Profil użytkownika Sadik

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Sadik el-Bihtu
Rasa: Człowiek
Wiek: 27 lat


Aura

Gdyby emanacje oceniać jedynie przez pryzmat ich siły, ta byłaby niemalże niewidoczna. Nie czuć bijącej od niej magii, więc to, że w ogóle daje o sobie w ten sposób znać, zdradza Ci już coś o postaci, którą otacza. Dla niewnikliwego obserwatora staje się jednak zupełnie nieistotna na tle jasnej i błyszczącej kopuły, jaką wokół siebie roztacza. Topazowe blaski przebiegają delikatnie po okolicy, w której panuje naturalna i spokojna cisza. Zapach gorącego piasku i słonego ludzkiego potu miesza się z przyjemną wonią opium, mylącą nieco zmysły i pozostawiającą po sobie łagodny, słodki posmak. Bowiem jak emanacja tak jednolicie żelazna może być jednocześnie tak przyjemna w dotyku, niczym najdroższe tkaniny z dalekich krain? Wyjątkowo twarda, jednak bardziej niż skałę przypomina porządnie naciągnięty materiał namiotu, dzielnie przeciwstawiający się ciepłym powiewom wiatru, dzięki ostrym szpikulcom, mocującym go w ziemi. Puszczone luzem poły tkaniny są giętkie i elastyczne, przelewając się przez palce niczym aksamit, wciąż jednak niemal jednolicie żelazne. A może nie tak zupełnie? Kapka miedzi, ot niewielka plamka, tworzy przyjemny dla oka wzór, zaś jednolity cynkowy spód powoli zmienia się, jakby ktoś spruwał jego nici, przemieniając barwę na nieco bardziej cynową, zapowiadając zmiany.


