Oglądasz profil – Nataniel

Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Nataniel "Terier Inkwizycji" Romero-Flint
Rasa:
Czarodziej
Płeć:
Mężczyzna
Wiek:
640 lat
Wygląda na:
40 lat
Profesje:
Mag, Łowca, Nauczyciel
Majątek:
Zamożny
Sława:
Sławny

Aura

Nagły huk i grzmot objawia tobie czytelniku tę potężną, zmatowiałą aurę, rozbłyskiem ametystu zwracając uwagę na jej ostre rysy; budząc szacunek i respekt. Kolejne wyładowanie i czujesz jak włosy na głowie unoszą ci się, a skóra drętwieje. W rodzących się płomieniach nie czujesz jednak groźby, a przyjemne ciepło, zapraszające cię bliżej. Posmak łagodny i lekko kwaskowaty, ozdabia ciężką gorycz postanowień, a woń starych ksiąg wypełnia pokój, kiedy grzmoty zastępuje pojedynczy, głęboki ton sprzyjający skupieniu. Delikatna lepkość skórzanego fotela i twarde oparcie sprawia, że chętnie uciąłbyś sobie drzemkę, zapadnięty w rozkosznie uginające się pod tobą obicie, lecz uczucie dziwnego spełnienia nie pozwala oderwać się od lektury - z zapałem śledzisz srebrne litery zapisane różnymi językami, przewracasz coraz szybciej kobaltowe karty, zapominając całkowicie o znużeniu. Twój puls przyspiesza kiedy myślisz, że właśnie znalazłeś odpowiedź - lecz właśnie wtedy liczne głosy wywracają pokój i po gładkiej powierzchni zjeżdżasz do… stołówki. Tak, w zasadzie byłeś już głodny.

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Nataniel
Grupy:
Martwe postacie:
Płeć gracza:
Mężczyzna

Skontaktuj się z Nataniel

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
3 lat temu
Ostatnio aktywny:
2 dni temu
Liczba postów:
13
(0.01% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.01)
Najaktywniejszy na forum:
Księga Boskich Praw
(Posty: 6 / 46.15% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
[Na skraju pustyni] Słowa Krwawej Matki
(Posty: 6 / 46.15% wszystkich postów użytkownika)

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:raczej wytrwały, odporny
Zwinność:zręczny, precyzyjny
Percepcja:dobry wzrok, dobry słuch, czuły zmysł magiczny
Umysł:bystry, ineligentny, b. silna wola
Prezencja:godny, przekonywujący

Umiejętności

Wiedza tajemnaMistrz
Po latach studiów został profesorem więc wiedzę jak poprawnie korzystać z magii posiada.
Nauki ścisłeEkspert
Matematyka, fizyka, chemia.
AmaniBiegły
Zaniedbał ćwiczenia gimnastyczne na rzecz umacniania swojej woli i jasności umysłu.
Pisanie i czytanieBiegły
Walka wręczBiegły
Nie raz, nie dwa się z kimś bił.
EtykietaBiegły
Często zdarzało mu się ukrywać na królewskich dworach.
PoliglotyzmBiegły
Krasnoludzki, elficki, smoczy.
Czytanie aurBiegły
PrawoZaawansowany
BestiologiaZaawansowany
Czarnoksiężnicy często nasyłali na niego różne, rozwścieczone bestie, toteż przeszedł przyśpieszone kursy o ich mocnych i słabych stronach, jak i samej naturze bestii.
BotanikaZaawansowany
Wie, które rośliny nadają lub nie nadają się do powszechnego użytku.
Odnajdywanie źródeł magiiZaawansowany
Bliskość magicznych przedmiotów odzywa się mrowieniem w palcach. Chyba, że maskują je potężne czary.
Pismo runiczneZaawansowany
MedycynaZaawansowany
DemonologiaOpanowany
Wiedza o światachOpanowany
Wiedza o duchachOpanowany
O duchach i ich świecie wie tyle, że przez nie stracił pięćdziesiąt lat życia.
TaniecOpanowany
Na salonach często prosił damy do tańca dla zachowania pozorów.
AktorstwoOpanowany
W półświadku często przedstawiał się imieniem kogoś innego i to chyba cud, że nikt go nie rozpoznał.
RytualizmPodstawowy
SzamanizmPodstawowy
JeździectwoPodstawowy
Woli spacerować ale w ostateczności wsiądzie z dobrej strony i nawet utrzyma się w siodle.

