Oglądasz profil – Dayanara

Awatar użytkownika

Ogólne

Imię: Dayanara Shaw, zwana też Widmem
Rasa: Leśny elf
Wiek: 78 lat

Aura

Niezbyt wielka siła nie jest wcale przeszkodą, by co chwilę widać było świetlisty, bursztynowy wybuch, którego fale łagodnie rozlewają się po powłoce, a na ich grzbietach widać delikatny, szafirowy połysk. Dodatkowo cała powierzchnia zachwyca ilością barw. U podstawy widać kobaltowe pasma przeplatające się między rzeźbionymi, barachitowymi źdźbłami trawy. Nieco wyżej zaś srebrne drobinki zmieszane z żelaznymi tworzą coś, co wygląda niczym wycięty fragment nocnego nieba, którym została otulona aura. U góry natomiast pionowe kreski, o złocistej i cynowej barwie dają złudzenie promieni słońca. Nastraszyć cię może głęboki ton, który bez ostrzeżenia zmienia się w rumor spadających głazów, by na koniec zniknąć w głębokiej ciszy, pochłaniającej każdy odgłos. Niesie ze sobą przyjemną woń lasu, który kojarzy się z delikatnością. Jednakże na przekór temu wrażeniu powłoka jest bardzo twarda, mimo iż gnie się subtelnie z niebywałą łatwością. Posiada niebezpiecznie ostre brzegi oraz nieprzyjemne chropowate miejsca, pomiędzy tymi pokrytymi cienką warstwą aksamitu. Lepi się niemiłosiernie, sklejając usta i jakby na złość przez swą pikantność wywołuje wtedy największe pragnienie.
Nazwa użytkownika:
Dayanara
Grupy:
Inne Postacie:
Callisto, Leila, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Kimiko, Lena, Rain, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta

Skontaktuj się z Dayanara

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
9 miesiące temu
Ostatnio aktywny:
2 miesiące temu
Liczba postów:
11
(0.01% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.04)
Najaktywniejszy na forum:
Fargoth
(Posty: 10 / 90.91% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
Ślepy los.
(Posty: 10 / 90.91% wszystkich postów użytkownika)

Umiejętności

TropienieMPotrafi nie tylko wyśledzić zwierzynę w lesie, ale też człowieka na drugim końcu Alaranii. Mimo obiektywnie charakterystycznego wyglądu, potrafi nie rzucać się w oczy, wie kogo zapytać, kiedy nadstawić ucha, którym tropem podążyć. Znajdzie każdego, za odpowiednią kwotę, a jeśli obwieszczenie herolda głosi „żywy lub martwy”, będzie martwy. Z takim mniej kłopotu.
Skradanie sięMBezszelestna i niemal niewidoczna. Porusza się cicho, miękko stawiając stopy i wówczas wyjaśnia się jej nie najnowszy strój i buty. Miękka, wychodzona skóra nie wydaje najmniejszego dźwięku ani na bruku ani na leśnym runie, zaś ubrania nie ocierają się o siebie wcale lub robią to bezszelestnie.
WalkaMObawiam się, że Daya spierze większość istot nawet z szyszką w dłoni. Bezlitosna, zwinna, szybka i doskonale znająca wrażliwe punkty na ciele człowieka robi się niebezpieczna w walce wręcz (niejednokrotnie wzbogaconej o kamień w garści, tak dla podkreślenia przekazu). Gdy w jej dłoni widzisz ostrze, lepiej bierz nogi za pas, bo ten kawał maczety, który Daya pieszczotliwie zwie nożem jest w stanie pozbawić Cię głowy. To już ten kij, którym wywija młynki jest mniej groźny, bo tylko spierze cię na kwaśne jabłko tak, że cię rodzona matka nie pozna. Ale nie zabije. Chyba. No nie bez powodu w każdym razie. Tylko, czym dla niej jest dobry powód?...
PolowanieWNim zaczęła polować na ludzi, polowała z łukiem na zwierzynę. Jest dobrym strzelcem, zna las i zwierzęta, jest bezszelestna i umie odpowiednio dobrać ofiarę, by nie zaburzyć równowagi w lesie. Na ludzi zaś poluje równie skutecznie i równie beznamiętnie, wprawiając w zastanowienie, czy aby na pewno widzi różnicę.
ZielarstwoWZnajomość leśnej flory pomaga znaleźć zioła mogące uśmierzyć gorączkę, wywołać skręt kiszek prowadzący nawet do krwotoku wewnętrznego oraz takie wywołujące halucynacje. Od wyboru, do koloru.
Sporządzanie truciznWNajważniejsza jest oczywiście znajomość ziół, ale też posiadanie odpowiednich receptur. To pierwsze opanowała w głównej mierze sama, metodą prób i błędów, nie raz płacąc za te ostatnie. Receptury odziedziczyła po znajomej trucicielce, okazjonalnie dodając tam własne, które powstały przypadkiem lub w wyniku eksperymentów, gdy ktoś wyraźnie zalazł Dayi za skórę.
WspinaczkaWNiebagatelna równowaga, zacięcie i całkiem spora siła drzemiąca w szczupłych ramionach pozwalają elfce wspinać się nawet na najbardziej nieprzyjazne skały. Nie raz w ten sposób zdobywała szczyty, a dostawania się na dachy budynków w miastach już od dawna nie zaszczyca mianem wspinaczki.
AnatomiaWEdukacja podzielona na miejsca na ciele, skrywające ważne organy lub wrażliwe punkty, w które cios będzie najskuteczniejszy oraz budowę wewnętrzną, z dokładnością co do aorty, by odpowiednio paraliżować organizm magią oraz truciznami.
ŁucznictwoWMówi się, że leśny elfy rodzą się z łukiem w ręku i z nim są chowane. Daya nie jest wyjątkiem i okazała się doskonałą łuczniczką. Używa go jednak głównie do polowań, ewentualnie by zatrzymać uciekiniera. Zdecydowanie bardziej preferuje jednak walkę w zwarciu.
PułapkiWCzy to ludzie czy zwierzęta, czasem nie dają się złapać, lub jest to zbyt niebezpieczne dla samotnego łowcy. Wówczas potrzebna jest właściwa pułapka oraz przynęta. Odpowiednie ich dobranie to również umiejętność, świadcząca o doświadczeniu łowcy, ale trzask zamykającej się pułapki, metaforyczny czy też prawdziwy, jest satysfakcją z dobrze wykonanej pracy. Daya potrafi zbudować i unieszkodliwić większość mechanizmów, jak również odpowiednio zastosować sytuacje na swoją korzyść, by nawet bez pomocy fizycznych pułapek, złapać swoją ofiarę w potrzask.
PrzetrwanieWŻyje już długo i ma zamiar pożyć jeszcze trochę. Względnie nieuchwytna i samowystarczalna nie potrzebuje nikogo, by poradzić sobie na świecie.
Czytanie aurWPoruszanie się po świecie emanacji nie stanowi dla niej problemu. Z łatwością rozpoznaje rasy, intencje i arkana, którymi włada dana postać. Na tych trzech rzeczach skupia się zawsze najbardziej, ale poza nimi i tak umykają jej tylko wyjątkowe niuanse.
ZłodziejstwoONie określa się mianem złodziejki. To nie jest coś, co robi zawodowo. Po prostu okazjonalnie zdarza jej się przywłaszczyć nieswoją rzecz bez najmniejszych wyrzutów sumienia w stosunku do jej pierwotnego właściciela. A to, że jest w tym dobra… przecież nic na to nie poradzi.
Wiedza o świecieONiemalże pełen wachlarz ras istot, bestii i roślin wzbogaca każdego dnia. Niektórych rzeczy uczy się umyślnie, innych po prostu dowiaduje i zapamiętuje, uzupełniając swoją wiedzę.
FilozofiaOTo jest poza jej wolą. Jej umysł pracuje ciągle na pełnych obrotach, analizując i rozkładając na czynniki pierwsze wszystko, co otrzymuje pod nos, dodatkowo zastanawiając się permanentnie nad sensem istnienia, jakby Daya miała za mało problemów na głowie. Więc wbrew pozorom do dysput na tematy kontrowersyjne podchodzi niechętnie, lecz nie dlatego, że nie ma nic do powiedzenia na ten temat, lecz dlatego, że ma do powiedzenia zbyt wiele, samej ledwo nadążając za własnymi myślami.
Znawca sztukiOi nie tylko. Mając takie hobby, lub powołanie, jak kto woli, trudno z czasem nie nauczyć się rozpoznawać perełek, oraz odróżniać oryginały od falsyfikatów. Umiejętność wypełniona również gadaniną znajomego krasnoluda, dzięki któremu nauczyła się także dostrzegać oszustwa nie tylko na dziełach sztuki (mniejszej lub większej), ale też w codziennym życiu, jak na przykład w przypadku podpisów pod dokumentami.
Czytanie i pisanieOPodstawowa umiejętność, w pełni opanowana w wieku dziecięcym i wzbogacana jedynie o kolejne języki, których uczyła się elfka.
Orientacja w terenieOElfce nie są niezbędne mapy, gdyż większość interesujących ją informacji wyczyta ze swojego otoczenia, wiedząc jak określić kierunki świata, znając położenie głównych miast Alaranii oraz przebiegu głównych szlaków handlowych. Może się zgubić, jak każdy, ale zawsze odnajdzie właściwą drogę.
HandelOW czasach, gdy jeszcze polowała wyłącznie na zwierzynę, musiała radzić sobie z próbującymi orżnąć ją kupcami, szybko więc dokształciła się w zasadach rządzących handlem. Nie targuje się, bo nie lubi, ale wie jak postawić na swoim, by dostać odpowiednią cenę, za to co sprzedaje lub zapłacić nie więcej niż warte jest to, czym jest zainteresowana.
Opieka nad zwierzętamiOMowa zwierząt pozwala na komunikowanie się z nimi, rozpoznawanie ich potrzeb i w miarę możliwości zaspokajanie tych, z którymi nie mogą sobie poradzić same, jak chociażby zdobycie pożywienia po wyjątkowo srogiej zimie. Czasem ma poczucie beznadziei nad własnymi działaniami, ale jest związana z lasem i jego mieszkańcami tak silnie, że zwyczajnie robi co może, póki może.
SzulerstwoOGdy interes nie idzie, albo się nie chce ganiać za jakimś idiotą, czasem łatwiej zarobić grając w karty albo kości. Najlepiej kości. I najlepiej wygrać. Więc czasem trzeba oszukiwać tak, by nikt jej za rękę nie złapał i to opanowała całkiem nieźle.
PoliglotyzmPPoza mową elfów, za pomocą której porozumiewa się na co dzień, względnie opanowała podstawy mowy wspólnej oraz dialektu naturian. Mówi w nich jednak niechętnie i tylko, jeśli jej rozmówca nie zna elfickiego, a jej, z jakiegoś powodu, zależy na rozmowie.
Jazda konnaPO dziwo nie oszałamia tu umiejętnościami, z prostej przyczyny – rzadko miała okazję jeździć konno, później z przyzwyczajenia poruszając się pieszo lub na gapę czyimś wozem. Koń jest zobowiązaniem, którego się nie podejmuje, ale jeśli ma skorzystać z wierzchowca, czyni to z właściwą sobie gracją i podstawowymi umiejętnościami, co czyni z niej dobrego jeźdźca.
GarbarstwoPPodstawowe umiejętności łowcy, który utrzymuje się ze sprzedaży skór. Własnoręcznie upolowana zwierzyna musi zostać odpowiednio oprawiona, a skóra przygotowana, by jak najlepiej zachować jej właściwości i uzyskać za nią dobrą cenę.
PływaniePDla relaksu pluskała się głównie w rzekach i jeziorach. Wyrzucenie za burtę na pełnym morzu okazałoby się jednak nie lada wyzwaniem.
Opieka nad lasemPPo części przyrodzona z racji jej rasy, po części rozwinięta pod wpływem Adama, który każdą wolną chwilę spędzał na przywracaniu harmonii w ich otoczeniu. Nawet po jego odejściu Daya znajduje ukojenie w łączeniu się z lasem poprzez magię i wspomaganiu jego rozwoju. Nie czyni tego często, samej mając ograniczone zasoby, poza tym do cholery od tego są driady. Wciąż jednak… robi to dla niego.

Cechy Specjalne

Cechy rasoweDMowa zwierząt i roślin, odporność na choroby, nadzwyczajna równowaga i wydłużony żywot, standardowy pakiet powitalny każdego elfa. Daya nic po drodze nie zgubiła, niczego nie upośledziła, ale też nic nie wyniosła ponad normę. Swobodnie porozumiewa się ze zwierzętami, intuicyjnie wymienia się informacjami z roślinami, nie choruje i nie miewa kaca, przeżyje większość swoich znajomych i nawet popchnięta nie spadnie z murów miejskich, balansując na ich granicy z kocią gracją.
NiewidocznaZMimo charakterystycznego wyglądu, zaskakująco zlewa się z otoczeniem. Nikt jej nie zna, nikt o niej nie słyszał, nie krążą o niej plotki. Jeśli nie szuka się dokładnie jej, można przeoczyć elfkę w tłumie albo nawet na opustoszałej ulicy. Z trudem można przypomnieć sobie jej wygląd, pamiętając tylko poszczególne elementy, a niemal niemożliwością jest usłyszeć znów w głowie wspomnienie jej głosu czy rozpoznanie po nim Dayi wśród innych kobiet. Do tego trudne do zapamiętania imię przy braku pełnego wyobrażenia twarzy sprawia, że elfka nie gości długo w cudzych wspomnieniach inaczej niż senna mara.
Fach w rękuZDayanara z podejrzaną łatwością przerzuciła się z polowania na jelenie na ściganych listami gończymi lub prywatnymi zleceniami ludzi. Z jakiejś przyczyny nie robi jej to większej różnicy, jedynie czas tropienia jest dłuższy, a polowanie mimo wszystko bardziej emocjonujące. Jednak poza satysfakcją Shaw nie czerpie żadnej większej przyjemności z upolowanej zdobyczy, dostarczając ją lub jej głowę tam, gdzie dostanie za nią nagrodę. Nie robi też wokół tego większego szumu, zazwyczaj sprawnie eliminując ściganego lub, jeśli ktoś się uparł, dostarczając go żywego na miejsce bez większych problemów czy scen po drodze.

Magia

Przedmioty Magiczne

NóżZAKChociaż to może niedopowiedzenie. Długi na półtorej stopy, z czego połowa to samo ostrze, może z daleka przypominać małą maczetę. Daya słono zapłaciła, by ulubiona broń nigdy się nie tępiła, a jej drewniana rękojeść paliła w dłoń każdego, kto zechce odebrać właścicielce nóż.

Charakter

Samotniczka z wyboru. Ma wyraźne problemy z tolerowaniem ludzi w ogóle, nie mówiąc o zawieraniu głębszych znajomości. Nieufna, podejrzliwa i ostrożna zdaje się niezdolna do bliższej relacji. Stąd, chociaż nietrudno jej poznawać nowych ludzi, nie widzi w tym większego sensu, jako że i tak ostatecznie każda z tych osób staje się wspomnieniem, lepszym lub gorszym. Tendencja do wtykania nosa w nieswoje sprawy przyczynia się do tego, że Dayanara bardzo często znajduje się w centrum wydarzeń, a z pewnością częściej niż by sobie tego życzyła, ale nie lubi skupiać na sobie uwagi większej ilości ludzi; dla własnego komfortu.
Jej zdaniem rasa ludzka oraz właściwie znaczna większość wszelkich istot żywych i, jak to mówią, rozumnych, na tej Łusce, przyczynia się do powolnego wyniszczania tego świata. Daya dostała już solidną nauczkę i nie próbuje aktywnie ingerować w bieg wydarzeń na świecie, zamiast tego skupiając na prostych przyjemnościach polowania na margines społeczny, za którego przedstawicieli ktoś czasem zdecyduje się dać nagrodę. Wie, że sama świata nie naprawi, ale wyeliminowanie z niego nawet jednostki uprzykrzającej komuś życie na tym padole jest dla niej na tyle satysfakcjonujące, by dalej brnąć w swym zamyśle. Nie jest też zupełną pustelniczką; zawarte przez lata znajomości zaowocowały nielicznymi i zdecydowanie specyficznymi przyjaźniami, a elfka z własnego charakteru nie potrafi usiedzieć na miejscu i okazjonalnie porzuca swoją leśną oazę spokoju, chyba tylko po to, by przypomnieć sobie, co dokładnie ją tam wygnało.
Daya charakteryzuje się, wbrew pozorom, wyjątkową wrażliwością, skrytą oczywiście głęboko pod cynizmem. Sama uważa to za swoją największą wadę a nadmierną empatię przeklina każdego dnia, jednak nie ma na to wpływu, reagując nadmiernie i często żywiołowo na banalne, zdaniem innych, wydarzenia. Z drugiej strony zaś jej chłodna obojętność, zdroworozsądkowość i pragmatyzm balansują na cienkiej granicy znieczulicy i okrucieństwa, i nie raz mogłyby zaimponować największemu socjopacie (i tym określeniem bywała nazywana, aczkolwiek się z nim nie zgadza). Kształcona przez życie, nie uniwersytety, posiada mądrość, której nie sposób znaleźć w żadnej z książek, jednocześnie ryzykując zostanie nazwaną filozofem od siedmiu boleści, co w zależności od sytuacji spływa po niej, jak po kaczce lub powoduje lawinę tychże mądrości właśnie, w zależności od pecha rozmówcy i aktualnego stanu emocjonalnego elfki. Swoje zdanie jednak posiada, a tymi najsilniej kierującymi nią tezami z nikim się nie dzieli, w większości zakładając niezrozumienie i oszczędzając sobie strzępienia języka po próżnicy. Zazwyczaj obojętna, bywa czasem wrogo nastawiona, gdy ktoś ją zirytuje. Niektórzy też z łatwością nazywają ją arogancką, gdy na przecież proste pytanie, co ona właściwie takiego ma do ludzi, odpowiada, że zwyczajnie męczą ją już swoją nieuleczalną głupotą.
Łagodna bywa jedynie w otoczeniu natury. Z niezwykłą delikatnością i troską obchodzi się ze zwierzętami, roślinami, ale też wszystkim, co Matka ponownie wzięła we władanie. Wracając też do sprzeczności – chociaż w większości pogardza ludźmi i większością innych istot humanoidalnych, potrafi popaść w niemy zachwyt w zetknięciu z efektami ich twórczości, a dyskusja o tym, czy nie jest to aby jedyna dobra rzecz, jaką pozostawią po sobie na tym świecie, mogłaby przerodzić się w całonocne dywagacje. Podobnie rzecz ma się z nadzieją, którą na zmianę posiada w ilościach zdolnych uleczyć świat z trawiącego je zniszczenia i na którą widoków nie ma żadnych do stopnia uniemożliwiającego właściwe funkcjonowanie. Bo po co?
Daya kiedyś widziała sens w swoim życiu. Później utraciła go, ale za to miała plan i cel. Teraz i tych jej brak, albo bardziej pasuje, by rzec, że rozmyły się, straciły na intensywności i smagane są wyrzutami sumienia, zwątpieniem i wątpliwościami. Wówczas zagubiona Daya wraca myślami do Matki, szukając u niej przebaczenia, a u siebie wiary i zrozumienia. W większości wypadków rozmowy te prowadzą do jeszcze większej ilości pytań i wątpliwości, a i nie raz są to monologi, przepełnione żalem i poczuciem winy, gdy ich autorką jest Shaw, lub mądrością, jeśli Matka zdecyduje się znów pokazać swojej córce drogę.

Wygląd

Niewysoka, jak na elfkę, gdyż do sążnia wzrostu brakuje jej nieco ponad dłoń (ok. 170 cm). Nieczęsto zaś jest okazja do porównania kobiety do innych ludzi czy elfów, gdyż ta zwyczajnie nie przebywa w czyimś towarzystwie, zaglądając do miast sporadycznie. Wówczas ostre rysy twarzy zdają się jeszcze bardziej surowe, gdy elfka obdarza przyglądających się jej przechodniów surowym i przenikliwym spojrzeniem.
Niezależnie jednak, jak byłoby ono harde, nic nie jest w stanie przyćmić piękna lazurowych tęczówek, odcinających się na tle ciemnej karnacji i czarnych prostych brwi. Charakterystyczne dla leśnych elfów błękitne iskry przemykają po jasnoniebieskiej tarczy oka, dodając Dayi charyzmy oraz przyciągając uwagę i ludzi. Powierzchowne piękno przyćmiewa bowiem mrok kryjący się w chłodnym spojrzeniu, jakby cała przepaść dzieliła kobietę od reszty świata, jednak niewielu potrafi to dostrzec, zazwyczaj dając się omamić elektryzującym tęczówkom.
Innymi słowy Dayanara nawet na elfickie standardy jest piękną kobietą, przyciągającą spojrzenia. Prosty nos, wydatne kości policzkowe oraz wyraźnie zarysowane usta o ciemnym odcieniu pomagają jednak w zachowaniu surowego odbioru postaci. Elfie uszy znikają zazwyczaj pod długimi, prostymi jak struny kruczoczarnymi włosami, sięgającymi kobiecie gdzieś do połowy pleców, jeśli nie splata ich lub nie podpina, co zwykła czynić niedbale i od niechcenia. Przez to krótsze kosmyki wymykają się rzemieniom, opadając bez ładu na twarz elfki, która zdaje się w ogóle tego nie zauważać.
Sylwetkę ma smukłą i gibką, o łagodnych kobiecych kształtach. Długie nogi skryte są pod dopasowanymi spodniami z wytartej już skóry, która podobnie jak solidne, jednak wyraźnie zużyte już buty, wygląda jakby lata świetności miała dawno za sobą. Podobnie niegdyś biała, teraz raczej szarawa tunika, ucięta na linii pępka i ledwie obszyta, tylko by się nie pruła dalej. Skrajności jednak ciąg dalszy i chociaż odzienie elfki bardziej uwydatnia niż kryje jej zgrabną figurę oraz gładką skórę, raczej nie nastraja do głupich zaczepek (którymi, nota bene, Daya nawet nie zawraca sobie głowy). Warto dojść bowiem w końcu do jednego z bardziej charakterystycznych elementów wyglądu kobiety. Tę jędrną i niemal nieskazitelną skórę pokrywają tatuaże. W zdawałoby się losowych momentach na ciele przecinając bezkres słonecznego brązu, wcinając się ostrymi liniami i czarnym tuszem. Nawet pięknej twarzy nie oszczędzono. Daya ma tatuaże na karku (numer 6245), nad obiema brwiami i obu łopatkach (motyle skrzydła), po lewej stronie: pod okiem, na przedramieniu (nieznana powszechnie konstelacja gwiazd), biodrze (znad paska widoczny tylko fragment mandali) i z tyłu uda (napis w elfickim), oraz po prawej stronie: na obojczyku, kostce (plecionka z cierni) i wierzchu dłoni (księżyc).
Chodzi wyprostowana, chociaż z lekko pochyloną głową i swoją prezencją zazwyczaj zniechęca do zaczepiania jej. Nie nosi przy sobie praktycznie nic, poza przytroczonym do uda nożem oraz jedną sakiewką przyczepioną do paska, przytrzymującego spodnie na wysokości bioder. Głos ma niepasujący do prezencji, czyli przyjemny dla ucha i miękki. Do tego głęboki i raczej niski, zdaje się wręcz niezdolny do krzyku, zwłaszcza że Daya zazwyczaj mówi cicho, a zirytowana lub rozgniewana milknie, miast unosić głos i prędzej szepnie złowrogo, warknie lub syknie niż na kogoś krzyknie.

Historia

Urodziłam się w Szepczącym Lesie, jak większość moich pobratymców. Ciąża mojej matki była wielkim wydarzeniem w klanie i jak zawsze elfkę w stanie błogosławionym otoczono opieką godną królowej, a po narodzinach w moim wychowaniu brała udział praktycznie cała wioska. Byłam jednym z dwojga dzieci na kilkusetosobową społeczność i to na nas skupiała się cała uwaga starszyzny. Dbano o to, byśmy wyrosły (druga dziewczynka była raptem rok ode mnie starsza) na wykształcone, dobrze przeszkolone łowczynie, gdyż na tamtą chwilę to ich było najmniej. Na magii skupiano się w podstawowym zakresie, do właściwego poziomu dokształciłam się sama, z czasem. Do pewnego momentu byłam posłuszna. Milcząco, ale konsekwentnie wypełniałam wszystkie polecenia. Odpowiednio szybko wchłaniałam wiedzę, nie byłam pyskata, nie wymądrzałam się, nie leniłam. Nie można było mi nic zarzucić, ale też ledwo można było mnie dostrzec. Już jako dziecko miałam w sobie coś, co sprawiało, że naturalnie stawałam się elementem otoczenia dla każdego, nawet najczujniejszego elfa. Zwierzęta zdawały się mnie nie zauważać, nawet gdy skradałam się z wiatrem, testując dziwne efekty, które dostrzegałam. Dorośli nie cichli, gdy wchodziłam do pomieszczeń, swobodnie kontynuując rozmowy i dopiero po chwili zdając sobie sprawę z mojej obecności. Nie mieli czego dokładnie się uczepić, byłam wzorowym członkiem klanu poza właśnie faktem, że zdawałam się pojawiać znikąd oraz że do 25 roku życia, ani razu nie odezwałam się niezapytana. Nawet mój głos zdawał się niknąć w pamięci i połowa mieszkańców wioski, z którymi rzadziej miałam styczność, była przekonana, że jestem niemową, mimo że niejednokrotnie odpowiadałam im na zadawane pytania.
U elfów niewyróżnianie się z tłumu nie jest tak piętnowane, jak wśród ludzi, którzy każdą izolującą się jednostkę szybko chrzczą „samotnikiem” i sami pokonują resztę dystansu, zostawiając ją samej sobie. Mimo to nie dało się nie dostrzec moich skłonności do przebywania jedynie we własnym towarzystwie i moja decyzja, by opuścić rodzimą wioskę i kontynuować żywot na własną rękę, bez wsparcia społeczności, szybko została napiętnowana. To właśnie wtedy odezwałam się pierwszy raz niepytana, by oznajmić, że odchodzę. W tamtym momencie byłam wykształconą i samodzielną elfką, a tej bandy zadufanych w sobie, zaściankowych długouchów miałam po dziurki w nosie i wiedziałam, że tej gry pozorów nie wytrzymam ani dnia dłużej.

Kolejne dwadzieścia lat spędziłam samotnie, w głównej mierze. Pojedyncze znajomości zawierane w tym czasie były tylko po to by zaspokoić to minimum potrzeb w relacjach międzyludzkich, jakie nawet ja posiadałam. Nie przywiązywałam się jednak do nikogo, ani do niczego, zmęczona obłudą, którą zawsze dostrzegałam. Może zabrzmi to narcystycznie, ale chyba zwyczajnie nie poznałam nikogo godnego mojej większej uwagi. Zawsze, gdy wydawało mi się już, że dostrzegam w kimś potencjał i widoki na owocną znajomość, zgnilizna tego świata przeżerała się przez mojego towarzysza lub towarzyszkę, zniechęcając mnie i nieumyślnie wysyłając w dalszą drogę. Życie może i było długie, ale nie wystarczająco, by marnować je w nieodpowiednim gronie, to chyba był mój problem. Szukałam czegoś, chociaż sama nie wiedziałam czego. Coś mi ciągle przeszkadzało, ale wtedy nie mogłam tego zidentyfikować, określić, a tym samym rozwiązać problemu.
Za nowy dom służyć mi miała Mroczna Puszcza. Było tam wystarczająco niewiele elfickich klanów, by nikomu nie wadziła moja obecność, a luźno rozrzucone w lesie wioski pozwalały na to, by każdy miał niemalże nieograniczone tereny łowne. Nawet jak na elfickie standardy jestem minimalistką, więc gdy już, z pomocą magii i Matki, zbudowałam sobie swój własny domek na drzewie, uplotłam siennik i wystrugałam łuk i strzały, uznałam moje lokum za kompletne, a majątek za wystarczający. I mogłabym żyć sama, utrzymując się z tego, co upolowałam, bo nic więcej mi nie było trzeba, ale o ile ludzie mnie zazwyczaj odstręczali, świat przyciągał swą kruchością, każąc łapać każdy dzień, nim i ten przeminie, po raz kolejny skracając czas, który nam wszystkim pozostał. Polowałam więc dalej, ale więcej, a uzyskane mięsa i skóry odpowiednio obrabiałam i sprzedawałam w pobliskich wioskach, które odważyły się na handel z obcą samotniczką lub z miastami, które miały gdzieś kim jestem i interesował je tylko mój towar. Zarobione pieniądze początkowo gromadziłam w banku, z czasem jednak dostrzegłam bezsens moich działań i postanowiłam nieco zmienić styl życia.
Zmiana profesji przyszła dość lekko, po prostu zamiast na zwierzęta, zaczęłam polować na ludzi. Nie było nawet wiele trudniej, dopóki sama nie postanowiłam podnieść sobie poprzeczki. Wyławianie ofiar losu z rynsztoków tylko po to, by doprowadzić je do aresztu, z którego i tak wyjdą po paru dobach, by dalej siać ferment mnie nie satysfakcjonowało. Celowałam wyżej, podejmowałam się trudniejszych zleceń. Nie byłam jedynym łowcą głów na tej Łusce, ale chociaż moją konkurencję często irytowało, że ktoś zwinął im łup z przed nosa, nikt nie czyhał na moje życie. Po raz kolejny okazało się, że bycie niewidoczną, jeśli ktoś nie jest zadufanym w sobie, egocentrycznym pępkiem świata, ma same plusy, czegokolwiek by o tym nie mówić. Nie byłam znana, nikt mnie specjalnie nie szukał, nawet do wynajęcia, nie mówiąc już o próbach wyeliminowania przez starych wyjadaczy w tej branży. Zlecenia znajdowałam sobie sama, czasem klientów naganiał mi jeden czy drugi znajomy informator. Cóż, mówiąc, że zawierałam jedynie wartościowe znajomości, nigdy nie mówiłam, że osoby te były czyste jak łza, prawda? Przecież i ja nie jestem. Nikt nie jest… Ale wracając do tematu.
Kilka razy się nacięłam, jak każdy. Nie jestem nieomylna, a dowodem tego jest jedyny tatuaż, którego nie zrobiłam sobie z własnej woli. Ten z numerem na karku – nie trudno się chyba domyślić, w jakich okolicznościach powstał. Głupio dałam się złapać, w niewoli spędziłam raptem kilka tygodni nim dałam nogę, ale niechętnie przyznam, że był to jeden z najtrudniejszych okresów w moim życiu i ciężar, jaki czułam mając kajdany na rękach, był niewyobrażalny i niespodziewany, zaskakując nawet mnie. Później byłam już bardziej uważna, jeszcze bardziej niewidoczna, jeszcze bardziej zabójcza. Coraz częściej wycofywałam się do lasu, unikając miast i swoją samotnię opuszczając tylko na czas łowów lub wizyt u przyjaciół, które swoją drogą też odbiegały od ogólnie przyjętych norm, ale o tym kiedy indziej.

Było w moim życiu kilka osób, które okazały się wartościowe. Jak nieliczne szlachetne kamienie, ukryte pomiędzy cetnarami fałszywych szkiełek. Oczywiście muszę zaznaczyć, że „wartościowe” nie oznacza dobre, praworządne i bogobojne, a porównanie do szlachetnych kamieni bynajmniej nie odnosi się również do szlachetnego serca, by nie było wątpliwości. Takich chyba nie udało mi się zebrać w moim małym gronie, i wątpię czy taka osoba chciałaby mnie w swoim. Liczył się jednak charakter i lojalność, a także mała nienazwana rzecz, która sprawiała, że zupełnie obcy i różni od siebie ludzie znajdywali coś, co łączyło ich na długie lata. Jedną z takich osób był pewien krasnolud z Nowej Aerii, chociaż gdy go poznałam już od dawna krasnoluda nie przypominał. Właściwie wciąż nie wiem, ile ma lat, nie mam w zwyczaju wtrącać się w nieswoje sprawy, nie specjalnie, czasem jakoś samo się to dzieje. W każdym razie ów specyficzny osobnik, postanawiający upodobnić się do elfa za wszelką cenę i nie licząc się zupełnie ze zdaniem otoczenia. Był irytujący i mnie wkurzał, a jednak po latach współpracy zostaliśmy czymś na kształt dziwacznych przyjaciół. Mówiłam mu wiele razy, że nie warto, bo ze mną nie ma szans na normalne relacje, ale on się tylko zaśmiał i powiedział, że właśnie tylko takie są cokolwiek warte i on innych nie ma. Wzruszyłam ramionami, co mi tam, a facet był w porządku.
Nasza współpraca zaczęła się wtedy od tego, że nie wiedziałam, co robić z pieniędzmi, a dokładniej z rzeczami, które za nie kupowałam. Głównie książki. Pierwsze wydania, rękopisy, gdy się udało. Dzieła sztuki, zarówno te znane, jak i od ulicznych artystów. Posążki, rękodzieło, wszystko co wychodziło spod czyjejś ręki, było piękne i poruszało we mnie tą czułą strunę, której się wstydziłam. Nie było tego wcale dużo, nie tym się wszak zajmowałam, ale wystarczająco, by uniemożliwiać wożenie tego ze sobą lub przechowywanie w domku na drzewie. Chciałam by przetrwało, ale bałam się pozostawić je w obrocie. Sama nie wiem czy kieruję się własnym egoizmem czy naprawdę mam na myśli większe dobro, bo przecież co za różnica, czy książka stoi na półce w nieużywanym przeze mnie domu, czy u kogoś, kto by ją czytał? Dlatego starałam się nie gromadzić jedynych egzemplarzy. Jeśli takie mi się trafiało, za pomocą Chrysa szukałam dziełu odpowiedniego „domu”, w którym wiedziałam, że zostanie docenione i przetrwa. Nie raz spisywałam umowę pierwokupu, tak na wszelki wypadek, by w razie kłopotów obraz czy książka do mnie powróciły. Mój przyjaciel początkowo zwyczajnie chciał mnie oskubać, później chyba mnie polubił, bo się zlitował i chciał wyjaśnić bezsensowność moich działań, a dalej tylko pukał się w głowę ze śmiechem, gdy dotarło do niego, że ja naprawdę wiem co robię. Bo to, co dla niektórych nie miało sensu, dla mnie było jedynym. Nie miałam co robić z pieniędzmi, nie były mi potrzebne do przeżycia, radziłam sobie doskonale. Wydawałam je więc na to, co sprawiało mi przyjemność i co, miałam nadzieję, opłaci się następnym pokoleniom. Przy okazji dokształciłam się w kolejnej dziedzinie, czy dwóch… A Chrys, za odpowiednią opłatą oczywiście (przyjaźń przyjaźnią, ale biznes to biznes), pośrednio dbał o moje lokum i własności.
Nigdy nie urodziłam dzieci. Nie wiem, czy to tylko wina mojej rasy, tak oszczędnie dzielącej się swymi genami, czy prawdziwej bezpłodności, ale to nie było ważne. Miałam bowiem syna – Adama. Maie lasu, które pewnego dnia napotkałam na swojej drodze; tak oszołomione, zagubione i niewinne, że nie sposób było przejść obok niego obojętnie. Pod postacią zaledwie kilkuletniego złotowłosego chłopca dosłownie uczepiło się mojej nogi, wbijając we mnie spojrzenie pełne lęku i pytań, jednocześnie otwierając przepełnione niewinnością i miłością do natury serce. Więcej nie było mi trzeba i tak, jak do tej pory prowadziłam samotne życie z wyboru, tak wtedy najzwyczajniej w świecie wzięłam chłopczyka na ręce i wróciłam z nim do domu.
Nadałam mu imię, podzieliłam się swoim nazwiskiem i przekazałam całą wiedzę, jaką miałam, a głodny informacji o świecie, mój złotowłosy cukiereczek, słuchał z otwartymi w zachwycie ustami. Opowiedziałam mu o wszystkim, co sama wiedziałam, odkryłam z nim tajemnice jego przeszłości, które maie pamiętał jak przez mgłę, wychowywałam go i pozwalałam dorastać, a nawet wyciągać się do ludzi, którzy z trudem łączyli widok chłodnej elfki i rozbrykanego chłopca o złotych lokach. Dałam Adamowi nawet pozwolenie na wytatuowanie sobie „czegoś ładnego” (zawsze podobały mu się moje tatuaże, chociaż uznawał, że są zbyt surowe; nie mówiłam mu, że o to chodziło), co przeżywałam w spokojnym i cierpliwym milczeniu, z zamkniętymi oczami, by później z dziwnym uczuciem trzepotania w piersi obejrzeć w lusterku małe serduszko narysowane przez synka na moim obojczyku. Pozwoliłam dać sobie nadzieję i radość w życiu, by później w milczeniu zbierać szklane kawałki mojego serca, rozbite na miliony części, gdy zabrano mi sens istnienia.
Maie są trudne do unicestwienia, ale nie nieśmiertelne, zwłaszcza, gdy to do nich należy decyzja. Gdyby Adama ktoś mi odebrał, zabił, był w jakikolwiek inny sposób bezpośrednio winien jego śmierci, może umiałabym, poprzez zemstę oczywiście, zrobić coś, cokolwiek… Ale to była moja wina. To ja wróciłam śmiertelnie ranna, zamiast usiąść pod którymś drzewem i w spokoju poczekać na swój czas. To ja straciłam przytomność przed drzwiami domostwa i nie mogłam powstrzymać maie przed próbą uleczenia mnie. To ja byłam winna tego, że to maleństwo oddało całą swoją czystą i dobrą energię, by uratować mnie.
Ocknęłam się w promieniach słońca, zdrowa na ciele, martwa w środku. Po Adamie nawet nie było śladu, nie licząc błękitnych motyli, które obsiadły mnie, gdy się przebudziłam i nie uciekły nawet, gdy zaczęłam wrzeszczeć z rozpaczy, wiedząc co się stało. Matko, jak ja krzyczałam.
Ta mała iskierka głupiej nadziei, wciąż we mnie jest, jakkolwiek nie próbuję się jej pozbyć. Że może nie do końca się wyczerpał. Może po prostu nie miał siły i rozmył się gdzieś w przestrzeni i kiedyś do mnie wróci, może pod inną postacią, ale ten sam, mój Adaś. Chyba tylko dlatego wtedy nie wbiłam sobie z rozpaczy noża w serce. Jak mogłabym pozbawić się życia, skoro to właśnie za nie, mój syn oddał własne. Nie miałam do tego prawa, ono już nie należało do mnie.
Cały czas uczę się, jak z tym żyć. Jak żyć w ogóle. Zacinam się, gubię i odnajduję, zabijam i ratuję, ranię i leczę, wszystko w poszukiwaniu kolejnego sensu istnienia. Wtedy też zrobiłam się chyba nieco bardziej, hm, wrogo nastawiona, chociaż to może tylko moje wrażenie, albo po prostu powtarzam po ludziach. Nie wiem, czy to ważne? Coś jeszcze kapłanie?
- Nadal nie powiedziałaś mi, dlaczego to robisz.
- Co?
- Polujesz na ludzi.
- A dlaczego nie? Praca, jak każda inna.
- Co na to Matka?
- Wierzysz w nią?
- Nie mam zdania… ale z tego, co wiem, co słyszałem, raczej nie jest typem nakłaniającym do złego?
- A czy ja robię coś złego?
- Zabijasz. To nie jest twoim zdaniem nic złego?
- Matka uważa, że każdy ma swoją własną drogę. Ja również. I kiedyś ją odnajdę.