Wygląd

W Środkowej Alaranii Sadik przyciąga wzrok zdecydowanie bardziej niż w swojej ojczyźnie, gdzie uchodzi za mężczyznę przeciętnej urody. Chodzi oczywiście o ciemny kolor skóry, którego nie można pomylić z opalenizną i te niebieskie oczy, które zdają się wręcz fosforyzować. Resztę dostrzega się zdecydowanie później.
Na pierwszy rzut oka Sadik nie wygląda na żołnierza, kojarzy się prędzej z jakimś egzotycznym dandysem, wędrownym artystą wywodzącym się z dobrej rodziny. Ma sześć i pół stopy wzrostu - to teoretycznie niemało, lecz przy reszcie mężczyzn z rodziny wyglądał trochę jak wymoczek. I jeszcze ta sylwetka - szczupła i chociaż umięśniona, to niespecjalnie rozbudowana; w ubraniach z długim rękawami i nogawkami wygląda jak przeciętniak. Ma wąskie ramiona o prostej linii, wyraźnie odznaczające się obojczyki, a szyję z mocnym zarysem ścięgien i słabo widoczną grdyką. Długi tors zwęża się odrobinę w stronę bioder, a na granicy miednicy i płaskiego brzucha wyraźnie odznaczają się głębokie linie mięśni “od noszenia dziewczyn na rękach”. Ma nogi wędrowca - o długich udach, mocnych kostkach i szerokich, dużych stopach. Jak stopy są też jego dłonie, dość szerokie, idealnie pasujące do dzierżenia miecza.
Twarz jego jest trójkątna, choć mocno zarysowany podbródek w połączeniu z zachodzącymi na twarz włosami sprawiają mylne wrażenie, jakoby była raczej prostokątna. Ma duży, prosty nos, co dodatkowo podkreśla to, jak głęboko osadzone są jego oczy, pod którymi często rysują się cienie, nawet jeśli jest wypoczęty - taka po prostu jego uroda. Rzęsy ma krótkie i niespecjalnie gęste, a powieki grube, jeszcze dobitniej nadające jego twarzy wyraz zblazowania i zmęczenia. To mylne wrażenie odrobinę łagodzi intensywny lazurowy kolor jego tęczówek o ciemnej, granatowej obwódce. No i jeszcze ten uśmiech - Sadik, nawet mając neutralny wyraz twarzy, sprawia wrażenie, jakby lekko się uśmiechał. To wszystko przez to, że kąciki jego szerokich ust o cienkich wargach są odrobinę uniesione. A gdy już się uśmiechnie, odsłania rząd wyjątkowo białych zębów, które wydają się jeszcze bielsze przez kontrast z kolorem jego skóry.
El-Bihtu ma dość charakterystyczną fryzurę, a to przez szerokie pasmo siwizny nad jego czołem. Nie ma to nic wspólnego z jakimś dramatycznym wydarzeniem, które przedwcześnie go posiwiało, bądź działaniem jakiejś trucizny - po prostu taki się urodził, z kępką jaśniejszych włosów. Nie przeszkadza mu to, a wręcz może trochę pomaga w kontaktach z płcią piękną, której z jakiegoś powodu ten akcent wyjątkowo się podoba. Jednak przez inną strukturę włosa to białe pasmo jest wyjątkowo kruche i z reguły nie urasta do tej samej długości, co reszta włosów, nieumyślnie formując w ten sposób coś na kształt grzywki. I to jest całkiem fortunne, bo w połączeniu z luźnym upięciem maskuje zakola, które już zaczęły tworzyć się nad czołem Sadika. A jeśli o wspomnianą już długość jego włosów chodzi, sięgają one trochę poniżej ramion; el-Bihtu wiąże je w bardzo luźny warkocz, obejmujący jakieś dwa, góra trzy zaploty. Nie ma zbyt gęstych włosów, więc nie jest to imponująca fryzura. Od jakiegoś czasu rozważa, by je ściąć, bo w podróży czy walce okazują się niepraktyczne - wcześniej nie musiał się tym przejmować, bo podczas służby miał na głowie hełm albo kefiję i nie można go było pociągnąć za włosy. Na razie jednak nadal są długie.
Jeśli o ubrania chodzi, Sadik dostosowuje się do lokalnej mody z dużą łatwością. Gdyby miał nosić tylko to co lubi, miałby na sobie luźne spodnie ściągane w kostkach i kamizelkę noszoną na gołe ciało, lecz ani klimat, ani kultura temu nie sprzyjają. Jednakże luźne spodnie z nogawkami wepchniętymi w cholewki butów i tunika również dobrze na nim leżą i pozwalają mniej wyróżniać się w tłumie. Sadik lubi intensywne, ciemne kolory - bordowy, zielony, granatowy - i w tym się z reguły nosi. Nie przepada za bielą, choć w Na’Zahirze często ją nosił ze względów czysto praktycznych - mniej się wtedy grzał. Ma przekłute uszy i nosi w nich duże złote koła, a w kraju nie stronił też przed innymi rodzajami biżuterii, jakimiś naszyjnikami czy obręczami na ramiona. Teraz jedynym wybitnie egzotycznym elementem jego wyglądu (z wyjątkiem jego twarzy ma się rozumieć) jest noszony przy pasku, lekko zakrzywiony nóż.
Sadik ma przyjemny dla ucha głos, często się śmieje i gwiżdże, zwłaszcza gdy chce zwrócić na siebie czyjąś uwagę i nie chce wołać po imieniu. Sprawia wrażenie, jakby dobrze panował nad swoim akcentem, bo prywatnie mówi jak typowy mieszkaniec Na’Zahiru, a między ludźmi z łatwością pozbywa się wszelkich lokalnych naleciałości.