Cechy Specjalne

GłodomórZaleta
Nataniel potrafi dużo zjeść i choć nigdy nie daje tego po sobie poznać, zawsze chodzi głodny. Na szczęście potrafi zaspokajać tę potrzebę dzięki magii energii, pobierając ją z otoczenia i zwykłych przedmiotów. Ciężko mu się tym w pełni nasycić, jednak wystarcza pomiędzy kolejnymi wizytami w tawernie. Dobremu posiłkowi nigdy jednak nie odmówi.

Magia: Rozkazy

EnergiiMistrz
IstnieniaEkspert
OgniaEkspert
ŻyciaAdept

Przedmioty Magiczne

Projektor teleportacyjnyTajemny
Nataniel odziedziczył ten antyk po swoim ojcu, a że wciąż działa, nie miał powodów, aby go wyrzucić lub z niego nie skorzystać. Artefakt przedstawia ludzką czaszkę naturalnych rozmiarów, wykonaną przez krasnoludy z ciemnego kryształu metodą odlewniczą (Jak sprawić żeby kryształ zyskał formę ciekłą? Tylko one to wiedzą). W dotyku sprawia wrażenie pokrytej piaskiem. Wewnątrz, jak i na zewnątrz oczodołów wyryto szereg starych i zapomnianych już run, ktorych odczytanie nawet czarodziejom sprawia trudność, a na potylicy i zębach wybito znak pentagramu. Przedmiot ten jest jednym z dwóch, magicznie połączonych ognisk, pozwalających właścicielowi podróżować między nimi. Aby go uaktywnić należy zapalić świeczkę, wsadzić ją czaszce do ust i zaczekać na otwarcie portalu. Zgaszenie płomienia automatycznie zrywa połączenie. Nie istnieje możliwość teleportowania się w inne miejsce niż bliźniacze ognisko, a wszelkie próby naginania transmisji mogą mieć tragiczne konsekwencje. Ogromną zaletą tego artefaktu jest jego niewidzialność dla wszelkich zaklęć tropiących, minusem natomiast (w przypadku transferu przedmiotów ożywionych, w tym ludzi) straty energii. Przed jego użyciem dobrze jest więc zjeść duże śniadanie. Nataniel wykorzystuje owe projektory do podróżowania między domem, a swoim gabinetem na Magicznym Uniwersytecie w Rapsodii.
Magiczne kartyZaczarowany
Czterdzieści kart z białego, kredowego papieru, o brzegach zdobionych złotem, jedną stroną czystą, a drugą ostemplowaną pentagramem. Każda z nich może przechowywać dokładny model aury surowca, z którego później łatwiej go odtworzyć. Jedna karta może przechowywać dokładnie jeden taki model po uprzednim dotknięciu nią danej powierzchni. Nataniel dostał je od swojego przyjaciela, Mortimera, a że potrafi tworzyć rzeczy z czystej energii, są one bardzo przydatne.

