Oglądasz profil – Mimosa

Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Lilly "Mimosa" Andersen
Rasa:
Błogosławiony
Płeć:
Kobieta
Wiek:
24 lat
Wygląda na:
17 lat
Profesje:
Kolekcjoner, Opiekun, Kupiec
Majątek:
Majętny
Sława:
Rozpoznawalny

Aura

Spójrz na tę postać stojącą w cieniu wysokich regałów, wypełnionych po brzegi to większymi, to mniejszymi księgami. Przyjrzyj się jej dokładnie, czy dostrzegasz te lekką, świetlistą poświatę? Skup się nieco bardziej, dojrzyj w niej wyjątkowe cechy. W unoszącym się kurzu dostrzeżesz szafirowe smugi. To poświata, czysta i klarowna w swej barwie. Te otaczające drobną postać światło nabiera kształtów, niby lustrzane odbicie stojącej naprzeciw biblioteczki. Miejscami sztywne, cynkowe linie nakreślają półki, których widok ocieplają miedziane księgi. Tytuły na brzegach nakreślono srebrzystym pyłem, a gdy ten mieni się w słońcu wydawać by się mogło, że przenosi do zupełnie innej rzeczywistości. Nabierz wdechu, zapoznaj się z łagodną wonią fiołków. Wypełnij nią płuca, a następnie utoń w głębokiej, kojącej melodii. Jej przyjazny ton wypełni i uleczy zbolałe serce. Już rozumiesz? Dotknij brzegów tejże emanacji. Niebywale miękkiej, uginającej się przy najmniejszym kontakcie. Ostrożnie smakuj jej kwaśno-słodkiej mieszanki, to ona wiotko lepi wargi. Wszystkie te gesty wykonuj ostrożnie, bo każdy gwałtowniejszy i mocniejszy ruch rozproszy aurę, a o jej ponowne poznanie będzie Ci niestety trudno.

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Mimosa
Grupy:
Martwe postacie:
Płeć gracza:
Kobieta

Skontaktuj się z Mimosa

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
2 lat temu
Ostatnio aktywny:
3 miesiące temu
Liczba postów:
17
(0.02% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.02)
Najaktywniejszy na forum:
Turmalia
(Posty: 16 / 94.12% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
[Antykwariat] Między bajki
(Posty: 11 / 64.71% wszystkich postów użytkownika)

Podpis

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:niezbyt silny, niezbyt wytrwały
Zwinność:niezdarny, precyzyjny
Percepcja:wyostrzony wzrok, czuły słuch, b. wyostrzone czucie, wyostrzony zmysł magiczny
Umysł:bystry, błyskotliwy, Łatwy do złamania
Prezencja:piękny, szarak

Umiejętności

Opowiadanie historiiArcymistrz
Lilly nie tylko opowiada historie, ale dosłownie zabiera słuchaczy w przedstawiany w nich świat, by razem z nią mogli przeżywać wszystkie przygody i doświadczać magicznego uczucia ucieczki od realnego świata.
Czytanie i pisanieBiegły
Czyta nałogowo wszystko, co wpadnie jej w dłonie, nieprawdopodobnie chłonąc wiedzę i zapamiętując fakty. Pisze zgrabnie kaligrafując, a do tego kusi się nawet o spisywanie swoich wymyślonych historii na pergaminach, które później skrzętnie skrywa przed światem.
NiebianologiaZaawansowany
Wiedza przekazana przez matkę, czyli teoretyczna znajomość wszelkich faktów związanych z Planami oraz rasą niebian. Dziewczyna przyswajała wiedzę z uwagą i starannością, ale części zwyczajnie niedowierzała.
PorządkowanieZaawansowany
Lilly lubi sprzątać, ale nie chodzi tylko o bieganie z miotłą. Lubi mieć wokół siebie porządek, wszystko poukładane, zbiory skatalogowane, artykuły na sprzedaż odpowiednio wycenione, ubrania uporządkowane kolorystycznie, a pergaminy posegregowane w zależności od grubości. Zupełnie normalne, a poza tym to ją uspokaja.
Wiedza podstawowaZaawansowany
Wszystko to, czego uczą w szkołach, co trzeba wiedzieć i czego człowiek dowiaduje się w ciągu swojego życia.
OpiekaOpanowany
Chociaż wydaje się, że Mim ledwie umie zaopiekować się sobą, dziewczyna jest niezwykle troskliwa, otaczając niezwykłą troską zarówno dziadka, gdy jeszcze żył, teraz Nesbo, ale też udzielając pomocy każdej potrzebującej osobie i czasem nawet sama jej niepewna obecność stanowi wystarczające wsparcie. Chyba, że komuś urwało nogę, to wiadomo – lepiej do lekarza, ale ogólnie jeśli jest ci smutno – Lilly pomoże
CiekawostkiOpanowany
Czytając dosłownie wszystko, co trafi jej w ręce, nie przebierając i ucząc się z ogromną chęcią, Lilly posiada specyficzny zbiór wiedzy na różnorodne tematy. Nie jest specjalistką w żadnej dziedzinie, ale nawet niejednego profesora mogłaby zaskoczyć ułamkiem swojej wiedzy, bo „gdzieś tak przeczytała”.
RysunekOpanowany
Dla przyjemności szkicuje nieśmiało ilustracje do swoich historii, lecz podobnie jak te spisane dzieła, raczej nieprędko (lub wcale) ujrzą światło dzienne. Zresztą, komu by miała ja pokazać?
ŚpiewOpanowany
Lilly ma delikatny i dźwięczny głos, którego z pewnością chciałoby się słuchać, gdy nuci kojące melodie lub skoczne utwory. Jednak już samo prowadzenie rozmowy z dziewczyną jest sukcesem, przekonanie jej do śpiewu przy kimś jest raczej mało prawdopodobne. Łatwiej podsłuchać, jak śpiewa, gdy jest sama, ale i ten dźwięk urywa się szybko, gdy dziewczyna wyczuje czyjąś obecność.
Czytanie aurPodstawowy
Podstawowe rozpoznawanie emanacji, by wyczuć czyjąś obecność oraz przede wszystkim rozpoznać intencje. To, jak wiele informacji uda jej się uzyskać zależy od samej aury.
AnatomiaPodstawowy
Początkowe próby wdrożenia Lilly do pracy, jako kapłanka – uzdrowicielka rozpoczęły się od lekcji anatomii i medycyny. Wiedza nieużywana od lat nie zniknęła zupełnie z umysłu dziewczyny, ale jest wyraźnie zakurzona.
MedycynaPodstawowy
W związku z powyższym Lilly potrafiłaby względnie udzielić pomocy potrzebującemu i opatrzeć rannego, ale bardzo prosi by jednak nie wpadać do jej azylu w stanie agonalnym, bo naprawdę nie będzie nic z tym mogła zrobić, poza ulżeniem w cierpieniu.
Jazda konnaPodstawowy
Kiedyś jeździła i wciąż z sympatią do zwierząt uważa to za wyjątkową rozrywkę, jednak dawno nie miała do tego okazji i niekoniecznie sama dąży do trafienia na takową.

