Równina Magenar ⇒ W odmętach czasu
- Dante
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 8 miesiące temu
- Rasa: Łowca Dusz
- Profesje: Strażnik , Zabójca
- Kontakt:
W odmętach czasu
Wybuch wulkanu, ogromna presja czasu, następnie uderzenie magii i ciemność. Czas, jaki Dante spędził uwięziony w postaci kamiennej rzeźby, był niczym jeden, długi, sen. Nie żył, ale również nie był martwy. Świadomość czasami próbowała powrócić do uwięzionego przez klątwę ciała. Były to pojedyncze wspomnienia, ulotne chwile, które znikały jeszcze szybciej, nim się pojawiły. Żadnego bólu, emocji, tylko kojąca nicość. Tak było przez około dwa wieki, a jednak upływ czasu nie miał znaczenia. Dziesięciolecia były niczym sekundy.
Dlatego, gdy przypadkowy zwierz o rudym ogonku rozwalił artefakt, wszystko powróciło do piekielnego, jakby wydarzyło się co najwyżej dnia poprzedniego. Przerażenie i strach o najbliższych zmusił go do szybkiej reakcji. Strzepnął z siebie resztki kamiennej skorupy. Dopiero po chwili mógł się porządnie rozejrzeć, jego oczy musiały przywyknąć do jasnego, dziennego światła egzotycznej wyspy.
Piekielny miał jednak wrażenie, że został przeniesiony w jakieś zupełnie inne miejsce. To nie był jego dom, wszystko porastała roślinność, przykrywając zielonym dywanem ruiny dawnych domostw. Jedynie kształt płonącej niegdyś góry był boleśnie znajomy. Dante musiał sprawdzić co z resztą ludzi, przemienił się w swoją prawdziwą postać i nieudolnie próbował wzbić się w powietrze. Jednakże zarówno nogi, jak i skrzydła odmawiały posłuszeństwa po latach nieużywania. Mimo to mężczyzna, walcząc z każdym ruch, niegdyś tak naturalnym, a teraz tak obcym dotarł na rynek, gdzie składano ofiary.
Zastał tam znajome twarze, które wciąż jednak pozostawały skamieniałe, utrwalając przerażone spojrzenia. Niektórych niemal w całości pokrywał już mech, czy tutejsze pnącza.
W jednej chwili piekielny poczuł coś w dłoni, był to artefakt, którego użył, obecnie pęknięty i kompletnie zepsuty. Natomiast gdy tylko podniósł wzrok, wszystkie te rzeźby skrywające w sobie zamrożone przed lady życia wskazywały na niego palcami, jakby obwiniając za całą sytuację. Niema cisza bolała bardziej niż jakikolwiek krzyk.
Na dodatek z każdym mrugnięciem pojawiali się bliżej i bliżej… i bliżej…
Dante obudził się zlany zimnym potem. Jego szybki oddech przykuł uwagę Maury, która nocowała wraz z nim w karczemnym pokoju.
- Znowu koszmary? – jasnowłosa uśmiechnęła się, licząc, że tym razem wyciągnie od mężczyzny coś więcej.
Dante od kilku dobrych miesięcy należał do Paradiso, grupy łowców skarbów. Jednakże pozostawał skryty i zachowywał się momentami dość dziwacznie według pozostałych członków jego grupy. Ewazjusz będący niezwykle uzdolnionym magiem, który mimo swoich umiejętności jedynie język miał cięty, często próbował dokuczać piekielnemu, komentując jego nietypowe odzienie. Niestety łowca dusz w ogóle się tym nie przejmował, nie dając mężczyźnie satysfakcji. Obecnie, jako że do wschodu brakowało kilku godzin, smacznie pochrapywał w drugim pokoju wraz z Juwentynem, który również był czarodziejem, aczkolwiek w głównej mierze dbał o zdrowie całego towarzystwa.
- Wracaj spać Maura. – prychnął Dante na odczepnego.
- Tak, tak, kurs na Wielką Pustynię Słońca. To chyba twoje klimaty hm? Słyszałam, że ludzie też chodzą tam głównie w sukienkach.
- Valde ridiculam – piekielny przewrócił oczami i odwrócił się na drugi bok, kontemplując, dlaczego akurat on musi znosić tę dziewuchę.
Dopiero gdy usłyszał jej spowolniony oddech, miał pewność, że zasnęła. Piekielny zdjął z głowy swój wieniec laurowy i spojrzał na niego z nostalgią. Wciąż nie wiedział, jak wiele lat minęło od katastrofy na Kitnu. Jednakże na każdym kroku miał wrażenie, jakby przeskoczył epokę do przodu. Ludzie byli zupełnie inni, zachowywali się inaczej, ubrania mieli inne, a także mentalność. Czasami piekielny nie wiedział już, czy naprawdę tyle czasu minęło, czy może to Kitnu miało tak inną kulturę od reszty.
Na razie wolał nikomu nie zdradzać swojej przeszłości, najpierw musiał więcej zrozumieć o współczesnym świecie. Przynajmniej udało mu się dołączyć do Paradiso, dzięki czemu miał nadzieję znaleźć artefakt zdolny odwrócić klątwę na wyspie.
Dlatego, gdy przypadkowy zwierz o rudym ogonku rozwalił artefakt, wszystko powróciło do piekielnego, jakby wydarzyło się co najwyżej dnia poprzedniego. Przerażenie i strach o najbliższych zmusił go do szybkiej reakcji. Strzepnął z siebie resztki kamiennej skorupy. Dopiero po chwili mógł się porządnie rozejrzeć, jego oczy musiały przywyknąć do jasnego, dziennego światła egzotycznej wyspy.
Piekielny miał jednak wrażenie, że został przeniesiony w jakieś zupełnie inne miejsce. To nie był jego dom, wszystko porastała roślinność, przykrywając zielonym dywanem ruiny dawnych domostw. Jedynie kształt płonącej niegdyś góry był boleśnie znajomy. Dante musiał sprawdzić co z resztą ludzi, przemienił się w swoją prawdziwą postać i nieudolnie próbował wzbić się w powietrze. Jednakże zarówno nogi, jak i skrzydła odmawiały posłuszeństwa po latach nieużywania. Mimo to mężczyzna, walcząc z każdym ruch, niegdyś tak naturalnym, a teraz tak obcym dotarł na rynek, gdzie składano ofiary.
Zastał tam znajome twarze, które wciąż jednak pozostawały skamieniałe, utrwalając przerażone spojrzenia. Niektórych niemal w całości pokrywał już mech, czy tutejsze pnącza.
W jednej chwili piekielny poczuł coś w dłoni, był to artefakt, którego użył, obecnie pęknięty i kompletnie zepsuty. Natomiast gdy tylko podniósł wzrok, wszystkie te rzeźby skrywające w sobie zamrożone przed lady życia wskazywały na niego palcami, jakby obwiniając za całą sytuację. Niema cisza bolała bardziej niż jakikolwiek krzyk.
Na dodatek z każdym mrugnięciem pojawiali się bliżej i bliżej… i bliżej…
Dante obudził się zlany zimnym potem. Jego szybki oddech przykuł uwagę Maury, która nocowała wraz z nim w karczemnym pokoju.
- Znowu koszmary? – jasnowłosa uśmiechnęła się, licząc, że tym razem wyciągnie od mężczyzny coś więcej.
Dante od kilku dobrych miesięcy należał do Paradiso, grupy łowców skarbów. Jednakże pozostawał skryty i zachowywał się momentami dość dziwacznie według pozostałych członków jego grupy. Ewazjusz będący niezwykle uzdolnionym magiem, który mimo swoich umiejętności jedynie język miał cięty, często próbował dokuczać piekielnemu, komentując jego nietypowe odzienie. Niestety łowca dusz w ogóle się tym nie przejmował, nie dając mężczyźnie satysfakcji. Obecnie, jako że do wschodu brakowało kilku godzin, smacznie pochrapywał w drugim pokoju wraz z Juwentynem, który również był czarodziejem, aczkolwiek w głównej mierze dbał o zdrowie całego towarzystwa.
- Wracaj spać Maura. – prychnął Dante na odczepnego.
- Tak, tak, kurs na Wielką Pustynię Słońca. To chyba twoje klimaty hm? Słyszałam, że ludzie też chodzą tam głównie w sukienkach.
- Valde ridiculam – piekielny przewrócił oczami i odwrócił się na drugi bok, kontemplując, dlaczego akurat on musi znosić tę dziewuchę.
Dopiero gdy usłyszał jej spowolniony oddech, miał pewność, że zasnęła. Piekielny zdjął z głowy swój wieniec laurowy i spojrzał na niego z nostalgią. Wciąż nie wiedział, jak wiele lat minęło od katastrofy na Kitnu. Jednakże na każdym kroku miał wrażenie, jakby przeskoczył epokę do przodu. Ludzie byli zupełnie inni, zachowywali się inaczej, ubrania mieli inne, a także mentalność. Czasami piekielny nie wiedział już, czy naprawdę tyle czasu minęło, czy może to Kitnu miało tak inną kulturę od reszty.
Na razie wolał nikomu nie zdradzać swojej przeszłości, najpierw musiał więcej zrozumieć o współczesnym świecie. Przynajmniej udało mu się dołączyć do Paradiso, dzięki czemu miał nadzieję znaleźć artefakt zdolny odwrócić klątwę na wyspie.
- Onrashee
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 6 miesiące temu
- Rasa: Dhampir
- Profesje: Szpieg , Łowca
- Kontakt:
Nie było chłodu. Nie było ciepła. To nie było nic nowego, co Onrashee miała zrobić - kolejna misja. Kolejna akcja. Tylko ona mogła wniknąć w szeregi Paradiso, albowiem nikt tam nie widział jej twarzy i nie znał jej jako członka Dominium - jednej z najgorszych organizacji, które mogłyby kiedyś przejąć władzę nad światem.
- Proszę bardzo. Piękna pani szpieg - skomentował Klaus, ujmując twarz swojej podopiecznej i całując ją w czoło jak wzorowy ojciec. Onrashee tak bardzo kochała te czułe gesty; Klaus oraz Dominium to była jej rodzina. Zrobiłaby dla nich wszystko, nawet jeśli miałaby wskoczyć w wulkan na Kitnu.
- Przenikniesz do Paradiso. Poznasz tam paru wzorowych łowców, lecz chciałbym, żebyś skupiła się na drużynie Maury Trevisto i Dantego Vale. To oni stanowią dla nas największe zagrożenie - skomentował wampir, odwracając się plecami do dhampirki i obserwując świat z okna pokoju głównej siedziby Dominium. Nikomu nieznanej, nieodkrytej nigdy budowli w sercu samego Srebrnego Jeziora. - Zdobędziesz ich zaufanie, a kiedy będą już bezbronni… przyprowadzisz ich tutaj. Razem z artefaktami, które pozwolą nam wzrastać w siłę.
- Tak, Klaus - odparła Onrashee, mrużąc oczy. Wiedziała, że to niebezpieczna misja. W końcu jeśli zostanie odkryta, Paradiso łatwo pozbędzie się jednego członka grupy Dominium. Lub, co gorsza, wyrwie z jej umysłu wszystkie kryjówki i sekrety. Dla wampira kobieta była tylko bronią, więc niebezpieczeństwo nie miało tutaj znaczenia.
Wysłałby ją nawet na śmierć, na co ona poszłaby dla niego z ochotą. To wszystko sprawiało, że Onrashee lgnęła do tej toksycznej relacji z coraz większą desperacją.
***
Mgła spowiła starożytne ruiny niczym wilgotny, biały kokon. Onrashee pojawiła się bowiem wśród skamielin przed świtem. Stała spokojnie, obserwując wejście do świątyni. Nie było słychać niczego poza jej własnym oddechem i cichym szelestem wilgotnych liści pod jej stopami.
Przez chwilę wpatrywała się w wejście, analizując każdy kamień, każdą rysę w murze. Jej oczy błyszczały w półmroku - przewidywała, że kilka pułapek wciąż działa. Nie spieszyła się. W jej umyśle każdy ruch miał znaczenie, każda decyzja była częścią większego planu.
Pierwsza przeszkoda była niemal niewidoczna - cienki sznur, który mógł spowodować wybuch pułapki. Onrashee jednym, precyzyjnym ruchem przeskoczyła go. Kroki jej były ciche, niemal bezszelestne. Kobieta zatrzymywała się, wdychała powietrze, słuchała. Kolejna sala - wypełniona starożytnymi kolcami i przesuwanymi kamiennymi blokami. Każdy niewłaściwy krok oznaczałby śmierć. Dhampirka analizowała wzór bloków, ich ciężar i wyważenie, a następnie przeszła przez pokój z elegancją, stawiając stopy tylko tam, gdzie podłoże było bezpieczne.
Głębiej w świątyni znalazła wreszcie ukryty skarbiec. A w nim; artefakt z Kitnu - kryształ pulsujący delikatnym, czerwonym światłem. Stała przed nim przez chwilę, badając. Nie było strażników, nie było magii ochronnej - tylko cisza, tak głęboka, że niemal słyszała własne, niebijące serce. Wyciągnęła kryształ. Każdy ruch był dokładnie wyważony - nawet oddech nie mógł zdradzić jej obecności. Zamknęła oczy i wstrzymała powietrze, obawiając się, że zaraz coś runie na jej głowę i tyle będzie z misji. Kiedy jednak kobieta zrozumiała, że jest już bezpiecznie, odetchnęła z ulgą. Nie mogła wracać. Według jej informacji, tu właśnie drużyna z Paradiso ruszy po ten sam kryształ. Tak więc postanowiła poczekać. Właśnie tutaj ich spotka i właśnie tutaj pozwoli im zapamiętać się właśnie taką - tajemniczą, pełną wdzięku i sprytu nieznajomą, którą tylko zechcą bardziej poznać.
Nie było triumfu.
Nie było radości.
Była tylko cisza i satysfakcja, że wykonała misję perfekcyjnie - sama, bez błędów. I to się liczyło.
Gdy zaś usłyszała zbliżające się kroki, uniosła kamień i przyjrzała się mu nonszalancko, po czym rzuciła w eter do nadchodzących łowców.
- Drużyny z Paradiso mają bardzo dużo czasu, skoro tak się ociągają w misjach - rzekła. - Gdyby nie ja, ten kryształ już wpadłby w łapska Dominium… - Nawet nie mogła się zaśmiać z tego, jak bardzo ironicznie to zabrzmiało. Gra się rozpoczęła, a wszystkie pionki już pojawiały się na planszy.
Czas rozpocząć przedstawienie - test na zaufanie.
- Proszę bardzo. Piękna pani szpieg - skomentował Klaus, ujmując twarz swojej podopiecznej i całując ją w czoło jak wzorowy ojciec. Onrashee tak bardzo kochała te czułe gesty; Klaus oraz Dominium to była jej rodzina. Zrobiłaby dla nich wszystko, nawet jeśli miałaby wskoczyć w wulkan na Kitnu.
- Przenikniesz do Paradiso. Poznasz tam paru wzorowych łowców, lecz chciałbym, żebyś skupiła się na drużynie Maury Trevisto i Dantego Vale. To oni stanowią dla nas największe zagrożenie - skomentował wampir, odwracając się plecami do dhampirki i obserwując świat z okna pokoju głównej siedziby Dominium. Nikomu nieznanej, nieodkrytej nigdy budowli w sercu samego Srebrnego Jeziora. - Zdobędziesz ich zaufanie, a kiedy będą już bezbronni… przyprowadzisz ich tutaj. Razem z artefaktami, które pozwolą nam wzrastać w siłę.
- Tak, Klaus - odparła Onrashee, mrużąc oczy. Wiedziała, że to niebezpieczna misja. W końcu jeśli zostanie odkryta, Paradiso łatwo pozbędzie się jednego członka grupy Dominium. Lub, co gorsza, wyrwie z jej umysłu wszystkie kryjówki i sekrety. Dla wampira kobieta była tylko bronią, więc niebezpieczeństwo nie miało tutaj znaczenia.
Wysłałby ją nawet na śmierć, na co ona poszłaby dla niego z ochotą. To wszystko sprawiało, że Onrashee lgnęła do tej toksycznej relacji z coraz większą desperacją.
***
Mgła spowiła starożytne ruiny niczym wilgotny, biały kokon. Onrashee pojawiła się bowiem wśród skamielin przed świtem. Stała spokojnie, obserwując wejście do świątyni. Nie było słychać niczego poza jej własnym oddechem i cichym szelestem wilgotnych liści pod jej stopami.
Przez chwilę wpatrywała się w wejście, analizując każdy kamień, każdą rysę w murze. Jej oczy błyszczały w półmroku - przewidywała, że kilka pułapek wciąż działa. Nie spieszyła się. W jej umyśle każdy ruch miał znaczenie, każda decyzja była częścią większego planu.
Pierwsza przeszkoda była niemal niewidoczna - cienki sznur, który mógł spowodować wybuch pułapki. Onrashee jednym, precyzyjnym ruchem przeskoczyła go. Kroki jej były ciche, niemal bezszelestne. Kobieta zatrzymywała się, wdychała powietrze, słuchała. Kolejna sala - wypełniona starożytnymi kolcami i przesuwanymi kamiennymi blokami. Każdy niewłaściwy krok oznaczałby śmierć. Dhampirka analizowała wzór bloków, ich ciężar i wyważenie, a następnie przeszła przez pokój z elegancją, stawiając stopy tylko tam, gdzie podłoże było bezpieczne.
Głębiej w świątyni znalazła wreszcie ukryty skarbiec. A w nim; artefakt z Kitnu - kryształ pulsujący delikatnym, czerwonym światłem. Stała przed nim przez chwilę, badając. Nie było strażników, nie było magii ochronnej - tylko cisza, tak głęboka, że niemal słyszała własne, niebijące serce. Wyciągnęła kryształ. Każdy ruch był dokładnie wyważony - nawet oddech nie mógł zdradzić jej obecności. Zamknęła oczy i wstrzymała powietrze, obawiając się, że zaraz coś runie na jej głowę i tyle będzie z misji. Kiedy jednak kobieta zrozumiała, że jest już bezpiecznie, odetchnęła z ulgą. Nie mogła wracać. Według jej informacji, tu właśnie drużyna z Paradiso ruszy po ten sam kryształ. Tak więc postanowiła poczekać. Właśnie tutaj ich spotka i właśnie tutaj pozwoli im zapamiętać się właśnie taką - tajemniczą, pełną wdzięku i sprytu nieznajomą, którą tylko zechcą bardziej poznać.
Nie było triumfu.
Nie było radości.
Była tylko cisza i satysfakcja, że wykonała misję perfekcyjnie - sama, bez błędów. I to się liczyło.
Gdy zaś usłyszała zbliżające się kroki, uniosła kamień i przyjrzała się mu nonszalancko, po czym rzuciła w eter do nadchodzących łowców.
- Drużyny z Paradiso mają bardzo dużo czasu, skoro tak się ociągają w misjach - rzekła. - Gdyby nie ja, ten kryształ już wpadłby w łapska Dominium… - Nawet nie mogła się zaśmiać z tego, jak bardzo ironicznie to zabrzmiało. Gra się rozpoczęła, a wszystkie pionki już pojawiały się na planszy.
Czas rozpocząć przedstawienie - test na zaufanie.
- Dante
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 8 miesiące temu
- Rasa: Łowca Dusz
- Profesje: Strażnik , Zabójca
- Kontakt:
Dante wstał pierwszy i nakazał dhampirzycy obudzić uzdolnionych magicznie śpiochów. Za każdym razem nie potrafili zbudzić się na czas, a z pewnością znali na to jakieś zaklęcie. Piekielny nie miał już jednak siły po raz kolejnych ich upominać. Spakował swoje rzeczy, po czym poszedł przygotowywać konie, pozostawione poprzedniego wieczoru w stajni. Dziewczyna dołączyła do niego pierwsza.
- To… Pokażesz mi swój złoty wieniec? – próbowała jakkolwiek rozpocząć rozmowę.
- No – mruknął piekielny w swoim dialekcie, czym zdezorientował nieumarłą.
- To tak, czy nie?
- Zgadnij – odburknął, wskakując na wierzchowca.
Następnie przyszła para spóźnialskich i wszyscy wyruszyli na południe. Łowca dusz przewodził grupie, nadając tempa i trzymając obrany kierunek. Pamiętał, iż po drodze mieli sprawdzić jeszcze jedną zapomnianą świątynie. Co jakiś czas robili krótkie przerwy, aby sprawdzić na mapie otrzymanej od szefa czy przypadkiem nie zbłądzili. Jednakże jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem.