Charakter

Nataniel, który przeżył już na tym świecie prawie sześć i pół wieku, wyrobił o sobie opinię człowieka, na którego zawsze można liczyć i którego nie sposób zawrócić z raz objętej ścieżki. Jest konsekwentny w swoich działaniach i niesamowicie uparty, a drobne przeszkody na drodze stanowczo usuwa. Te większe również ponieważ pradawny traktuje je jako sprawdzian dla własnych, nabytych z biegiem lat, umiejętności, choć nie zawsze wszystko układa się po jego myśli. Na szczęście on sam potrafi się do tego przyznać, jego duma i pycha nie są tak wygórowane jak te u smoków lub niektórych czarodziejów, którzy uważają się za zbawicieli świata bo poznali część jego sekretów. Nataniel zbyt wiele czasu spędził wśród zwykłych ludzi żeby unosić się ponad nimi. Towarzyszy mu skromność, uczciwość, empatia i współczucie dla krzywd, jakie dotykają istoty śmiertelne. On sam również do nich należy, jednak widmo śmierci w sposób naturalny nie depcze mu po piętach. Inaczej ma się sprawa w przypadku zamachów na jego życie. Nataniel, po za przyjaciółmi, ma także wrogów, i to więcej niż jest w stanie zliczyć. Ten dobry samarytanin został częściowo wychowywany przez inkwizycję, tak więc posiada szczególny stosunek do magii, który nakazuje mu szanować wszystkie jej prawa i strzec należytego porządku. Problem w tym, że nie wszyscy myślą podobnie. Dla tych, którzy zakłócają spokój i próbują ujarzmić te naturalne siły, Nataniel jest solą w oku. Jako były Łowca Czarnoksiężników, osławiony "Terier Inkwizycji", tropił i likwidował wszelkie organizacje zgłębiające tajniki czarnej magii i wykorzystujące ją przeciwko naturze Prasmoka. Część z nich poprzysięgła mu zemstę, jednak tego czarodzieja nie tak łatwo nastraszyć. Prywatnie Nataniel jest typem bardzo towarzyskim i nie znoszącym dudniącej w uszach ciszy, z wyjątkiem tych kilku godzin dziennie, które poświęca książkom i badaniom. Po za nimi bardzo często można go spotkać w karczmie przy piwie i sytym posiłku, na mieście kosztującego lokalne przysmaki ze straganów lub na uniwersytecie, gdzie aktualnie pracuje, użerając się z uczniami, jak i innymi profesorami - kolegami po fachu z młodzieńczych lat - oraz zaglądając do stołówki. Posiada spory dystans do samego siebie, jego wilczy apetyt jest podstawą żartów o nim samym, nikomu nie próbuje na siłę się przypodobać i zawsze wie, kiedy należy sobie odpuścić. Jego zdaniem świat powinien choć na chwilę stanąć w miejscu i głęboko odetchnąć. Jako tradycjonalista wierzy też w tak zwaną "dobrą, starą szkołę", potępia chodzenie na skróty, nagradza ciężką i solidną pracę. Z tego powodu wielu studentów dostrzega w nim autorytet, choć są i tacy, którym nieodpowiada jego tok myślenia. Ale zawsze się tacy znajdą. Jest poważny kiedy trzeba i czasem zabawny gdy wypije o kilka kieliszków za dużo, choć to ostatnie zdarza się bardzo rzadko. Jednym słowem to pogodny człowiek w sile wieku, co z tego, że przez ostatnie lata trochę posiwiał.

Wygląd

Nataniel jest wysokim i dobrze zbudowanym mężczyzną, wybiegającym po za stereotypowe wyobrażenia ludzi o czarodziejach. Nie jest ani siwym starcem, ani pięknym młodzieńcem. Ma dokładnie sto dziewięćdziesiąt dwa centymetry wzrostu i waży około stu dziesięciu kilogramów, przekutych latami treningu w solidny zestaw mięśni, przykrytych cienką warstwą tłuszczu. W odróżnieniu od coraz to młodszych pokoleń on nigdy nie uciekał od ciężkiej pracy. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie tęgiego robotnika o szerokich barkach, długich ramionach i spracowanych, szorstkich dłoniach, jednak sporo zyskuje przy bliższym spotkaniu. Twarz ma surową i podłużną, potraktowaną ogniem z prawej strony (blizna na łuku brwiowym i policzku) oraz nożem z lewej (widoczny ślad po cięciu u nasady nosa między oczami i na lewej skroni). Rude, gęste włosy i broda dotknięte powolnym procesem siwienia, a oczy w kształcie migdałów w kolorze brązowym. Ubiera się staromodnie z naciskiem na wygodę i swobodę ruchów. Biała koszula, skórzane, szerokie spodnie wiązane na sznur, czerwony żupan z klamrami i wyciętymi rękawami, mokasyny na płaskim obcasie i opończa podbita lisim futrem to zestaw, w którym zawsze moża go ujrzeć. Dodatkowo Nataniel nosi ozdobną biżuterię w postaci srebrnego sygnetu z wygrawerowanym łabędziem (symbol Rapsodii), a także złoty wisior przynależości do Zakonu Inkwizycji (oko z promieniami słońca zamiast powieki). Chód ma pewny siebie, zdecydowany krok i zawsze proste plecy, a gdy się odezwie to po męsku, nisko i stanowczo.

