Oglądasz profil – Rakel

W tej karcie postaci zostały wprowadzone zmiany i wymagają one ponownej akceptacji
Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Rakel "Czarnulka" Evans
Rasa:
Alarianin
Płeć:
Kobieta
Wiek:
20 lat
Wygląda na:
20 lat
Profesje:
Kupiec, Rzemieślnik, Mieszczanin
Majątek:
Dostatni
Sława:
Rozpoznawalny

Aura

Gdy zaczniesz poznawać tę aurę, otuli cię bogactwo broni, jakbyś znalazł się w najprawdziwszej zbrojowni. Rapiery, sztylety, miecze, halabardy czy kusze, znajdziesz tu wszystko, czego tylko może zapragnąć dusza. Każda z nich jak jedna są wypolerowane i lśniące, jak przystało na młodą emanację.
Pośród nich znajdziesz broń wykonaną z błyszczącego cynku. Nie zabraknie też oręża z czystego złota. Znajdzie się także coś dla bardziej konserwatywnych poszukiwaczy, wykonanego z żelaza.
Broń wybierać i podziwiać możesz pośród oświetlającej je ametystowej poświaty.
W tle da się słyszeć trzask płomieni, który na przemian jest spokojny i cichy przywodząc na myśl izbowy kominek, by co jakiś czas odezwać się donośniejszym głosem kojarzącym się bardziej z wojenną pożogą niż ciepłem domowego ogniska.
Jak to pośród broni, czuć tu zapach stali, oleju do konserwacji oręża i półek sklepowych, przemieszanych z wonią ludzkiego potu.
Dotykając dowolnej z nich poczujesz, że jest ona giętka i elastyczna, wykuta przez prawdziwych mistrzów. Ostrza są nieskazitelnie gładkie o śmiertelnie ostrych krawędziach, a ich delikatna twardość będzie stawiać opór przy mocniejszym nacisku.
Smak aury jest wyraźnie gorzki i miesza się z przyjemną pikanterią. Całość jest lepka, dlatego przez dłuższy czas pozostawia po sobie posmak w ustach.

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Rakel
Grupy:
Martwe postacie:
Ratri
Płeć gracza:
Kobieta

Skontaktuj się z Rakel

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
2 lat temu
Ostatnio aktywny:
1 dzień temu
Liczba postów:
159
(0.19% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.17)
Najaktywniejszy na forum:
Valladon
(Posty: 82 / 51.57% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
["Sklep z bronią. August Evans"] Nietypowa klientela
(Posty: 54 / 33.96% wszystkich postów użytkownika)

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:raczej wytrwały
Zwinność:zręczny, precyzyjny
Percepcja:wyostrzone czucie, czuły zmysł magiczny
Umysł:bystry, ineligentny, b. silna wola
Prezencja:Ładny, godny

Umiejętności

HandelEkspert
Wiedza o broniEkspert
Strzelanie z kuszyBiegły
Targowanie sięBiegły
Czytanie i pisanieZaawansowany
JeździectwoOpanowany
RachunkiOpanowany
UnikiOpanowany
Walka mieczem jednoręcznymOpanowany
KowalstwoOpanowany
PrzetrwanieOpanowany
Walka sztyletamiOpanowany
Walka katanąPodstawowy
GotowaniePodstawowy
Produkcja broniPodstawowy
Opatrywanie ranPodstawowy
Znajomość rasPodstawowy
GeografiaPodstawowy

Cechy Specjalne

Zwierciadło duszyZaleta
Spojrzenie jej pięknych oczu zdaje się hipnotyzować, rzucać urok na rozmówcę i dodawać urody prostej dziewczynie. Ciężko jej wówczas czegoś odmówić.
Mieszana krewZaleta
Po swojej matce Rakel odziedziczyła nie tylko imię i urodę, ale też zdolności magiczne, jeszcze w pełni nie odkryte, jak również długowieczoć, która objawi się z czasem, znacząco jednak wydłużając żywot dziewczyny.
ZbrojmistrzyniZaleta
Dziewczyna nie tylko jest specjalistką, jeśli chodzi o wiedzę na temat wszelkiego rodzaju oręża, ale ma również smykałkę to tworzenia i naprawiania broni, niezwykle szybko ucząc się nowych technik i przejawiając wyjątkową precyzję wykonania. Jej sklep słynie też właśnie z nielicznych sztuk broni zrobionej przez dziewczynę własnoręcznie, a bełtów i strzał niemal już w ogóle nie kupuje, produkując wszystkie sama po nocach.
ProroctwoKlątwa
Przyszłość ukazana Rakel, gdy była jeszcze dzieckiem. Widmo, pozbawione konkretnego ostrzeżenia czy zapowiedzi jej losów, ukazujące jedynie dziewczynę jako dorosłą wojowniczkę, w pełni władającą swoim ogniem i niosącą śmierć. Evans do teraz nie wie, co dokładnie ją czeka, lecz proroctwo rzuciło cień na jej życie i zachowanie, sprawiając że niezwykle ostrożnie podchodzi zarówno do walki, jak i własnej magii.