Charakter

Sadik robi bardzo dobre pierwsze wrażenie - jest otwarty, towarzyski, sprawia wrażenie podróżnika, którego głównym celem jest poznawanie ludzi zamieszkujących dany region, a nie tajna misja powierzona przez najważniejsze osoby w państwie. Cechuje go wyjątkowa łatwość w nawiązywaniu nowych znajomości - jest pewny siebie, przez co nie boi się podejść i zagaić, język ma zaś gładki i potrafi dobierać słowa tak, by wkupić się w łaski większości osób, chociaż oczywiście nie każdego da radę do siebie przekonać. W trakcie rozmowy sprawia wrażenie bardzo zainteresowanego wszystkim, co mówi jego rozmówca, chętnie drąży temat. Dzięki temu potrafi szybko zmniejszyć dystans i w zależności od potrzeb albo uwieść daną osobę, albo osiągnąć jakiejś bardziej wymierne korzyści. Tak, Sadik mimo tego, że jest formalnie żonaty, nie poczuwa się do dotrzymania wierności Antsu, która została w kraju, pewnie błogo nieświadoma tego, gdzie i po co wybył jej mąż. I tak nigdy się nie kochali, a Sadik krew ma gorącą i nie ma nic przeciwko przelotnym romansom. Inaczej ma się kwestia wierności ojczyźnie, gdyż zawsze uważał się za patriotę i tak został wychowany, dlatego można być pewnym, że nie zdradzi swoich ideałów… Chociaż pytanie brzmi czy ta “wierność ojczyźnie” w tym momencie jego życia będzie oznaczała wierność prawowitej następczyni tronu czy tym, którzy aktualnie rządzą Na’Zahirem... Wracając jednak do jego kontaktów międzyludzkich, Sadik nie miał wcześniej doświadczenia z rasami innymi niż ludzka, przez co czasami widać, jak obraca się za jakimś długouchym elfem bądź pokrytym łuskami smokołakiem, a gdyby ktoś z irytacją zapytałby go, dlaczego się gapi, odpowiedziałby wprost, że nigdy wcześniej nie widział kogoś takiego, zgrabnie wplątując w swoją wypowiedź komplement, by nie zaognić konfliktu. Tak, mimo że jest wojownikiem, nie szuka okazji do walki gdzie popadnie, wręcz sprawia wrażenie, że woli jej unikać, ale to tylko poza służąca uśpieniu czujności przeciwnika. W trakcie walki nie ma skrupułów, jest nauczony szybkiego, sprawnego zabijania bez ozdobników i z tego korzysta. Honor jest dla niego rzeczą relatywną, bo słowa dotrzymuje i gdy zostaje wyzwany na pojedynek, to trzyma się zasad, rozkazy również wykonuje z należytą dbałością i nigdy nie pomyślałby o sabotażu, ale w prawdziwym życiu walka nie ma reguł, potrafi więc sięgać po nieczyste zagrania. Sprawia wrażenie osoby nieczułej na krytykę - tyle gorzkich słów usłyszał od rodziny i przełożonych, że już się uodpornił, sam zresztą zna swoją wartość. Generalnie trudno wyprowadzić go z równowagi i sprowokować, nawet gdy jest pijany. Na to, co prawda, nie pozwala sobie, gdy jest na służbie - czyli również na swojej aktualnej misji - ale tak, lubi sobie popić, potańczyć z pięknymi kobietami, zapalić opium i generalnie korzystać z życia. Uwielbia pęd towarzyszący jeździe konnej oraz polowania z sokołem. Nie przedkłada jednak rozrywek nad obowiązki, o co był posądzany na początku swojej służby.

Atrybuty

Krzepa:Raczej silny, Raczej wytrwały, Wytrzymały,
Zwinność:Niezwykle zręczny, Błyskawiczny,
Percepcja:
Umysł:Ineligentny, B. silna wola,
Prezencja:Ładny, Charyzmatyczny,

Cechy specjalne

Kobra [Z]Węże słyną z tego, że potrafią zaatakować nagle, bez żadnego ostrzeżenia, tak by ofiara nie miała szans się wyrwać. Taki też jest Sadik. W konfrontacji jeden na jednego potrafi na samym początku się przyczaić i uderzyć szybko jak błyskawica, czasami od razu nokautując albo nawet zabijając przeciwnika.

Umiejętności

Walka z bronią białą [noże] [M]
Walka wręcz [W] Wręcz Sadik walczy brutalnie i krwawo, większość jego ciosów jest zaplanowana na szybkie zakończenie walki w sposób definitywny - przez zabicie albo ogłuszenie przeciwnika. Jakieś tańce z przeciwnikiem nie są dla niego - do takich pokazów ma nóż.
Uniki [W]
Dowodzenie [O] Coś, czego podstawy otrzymał na początku służby w ramach obowiązkowych szkoleń, a co zaczął rozwijać dopiero pod okupantem, gdy tak nagle awansował w hierarchii pałacowej straży
Walka mieczem [O] Nigdy mu to nie leżało, co nie znaczy, że nie wie, za którą stronę miecza złapać
Gimnastyka [P]
Jeździectwo [O]
Sokolnictwo [P]
Poliglotyzm [P]
Etykieta [O] Na tyle, na ile może ją opanować osoba spędzająca większość życia na służbie w pałacu
Kulturoznawstwo [P]
Pierwsza pomoc [P]
Przetrwanie [O] Siłą rzeczy podszkolił się przez ostatnie miesiące.
Szpiegostwo [O] Nigdy się tego nie uczył, ma po prostu wrodzony talent do wścibiania nosa w nieswoje sprawy
Łucznictwo [P]
Tropienie [P]
Taniec [O]
Czytanie i pisanie [P]
Strategia i taktyka [O] Element wykształcenia, które musi odebrać każdy pałacowy strażnik
Pływanie [P]