Po dłuższym czasie wjechali w gęstą, przenikającą mgłę. Konie zaczęły się buntować i odmawiały dalszej drogi. Ewazjusz, jako ten pozbawiony cnoty odwagi zaproponował, iż ich popilnuje, podczas gdy reszta może iść dalej. Normalnie Dante by się na to nie zgodził, tym razem jednak w okolicy brakowało nawet pojedynczego drzewa, do którego mogliby je przywiązać, więc przystał na propozycje czarodzieja.
Następnie, już na piechotę i częściowo na oślep przebijał się przez gęstą, jak mleko mgłę wraz z Juwentynem i Maurą. Dopiero po dłuższej chwili osłabła ukazując gmach starożytnej świątyni. Coś jednak było nie tak, wyczuwał to jakby ślad cudzej aury, zdecydowanie zbyt wyraźny. Piekielny zrozumiał, że nie są tu samie, jednakże nic nie powiedział swoim towarzyszom. Ich zadaniem było skupić się na rozpracowaniu pułapek.
Szczęśliwie wszystkim udało się ominąć tę pierwszą, przy drugiej natomiast Maura źle postawiła krok, przez co jeden z kolców niemalże przebił ją na wylot. Dobrze, że dziewczyna była świetna w unikach.
- Maura – upomniał ją Dante, aby bardziej uważała.
Była najmłodsza z całej grupy, więc piekielny mimowolnie widział w niej bardziej dziecko, nastolatkę ledwo niż dorosłą kobietę i wszelkie potknięcia dziewczyny zrzucał na brak większego doświadczenia.
Na szczęście tym razem ruiny nie były aż tak skomplikowane i już chwilę później cała grupa dotarła do skarbca. Łowca dusz wyczuwał zarówno artefakt w pobliżu, jak i obcą aurę. Jego podejrzenia potwierdził kobiecy głos. Natychmiast przyśpieszył kroku, aby sprawdzić, kto zdołał ich ubiec.
Stała tam kobieta, dhampirzyca z artefaktem, który mieli znaleźć. Piekielny rzucił jej podejrzliwe spojrzenie, nie pozwalając, aby uroda nieznajomej wpłynęła na jasność jego umysłu. Przez chwilę spoglądał w krwistoczerwone oczy nieumarłej, jakby chciał wyczytać z nich odpowiedzi, których potrzebował.
- Kim jesteś i skąd wiedziałaś, że tu zmierzamy? – spytał, obserwując trzymany przez nią artefakt. Jego smutne oczy nie zdradzały zbyt wiele emocji, a jeśli już to na pewno nie te pozytywne.
Po chwili dołączył do niego Juwentyn i Maura. Dziewczyna w pierwszej chwili uśmiechnęła się, wyczuwając kolejnego mieszańca, jednakże po chwili spoważniała, widząc, iż zdobyła ona skarb przed nimi.
- Zamierzasz go nam oddać po dobroci, czy… - zaczął, kładąc dłoń na rękojeści miecz, który nosił przy pasie.
Ich rozmowę jednak przerwały nagłe wstrząsy. Wyglądało na to, iż świątynia odnotowała kradzież artefaktu z opóźnieniem. Wyglądało na to, że wszystko zaraz się zawali.
- To… Pokażesz mi swój złoty wieniec? – próbowała jakkolwiek rozpocząć rozmowę.
- No – mruknął piekielny w swoim dialekcie, czym zdezorientował nieumarłą.
- To tak, czy nie?
- Zgadnij – odburknął, wskakując na wierzchowca.
Następnie przyszła para spóźnialskich i wszyscy wyruszyli na południe. Łowca dusz przewodził grupie, nadając tempa i trzymając obrany kierunek. Pamiętał, iż po drodze mieli sprawdzić jeszcze jedną zapomnianą świątynie. Co jakiś czas robili krótkie przerwy, aby sprawdzić na mapie otrzymanej od szefa czy przypadkiem nie zbłądzili. Jednakże jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem.
Po dłuższym czasie wjechali w gęstą, przenikającą mgłę. Konie zaczęły się buntować i odmawiały dalszej drogi. Ewazjusz, jako ten pozbawiony cnoty odwagi zaproponował, iż ich popilnuje, podczas gdy reszta może iść dalej. Normalnie Dante by się na to nie zgodził, tym razem jednak w okolicy brakowało nawet pojedynczego drzewa, do którego mogliby je przywiązać, więc przystał na propozycje czarodzieja.
Następnie, już na piechotę i częściowo na oślep przebijał się przez gęstą, jak mleko mgłę wraz z Juwentynem i Maurą. Dopiero po dłuższej chwili osłabła ukazując gmach starożytnej świątyni. Coś jednak było nie tak, wyczuwał to jakby ślad cudzej aury, zdecydowanie zbyt wyraźny. Piekielny zrozumiał, że nie są tu samie, jednakże nic nie powiedział swoim towarzyszom. Ich zadaniem było skupić się na rozpracowaniu pułapek.
Szczęśliwie wszystkim udało się ominąć tę pierwszą, przy drugiej natomiast Maura źle postawiła krok, przez co jeden z kolców niemalże przebił ją na wylot. Dobrze, że dziewczyna była świetna w unikach.
- Maura – upomniał ją Dante, aby bardziej uważała.
Była najmłodsza z całej grupy, więc piekielny mimowolnie widział w niej bardziej dziecko, nastolatkę ledwo niż dorosłą kobietę i wszelkie potknięcia dziewczyny zrzucał na brak większego doświadczenia.
Na szczęście tym razem ruiny nie były aż tak skomplikowane i już chwilę później cała grupa dotarła do skarbca. Łowca dusz wyczuwał zarówno artefakt w pobliżu, jak i obcą aurę. Jego podejrzenia potwierdził kobiecy głos. Natychmiast przyśpieszył kroku, aby sprawdzić, kto zdołał ich ubiec.
Stała tam kobieta, dhampirzyca z artefaktem, który mieli znaleźć. Piekielny rzucił jej podejrzliwe spojrzenie, nie pozwalając, aby uroda nieznajomej wpłynęła na jasność jego umysłu. Przez chwilę spoglądał w krwistoczerwone oczy nieumarłej, jakby chciał wyczytać z nich odpowiedzi, których potrzebował.
- Kim jesteś i skąd wiedziałaś, że tu zmierzamy? – spytał, obserwując trzymany przez nią artefakt. Jego smutne oczy nie zdradzały zbyt wiele emocji, a jeśli już to na pewno nie te pozytywne.
Po chwili dołączył do niego Juwentyn i Maura. Dziewczyna w pierwszej chwili uśmiechnęła się, wyczuwając kolejnego mieszańca, jednakże po chwili spoważniała, widząc, iż zdobyła ona skarb przed nimi.
- Zamierzasz go nam oddać po dobroci, czy… - zaczął, kładąc dłoń na rękojeści miecz, który nosił przy pasie.
Ich rozmowę jednak przerwały nagłe wstrząsy. Wyglądało na to, iż świątynia odnotowała kradzież artefaktu z opóźnieniem. Wyglądało na to, że wszystko zaraz się zawali.
- Onrashee
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 6 miesiące temu
- Rasa: Dhampir
- Profesje: Szpieg , Łowca
- Kontakt:
Powietrze w świątyni było ciężkie od kurzu i zapachu kamienia, który przez wieki nie widział światła. Onrashee siedziała na jednym z rozbitych filarów, kryształ z Kitnu trzymała między palcami. Jego czerwony blask odbijał się w jej oczach - chłodnych, skoncentrowanych, bez emocji.
Czekała. Wiedziała, że drużyna z Paradiso przybędzie lada moment. Informatorzy Dominium przekazali, że to oni mają przejąć artefakt. Chwilę później ciszę przerwał stuk ciężkich butów. Najpierw usłyszała szepty, potem odgłos pełnej rozmowy.
Z mroku wyłoniły się sylwetki - trójka osób, w tym jedna, która na chwilę zadziwiła wzrok kobiety. Ta kobieta to musiała być Maura Trevisto - dhampirka, o której opowiadał jej Klaus. Mimo młodego wieku już należała do jednej z czołowych drużyn Paradiso, więc nie można było jej lekceważyć. Natomiast mężczyzna, z którego białowłosa nie mogła przez moment spuścić wzroku, wyglądał, jakby zerwał się z kitnowskiej choinki. Idealny wprost przykład tamtejszej mody. Po krótkim zamyśleniu kobieta ponownie przyjęła maskę obojętności, analizując dokładnie potencjalne zagrożenie.
Ostatni z nich nie wyglądał jak najemnik. Raczej jak ktoś, kto potrafi przeżyć wszystko.
- Nieźle. Ktoś już nas uprzedził - rzucił, rozglądając się po sali. Jego ton był zbyt spokojny jak na kogoś, kto właśnie wszedł do świątyni pełnej pułapek; więc Onrashee od razu przypisała go do kategorii tych szczęściarzy, którym po prostu się pofarciło w życiu. Dhampirka nie odpowiedziała od razu. Zsunęła się z filaru z gracją drapieżnika i powoli schowała artefakt do torby.
- To należało do was? - spytała sucho.
- Zależy, kim jesteś. Jeśli złodziejką, to tak. Jeśli przyjaciółką, to może pogadamy - odparł czarodziej. Pozostali członkowie drużyny rozejrzeli się niespokojnie, ale kitnowski nieznajomy pozostał bardziej ostrożny, jakby próbował odczytać zamiary Onrashee.
“To musi być Dante Vale”, pomyślała.
- Nazwijmy to testem - odpowiedziała spokojnie, widząc dłoń nieznajomego na rękojeści miecza. - Jeszcze nie zginęliście. To daje wam duży plus. Nazywam się Sheorane i jestem... - Zanim Onrashee zdążyła odpowiedzieć, ziemia zadrżała. Kryształ w jej torbie zapulsował mocniej, jakby coś go obudziło.
- Coś się dzieje? - powiedziała cicho, zerkając w stronę run, które rozbłysły na ścianach świątyni. Ziemia zatrzęsła się po raz drugi, tym razem mocniej. Z sufitu zaczęły spadać odłamki kamienia. Gdyby krew w ciele nieumarłej krążyła w normalnym rytmie, ta zapewne by zbladła. Nie mieli czasu na sprzeczki.
- Tędy! - krzyknęła, przebiegając za kamienną ścianę. Dokładnie tę, która znajdowała się wcześniej za artefaktem. - Chodźcie za mną, to przeżyjecie.
Onrashee już wcześniej zrozumiała, że nie będa mogli wrócić tą samą drogą. Może i pułapki mogłyby utrudnić im drogę powrotną, jednakże ostatnia na pewno nie zadziałałaby w tę stronę; ktoś, kto zbudował tę świątynię, musiał stworzyć również dalszą drogę. A biorąc pod uwagę długość całej budowli, artefakt musiał znajdować się gdzieś idealnie po środku. Zatem jeśli ta droga jest bez pułapek, będą w stanie wydostać się na zewnątrz znacznie szybciej.
Wbiegli w labirynt korytarzy, między zapadającymi się stropami i wirującym kurzem. Onrashee biegła pierwsza, licząc w myślach każdy zakręt.
- Nie zatrzymuj się! — zawołała Onrashee, przeskakując nad szczeliną, po dostrzeżeniu, jak Maura ma problem z nadążeniem za nimi wszystkimi. Kobieta prychnęła niezadowolona, po czym chwyciła dziewczynę za ramię i pomogła jej złapać równowagę, żeby móc biec dalej prosto. Maura i ten drugi mężczyzna znaleźli się na przodzie, a nieopodal już widoczne było wyjście - słup białego światła, wskazujący dzień. Wskazujący koniec ich ucieczki.
Jeden z filarów runął tuż przed Onrashee i Dantem, odcinając im drogę powrotną. Kobieta bez namysłu wspięła się po bocznej kolumnie, po czym podała dłoń mężczyźnie. To był moment, który można by rzec, zaplanowała sobie od początku. Choć nie przewidziała, że świątynia się zawali, jej doskonała gra aktorska w tej chwili miała szansę zabłysnąć. W ciasnym korytarzu było coraz więcej spadających skał, a gdyby mężczyzna powtórzył manewr Onrashee na kolumnie, oboje by spadli. Póki ona się jej trzymała i mogła pomóc mu przeskoczyć, ciemnowłosy nie miał innego wyjścia niż tylko podać jej rękę.
- Zaufaj mi! - krzyknęła dhampirka z desperacją w pełni wymalowaną na twarzy. To był kluczowy moment. Podając jej dłoń, poda nieumarłej na tacy swoje zaufanie. A tego właśnie oczekiwała Onrashee. Nie mogło ułożyć się lepiej. Wiedziała, że to dopiero początek - choć jeszcze nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ten mężczyzna roztrzaska jej precyzyjnie zbudowany spokój.
Czekała. Wiedziała, że drużyna z Paradiso przybędzie lada moment. Informatorzy Dominium przekazali, że to oni mają przejąć artefakt. Chwilę później ciszę przerwał stuk ciężkich butów. Najpierw usłyszała szepty, potem odgłos pełnej rozmowy.
Z mroku wyłoniły się sylwetki - trójka osób, w tym jedna, która na chwilę zadziwiła wzrok kobiety. Ta kobieta to musiała być Maura Trevisto - dhampirka, o której opowiadał jej Klaus. Mimo młodego wieku już należała do jednej z czołowych drużyn Paradiso, więc nie można było jej lekceważyć. Natomiast mężczyzna, z którego białowłosa nie mogła przez moment spuścić wzroku, wyglądał, jakby zerwał się z kitnowskiej choinki. Idealny wprost przykład tamtejszej mody. Po krótkim zamyśleniu kobieta ponownie przyjęła maskę obojętności, analizując dokładnie potencjalne zagrożenie.
Ostatni z nich nie wyglądał jak najemnik. Raczej jak ktoś, kto potrafi przeżyć wszystko.
- Nieźle. Ktoś już nas uprzedził - rzucił, rozglądając się po sali. Jego ton był zbyt spokojny jak na kogoś, kto właśnie wszedł do świątyni pełnej pułapek; więc Onrashee od razu przypisała go do kategorii tych szczęściarzy, którym po prostu się pofarciło w życiu. Dhampirka nie odpowiedziała od razu. Zsunęła się z filaru z gracją drapieżnika i powoli schowała artefakt do torby.
- To należało do was? - spytała sucho.
- Zależy, kim jesteś. Jeśli złodziejką, to tak. Jeśli przyjaciółką, to może pogadamy - odparł czarodziej. Pozostali członkowie drużyny rozejrzeli się niespokojnie, ale kitnowski nieznajomy pozostał bardziej ostrożny, jakby próbował odczytać zamiary Onrashee.
“To musi być Dante Vale”, pomyślała.
- Nazwijmy to testem - odpowiedziała spokojnie, widząc dłoń nieznajomego na rękojeści miecza. - Jeszcze nie zginęliście. To daje wam duży plus. Nazywam się Sheorane i jestem... - Zanim Onrashee zdążyła odpowiedzieć, ziemia zadrżała. Kryształ w jej torbie zapulsował mocniej, jakby coś go obudziło.
- Coś się dzieje? - powiedziała cicho, zerkając w stronę run, które rozbłysły na ścianach świątyni. Ziemia zatrzęsła się po raz drugi, tym razem mocniej. Z sufitu zaczęły spadać odłamki kamienia. Gdyby krew w ciele nieumarłej krążyła w normalnym rytmie, ta zapewne by zbladła. Nie mieli czasu na sprzeczki.
- Tędy! - krzyknęła, przebiegając za kamienną ścianę. Dokładnie tę, która znajdowała się wcześniej za artefaktem. - Chodźcie za mną, to przeżyjecie.
Onrashee już wcześniej zrozumiała, że nie będa mogli wrócić tą samą drogą. Może i pułapki mogłyby utrudnić im drogę powrotną, jednakże ostatnia na pewno nie zadziałałaby w tę stronę; ktoś, kto zbudował tę świątynię, musiał stworzyć również dalszą drogę. A biorąc pod uwagę długość całej budowli, artefakt musiał znajdować się gdzieś idealnie po środku. Zatem jeśli ta droga jest bez pułapek, będą w stanie wydostać się na zewnątrz znacznie szybciej.
Wbiegli w labirynt korytarzy, między zapadającymi się stropami i wirującym kurzem. Onrashee biegła pierwsza, licząc w myślach każdy zakręt.
- Nie zatrzymuj się! — zawołała Onrashee, przeskakując nad szczeliną, po dostrzeżeniu, jak Maura ma problem z nadążeniem za nimi wszystkimi. Kobieta prychnęła niezadowolona, po czym chwyciła dziewczynę za ramię i pomogła jej złapać równowagę, żeby móc biec dalej prosto. Maura i ten drugi mężczyzna znaleźli się na przodzie, a nieopodal już widoczne było wyjście - słup białego światła, wskazujący dzień. Wskazujący koniec ich ucieczki.
Jeden z filarów runął tuż przed Onrashee i Dantem, odcinając im drogę powrotną. Kobieta bez namysłu wspięła się po bocznej kolumnie, po czym podała dłoń mężczyźnie. To był moment, który można by rzec, zaplanowała sobie od początku. Choć nie przewidziała, że świątynia się zawali, jej doskonała gra aktorska w tej chwili miała szansę zabłysnąć. W ciasnym korytarzu było coraz więcej spadających skał, a gdyby mężczyzna powtórzył manewr Onrashee na kolumnie, oboje by spadli. Póki ona się jej trzymała i mogła pomóc mu przeskoczyć, ciemnowłosy nie miał innego wyjścia niż tylko podać jej rękę.
- Zaufaj mi! - krzyknęła dhampirka z desperacją w pełni wymalowaną na twarzy. To był kluczowy moment. Podając jej dłoń, poda nieumarłej na tacy swoje zaufanie. A tego właśnie oczekiwała Onrashee. Nie mogło ułożyć się lepiej. Wiedziała, że to dopiero początek - choć jeszcze nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ten mężczyzna roztrzaska jej precyzyjnie zbudowany spokój.
- Dante
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 8 miesiące temu
- Rasa: Łowca Dusz
- Profesje: Strażnik , Zabójca
- Kontakt:
Dante obserwował wymianę zdań między nieznajomą a członkami swojej grupy w ciszy. Mierzył ją wzrokiem i rozważał wszelkie opcje. Był gotowy do walki, jednakże kobieta najwyraźniej chciała rozwiązać sprawę pokojowo. Uniósł brew na wieść o teście. Nie lubił takiego tańczenia wokół tematu, chciał odzyskać artefakt i mieć święty spokój.
Jednakże przerwało im nagłe trzęsienie ziemi.
- Jakbyś nie wiedziała, nie można tak po prostu zabierać artefaktów ze świątyń, nie licząc się z konsekwencjami – prychnął łowca dusz bardziej zirytowany niż wystraszony.
Jego towarzysze jednak nie tracili czasu na docinki i od razu pobiegli za dhampirzycą, piekielny pozostał na końcu. Zawsze upewniał się, że jego podwładni są bezpieczni w pierwszej kolejności. Często przez to ryzykował, ale jako istota z Piekła, wiedział, iż ma większe szanse na przetrwanie. W ostateczności zawsze mógł użyć skrzydeł i odlecieć albo przenieść się tam na dół. Nawet jeśli wolałby sobie tego oszczędzić.
Gdy Maurze zaczynał brakować sił, piekielny chwycił ją za rękę i pomógł nadać tempo zmachanej dziewczynie. Uratowało ją to przed zmiażdżeniem kawałkiem rozpadającego się stropu.
- Ja... – dziewczyna poczuła się głupio, najpierw Sheorane musiała jej pomóc, a teraz jeszcze Dante.
- Podziękujesz później, fuge! – nakazał jej uciekać w swoim języku, dhampirka wprawdzie nie rozumiała tego dialektu, ale ton głosu był jednoznaczny. Zebrała w sobie ostatnie siły i ruszyła niemalże na prowadzenie.
Na szczęście wyjście było już blisko, czarodzieje wraz z nieumarłą właśnie je przekraczali. Jednakże piekielny wraz z nową znajomą zostali odcięci.
- Mirabilis! – krzyknął Dante z sarkazmem. Obawiał się, że będzie musiał zdradzić swoją prawdziwą formę tylko po to, aby uciec.