Magia: Intuicyjna

OgniaNowicjusz
odziedziczone po matce zdolności magiczne objawiły się na razie jedynie w formie naturalnej władzy nad ogniem. No.. może władza to trochę za dużo powiedziane. Rakel nie kontroluje ognia, a jedynie jest z nim związana. Żywioł odpowiada na jej emocje, czasem dostosowując się do żądań dziewczyny, a czasem reagując niespodziewanie pod wpływem silnych uczuć. Evans nie miała nigdy okazji uczyć się władania nad swoją mocą, ani sprawdzenia, czy posiada jeszcze jakieś inne zdolności.

Przedmioty Magiczne

Mroczny

Charakter

Mimo młodego wieku Rakel wydaje się niezwykle ukształtowaną i twardą osobowością. Na większość tematów ma swoje zdanie, którego nie boi się bronić. Nie jest jednak zarozumiała i gdy nie ma pojęcia o jakiejś kwestii, nie obawia się zapytać. Jest samodzielna, uczciwa i godna zaufania. Pomaga potrzebującym bez wahania, jednak nie jest naiwna, wręcz przeciwnie. Żyłka handlowca sprawia, że podświadomie analizuje wszystkie składane jej propozycje, nie tylko te dotyczące broni, sprawdzając czy sprawa jest warta jej uwagi. Jest stanowcza, jednak nie uparta. Pewna siebie, ale nie arogancka. Towarzyska, lecz na swój sposób.. raczej nie ma co liczyć na natknięcie się na nią tańczącą na stole podczas karczemnej popijawy. Dość temperamentna, chociaż wiedząc jak bardzo jej emocje wpływają na jej magię, stara się uczyć opanowania.

Chociaż nie odebrała formalnego wykształcenia, jest inteligentna i mądrze korzysta z pozyskiwanej wiedzy. Nie jest fanatyczką prawa, jednak nie znosi złodziejstwa, gardząc przedstawicielami tej iprofesji/i, gdyż nie toleruje wyjaśnienia, że ktoś w ten sposób zarabia na życie. Zawsze wówczas odpowiada, że dla chętnego praca zawsze się znajdzie, a kradzież to tchórzliwa droga na skróty. Szanuje to co ma i jest dumna z tego kim jest. Nie potrzebuje więcej do szczęścia, chyba że miałby to być powrót jej ojca i braci do domu. Chociaż ojciec nie wróci już na pewno. W momencie w którym wyjechali musiała się usamodzielnić i stać się samowystarczalna. Tak też zrobiła.

Wygląd

Owalna twarz o prostych rysach nie wyróżniałaby się niczym szczególnym, gdyby nie zamieszkujące ją duże oczy w kształcie migdałów. Chociaż tęczówki są przede wszystkim intensywnie zielone, nie sposób określić ich tylko tym jednym kolorem, jako że upstrzone są złotymi i brązowymi plamkami, nadając spojrzeniu dziewczyny uroku i magii, a czarna oprawa w postaci długich rzęs i zgrabnych brwi dodaje mu głębi. W takim towarzystwie prosty nosek i pełne, ciemne usta giną w walce o uwagę obserwatora. Póki jednak dziewczyna ma spuszczony wzrok, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Gęste, czarne jak noc włosy kręcą się delikatnie, opadają częściowo na twarz Rakel i sięgają raptem do łopatek, ukrywając w skrętach swą prawdziwą długość.

Evans nie jest wysoka, czubkiem głowy sięgając przy miarze zaledwie 163 cm. Szczupła sylwetka o delikatnych, kobiecych kształtach, skryta jest zazwyczaj pod prostym ubraniem. Dziewczyna, wychowywana przez ojca i dwóch braci, nigdy nie preferowała sukien ani nawet dłuższych ozdobnych tunik. Ubiera się niemal zawsze na czarno, gustując w dopasowanych, skórzanych spodniach i jedynie lekko profilowanych koszulach. W zależności od pory roku nosi sznurowane buty z cienkiej i miękkiej skóry lub cięższe obuwie, podszyte kożuszkiem oraz płaszcz z ciepłej wełny, którego kaptur ozdobiony jest lisim futrem.