Historia

Urodziłem się w Rapsodii, jednak wychowywałem samotnie u boku ojca w Ascant-Flove, gdzie pracował nad artefaktami zamierzchłych czasów. Matka odwiedzała nas raz, czasem dwa razy do roku, chcąc się upewnić, że niczego mi nie brakuje. Czarodzieje nie są znani z zakładania stałych rodzin i moi rodzice nie byli pod tym względem wyjątkiem. Poznali się na jeszcze na studiach i kontynuowali znajomość długo po ich ukończeniu. Dwa skrajne charaktery i odmienne pomysły na życie, a jednak nić wzajemnego zrozumienia. To zawsze ich ze sobą wiązało. Ktoś mógłby mi dopiec, że to przypadek, że przyszedłem na świat, ale nawet się za to nie obrażę. Finalnie żadne z nich nie odwróciło się plecami od odpowiedzialności. Ojciec zabrał mnie do siebie ponieważ z natury był człowiekiem wrażliwszym. Matka nie oponowała, choć z początku lubiła krytykować jego metody wychowawcze.
Pierwszą połowę dzieciństwa spędziłem pod kluczem, jeśli tak to mogę nazwać ponieważ w wieku siedmiu lat potrafiłem strzelać błyskawicami z palców nawet przez sen, co nasunęło wnioski, że łatwo absorbuję energię magiczną z otoczenia, jednak nie potrafię jej utrzymać. Miały to być zadadki na świetniego czarodzieja, ale tata nie chciał zapeszać. Magia energii towarzyszy mi zatem od samego początku. Edukację rozpocząłem w zwykłej szkole dla ludzi, gdzie nauczyłem się pisać, czytać i liczyć. Okazało się, że dobrze mi idzie z liczbami, że potrafię opisać świat za pomocą kilku prostych wzorów. Nigdy nikomu tego nie mówiłem, ale czasami gdy na coś spojrzałem, miałem gotową ścieżkę rozwiązań przed oczami, jakby przyklejoną do powiek.
Gdy zacząłem czarować bardziej świadomie, przenieśliśmy się do Rapsodii. W szkole dla czarodziejów kontynuowałem swoją naturalną zdolność do magii energii, a także rozwinąłem się w dziedzinie istnienia. Po odkryciu, że matematyka siedzi także w fizyce i chemii, zrozumiałem, że skoro mogę opisać świat liczbami, to zrobienie tego z jabłkiem nie będzie stanowić większego problemu. Poznałem wzory struktur i pod koniec podstawowego systemu edukacji potrafiłem zmaterializować w powietrzu sztabkę czystego srebra. Potem poszedłem na Magiczny Uniwersytet.

- Jestem Mort - kościana dłoń była pierwszą, która wyszła na spotkanie nowemu współlokatorowi. - Drugi rok na Uzdrawianiu i okultyźmie.
- Nataniel - odpowiedział wesoło chłopak z potarganą, rudą fryzurą. - Pierwszoroczny. Wysokie Energie i Struktury.
- Fajnie. A to Gabe - lich wskazał na dzieciaka z okrągłą twarzą, stojącego niepewnie przy oknie. - Też pierwszoroczny. Żywioły.
- Miiiłło pozzznać - wydukał Gabe i postąpił krok bliżej. - Przeeepprasszamm alle jesstemm dośśść nieśmiałły.
- Nie szkodzi - odparł ten rudy i rzucił walizkę na jedyne wolne łóżko. - Mam przeczucie, że się dogadamy.
Na twarzach dwóch chłopców i licha zagościły szerokie uśmiechy.
- W jakiej magii się specjalizujecie?
- Ja odprawiam rytuały - zaczął nieumarły, sięgając do kieszeni szaty po kredę. - Ale póki co moje czarcie kregi są krzywe i nigdy nie wiadomo co wyczaruję.
- Jjja inkkkantacjee. Mówwwię oggień i jjest ogieeń.
- Super. Ja rozkazuje. Myślę o jabłku i mam jabłko. - Po czym czerwony, soczysty owoc spadł na głowę licha, głucho odbijając się od czaszki. - Przepraszam.
- Nie szkodzi. To nawet fajne. A potrafisz tak ze złotem?
- Jeszcze nie. Raz udało mi się ze srebrem, ale cały miesiąc studiowałem jego budowę.
- To może to ci pomoże - Mort sięgnął pod płaszcz i wyjął talię kart. Każda z nich miała złocone brzegi i była wykonana z kredowego, szorstkiego papieru, z jednej strony biała, z drugiej obarczona znakiem pentagramu. - To karty do aur. Są bardzo popularne wśród magów zajmujących się Istnieniem. Dotykasz nią naprzykład żelaza, a na białej stronie pokazuje się model jego z którego łatwiej ci go odtworzyć. Dostałem takie dwie od wuja. Dam ci jedną. Tylko pamiętaj, że jedna karta może przechowywać jedną rzecz. W sumie czterdzieści kart.
- Dziękuję. I nawet mogę się odwdzięczyć - powiedział rudzielec i sięgnął do bocznej kieszeni walizki. - To kieszonkowa wersja Anatomii według Burgle'a. Matka myślała, że będę uzdrawiać tak jak ona. Tobie bardziej się przyda.
- A dla ciebie - w ręce jąkającego się maga żywiołów powędrowały cztery kwarcowe kulki.
- Ggąsiorry - dokończył Gabe, ostrożnie przyjmując prezent.
- Co? - zdziwił się lich.
- Takie żywiołowe zabawki do robienia żartów - wyjaśnił Nataniel - Zamykasz w kulce jeden z żywiołów i ciskasz nią o podłogę. Po rozbiciu wychodzi gęś naturalnych rozmiarów oblana żywiołem z kulki i atakuje najbliższą osobę. Ogień podpala ci spodnie, ziemia dziobie po kostkach, powietrze dmucha, a woda strzela wodą. Po dwóch minutach gęś się rozpływa. Niestety mam tylko cztery.
- Ttto i ttak dużżo. Dzdziękujję.