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Towarzysz


Historia

Stoję przed moim dowódcą. Wokół jest ciemno i tylko lampka oliwna oświetla na żółto jego twarz. Nie ma świadków tej rozmowy. I to napawa mnie jeszcze większym niepokojem, bo wiem, że zła odpowiedź oznacza, że stąd nie wyjdę. Jednak już powoli brakuje mi sił, by odpowiadać tak jak mi każą. Lecz na razie słucham.
- Nie miałeś jakiegoś wybitnego przebiegu służby - mówi mój dowódca, cedząc słowa nie ze złości, lecz przez to, że ma fatalny akcent i usilnie próbuje to zmienić. - Mierny… chyba jak całe twoje życie, co?
- Wolę określenie stabilny, k’an - odpowiadam, bo dałem się już poznać jako osoba, która dyskutuje w takich nieistotnych kwestiach. Dowódca nie odbiera tego jako złośliwy komentarz na temat swojej wymowy. Kontynuuje.
- Pod nami twoja kariera nabiera tempa - oświadcza. A ja mam mu być do jasnej cholery wdzięczny za to, że awansowałem, bo wymordował mi rodzinę? Zaciskam pięści, lecz milczę, bo życie mi miłe. Nawet, jeśli nie takiego życia chciałem. Jeszcze niedawno było zupełnie inaczej.