Historia

	Urodziła się w Valladonie, gdzie na piętrze starej kamienicy, znajdującej się zaraz nad sklepem zbrojeniowym, mieszkali jej rodzice. Jej ojciec August był kiedyś kowalem, jednak widząc coraz większe zapotrzebowanie na broń zmienił profesję i zajął się handlem orężem. <br>Matka Rakel – również Rakel (po niej otrzymała imię), była czarodziejką. Historia o tym, jak tych dwoje się poznali zawsze była dla dziewczyny tajemnicą, gdyż pytany o to ojciec popadał jedynie w zadumę, wspominając z uczuciem swoją żonę. Matka Rakel zmarła bowiem podczas porodu. Mimo że była czarodziejką, nie udało jej się przeżyć wydania na świat trzeciego dziecka i odeszła, pozostawiając po sobie dziewczynkę, która jako jedyna odziedziczyła po matce magię we krwi. 
Piszę "trzeciego dziecka", gdyż w momencie narodzin młodej Evans, za drzwiami czatowali jej starsi bracia – siedmioletni wówczas Rand i ośmioletni Dorian. Ani ojciec, ani chłopcy, nigdy nie winili dziewczynki za śmierć ich matki i żony, a gdy Rakel sama dręczyła się tym w cięższych chwilach, zawsze mogła liczyć na ich wsparcie. Była bowiem oczkiem w głowie trzech mężczyzn, którzy za punkt honoru postawili sobie dbanie o nią i zapewnianie jej bezpieczeństwa.. na swój sposób oczywiście.
Żyli prosto, lecz byli szczęśliwi. Ojciec codziennie pracował w sklepie z bronią, w którym na zmianę pomagali mu synowie, dorabiając sobie również u pobliskiego kowala, którego kiedyś uczył sztuki ich ojciec. Dziewczynka natomiast najmłodsze lata spędziła przesiadując w sklepie ojca, obserwując ludzi i ich oręż. Uczyła się wszystkiego, co mogła wydusić z Augusta, obserwowała ludzi, elfy, zmiennokształtnych, a nawet demony, przybywające do miasta i nierzadko zatrzymujące się u nich w sklepie, by uzupełnić ekwipunek. Gotowała dla rodziny, od kowala uczyła się jeździć konno, a dzięki prowadzącej kram za ścianą Widzącej poznawała podstawy uzdrawiania. Właściwie łapała się wszystkiego co nowe i interesujące.
W wolnych chwilach bracia trenowali się w walce, a Rakel od zawsze im przeszkadzała. Gdy zrobiła się trochę starsza nie musiała jednak nawet namawiać żadnego z nich, ani ojca, by i ją nauczyli władać mieczem. Każdy z trzech mężczyzn uznał, że dziewczyna absolutnie musi umieć się bronić i nie ma opcji, by nie opanowała chociaż jednej broni, gdy w końcu, na bogów, prowadzą sklep pełen oręża. Więc Rakel w wolnych chwilach walczyła mieczem i strzelała z kuszy, próbując nawet opanować walkę kataną, mimo że żaden z mężczyzn się na tym nie znał i tajniki tej sztuki musiała odkrywać samodzielnie. Ojciec początkowo martwił się trochę, że jego córka nie ma żadnych koleżanek w swoim wieku, a jej najlepszymi przyjaciółmi byli młody, lecz wciąż dużo straszy kowal oraz stara uzdrowicielka, którą Rakel i reszta miasta zwali Widzącą. Parę razy wyganiał więc córkę siłą na podwórze, by pobawiła się z innymi dziećmi, jednak o zmroku i tak znajdował ją u kowala, usiłującą walnąć w coś ciężkim młotem, lub słaniającą i kichającą od nadmiaru ziół – wówczas wiedział, że była u Widzącej. Później dziewczyn wprost powiedziała ojcu, że wśród swoich rówieśników nie czuje się najlepiej i chociaż czasami chętnie pogoni z nimi za piłką, to wolałaby jednak, gdyby pozwolił jej pomagać w sklepie. Jako że August nigdy nie dorastał córce do pięt, jeśli chodzi o argumentację, mała znów postawiła na swoim.
Gdy miała 10 lat w ich domu zdarzył się jednak pewien.. incydent. Ojca i braci obudził bowiem wrzask dziewczyny, a gdy wpadli do jej pokoju, przekonani, że ktoś się włamał, ujrzeli Rakel płonącą we własnym łóżku. Wszystko stało w ogniu, całe posłanie, podłoga i sama dziewczyna, jednak nic nie spłonęło, a młodej Evans nie działa się żadna widoczna krzywda, nie licząc upiornego krzyku, który wydobywał się wciąż z jej gardła. Jedyne, co wówczas wpadło mężczyznom do głowy to oblanie dziewczyny wodą, by ją obudzić lub ugasić płomienie. Bowiem chociaż nigdy wcześniej niczego takiego u dziewczynki nie widzieli, nie było tajemnicą, że Rakel, jej matka, była czarodziejką, a władanie ogniem było tylko jedną z jej umiejętności. Tak więc podczas gdy bracia dosłownie gasili swoją młodszą siostrę, ojciec popędził do Widzącej z prośbą o pomoc. Gdy powrócił z kobietą na górę, dziewczynka była już przytomna i mokra jak kura, łkając w ramionach najstarszego brata. Wiedźma wyrzuciła wszystkich z pokoju i została sama z Rakel. To wówczas ukazała jej przepowiednię, chociaż wcale tego nie chciała, a dziewczynka nie prosiła. Po prostu w pewnym momencie, gdy uzdrowicielka tłumaczyła jej, jak radzić sobie z nagłymi atakami ognia, złapała ją nagle za ramiona, a jej oczy wywinęły się do tyłu ukazując jedynie białka. Rakel nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy jej umysł zalała fala obrazów. Słyszała tylko trzask ognia i widziała siebie, już jako dorosłą, kroczącą ze skąpanym w krwi mieczem w jednej dłoni, podczas gdy druga ręka pokryta była płomieniami. Dziewczynka widziała jednak siebie, jak kontroluje tę moc i używa jej do własnych celów. Później Widząca puściła ją, a spostrzegając przerażone oblicze dziewczynki pogłaskała ją po głowie i powiedziała, że to co właśnie zobaczyła jest przeznaczone tylko dla niej. Stwierdziła, że chociaż jest to pewny obraz z przyszłości, jego odczytanie wcale nie jest takie proste i niekoniecznie oznacza to, co widać na pierwszy rzut oka. Powiedziała dziewczynce, że ma się nie martwić i wróciła do siebie.
Mimo tych wydarzeń ani ojciec ani bracia nie traktowali jej inaczej, nie bojąc się jakby zupełnie, a wręcz żartując czasami, że ma zapalić świeczkę w kuchni, bo im się nie chce wstawać. I chociaż dziewczyna czasami potajemnie ćwiczyła takie zadania i często udawało jej się posłać ognistą kulę dokładnie tam gdzie chciała, to ograniczała swoje moce, gdyż okazjonalnie zamiast świeczki podpalała fotel. Wciąż miała jednak przed oczami obraz swojej przyszłości, który przypominał o sobie zawsze, gdy używała magii, bądź łapała za miecz. Z tego powodu dziewczyna zrobiła się o wiele ostrożniejsza i nie działała już tak pochopnie. Uczyła się opanowania, by móc lepiej władać nad swoją mocą, a przede wszystkim, by móc ją kontrolować.
Przełomowym momentem w jej historii był jednak dzień, w którym wszyscy trzej mężczyźni zniknęli z jej życia. Bracia zostali wcieleni do wojska i chociaż nie byli z tego powodu zachwyceni, nie protestowali, posłusznie stawiając się na wezwanie. Ich niechęć nie wynikała bowiem, z braku woli walki. Nie chcieli po prostu zostawiać starszego już ojca i młodszej siostry samych w mieście. Chociaż Rakel pękało serce na myśl o pożegnaniu z braćmi, zachowała uśmiech na twarzy, żegnając ich w drzwiach, gdyż chciała być podporą dla ojca, a nie kolejnym ciężarem. Niestety wieczorem tego samego dnia jej ojciec pojechał do kowala po dostawę i nie wrócił. Dziewczyna nie czekała nawet do ranka, tylko gdy mężczyzna nie pojawił się po zachodzie słońca, zamknęła sklep i ruszyła na poszukiwania.
