej czysto, pusto... i bez emocji.

Historia

∞ Część 1: Szlak umrzyków ∞

- Do mnie, Karmelku! Zobacz, co tu mam. - Jasnowłosa dziewczynka wyciągnęła przed siebie dłoń, trzymającą czerwone, soczyste jabłko. Przebywający w pobliżu jasnokremowy kucyk usłyszał jej wołanie, po czym prędko do niej podbiegł. Powąchał owoc, lecz nim zdążył go jakoś dokładniej zbadać, gdzieś z tyłu odezwał się niski, kobiecy głos.
- Hecate, nie dawaj mu tego. - Wtem dziewięciolatka momentalnie schowała za plecami rękę wraz ze smakołykiem.
- Hę? Dlaczego nie mogę mu tego dać? Karotka i Hektor bardzo lubią jabłka. Karmelkowi na pewno też posmakują.
- Ależ on jest jeszcze za młody, nie ma nawet dwóch miesięcy. Rozumiem twój zapał i to, jak bardzo się lubicie, ale będzie dla niego najlepiej, jeśli przez jakiś czas ominą go tego typu pyszności.
Hecate zamyśliła się przez chwilę, obserwując źrebaka. Po chwili uśmiechnęła się i spojrzała w kierunku stajennej.
- W porządku, Jane. Póki co nie będę go karmić. - Pogłaskała zwierze po łebku, na co ten prychnął cichutko z zadowolenia.

Po pewnym czasie wspólnej zabawy pożegnała się ze swoim czworonożnym przyjacielem i ruszyła w stronę domu z towarzyszącą jej u boku służącą.
Nie musiały pokonywać długiej drogi - olbrzymia posiadłość znajdowała się tuż obok. Co prawda nie widniało na niej nazbyt wiele zdobień (właściciele tych ziem nie przepadali za przepychem), jednak dawała o sobie znać w sposób godny i wyrafinowany. Mawiają, że piękno tkwi w prostocie i w tym wypadku to prawda. Kredowobiała budowla ulokowana wśród pojedynczych drzew, krzewów i winorośli doskonale komponowała się z pejzażem w oddali, przedstawiającym niezmierzone lasy, łąki i pola. Liczne winnice również stanowiły jego część, a ich posiadacz, będący jednym z głównych producentów wina, mógł szczycić się świetną jakością swoich produktów.
Zapytacie zapewne: "O kim mowa?". Otóż samo imię niewiele by wam powiedziało. Najłatwiej jest więc rzec, iż chodzi tu o ojca głównej bohaterki tej historii. O tatę Hecate.
Richard Shirkuh był szczodrym i uczciwym człowiekiem. Odziedziczył po swym rodzicu małą winnicę. Początkowo nie spodziewał się po niej wiele, nie widział w niej ani zbyt wielkiego źródła zarobku, ani przyszłości. Mimo to pielęgnował ją i trwał przy produkcji wina, aż po pewnym (dość długim) czasie dorobił się majątku. Poszerzał swe wpływy i osiągał coraz więcej. Zakochał się w zwyczajnej kelnerce w gospodzie, a kupiwszy dom - ożenił się z nią. Nim minął rok, na świat przyszła ich córka. Okazała się kolejną najważniejszą osobą w jego życiu, tak więc - nie stroniąc od ojcowskich obowiązków - starał się równie mocno, co żona, wpływać na jej edukację, wychowanie i rozwój. Pragnął nauczyć ją wszystkiego, co potrafił, a po jakimś czasie - przekazać jej spadek po sobie. Innymi słowy, chciał być dla niej jak najlepszym ojcem. A Hecate zawsze to doceniała...

***

- Nie, panienko. Choćbyś nie wiem ile razy o to prosiła, nie pozwolę ci wejść do środka. Moim obowiązkiem jest utrzymanie ciebie z dala od tego pokoju, dlatego musisz zrozumieć, że...
- Nie, Hildo, to ty musisz coś zrozumieć! Nie widziałam się z moim tatą od tygodnia i nikt nie chce mi powiedzieć, dlaczego nie wychodzi ze swojej sypialni. Czy stało mu się coś złego? - Dziewczynka wpatrywała się wyczekująco w twarz swej służącej, która na to pytanie natychmiast umilkła. Młoda, na oko mająca może siedemnaście lat pokojówka skuliła głowę, nie mogąc ukryć zakłopotania przed jedyną córką swych chlebodawców. Natomiast dziewięcioletnia Hecate była bardzo zżyta z Hildą i bez skrupułów mogła nazwać ją swoją przyjaciółką. Znając ją już ponad trzy lata, nauczyła się rozpoznawać, kiedy służka kłamie. Co tu dużo mówić? Była bardzo rezolutnym dzieckiem.
- Wiedziałam! - wykrzyknęła. - Och, Hildo, błagam cię, wpuść mnie do środka. A co, jeśli już nigdy więcej go nie zobaczę? - W jej oczach zebrały się łzy. Gdy już miała wybuchnąć gromkim płaczem, Hildegarda prędko podeszła, przykucnęła, posłała jej ciepły uśmiech, a następnie pogłaskała kilka razy po głowie. Zatrzymała rękę na jej policzku, tuż przy niebieskawych, nieco zaczerwienionych oczkach, po czym otarła delikatnie pojedynczą łezkę.
- Nie masz się czego obawiać, kochana. Twojemu ojcu nic nie będzie.
Hecate furknęła głośno, a jej mętne oblicze rzuciło pokojówce nieme pytanie.
- Twoja mama powiadomiła o chorobie swego męża wysoko cenionych lekarzy. Podobno są najlepszymi w Thenderionie i nie trafiła się dotąd choroba, której nie byli w stanie wyleczyć. Ta sprawa stała się dla nich priorytetem, dlatego dotrą tutaj lada dzień.
Twarz Hecate w jednej chwili znacząco się rozpromieniła. Całe zmartwienie odeszło w niepamięć, gdyż dziecięca naiwność pozwoliła jasnowłosej wierzyć, że skoro tak się sprawy mają, to wszystko się ułoży. Ale nie "jakoś", a dobrze!
- To wspaniałe wieści, Hildo. - Wyszczerzyła ząbki w szerokim uśmiechu, który jednak po chwili wyraźnie się zachwiał, kiedy jej wzrok pomaszerował ku drzwiom sypialni. Przez krótki moment tkwiła w konsternacji, aczkolwiek, po przypomnieniu sobie zapewnień służącej, prędko sama się za to zganiła. "Przecież wszystko będzie dobrze! Tatuś wkrótce wyzdrowieje i znowu pojedziemy razem do teatru, tak jak obiecał. A on zawsze dotrzymuje obietnic..."
- W takim razie odwiedzę go, gdy poczuje się lepiej.
- Dobry pomysł, panienko. - Pokojówka wstała i chwyciła Hecate za rękę.

***

- Och, Richardzie! Gdybym wiedziała, że tak się stanie, nigdy nie pozwoliłabym ci podejść do tego dziecka. Przecież mieszkało na ulicy. Oczywistym jest, że było nosicielem jakiejś straszliwej choroby, która poprzez zbliżenie się przeszła na ciebie! - Czuwająca nad chorym płowowłosa kobieta ostrożnie obejmowała jego dłoń, jakby się obawiała, że pod silniejszym naciskiem jej ukochany rozpadnie się niczym pękająca na wskutek upadku porcelana. I choć dawała radę ukryć przed mężem swój szloch, to łez tak czy owak nie była w stanie powstrzymać. Na szczęście - bądź w tym przypadku - na nieszczęście - Richard nie był w stanie ich dostrzec...
- Nie mów tak, Vanesso. - Ochrypły, kujący w uszy kaszel przerwał mu w połowie zdania. Nim mężczyzna wznowił swą wypowiedź, minęło kilka sekund, które dla jego żony wydały się jednak niezmierzoną wiecznością. - To dziecko nie miało butów, a ja... - z jego gardła ponownie wydostał się okropny kaszel. - Ja jedynie chciałem mu je dać. Aby zaznało choć odrobinę szczęścia. My mamy go wiele, Vanesso, dlatego naszym obowiązkiem jest dzielenie się nim z innymi.
Czy tego chciała, czy nie, na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech. W oczach nadal wpatrujących się w twarz ukochanego dało się dostrzec iskierkę dumy.
- Czasami mi się zdaje, że jesteś za dobry.
Richard gromko się zaśmiał, choć miejscami jego radość przerywały okrutne napady kaszlu.
- Może i tak, ale nie tylko ja, Vanesso. Wiem, że na moim miejscu postąpiłabyś identycznie. - W pewnym momencie wziął nieco głębszy wdech. Przez krótką chwilę nie mógł wypuścić powietrza, a przestraszona żona instynktownie objęła dłońmi jego głowę i przytuliła do siebie. Mruczała cicho pod nosem, aby uspokoić nie tyle jego, co samą siebie. - Ćśś.
Na szczęście mężczyzna po chwili oprzytomniał, jednak tym razem zaczął mówić już ciszej, jakby... szeptem.
- To dlatego stanąłem z tobą na ślubnym kobiercu.
Uśmiech Vanessy się poszerzył, a na jej policzkach wymalowały się rumieńce. W tamtym momencie czuła, jakby ktoś żywcem wykrajał serce z jej piersi. Nie miała bowiem pewności, czy jej mąż zdoła przetrwać kolejny tydzień...
- Powiedziałaś jej? - Cichy głos chorego przerwał ciszę, w której przez dłuższą chwilę pogrążyła się kobieta. Od początku wiedziała, co miał na myśli, dlatego też pokręciła głową.
Ale to nie wystarczyło. Skarciła się w duchu za własną głupotę, gdyż zapomniała o ślepocie swego rozmówcy.
- Hecate nie wie. Nic jej nie powiedziałam, żeby się nie martwiła.
- To... dobrze. - Uśmiechnął się, mrużąc przy tym przemienione chorobą, wyblakłe oczy. Szło od nich mnóstwo czarnych żył, pokrywających już sporą powierzchnię jego czoła, skroni, a także policzków.
Vanessa nie mogła na to patrzeć. "Nikt nie powinien tak cierpieć, a już na pewno nie on."
- Richardzie, ona wciąż... wierzy, że pójdziecie razem do teatru. - Zmarszczyła lekko brwi i przymknęła oczy.
- Zawsze dotrzymuję obietnic, kochana. - Wlepił w swą małżonkę pełne żalu, ślepe spojrzenie. - Ale to może być pierwsza, którą złamię.

***

- Nie! Nie, nie, nie, NIE! - Od strony sypialni dało się słyszeć głośny krzyk, wymieszany ze szlochem. Vanessa ułożyła głowę na martwej piersi Richarda, próbując wsłuchać się w bicie jego serca. Niestety, do jej uszu nie doszedł żaden odgłos.
- Wy! Jesteście tu już tydzień! Mieliście czas aby go uratować! - Kobieta zwróciła się tym razem do stojących wokół łóżka mężczyzn, którzy kulili głowy ze wstydu.
- Nigdy wcześniej nie widzieliśmy czegoś takiego. Nie mieliśmy pojęcia jak temu zapobiec...
Wdowa w żaden sposób na to nie zareagowała. Zamiast tego ściskała dłoń swego męża, wylewając przy tym strumień łez.
W pewnym momencie do pomieszczenia wbiegła Hecate, cała zdyszana. Patrząc na to co się działo, do jej oczu cisnęły się łzy. Z początku nie podchodziła. Upadła na kolana, a ściskaną w dłoni szmacianą lalkę upuściła.
- Wyjdźcie. - Nakazała lekarzom jej matka, wpatrując się w twarz zmarłego.

Tego dnia Hecate utraciła część siebie. Została okłamana przez, jak początkowo wierzyła, najuczciwszego człowieka na świecie.