Urodziłem się w takiej rodzinie, że od początku było wiadomo, iż niczego mi nie zabraknie - el-Bihtu mieli pieniądze, szacunek i pozycję, która zapewniała wygodne życie i jednocześnie nie była kąskiem tak tłustym, by ktokolwiek się na nią połasił. Wszyscy mężczyźni z tego rodu służyli w pałacowej straży, nieliczni zaś w wojsku - taka była tradycja, z którą nikt nawet nie myślał walczyć.
Gdy przyszedłem na świat, w naszym domu mieszkał już ponad tuzin osób, gdyż gnieździliśmy się wszyscy w jednej ogromnej posiadłości na skraju miasta - taka tradycja. Byli moi dziadkowie ze strony ojca, był stryj ze swoją rodziną i rodzina jego najstarszego syna, był jeszcze trzeci brat z tego pokolenia, był też mój ojciec z żoną i dwoma moimi starszymi braćmi. Kobiet w posiadłości mieszkało niewiele - zgodnie z tradycją, te przeprowadzały się do swoich mężów, w domu zostawali jedynie synowie. Ja byłem najmłodszy z tego pokolenia i jak często mówiono: najmniej udany. Od samego początku wyróżniała mnie relatywnie wątła budowa, która może nie odbiegała od standardów mego wieku, ale na pewno od standardów mojej rodziny, gdzie wszyscy przypominali byki w ludzkich skórach. Powtarzano jednak, że na pewno nadrobię braki jako nastolatek, bo przecież niemożliwe, bym aż tak bardzo się różnił. Dobrze, że miałem kilka cech - między innymi kształt nosa i ust - które upodobniały mnie do ojca, gdyż w przeciwnym razie pewnie uznano by, że byłem dzieckiem z nieprawego łoża. A z pewnością kilka osób korciło, by rzucić takie oskarżenia i wykluczyć mnie z rodu, gdyż nie przynosiłem im chluby na żadnym etapie mojego życia…
Od samego początku kształcono mnie tak, bym jako dorosły wstąpił w szeregi straży pałacowej, co wymagało ode mnie krzepy, sprytu i nieposzlakowanej opinii… cóż, ostatecznie o tym, że jednak mnie przyjęto, zadecydowało chyba tylko i wyłącznie moje nazwisko. Nie chcę zostać źle zrozumiany, bo nie było tak, że specjalnie sabotowałem starania mojej rodziny; wręcz przeciwnie, starałem się ze wszystkich sił, by sprostać stawianym przede mną wymaganiom… Ale nie byłem tak wybitny jak moi bracia, odstawałem od nich w każdej dziedzinie. Brakowało mi ich siły, choć podczas ćwiczeń wypruwałem sobie żyły i niejednokrotnie byłem o włos od kontuzji - byłem słabej budowy, miecz nie leżał mi w dłoni i nie mogłem tego w żaden sposób nadrobić, nawet gdy byłem już dorosłym mężczyzną i nie można było już zrzucić niczego na wiek dojrzewania. Nie wygrałem nigdy z nimi żadnego pojedynku - zawsze byli w stanie mnie rozbroić i powalić. A jeśli o opinię chodzi, cóż… Nie byłem awanturnikiem, lecz ojciec często wytykał mi zbytnią swobodę. Już gdy byłem nastolatkiem, cechowała mnie lekkość w nawiązywaniu kontaktów, zwłaszcza z kobietami. Zawsze wiedziałem, co dzieje się w moim najbliższym otoczeniu, przez co zarzucano mi, że jestem plotkarzem, by więc nie narażać się na drwiny, większość informacji zachowywałem dla siebie. Chciałem zadowolić moją rodzinę i nie przynosić wstydu el-Bihtu, przez co całą swoją indywidualność musiałem schować do kieszeni.
Ostatecznie służbę w pałacu rozpocząłem jako dziewiętnastolatek. To był kiepski wiek, bo mój charakter jeszcze nie był tak solidnie określony i gdy otrzymałem już nagrodę w postaci uniformu i miecza, uznałem, że to koniec moich starań, że mogę sobie trochę odpuścić. Dlatego nigdy nie odkleiła się ode mnie łatka czarnej owcy w rodzinie el-Bihtu. Z początku były jeszcze jakieś nadzieje: byłem mierny, ale uważano, że mam potencjał, no bo przecież jak syn tak znamienitego wojownika ma go nie mieć? Otóż szybko rozwiałem ich wątpliwości. Mimo starań, byłem do niczego, a potem sobie odpuściłem, bo ileż można prowadzić tę nierówną walkę? Pogodziłem się z tym, że nigdy nie zrobię kariery, uodporniłem się na wyrzuty rodziców i wiodłem życie zwykłego strażnika - oddanego sprawie, ale bez aspiracji na cokolwiek więcej. Było mi z tym dobrze, bo na niskim szczeblu mogłem w znacznie większym stopniu pozwolić sobie na bycie sobą - rzadziej obrywałem za pogaduszki na warcie i uwodzenie panien, nie oczekiwano, że wygram każdą walkę podczas treningów. Z tym ostatnim wiąże się jednak ciekawa historia o tym, jak poznałem pewnego niezwykłego człowieka, który miał mi ocalić życie.
Nazywał się Malam Bahar, był tak stary i pomarszczony, że mawiano, iż normalni ludzie tyle nie żyją i pewnie ma on w żyłach domieszkę krwi innych ras albo zawarł pakt z demonem na życie wieczne, nie zastrzegając jednak, że ma to być życie w pełni sprawności. Nie wiedziałem jaką rolę pełnił w pałacu, widywałem go tylko gdy pętał się po korytarzach i ogrodach, postukując swoją laską. Często oglądał treningi, siedząc gdzieś w cieniu palm, przez co zacząłem przypuszczać, że może to jakiś emerytowany gwardzista, nikt jednak z mojej rodziny go nie kojarzył. Zacząłem wypytywać z czystej ciekawości, nim jednak poznałem jego prawdziwą tożsamość, miałem okazję poznać go osobiście. Malam odezwał się do mnie pierwszy - wlokłem się wtedy do koszar po tym, jak dostałem solidny wycisk na treningu.