Zanim się obejrzeliśmy, wszyscy trzej staliśmy przed komisją egzaminacyjną. Rok za rokiem ciężko pracowaliśmy aby odnieść sukces i wyrwać się z murów akademii. Przynajmniej ja ponieważ Mort i Gabe postanowili zostać i kontynuować swoje badania jako profesorowie. Ja z kolei wyjechałem zwiedzić trochę świata, a przynajmniej tę jego część, której nie ruszyła wojna. Odwiedziłem ojca w Ascant-Flove i matkę w Trytonii, gdzie akurat pomieszkiwała. Obydwoje byli bardzo dumni z uzyskanego przeze mnie tytułu mistrza w dziedzinie magii energii w tak młodym wieku.
Później wróciłem i kiepskim zrządzeniem losu zaciągnąłem się do armii. Bariera Rapsodii chroniła przed wszelkim złem zewnętrznym, jednak nie mogliśmy patrzeć bezczynnie na problemy naszych sąsiadów. W Rododendronii przyjęto mnie z otwartymi ramionami i wcielono do grupy magów bojowych, strzegących Północnej Bramy. To tam nauczyłem się parać ogniem i leczyć powierzchowne rany z pomocą magii życia. Było we mnie coś z matki.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że czarodzieje w tym kraju są pod baczną obserwacją Inkwizycji, o czym poinformowano mnie na pierwszym przesłuchaniu.

W pokoju bez okien, gdzie jedynym meblem jest drewniany stołek, a źródłem światła dogasająca na podłodze świeca nie ma miejsca na oszczędne gospodarowanie prawdą. Zwałaszcza, że strażnik umie czytać ci w myślach i trzyma w ręce nabitą kuszę.
- Imię i nazwisko?
- Nataniel Romero-Flint. - odpowiedział podejrzany.
- Lat?
- Czterysta dwadzieścia trzy.
- Rodzina?
- Matka, Selena i ojciec, Alabast. Miejsca pobytu Trytonia i Ascant-Flove.
- Sprawdzimy. Zdobyte wykształcenie?
- Ukończone studia wyższe na Magicznym Uniwersytecie w Rapsodii, obronione z dziedziny magii energii i istnienia z otrzymaniem tytułu mistrza w tej pierwszej, znajomość run starszych, język wspólny, smoczy i krasnoludzki biegle w mowie i piśmie, nauki ścisłe na poziomie bardzo dobrym, przysposobienie do magii bojowej w dziedzinie ognia i podstawy walki wręcz.
- Według raportu egzaminy zdane terminowo, każdy powyżej dziewięćdziesięciu procent przy zaledwie dwudziestoprocentowej obecności na zajęciach. W trakcie studiów liczne ucieczki i zatargi z profesorami, kilka razy grożono też panu wydaleniem z powodów dyscyplinarnych.
- Małe nieporozumienia.
- Rozumiem. Pojedynek na rynku to również nieporozumienie?
- Mieliśmy odmienne poglądy na pewne sprawy.
- W raporcie stoi jednak, że spalił pan pół kamienicy, wysadził fontannę i zniszczył bruk.
- A mój oponent ranił trzydzieści jeden osób. Moje błyskawice przynajmniej nie wyszły po za teren pojedynku.
- To żadna obrona niewinności i przypominam, że dano panu do niej prawo ponieważ ma pan wzorowy przebieg służby i przydatne dla Zakonu umiejętności. W normalnych okolicznościach Inkwizycja nie pozwala rzucać zaklęciami na prawo i lewo.
- A dzięki układowi z wami zyskam tę przychylność?
- Pod nadzorem jednego z naszych najlepszych ludzi.