Jednakże z pomocą przyszła mu ta nowo poznana dhampirzyca. Piekielny spojrzał na jej dłoń, po czym prosto w czerwone oczy kobiety. Trwało to zaledwie ułamek chwili, ale zdawało się niczym wieczność, jakby zobaczyli w sobie coś więcej, choć nie wiedzieli, czym dokładnie jest to coś. Dante bez słowa podał jej dłoń, chłód skóry nieumarłej kontrastował z ciepłem piekielnej istoty.
Ten dziwny moment, niemalże intymny w swojej tajemniczości zdawał się zniknąć tak szybko, jak się pojawił. Łowca dusz i Sheorane wybiegli ze świątyni, z której wyleciały kłęby kurzu. Wszyscy byli bezpieczni.
- Gratias ago – mruknął Dante jakby niechętnie. Podziękowanie oznaczał przyznanie się, iż potrzebował pomocy. Na dodatek od nieznajomej.
- Nikt cię nie rozumie, jak tak gadasz – upomniał go Juwentyn.
- Idź po Ewazjusza, niech przyprowadzi konie – rozkazał Dante, ignorując słowa pradawnego.
W rzeczywistości jednak ukuło go to wewnętrznie. Tyle czasu spędził, ucząc się nowego języka na wyspie tylko po to, by usłyszeć coś takiego. Najbardziej naturalna była dla niego czarna mowa, jednakże to właśnie dialekt z Kitnu uważał za swój ojczysty język.
- Ja również dziękuje za pomoc – stwierdziła Maura, uśmiechając się do Sheorane, po czym lekko niepewna zerknęła na Dante – bo to grazias ato, to dziękuję, tak?
Piekielny potwierdził skinieniem, jednocześnie skrzywił się nieco, słysząc niepoprawną wymowę. Nie chcąc dłużej nad tym rozmyślać, spojrzał na nową dhampirzycę.
- Pomogłaś nam, ale nadal nie znamy twoich zamiarów – stwierdził pełen powagi – Czego właściwie oczekujesz? – spytał nieco podejrzliwie.
W tym momencie para pradawnych wraz z wierzchowcami właśnie powróciła. Ewazjusz, który wcześniej nie miał okazji poznać białowłosej, zaniemówił na jej widok, po czym podszedł do niej z flirciarskim uśmiechem.
- A cóż taka piękność robi w taki niesprzyjającym otoczeniu? – zapytał, poprawiając włosy. Bał się większości rzeczy, ale nie rozmów z kobietami, a szkoda. Bo to akurat oszczędziłoby reszcie przymusu oglądania tej żałosnej próby końskich zalotów.
Jednakże przerwało im nagłe trzęsienie ziemi.
- Jakbyś nie wiedziała, nie można tak po prostu zabierać artefaktów ze świątyń, nie licząc się z konsekwencjami – prychnął łowca dusz bardziej zirytowany niż wystraszony.
Jego towarzysze jednak nie tracili czasu na docinki i od razu pobiegli za dhampirzycą, piekielny pozostał na końcu. Zawsze upewniał się, że jego podwładni są bezpieczni w pierwszej kolejności. Często przez to ryzykował, ale jako istota z Piekła, wiedział, iż ma większe szanse na przetrwanie. W ostateczności zawsze mógł użyć skrzydeł i odlecieć albo przenieść się tam na dół. Nawet jeśli wolałby sobie tego oszczędzić.
Gdy Maurze zaczynał brakować sił, piekielny chwycił ją za rękę i pomógł nadać tempo zmachanej dziewczynie. Uratowało ją to przed zmiażdżeniem kawałkiem rozpadającego się stropu.
- Ja... – dziewczyna poczuła się głupio, najpierw Sheorane musiała jej pomóc, a teraz jeszcze Dante.
- Podziękujesz później, fuge! – nakazał jej uciekać w swoim języku, dhampirka wprawdzie nie rozumiała tego dialektu, ale ton głosu był jednoznaczny. Zebrała w sobie ostatnie siły i ruszyła niemalże na prowadzenie.
Na szczęście wyjście było już blisko, czarodzieje wraz z nieumarłą właśnie je przekraczali. Jednakże piekielny wraz z nową znajomą zostali odcięci.
- Mirabilis! – krzyknął Dante z sarkazmem. Obawiał się, że będzie musiał zdradzić swoją prawdziwą formę tylko po to, aby uciec.
Jednakże z pomocą przyszła mu ta nowo poznana dhampirzyca. Piekielny spojrzał na jej dłoń, po czym prosto w czerwone oczy kobiety. Trwało to zaledwie ułamek chwili, ale zdawało się niczym wieczność, jakby zobaczyli w sobie coś więcej, choć nie wiedzieli, czym dokładnie jest to coś. Dante bez słowa podał jej dłoń, chłód skóry nieumarłej kontrastował z ciepłem piekielnej istoty.
Ten dziwny moment, niemalże intymny w swojej tajemniczości zdawał się zniknąć tak szybko, jak się pojawił. Łowca dusz i Sheorane wybiegli ze świątyni, z której wyleciały kłęby kurzu. Wszyscy byli bezpieczni.
- Gratias ago – mruknął Dante jakby niechętnie. Podziękowanie oznaczał przyznanie się, iż potrzebował pomocy. Na dodatek od nieznajomej.
- Nikt cię nie rozumie, jak tak gadasz – upomniał go Juwentyn.
- Idź po Ewazjusza, niech przyprowadzi konie – rozkazał Dante, ignorując słowa pradawnego.
W rzeczywistości jednak ukuło go to wewnętrznie. Tyle czasu spędził, ucząc się nowego języka na wyspie tylko po to, by usłyszeć coś takiego. Najbardziej naturalna była dla niego czarna mowa, jednakże to właśnie dialekt z Kitnu uważał za swój ojczysty język.
- Ja również dziękuje za pomoc – stwierdziła Maura, uśmiechając się do Sheorane, po czym lekko niepewna zerknęła na Dante – bo to grazias ato, to dziękuję, tak?
Piekielny potwierdził skinieniem, jednocześnie skrzywił się nieco, słysząc niepoprawną wymowę. Nie chcąc dłużej nad tym rozmyślać, spojrzał na nową dhampirzycę.
- Pomogłaś nam, ale nadal nie znamy twoich zamiarów – stwierdził pełen powagi – Czego właściwie oczekujesz? – spytał nieco podejrzliwie.
W tym momencie para pradawnych wraz z wierzchowcami właśnie powróciła. Ewazjusz, który wcześniej nie miał okazji poznać białowłosej, zaniemówił na jej widok, po czym podszedł do niej z flirciarskim uśmiechem.
- A cóż taka piękność robi w taki niesprzyjającym otoczeniu? – zapytał, poprawiając włosy. Bał się większości rzeczy, ale nie rozmów z kobietami, a szkoda. Bo to akurat oszczędziłoby reszcie przymusu oglądania tej żałosnej próby końskich zalotów.
- Onrashee
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 6 miesiące temu
- Rasa: Dhampir
- Profesje: Szpieg , Łowca
- Kontakt:
Kobieta zmrużyła oczy i zadarła nosek w akcie cichego niezadowolenia na trafną przestrogę mężczyzny. To, że świątynia zaczęła się walić z opóźnieniem, nie zostało przewidziane przez żadne z nich - któż wie, może to nieszczęsny los czy traf pozwolił Onrashee poczekać na kolejnych złodziei kryształu, żeby móc pogrzebać pod gruzami więcej nieszczęśników.
Pierwszy krok, który zrobiła ku zdobyciu ich zaufania, to wydostanie się z tej świątyni. Pierwsze uderzenie serca, które miała później roztrzaskać na miliony małych kawałeczków, właśnie zasygnalizowało dhampirce początek jej planu. Kobieta robiła co mogła - pomogła kolejnej nieumarłej w ucieczce, a chwila w której podała Dantemu dłoń, była decydująca.
Gdyby nie dotarły do niej słowa, których używał mężczyzna.
Na początku tak naturalne słowa, które rozumiała, lecz w obliczu panującego wokół chaosu nawet nie zauważyła, że są one tak charakterystyczne. Jeszcze chwila i zapewne by wpadła, gdyby nie odzyskała czujności. To jedno słowo uderzało w jej głowie niczym dzwon.
Kitnu. On używał dialektu z Kitnu. Ubierał się jak mieszkaniec Kitnu.
On pochodził z Kitnu.
Kobieta zdała sobie z tego sprawę, że teraz, gdy ich oczy się spotkały, niemal przez chwilę tylko można było w jej tęczówkach dostrzec coś innego niż wcześniej idealnie zagrana desperacja. W jej wnętrzu zawrzała złość. Nienawiść, której źródło znała aż za dobrze.
Jak śmiał tu istnieć i dalej egzystować, tak dumnie obnosić się z tą kulturą? Jak śmiał być z tego miejsca i wciąż je tak jawnie wspominać? Onrashee odczuwała jego obecność teraz niczym ostrze wbijające się prosto w jej pierś. Świat zwęził się do tego dźwięku.
Kitnu.
Jej własna przeszłość, zamknięta w pięciu literach, jak klątwa, której nie da się z siebie zmyć. Czuła, jak powietrze wokół nich gęstnieje. Każdy oddech stawał się ciężarem. Jej dłonie, dotąd pewne i spokojne, zadrżały, a mięśnie napięły się, jakby ciało samo chciało walczyć lub uciec, gdy Dante podał jej dłoń i przeskoczył przeszkodę.
Serce nieumarłej przyspieszyło - nie z lęku, lecz z czegoś głębszego, starszego niż wspomnienie: z instynktu, który przez wieki ostrzegał ją przed wszystkim, co pochodziło z tej przeklętej wyspy. Zaczęli biec dalej, dołączając w końcu do pozostałej części drużyny. Mogli powiedzieć, że są bezpieczni. Aczkolwiek jak ktoś, kto pochodził z Kitnu, mógł mówić o bezpieczeństwie? Teraz stał przed nią ktoś z tamtego świata - i nie wyglądał jak potwór. To była najgorsza część. Bo Onrashee chciała go nienawidzić. Każdy odruch, każda cząstka jej ciała krzyczała, że powinna. Ale zamiast gniewu przyszło coś niebezpiecznego - ciekawość. I niepewność. W końcu musiała zdobyć jego zaufanie, a jak sama to zrobi, skoro nie potrafiła nigdy zaufać ludziom z tej przeklętej wyspy? Dlaczego on nie nosił w sobie tamtej pogardy? Onrashee zawahała się. To zawahanie było jak pęknięcie w murze, który budowała od dwustu lat.
Dhampirka radziła sobie z tym, jak zawsze. Zamknęła się więc w sobie, jak zawsze. Wyprostowała plecy, odsunęła spojrzenie, wróciła do maski chłodu i kontroli. Nie mogła pozwolić, by ktokolwiek widział, że coś w niej drgnęło. Tylko ukradkiem zacisnęła dłoń, którą wcześniej podała mężczyźnie - jakby próbując doszukać się w tym cieple negatywnych emocji. Czegoś, co naprawdę mogła nienawidzić. Albowiem jak ktoś, kto ma tyle zrozumienia w oczach i ciepła w ciele, może być tym okropnym człowiekiem z Kitnu?
- Nie ma sprawy - rzuciła sucho nieumarła, kiedy to Maura podeszła do niej i zaczęła rozmowę. Teraz Onrashee będzie musiała być dodatkowo czujna; wcześniej jej misja nie godziła w jej własny konflikt wewnętrzny. Teraz, kiedy tak wyparła przeszłość, nie mogła pozwolić jej wrócić - a tym samym nie mogła pozwolić skojarzyć się z tą wyspą. To byłoby zbyt niebezpieczne i stworzyłoby za dużo niepotrzebnych pytań. Kobieta ponownie przybrała maskę, lecz instynktownie unikała wzroku Dantego. Znając prawdę, nie mogła pozwolić, żeby pogarda była aż tak widoczna. Słysząc jego pytanie, uśmiechnęła się krzywo, po czym sięgnęła do torby i wyjęła z niej zdobyty niedawno kryształ.
- Oddam go wam - powiedziała bezceremonialnie, wyciągając dłoń w kierunku przedstawicielki tej samej rasy co ona. - Jak mniemam, mam do czynienia z jedną z czołowych drużyn Paradiso. Więc ty musisz być Maura Trevisto. - Wzrok Onrashee zdradzał teraz wszystko; ciekawość, tajemnicę, zachętę. Rzucała haczyk. I już doskonale wiedziała, jak sprawić, że to oni będą jej chcieli. Młoda dhampirka nie odpuści teraz poznania starszej z tego samego gatunku. Tak długo szukała sobie podobnych, że było to widać w jej oczach. Onrashee miała ją więc w garści, a teraz jeszcze zamierzała umocnić swoją pozycję w tej drużynie.
- Więc jeden z was musi być Dante Vale - dodała, udając doskonale, że nie ma pojęcia, o którym z przedstawionej dwójki mężczyzn mowa (domyśliła się bowiem, że jeden z nich poszedł po innego człeka - nijakiego Ewazjusza). Słońce zaczynało się powoli przebijać przez mgłę. Onrashee oddała kamień Maurze, po czym odwróciła się od pozostałych. Kolejna oznaka zaufania; stawanie plecami do wrogów. Ona nie ukrywała swoich zdolności, albowiem była pewna, że nawet w ten sposób dałaby radę stawić czoło pozostałym. Wtem pojawił się wspomniany Ewazjusz i nieumarła doskonale wiedziała, kto będzie jej najmniej ulubioną ofiarą. Nie lubiła, kiedy ktoś przekraczał granice. Kiedy Ewazjusz pochylił się zbyt blisko, z uśmiechem zbyt pewnym siebie i głosem, w którym brzmiała tania odwaga, Onrashee nie drgnęła. Żadnego uniesienia brwi, żadnego spojrzenia. Tylko milcząca, idealnie spokojna twarz, jakby jego słowa były jedynie szumem tła.
Zamierzała mu pozwolić mówić. Nie dlatego, że ją to bawiło, ale dlatego, że każdy gest był obserwowany. Drużyna dopiero ją poznawała. Każde potknięcie, każda iskra gniewu mogła stać się powodem, by ją odrzucili. A ona nie mogła sobie pozwolić na bycie odrzuconą. Nie teraz. Więc Onrashee po prostu uśmiechnęła się lekko - uśmiechem pozbawionym ciepła, takim, który mógłby należeć do drapieżnika bawiącego się ofiarą. Nie odsunęła się. Ale w jej oczach coś błysnęło - ostrze, którego on nie dostrzegł. W jej wnętrzu krew pulsowała chłodem.
- Nazywam się Sheorane - powiedziała, kompletnie ignorując nieznajomego. Flirt, który miał być zabawą, nagle stracił sens, jakby jego słowa odbiły się od niewidzialnej ściany. - I tak jak wy, szukam czegoś.
Odwróciła się ponownie, kontynuując sprawdzanie drużyny, jakby nic się nie wydarzyło.
W środku jednak czuła znajome ukłucie. Każdy, kto próbował zbliżyć się zbyt lekkomyślnie, musiał prędzej czy później poczuć lodowatą granicę, której nie dało się przekroczyć. A ona, nimo że nienawidziła przekraczania własnych granic, musiała właśnie w jedną uderzyć jak burza w wysokie drzewo. Kitnu. Dom, który chciał ją spalić.
- Słyszeliście o wyspie, na którą spadła straszna klątwa? - zaczęła, ukazując w lekkim, krzywym uśmiechu jeden z kłów. Znad ramienia spojrzała na pozostałych, wzrok zatrzymując dłużej na Dantem. Specjalnie. - Miejsce, o którym świat zapomniał na blisko dwieście lat, a o którym w moich stronach krążą legendy; o bogactwie wiedzy, o starożytnych artefaktach, które podobno uśpiły i sprytnie ukryły to miejsce. Pewien człowiek, którego znałam, opowiadał mi o tym miejscu niezliczone historie, a zwłaszcza o kulturze i wiedzy, tak różnej od naszej, że jest to niepojęte…
Wiedziała doskonale, co robi. Wiedziała, że teraz się nie wycofa, że teraz miała Dantego Vale na haczyku. Wystarczyło go pociągnąć. Lecz ona nie była ofiarą biednej rybki - ona była drapieżnikiem, który uwielbia wodzić za nos i drażnić się z nimi.
- Sama nie znajdę tego miejsca. Potrzebuję do tego drużyny. Jako nowa rekrutka Paradiso, wiele o was słyszałam i liczę, że się dogadamy. Jeżeli zechcecie mi pomóc, również mogę okazać się przydatna w misjach, jak w tej dzisiejszej. Wystarczy jeden list, a jestem wasza. - Mina kobiety spoważniała. Chłód bił od niej jak od posągu, mimo że coraz bardziej nakazywała im się zbliżyć.
- Każdy z nas przecież czegoś szuka. Czyż nie? - Onrashee nie mogła się powstrzymać i w tym momencie pozwoliła sobie spojrzeć w twarz mężczyźnie, którego pochodzeniem gardziła doszczętnie. W jej spojrzeniu była jednak tajemnica; ta słodka, ta zakazana, która wręcz zapraszała na skosztowanie tego, co skrywa pod płaszczem. Nieumarła wiedziała, że się uda. Nie mogła jednak tak łatwo się im dać jak na tacy; dlatego też zaczęła się wycofywać, żeby sekundę później odwrócić głowę i pójść w swoją stronę. Musieli o nią zawalczyć. To oni musieli jej zechcieć.
- Wystarczy jeden list, a jestem wasza - rzekła, po czym całkowicie zniknęła z pola widzenia całej drużyny.
Pierwszy krok, który zrobiła ku zdobyciu ich zaufania, to wydostanie się z tej świątyni. Pierwsze uderzenie serca, które miała później roztrzaskać na miliony małych kawałeczków, właśnie zasygnalizowało dhampirce początek jej planu. Kobieta robiła co mogła - pomogła kolejnej nieumarłej w ucieczce, a chwila w której podała Dantemu dłoń, była decydująca.
Gdyby nie dotarły do niej słowa, których używał mężczyzna.
Na początku tak naturalne słowa, które rozumiała, lecz w obliczu panującego wokół chaosu nawet nie zauważyła, że są one tak charakterystyczne. Jeszcze chwila i zapewne by wpadła, gdyby nie odzyskała czujności. To jedno słowo uderzało w jej głowie niczym dzwon.
Kitnu. On używał dialektu z Kitnu. Ubierał się jak mieszkaniec Kitnu.
On pochodził z Kitnu.
Kobieta zdała sobie z tego sprawę, że teraz, gdy ich oczy się spotkały, niemal przez chwilę tylko można było w jej tęczówkach dostrzec coś innego niż wcześniej idealnie zagrana desperacja. W jej wnętrzu zawrzała złość. Nienawiść, której źródło znała aż za dobrze.
Jak śmiał tu istnieć i dalej egzystować, tak dumnie obnosić się z tą kulturą? Jak śmiał być z tego miejsca i wciąż je tak jawnie wspominać? Onrashee odczuwała jego obecność teraz niczym ostrze wbijające się prosto w jej pierś. Świat zwęził się do tego dźwięku.
Kitnu.
Jej własna przeszłość, zamknięta w pięciu literach, jak klątwa, której nie da się z siebie zmyć. Czuła, jak powietrze wokół nich gęstnieje. Każdy oddech stawał się ciężarem. Jej dłonie, dotąd pewne i spokojne, zadrżały, a mięśnie napięły się, jakby ciało samo chciało walczyć lub uciec, gdy Dante podał jej dłoń i przeskoczył przeszkodę.
Serce nieumarłej przyspieszyło - nie z lęku, lecz z czegoś głębszego, starszego niż wspomnienie: z instynktu, który przez wieki ostrzegał ją przed wszystkim, co pochodziło z tej przeklętej wyspy. Zaczęli biec dalej, dołączając w końcu do pozostałej części drużyny. Mogli powiedzieć, że są bezpieczni. Aczkolwiek jak ktoś, kto pochodził z Kitnu, mógł mówić o bezpieczeństwie? Teraz stał przed nią ktoś z tamtego świata - i nie wyglądał jak potwór. To była najgorsza część. Bo Onrashee chciała go nienawidzić. Każdy odruch, każda cząstka jej ciała krzyczała, że powinna. Ale zamiast gniewu przyszło coś niebezpiecznego - ciekawość. I niepewność. W końcu musiała zdobyć jego zaufanie, a jak sama to zrobi, skoro nie potrafiła nigdy zaufać ludziom z tej przeklętej wyspy? Dlaczego on nie nosił w sobie tamtej pogardy? Onrashee zawahała się. To zawahanie było jak pęknięcie w murze, który budowała od dwustu lat.