- Walczysz jak mięczak - rzekł z tą typową dla starszych osób bezpośredniością. Czy też raczej bezczelnością. Spojrzałem na niego, a że nie potrafiłem na szybko wymyślić żadnej błyskotliwej riposty, powlokłem się dalej.
- Ale i styl nie dla ciebie, więc co się dziwić - kontynuowała niezrażony Malam. Przystanąłem, bo ewidentnie mówił do mnie, a ja nie chciałem okazać mu braku szacunku, bo może akurat to ktoś ważny.
- Może to i efektywne, ale miecz ci w dłoni nie leży ewidentnie. Własnej dupy nie przeskoczysz, jak to się mówi, hm…
- Dziękuję za trafny komentarz - odpowiedziałem trochę sarkastycznie, bo moje obite żebra odbierały mi poczucie humoru. Malam gadał o czymś, co ja wiedziałem już od dawna.
- Nieważne, że przegrywasz z innymi strażnikami - zauważył. - Ważne, byś wygrywał z wrogiem. A tam zasady ustalasz sam. Idź do Tutisept, niech ci pokaże kilka sztuczek.
- Ale…
- Idź, idź - ponaglił mnie Malam, choć ja chciałem oponować, że regulamin, że musztra, że generalnie to mi się nie chce, ale czułem, że wtedy dostanę lagą w łeb, więc skapitulowałem i poszedłem. A Malam powlókł się za mną, jakby zamierzał sprawdzić czy faktycznie zrobię to, co mi kazał.
Tutisept była kobietą i to na dodatek tak małą, że niektóre koty wygrzewające się w ogrodach bywały większe od niej. Lekceważyłem ją, bo jakże taka drobina mogłaby mnie czegoś nauczyć, i byłem przekonany, że tracę na nią czas, ale ona miała do mnie cierpliwość… I szybko pokazała mi w jakim byłem błędzie. Dostrzegła mój problem z taką łatwością, jakby Malam ją wcześniej uprzedził kim jestem i o co chodzi. Pokazała mi parę sztuczek, otworzyła oczy na zupełnie inny styl walki: szybki i brutalny, taki gdzie to moje ciało stało się bronią. To dodało mi pewności siebie i nawet trochę pomogło w walce z mieczem, bo wiedziałem, że zawsze jest jakaś alternatywa. Malam jednak nie pozwolił mi dowiedzieć się wszystkiego, co wiedziała Tutisept i poznał mnie z kolejną osobą, tym razem mężczyzną imieniem Sahim - on doskonale władał nożami. I tak to trwało, Malam prowadził mnie od człowieka do człowieka, ja nabrałem pewności siebie, zupełnie zmieniłem styl walki i nawet złożyłem wniosek o przeniesienie do innego oddziału, który przyjęto. Nie było jednak tak różowo jak się wydaje, bo zarzucano mi brak umiejętności pracy w grupie - ucząc się dobrze walczyć, zaniedbałem tę część. Mając już jednak jakąś wiedzę, mogłem to nadrabiać.
Przewodnictwo Malama dało mi jeszcze jedno: poznałem wiele osób z różnych oddziałów. W pewnym momencie nawet on sam mnie czegoś nauczył - okazało się, że był nadwornym medykiem i ponoć nawet magikiem, choć tej drugiej plotki nie zweryfikowałem, bo jego jedynym celem w nauczaniu mnie było pokazanie mi granic możliwości mojego ciała. Gdy to mu się udało, zaraz posłał mnie do kolejnych osób, które mogły mi pomóc. To przynosiło mi wiele drobnych korzyści i informacji, które przydawały mi się w dość niewielkim stopniu, ale liczyłem, że kiedyś zrobię z nich solidny użytek. Pielęgnowałem więc te kontakty i starałem się nadrobić te lata, gdy byłem ledwie miernym strażnikiem. Przyznam, że start był ciężki, bo wszyscy przyzwyczaili się do tego, że po Sadiku el-Bihtu nie ma co się spodziewać cudów i nie ma co powierzać mu jakiś skomplikowanych czy odpowiedzialnych zadań - odbiłem się od przeźroczystej ściany opinii, którą sam sobie zbudowałem. To było frustrujące - teraz, gdy miałem ambicje na więcej. Później jednak wszystko zaczęło dziać się zbyt szybko, bym mógł udowodnić ile jestem wart…
W końcu stuknęło mi 25 lat i nadszedł czas, bym się ożenił. To była czysta formalność, po prostu mężczyzna o pewnym statusie społecznym musiał mieć żonę i potomków, a czy ją kochał… Zawsze mógł sprowadzić sobie metresę. Dla mnie od wielu już lat była przeznaczona jedna dziewczyna - miała na imię Antsu i była sześć lat młodsza ode mnie. Ładna, dość mądra, znająca swoje miejsce. Nie zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale jakoś się dogadywaliśmy, to miało szansę powodzenia. Gdy już oficjalnie się zaręczyliśmy, pobłogosławił nam sam król podczas króciutkiej audiencji - był to jeden z zaszczytów należnych strażnikom pałacowym. Oczywiście cała wizyta trwała ledwie chwilę, tyle co uklękliśmy przed tronem, a władca wypowiedział dwa zdania, wyciągając do nas ręce - i było po wszystkim, lecz Antsu to się podobało - poczuła się ważna i wyróżniona, bo mogła później opowiadać o tym swoim przyjaciółkom. Później nastąpił długi okres przygotowań i huczne wesele, na którym były bez mała dwie setki gości, a po którym Antsu sprowadziła się do nas do domu. Byliśmy małżeństwem jak wiele tego typu zaaranżowanych par - dogadywaliśmy się, dzieliliśmy łoże, ale namiętności w tym nie było. Z czasem pojawiły się drobne tarcia, bo Antsu, przebywając zbyt dużo z moją rodziną, nabrała przekonania, że popełniła błąd, wychodząc za mnie i że nie czeka ją ze mną żadna świetlana przyszłość, bo jestem zakałą rodziny. Trudno było zachować twarz i spokój jednocześnie, a ja nie byłem do niej przywiązany tak bardzo, by się jeszcze starać, dlatego coraz więcej czasu spędzałem po prostu w pałacu. Byłem tam również tej feralnej nocy, która zapoczątkowała cały ciąg nieszczęść, które spadły na Na’Zahir.
To była dziwna noc… Z początku spokojna jak wszystkie poprzednie, lecz nad ranem podniesiono alarm. Krzyki, bieganina, napięcie, panika, rozpacz… Zamordowano króla. Co więcej, morderczynią była księżniczka, a ciało znaleziono w jej komnacie. Królowa oszalała z rozpaczy, nawet ja czułem się, jakbym dostał w twarz. W pościg za następczynią tronu rzucono wszelkie dostępne siły, lecz nikt jej nie dogonił - może nie chcieli, a może faktycznie nie byli w stanie… Sytuacja w pałacu zaś była dramatyczna - bez króla, bez następczyni, z oszalałą z rozpaczy królową… Wielu próbowało na nią wpłynąć, by się opamiętała i dla dobra królestwa wzięła się w garść, lecz to nic nie dało. Stracono każdego, kto mógł mieć z tym jakikolwiek związek, wszystkich strażników, którzy mogli pomagać księżniczce w ucieczce, nawet jeśli zaklinali, że tego nie zrobili. Miałem szczęście, że tamtego dnia byłem pod skarbcem, inaczej również straciłbym głowę. Krew jednak nie ugasiła żalu królowej i wkrótce targnęła się ona na własne życie, a my - cały naród - zostaliśmy bez ani jednego członka głównej linii królewskiego rodu… Zapanował chaos i niepewność, Na’Zahir stał się rannym zwierzęciem z połamanymi nogami i wyłupionymi oczami. Na ten moment czekał drapieżnik.
Kraj podbito z łatwością, która nikogo nie powinna dziwić, zważywszy na okoliczności. Próbowano walczyć, w stolicy kilka dni trwały zamieszki, które jednak zostały zduszone wręcz błyskawicznie. Walki w pałacu trwały dwa dni, broniliśmy zawzięcie każdego łokcia korytarzy, ale nie mieliśmy większych szans. Gdy nastał koniec, byłem po łokcie ubabrany we krwi i z wyczerpania nie widziałem na oczy. Koniec walk stał się istnym chaosem, nie mogliśmy już utrzymać żadnej formacji, każdy walczył na własny rachunek, a morale były tak dramatycznie niskie - nawet nie wiedzieliśmy po co i dla kogo walczymy, czuliśmy jedynie taki obowiązek, który z czasem zaczął przegrywać z chęcią przeżycia, bo przecież i tak nikt nam za to nie podziękuje. Wtedy dopiero wprowadziłem w życie wszystkie nauki, jakie otrzymałem za pośrednictwem Malama, choć pamiętam to jak przez mgłę - nie dałem się zabić, może nawet komuś pomogłem, na pewno w jednej chwili przejąłem przywództwo nad grupą strażników wokół, gdy zabito najwyższego z nas rangą. Później jednak ugięliśmy się; to była kwestia czasu, a wtedy rozbrojono nas i zebrano na pałacowym dziedzińcu - wszystkich strażników bez wyjątku. Szybko się z nami uporano, najeźdźca doskonale wiedział co zrobić, byśmy więcej nie mogli kąsać. Określono pewien stopień w hierarchii straży, powyżej którego wszystkich bez wyjątku ścięto - nie muszę mówić, że byli to wszyscy mężczyźni z mojej rodziny z wyjątkiem mnie, bo ja jeszcze byłem za niski rangą. Wybrano jeszcze kilku wyjątkowo oddanych upadłej monarchii żołnierzy i tych widowiskowo stracono na głównym rynku miasta, by nikomu nie przyszło do głowy sprzeciwiać się przejęciu władzy… A później nastał nowy porządek, który dla zwykłych obywateli nie różnił się specjalnie od poprzedniego, bo podatki i praca były te same, tylko nie było już K’umeti, nie było K’aminy, tylko jacyś obcy, ale to wypływało jedynie od czasu do czasu w rozmowach. Przebywającą na wygnaniu księżniczkę wspominano z pewną tęsknotą, bo była uwielbiana przez tłum, ale nikt nie śmiał wspominać o tym, by wróciła na tron. Zresztą, nie było nawet wiadome czy żyje.
Do mnie zaś w tym czasie krzywo uśmiechnął się los - najeźdźca, by zaprowadzić porządek i uzupełnić braki w pałacu, szybko awansował co zdolniejszych strażników i ja byłem wśród nich, bo nie było już nikogo, kto kwestionowałby moje umiejętności; nikogo, kto nazwałby mnie “czarną owcą el-Bihtu”. Wręcz może w tym momencie jawiłem się jako “czarny koń”. Oczywiście była nas garstka, bo wszystkie najważniejsze stanowiska dostali jego ludzie. Awans wcale mnie nie cieszył - straciłem połowę rodziny w trakcie walk, mojej matce serce pękło z żalu i targnęła się na własne życie po tym, jak była świadkiem egzekucji ojca, Antsu zaś przywdziała żałobę, uznała mnie za najważniejsze, by nie powiedzieć jedyne źródło swych nieszczęść, za niedojdę i sprzedawczyka - i przestała ze mną rozmawiać. A ja nie miałem innego wyjścia, jak starać się na razie przeżyć, by może w przyszłości odmienić swój los. Mogłem oczywiście dać się stracić w imię dumy i honoru, lecz co by to dało? Wolałem odczekać.