Jakiś czas później obie udały się na jego pogrzeb. W gronie rodziny i najbliższych przyjaciół zebrały się na pobliskiej górce, aby wspólnie uczestniczyć w tej ceremonii.
Położyły dłonie na drewnianej skrzyni, z bólem wspominając jego ostatnie chwile. Po tym jednak przyszedł czas na te radosne, te, w których uczył Hecate czytania, geografii oraz jazdy konno. Te, w których byli razem, śmiejąc się do rozpuku.
Po chwili zabrały ręce z wieka, wykonując parę kroków w tył. Natomiast grabarze zajęli się tym, co potrafili najlepiej - zakopali trumnę i złożyli dziewczętom najszczersze wyrazy współczucia.
- Posłuchaj mnie, Hecate. - Matka zwróciła się do córki. - Twój tatuś był dobrym człowiekiem, najlepszym jakiego miałam okazje poznać. W tej chwili nie ma go z nami, ale wiesz co? Jestem pewna, że on jest teraz szczęśliwy i chciałby, żebyśmy były silne. Żebyś ty była silna. - Posłała jej pełen czułości uśmiech, ukrywając fakt, że nie jest on do końca szczery. - Damy sobie radę, Hecate. Damy sobie radę... - W pewnym momencie zakaszlała, lecz szybko to w sobie stłamsiła. Choć, niestety, nie dość szybko.
- Coś się stało, mamusiu?
- Nie, wszystko w porządku, córeczko. Nie przejmuj się tym, zaraz mi przejdzie.

***

Pomimo zapewnień matki, kaszel wcale nie przeszedł, a wręcz pogorszył się. Z czasem Vanessa przestała wykonywać swoje dotychczasowe obowiązki - nie była w stanie tego robić przez kłopoty ze wzrokiem.
Zaczęło się od sporadycznych bóli głowy. Po dłuższym czasie przerodziły się jednak w trwałą, pulsującą raz po raz udrękę. Wraz z wyniszczającym kaszlem były one nie do zniesienia, lecz wtem pojawiła się dodatkowo ślepota, przekreślająca jej szanse na jakiekolwiek poruszanie się po budynku. Została przykuta do łóżka, zupełnie tak, jak poprzedni właściciel posiadłości.
Hecate tym razem nie był w stanie nikt powstrzymywać - codziennie odwiedzała mamę, pomagając jej we wszystkim. Przynosiła jedzenie, a nawet czytała książki na dobranoc! Nikt inny poza nią nie wchodził do tamtego pomieszczenia - ludzie obawiali się choroby, dlatego starali się trzymać z daleka. Część z nich rzuciła tą pracę i opuściła posiadłość, natomiast druga część pozostała przy dziewczynce, bardziej z powodu swojego przywiązania niż chęci zarobku. Współczuli jej oraz pomagali tak, jak dotychczas, jednak nie zamierzali zbliżać się do cierpiącej.
Strach w ostateczności wygrał.

Nim minął miesiąc, wieści o chorobie kolejnego członka rodziny zdążyły się rozejść po okolicy. Stała się ona głównym źródłem plotek, niesprzyjających nie tylko Vanessie, ale również Hecate. Dziewczynka miała niegdyś wielu przyjaciół, a były nimi dzieci z miasta - zarówno te zamożniejsze, jak i nie mające grosza przy duszy. Teraz jednak wszyscy się od niej odwrócili z rozkazu swych rodziców, którzy obawiali się o ich zdrowie.
W tamtym czasie Hecate po raz pierwszy poczuła się samotna i bezradna. Sama nie mogła zrobić niczego, natomiast nie znalazł się nikt, kto zechciałby jej pomóc w opiece nad matką. Była bardzo, bardzo smutna.
I z towarzyszącym jej smutkiem widziała, jak jej własna rodzicielka umiera, krztusząc się własną krwią. Tuliła ją, wylewając przy tym potok łez, lecz to w żaden sposób nie pomagało.

Łzy nigdy jej nie pomagały - spostrzegła po pewnym czasie.
W tym samym momencie obiecała sobie, że już nie będzie płakać. Że już nie będzie robić tak bezsensownych rzeczy.

Dzień później, jej dłoń po raz kolejny dotknęła wieka trumny. Po raz kolejny pożegnała się z bliską jej sercu osobą.

∞ Część 2: Usłysz mnie ∞

Wkrótce cały majątek rodziców Hecate został zagarnięty przez brata Richarda - Rafaela. Mężczyźni nigdy się ze sobą nie dogadywali. Stryj Hecate uważał, że jej dziadek podzielił swój spadek między synami niesprawiedliwie, a jemu przypadła znacznie gorsza część. Z tego powodu żyli w napiętych stosunkach i jeżeli nie mieli ku temu specjalnych okazji - nie nawiązywali ze sobą kontaktu.
Ta sytuacja była jednak dość skomplikowana. Hecate miała zaledwie dziesięć lat i nie była w stanie sama zarządzać całym majątkiem. Kiedy Rafaela doszły o tym słuchy, postanowił wprowadzić się tam wraz ze swoją rodziną i zaopiekować się bratanicą.
Albo przynajmniej tak wszystkim mówił, gdyż jego prawdziwe intencje okazały się o wiele mniej... sympatyczne.

***

Hecate nigdy nie przepadała za tą częścią rodziny. Czuła się przy nich niekomfortowo. Wydawało jej się, że kiedy z nią rozmawiali, robili to na siłę, a ją samą uważali za rozpieszczonego bachora. Nie znajdywała wspólnego języka ani ze stryjem i stryjenką, ani nawet z ich trojgiem dzieci. Kuzyni zachowywali się tak, jakby patrzyli na nią z góry, wobec tego wspólne zabawy na podwórku czy też grupowa nauka nie wchodziły w grę. Dlaczego więc musiała teraz spędzać z nimi tyle czasu? Uważała to za niewyobrażalną katorgę, tym bardziej, że jeszcze chwilę temu straciła rodziców. Obojgu w ten sam bolesny sposób.

Przez cały czas Hilda próbowała ją pocieszać na różne sposoby, lecz Hecate nie odzywała się do niej. Była na nią zła i nie zamierzała jej przebaczyć za to, co zrobiła. A w jej mniemaniu kłamstwo było okropnym czynem. Służka niegdyś zapewniła ją, że jej ojciec wyzdrowieje, jednak tak się nie stało. On umarł...

Powiecie zapewne "Chwila! A co ze stajenną, z którą Hecate się całkiem nieźle dogadywała? Przecież to nie tak, że nie miała nikogo."
No więc z nią również nie mogła porozmawiać. Ponieważ Jane została zwolniona.
To dobra osoba, pomimo wysokiego temperamentu. Nie dawała sobie wmówić kłamstw. Była pewna swojej wiedzy i umiejętności, co było jednym z powodów, dla których rodzice Hecate rzadko wtrącali się w jej robotę i nie mieli wobec niej żadnych uwag. Pokładali w niej dużą dozę zaufania, a ona dzięki temu z czasem pokochała tą pracę i zaprzyjaźniła się z nimi oraz z ich córką.
Nie spodobała się jednak Rafaelowi i jego rodzinie za sprawą pewnego incydentu, mającego miejsce w stajni. Jeden z kuzynów Hecate bardzo źle traktował konie. Kiedy te się go nie słuchały, bił je i okaleczał. Widząc to, kochająca zwierzęta stajenna wściekła się. Chcąc mu dać nauczkę, uderzyła go w policzek. Ten natomiast zatoczył się, a upadając, wylądował prosto w... końskim łajnie.

***

Przeżycie z nimi tygodnia okazało się dla Hecate wyzwaniem. Była zmęczona, smutna i zła jednocześnie, lecz to niczego nie zmieniało. To nie dawało jej wiary, że lada dzień stanie się na powrót szczęśliwa...
A wręcz odwrotnie. Po tym tygodniu nabrała wrażenia, że stanie się coś złego. Zorientowała się, że jej wzrok zawodzi. I to nie z powodu roztargnienia, czy braku koncentracji. Ona powoli zaczynała ślepnąć.
W dodatku z dnia na dzień czuła się coraz gorzej. Nie chciała jeść ani spać. W tym pierwszym przeszkadzało jej rozdarte gardło, natomiast w tym drugim - kująca pulsującym bólem głowa. Nigdy wcześniej się tak źle nie czuła i trudno jej było to ukrywać. A wiedziała, że jeśli nie będzie tego robiła, stryj potraktuje ją gorzej, niż dotychczas. On bardzo obawiał się tej nieznanej choroby, która w dodatku wywoływała jeden z najpoważniejszych skutków - śmierć.

Dość szybko jednak stało się to, przed czym Hecate próbowała się uchronić. Wystarczyło, że pewnego razu potknęła się w obecności swoich kuzynów - rzecz jasna, z powodu słabego wzroku - a ci natychmiast donieśli o tym ojcu.
Rafael, pomimo braku większych dowodów, postanowił działać bardzo szybko. Nie miał czasu, aby zastanawiać się nad tym, co zrobić z dziewczynką, a skoro lekarze nie zdołali pomóc jej ojcu, to nie wierzył również w to, że dadzą radę ją wyleczyć. Mimo wszystko bardziej przejmował się losem najbliższej rodziny, niż córką znienawidzonego brata. Zadecydował więc, że wyrzuci ją z domu. Uznał, że to by była najwłaściwsza opcja, a zarazem jedyna, która nie zagrażałaby jego życiu.
I tak też uczynił. Zwyczajnie ją wygnał na drogę dając zaledwie parę monet i służebne łachmany, aby ukryć przed złodziejami fakt, że dziewczynka ma parę grosza przy duszy. Myślał, że w ten sposób grzech go ominie, a on sam zrobił dobry uczynek. Tym samym jednak pozostawił ją na pastwę losu. Doprowadził do skraju życia i śmierci.

***

Jedynym, co zapamiętała z tamtego dnia, był chłód, ciemność i przemęczenie. Gdy dotarła do miasta, zaczęła błąkać się po uliczkach Thenderionu, próbując wyniuchać jakieś dobre miejsce na nocleg. Niestety, nikt nie chciał jej przyjąć za tak niską kwotę. Ludzie okazali się znacznie mniej łaskawsi, niżeli się tego spodziewała...
Nie mając zbyt wielu opcji, postanowiła przespać się w jakimś zaułku. Niestety, gdziekolwiek by się nie udała, natrafiała na inne, nie posiadające domu osoby. Za każdym razem jednak odchodziła, aby poszukać w innym miejscu.
Po jakimś czasie odnalazła odpowiedni zakątek, gdzie przebywała tylko dwójka dzieci, będących prawdopodobnie rodzeństwem. Hecate uznała, że są w podobnym wieku i raczej nie będą stanowić dla niej zagrożenia, toteż usiadła parę sążni dalej, opierając się o zamszone ściany budynku. Skrzyżowała ramiona aby się rozgrzać, za moment przymykając oczy. Zasnęła.

***

Obudziła się po paru godzinach... albo paru minutach? Sama nie była tego do końca pewna. Otarła dłońmi zmęczone powieki. Rozejrzała się dookoła, lecz nikogo nie było w pobliżu. Ze zdziwieniem stwierdziła, że tamte dzieci zniknęły, zostawiając ją samą. Może to dobrze?
Dla pewności sprawdziła, czy sakiewka, którą jakiś czas temu ukryła w kieszeni, jakimś dziwnym trafem nie "zniknęła". I... jej obawy ponownie się sprawdziły. Została okradziona ze wszystkich swoich oszczędności. To wprawiło ją po części we wściekłość, a po części w przygnębienie. Położyła dłonie na twarzy, jakby chciała przed samą sobą ukryć cisnące się do oczu łzy. Po chwili jednak uspokoiła się, zwracając twarz ku nocnemu niebu.
- Mama powiedziała mi kiedyś, że jeżeli się pomodlę, to stanie się coś dobrego. Że Najwyższy pomoże mi z moimi problemami. - Przypomniała sobie rozmowę z rodzicielką o Bogach, aniołach i Planach Niebieskich. Uklękła i złożyła dłonie, wyszeptując następnie kilka słów. - Proszę Cię, Panie, nie zrobiłam niczego złego. Jestem głodna, zmęczona i... i... - Skuliła głowę, przecierając powieki rękawem. - Moi rodzice nie żyją. Błagam Cię, zrób coś, żebym mogła poczuć się lepiej. Wystarczy nawet odrobina jedzenia...
Poczekała. Czekała najpierw dziesięć minut, potem dwadzieścia. Ale nic się nie stało. Hecate była nie tylko zasmucona, ale i zaskoczona. "Może powinnam poprosić innego Boga?"
I myśląc w ten sposób, ponownie opadła na kolana.
- Matko Naturo, jestem człowiekiem, ale człowiekiem w potrzebie. Proszę, pomóż mi, a na zawsze pozostanę Twoim sługą, pomimo swej rasy. Będę... będę mieszkała w lesie oraz pomagała Twoim dzieciom. Tylko proszę, nie zostawiaj mnie tutaj. - Ostatnie słowa wypowiedziała znacznie ciszej. Traciła powoli nadzieję na to, że dożyje kolejnego dnia. Czuła się fatalnie i już prawie niczego nie była w stanie dostrzec. Zakasłała, a następnie położyła się na boku.
- Błagam... ktokolwiek... niech to chociaż tak mocno nie boli.