Dhampirka radziła sobie z tym, jak zawsze. Zamknęła się więc w sobie, jak zawsze. Wyprostowała plecy, odsunęła spojrzenie, wróciła do maski chłodu i kontroli. Nie mogła pozwolić, by ktokolwiek widział, że coś w niej drgnęło. Tylko ukradkiem zacisnęła dłoń, którą wcześniej podała mężczyźnie - jakby próbując doszukać się w tym cieple negatywnych emocji. Czegoś, co naprawdę mogła nienawidzić. Albowiem jak ktoś, kto ma tyle zrozumienia w oczach i ciepła w ciele, może być tym okropnym człowiekiem z Kitnu?
- Nie ma sprawy - rzuciła sucho nieumarła, kiedy to Maura podeszła do niej i zaczęła rozmowę. Teraz Onrashee będzie musiała być dodatkowo czujna; wcześniej jej misja nie godziła w jej własny konflikt wewnętrzny. Teraz, kiedy tak wyparła przeszłość, nie mogła pozwolić jej wrócić - a tym samym nie mogła pozwolić skojarzyć się z tą wyspą. To byłoby zbyt niebezpieczne i stworzyłoby za dużo niepotrzebnych pytań. Kobieta ponownie przybrała maskę, lecz instynktownie unikała wzroku Dantego. Znając prawdę, nie mogła pozwolić, żeby pogarda była aż tak widoczna. Słysząc jego pytanie, uśmiechnęła się krzywo, po czym sięgnęła do torby i wyjęła z niej zdobyty niedawno kryształ.
- Oddam go wam - powiedziała bezceremonialnie, wyciągając dłoń w kierunku przedstawicielki tej samej rasy co ona. - Jak mniemam, mam do czynienia z jedną z czołowych drużyn Paradiso. Więc ty musisz być Maura Trevisto. - Wzrok Onrashee zdradzał teraz wszystko; ciekawość, tajemnicę, zachętę. Rzucała haczyk. I już doskonale wiedziała, jak sprawić, że to oni będą jej chcieli. Młoda dhampirka nie odpuści teraz poznania starszej z tego samego gatunku. Tak długo szukała sobie podobnych, że było to widać w jej oczach. Onrashee miała ją więc w garści, a teraz jeszcze zamierzała umocnić swoją pozycję w tej drużynie.
- Więc jeden z was musi być Dante Vale - dodała, udając doskonale, że nie ma pojęcia, o którym z przedstawionej dwójki mężczyzn mowa (domyśliła się bowiem, że jeden z nich poszedł po innego człeka - nijakiego Ewazjusza). Słońce zaczynało się powoli przebijać przez mgłę. Onrashee oddała kamień Maurze, po czym odwróciła się od pozostałych. Kolejna oznaka zaufania; stawanie plecami do wrogów. Ona nie ukrywała swoich zdolności, albowiem była pewna, że nawet w ten sposób dałaby radę stawić czoło pozostałym. Wtem pojawił się wspomniany Ewazjusz i nieumarła doskonale wiedziała, kto będzie jej najmniej ulubioną ofiarą. Nie lubiła, kiedy ktoś przekraczał granice. Kiedy Ewazjusz pochylił się zbyt blisko, z uśmiechem zbyt pewnym siebie i głosem, w którym brzmiała tania odwaga, Onrashee nie drgnęła. Żadnego uniesienia brwi, żadnego spojrzenia. Tylko milcząca, idealnie spokojna twarz, jakby jego słowa były jedynie szumem tła.
Zamierzała mu pozwolić mówić. Nie dlatego, że ją to bawiło, ale dlatego, że każdy gest był obserwowany. Drużyna dopiero ją poznawała. Każde potknięcie, każda iskra gniewu mogła stać się powodem, by ją odrzucili. A ona nie mogła sobie pozwolić na bycie odrzuconą. Nie teraz. Więc Onrashee po prostu uśmiechnęła się lekko - uśmiechem pozbawionym ciepła, takim, który mógłby należeć do drapieżnika bawiącego się ofiarą. Nie odsunęła się. Ale w jej oczach coś błysnęło - ostrze, którego on nie dostrzegł. W jej wnętrzu krew pulsowała chłodem.
- Nazywam się Sheorane - powiedziała, kompletnie ignorując nieznajomego. Flirt, który miał być zabawą, nagle stracił sens, jakby jego słowa odbiły się od niewidzialnej ściany. - I tak jak wy, szukam czegoś.
Odwróciła się ponownie, kontynuując sprawdzanie drużyny, jakby nic się nie wydarzyło.
W środku jednak czuła znajome ukłucie. Każdy, kto próbował zbliżyć się zbyt lekkomyślnie, musiał prędzej czy później poczuć lodowatą granicę, której nie dało się przekroczyć. A ona, nimo że nienawidziła przekraczania własnych granic, musiała właśnie w jedną uderzyć jak burza w wysokie drzewo. Kitnu. Dom, który chciał ją spalić.
- Słyszeliście o wyspie, na którą spadła straszna klątwa? - zaczęła, ukazując w lekkim, krzywym uśmiechu jeden z kłów. Znad ramienia spojrzała na pozostałych, wzrok zatrzymując dłużej na Dantem. Specjalnie. - Miejsce, o którym świat zapomniał na blisko dwieście lat, a o którym w moich stronach krążą legendy; o bogactwie wiedzy, o starożytnych artefaktach, które podobno uśpiły i sprytnie ukryły to miejsce. Pewien człowiek, którego znałam, opowiadał mi o tym miejscu niezliczone historie, a zwłaszcza o kulturze i wiedzy, tak różnej od naszej, że jest to niepojęte…
Wiedziała doskonale, co robi. Wiedziała, że teraz się nie wycofa, że teraz miała Dantego Vale na haczyku. Wystarczyło go pociągnąć. Lecz ona nie była ofiarą biednej rybki - ona była drapieżnikiem, który uwielbia wodzić za nos i drażnić się z nimi.
- Sama nie znajdę tego miejsca. Potrzebuję do tego drużyny. Jako nowa rekrutka Paradiso, wiele o was słyszałam i liczę, że się dogadamy. Jeżeli zechcecie mi pomóc, również mogę okazać się przydatna w misjach, jak w tej dzisiejszej. Wystarczy jeden list, a jestem wasza. - Mina kobiety spoważniała. Chłód bił od niej jak od posągu, mimo że coraz bardziej nakazywała im się zbliżyć.
- Każdy z nas przecież czegoś szuka. Czyż nie? - Onrashee nie mogła się powstrzymać i w tym momencie pozwoliła sobie spojrzeć w twarz mężczyźnie, którego pochodzeniem gardziła doszczętnie. W jej spojrzeniu była jednak tajemnica; ta słodka, ta zakazana, która wręcz zapraszała na skosztowanie tego, co skrywa pod płaszczem. Nieumarła wiedziała, że się uda. Nie mogła jednak tak łatwo się im dać jak na tacy; dlatego też zaczęła się wycofywać, żeby sekundę później odwrócić głowę i pójść w swoją stronę. Musieli o nią zawalczyć. To oni musieli jej zechcieć.
- Wystarczy jeden list, a jestem wasza - rzekła, po czym całkowicie zniknęła z pola widzenia całej drużyny.
- Dante
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 8 miesiące temu
- Rasa: Łowca Dusz
- Profesje: Strażnik , Zabójca
- Kontakt:
Maura wzięła klejnot od Sheorane i uśmiechnęła się nieco, po czym skinęła głową.
- Tak, ta nazwana po Maurii – rzuciła niby to z dumą, niby z politowaniem dla tego faktu.
Nieumarła nie była pewna, jaką wersję siebie przedstawić nowej znajomej, tak, aby, jak najlepiej wypaść, więc wnikliwie obserwowała jej reakcje na wszystko, co mówi.
Tymczasem Dante, usłyszawszy swoje imię, wyszedł przed szereg i zmierzył wzrokiem białowłosą. Przytaknął jej cicho, wciąż jednak widać było podejrzliwość w jego spojrzeniu. Atmosfera przez dłuższy moment była dziwnie napięta, choć nie było to aż tak oczywiste na pierwszy rzut oka. Wtem Ewazjusz w pewnym sensie uratował sytuację, popisując się swoimi umiejętnościami podbijania serc kobiet. Niestety był jedynie amatorem.
- Czego dokładnie szukasz? – spytał piekielny.
Jednakże jej odpowiedź była bardziej niż niespodziewana, serce zabiło mu mocniej i trudno było nie zauważyć szerzej otwartych oczy oraz przyśpieszonego oddechu. Jej opis wskazywał na Kitnu, nie mogło być mowy o pomyłce. Tylko skąd o tym wie, faktycznie ktoś jej powiedział, czy może…
- Mówi z doświadczenia? – pomyślał Dante, przyglądając się wyszczerzonym kłom kobiety, nieumarli żyją dłużej niż ludzie, a przecież nic nie wiedzieli o jej wieku.
Wtem usłyszał też odpowiedź na pytanie, które zadawał sobie, odkąd tylko się obudził. Około dwieście lat spędził w kamieniu, lud Kitnu też…, ale oni nadal trwają w tej pułapce. Świat się nie zatrzymał, tylko pędził na przód, zostawiając ich gdzieś w przeszłości. To wyjaśniało tak wiele. Nowe pokolenia zastępowały stare, zmieniały się zasady społeczne, ubiór. Wszystko.
- Po co chcesz znaleźć to miejsce? – spytał łowca dusz szczerze zaciekawiony i jednocześnie zaniepokojony. Nie uśmiechała mu się wizja nieproszonych gości na Kitnu, zwłaszcza w obecnej sytuacji.
- Matka kiedyś opowiadała mi o czymś takim, nie słyszałam o klątwie, ale też o wyspie, gdzie był skarbiec magicznych artefaktów, tak potężnych, że bez odpowiedniego strażnika zdołałyby zniszczyć całą Alaranie – dodała Maura, mile wspominając historie swojej rodzicielki, opowiadane na dobranoc – Ale czy to nie jest tylko legenda? – spytała niepewnie.
Dante tymczasem próbował zrozumieć jakim cudem obie kobiety wiedziały o jego zapomnianym domu. Aczkolwiek w przypadku Maury był pewien, że wychowała się w Alaranii. Za dobrze ją znał, poza tym była zdecydowanie za młoda, zbyt tutejsza.
Sheorane tymczasem opuściła ich, znikając gdzieś we mgle, niemalże tak nagle, jak się wcześniej pojawiła. Piekielny od razu zaczął rozważać co zrobić z ów kobietą, w międzyczasie wraz ze swoją drużyną dosiedli koni i ruszyli w stronę Lemaud. Tam też mieli zaplanowany dłuższy postój i spotkanie z mężczyzną, który miał zbadać znaleziony artefakt.
- Weźmiemy ją do drużyny? – zagadała Maura.
- Nescio – stwierdził Dante. Z jednej strony nie ufał kobiecie, ale z drugiej chciał wiedzieć o niej więcej, a jedynym sposobem, aby tego dokonać, było przyłączenie jej do drużyny. Wtedy mógłby mieć na nią oko.
- Nic? – zapytała dhampirzyca, uporczywie próbując zrozumieć dialekt Dante. Niektóre słowa potrafiła zgadnąć, inne już zapamiętywała, ale czasami jeszcze jej się myliły.
- Nic to nihil. Powiedziałem, że nie wiem – odburknął piekielny – Przynajmniej jeszcze nie.
- Właściwie co to za język? Nigdy wcześniej go nie słyszałam – dhampirka nigdy nie odpuszczała z próbą lepszego poznania piekielnego.
- Juwentyn, Ewazjusz, wy zaniesiecie kryształ na błękitną ulicę. Jest tam szyld z diamentem – zarządził łowca dusz, ignorując pytanie młodej – Natomiast ja z Maurą… Sporządzimy list i poszukamy posłańca – stwierdził, podejmując decyzję.
- Czyli jednak…? Wreszcie nie będę jedyną nieumarłą – ucieszyła się dhampirka.
Dante uśmiechnął się do niej lekko. Wiedział, iż młoda czuje się trochę obco wśród trójki czarodziejów. Gdyby tylko wiedziała, że jeden z nich tak naprawdę jest piekielnym…
- Tak, ta nazwana po Maurii – rzuciła niby to z dumą, niby z politowaniem dla tego faktu.
Nieumarła nie była pewna, jaką wersję siebie przedstawić nowej znajomej, tak, aby, jak najlepiej wypaść, więc wnikliwie obserwowała jej reakcje na wszystko, co mówi.
Tymczasem Dante, usłyszawszy swoje imię, wyszedł przed szereg i zmierzył wzrokiem białowłosą. Przytaknął jej cicho, wciąż jednak widać było podejrzliwość w jego spojrzeniu. Atmosfera przez dłuższy moment była dziwnie napięta, choć nie było to aż tak oczywiste na pierwszy rzut oka. Wtem Ewazjusz w pewnym sensie uratował sytuację, popisując się swoimi umiejętnościami podbijania serc kobiet. Niestety był jedynie amatorem.
- Czego dokładnie szukasz? – spytał piekielny.
Jednakże jej odpowiedź była bardziej niż niespodziewana, serce zabiło mu mocniej i trudno było nie zauważyć szerzej otwartych oczy oraz przyśpieszonego oddechu. Jej opis wskazywał na Kitnu, nie mogło być mowy o pomyłce. Tylko skąd o tym wie, faktycznie ktoś jej powiedział, czy może…
- Mówi z doświadczenia? – pomyślał Dante, przyglądając się wyszczerzonym kłom kobiety, nieumarli żyją dłużej niż ludzie, a przecież nic nie wiedzieli o jej wieku.
Wtem usłyszał też odpowiedź na pytanie, które zadawał sobie, odkąd tylko się obudził. Około dwieście lat spędził w kamieniu, lud Kitnu też…, ale oni nadal trwają w tej pułapce. Świat się nie zatrzymał, tylko pędził na przód, zostawiając ich gdzieś w przeszłości. To wyjaśniało tak wiele. Nowe pokolenia zastępowały stare, zmieniały się zasady społeczne, ubiór. Wszystko.
- Po co chcesz znaleźć to miejsce? – spytał łowca dusz szczerze zaciekawiony i jednocześnie zaniepokojony. Nie uśmiechała mu się wizja nieproszonych gości na Kitnu, zwłaszcza w obecnej sytuacji.
- Matka kiedyś opowiadała mi o czymś takim, nie słyszałam o klątwie, ale też o wyspie, gdzie był skarbiec magicznych artefaktów, tak potężnych, że bez odpowiedniego strażnika zdołałyby zniszczyć całą Alaranie – dodała Maura, mile wspominając historie swojej rodzicielki, opowiadane na dobranoc – Ale czy to nie jest tylko legenda? – spytała niepewnie.
Dante tymczasem próbował zrozumieć jakim cudem obie kobiety wiedziały o jego zapomnianym domu. Aczkolwiek w przypadku Maury był pewien, że wychowała się w Alaranii. Za dobrze ją znał, poza tym była zdecydowanie za młoda, zbyt tutejsza.
Sheorane tymczasem opuściła ich, znikając gdzieś we mgle, niemalże tak nagle, jak się wcześniej pojawiła. Piekielny od razu zaczął rozważać co zrobić z ów kobietą, w międzyczasie wraz ze swoją drużyną dosiedli koni i ruszyli w stronę Lemaud. Tam też mieli zaplanowany dłuższy postój i spotkanie z mężczyzną, który miał zbadać znaleziony artefakt.
- Weźmiemy ją do drużyny? – zagadała Maura.
- Nescio – stwierdził Dante. Z jednej strony nie ufał kobiecie, ale z drugiej chciał wiedzieć o niej więcej, a jedynym sposobem, aby tego dokonać, było przyłączenie jej do drużyny. Wtedy mógłby mieć na nią oko.
- Nic? – zapytała dhampirzyca, uporczywie próbując zrozumieć dialekt Dante. Niektóre słowa potrafiła zgadnąć, inne już zapamiętywała, ale czasami jeszcze jej się myliły.
- Nic to nihil. Powiedziałem, że nie wiem – odburknął piekielny – Przynajmniej jeszcze nie.
- Właściwie co to za język? Nigdy wcześniej go nie słyszałam – dhampirka nigdy nie odpuszczała z próbą lepszego poznania piekielnego.
- Juwentyn, Ewazjusz, wy zaniesiecie kryształ na błękitną ulicę. Jest tam szyld z diamentem – zarządził łowca dusz, ignorując pytanie młodej – Natomiast ja z Maurą… Sporządzimy list i poszukamy posłańca – stwierdził, podejmując decyzję.
- Czyli jednak…? Wreszcie nie będę jedyną nieumarłą – ucieszyła się dhampirka.
Dante uśmiechnął się do niej lekko. Wiedział, iż młoda czuje się trochę obco wśród trójki czarodziejów. Gdyby tylko wiedziała, że jeden z nich tak naprawdę jest piekielnym…
- Onrashee
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 6 miesiące temu
- Rasa: Dhampir
- Profesje: Szpieg , Łowca
- Kontakt:
Mało ją obchodzili pozostali. Maura Trevisto - dhampirka, która mimo młodego wieku była jednym z najzdolniejszych nabytków Paradiso i Dante Vale - potężny łowca z niewiadomym pochodzeniem; to były jej cele. Onrashee nie mogła pozwolić w żaden sposób na to, żeby jej tajemnice wyszły na jaw w jakikolwiek sposób. Mruknęła tylko cicho, gdy ujrzała mężczyznę wychodzącego przed szereg z potwierdzeniem, że to on jest wymienionym Dante.
Z Kitnu.
- Skarbów. Oczywiście. Potęgi. Jest mi potrzebna do przetrwania i do dreszczyku emocji, który zakładam kocha każdy łowca - odpowiedziała. Nie skłamała, lecz nie wdawała się w żadne szczegóły. Na kolejne pytanie skrzyżowała ramiona na piersiach, po czym zmarszczyła brwi. Już od pierwszych chwil czuła się jak na jednym wielkim egzaminie - część praktyczna, wyciągnąć niedorajdy z gruzów świątyni. Część teoretyczna, przesłuchanie.
- Zadajesz za dużo pytań na dzień dobry, Panie Vale - oznajmiła sucho, a uśmiech z jej ust zniknął. - Pójdę na układ; odpowiedź za odpowiedź. Inaczej będzie nie fair. Ale to… po formalnościach - dodała. Kolejny haczyk, kolejne ziarenko, które tylko przechyli szalę. Onrashee nie starała się już o ich upodobanie; doskonale wiedziała, że do nich dołączy. Dante Vale będzie chciał zdobyć wiedzę o Kitnu. Maura Trevisto nie przepuści okazji do poznania kolejnego odmieńca. O resztę nie trzeba się martwić, albowiem tu urok osobisty dhampirki już widocznie zadziałał aż nadto…
Aczkolwiek Onrashee, mimo że nie chciała wdawać się w szczegóły, zanotowała sobie w głowie kolejne zdanie Maury. Dziewczyna wspomniała o matce, która kojarzyła Kitnu - oczywiście mogła słyszeć pogłoski, nie jest to przecież wielce tajemne wśród łowców… ale właśnie. Wśród łowców. Albo matka młodej dhampirki była genialną łowczynią, albo znała Kitnu z innego źródła…
- A czy łowcy nie są właśnie od tego, żeby sprawdzać każde potencjalne ziarnko prawdy z wszelkich legend? - zapytała białowłosa, ponownie oddalając się od grupy. Już miała ich w garści. Na “pożegnanie” pozostawiła ich tylko ze swoim dość tajemniczym uśmiechem.
Misja się rozpoczęła.
***
Pokój był zimny, oświetlony jedynie bladym światłem księżyca wpadającym przez wąskie okna. Cienie tańczyły po ścianach, nadając miejscu złowrogiego charakteru. Onrashee stała sztywno, ręce miała zaciśnięte w pięści, a spojrzenie utkwione w postaci Klausa, który siedział w ciężkim fotelu. Jego oczy były zimne, przenikliwe, śledziły każdy jej ruch. Musiała wrócić do Dominium, albowiem tylko tu mogła jeszcze przez chwilę być sobą. Niedługo również jako nowy rekrut Paradiso miała otrzymać swój przydział w pokojach dla łowców, czyli zastępczego mieszkania na czas przynależności do grupy łowców.
- Coś już wiesz o naszych gwiazdach, ptaszyno? - zapytał Klaus, lustrując spojrzeniem swoją przybraną córkę. Onrashee wiedziała, że ten moment nadejdzie, lecz to był dopiero początek jej raportowania.