Rok później byłem już pełnoprawnym członkiem Zakonu i wraz z innymi tropiłem oraz likwidowałem czarnoksiężników. Początkowo działaliśmy w granicach królestwa Rododendronii, jednak magia jest wszędzie. Podobnie jak niegodziwcy. Zbrojne ramię Inkwizycji otrzymywało niepokojące zgłoszenia o nadnaturalnych wypadkach z całej Łuski. Tam, gdzie straszył jakiś duch lub znaleziono potężny artefakt, znajdował się ktoś chętny go wykorzystać dla własnej potęgi. Nie było więc innego wyjścia, jak tylko uciszyć temat zanim ten ktoś zmieni Alaranię w pustkowia rodem z Otchłani. Odpowiadałem jedynie przed Radą, miałem wolną rękę w działaniu, dostęp do kontaktów Zakonu i własnych, zdobytych przez długie lata inwigilowania przestępczego półświadka, do którego wprowadził mnie sir Samuel Vimes, przydzielony mi nadzorca i stary cwaniak, który za wszelką cenę starał pozbyć się mnie z uczelni. Ostatecznie jednak wystawił ocenę celującą podczas obrony i miałem nadzieję, że nigdy go już nie spotkam.
Ale wracając, w przeciwieństwie do innych okazałem się odporny na głoszone tam herezje i nigdy nie sprzeciwiłem się prawom, na których mnie wychowano. Czasem musiałem kłamać, czasem kraść i w końcu zabijać, ale nie odwróciłem się plecami od czynienia dobra. Jednak po latach trafiła kosa na kamień.
Luna, medyczka z Nowej Aerii, u której raz czy dwa leczyłem poranione ciało miała przepiękne oczy i cudny uśmiech. Lubiła spacerować, opiekowała się nie tylko ludźmi, ale i zwierzętami i nigdy nie użyła magii w sposób szkodliwy przeciwko drugiej żywej istocie. To nie miało prawa się udać. Zwłaszcza, że łatwe kłamanie zbirom to co innego niż kłamanie tej dziewczynie prosto w oczy. Mimo to postanowiłem zaryzykować, nie wiedząc, że grzechy przeszłości nie dadzą mi zasnąć.

Czarne niebo przecięła błyskawica, w świetle której Gabe West, dziekan wydziału Magii Stosowanej na Uniwersytecie w Rapsodii nie miał wątpliowści, że pocięta nożem i zalana krwią twarz porzuconego na szkolnym dziedzińcu trupa należy do jego przyjaciela. Powiadomiony o tym incydencie przez dozorcę o drugiej w nocy, nie zastanawiał się nawet nad włożeniem butów i wybiegł na deszcz jedynie w szlafroku. Niestety dotarcie na plac przed studentami oraz innymi członkami grona profesorskiego graniczyło z cudem. Na szczęście ci drudzy szybko opanowali sytuację, teleportując co bardziej ciekawskie pary oczu i uszu spowrotem do ich kwater.
- Co się stało?! - zapytał West, padając na kolana przy ciele i drżącymi rękoma ocierając z krwi twarz przyjaciela.
- Wilkins robił obchód jak co wieczór - odpowiedziała lady Selachii, opiekunka alchemików. - Twierdzi, że zanim go znalazł, unosiła się tu srebrzysta mgła. I że zrobiło się strasznie zimno.
- Srebrzysta mgła?
- Tak.
- I ziąb jak w kostnicy?
- Tak.
- I pewnie widział też światła - stwierdził dziekan, już nieco przytomniej, okrywając ciało przyniesionym na prędce pledem do owijania roślin w zimie. - A także drzewo, którego nigdy wcześniej nie widział.
- Skąd ty...
- To Widmowa Wierzba - wtrącił Mortimer De'ath, doktor w dziedzinie nekromanckich rytuałów, kucając by pomóc. - Pojawiają się raz na nie wiedzieć ile minut lub lat, prawie nigdy dwa razy w tym samym miejscu, tworząc naturlany portal do świata duchów.
- Czyli on udał się w podróż astralną?
- Na to wygląda, choć nie tyle udał się, co został wysłany. Spójrz tylko na jego rany. Nie ma szans żeby sam się tak okaleczył.
- Ale kto to wogóle jest? Gabe, Mortimer znacie go?
- Ty też go znasz. To Nataniel Romero-Flint - wyjaśnił Gabe West, wydobywając z kieszeni zmarłego medalion w kaształcie oka promieniującego niczym słońce. - Inkwizytor.
- Terier? Przecież on nie żyje od pięćdziesięciu lat.
- Jeszcze żyje - dodał cicho doktor De'ath, ale że akurat bóg błyskawic skończył na dzisiaj, był doskonale słyszany.
- Co powiedziałeś?
- Że jeszcze żyje - powtórzył bez entuzjazmu, głosem eksperta, który całe życie badał naturę śmierci aż w końcu sam stał się jej elementem.
- Jesteś pewien? Nie czuję pulsu.
Wzrok licha stał się ciężki i zimny jak kamień, wywołując u wszystkich zebranych nieodpartą potrzebę zmówienia pacierza. Mimo to zostali na miejscach, jednak też nie wszyscy. Studenci na ten przykład - pouciekali.
Mając wtedy dość miejsca na, nie tyle nekromanckie, co ratujące życie rytuały, Mortimer De'ath wyjął z kieszeni kredę i zaczął rysować czarcie kręgi wogół konającego. Czasu swojego miał mnóstwo, cudzego niewiele, lecz gniewne spojrzenie dziekana nie było w stanie przyśpieszyć tego procesu. Gdyby się pomylił, równie dobrze mogliby mu już kopać grób.
- Odsuńcie się - nakazał i zaczął coś mamrotać.
A potem czarne niebo znowu przecięła błyskawica...