- Masz potencjał - mówi on zblazowanym tonem, bym zaczął merdać ogonem i łasić się jak pies, którego się zapyta “kto jest grzecznym chłopcem?”. - Otwarty umysł, to cię wyróżnia. Możesz wiele zrobić, by ten kraj stał się lepszym miejscem. Musisz tylko wykonać dla nas jedną misję.
Złapać księżniczkę. No pewnie, to takie proste: odnaleźć ją i przyprowadzić, bo ślub naszego nowego władcy z księżniczką z poprzedniej dynastii tak bardzo umocni jego pozycję, a ja jako ten, który tak dopomógł sprawie, dostąpię nie wiadomo jakich zaszczytów. Nieźle to sobie wykombinowali - oferta jest naprawdę kusząca, wystarczy sprowadzić K’aminę do kraju i mogę osiągnąć to wszystko, czego nie miałem za panowania jej ojca… Któż by odmówił? Ja na pewno nie. Przyjmują więc dwie sakiewki - jedną ze złotem, a drugą z bransoletą, która pozwoli księżniczce wrócić do kraju - i po chwili wychodzę. Wyruszam skoro świt.

Dane gracza: Sadik

Nazwa użytkownika:
Sadik
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Mniszek, Mitra, Rianell, Rael, Maximilaan,
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
N cze 17, 2018 12:23 pm
Ostatnia wizyta:
N cze 17, 2018 11:04 pm
Liczba postów:
5 | Znajdź posty użytkownika
(0.01% wszystkich postów / 0.03 posty dziennie)
Ostatni post:
[Trakt] Obowiązki wzywają
So lis 03, 2018 9:52 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Równina Maurat
(Posty: 5 / 100.00% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Trakt] Obowiązki wzywają
(Posty: 5 / 100.00% postów użytkownika)
cron