- Aktywność drużyny Dantego pozostaje zgodna z przewidywaniami - zaczęła spokojnie, starając się, aby jej ton brzmiał pewnie. - Ich działania są… przewidywalne. Przeszli przez świątynie o przewidzianej przeze mnie porze, również zareagowali na moje słowa zgodnie z oczekiwaniami.
- Coś jeszcze? - dodał Klaus. Wydawał się zadowolony, więc jego podopieczna radośnie (jak na nią) kontynuowała:
- Obserwowałam interakcje w drużynie. Wydają się zżyci, szczególnie nasze cele; Dante oraz Maura. Możliwe, że ich więzi emocjonalne zwiększą ryzyko dla naszego planu. Jednak żadne z nich nie zdradza jeszcze słabości, które można by wykorzystać.
- Dobrze. Obserwuj dalej. Następny raport możesz przysłać mi na piśmie, z uwagi na nowe obowiązki - rzucił wampir, po czym wstał z fotela. Podszedł do Onrashee i ułożył jej dłoń na ramieniu w geście aprobaty, co ponownie uszczęśliwiło dziewczynę. “Nie zawiodę cię”, pomyślała. W dłoni już ściskała list, który dotarł tego poranka - list, który przesądził o jej losie na następne tygodnie, może lata. Może dni. Dhampirka uśmiechnęła się w ciemności, dumna z siebie. Teraz tylko brnąć w to, co sama zbudowała na fundamentach solidnego kłamstwa.
***
Nim drużyna mogła się zebrać w pełnym składzie, minęły dwa dni. W tym czasie Onrashee zdążyła przenieść swój niewielki dobytek do bazy łowców, a także pozwolić szefostwu oraz pozostałym poznać się jako nowa rekrutka w drużynie Dantego i Maury - jako Sheorane. Gdy przybiegł kolejny posłaniec, gotowy przekazać im kolejną misję; tym razem ukierunkowaną w stronę legendy, o której wspominała głowie organizacji dhampirka, Onrashee już była gotowa do drogi. Postanowiła poczekać na resztę drużyny w głównym pokoju Paradiso - wielkiej bibliotece ułożonej w kształt kuli, z dwoma otwartymi na siebie piętrami, Na górze znajdowały się zbiory ksiąg i mapy, na dole natomiast parę kanap, stołów i foteli.
Onrashee usiadła w kącie z mapą, lustrując trasę kolejnej misji. Postanowiła nadal przewidywać ruch pozostałych - więc i drogę postanowiła zaplanować zawczasu, w oczekiwaniu na pozostałych członków swojej nowej drużyny.
Z Kitnu.
- Skarbów. Oczywiście. Potęgi. Jest mi potrzebna do przetrwania i do dreszczyku emocji, który zakładam kocha każdy łowca - odpowiedziała. Nie skłamała, lecz nie wdawała się w żadne szczegóły. Na kolejne pytanie skrzyżowała ramiona na piersiach, po czym zmarszczyła brwi. Już od pierwszych chwil czuła się jak na jednym wielkim egzaminie - część praktyczna, wyciągnąć niedorajdy z gruzów świątyni. Część teoretyczna, przesłuchanie.
- Zadajesz za dużo pytań na dzień dobry, Panie Vale - oznajmiła sucho, a uśmiech z jej ust zniknął. - Pójdę na układ; odpowiedź za odpowiedź. Inaczej będzie nie fair. Ale to… po formalnościach - dodała. Kolejny haczyk, kolejne ziarenko, które tylko przechyli szalę. Onrashee nie starała się już o ich upodobanie; doskonale wiedziała, że do nich dołączy. Dante Vale będzie chciał zdobyć wiedzę o Kitnu. Maura Trevisto nie przepuści okazji do poznania kolejnego odmieńca. O resztę nie trzeba się martwić, albowiem tu urok osobisty dhampirki już widocznie zadziałał aż nadto…
Aczkolwiek Onrashee, mimo że nie chciała wdawać się w szczegóły, zanotowała sobie w głowie kolejne zdanie Maury. Dziewczyna wspomniała o matce, która kojarzyła Kitnu - oczywiście mogła słyszeć pogłoski, nie jest to przecież wielce tajemne wśród łowców… ale właśnie. Wśród łowców. Albo matka młodej dhampirki była genialną łowczynią, albo znała Kitnu z innego źródła…
- A czy łowcy nie są właśnie od tego, żeby sprawdzać każde potencjalne ziarnko prawdy z wszelkich legend? - zapytała białowłosa, ponownie oddalając się od grupy. Już miała ich w garści. Na “pożegnanie” pozostawiła ich tylko ze swoim dość tajemniczym uśmiechem.
Misja się rozpoczęła.
***
Pokój był zimny, oświetlony jedynie bladym światłem księżyca wpadającym przez wąskie okna. Cienie tańczyły po ścianach, nadając miejscu złowrogiego charakteru. Onrashee stała sztywno, ręce miała zaciśnięte w pięści, a spojrzenie utkwione w postaci Klausa, który siedział w ciężkim fotelu. Jego oczy były zimne, przenikliwe, śledziły każdy jej ruch. Musiała wrócić do Dominium, albowiem tylko tu mogła jeszcze przez chwilę być sobą. Niedługo również jako nowy rekrut Paradiso miała otrzymać swój przydział w pokojach dla łowców, czyli zastępczego mieszkania na czas przynależności do grupy łowców.
- Coś już wiesz o naszych gwiazdach, ptaszyno? - zapytał Klaus, lustrując spojrzeniem swoją przybraną córkę. Onrashee wiedziała, że ten moment nadejdzie, lecz to był dopiero początek jej raportowania.
- Aktywność drużyny Dantego pozostaje zgodna z przewidywaniami - zaczęła spokojnie, starając się, aby jej ton brzmiał pewnie. - Ich działania są… przewidywalne. Przeszli przez świątynie o przewidzianej przeze mnie porze, również zareagowali na moje słowa zgodnie z oczekiwaniami.
- Coś jeszcze? - dodał Klaus. Wydawał się zadowolony, więc jego podopieczna radośnie (jak na nią) kontynuowała:
- Obserwowałam interakcje w drużynie. Wydają się zżyci, szczególnie nasze cele; Dante oraz Maura. Możliwe, że ich więzi emocjonalne zwiększą ryzyko dla naszego planu. Jednak żadne z nich nie zdradza jeszcze słabości, które można by wykorzystać.
- Dobrze. Obserwuj dalej. Następny raport możesz przysłać mi na piśmie, z uwagi na nowe obowiązki - rzucił wampir, po czym wstał z fotela. Podszedł do Onrashee i ułożył jej dłoń na ramieniu w geście aprobaty, co ponownie uszczęśliwiło dziewczynę. “Nie zawiodę cię”, pomyślała. W dłoni już ściskała list, który dotarł tego poranka - list, który przesądził o jej losie na następne tygodnie, może lata. Może dni. Dhampirka uśmiechnęła się w ciemności, dumna z siebie. Teraz tylko brnąć w to, co sama zbudowała na fundamentach solidnego kłamstwa.
***
Nim drużyna mogła się zebrać w pełnym składzie, minęły dwa dni. W tym czasie Onrashee zdążyła przenieść swój niewielki dobytek do bazy łowców, a także pozwolić szefostwu oraz pozostałym poznać się jako nowa rekrutka w drużynie Dantego i Maury - jako Sheorane. Gdy przybiegł kolejny posłaniec, gotowy przekazać im kolejną misję; tym razem ukierunkowaną w stronę legendy, o której wspominała głowie organizacji dhampirka, Onrashee już była gotowa do drogi. Postanowiła poczekać na resztę drużyny w głównym pokoju Paradiso - wielkiej bibliotece ułożonej w kształt kuli, z dwoma otwartymi na siebie piętrami, Na górze znajdowały się zbiory ksiąg i mapy, na dole natomiast parę kanap, stołów i foteli.
Onrashee usiadła w kącie z mapą, lustrując trasę kolejnej misji. Postanowiła nadal przewidywać ruch pozostałych - więc i drogę postanowiła zaplanować zawczasu, w oczekiwaniu na pozostałych członków swojej nowej drużyny.
- Dante
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 8 miesiące temu
- Rasa: Łowca Dusz
- Profesje: Strażnik , Zabójca
- Kontakt:
Minęły dwa dni. Dante z ekipą zdążyli wrócić do siedziby Paradiso i odsapnąć. Artefakt, który znaleźli, wykazywał właściwości magiczne, ale nie takie jakby tego oczekiwał Dante. Dlatego, podczas gdy pozostali wydawali się zadowoleni z owocnej wyprawy, piekielny pogrążył się w melancholii. Za każdym razem pokładał ogromne nadzieje, że tym razem znajdą coś, co pomoże ludziom z Kitnu, jednakże jak dotąd trafiał na same rozczarowania, jego frustracja narastała. Wciąż jednak nie zamierzał nikomu wyznać, z czym się mierzy i jak bardzo boli go tęsknota do ukochanej wyspy. Leżał więc w łóżku i rozmyślał pół nocy, nie mogąc zasnąć.
- Czas na kolejną wyprawę – niemalże wykrzyczała Maura, wchodząc do jego pokoju o świcie, bez pukania mimo licznych upomnień na ten temat. Jej entuzjazm na wieść o nowej misji zapewne wynikał z nowego członka grupy.
Łowca dusz nie upomniał jej tym razem, jego spojrzenie wyrażało więcej niż tysiąc słów. Speszyło to nieco dhampirkę, do której dotarł jej braku taktu. Wbiła wzrok w podłogę i wymamrotała ciche „przepraszam”. Szybko jednak jej uwagę przykuł złoty wieniec laurowy, który leżał na niewielkim stoliku przy łóżku.
- Nie, nie możesz przymierzyć – odparł Dante, nim padło jakiekolwiek pytanie celnie zgadując myśli dziewczyny.
- Ale… - Maura próbowała zaprotestować.
- Sheorane już tu jest prawda? – spytał, zmieniając temat, jak to miał w zwyczaju, po czym zwlókł się z posłania i założył ów wieniec – Nie każmy jej więc czekać.
Następnie do piekielnego i młodej nieumarłej dołączyli również mocno zaspani czarodzieje. Całą drużyną weszli do biblioteki. Wszyscy przyjęli białowłosą raczej przyjaźnie bardziej z ciekawością niż nieufnością. Jednakże Dante pozostawał czujny. On się nie uśmiechał, lustrował ją wzrokiem niczym drapieżnik swoją ofiarę.
- Iterum conveniemus – zaczął, specjalnie używając dialektu celowo, aby przyjrzeć się reakcji kobiety – Widzę, że otrzymaliśmy już informacje w sprawie następnego celu. Może zechcesz nam je przedstawić Sheorane, skoro już je znasz drogę?
- Nie przejmuj się nim, od rana ma gburowaty nastrój – Maura szepnęła na ucho Sheorane i zachichotała. W przeciwieństwie do piekielnego dziewczyna już widziała w kobiecie najlepszą przyjaciółkę i chciała, aby ta odwzajemniła jej uczucia. W końcu obie były dhampirkami.
Po wstępnym omówieniu planu podróży cała drużyna zjadła śniadanie, po czym ruszyli do stajni. Dante osobiście przydzielił Onrashe czarnego wierzchowca.
- Uważaj. Może być trochę krnąbrny…, ale jest lojalny – dodał, nie spuszczając z niej wzroku nawet wtedy, gdy sam dosiadał własnego, białego rumaka, którego maść była symbolem, iż jest on głównodowodzącym, tej drużyny – Age! – wykrzyknął, a koń natychmiast ruszył.
Ewazjusz tymczasem wciąż zauroczony nową kobietą, znacznie dojrzalszą od wciąż nieco dziecinnej Maury nie omieszkał stracić okazji, aby poprowadzić swojego ogiera tak, aby szedł tuż obok niej.
- Czy ma panienka Sheorane może jakieś plany po misji? Znam bardzo dobrą gospodę niedaleko naszej siedziby, serwują tam niezwykle wyszukane dania na poziomie – dodał, sugerując, iż jest to miejsce dla ludzi o zasobnym portfelu, licząc, iż zaimponuje tym nieumarłej.
- Czas na kolejną wyprawę – niemalże wykrzyczała Maura, wchodząc do jego pokoju o świcie, bez pukania mimo licznych upomnień na ten temat. Jej entuzjazm na wieść o nowej misji zapewne wynikał z nowego członka grupy.
Łowca dusz nie upomniał jej tym razem, jego spojrzenie wyrażało więcej niż tysiąc słów. Speszyło to nieco dhampirkę, do której dotarł jej braku taktu. Wbiła wzrok w podłogę i wymamrotała ciche „przepraszam”. Szybko jednak jej uwagę przykuł złoty wieniec laurowy, który leżał na niewielkim stoliku przy łóżku.
- Nie, nie możesz przymierzyć – odparł Dante, nim padło jakiekolwiek pytanie celnie zgadując myśli dziewczyny.
- Ale… - Maura próbowała zaprotestować.
- Sheorane już tu jest prawda? – spytał, zmieniając temat, jak to miał w zwyczaju, po czym zwlókł się z posłania i założył ów wieniec – Nie każmy jej więc czekać.
Następnie do piekielnego i młodej nieumarłej dołączyli również mocno zaspani czarodzieje. Całą drużyną weszli do biblioteki. Wszyscy przyjęli białowłosą raczej przyjaźnie bardziej z ciekawością niż nieufnością. Jednakże Dante pozostawał czujny. On się nie uśmiechał, lustrował ją wzrokiem niczym drapieżnik swoją ofiarę.
- Iterum conveniemus – zaczął, specjalnie używając dialektu celowo, aby przyjrzeć się reakcji kobiety – Widzę, że otrzymaliśmy już informacje w sprawie następnego celu. Może zechcesz nam je przedstawić Sheorane, skoro już je znasz drogę?
- Nie przejmuj się nim, od rana ma gburowaty nastrój – Maura szepnęła na ucho Sheorane i zachichotała. W przeciwieństwie do piekielnego dziewczyna już widziała w kobiecie najlepszą przyjaciółkę i chciała, aby ta odwzajemniła jej uczucia. W końcu obie były dhampirkami.
Po wstępnym omówieniu planu podróży cała drużyna zjadła śniadanie, po czym ruszyli do stajni. Dante osobiście przydzielił Onrashe czarnego wierzchowca.
- Uważaj. Może być trochę krnąbrny…, ale jest lojalny – dodał, nie spuszczając z niej wzroku nawet wtedy, gdy sam dosiadał własnego, białego rumaka, którego maść była symbolem, iż jest on głównodowodzącym, tej drużyny – Age! – wykrzyknął, a koń natychmiast ruszył.
Ewazjusz tymczasem wciąż zauroczony nową kobietą, znacznie dojrzalszą od wciąż nieco dziecinnej Maury nie omieszkał stracić okazji, aby poprowadzić swojego ogiera tak, aby szedł tuż obok niej.
- Czy ma panienka Sheorane może jakieś plany po misji? Znam bardzo dobrą gospodę niedaleko naszej siedziby, serwują tam niezwykle wyszukane dania na poziomie – dodał, sugerując, iż jest to miejsce dla ludzi o zasobnym portfelu, licząc, iż zaimponuje tym nieumarłej.
- Onrashee
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 6 miesiące temu
- Rasa: Dhampir
- Profesje: Szpieg , Łowca
- Kontakt:
Onrashee podała rękę pozostałym członkom drużyny. Była gotowa, żeby grać tak, jak ją do tego uczono; chłodno, z dystansem, lecz jednocześnie z pazurem, z którym została wychowana. Jedynym nieodgadnionym elementem układanki nadal był głównie Dante Vale, do którego wzrok kobiety uciekał teraz niekontrolowanie. Dhampirka ledwo spała, zastanawiając się nad jego pochodzeniem. Skoro był z Kitnu, a nie wyczuwała w nim żadnego zapachu pobratymca, musiał niedawno się obudzić jako człowiek. Czarodziej. Ktokolwiek zbyt ludzki, bo przecież żadna inna “zła” rasa nie mogłaby tak radośnie obnosić się z pochodzeniem z tej przeklętej wyspy. Tam rasizm do nieludzkich kast był na porządku dziennym.
- Czy to jakieś hasło, którego powinnam się nauczyć na dzień dobry, chcąc do was należeć? - zapytała, marszcząc brwi ze zdziwienia po tym, jak usłyszała przywitanie w języku Kitnu. Nie mogło wyjść na jaw, że je zrozumiała. - in-aeternum… convienimemes? - powtórzyła nieudolnie. Cóż, prawie nieudolnie. Dla wyjadacza martwych języków można by powiedzieć, że wypowiedź Onrashee brzmiała bardzo podobnie jak odpowiedź na słowa mężczyzny - bo można było wyłapać “in aeternum convenimemae”. Aczkolwiek Onrashee tak sprytnie pogmerała słownictwem, że brzmiała identycznie jak Maura dzień wcześniej, próbując wypowiedzieć dziwny akcent. Na dodatek całkowicie z alariańskim akcentem, więc nie było mowy o wpadce. Dhampirka rozegrała to iście po mistrzowsku, z nadzieją, że tylko podsyciła ciekawość Dantego swoją osobą.
- Będę mieć na uwadze, żeby zaczepiać go dopiero w południe - odparła Onrashee, mrugając z lekkim uśmiechem do Maury. Musiała zjednać sobie wszystkich, a młoda dhampirka wydawała się do tego najbardziej skłonna. Onrashee wiedziała już, że wszystko pójdzie jak z płatka.
Tylko nie z Dantem. Mężczyzna ewidentnie jeszcze nie ufał nowemu członkowi swojej drużyny.
- Oczywiście. W księgach wiele się mówi o… fallusie - rzekła na początku, pewna swoich przypuszczeń. Obawiała się jednak reakcji młodszych członków drużyny na to. - Wyjątkowy artefakt, który potrafi ostrzegać przed istotami piekielnymi, demonami, nieumarłymi i tym podobne. - Spojrzała przelotnie na Maurę, szukając w niej (oczywiście sztucznie) wsparcia w tym temacie, jako współ przedstawicielka tej samej rasy. - Mały artefakt, trudno go znaleźć, lecz wiemy, że podobny jemu był widoczny ostatnio dwa dni drogi stąd… Wiecie już może, czemu nas to może interesować?
- W starożytności wierzono, że fellusy przynoszą szczęście i chronią przed złem, nosiły je dzieci i żołnierze. Stąd pewnie nawiązanie do tak starożytnego miejsca, o którym nam mówiłaś? - rzekł Juwentyn. Onrashee momentalnie poczuła do niego cień szacunku.
- Dokładnie. Obecnie nasz skarb czeka gdzieś w bibliotece czarodziei na północy. Idziemy go sprawdzić - dodała nieumarła, chowając mniejszy tom o starożytnych wierzeniach do swojej podróżnej torby. Założyła dokładnie to samo co dawniej; czyli czarne obcisłe ubrania, skórzane spodnie i rękawiczki, dzięki którym może jak najmniej ucierpi. Wzięła również wstążkę, żeby jakoś spróbować spiąć swoje krótkie włosy. I może tym samym pokazać profesjonalizm, żeby jakoś zjednać sobie Dantego Vale.
Jak na złość, teraz tym bardziej udowodnił jej, że należał do Kitnu. Wielu ludzi ze starszyzny nosiło podobne wieńce, chełpiąc się swoim statutem. Ciekawe, czy on go ukradł, czy może…
Kiedy przyprowadził do niej konia, kobieta niemal nie palnęła żadnego przekleństwa. Nie potrafiła jeździć konno, zwykle przemieszczała się pieszo.
- Dwa dni drogi zamienimy tym w jeden - skomentował Juwentyn, dumnie dosiadając swojego śniadego rumaka. Koń dla Onrashee był ciemny, niemalże jak noc. Dante podprowadził go do niej jak coś oczywistego. Jakby każdy wojownik rodził się z umiejętnością jazdy konnej. Onrashee nie drgnęła. W środku co zaś czuła? Katastrofa logistyczna. Nigdy nie jeździła konno. W Dominium poruszano się pieszo, na skrzydłach, teleportacją albo na czymś znacznie mniej… futrzastym. Zwierzę tej wielkości było nieprzewidywalne. A rzeczy nieprzewidywalne należało eliminować.
Ale nie mogła odmówić. Nie na pierwszej misji. Nie, kiedy dopiero zdobywała miejsce w drużynie. Więc zrobiła to, co potrafiła najlepiej. Obserwowała.