∞ Część 3: Witaj w domu ∞

W momencie, w którym utraciła resztki wiary, zasnęła. Nie spodziewała się cudu ani tym bardziej ratunku. Poddała się i wszystko przestało mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. Była pewna, że umrze przytulona do chłodnego bruku pośród złodziei, głodu i brudu, gdzie od czasu do czasu dało się słyszeć jedynie ciche piszczenie myszy...
Dlatego widok, który ujrzała tuż po przebudzeniu, zaparł jej dech w piersiach. Pierwszym ewenementem było to, że znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Siedziała pośrodku wielkiej, luksusowej izby, pełnej zdobień i gustownych niuansów. Po jednej stronie wisiało mnóstwo półek, na których stały różnej wielkości, kształtu oraz barwy flakoniki, po brzegi wypełnione nieznanymi substancjami. Po drugiej stały szafki i biurka a na nich leżały przeróżne zwoje i księgi.
To z pewnością ją zaskoczyło... lecz nie tak mocno, jak rzecz, którą odkryła dopiero po chwili. Z powodu zdumienia nie spostrzegła za pierwszym razem, iż mogła przecież widzieć! I to bardzo dobrze, lecz tylko na jedno oko. Zdziwił ją ten fakt, gdyż nie sądziła, że choroba kiedykolwiek ustanie. Drugie oko okazało się jednak... zupełnie ślepe.
Nie rozwlekając się nad tym zbyt długo, wstała, rozglądając się dookoła. Nie zauważyła niczego dziwnego w tym pomieszczeniu, dopóki nie spojrzała na dół. Wyrysowane wokół niej symbole nie tyle ją zaskoczyły, co przestraszyły. Już od jakiegoś czasu mogła poczuć ciężki, metaliczny zapach, jednak dopiero, gdy ujrzała znaki wymalowane czerwoną "farbą", otrząsnęła się i domyśliła, że to nie jest nic innego jak krew. Zachwiała się i cofnęła o parę kroków, lecz w tym samym momencie drzwi do pokoju otworzyły się, a w nich stanęła wysoka postać, okryta krwistoczerwoną peleryną.

***

- K-kim jesteś? - Spytała, nieudolnie starając się sprawić wrażenie niewzruszonej. W rzeczywistości jednak targał nią strach, a kolana jakby same się uginały. Nie odrywała wzroku od tajemniczej sylwetki, obserwując każdy jej ruch. Dopiero po chwili spostrzegła, iż ma do czynienia z kobietą, lecz to tak czy owak nie zmieniało jej postawy wobec przybysza, który powoli wywoływał w niej poczucie irytacji. Długo ma zamiar tak stać i nic nie robić?
- Co to za miejsce? - Po raz kolejny się odezwała i również tym razem nie otrzymała odpowiedzi. Wkrótce po jej głowie zaczęły krążyć przeróżne myśli, a jedna, prawdopodobnie najprzykrzejsza, wręcz cisnęła się na usta. - Umarłam, prawda? Gdzie w takim razie są moi rodzice?
Kobieta zamknęła za sobą drzwi, po czym wykonała parę kroków w stronę biurka.
- Żyjesz. W dodatku jesteś zdrowa, a choroba ustała. Lecz nie sama z siebie. - Odparła, w międzyczasie chwytając leżącą tuż obok księgę. Przewertowała ją i zatrzymała na stronie oznaczonej czarnym paskiem. - Wiedz, że to nie było proste. Choć zużyliśmy tak wiele energii, nie zdołaliśmy przywrócić tobie wzroku w pełni. - Spojrzała na nią chłodno, jednak po chwili machnęła ręką, jakby straciła zainteresowanie. - Ale przynajmniej jesteś w stanie cokolwiek dostrzec. Nie powinnaś więc narzekać.
Hecate obruszyła się. Wcale nie miała takiego zamiaru.
- Kim jesteś? – Powtórzyła wcześniejsze pytanie z większą pewnością siebie. Po wypowiedzi kobiety coraz mniej się jej obawiała, zaczynając sądzić, iż nie ma ona złych zamiarów. Albo przynajmniej nie sprawiała takiego wrażenia.
Ta natomiast zwróciła ku niej swe stoickie spojrzenie, nie zdradzające żadnych myśli. Dopiero po chwili zdecydowała się poświęcić dziewczynce więcej uwagi, westchnąwszy przystępując do odpowiedzi.
- Jestem sługą swego Pana, jednego z najstarszych i najpotężniejszych kaer natherini, stąpających po tej łusce. To On jako jedyny usłyszał twoje modły. Za Jego rozkazem odnaleźliśmy cię i przywróciliśmy tobie siły. Sprowadziliśmy tutaj, do naszej twierdzy, aby obdarzyć cię niezwykłą wiedzą oraz umiejętnościami. - Jej głos brzmiał co najmniej nieprzekonująco. Jakby ktoś opowiadał niezmiernie nudną i bezwartościową historyjkę. Tak też Hecate to przyjęła, uznała, że wszystko to jest jednym wielkim żartem.
Ale z jakiego powodu ktokolwiek miałby się o to fatygować? Ta myśl z pewnością zasiała w niej ziarno wątpliwości. Kaer natherini? Słyszała niegdyś tą nazwę, a dokładnie wtedy, gdy pewnego razu do miasta przybył sławny bajarz, wywodzący się z Rododendronii. Opowiadał dzieciom przeróżne bajki, z których w każdej żyła przynajmniej jedna postać, odmienna od reszty. Taka osoba nazywana była czarnym charakterem, a jej intencje przeważnie były złe i okrutne. Czasem niosła za sobą rozpacz i cierpienie... o ile Hecate dobrze pamięta, to właśnie kaer natherini w jednej z książek nosił miano antagonisty.
- Czy twój pan jest dobrą osobą?
- Dobrą? - Kobieta wstała, po czym zrobiła parę kroków w stronę swojej maleńkiej rozmówczyni. - To On nakazał nam odnalezienie ciebie. Za jego sprawą przywróciliśmy tobie wzrok i gdyby nie On, byłabyś w tej chwili martwa. Zapytaj siebie, czy osoba, która uratowała ci życie zasługuje na nienawiść bądź pogardę.
Hecate oniemiała. Nie przemyślała tego.
- Nie zasługuje... - Wydusiła z siebie zaledwie kilka słów, po czym zalała się łzami. - Dziękuję. Bardzo wam dziękuję...
W chwili, gdy dziesięciolatka była zajęta wycieraniem łez, zakapturzona postać prychnęła cicho.
- Głupia... Masz teraz wobec niego dług. Dług, który będziesz spłacała przez resztę swojego życia. Myślałaś, że ocalił cię bez powodu? Rozejrzyj się. To będzie twój dom. On będzie twoim panem, a ja twoją siostrą. - Zsunęła z głowy kaptur ujawniając splecione w warkocz, brunatne włosy oraz powoli starzejącą się twarz. Po chwili do pomieszczenia wkroczyło jeszcze ponad tuzin postaci, o różnym wzroście i odmiennej posturze, odzianych jednak w te same płaszcze. - Oni także będą twoją rodziną.

***

Jak myślicie: co się stało tamtego dnia? Jeżeli uważacie, że Hecate uciekła bądź w jakiś sposób sprzeciwiła się nieznajomej - mylicie się. Jeszcze tamtej nocy zawarła pakt, który raz na wiele lat przypieczętował jej żywot, wiążąc ją nie tylko z prastarą istotą, ale i jej wyznawcami.

Rissuis
(Przysięga Ocalonych w języku demonów)

andedion uediIumi diIiuion risun
artiu mapon arueriIatin
lopites snIeδδic sos brixtIa anderon
clucionfloronnigrinon adgarionaemilI
on paterin claudIon legitumon caelion
pelign claudIo pelign marcion uictorin asiatI
con aδδedillI etic secoui toncnaman
toncsiIontIo meIon toncsesit bue
tid ollon reguccambion exops
pissIiumItsoccantI
rissuis
onson
bissIet luge dessummiIis luge
dessumIis luge dessumIIs luxe

W wolnym tłumaczeniu:

Od tej chwili już na zawsze
zabić tego, kto Cię zdradzi - będzie moim obowiązkiem
Demoniczny Panie, oddam życie, oddam duszę
bo to dzięki Tobie widzę, dzięki Tobie czuję, słyszę
i śnię o idealnym świecie.
Dlatego
nie dopuszczę do Ciebie ani jednego świętego,
nie pozwolę, by ktokolwiek mógł zniweczyć Twój wielki plan
A gdy staniesz przede mną
padnę na kolana
i nakłonię plugawych
by postąpili tak samo
bo nie ma wierniejszego ode mnie sługi
Zechciej mieć mnie w swej opiece
a przysięgam
dług swój spłacić do ostatniej kropli krwi

***

Jak można przypuszczać, z początku była zagubiona i wystraszona. Nie wierzyła w to, co się dzieje, jednak była posłuszna i nie zadawała wielu pytań. Odpowiedzi przyszły z czasem same.

Kim tak naprawdę był demon, którego czcili kultyści i jaki miał w tym wszystkim cel?
Jak już zostało wspomniane, chodzi o jednego z najstarszych i najpotężniejszych Kaer Natherini tych czasów. Wśród kultystów krążą plotki, iż żyje ponad pięć tysięcy lat, jednak nikt nigdy nie ośmielił się tego w jakikolwiek sposób sprawdzić. Hægnetii (bo tak brzmi jego imię) chętnie dzieli się wiedzą ze swoimi wyznawcami, o ile ci są mu wierni i regularnie składają mu ofiary w postaci istot żyjących, posiadających szczególne predyspozycje do posługiwania się magią oraz wyczuwania jej. Takie osobniki mają więcej energii magicznej, co oczywiście działa na korzyść demona. Nie zadowala się jednak zwykłymi zwierzętami - ofiary z istot rozumnych są bardziej wartościowe, a co za tym idzie - napełniają go większą mocą. Hægnetii nigdy nie zdradził, w jakim celu pragnie posiąść taką potęgę. I o to również nikt nie ośmielił się zapytać.

Skąd przybyło mu tylu wyznawców?
Wielu członków kultu trafiło tutaj nie przez przypadek. Zostali wybrani, spośród wielu innych wyróżnił ich sam Hægnetii. Oni uważają to za powód do dumy, choć ich początki w kulcie są takie same, jak dla pozostałych nowicjuszy. W jaki sposób jednak demon ich wyróżnił? W ten sam, przez który Hecate tu trafiła - ocalił ich. Wyrwał ze szponów śmierci bądź nędznego życia i sprowadził tutaj, aby mogli mu służyć przez resztę życia, tym samym odwdzięczając się. Jaki powód mają jednak inni wyznawcy? Ci, którzy dołączyli do kultu z własnej woli oraz zobaczyli w nim swego pana, słyszeli o jego ogromnej wiedzy. Demon w ciągu swojego żywota posiadł wiele skarbów - a były to między innymi stare księgi, napisane przez różne istoty w różnych językach. Zebrał je wszystkie w jednym, starannie zabezpieczonym pomieszczeniu i postanowił udzielić dostępu do nich jedynie najwyżej postawionym członkom kultu. Było to motywacją dla innych - aby w każdy możliwy sposób próbować zaskarbić sobie przychylność Hægnetii'ego i zyskać przepustkę.

∞ Część 3.5: Umacnianie więzi i doskonalenie się ∞

Do kultu przyjęto ją, kiedy miała dziesięć lat. Od tamtej pory wyznawcy demona stali się zarówno jej nauczycielami, jak i wychowawcami. Dali jej zakwaterowanie i karmili dwa razy dziennie. Przekazywali jej wiedzę na różne tematy. Może to niektórych zdziwić, jednak trenowali ją także w walce bezpośredniej. Wpoili jej swoje zasady i światopogląd. Wmawiali, iż okazywanie uczuć jest słabością, a zachowanie spokoju i cierpliwości może być nie tylko zdatne, ale i nagradzane. Umiejętność panowania nad sobą jest bowiem bardzo potrzebna przy magii demonów. Przed chowańcem nie należy ujawniać strachu bądź niepewności - w przeciwnym wypadku zamiast Cię słuchać, rzuci się Tobie do gardła. Po niedługim czasie opiekunowie spostrzegli, iż Hecate posiada dosyć wyostrzony zmysł magiczny, jak również wydaje się być ustabilizowana emocjonalnie. Z tego powodu, postanowiono kształtować ją w kierunku przywoływania, a skoro nie każdy członek kultu mógł pełnić funkcję przywoływacza, dziewczyna wydała im się bardzo obiecującą nowicjuszką.

***

Ostatnia lekcja magii z dziedziny demonów miała miejsce na miesiąc po jej siedemnastych urodzinach.
Hecate stanęła w samym centrum średniej wielkości pokoju, rzucając spojrzenie swej wieloletniej nauczycielce, nim przystąpiła do rytuału. Wzięła głęboki oddech, a następnie wyrysowała na kamiennej podłodze pentagram zwierzęcą krwią. Podeszła do jego krawędzi, w jednej dłoni trzymając kość żebrową, a w drugiej świeżo wykrojone serce. Wyciągnęła ręce przed siebie i zamknęła oczy. Gdy odczekała parę minut, zaczęła inkantować wyuczoną niegdyś formułę.
Nie minęło pięć sekund, a pentagram zmienił swą barwę na ciemną purpurę. Biła od niego słaba poświata, a w pomieszczeniu zgromadziła się lekka mgła. W tamtym momencie Hecate przestała nucić i przebiła krwawiący narząd ostrym końcem żebra. W jednej chwil rozlało się mnóstwo karmazynowej cieczy, która niemal od razu po zetknięciu z ziemią utworzyła swego rodzaju portal. Dziewczyna uważnie obserwowała, jak powoli wydostaje się z niego blada, łuskowata istota o oczach żarzących szkarłatem i śmiercionośnych szponach. Portal zgasł, a demon wydał z siebie przeraźliwe ryknięcie. Uczennica przywoływaczki nie cofnęła się jednak przed nim - zamiast tego wyjęła z serca kość, by następnie odrzucić ją na bok.
- Od tej chwili będziemy razem, demonie. Jeżeli nie stawisz oporu przekonasz się, jak wiele korzyści osiągniesz z naszej współpracy. - Oznajmiła, starając się mówić płynnie i czysto, bez załamania. Bała się, lecz nie mogła tego dać po sobie poznać, a już na pewno nie przed tak niebezpieczną istotą.
- Hahaha! - Białołuski wydał z siebie donośne rżenie. - A kimże ty jesteś, wątła istoto, żeby mi rozkazywać?! Myślisz, że nikt dotąd nie próbował mnie związać? Mylisz się! W dodatku ty wydajesz się być najsłabsza... Niby dlaczego miałbym cię słuchać? - Wywerna wykonała w stronę Hecate parę szybkich kroków, przybliżając swoją paszczę do jej wyciągniętej dłoni. - Bez problemu byłbym w stanie wyrwać ci to serce z ręki. A potem kolejne, tym razem prosto z twojej piersi!
Po czole dziewczyny spłynęła strużka potu. Wpatrywała się w demoniczne ślepia, zupełnie tak, jakby te zrodziły się w samych czeluściach otchłani. Posiadała jednak coś, czemu (jak przypuszczała) demon nie będzie się w stanie oprzeć. Miała dobry argument.
- To prawda, lecz wtedy musiałbyś czekać kolejne lata, jeśli nie dziesięciolecia, aby dostać się do tego świata i móc połasić się o następne serce. - Zrobiła krótką przerwę, aby zobaczyć jego reakcję. Demon jednak niczego nie powiedział, a wręcz nieco oddalił pysk. - Ze mną byłbyś w stanie dostawać się tu bez problemu, a ciała moich wrogów pożerać nawet w całości.
Białołuski zamilkł na chwilę, jak gdyby się nad czymś zastanawiał. Dopiero po chwili wydał z siebie ciche prychnięcie.
- Nie zjadam ludzi w całości. Ich głowy smakują jak papka, korpus da się porównać do padliny, a kończyny? Phi, same kości! - Odparł, odwzajemniając przy tym chłodne spojrzenie dziewczyny. - Jak cię zwą, człeczyno?
- Hecate.
- Ja jestem Hugin. Dobrze zapamiętaj to imię, jeśli mamy razem polować.
Dziewczyna wyrzuciła w górę "przysmak". Demon wybił się od podłoża i złapał mięso w powietrzu. Połknął na raz, a gdy Hecate szepnęła coś pod nosem i przetarła stopą krąg, powrócił do otchłani bez słowa sprzeciwu.

***

- Jesteś zadowolona, lecz czy wzięłaś pod uwagę wszystkie aspekty? Ten demon jest zupełnie inny od ptaszyska, które oswoiłaś pół roku temu. On łaknie krwi, mordu. Nie da się uwiązać równie łatwo, a w przyszłości może sprawić niemałe problemy. - Pouczyła podopieczną, a następnie naciągnęła kaptur na głowę. - To, co zrobiłaś było imponujące, jak na ten poziom. Musisz jednak wiedzieć, że to czas odgrywa największą rolę w nawiązywaniu relacji. Nie spodziewaj się na samym początku cudów. Nie spodziewaj się, że Hugin będzie tobie posłuszny w każdej kwestii.
- Wiem, Mildred. Uczyłam się tego wszystkiego, nie spałam, kiedy mi o tym opowiadałaś. Wiem, że to nie będzie proste, ale powiedz szczerze - gdybyś we mnie nie wierzyła, dałabyś mi ku temu okazję? Pozwoliłabyś mi chociaż spróbować oswoić tak silne stworzenie?
- Posłuchaj, dziewczyno! - Uniosła głos, co Hecate wydało się mocno przesadzone. - Wierzę tylko i wyłącznie w naszego Pana. To, że pozwoliłam tobie na tak wiele, nie znaczy, że ujęłam choć część wiary w Niego, aby przelać ją na ciebie. Wciąż jesteś zbyt arogancka. Musisz czym prędzej to naprawić. - Nakazała, po czym dała jej czystą szmatkę. - Wytrzyj się. Masz na sobie wiele krwi.
Hecate cicho prychnęła, choć przyjęła skrawek materiału i szybko zaczęła wycierać o niego dłonie i przedramiona.
- W takim razie dlaczego mi na to pozwoliłaś?
Kobieta nieco się zawahała, jednak po paru sekundach skierowała się w stronę wyjścia. Postanowiła nie odpowiadać na to pytanie.
- Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Wróć do swojej kwatery i przygotuj się na Obławę. To twój pierwszy raz, prawda? Z pewnością utkwi on w twojej głowie na długi czas.

***

Obława - rytuał, polegający na schwytaniu umagicznionej istoty, a następnie złożeniu jej w ofierze Hægnetii'emu, aby nakarmić Go energią i mocą. To, jak często należy organizować Obławę, zależy wyłącznie od Jego woli.
Do obrzędu przystąpić mogą jedynie członkowie, którzy wystarczająco dojrzeli do niezachwianej służby demonowi oraz pomyślnie ukończyli naukę, pobieraną od jednego z opiekunów.
--Madeline, Pierwsza Kapłanka

Tydzień po oswojeniu demonicznej wywerny, Hecate wyruszyła do pobliskiej wsi wraz z pięcioma innymi wyznawcami. Nocą wślizgnęli się do niewielkiej, aczkolwiek zadbanej chaty, by następnie przystanąć tuż obok łóżka śpiącej zielarki. Jeden z nich machnął do dziewczyny głową. Wiedząc dokładnie, co ma zrobić, Hecate wyciągnęła knebel i przygotowała się do tego, aby w jednej chwili założyć go ofierze na usta. W tamtym momencie jednak zielarka otworzyła oczy. Pomimo ogromnego szoku, kobieta naprędce wykonała dłonią znak, a młoda kultystka została odepchnięta przez jakąś nieznaną siłę. Dziewczyna poleciała parę metrów w tył, upadając na krzesło.
Przez krótką chwilę była oszołomiona. Kątem oka dostrzegała jednak to, co działo się w pomieszczeniu. Ta zielarka nie była zwykłym człowiekiem... Zanim utraciła przytomność, położyła na łopatki paru kolejnych napastników, a jeden z nich nawet przypłacił to życiem.
Po tym, jak w końcu udało im się ją schwytać, wrócili do sanktuarium niosąc ze sobą "zdobycz".
Gdy przy ołtarzu zebrali się wszyscy członkowie, włącznie z Hecate zaczęli powtarzać za kapłanką tradycyjną litanię.

Jesteśmy
okropnymi dziećmi nocy,
Przekleństwa wzywają
nas do otchłani.
Staniesz się pokarmem demonów
bezkrwawym cieniem.

Świece, będące w tamtym momencie jedynym źródłem światła, zaczęły gwałtownie gasnąć jedna po drugiej. Głosy zebranych również z czasem stłumiły się. W pomieszczeniu zapanował mrok, lecz nikt nie ośmielił się poruszyć. Czekali, aż On przybędzie.
Hecate nie była w stanie dokładnie określić, jak wiele czasu minęło. W pewnej chwili ołtarz zasłynął setką maleńkich ogników. Spod niego wzniosła się cała chmara szarańczy i wnet pochłonęła leżące nań ciało. Trudno było powiedzieć, czy to aby tylko iluzja. Wszystko wydawało się tak rzeczywiste, dziewczyna nie mogła – nie chciała – oderwać wzroku, przegapić choć jednej chwili, którą, jak czuła, mogłaby przypłacić życiem. Gdy po ofierze nie zostało nic, poza rozbryźniętą dookoła krwią, rój przysiadł na ołtarzu. Owady poczęły wgryzać się w kamień, momentalnie tworząc napis „Ofiara przyjęta. Oto daję wam moje błogosławieństwo”
Każdy z zebranych doznał podobnego uczucia. Przez ich głowy przemknęły obce myśli, jakby ktoś wdarł się do ich umysłów. Każdy jednak dowiedział się czego innego. Każdy otrzymał jakąś nagrodę.
Hecate usłyszała pusty, ciężki głos brzmiący niczym dzwony klasztorne: „Księga Artemusa, rozdział trzynasty”.

Niemal od razu po ceremonii, dziewczyna udała się do swojej byłej opiekunki.
Dowiedziawszy się o przemyśleniach podopiecznej, kobieta położyła dłoń na podbródku i wyraźnie się zamyśliła.
- A więc przemówił do ciebie? To rzadko zdarza się wśród nowicjuszy. – W jej głosie, oprócz zdumienia, dało się słyszeć również dumę. – Nie możesz tego zignorować. Chodź za mną, przeglądając stare tomy natknęłam się niedawno na ten tytuł. Księga Artemusa jest zbiorem rzadkich, trudnych do opanowania zaklęć. Być może nasz Pan chce, abyś przyswoiła sobie któreś z nich?

***

To, co później odkryła, przerosło jej wszelkie oczekiwania. Rozdział wskazany przez demona dotyczył magii, z którą dziewczyna miała styczność podczas ostatniej Obławy. Magii, którą władała zielarka i za pomocą której dzielnie stawiała opór kultystom. Owa magia przynależała do Kręgu Materii, a mianowicie - Dziedziny Sił. Hecate zaintrygowała ta sztuka, toteż, za zgodą przełożonych, zdecydowała się kształtować swe zdolności w tym kierunku.
Tak jak przypuszczała - trening nie był prosty. Szczególnie jej wrodzona zdolność do korzystania z magii nie okazała się nazbyt pomocna w tym przypadku. To dlatego, że magia sił opiera się w dużej mierze na zmianach grawitacji, a Hecate, korzystając ze źródła w swoim ciele, nie była w stanie dokonywać tego z dystansu. Wkrótce jednak znalazła na to sposób - wystarczyło dotknąć podłoża i przelać w nie swoją magię, a teren wokół niej stawał się podatny na zmiany grawitacji, które oczywiście mogła kontrolować tylko ona. Było to jednak bardzo uzależnione od jej wewnętrznego Płomienia (źródła mocy w jej ciele), dlatego z początku nie była w stanie objąć tym zaklęciem zbyt wielkiego obszaru, a co za tym idzie - nie opłacało jej się go używać. Z tego powodu zaczęła myśleć nad tym, w jaki sposób mogłaby wykorzystać Dziedzinę Sił w celach bojowych. Zastanawianie się nie zajęło jej wiele czasu - szybko odkryła, że używając jej może wzmocnić swoje ciosy i kopnięcia. Równie przydatnym czarem okazywała się zbroja maga, którą jednak nieprędko opanowała.
Hecate przez następne lata skupiała się na treningu, dlatego z czasem jej Płomień stawał się coraz większy. Czary były potężniejsze, tak samo jak kontrola nad nimi.
Tak samo jak jej reputacja i szacunek, którym ją darzono.

∞ Część 4: Niewykonalne zadanie ∞

Gdy dwudziestotrzyletnia Hecate jadła w spokoju ciepłą strawę, usłyszała pukanie do drewnianych drzwi jej niewielkiego pokoju. Odłożyła sztućce i zaprosiła gościa do środka. Okazała się być nim Mildred - dawna opiekunka dziewczyny, która wiele ją nauczyła, choć równie mocno zganiła za błędy i nieodpowiednie zachowanie.
- Mildred... - Hecate wyglądała na zdziwioną - nie widziałam cię od dość dawna.
- Miałam do załatwienia pewną sprawę w północnej Alarani.
Hecate uznała tą odpowiedź za wystarczającą. Zresztą, ta kobieta rzadko wtajemniczała ją w swoje plany. Czemu teraz miałoby być inaczej?
- Podrosłaś. - Stwierdziła brunetka. - Czy równie mocno urosły twoje umiejętności?
- Przypuszczam nawet, że bardziej. - Na jej obliczu pojawił się nieznaczny uśmiech. - I nie tylko to. Lepiej dogaduję się ze swoimi demonami.
Mildred nie wydawała się zaskoczona tymi słowami, a wyraz na jej twarzy nie zmienił się. Nadal był chłodny i pełen nieufności. Hecate nie była w stanie stwierdzić, czy to aby nie jedynie pozory, jednak mimo to zawsze starała się traktować opiekunkę z pewnego rodzaju życzliwością. Czy raczej tolerancją. Wolała bowiem nie narażać się osobie o tak wysokim statusie.
- Przyszłam tu, żeby przekazać ci zadanie. Masz udać się do Valladonu i przyprowadzić chłopca imieniem Trevor. To sierota, która błąka się po ulicach miasta, dzień w dzień żebrując o marne grosze. Nasz Pan dostrzegł w nim potencjał, więc jeśli go nakarmisz i dasz szansę na lepsze życie, stanie się oddanym sługą.
Hecate przegryzła wargę. Wiedziała, że to nie będzie proste. Valladon nie jest byle mieściną, a ona posiadała za mało informacji. Postąpiłaby jednak głupio pytając o więcej - jeżeli Mildred jej czegoś nie powiedziała, to znaczy, że nic więcej nie wie. Przywoływaczka sama będzie musiała odnaleźć chłopca.
- W takim razie wyruszę jutro o świcie.
Usłyszawszy to, Mildred skinęła głową i opuściła pomieszczenie. Hecate w tym czasie, wpatrując się w miskę postnej zupy, szepnęła do siebie:
- Wiem, jak to jest być sierotą bez dachu nad głową. - Wzięła kilka łyczków, po czym uśmiechnęła się szerzej. - Spełnię wolę mego Pana i zaprowadzę go tutaj. Do nowego domu... i przeznaczonej mu rodziny.

***

Gdy dotarła na miejsce, zapadał zmrok. Ostatnimi dniami nie wypoczywała nader dobrze, dlatego sen był jedną z niewielu rzeczy, o których teraz myślała. Co prawda pośpiech nie był wskazany, jednak przydzielona jej misja nie pozwalała Hecate na chwilę wytchnienia. Przez cały czas zastanawiała się nad losem tego chłopca. Jak mu się teraz powodzi? Czy w ogóle jeszcze żyje?
Wybiegając myślami wprzód, zapomniała o otaczającym ją świecie. Wychodząc z ciemniejącej przecznicy, wpadła na jednego z przechodniów. Był nim stosownie odziany mężczyzna, może i nie obwieszony kosztowną biżuterią, jednak wyraźnie wyróżniający się z tłumu. Zachwiał się, jednak szybko udało mu się odzyskać równowagę, a zaraz po tym podtrzymać upadającą dziewczynę.
- Przepraszam... - Hecate była skołowana. Kaptur zakrywający jej twarz, zsunął się, ujawniając przed mężczyzną jasną, łagodną twarzyczkę.
- Nic się nie stało. - Posłał jej delikatny uśmiech. - Każdemu zdarza się czasem chodzić z głową w chmurach. Ja też powinienem był bardziej uważać. - Po tych słowach jego wzrok wyraźnie utkwił w konkretnym punkcie. Przyglądał się ślepemu oku dziewczyny ze zdumieniem, a gdy jasnowłosa pochwyciła to spojrzenie, przykryła część twarzy jedną dłonią, natomiast drugą nałożyła kaptur na głowę.
- Nie, to moja wina. Proszę o wybaczenie. - Wykonała ukłon po czym skierowała się gdzieś w bok. "On musi być jakimś szlachcicem. Nie powinnam wdawać się w rozmowę z innymi ludźmi na tyle, na ile to możliwe, a tym bardziej z kimś takim.". Nietypowa aparycja jej w tym nie pomagała, dlatego właśnie starała się skrzętnie skrywać ją pod kapturem. W tamtym momencie najbardziej pragnęła czmychnąć gdzieś, przestać być w centrum uwagi.
- Zaczekaj! - położył dłoń na jej ramieniu. - Czy coś się stało? Powinien obejrzeć cię lekarz. - Oznajmił, tym razem przyjemnym, łagodnym tonem, jakby wypowiadał te słowa w kierunku rannego zwierzęcia. A przynajmniej takie Hecate odniosła wrażenie.
- To nic takiego. - Odsunęła jego rękę, nie odwracając się przy tym. - Zapomnij o mnie, zapewne masz własne sprawy na głowie. - Odparła i zaraz potem pobiegła wzdłuż malowniczej alejki, skąpanej w promieniach zachodzącego słońca.
- Jak mógłbym zapomnieć? - Wyszeptał, wierząc, że wkrótce spotkają się ponownie.

***

Następnego dnia, po odespaniu nocy w pobliskiej karczmie, zabrała się za poszukiwania. Poszukiwania osoby, o której tak właściwie nie miała większego pojęcia. Należy jednak pamiętać, że imię nie było w tej kwestii drobnym niuansem. To po nim, i tylko po nim, mogła rozpoznać przyszłego członka jej zakonu.
Choć jej umysł pochłonięty był w większej mierze chłopcem, Hecate nie mogła w pełni odgonić od siebie myśli o wczorajszej sytuacji. Dała o sobie znać komuś z zewnątrz. Dla tamtego mężczyzny nie jest już tylko anonimowym włóczęgą. Miała nadzieję, że to tylko przeczucie i martwi się na zapas, lecz coś jej mówiło, że mogą wyniknąć z tego kłopoty. I to niemałe.

Wędrowała wzdłuż uliczek, od czasu do czasu wypytując mieszkańców miasta na temat tutejszych sierot i biednych dzieci. Wielu jednak się nimi nie interesowało, toteż nijak nie mogli powiedzieć, czy je widzieli i gdzie są. To nie zniechęciło Hecate do dalszych prób - jeżeli zaszłaby taka potrzeba, mogłaby przeszukać oraz przepytać cały Valladon. Na szczęście wkrótce kobieta natrafiła na kilka życzliwych osób, które wydawały się znać odpowiedź, jaką pragnęła usłyszeć.
- Dzieci? Jest ich tu wiele. Błąkają się po mieście, czasem w grupkach, a czasem samotnie, żebrząc lub kradnąc. Wielu ludzi ma im to za złe, lecz sądzę, że one nie mają większego wyboru w tej kwestii. - Pasterz sapnął cicho, gładząc się po nieogolonej brodzie. - Ale wracając do tematu, jakiś czas temu widziałem kilka sierot nad rzeką motyli. Nie wiem, co tam robiły, ale wyglądały na mniej nieszczęśliwe, niż zwykle. - Mężczyzna uśmiechnął się, a Hecate skinęła mu głową. Zaraz po tym prędko skierowała się ku owej rzece.

***

Gdy dotarła na miejsce, jej oczom ukazał się widok, którego nie spodziewała się nawet w najmniejszym stopniu. Piątka dzieci siedziała w półkolu i przysłuchiwała się opowiadanym przez dostojnego szatyna historiom. Mężczyzna mówił z pasją o tym, jak to złowił niegdyś w pobliskiej rzece ogromnego karpia. Mocno gestykulował przy tym rękami oraz dodawał wiele zabawnych uwag, umilając czas sierotom, które obserwowały go z uwielbieniem.
Nic nie zaskoczyło Hecate tak bardzo, jak fakt, że owym mężczyzną był napotkany przez nią poprzedniego dnia szlachcic. Oszołomiona, wpatrywała się w ten rozczulający widok, a kąciki jej ust mimowolnie zawędrowały w górę. "To... dobry człowiek." - ta myśl kompletnie oderwała ją od rzeczywistości. W jej głowie pojawiły się wspomnienia o ojcu, o jego dobroci i szczerości... i w tym samym momencie skuliła głowę ze smutkiem.
Zapomniała, że jest na widoku. W każdej chwili mogła zostać dostrzeżona, co za moment się potwierdziło. Kiedy ponownie zwróciła wzrok w kierunku gromadki, przyłapała nie tylko mężczyznę, ale i sieroty na przypatrywaniu się jej. Miały zaciekawione miny i zapewne zastanawiały się, dlaczego z jej powodu ich bajarz przestał opowiadać tą ekscytującą historię.
Dziewczyna zarumieniła się, przełykając głośno ślinę. Odległość, jaka ich dzieliła nie była znowu taka mała, jednak tym razem Hecate poprzysięgła sobie, że nie ucieknie ani przed szatynem, ani przed własną misją. Idąc w zaparte, skierowała się w stronę grupki z łagodnym uśmiechem na twarzy.
- To była bardzo ciekawa opowieść. - Rzekła odrobinę niezręcznie, nie zatrzymując wzroku na konkretnej osobie.
Zainteresowanie dzieci nie spadło, a wręcz nasiliło się. Nie minęła chwila, a jedno z młodszych - na oko siedmioletnie - zapytało ją wprost:
- Dlaczego masz takie dziwne oko?
Hecate otworzyła lekko usta, zaraz po tym przegryzając sobie wargę. Odwróciła wzrok, lewą ręką naciągając kaptur na twarz.
- To... - Przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Opuściła nieco powieki, starając się wymyślić jakiś powód, lecz wtedy szlachcic zbliżył się do niej i położył dłoń na ramieniu.
- Hej hej! Czy to ważne? - Spojrzał karcąco na chłopca, przybierając jednak uśmiech na twarz, zupełnie jak ojciec pouczający swoje dziecko, gdy te zrobiło coś źle. - Nie musimy od razu wszystkiego wiedzieć, Trevorze. Poza tym, to było niegrzeczne. I mam tu na myśli was wszystkich. Nie sądzicie, że powinniście się wpierw przywitać z tą miłą panią? - Spojrzał na każdego z osobna i na każdym dojrzał wyraz zakłopotania.
Dzieci popatrzyły po sobie, aby za moment znowu skierować swą uwagę na płowowłosą dziewczynę.
- Dzień dobry. - Powiedziały jak jeden mąż, co pozwoliło Hecate ponownie się uśmiechnąć.
- Dzień dobry. - Odpowiedziała wesoło. Zerknęła na chłopca, który zadał jej wcześniej pytanie. "A więc to jest Trevor... Wygląda na szczęśliwego", pomyślała, aby zaraz przenieść spojrzenie na stojącego obok szatyna. "Zapewne zawdzięcza to jemu. One wszystkie.".
Czy to znaczyło, że powinna przerwać misję? Nie powiedziano jej, co należy zrobić w takim wypadku. Jak miała uratować kogoś, kogo nie trzeba ratować? W jaki sposób Trevor miałby zaciągnąć u Niego dług, skoro wcale tego nie potrzebował? A przynajmniej... już nie.
- No dobrze, to w ramach nagrody co powiecie na małą ucztę w gospodzie "Pod Zbitym Psem"? - Roześmiał się, gdy jego propozycję poparła piątka młodzieńczych głosików. Puścił Hecate oczko, dodając po chwili - Nasza nowa przyjaciółka jest oczywiście zaproszona.
Hecate nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji. Nie wiedziała też, jak mu odmówić. I choć starała się przed tym bronić, to przebywanie w jego towarzystwie dało jej coś, czego nie zaznała przez wiele lat. Dało jej poczucie prawdziwego szczęścia.

***

Zjadłszy posiłek i pożegnawszy się z starszymi, dzieci udały się prosto do wynajętych przez szatyna pokoi na spoczynek. W izbie pozostał już tylko on, Hecate, a także kilka innych osób zbyt rozkręconych, by o tej porze przestać pić, śpiewać i bawić się, śmiejąc przy okazji do rozpuku. Ta atmosfera nie przeszkadzała dwójce z początku obcych dla siebie ludzi w prowadzeniu dalszej konwersacji. Właściwie, to im samym lekko zaczynało się kręcić w głowie, choć oboje byli rozsądni i alkoholu nie nadużywali. Atmosfera należała więc do tych przyjemniejszych. Tych, podczas których można miło spędzić czas z drugą osobą.
Hecate w ciągu tej rozmowy dowiedziała się o mężczyźnie wielu rzeczy. Głównie tego, że rzeczywiście jest bogaczem i to w dodatku nie byle jakim! Posiada tytuł szlachecki, posiadłość znajdującą się godzinę drogi od miasta, jak również rodowy herb, przedstawiający srokę trzymającą w gnieździe książkę.
- Matka zawsze mi tłumaczyła, że przedstawia on, jak wartościowa jest wiedza. Mówi się, że sroki kradną błyskotki, prawda? - Dziewczyna skinęła głową. - A błyskotki są cenne. - Ciągnął, wpatrując się w twarz płowowłosej i uśmiechając do niej. Ona zaś nie miała założonego kaptura ale też nie przejmowała się tym zbytnio. Wiedziała bowiem, że jej rozmówca nie spogląda na nią ze zgrozą, a czułością. I choć czuła się odrobinę niezręcznie, to była też bardzo szczęśliwa. - Co stawia wiedzę na równi z świecidełkami oraz złotem, choć moim zdaniem nawet wyżej.
- Tak, - odwzajemniła uśmiech - i można by ją przez to nazwać najcenniejszym skarbem. Ten herb jest... inny, niż te, które dotąd widziałam, Adamie. Nie przestawia atakującego lwa, nie przedstawia galopującego jeźdźca ani też pastwiącego się nad padliną kruka. Przedstawia wartość, która w dzisiejszych czasach jest często niedoceniana. - W jej głowie pojawił się obraz dwóch podpierających się nawzajem przednimi łapami borsuków na tle biało-czarnej szachownicy. Był to herb rodu Shirkuh, symbolizujący równowagę, odwagę i wytrwałość. A przynajmniej tak przypuszczała, gdyż nie miała okazji dowiedzieć się tego od własnych rodziców...
Mężczyzna roześmiał się serdecznie.
- To prawda. Nie wiesz, jak bardzo cieszy mnie fakt, że zgadzasz się ze mną w tej kwestii. - Westchnął, lecz nie było to ociężałe, ponure westchnięcie, a coś w rodzaju ulgi. - Nie znam nikogo, kto byłby w choć niewielkim stopniu podobny do ciebie. Wygląda na to, że jesteś kimś wyjątkowym. - Ponownie z jego gardła wydobył się śmiech, lecz ton głosu wskazywał na to, że mówi zupełnie poważnie.
Kiedy Hecate zdała sobie z tego sprawę, przestała się uśmiechać. Nie dlatego, że nie cieszyły ją komplementy.
"Chyba masz rację i jestem kimś wyjątkowym", przesunęła wzrokiem po pomieszczeniu, próbując umknąć jego spojrzeniu. To jednak na niewiele się zdało.
- Czy coś się stało? - Zapytał, wyraźnie zaniepokojony jej dziwnym zachowaniem. - Od czasu do czasu wydajesz się smutna. Nie chciałem wściubiać nosa w nieswoje sprawy, ale proszę, powiedz mi, o co chodzi. Być może zdołam ci pomóc? - Zmarszczył brwi, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Wyglądał w tamtym momencie jak zbity pies, co było dosyć zabawne, bo gospoda, w której przebywali, nosiła nazwę "Pod Zbitym Psem".
Uśmiechnęła się smutno. Nie wiedząc czemu, postanowiła wyjawić mu swoją przeszłość. Zrobiła to nie ze względu na zaoferowaną pomoc, a z potrzeby zrzucenia z siebie ciężaru wieloletnich, niezbyt miłych doświadczeń. Od zawsze bowiem czuła, że nie pasuje do kultu. Próbowała wmówić sobie, że tak nie jest, jednak w głębi duszy znała prawdę - nie darzyła swojego "Pana" wystarczającym szacunkiem, choć przed swoimi braćmi i siostrami starała się pokazywać co innego.
Opowiadanie o sobie nie zajęło jej wiele czasu, choć wynikało to raczej z faktu, że postanowiła zataić kilka rzeczy. Dość... istotnych rzeczy, takich jak wstąpienie do kultu czczącego demona i składającego mu w ofierze ludzi, zwierzęta oraz wszystko, co miało w sobie pokaźną ilość magii. Zastąpiła to krótką wzmianką o kobiecie, która przygarnęła ją z ulicy, dała jej dach nad głową, jak również nauczyła magii sił. Wyłącznie magii sił.
Po wysłuchaniu jej historii, mężczyzna siedział przez moment w ciszy. Wyciągnął dłoń ku jej twarzy i pogładził po policzku.
- Już po wszystkim, kochana. Nie dopuszczę, aby wydarzyło się coś podobnego, więc... nie masz się czego obawiać. - Szepnął, a jego usta przyjęły formę przygnębionego uśmiechu.
Hecate natomiast przypomniała sobie, jak jej służka wiele lat temu pocieszała ją w podobny sposób, a miało to miejsce na kilka dni przed śmiercią jej ojca. W tym samym momencie dotknęła jego dłoni, chcąc poczuć bijące od niej ciepło, które dało jej poczucie prawdziwego bezpieczeństwa.

***

Następne dni w towarzystwie mężczyzny wypełnione były szczęściem. Adam oprowadzał Hecate po mieście, nieśpiesznie, aczkolwiek szczegółowo. Zadawała wiele pytań, co bardzo mu się spodobało. Starał się więc odpowiadać na nie wszystkie tak dobrze, jak tylko potrafił, co dziewczyna w głębi doceniała.
Niestety, im dłużej zostawała w tym miejscu pozwalając sobie na swobodne życie, tym bardziej nasilały się jej obawy, które już od początku były wielkie. Myśl, że zdradziła swój kult i pozwoliła sobie na zbyt wiele krążyła po jej głowie natrętnie i bez ustanku, co z kolei sprawiało, że z dnia na dzień czuła się coraz gorzej. Nie dała jednak tego po sobie poznać - chciała mieć pewność, że Adam wie, jak szczęśliwą ją uczynił. W przeciwnym razie mógłby dojść do wniosku, że jego próby spełzają na niczym, a to by było... coś okropnego. Cios, który zabolałby ją bardziej, niż świadomość, że mogła zostać uznana za wroga kultu Hægnetiego. Za wroga tak potężnej istoty oraz szerokiego grona jej wyznawców.

∞ Część 5: Anatema roju ∞

- Co ty wyprawiasz?! Czemu go jeszcze nie sprowadziłaś?! - Kruczowłosy, wychudzony mężczyzna z gęstą, długą brodą i kapturem na twarzy skierował swe surowe spojrzenie na młodą przywoływaczkę demonów. Ton jego głosu był oschły, a sam mężczyzna wyraźnie oburzony jej postępowaniem.
- On... nie potrzebował pomocy. - Schyliła głowę, po czym mruknęła cicho. Prawdopodobnie zbyt cicho.
- Co ty tam mówisz?! Nie potrzebował pomocy? - Na twarzy mężczyzny wymalował się gniew. Serce Hecate kołatało jej w piersi. W końcu musiało do tego dojść, jednak nie sądziła, że skontaktują się z nią tak szybko. Nie... to nie tak. Czas po prostu zleciał jej szybciej. Czas spędzony z tym mężczyzną... ta radość wydawała się w obecnej chwili tak odległa. - Dostałaś wyraźne polecenia. Zresztą, nawet, gdybyś z jakiegoś powodu nie mogła wykonać swojej misji, powinnaś stawić się w siedzibie w przeciągu kilku dni! A nawet wtedy dostałabyś odpowiednią karę! - Krzyknął, a następnie wymierzył jej cios w policzek. Dziewczyna jęknęła, lecz zaraz zacisnęła zęby i stłamsiła w sobie ból. Za moment jej głowa na powrót skierowała się ku ziemi.
- Zrozumiałam. - Tym razem mówiła głośniej, choć brzmiało to nadal niepewnie. - Jak najszybciej udam się do sanktuarium, aby ponieść karę za moje błędy.
Wzrok mężczyzny dalej promieniował wściekłością, choć jego usta na moment zamilkły. Wyglądało na to, że słowa Hecate go zadowoliły. Zresztą, jego zdaniem nie miała wyboru w tej kwestii. Tylko idiota dopuściłby się zdrady wobec kultu. A ona... była mądra.
Ale też zakochana. A, jak powszechnie wiadomo - miłość... jest w stanie skomplikować wszystko.
- W takim razie wyruszaj niezwłocznie. Ja mam zamiar wykonać misję, której ty nie potrafiłaś ukończyć. - Odparł, jednocześnie obracając się na pięcie i kierując w stronę wyjścia z tej ciemnej, paskudnej uliczki, w jakiej się znaleźli. Po chwili mężczyzna poczuł dłoń na swoim rękawie. Wtedy też odwrócił się, a wyraz jego twarzy był jeszcze agresywniejszy, niż przedtem.
- Nie rób tego... proszę. - Wyjąkała błagalnym tonem. W jej oczach zalęgły się łzy. - On już nie potrzebuje pomocy. Nie ma sensu ciągnąć go na siłę... -
Mężczyzna odepchnął ją do tyłu, aż ta uderzywszy z łupnięciem o ścianę, upadła na glebę.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Jak śmiesz odciągać mnie od zadania, do którego powołał mnie nasz Pan?! - Krzyknął, patrząc z obrzydzeniem na dziewczynę. - I co się z tobą, do jasnej cholery, stało?! Co to za żałosne okazywanie litości wobec jakiegoś bezużytecznego robaka? Poza tym, jeżeli do nas dołączy, to przeżyje. Żebrząc na ulicy w końcu zemrze z głodu, bądź z powodu jakiejś choroby. - Pokręcił głową. W okolicach jego nosa pojawiły się wyraźne zmarszczki. - Jak możesz tego nie rozumieć?
- Mylisz się! - Tym razem to ona podniosła głos. Ani trochę nie przypominała siebie sprzed chwili. - Z nim sobie poradzi! On je wszystkie uratuje! - Wykrzyknęła bez namysłu, nie zdając sobie sprawy z tego, jak wielki błąd popełniła.
Mężczyzna wyglądał na kompletnie oszołomionego. W pierwszej chwili można było go przyrównać do wulkanu, który może wybuchnąć lada moment. Nieco później się jednak uspokoił. Nie był to jednak spokój, na jaki liczyła dziewczyna. To była czysta furia pod twardą, a zarazem przeźroczystą osłoną.
- A więc uważasz, że jest ktoś ważniejszy od Lorda Hægnetiego? - W tamtym momencie przywoływaczka zdała sobie sprawę z własnej głupoty. Spojrzała na niego błagalnie, lecz ten nie okazał skruchy. Ba, w jego oczach dało się dostrzec wyraźną nutkę szaleństwa. - Wskaż mi tą osobę, a pokażę ci, że jest tylko słabym śmiertelnikiem, którego porównanie z naszym wielkim Panem jest równoznaczne z nałożeniem na siebie kary śmierci.
- Nie...
- Wskaż mi go, bo inaczej spalę tę cholerną dzielnicę!
Hecate przyłożyła dłonie do ziemi. Po pewnym czasie mężczyzna mógł poczuć, jak ziemia się pod nim zapada. Im wyżej się znajdował, tym bardziej się szarpał. Wyglądał jak roztańczona kukiełka, której niechybny kres został przypieczętowany przez kuglarza... Jednak czy to stawiało Hecate w złym świetle? W tamtym momencie była wściekła i miała ku temu dobry powód. Miała powód, by przy pomocy magii sił unieść mężczyznę wysoko, a następnie zrzucić, nie zważając na rozpaczliwy, przeciągający się w jej uszach krzyk.
Miała powód, by go zabić.

***

- Poczekaj, Hecate. - Mężczyzna położył dłoń na jej ramieniu. Robił to dość często, co wcale nie przeszkadzało dziewczynie.
- Tak? - Przystanęła i odwróciła głowę. Gdy ich spojrzenia się zetknęły, na obu twarzach pojawił się radosny uśmiech.
- Pamiętasz dzień, w którym się poznaliśmy? Od chwili, gdy wpadłaś na mnie idąc tą alejką, minął już miesiąc. - Mężczyzna utkwił wzrok w ciepłych kolorach słońca, które leniwie zbliżało się ku linii horyzontu.
- Oczywiście, że pamiętam. - Spojrzała w tą samą stronę, co on. Po chwili przymknęła oczy i położyła rękę na jego dłoni. - Wtedy też zachodziło słońce, a powietrze było równie ciepłe i przyjemne. - Westchnęła cicho. Nie wiedząc czemu, akurat teraz zobaczyła w swej pamięci roztrzaskane o glebę ciało kultysty. To był pierwszy raz, kiedy zabiła człowieka. W dodatku owy człowiek był dość znaczącą postacią w kulcie, a jego pozycja była niemal równa jej byłej opiekunki. To dało jej powód do zaniepokojenia... Ale nie teraz. W obecnej chwili powinna czerpać radość z życia. Chciała choć przez chwilę zapomnieć o tym, co się stało, lub co mogło się stać.
I to się jej udało.
- Hecate, ja... kocham cię.
Na te słowa prędko otworzyła oczy i spojrzała na Adama ze zdziwieniem. Wstrzymała oddech, natomiast szatyn, widząc jej reakcję, roześmiał się.
- Nie żartuję. Czas, który razem spędziliśmy, nie był długi. Mimo to zdążyłem przekonać się o tym, jak wiele nas łączy i sądzę, że... - Dłoń, która wcześniej spoczywała na jej ramieniu, powędrowała do opadającego na twarz kosmyka płowych włosów. Delikatnie przesunął go na bok i wpatrując się prosto w jej dwukolorowe oczy, kontynuował wypowiedź - jesteś tą jedyną. Dlatego... - nagle odsunął się o krok i zaczął szperać w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Hecate nie zdążyła zauważyć, co z niej wyjął, lecz kiedy to zrobił, przyklęknął na jedno kolano. Jedną rękę wyciągnął w jej stronę, natomiast w drugiej trzymał srebrną obrączkę z misternie wykonanym grawerunkiem. - Czy wyjdziesz za mnie?
Dwudziestoczterolatka oniemiała. Od kiedy wstąpiła do kultu, sądziła, że nigdy nie dane jej będzie wyjść za mąż. Teraz jednak... teraz to się zmieniło.
- Tak. - Odparła, wciąż lekko zdezorientowana. Mimo to, była pewna, że kocha tego człowieka. Nie musiała się długo zastanawiać, bowiem wiedziała to od początku. I wiedziała, że chce z nim być, bez względu na okoliczności. Szybko więc pozbyła się zaskoczonej miny, aby zastąpić ją uśmiechem, szerokim i szczerym jak nigdy dotąd. - Tak! Ja też cię kocham.
Podała mu dłoń, a on delikatnie wsunął jej na palec pierścionek. Następnie otoczył ją ramionami i oboje przystali do długiego, romantycznego pocałunku w promieniach zachodzącego słońca.

***

- Na dzień dzisiejszy przygotowałem dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę. - Adam uśmiechnął się kojąco, a następnie złapał dziewczynę za rękę. - Chodźmy.
Hecate posłusznie za nim ruszyła, o nic w czasie drogi nie dopytując. W końcu to miała być niespodzianka, prawda? Choć, szczerze mówiąc, nie sądziła, że cokolwiek mogło ją zaskoczyć bardziej, niż zupełnie nieprzewidziane zaręczyny. Przepełniało ją jednak szczęście i myśl, że to uczucie mogłoby towarzyszyć jej już do końca życia, błąkała się po jej głowie przez cały czas ich wędrówki.
Była cała w skowronkach, dlatego gdy gawędziła z narzeczonym na różne tematy, zerkała co chwilę na jego twarz, próbując ocenić, czy jego również uradowała ta cała sytuacja. Jak można się spodziewać, nie rozczarowała się. Kiedy oznajmił jej, że wkrótce będą na miejscu, dziewczyna poczęła rozglądać się dookoła, szukając... czegoś. Czegoś znajomego? Wyraźnie wyróżniającego się na tle dzielnicy? A może czegoś zupełnie nowego? Wierzyła, że jest w stanie sama odgadnąć, jaką to niespodziankę przyszykował jej ukochany. I choć było już całkiem ciemno, w przeciągu ostatniego miesiąca zdążyła całkiem dobrze zapoznać się z okolicą, a to z kolei dawało jej spore szanse.
Wnet dostrzegła to, czego tak uważnie szukała. Patrząc w kierunku stolarni, zastanawiała się nad czymś z wyraźnym zdziwieniem.
- Domyślam się, że już to zauważyłaś. - Mężczyzna spojrzał w tą samą stronę, co ona, a za moment uśmiechnął się szerzej. - Wspaniale się komponuje, prawda?
- Nie rozumiem... Dlaczego herb twojej rodziny widnieje nad drzwiami pracowni stolarskiej? - Zapytała z wyraźnym zakłopotaniem, czekając na jakieś słowa wyjaśnienia.
- Ponieważ ją wykupiłem. Jest duża i z wyglądu przyjazna. Uznałem więc, że będzie nadawać się idealnie.
- Ale... na co?
- Na dom dla sierot. - Mężczyzna po raz kolejny był świadkiem zdumionego wyrazu na twarzy Hecate, a to z kolei wywołało u niego salwę wesołego śmiechu. Nie minęła chwila, a pociągnął ją za rękę i prężnym krokiem udał się w stronę drewnianego, solidnego budynku. - Wszyscy są już w środku, nie każmy im na siebie czekać.

***

- Dzień dobry panie Adamie, dzień dobry pani Hecate. - Bawiące się wewnątrz rozbrykane dzieciaki na moment zaprzestały wykonywanie aktualnych czynności, po czym podbiegły do pary nowożeńców. - Gratulujemy udanych zaręczyn i życzymy szczęścia w związku!
Kiedy dzieci to wykrzyknęły, Hecate po raz kolejny poczuła się zbita z tropu. Dzieciom pokazała życzliwy uśmiech, jednak gdy popatrzyła na swojego partnera, rzuciła mu surowe spojrzenie.
- Jestem zaskoczona. Skąd dowiedzieliście się o tym tak szybko?
- Chyba mają dar przewidywania przyszłości. - Mężczyzna zaśmiał się, starając ignorować karcące spojrzenie ukochanej. Mimo wszystko i tak cieszył się z tego obrotu wydarzeń. Prawdziwą wtopę zaliczyłby w momencie, gdyby dziewczyna mu odmówiła...
Po chwili przyglądnął się gromadce ze zdziwieniem i, chcąc jednocześnie zmienić temat, zapytał ich wprost:
- A gdzie jest Trevor? Myślałem, że będziecie tu wszyscy razem.
- Wyszedł jakiś czas temu. Powiedział, że zapomniał wziąć ze sobą pamiątki od rodziców. - Na jego pytanie odpowiedziała starsza dziewczynka. Nie wydawała się zaniepokojona nieobecnością chłopaka, w przeciwieństwie do Adama.
- Rozumiem... - mężczyzna zmarszczył brwi, wyraźnie przejęty całą tą sytuacją. Już miał otwierać usta, by oznajmić, iż ma zamiar po niego pójść, gdy nagle Hecate postanowiła go wyręczyć.
- Pójdę po niego. Jest już ciemno, a w tej dzielnicy znajduje się wiele miejsc, w których mogło zgubić drogę siedmioletnie dziecko. - Dziewczyna również się zaniepokoiła. Wierzyła, że Adam chciał, aby dzieciaki zaczęły razem nowe życie. Aby już dzisiaj spały w ciepłych, przytulnych łóżkach, nie martwiąc się o przetrwanie ani strawę. Nie martwiąc się o swój los...
- Ale-
- Nie zajmie mi to wiele czasu. Wrócę nim zdążysz się obejrzeć. - Młoda kobieta spojrzała mu w oczy, a następnie pocałowała w policzek. Nałożyła na siebie zdjętą uprzednio pelerynę, po czym wyszła, spowita mrokiem nocy.

***

Przez ostatni miesiąc często widziała się z dziećmi. Spędzenie połowy swojego życia w bractwie zdążyło ją oduczyć istnienia czegoś takiego, jak "niewinność". Kiedy więc je zobaczyła, zapragnęła je bliżej poznać oraz otoczyć troską. Może to przez to, że sama została oddzielona od swoich rodziców? A może wynikało to z surowego traktowania, jakiego doświadczyła w sanktuarium? Tak czy owak, jedno jest pewne - lubiła je i zdążyła poznać ich zwyczaje. Dowiedziała się, co zwykle lubiły robić, jak udało im się przetrwać, ale też które miejsce uważały za swój "dom". Często też rozmawiała z każdym z osobna i zdążyła się przywiązać do ich wszystkich, bez wyjątku. Nietrudno więc idzie się domyślić, że Hecate miała podejrzenia, co do miejsca pobytu Trevora.
Pierwszym miejscem, do którego się udała, był niewielki plac otoczony biedniejszymi domami pokrytymi strzechą. W centrum stał wielki, stary dąb, który w choć niewielkim stopniu poprawiał wygląd tego miejsca. Hecate podeszła do niego, spoglądając po chwili w górę na liściaste gałęzie i gęsto rozmieszczone konary. Dzieci lubiły się na nie wspinać, pomyślała dziewczyna. To dawało im frajdę. Wiedziała jednak, że oprócz tego, drzewo pełniło jeszcze funkcję pojemnika. Wysoko w dziupli, do której nie dosięgnąłby nawet bardzo wysoki człowiek, sieroty chowały swoje najcenniejsze skarby.
Postanowiła, że sprawdzi, czy Trevor już był w tym miejscu i wziął odziedziczony po matce medalion. Aby sobie to ułatwić, dotknęła drewna i chwilowo przestawiła na nie środek ciężkości (zdołała to uczynić przy użyciu magii sił). W ten sposób nie musiała się męczyć ze wspinaczką.
Włożywszy rękę do dziupli, spostrzegła, iż nie jest ona zbyt wielka. W pewnym momencie otworzyła szerzej oczy, zamierając przez ułamek sekundy. Pośpiesznie wyciągnęła rękę i wnet ujrzała na niej olbrzymią szarańczę, która wgryzała się w przegub jej dłoni. Dwudziestoczerolatka zabiła owada, uderzając ze średnią siłą o drzewo. W tym samym momencie serce zabiło jej mocniej. Zaczynała pojmować, co się święci, lecz dalej nie mogła w pełni uwierzyć swoim przeczuciom.
Właśnie wtedy dostrzegła czerwone ślady krwi, prowadzące do małej uliczki na zachód od placu. Szybko pobiegła ich tropem, nie mając pewności, czy powinna cieszyć się z tego, że jej wzrok w końcu przyzwyczaił się do ciemności. W głębi duszy wiedziała bowiem, że to nie zaprowadzi ją nigdzie indziej, jak do rozpaczy i wyrzutów sumienia.
I dokładnie w momencie, w którym dotarła do końca zakamarka, boleśnie przekonała się, że nie powinna poddawać swojego instynktu w wątpliwości. Ujrzała tam prawdziwą masakrę, na którą nie mogła być przygotowana w żaden sposób - niewielkiego rozmiaru zwłoki, których nie dało się zidentyfikować po wyglądzie ze względu na gigantyczne rany wywołane ukąszeniami obsiadającej je chmary wielkich, krwiożerczych szarańczy oraz rozbryzganą dookoła, jasnoczerwoną, jeszcze nie zastygłą ciecz, z pewnością należały do osoby, po którą przyszła Hecate.
Dziewczyna odwróciła się, zakrywając dłonią usta. Ledwo mogła powstrzymać wymioty, bo choć podobny widok zdarzało jej się widzieć nie raz i nie dwa, to nigdy nie był on tak obfity, ani też nie należał do dziecka. Dodatkowo, w tym wypadku chodziło o chłopca, którego darzyła szczerą troską. Którego mogłaby nawet przygarnąć...
- Zjedzony żywcem... - Wyszeptała, jak gdyby wierzyła, że powiedzenie tego na głos mogłoby w jakiś sposób zapobiec tej sytuacji.
Zacisnęła mocno oczy, próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Kiedy ponownie je otworzyła, miała lekko zaczerwienione białka, a jej oddech był niespokojny. Po chwili jej wzrok wyłapał jakiś napis na ścianie budynku. Zbliżywszy się do niego, Hecate zaczęła czytać wyżłobione, ociekające krwią słowa, zapisane w języku demonów.
"Żaden zdrajca nie ucieknie przed karą"

***

Hecate biegła na złamanie karku w kierunku świeżo założonego sierocińca. Tym razem była pewna, że wydarzy się coś złego. Zdanie umieszczone w pobliżu ciała Trevora było wiadomością dla niej - nie miała wątpliwości. Hægnetii uznał ją za zdrajcę i zamierzał sprawić, że pożałuje odejścia od kultu oraz zamordowania jednego z członków.
Miała nadzieję, że uda jej się dotrzeć na miejsce, nim komukolwiek stanie się krzywda. Była pełna obaw, ale... musiała spróbować. Musiała się dowiedzieć, czy będzie w stanie ich uratować.
Kiedy otworzyła drzwi niegdysiejszej stolarni, jej oczom ukazał się widok o wiele bardziej mrożący krew w żyłach, niż masakra, do której doszło chwilę wcześniej. Hecate ujrzała ciała rozszarpane na strzępy, wnętrzności porozrzucane po całym pomieszczeniu. Tuż przy jej nodze leżała odcięta kończyna, a parę kroków dalej - gałka oczna. Oczywiście nie mogło zabraknąć też krwi, pokrywającej niemal całą powierzchnię podłogi, jak również sporą część ścian i sufitu.
Stała i patrzyła jak wryta, przez krótką chwilę nie myśląc o niczym poza bólem dzieci, których dotknęła ta katastrofa. Dopiero po chwili jej uwaga przeskoczyła na stojącą w kącie, zgarbioną i wynaturzoną istotę. Jej sylwetka nie przypominała Hecate żadnego istniejącego gatunku - o ile korpus wyglądał podobnie, jak u człowieka (nie licząc rzadkiego, pokrywającego go włosia), tak kończyny były nienaturalnie długie - przynajmniej dwa razy dłuższe - natomiast palce zakańczały się ostrymi pazurami. Łeb okryty był dziesięciorgiem równo rozmieszczonych ślepi, a wielki pysk odsłaniał ostre, śmiercionośne kły, które w tej samej chwili zacisnęły się na ramieniu bezgłowego nieboszczyka. Potwór pożerał martwe ciało.
Gdy tylko odnotował jej obecność, wlepił w dziewczynę wiele ze swych czerwonych, opustoszałych ślepi. Po chwili zacharczał, jak gdyby połknięte wcześniej mięso w jakiś sposób mu zaszkodziło. Wyglądało na to, że chciał je zwrócić, choć... może Hecate tak się tylko zdawało? Za moment potwór wykonał w jej stronę kilka nieśpiesznych kroków. Nie była pewna, co miał zamiar zrobić, ale towarzyszyło jej tylko jedno uczucie - gniew, czysty i nieprzenikniony. Wściekłość, po której, jak sądziła, przyjdzie czas na żal oraz rozpacz.
- Zabiłeś ich... - Szepnęła przez zaciśnięte zęby. Spuściła głowę, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza. Pierwsza od wielu, wielu lat - od chwili, w której spostrzegła, że jej matka... nie żyje.
- Zabiłeś Adama.
Powiedziawszy to, uniosła głowę i ponownie na niego spojrzała. Bestia z kolei ryknęła przeraźliwe - można odnieść wrażenie, jakoby usłyszała jej słowa, przez co wyglądała na lekko rozdrażnioną. Zszedłszy wpierw na cztery łapy, popędziła z wywalonym jęzorem w kierunku potencjalnej zdobyczy.
Hecate czekała. Cierpliwie stała, aż zbliży się wystarczająco blisko, po czym uskoczyła na bok. Potwór runął na ścianę z głośnym łupnięciem. Płowowłosa to wykorzystała - podeszła szybko, po czym dotknęła dłonią jego lewego barku. Po raz kolejny wykorzystała magię sił, jednak tym razem znalazła dla niej nieco inne zastosowanie - zwiększyła siłę grawitacji, aby zmiażdżyć nią przeciwnika. Ten zaczął kwilić i pluć krwią, aż po pewnym czasie... zamilkł.

***

Hecate zorientowała się, że w czasie tej krótkiej walki wstrzymywała powietrze. Wtedy też powoli je wypuściła, dalej jednak czując szaleńcze bicie swego serca. Nie działo się to z powodu strachu - już nie. Ono biło pogrążone w wielkim smutku po stracie swojej drugiej połówki.
Nie fatygowała się już nawet wycieraniem łez, które poczęły wypływać z jej oczu potokami. Rozejrzała się po pomieszczeniu, próbując odnaleźć ciało Adama. Nawet, jeśli obawiała się stanu, w jakim ono się znajdowało, to wciąż chciała je zobaczyć. Ujrzeć po raz ostatni...
Jej poszukiwania przerwało skrzypienie otwierających się drzwi do jednego z bocznych pokoi. Dziewczynie ukazała się ciemnowłosa kultystka, Mildred.
- Ten, który cię omotał, nie żyje. - Kobieta zagadnęła z typowym dla siebie, stoickim spokojem, pomimo faktu, iż wzrok Hecate piorunował ją ze wściekłości. - Zginął z twojej ręki.
Gdyby uśmiech nie pojawił się na twarzy brunetki po wypowiedzeniu tych słów, nie wstrząsnęłyby one przywoływaczką tak bardzo, jak teraz. Zaraz po tym oczy młodszej kobiety rozszerzyły się ze zdumienia.
- O czym ty mówisz? - Zaczęła rozgorączkowanym tonem, tak bardzo do niej niepasującym. - To wy go zabiliście! - krzyknęła gwałtownie. - Zabiliście jego i dzieci! Nasłaliście na niego potwora! Jesteście tylko bandą fanatyków, którym od tej potęgi poprzekręcało się w głowach!
- Mylisz się. Wszystko jest z twojej winy, zdrajczyni. My tylko postąpiliśmy tak, jak zwykle w przypadku tobie podobnych - pomogliśmy Panu nałożyć na ciebie klątwę. Klątwę, która zrujnuje ci życie gdziekolwiek się znajdziesz i kogokolwiek spotkasz. Anatemę roju. Gusła zsyłające śmierć i potępienie. Od tej pory będą one ścigać nie tylko ciebie, ale także twoich towarzyszy. Pojawią się w różnej postaci - zwykle jako rój wygłodniałych szarańczy - a rzadziej jako czar, przemieniający bliskich twemu sercu w demony. - Kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej, w co Hecate wprost nie mogła uwierzyć. Nigdy nie widziała takiego wyrazu na jej pomarszczonej twarzy. - A najlepsze jest to, że kult nie musi nawet kiwać w tej sprawie palcem, bo wiemy, że niezależnie od tego, jak długo zdołasz przeżyć, twoje życie stanie się nie do zniesienia.
Hecate miała zamiar podnieść głos raz jeszcze, gdy wnet uzmysłowiła sobie to, co właśnie powiedziała jej była opiekunka. Spojrzała na demona, którego niedawno zabiła, a potem przypomniała sobie jego dziwne zachowanie. Kiedy ją ujrzał, chciał zwymiotować, ponieważ świadomość powróciła do niego i próbował odrzucić złowrogie instynkty.
Teraz... to by do siebie pasowało! Nie zmienia to jednak faktu, że go zabiła. Nie zrobił tego kult, ani nawet zły urok - zrobiła to jego własna narzeczona, która, pomimo demonicznej powłoki, nie była w stanie rozpoznać w nim człowieka.
Hecate podbiegła do zdeformowanych zwłok i upadła na kolana. Zaszlochała głośno, przez tą krótką chwilę niczego sobie nie robiąc z obecności kultystki. Pogładziła ukochanego drżącą ręką po owłosionych plecach, aby następnie wyszeptać bezgłośne "przepraszam". To jednak nie pozwoliło jej poczuć się lepiej. Dalej uważała się za jego morderczynię. Za kogoś, kto nie zasługiwał na miłość tak wspaniałego człowieka.
- Nie przypominam sobie, żebyśmy wychowali cię na tak słabą. - Mildred przerwała ciszę swoim pogardliwym, chłodnym tonem, skierowanym w kierunku przywoływaczki. - To tylko głupi, naiwny szlachcic. Przestań po nim płakać.
Hecate często słyszała od niej uwagi, które niemal wytrącały ją z równowagi. Jednak tym razem... przesadziła.
Dziewczyna wyciągnęła rękę, po czym dotknęła dłonią podłogi pokrytej deskami. Ta natomiast rozwarła się i otworzyła portal do innej sfery, do miejsca będącego domem dla wyjątkowo niebezpiecznych istot.
Z niego wyłonił się demon - gad, którego wygląd przywodził na myśl bladołuską wyvernę.
- Hugin, - samiec zwrócił łeb w kierunku Hecate, która nie poruszyła się nawet o centymetr. - serce tej staruchy... może ci bardzo posmakować.

∞ Koniec ∞

Towarzysz

Imię:Hugin, Munin
Gatunek:Demony
Płeć:Samiec
Wiek:1370 lat

Hugin jest demonem, choć wyglądem niczym nie różni się od niewielkiej (jak na ten gatunek), sięgającej do ramion wywerny. Jego ciało pokryte jest trupio bladymi łuskami, a oczy wściekle jarzą się na czerwono. Pomimo budzącego strach wyglądu, ten demon nie jest agresywną, atakującą bez namysłu bestią. To podstępny i jednocześnie czujny drapieżnik, który jednak, po pewnym wydarzeniu, obdarzył Hecate wystarczającym zaufaniem, by ta mogła go nazwać swoim towarzyszem. Choć czasem ignoruje polecenia swojej pani, to dzieje się tak dlatego, że pragnie ją bronić... lub po prostu ma zamiar się wyszaleć.
Notka: jego ulubionym, a zarazem jedynym przysmakiem są ludzkie serca. Ma na karku 1370 lat.

Munin jest, tak samo jak Hugin, demonem, którego Hecate potrafi przywoływać, a który również nie rzuci jej się do gardła przy pierwszej lepszej okazji. Dość szybko obdarzył swoją właścicielkę lojalnością, lecz chyba trafniejszym określeniem byłoby wzbudzenie przez nią podziwu. To czarne jak smoła, ogromne ptaszysko, przypominające wronę, można ujrzeć najczęściej wtedy, gdy siedzi na ramieniu swojej pani, bądź jak lata w pobliżu niej, penetrując teren, by potem donieść o możliwym zagrożeniu. Nie oznacza to jednak, że rola zwiadowcy jest jedyną, jaką może pełnić. Został bowiem wyposażony przez naturę w długie szpony, a jego przeraźliwy skrzek nieraz zdołał odwrócić uwagę nieprzyjaciela.
Notka: skrzydła Munina nie namakają wodą. Żyje od 846 lat.