Jeszcze wiele lat później dziękowała w duchu losowi, że gdy dotarła do zaułka, w którym napadnięto i zabito jej ojca, było już tam kilka osób, które nie dopuściły młodej dziewczyny do ciała ojca. Nie wtedy, gdy leżał w rynsztoku z poderżniętym gardłem. Rakel mocno się wówczas zapożyczyła, by wyprawić ojcu porządny pochówek i następne miesiące pracowała nie tylko we własnym sklepie, ale również pomagała w pobliskiej karczmie, by sobie dorobić. Dobrze się jednak stało, gdyż w ten sposób była ciągle zajęta i nie miała czasu na załamanie się i zamknięcie w sobie. Gdy pożyczki zostały spłacone wróciła na stałe do sklepu i zabrała się za handel z jeszcze większym zapałem.
Żyła dalej. Z dnia na dzień, chociaż bogowie świadkiem, że nie miała lekko. Młoda dziewczyna prowadząca sklep z bronią musiała okazać wiele stanowczości, hartu ducha i odwagi, by udowodnić, że nie można jej zrobić w konia, a na pewno nie okraść. A próbowano wielokrotnie. Każdy złodziej kończył z bełtem w jakiejś części ciała, co pozwalało mu na ucieczkę, lecz dawało nauczkę by nie zadzierać z młodą Evans. Nie raz również próbowano włamać się do jej mieszkania i zawłaszczyć sobie jej osobę, jednak również wówczas z mieczem w dłoni broniła dzielnie własnej cnoty.
Pewnego dnia jednak jej prawy charakter został poddany ciężkiej próbie, gdy do jej sklepu wszedł mężczyzna, chcąc sprzedać miecz. Miecz jej ojca. Rakel rozpoznała go od razu, znała każdą rysę na klindze, każde zadraśnięcie rękojeści. Chwyciła za kuszę, mierząc między oczy zaskoczonego złodzieja i walcząc sama z sobą by nacisnąć spust. Na jej decyzję, by zamiast tego przestrzelić mężczyźnie łydkę nie wpłynęły jego prośby oraz obietnice poprawy, lecz świadomość, że ostatnie czego chciałby jej ojciec, to by jego córka stała się morderczynią. Zawołała więc kowala, który wezwał strażników, a ci zabrali słaniającego się z bólu i ulgi jednocześnie złodzieja. Ojcowski miecz zatrzymała w domu, nie jest na sprzedaż
Wystarczyło kilka takich sytuacji, by w mieście zrobiło się głośno o prowadzącej sklep z bronią młodej dziewczynie, która goni kota każdemu złodziejowi i włamywaczowi, jaki spróbuje z nią zadrzeć. Rakel miała też o tyle szczęścia, że zaprzyjaźniony kowal przeniósł swój kram bliżej jej kamienicy, w ten sposób stanowiąc kolejny straszak dla potencjalnych napastników. Wkrótce sklep okrył się inną renomą, jako najlepiej wyposażonego i profesjonalnego przybytku w mieście. Coraz więcej sztuk broni wykonanych było własnoręcznie przez dziewczynę, chociaż były to okazy niewielkie, ze względu na to, że nie posiada jeszcze tyle siły, by samodzielnie wykonać np. miecz czy tarczę. Tworzy sama jednak niemal wszystkie bełty i strzały, a wykonywane przez nią sztylety zaskakują idealnym wyważeniem, lekkością i.. pięknem. W końcu broń może być jednocześnie funkcjonalna i stanowić niewielkie dzieło sztuki, a takie właśnie starała się tworzyć Rakel. I z tego dziewczyna była dumna. Mimo wszystkiego, co ją spotkało, było zadowolona ze swojego życia. Miała przyjaciół w całym mieście, zarówno wśród zwykłych mieszkańców, innych sprzedawców, jak i wśród strażników, niemniej jednak nadal czekała aż bracia powrócą z wojny.