Przez kilka minut patrzyła, jak inni dosiadają koni. Jak trzymają wodze. Jak ustawiają stopy w strzemionach. Jak ich biodra pracują w rytmie ruchu zwierzęcia. Analizowała je. Kiedy przyszła jej kolej, podeszła do konia bez zawahania. Spokojnie wyprostowała plecy.
Koń prychnął. Ona spojrzała mu prosto w oczy, jakby chciała dominacją pokazać brak zdolności jeździeckich. Miała nadzieję, że właśnie tym wygra z koniem.
Onrashee złapała siodło. Jednym płynnym ruchem podciągnęła się w górę. Może minimalnie zbyt sztywno. Może zbyt perfekcyjnie wyliczyła trajektorię ruchu. Ale nikt nie zauważył, więc usiadła. I wtedy pojawił się problem.
Koń ruszył.
Jej ciało nie było przyzwyczajone do rytmu. Biodra miała zbyt nieruchome, zatem przez pierwsze kilka sekund wyglądała jak ktoś, kto próbuje odskoczyć ku niebu najlepiej z końską pomocą. Nie mogła spaść. Nie teraz.
Dopiero po dłuższej chwili pozwoliła biodrom poruszać się z ruchem zwierzęcia i jakoś dała radę udawać, że wie, co robi. Miała szczęście, że podarowany jej koń po prostu ruszył za pozostałymi towarzyszami. Uczyła się w trakcie, jak zawsze. Nic nowego, w końcu w Dominium albo zrobisz coś doskonale za pierwszym razem, albo możesz od razu skoczyć do wulkanu. Kiedy drużyna ruszyła, Onrashee nie zawahała się ani sekundy. Zacisnęła palce na wodzach i pozwoliła koniowi galopować z nimi - trzymając się raczej końca. Gdy dostrzegła Ewazjusza, miała nadal chłodną minę. Wcześniej nawet podczas rozmów i krótkich uśmiechów jej wyraz twarzy rzadko się zmieniał.
- Przeżyć? - odparła szybko na wzmiankę, co mogłaby robić po misji. - Wiesz, że łowcy zwykle narażają swoje życia dla tajemnic tego świata? Nie będę niczego obiecywać przed końcem misji. To przynosi pecha. - I zamilkła, mając nadzieję, że resztę podróży spędzi w ciszy.
***
Dotarli akurat na wieczór. Onrashee była wykończona, gdy w końcu zsunęła się z konia. Nie śmiała przyznać, że pierwszy raz w życiu jechała konno, a tym bardziej że tak długi dystans ją w jakikolwiek sposób zmęczył, dlatego też udawała, iż wszystko jest w porządku. Ze znaną sobie elegancją przeczesała włosy, po czym posłuchała reszty.
- To chyba dobry moment na postój? Zatrzymujemy się w karczmie nieopodal? - zapytał Ewazjusz, przywiązując swojego konia do drzewa nieopodal oberży.
- Biblioteka o tej porze będzie pusta. Sądzę, że możemy chwilę odpocząć i ruszyć w środku nocy, za jakieś trzy godziny - skomentowała Onrashee, naśladując ruchy czarodzieja. Ukradkiem oka spojrzała na Dantego. Cała reszta drużyny zajęła się rozmową ze sobą, więc znana jako Sheorane kobieta podeszła do pana Vale.
- Czy wieczory to dobry moment na zaczepianie cię, panie Vale? - zapytała, opierając się o ścianę oberży, do której reszta już zdążyła wejść, zapewne skuszona świetnymi zapachami. - Informacja za informację, jak obiecałam. Moja kolej na pytanie.
- Czy to jakieś hasło, którego powinnam się nauczyć na dzień dobry, chcąc do was należeć? - zapytała, marszcząc brwi ze zdziwienia po tym, jak usłyszała przywitanie w języku Kitnu. Nie mogło wyjść na jaw, że je zrozumiała. - in-aeternum… convienimemes? - powtórzyła nieudolnie. Cóż, prawie nieudolnie. Dla wyjadacza martwych języków można by powiedzieć, że wypowiedź Onrashee brzmiała bardzo podobnie jak odpowiedź na słowa mężczyzny - bo można było wyłapać “in aeternum convenimemae”. Aczkolwiek Onrashee tak sprytnie pogmerała słownictwem, że brzmiała identycznie jak Maura dzień wcześniej, próbując wypowiedzieć dziwny akcent. Na dodatek całkowicie z alariańskim akcentem, więc nie było mowy o wpadce. Dhampirka rozegrała to iście po mistrzowsku, z nadzieją, że tylko podsyciła ciekawość Dantego swoją osobą.
- Będę mieć na uwadze, żeby zaczepiać go dopiero w południe - odparła Onrashee, mrugając z lekkim uśmiechem do Maury. Musiała zjednać sobie wszystkich, a młoda dhampirka wydawała się do tego najbardziej skłonna. Onrashee wiedziała już, że wszystko pójdzie jak z płatka.
Tylko nie z Dantem. Mężczyzna ewidentnie jeszcze nie ufał nowemu członkowi swojej drużyny.
- Oczywiście. W księgach wiele się mówi o… fallusie - rzekła na początku, pewna swoich przypuszczeń. Obawiała się jednak reakcji młodszych członków drużyny na to. - Wyjątkowy artefakt, który potrafi ostrzegać przed istotami piekielnymi, demonami, nieumarłymi i tym podobne. - Spojrzała przelotnie na Maurę, szukając w niej (oczywiście sztucznie) wsparcia w tym temacie, jako współ przedstawicielka tej samej rasy. - Mały artefakt, trudno go znaleźć, lecz wiemy, że podobny jemu był widoczny ostatnio dwa dni drogi stąd… Wiecie już może, czemu nas to może interesować?
- W starożytności wierzono, że fellusy przynoszą szczęście i chronią przed złem, nosiły je dzieci i żołnierze. Stąd pewnie nawiązanie do tak starożytnego miejsca, o którym nam mówiłaś? - rzekł Juwentyn. Onrashee momentalnie poczuła do niego cień szacunku.
- Dokładnie. Obecnie nasz skarb czeka gdzieś w bibliotece czarodziei na północy. Idziemy go sprawdzić - dodała nieumarła, chowając mniejszy tom o starożytnych wierzeniach do swojej podróżnej torby. Założyła dokładnie to samo co dawniej; czyli czarne obcisłe ubrania, skórzane spodnie i rękawiczki, dzięki którym może jak najmniej ucierpi. Wzięła również wstążkę, żeby jakoś spróbować spiąć swoje krótkie włosy. I może tym samym pokazać profesjonalizm, żeby jakoś zjednać sobie Dantego Vale.
Jak na złość, teraz tym bardziej udowodnił jej, że należał do Kitnu. Wielu ludzi ze starszyzny nosiło podobne wieńce, chełpiąc się swoim statutem. Ciekawe, czy on go ukradł, czy może…
Kiedy przyprowadził do niej konia, kobieta niemal nie palnęła żadnego przekleństwa. Nie potrafiła jeździć konno, zwykle przemieszczała się pieszo.
- Dwa dni drogi zamienimy tym w jeden - skomentował Juwentyn, dumnie dosiadając swojego śniadego rumaka. Koń dla Onrashee był ciemny, niemalże jak noc. Dante podprowadził go do niej jak coś oczywistego. Jakby każdy wojownik rodził się z umiejętnością jazdy konnej. Onrashee nie drgnęła. W środku co zaś czuła? Katastrofa logistyczna. Nigdy nie jeździła konno. W Dominium poruszano się pieszo, na skrzydłach, teleportacją albo na czymś znacznie mniej… futrzastym. Zwierzę tej wielkości było nieprzewidywalne. A rzeczy nieprzewidywalne należało eliminować.
Ale nie mogła odmówić. Nie na pierwszej misji. Nie, kiedy dopiero zdobywała miejsce w drużynie. Więc zrobiła to, co potrafiła najlepiej. Obserwowała.
Przez kilka minut patrzyła, jak inni dosiadają koni. Jak trzymają wodze. Jak ustawiają stopy w strzemionach. Jak ich biodra pracują w rytmie ruchu zwierzęcia. Analizowała je. Kiedy przyszła jej kolej, podeszła do konia bez zawahania. Spokojnie wyprostowała plecy.
Koń prychnął. Ona spojrzała mu prosto w oczy, jakby chciała dominacją pokazać brak zdolności jeździeckich. Miała nadzieję, że właśnie tym wygra z koniem.
Onrashee złapała siodło. Jednym płynnym ruchem podciągnęła się w górę. Może minimalnie zbyt sztywno. Może zbyt perfekcyjnie wyliczyła trajektorię ruchu. Ale nikt nie zauważył, więc usiadła. I wtedy pojawił się problem.
Koń ruszył.
Jej ciało nie było przyzwyczajone do rytmu. Biodra miała zbyt nieruchome, zatem przez pierwsze kilka sekund wyglądała jak ktoś, kto próbuje odskoczyć ku niebu najlepiej z końską pomocą. Nie mogła spaść. Nie teraz.
Dopiero po dłuższej chwili pozwoliła biodrom poruszać się z ruchem zwierzęcia i jakoś dała radę udawać, że wie, co robi. Miała szczęście, że podarowany jej koń po prostu ruszył za pozostałymi towarzyszami. Uczyła się w trakcie, jak zawsze. Nic nowego, w końcu w Dominium albo zrobisz coś doskonale za pierwszym razem, albo możesz od razu skoczyć do wulkanu. Kiedy drużyna ruszyła, Onrashee nie zawahała się ani sekundy. Zacisnęła palce na wodzach i pozwoliła koniowi galopować z nimi - trzymając się raczej końca. Gdy dostrzegła Ewazjusza, miała nadal chłodną minę. Wcześniej nawet podczas rozmów i krótkich uśmiechów jej wyraz twarzy rzadko się zmieniał.
- Przeżyć? - odparła szybko na wzmiankę, co mogłaby robić po misji. - Wiesz, że łowcy zwykle narażają swoje życia dla tajemnic tego świata? Nie będę niczego obiecywać przed końcem misji. To przynosi pecha. - I zamilkła, mając nadzieję, że resztę podróży spędzi w ciszy.
***
Dotarli akurat na wieczór. Onrashee była wykończona, gdy w końcu zsunęła się z konia. Nie śmiała przyznać, że pierwszy raz w życiu jechała konno, a tym bardziej że tak długi dystans ją w jakikolwiek sposób zmęczył, dlatego też udawała, iż wszystko jest w porządku. Ze znaną sobie elegancją przeczesała włosy, po czym posłuchała reszty.
- To chyba dobry moment na postój? Zatrzymujemy się w karczmie nieopodal? - zapytał Ewazjusz, przywiązując swojego konia do drzewa nieopodal oberży.
- Biblioteka o tej porze będzie pusta. Sądzę, że możemy chwilę odpocząć i ruszyć w środku nocy, za jakieś trzy godziny - skomentowała Onrashee, naśladując ruchy czarodzieja. Ukradkiem oka spojrzała na Dantego. Cała reszta drużyny zajęła się rozmową ze sobą, więc znana jako Sheorane kobieta podeszła do pana Vale.
- Czy wieczory to dobry moment na zaczepianie cię, panie Vale? - zapytała, opierając się o ścianę oberży, do której reszta już zdążyła wejść, zapewne skuszona świetnymi zapachami. - Informacja za informację, jak obiecałam. Moja kolej na pytanie.
- Dante
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 8 miesiące temu
- Rasa: Łowca Dusz
- Profesje: Strażnik , Zabójca
- Kontakt:
Dante mimowolnie skrzywił się, słysząc przekręcony dialekt. Nie odpowiedział jednak na pytanie dhampirzycy. Często pomijał zbędne informacje milczeniem, co poniektórych niebywale irytowało. Nic więc dziwnego, że Maura pozwoliła sobie na uszczypliwy komentarz. Piekielny westchnął tylko, przewracając oczami.
- I lepiej nie próbuj zabierać mu tych złotych listków z głowy, bo obudzisz demona – dodała młoda nieumarła, świetnie się bawiąc.
Łowca dusz uniósł brew i delikatnie się uśmiechnął. Niewiele się dziewczyna pomyliła. Tymczasem nazwa kolejnego artefaktu, którego mają szukać, wywołała niemal natychmiastową salwę śmiechu u młodej i Ewazjusza, zdradzając ich delikatną niedojrzałość. Piekielny pokręcił głową z dezaprobatą, widząc to zamieszanie.
Zaraz jednak lekko się zaniepokoił, słysząc o działaniu ów przedmiotu. Na szczęście uspokoiła go obecność aż dwóch dhampirek, która zapewne staną się główną interpretacją dla reakcji artefaktu. Oczywiście o ile nie będzie on bardziej precyzyjny, dokładnie wskazując podejrzane osoby. Wtedy może być drobny problem.
- W jaki sposób będzie ostrzegał? Zaświeci niczym pochodnia? – dopytał piekielny, chcąc uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek zawczasu.
- Jeśli tak, to będziemy iść z Sheorane przodem – zasugerowała nadal rozbawiona Maura – Bo zgaduje, że na mieszańców też działa? – dodała niewinnie. Zupełnie nie miała problemu z nazwaniem tak samej siebie. On nie widziała nic złego w swojej podwójnej naturze.
Pozostało już tylko dosiąść wierzchowce. Dante cały czas zerkał w stronę nowej członkini ich grupy. Zaskoczył go jej sposób jazdy. Wyglądała jakby w życiu ledwo co, jeśli w ogóle miała okazje dosiadać konia. Sam ogier również zdawał się wyczuwać jej zdenerwowanie i reagował nieco żywiej niż zazwyczaj.
- Wszystko w porządku? – spytał, nakierowując swojego rumaka tak, aby szedł bliżej niej. Skutecznie odciągnęło to Ewazjusza od prób podrywu. Czarodziej nie chciał przeszkadzać Dantemu w rozmowie, więc czym prędzej odbił on w stronę Maury i Juwentyna.
Po jakimś czasie konnej wędrówki wszyscy zgodnie poparli idee postoju. Po uwiązaniu i zabezpieczeniu zwierząt grupa delikatnie się podzieliła. Maura od razu zabrała pradawnych do karczmy, kłócąc się o wybór konkretnej potrawy do zjedzenia. Tymczasem Dante i Sheorane pozostali na zewnątrz. Piekielny nie wydawał się zainteresowany ciepłym posiłkiem i gwarną atmosferą w środku.
- Ita. Wieczorami jakoś łatwiej jest rozmawiać. Gdy słońce nie świeci w twarz. Czyż nie? – spytał, nie kryjąc delikatnie nieufnego spojrzenia i nawiązania do jej połowicznego wampiryzmu. Mimo to stanął tuż obok kobiety, patrząc w powoli pojawiające się na niebie pierwsze gwiazdy – Rogā. To znaczy… pytaj.
Ich rozmowa trwała w najlepsze, gdy w najmniej odpowiednim momencie Ewazjusz wyleciał przez okno wraz z odłamkami rozbitej szyby, tuż obok nich. Zdezorientowany Dante natychmiast zajrzał do środka i spostrzegł zdenerwowaną, umięśnioną nordyjkę, sapiącą niczym rozsierdzony byk.
- Cóż… Zdaje się, że musimy przełożyć naszą rozmowę na później. Muszę załagodzić sytuacje, jeśli mamy tu jeszcze chwilę zabawić.
To mówiąc, wszedł do środka bez cienia strachu, tylko z tym swoim smutnym i zrezygnowanym spojrzeniem. Onrashee mogła widzieć przez okno, jak Dante spokojnie rozmawia z pełną emocji kobietą, po czym zabiera ją gdzieś w głąb karczmy z dala od gapiów.
Wrócił dopiero po dłuższej chwili, a kobieta zdawała się nad wyraz spokojna. Jak gdyby nigdy nic usiadła przy stole i zaczęła dopijać swój kufel piwa, nie okazując ani grama agresji czy jakichkolwiek uczuć.
- Jak to zrobiłeś? Ewazjusz zdążył się tak schlać, że za jego nachalność na miejscu tej pani sam bym go wyrzucił przez okno – skomentował Juwentyn.
- Jak ty to zawsze mówisz? Magik nigdy nie zdradza swoich sekretów – stwierdził Dante z tajemniczym uśmiechem. Choć w rzeczywistości był to zwyczajny czar pozbawienia emocji. Nie na długo, ale wystarczy, aby kobieta nie robiła im problemu podczas ich pobytu.
Goście widząc, że potencjalna bójka została zażegnania, wrócili do swoich spraw, straciwszy zainteresowanie zaistniałą sytuacją. Tymczasem lokalny bard zaczął wygrywać skoczną melodię. Część osób dała się porwać do tańca, w tym oczywiście Maura pełna młodzieńczej energii i Ewazjusz, który najwyraźniej nie miał jeszcze dość.
Mimo zachęceń młodej dhampirki Dante pozostał przy stoliku i dopiero teraz skusił się zamówić jakiś drobny posiłek i czerwone wino, którym postanowił poczęstować białowłosą.
- Pijesz? – spytał z lekkim uśmiechem, podając jej kieliszek.
- I lepiej nie próbuj zabierać mu tych złotych listków z głowy, bo obudzisz demona – dodała młoda nieumarła, świetnie się bawiąc.
Łowca dusz uniósł brew i delikatnie się uśmiechnął. Niewiele się dziewczyna pomyliła. Tymczasem nazwa kolejnego artefaktu, którego mają szukać, wywołała niemal natychmiastową salwę śmiechu u młodej i Ewazjusza, zdradzając ich delikatną niedojrzałość. Piekielny pokręcił głową z dezaprobatą, widząc to zamieszanie.
Zaraz jednak lekko się zaniepokoił, słysząc o działaniu ów przedmiotu. Na szczęście uspokoiła go obecność aż dwóch dhampirek, która zapewne staną się główną interpretacją dla reakcji artefaktu. Oczywiście o ile nie będzie on bardziej precyzyjny, dokładnie wskazując podejrzane osoby. Wtedy może być drobny problem.
- W jaki sposób będzie ostrzegał? Zaświeci niczym pochodnia? – dopytał piekielny, chcąc uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek zawczasu.
- Jeśli tak, to będziemy iść z Sheorane przodem – zasugerowała nadal rozbawiona Maura – Bo zgaduje, że na mieszańców też działa? – dodała niewinnie. Zupełnie nie miała problemu z nazwaniem tak samej siebie. On nie widziała nic złego w swojej podwójnej naturze.
Pozostało już tylko dosiąść wierzchowce. Dante cały czas zerkał w stronę nowej członkini ich grupy. Zaskoczył go jej sposób jazdy. Wyglądała jakby w życiu ledwo co, jeśli w ogóle miała okazje dosiadać konia. Sam ogier również zdawał się wyczuwać jej zdenerwowanie i reagował nieco żywiej niż zazwyczaj.
- Wszystko w porządku? – spytał, nakierowując swojego rumaka tak, aby szedł bliżej niej. Skutecznie odciągnęło to Ewazjusza od prób podrywu. Czarodziej nie chciał przeszkadzać Dantemu w rozmowie, więc czym prędzej odbił on w stronę Maury i Juwentyna.
Po jakimś czasie konnej wędrówki wszyscy zgodnie poparli idee postoju. Po uwiązaniu i zabezpieczeniu zwierząt grupa delikatnie się podzieliła. Maura od razu zabrała pradawnych do karczmy, kłócąc się o wybór konkretnej potrawy do zjedzenia. Tymczasem Dante i Sheorane pozostali na zewnątrz. Piekielny nie wydawał się zainteresowany ciepłym posiłkiem i gwarną atmosferą w środku.
- Ita. Wieczorami jakoś łatwiej jest rozmawiać. Gdy słońce nie świeci w twarz. Czyż nie? – spytał, nie kryjąc delikatnie nieufnego spojrzenia i nawiązania do jej połowicznego wampiryzmu. Mimo to stanął tuż obok kobiety, patrząc w powoli pojawiające się na niebie pierwsze gwiazdy – Rogā. To znaczy… pytaj.
Ich rozmowa trwała w najlepsze, gdy w najmniej odpowiednim momencie Ewazjusz wyleciał przez okno wraz z odłamkami rozbitej szyby, tuż obok nich. Zdezorientowany Dante natychmiast zajrzał do środka i spostrzegł zdenerwowaną, umięśnioną nordyjkę, sapiącą niczym rozsierdzony byk.
- Cóż… Zdaje się, że musimy przełożyć naszą rozmowę na później. Muszę załagodzić sytuacje, jeśli mamy tu jeszcze chwilę zabawić.