Kilka tygodni później zacząłem wracać do zdrowia. I to nie dzięki lady Selachii i jej alchemicznym naparom, a Mortimerowi i jego szachom, partii których chciałem uniknąć za wszelką cenę, co jest dość ciężkie kiedy jesteś przykuty do łóżka. Nie żebym miał coś przeciwko samej grze i ruszającym się figurom, tłukącymi się małymi pałkami przy każdym zbiciu, ale dwadzieścia cztery porażki pod rząd to nie na moje skołowane nerwy. Robiłem więc wszystko, żeby odzyskać władzę w nogach i uciec.
Zdaniem Westa miałem ogromne szczęście. Widmowe Wierzby rozpraszają ciało w iluzję, na którą nie oddziałowują żadne prawa fizyki, natury i czasu. Mój umysł pozostawał nieprzytomny, błąkał się po domenie duchów, a kiedy znalazł wyjście, obudził się i zażądał zwrotu całej reszty. To mnie uratowało. Problem jednak w tym, że nie pamiętam aby od utraty przytomności do momentu jej odzyskania minęło więcej niż kilka godzin. Dopiero Gabe uświadomił mi, że w Alaranii minęło pół wieku. Całe pięćdziesiąt lat przeleżałem w krainie lamentów, nawet o tym nie wiedząc. To było straszne. Ciągle o tym myśląc, zacząłem szukać odpowiedzi.
Oczywiście nie było to takie proste. W połowie książek o czarodziejach i ich dokonaniach, które ostatnio wydano, stało czarno na białym, że umarłem lub zaginąłem bez śladu. W towarzystwie przyjaciół odwiedziłem nawet swój symboliczny grób i rodzinne strony, jednak tamtejsi nic o nikim nie wiedzieli. Postanowiłem więc udać się do siedziby Zakonu w Rododendronii, sporo przy tym ryzykując. Inkwizycja nie spogląda przychylnym okiem na zaburzenia w naturalnym porządku rzeczy. Równie dobrze ktoś mógł mnie wskrzesić i wysłać z prowokacją. Mimo to zostałem doprowadzony przed oblicze mistrza, a potem króla i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu oraz szczęściu był to potomek człowieka, któremu przed półwieczem oddawałem pokłon. Udowadniając przed nim swoją rację, a także upominając się o spłatę długu starego króla, postanowiłem odejść zgodnie z tym, co o mnie pisali, jednak na lekko zmienionych warunkach.