Cechy Specjalne

BajkopisarkaDar
Równie dużo pisze, co opowiada, bo rozchodzi się o jej wyobraźnię. Dziewczyna posiada niemal nieograniczone jej pokłady, jak gdyby wszystkie historie, jakie kiedykolwiek przeczytała, ożywały same w jej głowie, rozchodząc się i rozwijając, zamieniając umysł dziewczyny w bajkową krainę, do której tylko ona ma dostęp. Z tym, że… właśnie nie tylko ona. W połączeniu z magią umysłu oraz zaczarowaną księgą, Lilly odkryła w sobie dar do tak rzeczywistego opowiadania historii, że wciąga innych ze sobą niemal do innego wymiaru, w którym magia miesza się z rzeczywistością, kreując nowy, piękny, bezpieczny świat. Zazwyczaj bezpieczny, bo raz wróciła z zadrapaniem z takiej wyprawy, ale to pewnie przypadek. Ważne, że potrafi wykształcić doznania tak rzeczywiste, by odbiorca czuł, słyszał, smakował i widział dokładnie to, co mu się przedstawia, nawet jeśli wciąż siedzi na podłodze zagraconego antykwariatu.
BłogosławionaRasowa
Lilly dzięki swojemu pochodzeniu jest odporna na większość chorób ludzkich. Nie jest podatna także na trucizny i inne substancje odurzające, czyli nawet alkohol nie jest w stanie poczynić w jej organizmie większych szkód. Nie dotyczy to jednak trujących grzybów, a że dziewczyna znawczynią w tej kwestii nie jest, unika ich wszystkich. Lilly charakteryzuje się też świetlistą i nigdy nie matowiejącą aurą o charakterystycznym zapachu fiołków oraz specyficznym blaskiem bijącym od skóry, zdradzającym jej przynależność rasową. Ponadto od urodzenia ma na plecach tatuaż anielskich skrzydeł.
Antytalent bitewnyUłomność
Dziewczyna nie nadaje się do walki. Żadnej. Raz zaryzykowała bitwę na poduszki z siostrą i spadła z łóżka, skręcając nogę w kostce. Nauki władania mieczem nie przyniosły żadnych rezultatów. Uniki niby jakieś stosuje, ale o wiele mniej skutecznie niż przeciętny człowiek, czego dowodem może być fakt, że nawet mierząc raptem 155cm potrafi uderzyć w coś głową. Nie potrafi obronić się przed spadającymi z regału książkami, więc nie ma co liczyć na jej wsparcie w prawdziwej walce.
NiezdaraWada
Powiedzieć o Lilly, że jest fajtłapą, to zdecydowanie zbyt dużo. Ale i pechem tego nazwać nie można. Dziewczyna po prostu jest niezdarna i mimo wielkich nadziei i starań, nie pozbyła się tego z wiekiem. Jeśli komuś pęknie koszyk z zakupami i jabłka potoczą się smutno po bruku, to pewnie Lilly stoi rozdarta pomiędzy zbieraniem owoców, a wstydliwą ucieczką przed zaskoczonymi spojrzeniami przechodniów. Dziewczyna wpada na rzeczy, nawet jeśli stara się je ominąć. Upuszcza rzeczy, nawet jeśli bardzo się pilnuje by tego nie zrobić. Strąci łokciem szklankę. Potknie się o próg. Uderzy głową o półkę w sklepie, o którą uderza zawsze, gdy chowa swoją książkę. Wie, że tam jest. I stara się pamiętać, by nie uderzyć. Tylko… czasem zapomina.

Magia:

UmysłuAdept
Nigdy nie zagląda do umysłów innych osób, uważa to za rażące naruszenie prywatności i coś niesłychanie intymnego. Za namowami matki nauczyła się bronić własnego umysłu przed cudzymi ingerencjami, jednak to, na czym skupia się dziewczyna to sięganie myślą poza czas i przestrzeń. Dla siebie i innych, dzięki magii i własnej wyobraźni kreuje nowe otoczenia, nowe krainy i zaprasza we wspólną podróż.
DobraCzeladnik
Jej edukacja magiczna skupiała się na uzdrawianiu i to w tej dziedzinie dziewczyna jest najbardziej umiejętna. Raz kogoś pobłogosławiła, od tamtej pory nigdy nie było takiej sytuacji.

Przedmioty Magiczne

Wielka księga baśniZaklęty
Odziedziczona po dziadku książka przesiąknięta magią. Za każdym jej otwarciem prezentuje inną historię i nigdy nie wiadomo, na jaką się trafi, dlatego raz niedoczytana opowieść może już zostać nieskończona, jeśli nieopatrznie się księgę zamknie. Lilly wykorzystuje ją, by wsparciu magii umysłu i własnego daru tworzyć nowe światy kreowane z wyobraźni i magii.
Świetlista zbrojaZaklęty
Złoty łańcuszek z wisiorkiem w kształcie smoczej łuski. Jedyna pamiątka, jaką Lilly zachowała od rodziców – dostała go od matki na swoje 13 urodziny, tego samego dnia, w którym opuściła dom. Dzięki niemu w każdej chwili może przyzwać do siebie świetlistą zbroję – złotą, energetyczną aurę, otaczającą całą postać i chroniącą przed atakami magicznymi. Zbroję można przerwać, jeżeli zaklęcia rzucane na postać są wystarczająco silne.

Charakter

Widzieliście kiedyś mimosę? Nie bezpodstawnie nadwrażliwą osobę, ale tą niewielką roślinkę, która przy najmniejszym dotknięciu zamyka wszystkie swoje listki? To całkiem nieźle obrazuje charakter dziewczyny, której przezwisko wzięło się od tejże rośliny.
Charakter Lilly, jak każdego człowieka, ukształtowało to, co w życiu przeżyła. Nie musiały to być wielkie dramaty, balansowanie na granicy życia i śmierci, czy równie emocjonalne chwile. Czasem wystarczą drobiazgi niezauważalne dla innych, a wiele znaczące dla kogoś, kto odbiera świat intensywniej niż pozostali. Kwestia tego, czy człowiek słusznie czuje się w danym momencie skrzywdzony, lub przeciwnie – doceniony, jest sporna, bo każdy odbiera otoczenie inaczej, każdy składa się z drobnych rzeczy, budujących jego istotę na taką, jaką jest w danej chwili. I zwyczajnie nie da się czasem obiektywnie powiedzieć, jak niektóre banalne zdarzenia mogą na kogoś wpłynąć. Dlatego każdy z nas jest inny.
Lilly jest płochliwa i niepewna siebie. Próbując unikać krytyki, unika bycia obserwowaną, a tym samym kontaktów z innymi ludźmi w ogóle, nie licząc oczywiście klientów antykwariatu – ci są na innych warunkach. Chociaż lubi obserwować ludzi, przyglądać im się, gdy rozmawiają, bawią się lub pracują nad czymś, patrzeć, jak kształtuje się ich mimika i gestykulacja, gdy tylko jej spojrzenie zostanie przyłapane, dziewczyna ucieka wzrokiem lub cała, przerywając to, co robiła i zwyczajnie się gdzieś chowając. Krytyki nie unika z arogancji, ale bezradności, gdy dążąc do doskonałości we wszystkim, czego próbuje się nauczyć, nigdy jej nie osiąga. Ciągłe przypominanie o tym zaś wcale nie pomaga, pogrążając tylko w spadającej coraz bardziej samoocenie.
A stara się niesłychanie. Gdyby nie fakt, że unika ludzi i jest introwertyczką, można byłoby powiedzieć, że wszędzie jej pełno. We wszystkim chce pomóc, wszystkiego spróbować, wszystkiego się nauczyć. Zobaczy coś nowego i zaraz marszczy lekko brwi zainteresowana, zagłębiając się w temat, aż nie wyjdzie jej to uszami. Później okazuje się, że zupełnie się do tego nie nadaje, dziewczyna klapnie i posmutniała wraca do pracy. W ten sposób niby ciągle próbuje czegoś nowego, ale też w niczym nie jest doskonała. Nie pomaga też połączenie skłonności do perfekcjonizmu z niezdarnością, którą to mieszankę dziewczyna prezentuje z zaskakującą obrazowością. Potrafi spędzić cały dzień na precyzyjnym układaniu i katalogowaniu pergaminów, stosami na podłodze, po czym wracać z kolejnymi tą samą drogą, wpaść na własnoręcznie ułożoną barykadę i widowiskowo wywinąć orła, psując całą swoją dotychczasową pracę i nabijając kilka siniaków.
Poza tym jest osobą raczej smutną i samotną. Z jednej strony marzą jej się wielkie przygody, a z drugiej boi się wyściubić nos z antykwariatu, by skoczyć do pobliskiego kramu po sprawunki. Chciałaby towarzystwa, ale obawia się ludzi. Chce móc zwierzać się innym ze swoich uczuć i emocji, ale boi się, że zostanie zraniona, gdy tylko lekko uchyli te drzwi. Jest kilka osób, które skutecznie potrafią przeobrazić dziewczynę w roześmianą i radosną istotę, ale jest ich naprawdę niewiele, głównie stali bywalcy antykwariatu, czyli ludzie starsi i delikatni. Nawet wtedy jednak, gdy opuszczą już sklepowe podwoje, dziewczyna spogląda za nimi przestraszona przez witrynę, zastanawiając się, czy tym razem nie powiedziała zbyt wiele. Pomaga jednak zawsze, jak tylko może, nikomu nie odmawiając, a jedynie próbując odnaleźć się w często nowej dla siebie sytuacji.
Prawdziwą i szczerą radość oraz ucieczkę od świata, który ją przeraża, są książki. Wszystkie. Baśnie, dramaty, komedie, przygody, romanse, horrory, dokumenty, biografie, rozprawy naukowe i każdy najmniejszy zapisany skrawek pergaminu. Kocha ich wnętrza i je same. Z czułością pielęgnuje stare woluminy, kataloguje je na półkach, odkurza, stara się nie upuszczać ich na ziemię i sprzedawać odpowiednim osobom. Nijak winić ludzi za branie dziewczyny za dziwaczkę, gdy natykają się na nią w antykwariacie, tulącą do piersi jakąś księgę i wpatrującą się rozmarzonym wzrokiem gdzieś w przestrzeń. Pewnie jest w swoim własnym świecie, nic nowego. Można wrócić później, albo odchrząknąć, by zobaczyć, jak dziewczę podskakuje, upuszczając książkę, rumieni się przepraszając, szybko rusza do klienta, zawraca po książkę, którą upuściła i potyka się o inną, by później w końcu zapytać w czym może pomóc, jednocześnie patrząc wszędzie, tylko nie w twoje oczy.

Wygląd

Lilly jest istotą tak drobną, że nikt nie wierzy w jej wiek, odejmując jej co najmniej pięć lat, jeśli nie więcej. W głównej mierze to zasługa wzrostu, który przy ostatnim mierzeniu i tylko lekkim wspinaniu się na palce, wyniósł równe dwa łokcie, jedną stopę i jedną dłoń (~155 cm). Swoje dokłada drobna sylwetka, pozbawiona chyba wszelkich mięśni, poza tymi pozwalającymi na normalne funkcjonowanie i nadanie ciału ładnego kształtu. Cienkie ramiona i przedramiona, a dłonie niemal dziecięce, gdyby nie długie szczupłe palce, poddają w wątpliwość zdolności dziewczyny do taszczenia na raz tylu woluminów, z którymi zazwyczaj się ją widzi. Nogi krótkie, jak cała dziewczyna, nic nowego. Całkiem jednak zgrabne, chociaż chudziutkie jak u sarenki, co w sumie by się zgadzało, jako że Lilly biega tylko, gdy przed czymś ucieka. Czyli w sumie całkiem często… ale do meritum! Co to było? Ah, sylwetka. 
Tak, mała, ale względnie zgrabna, czego i tak nie widać, bo dopasowana do ciała koszulka ginie pod rozciągniętymi lub zwyczajnie o rozmiar za dużymi, zwykle jasnymi swetrami, których rękawy ciągle zjeżdżają na dłonie, mimo nieustannego ich poprawiania, a dekolty zsuwają się z ramion, odsłaniając odznaczające się obojczyki i ramiona. Świetlista skóra, charakterystyczna dla błogosławionych od razu przyciąga wzrok, stąd też nieustanne poprawianie krawędzi materiału, gdy dziewczyna próbuje ukryć się przed spojrzeniami.
To zaś wywołuje wątpliwość, czemu dziewczyna zwyczajnie nie dobierze stroju w swoim rozmiarze, bo przecież to chyba niewygodne. Jednak wystarczyłby jeden rzut oka na lico Lilly, gdy jakiemukolwiek mężczyźnie opadnie wzrok z jej twarzy, lub podniesie się szybko z powrotem, gdy dziewczyna znów odwróci się do niego przodem, jest dostatecznym argumentem. Wszelkie odstające krągłości koniecznie muszą zniknąć pod za dużym swetrem, bezdyskusyjnie!
Dodatkowo swetry mają na celu ukrycie tatuażu. Delikatny, niemal zlewający się ze skórą, jednak zajmujący większą część pleców dziewczyny, obraz anielskich skrzydeł jest dość nietypowym elementem jej osoby. Po pierwsze zdradza jej rasę, wywołując burzę w sercu i umyśle Mimosy, gdy ta próbuje to komuś wyjaśnić, a po drugie wyjątkowo peszy, przyciągając wzrok, gdy malowane na skórze pióra wyłaniają się spod koszulki. Tak, swetry są dobre. Biedna dziewczyna kocha więc zimę, gdy może skryć się pod licznymi warstwami tkanin, przeklinając wiosnę i lato, gdy przemyka w lekkich strojach, starając się nie rzucać w oczy, a ciężkie swetry zastępując cienko plecionymi, ale wciąż osłaniającymi ją chociaż trochę narzutkami.
Raczej znoszone spodnie o przetartych kolanach opinają chude nóżki. Nogawki giną w sznurowanych butach nad kostkę, ze skórki tak miękkiej, że dziewczyna porusza się niemal bezszelestnie, oczywiście do momentu, gdy na coś nie wpadnie, lub czegoś nie upuści.
Nie tak prezentuje się błogosławiona, prawda? A przynajmniej nie takie zazwyczaj się spotka. Więc Lilly Anderson, poza przyciągającym wzrok, nietypowym blaskiem skóry, swoją rasę zdradza tylko nieziemską urodą. Piękna, lekko owalna twarz bez najmniejszej skazy promienieje blaskiem, jak każdy cal jej skóry. Delikatny nosek nie wyróżnia się specjalnie, w przeciwieństwie do pełnych, widocznie miękkich ust, których krawędź jest niemal niezauważalna, gdy intensywny kolor warg blednie powoli, kierując się w stronę łączenia ze skórą. Równie delikatne, jak cała jej aparycja są cienkie brwi, swym kształtem zawsze łagodząc mimikę dziewczyny, więc nawet, gdyby naszą Mimosę jakimś cudem rozgniewać, w najlepszym razie wyglądałaby na mocno skonsternowaną.
Oczy zaś ma zielone. Lub niebieskie. Zależy w którą stronę spogląda. Tęczówki bowiem, jakby nie mogąc zdecydować się, po którym z rodziców odziedziczyć swój kolor, z jednej strony pokrywają się atramentową barwą, z drugiej zaś bladą zielenią, nie mieszając się wcale, a jedynie subtelnie przechodząc jedno w drugie, dzieląc barwną tarczę w pół. Mało kto jednak dostrzega tą anomalię, zazwyczaj zrzucając winę na światło lub jego brak. Poza tym złapać kontakt wzrokowy z Lilly na dłużej niż tchnienie to nie lada wyczyn. Zazwyczaj widzi się tylko powieki o ciemnej linii długich rzęs, wyciągające oko ku górze w zewnętrznym kąciku, a pozwalając mu opaść przy wewnętrznym, co nadaje dziewczynie nieco orientalnej nuty. Są to też oczy zazwyczaj smutne lub przestraszone, ale i na to mało kto zwraca uwagę. Śmieją się, gdy są same lub w zaufanym gronie, a członków tegoż można policzyć na palcach.
Nietypowy dla błogosławionych jest kolor jej włosów, do bólu zwyczajny, nawet nie soczyście czekoladowy, a balansując między ciemnym blondem w słońcu a lekkim brązem w ciemnych pomieszczeniach. Niemal zawsze splecione w luźny warkocz, plątają się gdzieś przy twarzy dziewczyny, końcówką opadając na pierś dziewczyny, a rozpuszczone falują lekko, od splotów warkocza zaginających pasma w ciągu dnia. Znów – mogłaby pozbyć się kłopotu wiecznego odgarniania niesfornych kosmyków lub całej fali włosów opadającej na twarz, gdyby spięła je mocniej z tyłu, ale wtedy przecież nie miałaby się za czym chować.

Historia

Rodzicami Lilly Anderson była anielica i zwykły człowiek. Jak to zwykle bywa, Freesia i Kael zakochali się w sobie na zabój, tworząc parę piękną i dobrą. Oboje służyli Panu, ona często znikając na misje, ale starając się jak najwięcej czasu spędzać w domu, on będąc kapłanem w klasztorze w Rapsodii. Początkowo zakochany mężczyzna rozdarty był pomiędzy chęcią służby Panu, a tym samym zachowania złożonych ślubów, szybko został uratowany z kłopotliwej sytuacji, gdy związek tych dwojga został uświęcony, a para mogła dalej służyć Panu, jednocześnie zakładając rodzinę. Na świat szybko przyszła pierwsza błogosławiona – Lavender, a zaledwie kilka lat później następna, śladem rodzącej się tradycji nazwana od kwiatu – Lilly. Dziewczęta odstawały od siebie chyba w każdy możliwy sposób. Lavender była energiczna, gwałtowna i waleczna, podczas gdy Lilly, jako dziecko równie wesoła, jednak o wiele cichsza i wycofana. Obie dziewczynki były śliczne, jak jutrzenka, jednak starsza reprezentowała klasyczną anielską urodę, dziedzicząc po matce długie świetliście złote włosy i intensywnie niebieskie oczy, po ojcu zaś rozsądny wzrost. Lilly natomiast była szatynką, jak jej ojciec, niziutka nawet jak na swój wiek, po matce, jej oczy natomiast błyszczały w równych częściach zielenią i błękitem, wprawiając początkowo jej rodziców w konsternację. 
Obie dziewczęta wychowywano podobnie, rozpoczynając od postaw, czyli wpajania nauk Pana, tłumaczenia świata na Jego sposób, ucząc o wartości dobrych uczynków i o tym, jak wiara zapewni im, oraz tym, którym ją zaniosą, odpowiednie życie po śmierci. Później przyszły lekcje walki, jako że zwykła potrzebna w życiu teoria była dziewczynkom wpajana w szkołach, do których uczęszczały razem z innymi dziećmi. Różnice były zatrważające. Lavender w mig łapała zasady walki mieczem, już w wieku ośmiu lat wywijając orężem niemal tak dużym, jak ona sama, podczas gdy Lilly potrafiła zranić się przy samej próbie wyjęcia miecza z pochwy. O wiele szybciej zaś łapała wszelkie nauki magiczne, mając do tego o wiele większy talent niż jej starsza siostra, która szybko machnęła na to ręką, skupiając się na walce.
W szkole zaś… o tym, że Lilly i Lav są siostrami wiedziano chyba tylko dlatego, że starsza siostra wszędzie młodszą za sobą ciągnęła, usiłując wepchnąć ją w towarzystwo. Sama brylowała wdzięcznie i zupełnie naturalnie, podczas gdy Lilly próbowała się na siłę dostosować, biorąc jednak do siebie wszelkie potknięcia, dosłowne i w przenośni, co szybko stało się zauważalne. Później ktoś kiedyś pół żartem, pół serio powiedział, że skoro rodzice Lilly i Lav koniecznie chcieli córki nazwać od kwiatów, to młodszą powinni nazwać Mimosa. Wywołało to ogólny wybuch wesołości, nawet nie wybitnie złośliwy, bo wszyscy lubili Lavender i nikt nie chciał umyślnie jej podpaść, jednak chociaż Lilly początkowo udawała, że jej to nie przeszkadza, szybko zaczęła unikać towarzystwa, gdy przezwisko nie chciało się od niej doczepić. A im bardziej się wycofywała, tym mocniej przypominano o podobieństwie do niewinnej roślinki, ostatecznie rozdzielając nierozłączne wcześniej siostry.
W domu zaś nie było oddechu. Kochała swoją starszą siostrę z całego serca, ale przez nią nigdy nie była wystarczająco dobra. Lilly nigdy nie mogła zadowolić wymagających rodzicieli, którzy mimo dobrych oczywiście chęci i kierowania się dobrem córek, robili to na swój własny sposób, niekoniecznie dobry. Była za słaba. Zbyt niezdarna. Głupia. Słaba psychicznie. Dziwna. Zbyt emocjonalna. Nie pasowała. Czy nie umiała zrobić tego lepiej? Czemu nie chciała bawić się z innymi dziećmi? Czemu nie chciała chodzić na wydarzenia miejskie? Siedziała ciągle w tych książkach. Za mało się uczyła. Za późno wstawała. Za późno się kładła. Robiła złe miny. Źle się ubierała. Lavender nigdy tak nie robiła… To były drobiazgi, rzeczy, które słyszała, a które przy braku chociaż jednego dobrego słowa, jednej pochwały, jednej czułości urastały do rangi krwawiących ran, rozdrapywanych na nowo z każdą kolejną porażką. Często też zwyczajnie nieprawdziwe. Nie ważne, jak bardzo starała się zadowolić rodzicieli, zdawała się zawodzić na każdym kroku. Nawet, gdy zmuszano ją do walki z siostrą (pozorowanej oczywiście, ale i tak dostawała wciry) to nawet gdy podnosiła się dzielnie, ale ze łzami w oczach, widziała znaczące spojrzenia wymieniane między matką, a ojcem, westchnienia i ten prosty, ale jakże bolesny rozczarowany wzrok. Znowu płacze.
Może niektórzy nawet by tego nie zauważyli. Freesia i Kael na pewno nie widzieli, przekonani o tym, na jakie cudowne osoby wychowują swoje córki. I po części mieli rację. Dziewczęta były kulturalne, dobrze wykształcone i posiadały odpowiednią w ich wieku wiedzę. Oczywiście Lavender była we wszystkim z powyższego lepsza, ale obiektywnie Lilly była idealnym przykładem dziecka, z którego można być dumnym. I co jednak warto czasem dziecku powiedzieć.
Była tylko jedna, jedyna rzecz, którą poza wszelkimi innymi wadami, przyjmowanymi przez przytłoczone dziecko do siebie, naprawdę i szczerze odczuwała Lilly. Nie wierzyła w Pana. Zwyczajnie. Uczyła się o Nim od małego. Wiedziała wszystko, co mogła. Jej mama była aniołem, na litość, a ona wciąż nie potrafiła dopuścić do świadomości faktu istnienia tej… istoty, która niby ma sterować ich losami. W całej pokornej osobie Mimosy był to jedyny jawny (też niezupełnie, bo jedynie w jej wnętrzu, ale to i tak dużo!) bunt przeciwko rodzicielskim naukom. Jedyny, ale elementarny, niewybaczalny i przez to przełomowy.
Jedyną osobą wspierającą Lilly był jej dziadek – ojciec Kaela – Mormon Anderson. Człowiek stary i pomarszczony, jednocześnie bezlitosny w swej krytyce, z tym że ta zazwyczaj skierowana była na zbyt wymagających rodzicieli, podczas gdy wnuczki zalewane były troską i miłością. Jego żona zmarła lata temu, jeszcze zanim dziewczynki przyszły na świat, więc Mormon był ich jedynym dziadkiem, ale nadrabiał za czwórkę. To on zawsze wspierał i chwalił nieśmiałą najmłodszą wnuczkę, która niepewna była już nawet własnego kroku. To on wysyłał jej kolejne książki, gdy rodzice buntowali się przed takim kierunkiem jej rozwoju. Ostatecznie to on odmienił jej życie, zabierając z domu w Rapsodii do siebie. Właściwie to… nie zrobił tego do końca świadomie – dziewczynka nie mając odwagi na samodzielną ucieczkę z domu, w wieku 12 lat schowała się w tobołkach na wozie dziadka, gdy ten wracał do Turmalii przez całą Alaranię i znak życia dała dopiero mniej więcej w połowie kontynentu.
Nie odesłał jej jednak. Próbował, ale dziewczynka płakała i prosiła, co najmniej jakby miał ją oddać na ścięcie. Została więc z nim, w Turmalii, a on napisał długi list do jej rodziców, tłumacząc im jej decyzję i prosząc o jej uszanowanie. Mimo to zdziwił się co nie miara, gdy przyszła odpowiedź, po czym zdecydowanie odmawiając Lilly przeczytania listu. Dziewczynka początkowo ustąpiła, jednak widząc przygnębienie swojego dziadka nie mogła się powstrzymać. Mormon zastał ją zapłakaną z listem w ręce, z trudem łapiącą oddech, gdy usiłowała wydukać przeprosiny, czytając o tym, jak jej rodzice zrzucają całą winę na jej dziadka, dowiadując się o jej braku wiary, który jak się okazało – Mormon podzielał. Czytając o nim i o sobie, nie mogła uwierzyć, jak można być tak ślepym i tak zapatrzonym w siebie jednocześnie, by dla udowodnienia własnej racji być gotowym zerwać rodzinne więzi. Nigdzie nie było wprost napisane, że nie chcą ich więcej znać, wręcz przeciwnie. Nakłaniano Mormona, by oddał Lilly znów w ich ręce, by zajęła się odpowiednim dla niej zajęciem, które oczywiście już czekało uszykowane. Miała zostać kapłanką.
Lilly i Mormon ostatecznie doszli do milczącego porozumienia, że nie będą poruszać trudnego dla obojga tematu, dopóki któreś z nich naprawdę nie będzie potrzebowało tej rozmowy. Zamiast tego dziadek skupił się na oprowadzaniu dziewczynki po mieście i zapoznawaniu jej z nowym życiem, które mogło wyglądać tak, jak ona sama sobie to wymarzy. Prowadził antykwariat i bardzo długo spoglądał niepewnie na pomagającą mu wnuczkę, nim przekonał się, że ona nie udaje i naprawdę jest zachwycona miejscem. Gdy przyszła, dotykała wszystkiego. Oglądała regały, wodziła dłońmi po książkach, starych lampach, zaglądała do szuflad wiekowych mebli, spędzając w sklepie każdą wolną chwilę. Rzeczy, które zbiła nawet nie liczył, ciesząc się zwyczajnie z jej towarzystwa i nie nudząc się powtarzaniem, że „nic się nie stało”. Pomagała mu bardzo, poczynione szkody nadrabiając pasją w rozmowach o książkach z klientami, którzy zaglądali do antykwariatu. Większość z nich stanowiła znajomych Mormona, będąc w zbliżonym mu wieku, jednak nauczony na błędach syna mężczyzna nie naciskał dziewczynki, by zmieniła środowisko.
Oswajała się powoli, ale dość skutecznie. Z czasem sama zaczęła wędrować po mieście, poszła do nowej szkoły (chociaż z jej opowieści nadal nie czuła się dobrze w takich miejscach) i zawarła kilka luźnych znajomości (przed którymi uciekała później pędem do zakurzonego antykwariatu). Gdy nieco podrosła wędrowała sama po plaży, coraz bardziej godząc się z samą sobą, coraz więcej pomagając Mormonowi i coraz mniej tłukąc. Ku najczystszej zgrozie starszego mężczyzny miała nawet przez chwilę chłopaka. Oczywiście i to skończyło się tak, jak przewidywał i Lilly przez kilka kolejnych dni łkała potajemnie gdzieś między regałami. Nie wnikał, nawet nie wiedział, jakby się zabrać do pocieszania młodej dziewczyny, więc robił co mógł na swój sposób, grożąc gnojkowi laską, gdy widział go na ulicy i zarzucając wnuczkę niemożliwą do wykonania listą obowiązków, by miała zajęcie. Przez następne kilka tygodni dziewczyna nie wyściubiała nosa poza antykwariat, wstając o nieludzkich porach, by załatwić sprawunki na mieście, nim na rynku zrobi się tłum, a później wypełnić swoje obowiązki w antykwariacie. Była milcząca i wycofana, znów bojąc się własnego cienia. I to jednak znosił w milczeniu, nie próbując jej zmienić, ani „naprawić”, a ona była mu za to wdzięczna z całego serca.
Z siostrą utrzymywała kontakt listowny i bardzo sporadyczny, wysyłając sobie raz na rok życzenia z okazji urodzin. Wyjątkiem od reguły był list, w którym Lavender informowała ją o swoim ślubie z jakimś palladynem i zapraszała na uroczystość. Lilly nie pojechała, przepraszając ogromnie i wysyłając zamiast tego podarek. Wstydziła się tego, ale bała się zobaczyć z rodziną, a poza tym znów milcząco solidaryzowała się z dziadkiem, którego na wesele nawet nie zaproszono. Trzymali się więc razem, a on uczył ją wszystkiego, co wiedział, wyczuwając zbliżający się czas, w którym będzie musiał zostawić tę małą Mimosę samą. Wiedział, ile krzywdy kiedyś wyrządziło jej to przezwisko, ale na los, było tak prawdziwe!
Na pogrzeb nie przyjechali. Tylko Lavender napisała list z przeprosinami, tłumacząc, że jest przy nadziei i nie może podróżować. Od rodziców ani słowa. Pochówek zorganizowała więc sama Lilly, mając już 20 lat, jednak wciąż ze strachem przejmując na siebie wszystkie obowiązki. Mormon w swoich ostatnich dniach musiał skonsultować się z jakimś prawnikiem, a ten odwiedził zahukaną dziewczynę w jej mieszkaniu nad antykwariatem informując o puli spadku. Największym zaskoczeniem była fakt, że poza księgarnią Lilly odziedziczyła kilka rzeczy, o istnieniu których nie miała pojęcia. Po pierwsze – księga, której nie mieli w zbiorach. Była tego absolutnie pewna, ponieważ to ona prowadziła ich katalog. Do woluminu przyczepiona była notatka z wyjaśnieniami, od których oczy dziewczyny zrobiły się wielkie jak spodki, a księga stała się jej największym skarbem. Po drugie – Nesbo. Stworzonko tak abstrakcyjne, jak przesympatyczne, w momencie zjednując sobie całkowitą miłość dziewczyny. Po trzecie – mała fortuna. Tak. Okazało się, że dziadek Mormon był dosłownie siedział na forsie. Taka sytuacja. Zastrzegł w liście, że ma bezmyślnie pieniędzy nie rozdawać, bo ich rodzina swoje dostała, a to jest jej część i ma z nią uczynić, co uzna za stosowne, <i>dla siebie</i>.
Po wyjściu prawnika Lilly Anderson długo siedziała na podłodzie w sklepie, pozwalając Nesbo wdrapywać się z piskiem na swoje kolana. Księgę dawno już schowała w najbezpieczniejsze miejsce na świecie (a przynajmniej w tym sklepie), a teraz rozmyślała nad tym, co właściwie „uznawała dla siebie za stosowne”. Siedziała tak długo, a później wstała i zaczęła sprzątać, wciąż rozmyślając, a następnie sprzątać to, co popsuła sprzątając wcześniej. W międzyczasie sprzedała książkę i lampę, a nawet to dziwne bujające się wahadło na kijku, którego przeznaczenia wciąż z Mormonem nie odkryli, ale które najwyraźniej znalazło swojego amatora. Wieczorem, gdy kładła się spać, doszła do wniosku, że z rachunkiem chwilowo nie zrobi nic. Takich decyzji nie podejmowało się z dnia na dzień. Poza tym, dobrze jej się żyło tak, jak teraz i nie potrzebowała więcej. Więc na razie… na razie wyobrazi sobie, że wcale tej fortuny nie ma.

Towarzysz

Imię:Nesbo
Gatunek:nieokreślony
Płeć:Samiec
Wiek:5 lat

Nesbo jest… właściwie ciężko powiedzieć, czym dokładnie. Istotą żywą, to z pewnością. Z przekazanego od dziadka liściku wynikało tylko tyle, że odratowano go po jednej z akcji przeciwko nielegalnemu eksperymentowaniu na zwierzętach, a Mormon postanowił zaopiekować się tym właśnie tworem. Podejrzewał jednak, że być może nie zdąży go odebrać od władz, stąd prośba, by Lilly się nim zaopiekowała.
Stworzonko ma ciało niewielkiego smoka, mieszczącego się spokojnie na niewielkiej poduszce pod głowę. Prawie cały pokryty jest bladozielonymi łuskami, z wyjątkiem tych na brzuchu, szyi i pod ogonem – tam są jasnobeżowe. Ogon zaś nie jest zakończony jak u zwykłego smoka, ale małą puchatą kitką, jak u psiaka. Podobnie wzdłuż grzbietu nie biegnie ciąg rogowych płytek, ale właśnie taka futerkowa grzywa, w podobnym, jak kita kolorze. Do tego, zamiast standardowych smoczych rogów, małe jelenie różki, duże uszy oklapnięte, jak u królika, a zamiast ziania ogniem – uroczy buntowniczy skrzek. Skrzydeł brak, jednak ruchliwa istota jest zwinna niczym połączenie łasicy i kota, skacząc po regałach z taką swobodą, że skrzydła zdają się zupełnie zbędne. Lubi dreptać za Lilly, spać i jeść herbatniki. Do tego pała ogromną miłością do swojej opiekunki i dzielnie broni jej przed każdym zagrożeniem. Chyba, że zagrożenie jest bardzo poważne, wtedy ucieka razem z nią do kryjówki.

Posiadłość

Lokalizacja: Turmalia
    Jaki jest antykwariat, mało kto wie. Niewielu zapuszcza się w to ciche miejsce, które nie kusi ani dźwięczną muzyką i śmiechami dobiegającymi ze środka, ani ofertą noclegu po długiej podróży (bogowie wszelkiej literatury brońcie przed takowymi!), ani nawet barwną witryną, reklamującą asortyment kramu. Zdarzały się sugestie, by właścicielka urozmaiciła nieco wystawkę, która składała się aktualnie z jednej starej, nieco odrapanej, ale obdarzonej cudownymi, ręcznie malowanymi gałkami szuflad komodą, kilkoma stosami książek, błyszczącymi grawerowanymi w grzbietach złotymi tytułami oraz przecudowną lampą, ustawionym na ich szczycie. Przypominający nieco ptasią klatkę szklany lampion podzielony był na kolorowe fragmenty, jakby składał się z mozaiki mniejszych ułamków, dzięki czemu po wstawieniu do środka świecy, dawał różnobarwne światło, rozświetlając wszelki mrok na swój magiczny sposób.
Lilly nie mogła pojąć, dlaczego do tej pory jeszcze nikt nie skusił się na cudowny element wystroju. Nie był tani, to prawda, ale przecież był ze szkła, czego innego się spodziewać? Jeszcze tak barwnego? Być może skłonna byłaby negocjować (ugiąć się szybko), gdyby trafił się ktoś, komu wyjątkowo zależałoby na przedmiocie, jednak nikt nawet nie zaszczycał lampy dłuższym spojrzeniem, a jedyna zainteresowana starsza pani zaczęła od niego, ale ostatecznie wyszła z innym lampionem, wcale nie tak magicznym, chociaż oczywiście także ciekawym.
W każdym razie mało kto wchodził do antykwariatu przez przypadek lub z ciekawości. I tacy oczywiście się zdarzali, kręcąc bez ładu i składu pomiędzy regałami, śledzeni czujnym spojrzeniem dwóch par oczu. Jednych dwukolorowych, chyłkiem obserwujących klienta z bezpiecznej odległości, i drugich złotych, gdy Nesbo dzielnie dreptał za intruzem, by oszczędzić tego swojej opiekunce. Gdyby tylko zobaczył chociaż przejaw zapędów złodziejskich, czym prędzej wróciłby naskarżyć, och zdecydowanie!
Zazwyczaj jednak niewielki kram odwiedzali stali bywalcy, by dowiedzieć się, co nowego (lub starego) ma ich ulubiona sprzedawczyni w asortymencie. Dobrze, że Mormon dla takich gości ustawił kiedyś przy wykuszu z wystawką wygodny fotel (który właściwie również miał przy nóżce przypiętą metkę, gdyby ktoś zdecydował się jednak go kupić), bo aktualna właścicielka przybytku z pewnością nie zdecydowałaby się na taki krok.
Antykwariat więc zwyczajnie nie był dla każdego, bo oznakowany był porządnie i nie sposób było go nie znaleźć, można było być co najwyżej niezainteresowanym. Obok opisanego wcześniej wykuszu z wystawką znajdowały się proste drewniane drzwi, pomalowane na ciemną zieleń, podobnie jak okiennice witryny. Nad nimi zaś znajdował się prosty drewniany szyld, odstający od murowanej ściany, by być dobrze widocznym z ulicy. Na gładkiej powierzchni, pomalowanej pod kolor drzwi i okiennic, pod napisem „antykwariat” odznaczała się otwarta księga, o wyraźnie pożółkłych, lekko nadgryzionych zębem czasu stronach. Nikt chyba nie wie (a przynajmniej nikt nie powinien, bo Mormon obiecał nikomu nie mówić!), że autorem ikony jest Lilly Andersen we własnej osobie. Poproszona o odnowienie zwykłego szyldu zabrała się do malowania z taką pasją, że zwykły napis wzbogaciła o malunek, jej zdaniem wypełniający bijącą po oczach pustkę pod napisem. Dopiero po fakcie dotarło do dziewczyny w co się wpakowała i poważnie grożąc Mormonowi (wybuchem płaczu) najpierw próbowała go przekonać, by jednak tego nie wywieszać, a później po prostu, by chociaż nikomu nie mówić, że to jej dzieło. A że jej dziadek z zasady obietnic dotrzymywał, a i oni nie mieli przed sobą większych tajemnic (bo jakieś ma każdy), to mu uwierzyła i autor szyldu nad antykwariatem pozostał anonimowy.
W środku zaś po lewej stronie znajdowała się niewielka drewniana lada, w całości właściwie zasypana księgami i różnorodnymi drobiazgami. Chociaż podpierały ją tylko dwie nogi, z drugiej strony zaś mocował do ściany solidny wspornik, i tak cała przestrzeń pod spodem zajęta była stosami ksiąg, sprawiając że zwykła lada zamieniała się w kontuar, zza którego można było dostrzec tylko ciemnozielony zagłówek potężnego fotela. Ten mebel też był na sprzedaż, gdyby ktoś bardzo, bardzo chciał – Mimosa miała czasami problem z asertywnością i jeśli na czymś jej zależało to zwyczajnie nie trzymała tego na wierzchu w sklepie, bo gdyby ktoś zechciał to kupić, nie umiałaby odmówić. Ten jednak był zwyczajnie dla niej, gdy odpoczywała zatopiona w lekturze, czekając na klientów.
Ale dalej! Ścian właściwie nie było widać. Zarówno ta za kontuarem, jak i ta w głębi oraz po prawej stronie, zastawione były wysokimi aż po sufit, robionymi na wymiar biblioteczkami, których półki uginały się pod ciężarem książek. Jedyna widoczna ściana była tą od ulicy, z drzwiami i wykuszem, więc i tak niewiele pozostawało do podziwiania, chociaż widać było, iż jej powierzchnia była niedawno odmalowana na ciemny niebieski. Nie było to najmądrzejsze z punktu widzenia przestrzennego, bo gdyby ktoś chciał powiększyć optycznie pomieszczenie, zdecydowałby się na jasny kolor. Mimosie jednak nie zależało na pozorach. Atramentowa farba kojarzyła jej się z barwą morza nocą i na taką się zdecydowała, chociaż raz zadowolona z tego, że nie ma wokół siebie nikogo, kto mógłby zwrócić jej uwagę.
Poza tym nawet jasna farba na jednej ścianie nie pomogłaby pomieszczeniu. Było ono zwyczajnie przepełnione do granic możliwości. Właściwie każda potencjalnie wolna przestrzeń w tym kramie była zagracona, to był chyba zwyczajnie urok tego miejsca. Nawet na fotelu przy wykuszu, gdzie siadali czasami goście antykwariatu, leżał codziennie inny stos ksiąg, które akurat tam musiały być na moment odłożone i które trzeba było ściągać, by klient mógł usiąść. Poza tym lekko prostokątną przestrzeń pomieszczenia dzieliły nieliczne meble przy wejściu oraz wyższe regały z książkami, piętrzące się w prawą stronę aż do ściany, tworząc mały labirynt. Sama Lilly gubiła się czasem w uliczkach własnej biblioteki, niepewnie obracając to w jedną, to w drugą stronę, mamrocząc później na własne roztargnienie. Nowym zaś radziłaby w razie wątpliwości kierować się w stronę światła (okna), gdyby oczywiście miała odwagę odezwać się niepytana. Zazwyczaj wysyłała więc Nesbo, by szczęśliwym zbiegiem okoliczności wyprowadził zagubionego między wiekowymi woluminami turystę.
Była jedna luka w tym małym świecie staroci i była to barwna tkanina, przerywająca na krótki moment litą ścianę ksiąg w głębi pomieszczenia. Było to zasłonięte przejście do części mieszkalnej Lilly, ale jak tam wyglądało, chyba nikt nie wiedział. Poza tym i ona sama rzadko tam bywała, właściwie tylko na noc i poranną kąpiel, później całe dnie przesiadując w antykwariacie i tylko wymykając się na szybkie sprawunki lub wieczorami na plażę.
  • Najnowsze posty napisane przez: Mimosa
    Odpowiedzi
    Odsłony
    Data
  • [Antykwariat] Życie to nie bajka.
            Lilly była uległą osóbką i nie wchodziła w dyskusje nawet, jeśli się z kimś nie zgadzała. Zazwyczaj wystarczyło skromne skinienie głową, które tak naprawdę mogło oznaczać wszystko, by rozmówca był ukont…
    9 Odpowiedzi
    990 Odsłony
    Ostatni post 3 miesiące temu Wyświetl najnowszy post
  • [Antykwariat] Życie to nie bajka.
            Tak jak Lilly zaskoczyło niespodziewane parsknięcie śmiechem, tak mimowolnie wywołało sympatyczny uśmiech, gdy do dziewczyny dotarło już, że to nie z niej się śmieją. Odruchy. A Nesbo rzeczywiście wyglą…
    9 Odpowiedzi
    990 Odsłony
    Ostatni post 4 miesiące temu Wyświetl najnowszy post
  • [Antykwariat] Życie to nie bajka.
            Naprawdę mało która wizyta kogoś obcego w jej antykwariacie wiązała się z tyloma wrażeniami. Nesbo obcych obserwował ukradkiem, klucząc między regałami lub z ich szczytu pilnując uczciwości potencjalnyc…
    9 Odpowiedzi
    990 Odsłony
    Ostatni post 5 miesiące temu Wyświetl najnowszy post