To mówiąc, wszedł do środka bez cienia strachu, tylko z tym swoim smutnym i zrezygnowanym spojrzeniem. Onrashee mogła widzieć przez okno, jak Dante spokojnie rozmawia z pełną emocji kobietą, po czym zabiera ją gdzieś w głąb karczmy z dala od gapiów.
Wrócił dopiero po dłuższej chwili, a kobieta zdawała się nad wyraz spokojna. Jak gdyby nigdy nic usiadła przy stole i zaczęła dopijać swój kufel piwa, nie okazując ani grama agresji czy jakichkolwiek uczuć.
- Jak to zrobiłeś? Ewazjusz zdążył się tak schlać, że za jego nachalność na miejscu tej pani sam bym go wyrzucił przez okno – skomentował Juwentyn.
- Jak ty to zawsze mówisz? Magik nigdy nie zdradza swoich sekretów – stwierdził Dante z tajemniczym uśmiechem. Choć w rzeczywistości był to zwyczajny czar pozbawienia emocji. Nie na długo, ale wystarczy, aby kobieta nie robiła im problemu podczas ich pobytu.
Goście widząc, że potencjalna bójka została zażegnania, wrócili do swoich spraw, straciwszy zainteresowanie zaistniałą sytuacją. Tymczasem lokalny bard zaczął wygrywać skoczną melodię. Część osób dała się porwać do tańca, w tym oczywiście Maura pełna młodzieńczej energii i Ewazjusz, który najwyraźniej nie miał jeszcze dość.
Mimo zachęceń młodej dhampirki Dante pozostał przy stoliku i dopiero teraz skusił się zamówić jakiś drobny posiłek i czerwone wino, którym postanowił poczęstować białowłosą.
- Pijesz? – spytał z lekkim uśmiechem, podając jej kieliszek.
- Onrashee
- Zbłąkana Dusza
- Posty: 8
- Rejestracja: 6 miesiące temu
- Rasa: Dhampir
- Profesje: Szpieg , Łowca
- Kontakt:
Onrashee zmarszczyła brwi, ale zaś również uśmiechnęła się, słysząc komentarz o wieńcu laurowym Dantego. Młoda Maura była wyjątkowo… otwarta, co dhampirka uznała za świetną sytuację, zważając, że powinna w jak najkrótszym czasie zdobyć ich zaufanie. Maura była bardzo przywiązana do pana Vale, co widać było po jej zachowaniu i ich relacji. Gdyby nie te spostrzeżenia, znana obecnie jako Sheorane kobieta już traktowałaby nieufność Dantego do jej osoby jako typowy rasizm z Kitnu. Przecież tam była wyrzutkiem, który nie zasługiwał na życie. Włóczęgą, który musiał żebrać o każdy kęs chleba.
Niechcianym bękartem, przekleństwem, motłochem…
Onrashee uspokoiła wzbierające się w niej emocje tak szybko, jak tylko mogła, byleby nikt nie zauważył zmiany w jej postawie. Nie skomentowała wieńca. Jako nowy rekrut nie powinna dopytywać tak publicznie o rzeczy, które lepiej przegadywać prywatnie. Tym bardziej, że ta sprawa nie powinna jej w ogóle interesować. Tak samo zignorowała śmiechy powstałe przy wyjawieniu artefaktu, którego teraz cała drużyna będzie poszukiwać. Nieumarła zacisnęła wargi, jakoby powstrzymywała się od swojego komentarza. Członkowie drużyny mogli to interpretować jakkolwiek chcieli, ale ona postanowiła ugryźć się w język. To tutaj wysłał ją Klaus? Do czołowej drużyny poważnych łowców z Paradiso? “Wolne żarty…”, pomyślała kobieta.
- To jest coś, co niestety nie jest opisane - odpowiedziała Onrashee, zachowując jak najwięcej powagi i przekrzykując chichoty młodszych członków grupy. - Może świecić, ale może też się zapalić, może krzyczeć, może nawet pojawić się nad naszymi głowami z wielkim napisem “ahoj, tu macie nieumarłego, tylko ostrzegam” - rzekła dhampirka. Artefakt co prawda posiadał wielką moc, mógł również być byle nasyconym narzędziem, które tylko emanowało mocą, żeby oznaczyć zbliżające się zagrożenie.
Onrashee już mówić dalej, aczkolwiek niespodziewanie dotknęły ją słowa przedstawicielki tej samej rasy co ona. Mieszaniec. Maura wypowiadała to z taką lekkością, niby od niechcenia, a jednak z tą charakterystyczną ostrością, którą Onra rozpoznawała aż za dobrze. Mieszaniec. Jakby to było wszystko, czym była. Jakby to jedno słowo mogło zamknąć lata wyborów, błędów i prób naprawy w czymś prostym, wygodnym, pogardliwym. We wnętrzu dhampirki pojawiło się znajome ukłucie, jak echo dawnych głosów, tych samych tonów, które kiedyś odbierały jej imię i zastępowały je etykietą. Wspomnienie spojrzeń - nieufnych, wyższościowych, czasem wręcz obrzydzonych. Wspomnienie drzwi zamykanych jej przed nosem. Drzwi jej własnego domu. Wspomnienie decyzji podjętych za nią, bo „ktoś taki” nie powinien mieć wyboru.
Szybko jednak otrząsnęła się z tym wspomnień, pozwalając pokazać się z jak najlepszej strony. Teraz przecież nie była mieszańcem. Teraz była profesjonalnym łowcą. I genialnym szpiegiem.
- Dlatego bezpieczniej będzie, jeśli któryś z panów weźmie do ręki artefakt - zaapelowała, zakładając wcześniej uszykowaną torbę na ramię. - Skoro ostrzega przed złymi rasami, nie wiadomo, jak na nie może reagować. Liczymy na was w tym temacie - białowłosa zwróciła się do stojących nieopodal czarodziejów, wzrok dosłownie sekundę dłużej zatrzymując na Dantem. Musiała go rozgryźć, a później już wiedziała jedno.
Skoro on był z Kitnu, Onrashee wystosunkuje specjalną prośbę do Klausa, aby to ona mogła go zabić w końcowym akcie ich planu. To ona musi pogrążyć wszystko, co wydostało się z Kitnu. Takie przyjęła na siebie przeznaczenie odkąd pogrążyła wyspę w wiecznym chaosie, gdy uciekła z ofiarnego rytuału.
***
Koń nie protestował. On też widocznie uczył się dziwnych zwyczajów nowego jeźdźca, nauczony jednak wcześniej bycia posłusznym do innych… gestów. Onrashee siedziała w siodle sztywno, zbyt prosta, zbyt… nienaturalnie. Dłonie trzymała na wodzach trochę za wysoko, trochę za mocno. Każdy ruch zwierzęcia przenosił się na nią jak drobne wstrząsy, których nie potrafiła zamortyzować. Ale nie zamierzała tego pokazać. Nie, nie przyzna się do tego, że nie potrafi jeździć. Ona uznała, że się nauczy. Jeszcze nie spadła, w miarę się utrzymywała, więc uznała to za sukces.
Mimo że Ewazjusz dał jej spokój, za chwilę w pobliżu pojawił się Dante. Onrashee modliła się w duchu, żeby dali jej spokój i pozwolili jej samej to ogarnąć.
- Tak, w porządku - odparła Onrashee. Koń parsknął, jakby miał własne zdanie na temat całej sytuacji. Naśladując postawę mężczyzny obok, dhampirka poluzowała uchwyt i chwyciła wodze tak jak on. Obserwowała i dzięki obserwacji się uczyła. W końcu poczuła, że odzyskuje kontrolę.
- Po prostu… zwykle preferowałam podróże piesze. Jako nieumarła poruszam się znacznie szybciej w ten sposób - dodała dumnie. Specjalnie nie użyła żadnego sformułowania wskazującego na dokładną rasę, przypominając sobie poranne określenie Maury. Mieszaniec. Nawet słowo “dhampir” nie przechodziło Onrashee przez gardło. Nigdy chyba nie przyzna, że jest tylko w połowie wampirem lub człowiekiem. “Mów o sobie dumnie, żeby ludzie cię szanowali”, powtarzał jej Klaus. Ale też Klaus nigdy nie nazwał jej mieszańcem, nigdy wampirem.
Była jego córką. Najjaśniejszą gwiazdą. Nieumarłym kwiatem. I tego się trzymała.
***
Karczma stała na skraju lasu, lekko przechylona, jakby miała już dość własnych fundamentów i była na tyle stara, żeby pamiętać nizinę, na której ją postawiono. Z okien sączyło się ciepłe światło, a z wnętrza dochodził gwar rozmów i śmiechów, a schodki prowadzące do budynku wyglądały na całkowicie nowe - więc na pewno były dobudowane.
- Wieczorem faktycznie pojawia się jakiś lepszy nastrój, jeśli chodzi o rozmowy - przyznała kobieta, gdy w końcu miała okazję na rozmowę z Dantem. - Skoro preferujesz takie pory, uważaj, żeby cię nie oskarżono o bycie wampirem. - Fakt, że został z nią sam, oznaczał, że zaczynał jej ufać. Aczkolwiek podejrzliwość i niepewność nadal widniała w jego oczach, a te dwie rzeczy Onrashee musi niedługo rozwiać. Oni muszą jej ufać bezgranicznie.
Dhampirka założyła ręce na piersi, otulając się tym samym przed chłodem. Nie czuła zimna jak zwykły człowiek, lecz nie ukrywała, że nowe doświadczenie całkowicie ją wymęczyło, co sprzyjało nawrotom delikatnego oziębienia.
- Nie zamierzam wypytywać cię o twoje ulubione kolory czy robić przesłuchania, bez obaw - rzekła, unosząc oczy ku górze. Obserwowała gwiazdy, tak samo jak towarzyszący jej mężczyzna. Niby niewinny niczemu gest, a jednak miał on w sobie dodatkowe znaczenie. Naśladowanie rozmówcy bowiem sprawiało, że podobno odczuwał on do ciebie większą sympatię. Wszystkie gesty nieumarłej były zaplanowane.
- Wydajecie się bardzo zżyci. Ty, Juwentyn, Maura i casanova - zaczęła - jak właściwie zostaliście drużyną? - zapytała w końcu. Skoro to była jej kolej na zadawanie pytań, postanowiła wykorzystać tę okazję do delikatnego wybadania terenu. Z samej odpowiedzi na to jedno pytanie będzie później mogła przeanalizować relacje w grupie.
Po krótkiej chwili ich rozmowa została nagle przerwana przez… cóż. Casanovę w akcji. Onrashee ani drgnęła, gdy zobaczyła, jak szyba pęka, a jej odłamki wyrzucają również poobijanego nieco Ewazjusza. Kiwnęła głową, słysząc słowa Dantego, po czym sama podeszła do obitego członka drużyny. Czy tego chciała czy nie, była nadal w trakcie zdobywania ich zaufania.
- Żyjesz? - zapytała, po czym podała mężczyźnie rękę, aby pomóc mu wstać.
- A bardzo się o mnie martwisz? - odpowiedział czarodziej, a Onrashee… cóż, zabrała rękę w ostatniej chwili, w której Ewazjusz chciał ją chwycić. Nieco się zachwiał, ale już i tak siedział na ziemi. Niżej nie upadnie, jak uznała dhampirka. A ona naprawdę próbowała, lecz jego zaufanie… a nawet nie tylko, już posiadała.
Dante zdawał się załagodzić sytuację, za co Onrashee niesłyszalnie zaklaskała mu. Maura i niczym nietknięty Ewazjusz ruszyli w tany, wówczas gdy Juwentyn postanowił zaczepić karczmarkę przy szynkwasie. Dhampirka miała wrażenie, że czarodziej zachowuje się dość poważnie, więc zdziwiła ją ta nagła chęć na swobodne rozmowy. Nie wcinała się jednak. Siedziała bokiem do sali, plecami częściowo do ściany – nawyk, którego nie zamierzała się pozbywać. Dzięki temu widziała większość pomieszczenia bez konieczności obracania głowy. I Dantego. Siedział naprzeciwko, rozluźniony w sposób, który wyglądał naturalnie… ale nie był. Udawał swobodę równie dobrze, jak ona udawała obojętność. Kiedy przesunął w jej stronę kielich wina, przez moment nawet nie drgnęła. Obserwowała go. Nie sięgnęła od razu. Najpierw spojrzała na kielich, dopiero potem na mężczyznę. Czy to test? Czy prowokacja? Czy zwykła sympatia? Trudno jej było to odgadnąć. Dhampirka nie była przyzwyczajona do picia, zwłaszcza na misjach, aczkolwiek obserwując zachowanie swoich towarzyszy… cóż. Nadal zachowywała profesjonalną twarz.
Dopiero po chwili uniosła dłoń i wzięła naczynie. Obróciła je lekko w palcach, jakby oceniała ciężar, kolor, zapach. W końcu kobieta upiła niewielki łyk. Ciepło alkoholu rozeszło się po jej gardle dość szybko.
- Dobre - skomentowała, oddając kieliszek Dantemu. Rozmowy wokół zaczęły się zagęszczać, ktoś przestawił stoły, ktoś inny zaczął grać. Muzyka była nierówna, ale żywa - skrzypce, stukot butów o podłogę, śmiechy, które mieszały się z rytmem. Nawet gdzieś w tłumie dało się usłyszeć serdeczny śmiech Juwentyna.
- Nie jesteś typem tancerza, co? - zagaiła Onrashee, ukazując delikatny uśmiech. Ponownie odsłoniła tym jeden ze swoich kłów. Spróbowała się rozluźnić, co w sumie nadal było tylko rozluźnieniem na pokaz. Miała misję, co powtarzała sobie w myślach non stop.
- Sheorane! - I całe rozluźnienie szlag trafił. Ewazjusz pojawił się na horyzoncie jak strażnik na wieży o poranku, widocznie z jakimś niesamowicie nieinteresującym pomysłem. - Zapraszam na integrację z drużyną na parkiet!
- Nie - odpowiedziała szybko. - Nie tańczę.
Ewazjusz jednak nie znał odmowy, co widać po jego lekko napuchniętym policzku po poprzedniej próbie zdobycia serca nordki. Złapał dhampirkę za rękę. Wpierw zareagowała instynktownie, od razu napięła mięśnie i chciała się wyrwać, aczkolwiek coś nakazywało jej się wstrzymać. “Nie teraz. Jeszcze nie”, powiedziała do siebie. Chwyt czarodzieja był pewny. Nie agresywny… ale nie dawał przestrzeni na odmowę. Onrashee oceniła sytuację w sekundę. Jeśli odmówi teraz, zwróci uwagę. Jeśli pójdzie… zachowa kontrolę.
Ale nie zamierzała iść sama. Jeśli ona nie miała sekundy spokoju, to nie pozwoli innym mieć tej satysfakcji. Druga ręka, wolna od mocnego uścisku czarodzieja, sięgnęła do Dantego szybciej, niż ten zdążył zareagować.
- Skoro ja muszę, to ty też. - Pociągnęła go ze sobą, łapiąc mężczyznę za fraki. Element zaskoczenia i siła nieumarłej (połączona z już i tak siłą w postaci ciągnącego ją na parkiet Ewazjusza) działały na jej korzyść, nie pozwalając mężczyźnie nawet na przemyślenie tego, gdyż momentalnie został wypchnięty na środek karczmy. Ewazjusz próbował prowadzić Onrashee, ale ona szybko przejęła inicjatywę. Delikatnie, bez ostentacji. Zmiana kierunku, lekkie przesunięcie dłoni, drobna korekta kroku - tak jak ją uczono. Maura zadowolona, że ujrzała Dantego tak blisko parkietu, momentalnie złapała starszego mężczyznę i w szaleńczym kroku poczęła tańczyć z nim, kręcąc się niemal bezmyślnie dookoła. Onrashee uśmiechnęła się delikatnie, lecz cynicznie. “Współczuję”, mówiły jej oczy, wpatrzone w pana Vale. Niespodziewanie cała czwórka połączyła się w jednym wielkim kółku, a młodsi członkowie drużyny zaczęli kompletnie improwizować kroki. Onrashee znała parę kroków, więc pozwoliła sobie na chwilę spokojnego tańca, póki nie dostrzegła Dantego. Wyglądał… jakby był dość zmieszany. Jakby pierwszy raz miał styczność z karczemną zabawą. ”Zaskakujące”. Nieumarła spojrzała na niego. Niespodziewanie złapała jego dłonie (znajdowali się w kółku bowiem na przeciwko), insynuując zmianę pozycji, lecz jednocześnie tym samym nieco poprowadziła go. Dostosowała tempo minimalnie, tak, żeby nie wyglądało to na celowe. Zamienili się na miejsca, co Onrashee znakomicie później wykorzystała.
Była teraz bowiem bliżej wyjścia. Jej ruchy były płynne, stosunkowo oszczędne. Bez zbędnych ozdobników, ale wystarczająco wyraźne, żeby mógł za nimi nadążyć. Z pomocą magii pustki stworzyła iluzję, w której wcale nie ucieka z parkietu, kiedy rzeczywiście kierowała się ponownie do stolika. Gdy w końcu zasiadła z powrotem na ich wcześniejszym miejscu, wyłapała w tłumie wzrok Dantego. Z lisim niemalże uśmiechem chwyciła pozostawiony przez niego kieliszek wina, po czym ostentacyjnie uniosła go, jakby wznosząc toast za jego umęczone nogi o poranku. Następnie, nie spuszczając wzroku z mężczyzny, upiła kolejny łyk.
W końcu byli na misji. Ktoś musi zachować ogładę. Gdy do kobiety po krótszej chwili dołączył Juwentyn, natychmiast zaczął rozmowę.
- Naszego fallusa nie ma już w bibliotece - oznajmił. Nieumarła nie odwróciła w jego stronę głowy, tylko zaś spojrzenie pokierowała tam, gdzie obecnie siedział czarodziej. Zaciekawił ją tym. Widocznie rozmawiał z karczmarką z jakimś większym celem. Dhampirka zanotowała sobie to w głowie, żeby przy nim być nieco czujniejsza. Tacy ludzie są niebezpieczni. Uniosła brew, dając mu tym samym znać, że czeka na rozwinięcie jego wypowiedzi.
- Został niedawno odkopany i wydobyty przez służących szlachcianki, Edette Frieren. Ona jest zakochana w różnych świecidełkach, więc musiała mieć także i to - dodał. - Wspomnę, że to wampirzyca. Więc fallus świeci w pobliżu negatywnych ras, to mamy pewne. Problem jest taki, że zabrała to do swojego skarbca w pilnie strzeżonej posiadłości… ale - uniósł palec - jutro wieczorem, na naszą korzyść, wyprawia mały bal dla ciemnego półświatka. To jak, kto im powie, że jutro czeka nas kolejne przyjęcie?
Onrashee prychnęła.
- Idź śmiało. Ja już byłam i nie wracam. - Uśmiechnęła się pod nosem, gotowa uciec z karczmy w te pędy. Było tu zdecydowanie zbyt głośno, tłoczno i ciepło.
- … - Juwentyn widocznie się wahał, widząc kolejne zmyślne figury taneczne Ewazjusza. - Chyba poczekam tu na Dantego. A młodzi niech się wyszaleją. W końcu dostaniemy możliwość działania nie za parę godzin, a dopiero za paręnaście, czyż nie? - skwitował czarodziej, na co nieumarła w milczeniu przystała. Musieli zmodyfikować nieco plan misji, ale nie zapowiadało się na to, żeby był to duży problem. No, chyba że zdolności taneczne większości grupy zawiodą.
***
Po krótkiej rozmowie z Juwentynem, Onrashee postanowiła zaczerpnąć świeżego powietrza. Tak naprawdę wykorzystała tę sytuację, aby podejść ponownie do przydzielonego jej konia z jabłkiem, które zdobyła z posiłku czarodzieja. Cisza, która ją uderzyła, była niemalże otulająca, lecz dhampirka nie mogła się nią nacieszyć. Nie, dopóki na wierzch mogły wyjść jakiekolwiek jej słabości.
- Słuchaj, mućka - zaczęła, karmiąc konia owocem. - Nie bądź świnią i daj mi się uczyć. Jasne? - Mówiła tak, jakby zaraz miała nadejść odpowiedź inna niż nocne i dość głośne chrupanie końskiego pyska. Onrashee wykorzystała moment, w którym cała drużyna była wykończona lub pijana, ewentualnie jeszcze siedziała w spokoju na parkiecie w karczmie, Prasmok wie, po czym ponownie wsiadła na konia, przypominając sobie wcześniej zaobserwowane ruchy. Tym razem wyszło jej nieco sprawniej, za co pochwaliła się w myślach. Chwilę jeździła, głównie kręcąc się wokół karczmy i zmieniając tempo, z całej siły usiłując nie spaść.