- I co teraz? - zapytał West, stukając laską o kamienny piedestał. - Emerytura?
- Chyba tak - odpowiedział mu jego gość. - Tylko nie wiem od czego zacząć.
- Możesz podróżować, zaszyć się gdzieś na końcu świata albo założyć rodzinę. Zawsze narzekałeś, że to zbyt niebezpieczne dla twojej profesji. Teraz jesteś wolny.
- To prawda, ale jestem już chyba za stary na miłość. Mogłem o tym pomyśleć pięć dekad temu. Teraz nie mam tam czego szukać. Na szczęście mam jeszcze kamienicę po ojcu.
- Tę w Ascant-Flove?
- Tak.
- I co z nią?
- Nic. To dobre miejsce żeby spędzić emeryturę.
- Siedem tysięcy lat gnieżdżenia tyłka w wytartym fotelu?
- A masz inny pomysł?
- Właściwie to mam - usta dziekana wykrzywiły się w ten paskudny uśmiech, który obaj mężczyźni doskonale znali z wprowadzania w życie swoich nikczemnych, dziecięcych planów. - Katedra Magii Wysokich Energii naszego uniwersytetu szuka opiekuna i tak się składa, że razem z Mortem zasiadamy w komisji rekrutacyjnej.
- Że niby ja mam uczyć? Ja?
- No co? Ukończyłeś te mury z wyróżnieniem, walczyłeś w kilku wojnach, zostałeś mistrzem w sztuce magii, byłeś inkwizytorem i przeżyłeś podróż po świecie astralnym, to i z dzieciakami sobie nie poradzisz?

Posiadłość

Lokalizacja: Hrabstwo Ascant-Flove
Nataniel przejął po ojcu piętrowy dom z szarej cegły na podmurówce z różowego marmuru i niebieskimi dachówkami, położony w centralnej części miasta. Łatwo go przeoczyć ponieważ budynek wciśnięty został pomiędzy piekarnię i kuźnię, a jego okna i główne drzwi nikną w cieniu dzikiego bluszczu porastającego frontową fasadę. Z zewnątrz wydaje się wąski i mały, jednak w środku jest dość miejsca aby pomieścić czteroosobą rodzinę. A przynajmniej byłoby, gdyby właściciel dbał o porządek. Główny korytarz i schody, których nie sposób minąć bo są naprzeciwko wejścia służą za biblioteczkę. Oprawione w skórę grube tomy piętrzą się na każdej wolnej powierzchni, zbierając warstwy kurzu. Znajdzie się tu literatura klasyczna, poezja, traktaty magiczne, książki kulinarne i obyczajowe. Na parterze, na prawo od schodów znajduje się też przytulny aneks kuchenny połączony z salonem, w których stoją: ceglany piec, krzywy stół, trzy krzesła, kilka szafek na kuchenne drobiazgi i stary, wytarty fotel. Są też półki pełne zakurzonych i bezużytecznych artefaktów sprzed milennium należące do poprzedniego właściciela, jednak obecny nie ma serca ich wyrzucić. Na piętrze z kolei znajdują się trzy pokoje: wyposażona w blaszaną wannę łazienka, pełen kolejnych książek na podłodze gabinet z łóżkiem polowym i próchniejącym biurkiem oraz pokój gościnny służący za graciarnię. Jest też skromnie zaopatrzona piwniczka i stryszek z widokiem na rynek.
  • Najnowsze posty napisane przez: Nataniel
    Odpowiedzi
    Odsłony
    Data
  • [Na skraju pustyni] Słowa Krwawej Matki
    Mięso pustynnego żółwia było suche, łykowate, o nieciekawym kolorze i zapachu, w smaku przypominające złoty środek pomiędzy surowym grzybem, a lekko zjęczałym makaronem. Na szczęście w chwili powrotu elfa, czar…
    55 Odpowiedzi
    9432 Odsłony
    Ostatni post 1 tydzień temu Wyświetl najnowszy post
  • [Na skraju pustyni] Słowa Krwawej Matki
    - Jak sobie chcesz, ale nie zmienisz natury kawałka ostrej stali na drewnianym drągu. Bez względu na ilość i siłę zmagazynowanej tam energii magicznej, broń zawsze pozostanie bronią. Nie wiem co jej twórca miał…
    55 Odpowiedzi
    9432 Odsłony
    Ostatni post 1 miesiąc temu Wyświetl najnowszy post
  • [Na skraju pustyni] Słowa Krwawej Matki
    - Nonsens. Od czegoś przecież masz tę ostrą jak brzytwa włócznię - odpowiedział czarodziej, równając tempo chodu z towarzyszem podróży. - Z resztą nic tak nie koi apetytu, jak satysfakcja z własnoręcznie upolow…
    55 Odpowiedzi
    9432 Odsłony
    Ostatni post 2 miesiące temu Wyświetl najnowszy post