Pamiętnik. To takie… dziewczęce. Ale chyba wpisuje się w schemat mojego życia ostatnimi czasy. W każdym razie muszę to wszystko spisać, bo gubię się już sama we własnych myślach. W tym stanie nie będę w stanie dojść do żadnych rozsądnych wniosków.
Był taki czas w moim życiu, teraz to wiem, patrząc w przeszłość, gdy sądziłam, że mam wszystko poukładane. Nie byłam już dzieckiem zdanym na pastwę kapryśnego losu i życzliwości bliskich mi ludzi. Mieszkałam sama, ale nie byłam samotna. Spokój i cisza mi odpowiadały, były znajome i bezpieczne. Sklep dobrze prosperował; nie powiem, by dzwonek nad drzwiami urywał się od natłoku klientów, ale byłam w stanie samodzielnie się utrzymać i (może nieskromnie przyznam, ale tak właśnie uważam) dzięki odpowiedzialnemu i rozsądnemu zarządzaniu odłożyłam całkiem przyzwoite oszczędności. Wychowana starą szkołą nie miałam nawet konta w banku, wszystko trzymając pod tak zwaną deską w podłodze, ale wiedziałam, że nie muszę martwić się o następny dzień. Miałam bliskich mi ludzi i chociaż jedynie Morganowi mogłam się tak naprawdę ze wszystkiego zwierzyć, to wystarczało mi to. A przynajmniej tak sądziłam, zwłaszcza, że nawet z nim nie rozmawiałam o wszystkim.
Pojawienie się w moim życiu dwóch nowych osób na raz było nagłe i dość nietypowe, ale wtedy nie przywiązałam do tego większej wagi. Sądziłam, że są tylko przechodniami, na moment burzącymi moją codzienność, którzy znikają zanim na dobre ich poznam. Skąd miałam wiedzieć, że tak bardzo zmieni się moje życie? Mijające chaotycznie dni wydawały się nierzeczywiste. Tak odbiegały od tego, do czego przywykłam, tego, jak wyglądało moje życie. Były to też zdarzenia tak gwałtowne i bogate w emocje, że nie miałam nawet czasu zastanowić się, co się właściwie wokół mnie działo. I chyba ta nieostrożność, to zagubienie sprawiło, że wpadałam w spiralę wydarzeń coraz głębiej, coraz mniej mogąc w jakikolwiek sposób zareagować. Nie trwało długo, nim straciłam kontrolę nad moim własnym życiem. Moją codziennością zaczęły rządzić przypadki i wola innych, a do tego zdecydowanie nie byłam nawykła.
Morgan dopiero niedawno przedstawił mi Jeremy’ego, niestety na swój specyficzny i niezbyt taktowny sposób, do tego w absurdalnych wręcz okolicznościach. Usilne próby przyjaciela, by uwikłać mnie w małżeństwo były z jednej strony diabelnie irytujące i krępujące, z drugiej jednak wiedziałam, że po prostu chce dla mnie jak najlepiej. Na swój dziwny sposób się o mnie troszczył. Wszystkim wydawało się, że nie można być szczęśliwym, będąc samym. Osobiście nie uważałam, by akurat randkowanie miało mi pomóc w życiu, ale w starciu z kowalem, jeżeli nie było się od niego większym i groźniejszym, należało po prostu ustąpić i pozwolić mu na jego dziwactwa. Poza tym… poznany cieśla wydał się interesującą osobą i chociaż wbrew nadziejom mojego sąsiada nie w głowie były mi romantyczne uniesienia, chciałam go bliżej poznać. Nawet mimo naszych pierwszych, niezbyt fortunnych doświadczeń. Wydawało mi się, że mamy wiele wspólnego, chociażby z racji wykonywanych profesji. Oczywiście nie równałam się doświadczeniem z mężczyzną dwa razy ode mnie starszym, ale mimo wszystko liczyłam na wspólne tematy do rozmów. Z drugiej strony nie dało się ukryć, że ta relacja zdawała się wyjątkowo pobudzać wszystkich wokół, pozytywnie lub negatywnie. Nie zwracałam na to uwagi, dopóki z jakiegoś powodu nie zaczęło mi zależeć na tym, by z Jeremym się zaprzyjaźnić. No dobrze, może nieco bardziej dałam się wciągnąć w tą znajomość, zwłaszcza widząc połączenie wyjątkowego kunsztu stolarskiego z wizerunkiem rzeźbionych na drzwiach żurawi. Same okoliczności poznania przez Jeremy’ego tego wzoru wolałabym wyrzucić z pamięci, jednak pamiątka po matce wzbudzała we mnie na tyle silne uczucia, że część z nich przelałam chyba na autora specyficznego podarunku.
Nie wiem, dlaczego wszystko, co wiązało się z tym człowiekiem obracało się w perzynę. Wspomnienie upokorzenia, jakiego doznałam po zwykłej towarzyskiej wizycie u niego udało mi się zagrzebać głęboko w tej części przeszłości, której nie mam zamiaru więcej ruszać, jednak wtedy miałam wrażenie, jakby niebo waliło mi się na głowę. Sypiące się zewsząd oskarżenia i ostrzeżenia powinny dać mi do myślenia, podobnie jak fakt, że przez tego człowieka wylądowałam w więzieniu, a inni w szpitalu, ale chyba naprawdę nie byłam tak rozsądna, jak zawsze mi się wydawało. Wszystko skończyło się tak samo nagle, jak się zaczęło, jednak dla mnie wciąż fatalnie. Nie znoszę niezamkniętych spraw, a zniknięcie Jeremy’ego wciąż takie dla mnie było, niezależnie od tego, co mi mówiono; nim przejrzałam na oczy minęło jeszcze trochę czasu. I chociaż teraz wiem, że to nagłe zerwanie kontaktu wyszło mi na dobre, wciąż zdaje się to brutalne w kontekście okoliczności,
Nie była to jednak jedyna nowa zmienna w moim życiu. Drugą osobą był demon. Nemoriański szlachcic, który jakimś absurdalnym zrządzeniem losu trafił do mojego sklepu. Sam fakt, że osoba o takiej pozycji w ogóle pojawiła się na moim progu było już anomalią i nigdy nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że Lucien zostanie w moim życiu dłużej niż tylko w oczekiwaniu na realizację zlecenia. Zatem od wykonania klasycznego rapieru nasza znajomość przeszła na etap, w którym mężczyzna podjął się mojej edukacji w zakresie magii. Gdy teraz przypominam sobie, jak butna i pewna siebie byłam, gdy zarzucono mi brak kontroli nad darem, wydaje się to śmieszne. W kontekście tego, co działo się dalej, nadal nie wiem, czy dobrze się stało, że demon nie odebrał zamówienia i nie zniknął z mojego życia. Wiem jednak, że cieszę się, że został, mimo wszystkich, a było i jest ich wiele, negatywnych konsekwencji.
Wszystko działo się równolegle, więc nawet nie zorientowałam się, w którym momencie zaczęłam gubić poczucie czasu i rzeczywistości. W ciągu dnia pracowałam, czasem spotykając się z Jeremym, planowanie lub przypadkiem, nocami zaś próbowałam opanować zadania szykowane przez Luciena, mające pomóc mi z moją magią. Chociaż były to absolutne podstawy, miałam z nimi niemałe problemy, w efekcie czego zarywałam kolejne noce. Razem z moją kontrolą nad ognistym darem rozwijała się moja znajomość z Lucienem, który jednocześnie był surowym i wymagającym nauczycielem, zaskakująco empatycznym znajomym, wspierającym mnie w chwilach słabości, i tajemniczą jednostką, której sekretów nie mogłam zgłębić chociażbym stawała na rzęsach. Do teraz nie wiem, kiedy znajomość przerodziła się w przyjaźń, ale wiem, że stał się dla mnie wsparciem, którego się nie spodziewałam i którego, jak się okazało, desperacko potrzebowałam.
Jakby tego było mało, do mojego życia powróciły dwie najbliższe mi na świecie osoby. Bracia jeden po drugim wrócili do domu, obaj w nienajlepszych okolicznościach, jednak miałam wrażenie, że serce wyrwie mi się z piersi z radości, że znów są ze mną. Dopiero wtedy zorientowałam się, że jednak byłam samotna. Brakowało mi ich okrutnie, a jednak nie widzieliśmy się tyle lat, że nie mogłam powiedzieć, by moje życie wracało do normy. Ono kształtowało się na nowo, ale póki była w nim moja rodzina, było mi naprawdę wszystko jedno. Przeżyłam dwie trudne rozmowy, po raz pierwszy przeżywając z braćmi śmierć ojca, jednak wybaczono mi moją słabość, a Dorian i Rand stali mi się jeszcze bliżsi niż wcześniej.
Tamte dni wciąż zlewają mi się w jeden chaotyczny ciąg. Wcześniejsze wydarzenia mogłabym nazwać zapalnikami do nadchodzących zmian, ale to zaplanowany wyjazd na targi okazał się iskrą, która podpaliła lont. Morgan zawiódł mnie wtedy okrutnie. Byłam na niego tak zła i tak rozczarowana, że niewiele myśląc opuściłam Valladon tylko z Lucienem. Nawet nie powiedziałam słowa Dorianowi, po prostu puściłam się galopem na mojej nowo nabytej klaczy. Nieustanne towarzystwo demona wciąż mnie zastanawiało, ale nie było takiej odpowiedzi, która by mnie usatysfakcjonowała, gdy nie znałam nawet pytania, które chciałabym zadać. Wiem tylko, że w tak krótkim czasie ten mężczyzna stał mi się bliski i zaczęłam mu ufać, jakbyśmy znali się całe lata. Tak jak wcześniej, nie wiązałam spotykających nas przygód z naszą relacją, uznając je za nienaturalne, ale jednak nieuniknione zrządzenia losu. Niespodziewany, niezwykle cenny podarek, mrożące krew w żyłach spotkanie ze zjawą, a później wcale nie przyjemniejsze zetknięcie się z bratem Luciena… to były po prostu rzeczy, które nam się przytrafiły. Nigdy go za to nie winiłam, nasza znajomość wynikała przecież z obostronnej chęci, ale widziałam, że jemu to przeszkadza. Z jakiejś przyczyny poczuwał się do opieki nade mną, do niesłychanego wręcz stopnia. Gdy teraz myślę o tym, ile się przez to kłóciliśmy to jest mi aż wstyd. Powinnam być wdzięczna za taką troskę, jednak wtedy okoliczności nie sprzyjały porozumieniom.
Zbliżyła nas bardziej na pewno wizyta w Otchłani. Lucien ewidentnie tego nie planował. O sobie nawet nie wspominam, byłam wtedy jak pionek na szachownicy. Nie mogłam o sobie decydować, musiałam uważać co mówię i jak się zachowuję. Przerosło mnie to, nie ukrywam, ale najgorsze w tym było to, że przeze mnie Lucien został śmiertelnie ranny. Jako demon był przecież niemal niezniszczalny, tak sądziłam, a wtedy pomagałam mu w ogóle podnieść się z kolan, gdy opuszczały go ostatnie siły. Przejęta tym, że to przez moją głupotę mógł zginąć, nawet nie zauważyłam, gdy zacierały się między nami kolejne granice. Nie wiedziałam, co zrobiłabym, gdyby coś mu się stało, a jednocześnie nawet nie umiałam nazwać tego, co było między nami, ani powiedzieć z pełnym przekonaniem czy w ogóle coś było. Kłamałabym mówiąc, że nie uważałam go za atrakcyjnego, nie jestem ślepa, na wszystkich bogów. Na swój sposób pociągał mnie od momentu, w którym pojawił się w sklepie, ale nie jestem byle gąską, by coś takiego determinowało całą naszą relację. Nawet jeśli zapomniałam się parę razy to uznawałam to za normalne w danych okolicznościach. Poza tymi sytuacjami Lucien wciąż był dla mnie tylko przyjacielem i nic więcej między nami nie było.
W tamtym czasie dowiedziałam się też kilku nowych rzeczy o moich rodzicach. Niewiele miałam takich źródeł, a każda nowa informacja na nowo budziła ciekawość, zwłaszcza w kontekście matki, której nigdy nie znałam. Sama nie wiem, w którym momencie to wszystko stało się takie skomplikowane. Nigdy nie obarczałam relacji etykietkami, zwłaszcza, że większość moich związków było nietypowych. Moja znajomość z Morganem przez nikogo o zdrowych zmysłach nie zostałaby nazwana przyjaźnią, a jednak zawsze mogłam na niego liczyć (z pewnym wyjątkiem). Meve w opinii niektórych działała na moją niekorzyść, jednak ja pamiętałam, jak często pomagała mi, gdy byłam dzieckiem. Z kolei Ninę i Marlene nazywałam przyjaciółkami, chociaż nigdy nie dopuściłam ich do moich sekretów. N. dowiadywała się wszystkiego na własną rękę, a Marlene chyba nawet nie była tym zainteresowana. Łączyły nas okazjonalne spotkania i miłe spędzanie czasu, jednak do słownikowego pojęcia przyjaźni było tym znajomościom daleko. A Lucien? Na to nawet nie było nazwy. Bo jak nazwać relację, w której spaliśmy razem, znając się raptem kilka tygodni, tylko dlatego, że ten, mający konwenanse w poważaniu, demon po prostu nie widział nic przeciwko, a i ja nie znalazłam dobrego argumentu przeciw? Albo jak nazwać naszą wzajemną, szaloną wręcz troskę o siebie nawzajem przy jednoczesnym uznaniu, że nie mamy prawa do wkraczania sobie nawzajem w życie? A w końcu, co powiedzieć o którymkolwiek z nas, gdy oboje wiemy, że Lucien ma się niedługo zaręczyć i ożenić, a jednak całujemy się u mnie w kuchni, jak gdyby nigdy nic? Nie ma na to nazwy, bo to wszystko jest po prostu doszczętnie popieprzone. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że mogę się tak zachować, bo aż tak mi na kimś zależy, bo jestem aż tak bardzo samolubna. Bo tak bardzo chcę być szczęśliwa, chociaż przez krótką chwilę, że sama kręcę na siebie bat, który spadnie na mnie bez litości, gdy tylko Lucien zniknie z mojego życia. Sama jestem sobie winna wszystkiemu, co mnie czeka i jednocześnie jest mi z tego powodu cholernie wszystko jedno. Bo uznałam, że jeśli mam cierpieć, to chociaż za coś co zrobiłam, a nie za to, że chciałam. Okazało się też, że na pytanie „dlaczego nie?”, nie mam właściwie żadnej dobrej odpowiedzi, a mój sztywny kodeks moralny musiał dostosować się do rzeczywistości, z którą wcześniej miał, jak się okazało, niewiele wspólnego.
W którymś momencie to moje poukładane, wygodne i przyjemnie nudne życie, wywróciło się kompletnie do góry nogami. Mój brat żeni się z moją przyjaciółką. Mój przyjaciel opuszcza miasto z drugą przyjaciółką. Mój drugi brat przeprowadza się do Niny, bo ona przeprowadza się do nas, więc i ja przeprowadzam się razem z Randem, bo nie zniosę, by ktoś mnie przeganiał po własnym domu, a wiem dokładnie, jakby to wyglądało. Morgan w ogóle wylądował na innej ulicy, umyty, uczesany i z kobietą u boku. Nina będzie miała zakład krawiecki, Dorian poprowadzi dalej sklep naszego ojca. Nie wiem, jakie plany ma Rand, ale wiem, że ja nie mam żadnych. Żadnych planów, pomysłów ani perspektyw. Nie mam odwagi przyznać, że boję się momentu, w którym będę musiała przyznać, że moje życie nie ma specjalnie sensu. Że jakimś cudem ta układanka, której byłam elementem, wciąż jest kompletna i piękna, mimo że mnie w niej nie ma. Jakbym patrzyła na to wszystko z boku. Jakbym była w nim kompletnie zbędna. Więc jeśli mam jeszcze chwilę, by o tym nie myśleć, by cieszyć się beztroskimi dniami, uczyć się, poznawać świat i pić z Lucienem kawę, to będę to robić. Wiem, że za to zapłacę, ale skoro jest to nieuniknione, to mogę chyba odwlec to jeszcze o parę dni? Co wtedy zrobię z tym szaleństwem, w które zmieniło się moje życie, jeszcze nie wiem. Ale wtedy będę się tym martwić.


Posiadłość

Lokalizacja: Valladon
Sklep z bronią.