Jeździła tak niedługo. Nie mogła przecież ryzykować, że zaraz któryś z członków drużyny zauważy jej trening. Poinformowana przez Juwentyna o tym, że wraz z Dantem zwerbują drużynę rano na śniadaniu, wiedziała, że ma mnóstwo czasu. Również przy rozmowie z karczmarką mężczyzna zdołał załatwić im pokoje i Onrashee tylko modliła się, żeby Maura była zbyt wykończona, aby rozmawiać z nią o wszelkich babskich sprawach, jakie jej przyjdą na myśl.
Jutro bowiem będą kontynuować misję. Nieumarła musiała się skupić. W końcu od jej powodzenia zależą jej postępy w większej sprawie - a od tego zależy, czy będzie mogła zasłużyć na szacunek w Dominium. Całość opierała się na zaufaniu, które musiała zdobyć. Dante Vale nawet nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że czaiła się na niego jak tygrys na ulubioną zabawkę.
Onrashee nie chciała, aby jakikolwiek potomek tej przeklętej wyspy zakłócał jej wcześniejszy spokój.
Niechcianym bękartem, przekleństwem, motłochem…
Onrashee uspokoiła wzbierające się w niej emocje tak szybko, jak tylko mogła, byleby nikt nie zauważył zmiany w jej postawie. Nie skomentowała wieńca. Jako nowy rekrut nie powinna dopytywać tak publicznie o rzeczy, które lepiej przegadywać prywatnie. Tym bardziej, że ta sprawa nie powinna jej w ogóle interesować. Tak samo zignorowała śmiechy powstałe przy wyjawieniu artefaktu, którego teraz cała drużyna będzie poszukiwać. Nieumarła zacisnęła wargi, jakoby powstrzymywała się od swojego komentarza. Członkowie drużyny mogli to interpretować jakkolwiek chcieli, ale ona postanowiła ugryźć się w język. To tutaj wysłał ją Klaus? Do czołowej drużyny poważnych łowców z Paradiso? “Wolne żarty…”, pomyślała kobieta.
- To jest coś, co niestety nie jest opisane - odpowiedziała Onrashee, zachowując jak najwięcej powagi i przekrzykując chichoty młodszych członków grupy. - Może świecić, ale może też się zapalić, może krzyczeć, może nawet pojawić się nad naszymi głowami z wielkim napisem “ahoj, tu macie nieumarłego, tylko ostrzegam” - rzekła dhampirka. Artefakt co prawda posiadał wielką moc, mógł również być byle nasyconym narzędziem, które tylko emanowało mocą, żeby oznaczyć zbliżające się zagrożenie.
Onrashee już mówić dalej, aczkolwiek niespodziewanie dotknęły ją słowa przedstawicielki tej samej rasy co ona. Mieszaniec. Maura wypowiadała to z taką lekkością, niby od niechcenia, a jednak z tą charakterystyczną ostrością, którą Onra rozpoznawała aż za dobrze. Mieszaniec. Jakby to było wszystko, czym była. Jakby to jedno słowo mogło zamknąć lata wyborów, błędów i prób naprawy w czymś prostym, wygodnym, pogardliwym. We wnętrzu dhampirki pojawiło się znajome ukłucie, jak echo dawnych głosów, tych samych tonów, które kiedyś odbierały jej imię i zastępowały je etykietą. Wspomnienie spojrzeń - nieufnych, wyższościowych, czasem wręcz obrzydzonych. Wspomnienie drzwi zamykanych jej przed nosem. Drzwi jej własnego domu. Wspomnienie decyzji podjętych za nią, bo „ktoś taki” nie powinien mieć wyboru.
Szybko jednak otrząsnęła się z tym wspomnień, pozwalając pokazać się z jak najlepszej strony. Teraz przecież nie była mieszańcem. Teraz była profesjonalnym łowcą. I genialnym szpiegiem.
- Dlatego bezpieczniej będzie, jeśli któryś z panów weźmie do ręki artefakt - zaapelowała, zakładając wcześniej uszykowaną torbę na ramię. - Skoro ostrzega przed złymi rasami, nie wiadomo, jak na nie może reagować. Liczymy na was w tym temacie - białowłosa zwróciła się do stojących nieopodal czarodziejów, wzrok dosłownie sekundę dłużej zatrzymując na Dantem. Musiała go rozgryźć, a później już wiedziała jedno.
Skoro on był z Kitnu, Onrashee wystosunkuje specjalną prośbę do Klausa, aby to ona mogła go zabić w końcowym akcie ich planu. To ona musi pogrążyć wszystko, co wydostało się z Kitnu. Takie przyjęła na siebie przeznaczenie odkąd pogrążyła wyspę w wiecznym chaosie, gdy uciekła z ofiarnego rytuału.
***
Koń nie protestował. On też widocznie uczył się dziwnych zwyczajów nowego jeźdźca, nauczony jednak wcześniej bycia posłusznym do innych… gestów. Onrashee siedziała w siodle sztywno, zbyt prosta, zbyt… nienaturalnie. Dłonie trzymała na wodzach trochę za wysoko, trochę za mocno. Każdy ruch zwierzęcia przenosił się na nią jak drobne wstrząsy, których nie potrafiła zamortyzować. Ale nie zamierzała tego pokazać. Nie, nie przyzna się do tego, że nie potrafi jeździć. Ona uznała, że się nauczy. Jeszcze nie spadła, w miarę się utrzymywała, więc uznała to za sukces.
Mimo że Ewazjusz dał jej spokój, za chwilę w pobliżu pojawił się Dante. Onrashee modliła się w duchu, żeby dali jej spokój i pozwolili jej samej to ogarnąć.
- Tak, w porządku - odparła Onrashee. Koń parsknął, jakby miał własne zdanie na temat całej sytuacji. Naśladując postawę mężczyzny obok, dhampirka poluzowała uchwyt i chwyciła wodze tak jak on. Obserwowała i dzięki obserwacji się uczyła. W końcu poczuła, że odzyskuje kontrolę.
- Po prostu… zwykle preferowałam podróże piesze. Jako nieumarła poruszam się znacznie szybciej w ten sposób - dodała dumnie. Specjalnie nie użyła żadnego sformułowania wskazującego na dokładną rasę, przypominając sobie poranne określenie Maury. Mieszaniec. Nawet słowo “dhampir” nie przechodziło Onrashee przez gardło. Nigdy chyba nie przyzna, że jest tylko w połowie wampirem lub człowiekiem. “Mów o sobie dumnie, żeby ludzie cię szanowali”, powtarzał jej Klaus. Ale też Klaus nigdy nie nazwał jej mieszańcem, nigdy wampirem.
Była jego córką. Najjaśniejszą gwiazdą. Nieumarłym kwiatem. I tego się trzymała.
***
Karczma stała na skraju lasu, lekko przechylona, jakby miała już dość własnych fundamentów i była na tyle stara, żeby pamiętać nizinę, na której ją postawiono. Z okien sączyło się ciepłe światło, a z wnętrza dochodził gwar rozmów i śmiechów, a schodki prowadzące do budynku wyglądały na całkowicie nowe - więc na pewno były dobudowane.
- Wieczorem faktycznie pojawia się jakiś lepszy nastrój, jeśli chodzi o rozmowy - przyznała kobieta, gdy w końcu miała okazję na rozmowę z Dantem. - Skoro preferujesz takie pory, uważaj, żeby cię nie oskarżono o bycie wampirem. - Fakt, że został z nią sam, oznaczał, że zaczynał jej ufać. Aczkolwiek podejrzliwość i niepewność nadal widniała w jego oczach, a te dwie rzeczy Onrashee musi niedługo rozwiać. Oni muszą jej ufać bezgranicznie.
Dhampirka założyła ręce na piersi, otulając się tym samym przed chłodem. Nie czuła zimna jak zwykły człowiek, lecz nie ukrywała, że nowe doświadczenie całkowicie ją wymęczyło, co sprzyjało nawrotom delikatnego oziębienia.
- Nie zamierzam wypytywać cię o twoje ulubione kolory czy robić przesłuchania, bez obaw - rzekła, unosząc oczy ku górze. Obserwowała gwiazdy, tak samo jak towarzyszący jej mężczyzna. Niby niewinny niczemu gest, a jednak miał on w sobie dodatkowe znaczenie. Naśladowanie rozmówcy bowiem sprawiało, że podobno odczuwał on do ciebie większą sympatię. Wszystkie gesty nieumarłej były zaplanowane.
- Wydajecie się bardzo zżyci. Ty, Juwentyn, Maura i casanova - zaczęła - jak właściwie zostaliście drużyną? - zapytała w końcu. Skoro to była jej kolej na zadawanie pytań, postanowiła wykorzystać tę okazję do delikatnego wybadania terenu. Z samej odpowiedzi na to jedno pytanie będzie później mogła przeanalizować relacje w grupie.
Po krótkiej chwili ich rozmowa została nagle przerwana przez… cóż. Casanovę w akcji. Onrashee ani drgnęła, gdy zobaczyła, jak szyba pęka, a jej odłamki wyrzucają również poobijanego nieco Ewazjusza. Kiwnęła głową, słysząc słowa Dantego, po czym sama podeszła do obitego członka drużyny. Czy tego chciała czy nie, była nadal w trakcie zdobywania ich zaufania.
- Żyjesz? - zapytała, po czym podała mężczyźnie rękę, aby pomóc mu wstać.
- A bardzo się o mnie martwisz? - odpowiedział czarodziej, a Onrashee… cóż, zabrała rękę w ostatniej chwili, w której Ewazjusz chciał ją chwycić. Nieco się zachwiał, ale już i tak siedział na ziemi. Niżej nie upadnie, jak uznała dhampirka. A ona naprawdę próbowała, lecz jego zaufanie… a nawet nie tylko, już posiadała.
Dante zdawał się załagodzić sytuację, za co Onrashee niesłyszalnie zaklaskała mu. Maura i niczym nietknięty Ewazjusz ruszyli w tany, wówczas gdy Juwentyn postanowił zaczepić karczmarkę przy szynkwasie. Dhampirka miała wrażenie, że czarodziej zachowuje się dość poważnie, więc zdziwiła ją ta nagła chęć na swobodne rozmowy. Nie wcinała się jednak. Siedziała bokiem do sali, plecami częściowo do ściany – nawyk, którego nie zamierzała się pozbywać. Dzięki temu widziała większość pomieszczenia bez konieczności obracania głowy. I Dantego. Siedział naprzeciwko, rozluźniony w sposób, który wyglądał naturalnie… ale nie był. Udawał swobodę równie dobrze, jak ona udawała obojętność. Kiedy przesunął w jej stronę kielich wina, przez moment nawet nie drgnęła. Obserwowała go. Nie sięgnęła od razu. Najpierw spojrzała na kielich, dopiero potem na mężczyznę. Czy to test? Czy prowokacja? Czy zwykła sympatia? Trudno jej było to odgadnąć. Dhampirka nie była przyzwyczajona do picia, zwłaszcza na misjach, aczkolwiek obserwując zachowanie swoich towarzyszy… cóż. Nadal zachowywała profesjonalną twarz.
Dopiero po chwili uniosła dłoń i wzięła naczynie. Obróciła je lekko w palcach, jakby oceniała ciężar, kolor, zapach. W końcu kobieta upiła niewielki łyk. Ciepło alkoholu rozeszło się po jej gardle dość szybko.
- Dobre - skomentowała, oddając kieliszek Dantemu. Rozmowy wokół zaczęły się zagęszczać, ktoś przestawił stoły, ktoś inny zaczął grać. Muzyka była nierówna, ale żywa - skrzypce, stukot butów o podłogę, śmiechy, które mieszały się z rytmem. Nawet gdzieś w tłumie dało się usłyszeć serdeczny śmiech Juwentyna.
- Nie jesteś typem tancerza, co? - zagaiła Onrashee, ukazując delikatny uśmiech. Ponownie odsłoniła tym jeden ze swoich kłów. Spróbowała się rozluźnić, co w sumie nadal było tylko rozluźnieniem na pokaz. Miała misję, co powtarzała sobie w myślach non stop.
- Sheorane! - I całe rozluźnienie szlag trafił. Ewazjusz pojawił się na horyzoncie jak strażnik na wieży o poranku, widocznie z jakimś niesamowicie nieinteresującym pomysłem. - Zapraszam na integrację z drużyną na parkiet!
- Nie - odpowiedziała szybko. - Nie tańczę.
Ewazjusz jednak nie znał odmowy, co widać po jego lekko napuchniętym policzku po poprzedniej próbie zdobycia serca nordki. Złapał dhampirkę za rękę. Wpierw zareagowała instynktownie, od razu napięła mięśnie i chciała się wyrwać, aczkolwiek coś nakazywało jej się wstrzymać. “Nie teraz. Jeszcze nie”, powiedziała do siebie. Chwyt czarodzieja był pewny. Nie agresywny… ale nie dawał przestrzeni na odmowę. Onrashee oceniła sytuację w sekundę. Jeśli odmówi teraz, zwróci uwagę. Jeśli pójdzie… zachowa kontrolę.
Ale nie zamierzała iść sama. Jeśli ona nie miała sekundy spokoju, to nie pozwoli innym mieć tej satysfakcji. Druga ręka, wolna od mocnego uścisku czarodzieja, sięgnęła do Dantego szybciej, niż ten zdążył zareagować.
- Skoro ja muszę, to ty też. - Pociągnęła go ze sobą, łapiąc mężczyznę za fraki. Element zaskoczenia i siła nieumarłej (połączona z już i tak siłą w postaci ciągnącego ją na parkiet Ewazjusza) działały na jej korzyść, nie pozwalając mężczyźnie nawet na przemyślenie tego, gdyż momentalnie został wypchnięty na środek karczmy. Ewazjusz próbował prowadzić Onrashee, ale ona szybko przejęła inicjatywę. Delikatnie, bez ostentacji. Zmiana kierunku, lekkie przesunięcie dłoni, drobna korekta kroku - tak jak ją uczono. Maura zadowolona, że ujrzała Dantego tak blisko parkietu, momentalnie złapała starszego mężczyznę i w szaleńczym kroku poczęła tańczyć z nim, kręcąc się niemal bezmyślnie dookoła. Onrashee uśmiechnęła się delikatnie, lecz cynicznie. “Współczuję”, mówiły jej oczy, wpatrzone w pana Vale. Niespodziewanie cała czwórka połączyła się w jednym wielkim kółku, a młodsi członkowie drużyny zaczęli kompletnie improwizować kroki. Onrashee znała parę kroków, więc pozwoliła sobie na chwilę spokojnego tańca, póki nie dostrzegła Dantego. Wyglądał… jakby był dość zmieszany. Jakby pierwszy raz miał styczność z karczemną zabawą. ”Zaskakujące”. Nieumarła spojrzała na niego. Niespodziewanie złapała jego dłonie (znajdowali się w kółku bowiem na przeciwko), insynuując zmianę pozycji, lecz jednocześnie tym samym nieco poprowadziła go. Dostosowała tempo minimalnie, tak, żeby nie wyglądało to na celowe. Zamienili się na miejsca, co Onrashee znakomicie później wykorzystała.
Była teraz bowiem bliżej wyjścia. Jej ruchy były płynne, stosunkowo oszczędne. Bez zbędnych ozdobników, ale wystarczająco wyraźne, żeby mógł za nimi nadążyć. Z pomocą magii pustki stworzyła iluzję, w której wcale nie ucieka z parkietu, kiedy rzeczywiście kierowała się ponownie do stolika. Gdy w końcu zasiadła z powrotem na ich wcześniejszym miejscu, wyłapała w tłumie wzrok Dantego. Z lisim niemalże uśmiechem chwyciła pozostawiony przez niego kieliszek wina, po czym ostentacyjnie uniosła go, jakby wznosząc toast za jego umęczone nogi o poranku. Następnie, nie spuszczając wzroku z mężczyzny, upiła kolejny łyk.
W końcu byli na misji. Ktoś musi zachować ogładę. Gdy do kobiety po krótszej chwili dołączył Juwentyn, natychmiast zaczął rozmowę.
- Naszego fallusa nie ma już w bibliotece - oznajmił. Nieumarła nie odwróciła w jego stronę głowy, tylko zaś spojrzenie pokierowała tam, gdzie obecnie siedział czarodziej. Zaciekawił ją tym. Widocznie rozmawiał z karczmarką z jakimś większym celem. Dhampirka zanotowała sobie to w głowie, żeby przy nim być nieco czujniejsza. Tacy ludzie są niebezpieczni. Uniosła brew, dając mu tym samym znać, że czeka na rozwinięcie jego wypowiedzi.
- Został niedawno odkopany i wydobyty przez służących szlachcianki, Edette Frieren. Ona jest zakochana w różnych świecidełkach, więc musiała mieć także i to - dodał. - Wspomnę, że to wampirzyca. Więc fallus świeci w pobliżu negatywnych ras, to mamy pewne. Problem jest taki, że zabrała to do swojego skarbca w pilnie strzeżonej posiadłości… ale - uniósł palec - jutro wieczorem, na naszą korzyść, wyprawia mały bal dla ciemnego półświatka. To jak, kto im powie, że jutro czeka nas kolejne przyjęcie?
Onrashee prychnęła.
- Idź śmiało. Ja już byłam i nie wracam. - Uśmiechnęła się pod nosem, gotowa uciec z karczmy w te pędy. Było tu zdecydowanie zbyt głośno, tłoczno i ciepło.
- … - Juwentyn widocznie się wahał, widząc kolejne zmyślne figury taneczne Ewazjusza. - Chyba poczekam tu na Dantego. A młodzi niech się wyszaleją. W końcu dostaniemy możliwość działania nie za parę godzin, a dopiero za paręnaście, czyż nie? - skwitował czarodziej, na co nieumarła w milczeniu przystała. Musieli zmodyfikować nieco plan misji, ale nie zapowiadało się na to, żeby był to duży problem. No, chyba że zdolności taneczne większości grupy zawiodą.
***
Po krótkiej rozmowie z Juwentynem, Onrashee postanowiła zaczerpnąć świeżego powietrza. Tak naprawdę wykorzystała tę sytuację, aby podejść ponownie do przydzielonego jej konia z jabłkiem, które zdobyła z posiłku czarodzieja. Cisza, która ją uderzyła, była niemalże otulająca, lecz dhampirka nie mogła się nią nacieszyć. Nie, dopóki na wierzch mogły wyjść jakiekolwiek jej słabości.
- Słuchaj, mućka - zaczęła, karmiąc konia owocem. - Nie bądź świnią i daj mi się uczyć. Jasne? - Mówiła tak, jakby zaraz miała nadejść odpowiedź inna niż nocne i dość głośne chrupanie końskiego pyska. Onrashee wykorzystała moment, w którym cała drużyna była wykończona lub pijana, ewentualnie jeszcze siedziała w spokoju na parkiecie w karczmie, Prasmok wie, po czym ponownie wsiadła na konia, przypominając sobie wcześniej zaobserwowane ruchy. Tym razem wyszło jej nieco sprawniej, za co pochwaliła się w myślach. Chwilę jeździła, głównie kręcąc się wokół karczmy i zmieniając tempo, z całej siły usiłując nie spaść.
Jeździła tak niedługo. Nie mogła przecież ryzykować, że zaraz któryś z członków drużyny zauważy jej trening. Poinformowana przez Juwentyna o tym, że wraz z Dantem zwerbują drużynę rano na śniadaniu, wiedziała, że ma mnóstwo czasu. Również przy rozmowie z karczmarką mężczyzna zdołał załatwić im pokoje i Onrashee tylko modliła się, żeby Maura była zbyt wykończona, aby rozmawiać z nią o wszelkich babskich sprawach, jakie jej przyjdą na myśl.
Jutro bowiem będą kontynuować misję. Nieumarła musiała się skupić. W końcu od jej powodzenia zależą jej postępy w większej sprawie - a od tego zależy, czy będzie mogła zasłużyć na szacunek w Dominium. Całość opierała się na zaufaniu, które musiała zdobyć. Dante Vale nawet nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że czaiła się na niego jak tygrys na ulubioną zabawkę.
Onrashee nie chciała, aby jakikolwiek potomek tej przeklętej wyspy zakłócał jej wcześniejszy spokój.
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość