Pogromca królów
: Nie Sie 17, 2025 10:49 pm
Serenaa. Wielkie, portowe miasto, rzucone na brzegu Morza Cieni niczym ciemnozłota perła. Od północy oblane mrocznymi wodami, na południu jedynie wysoki mur oddziela je od nieprzyjaznych piasków pustyni.
Nick przesunął wzrokiem po szumiących cicho palmach porastających całe nadbrzeże, licznych statkach zawijających do portu i mrowiu istot, płynących w tę i z powrotem ciasnymi uliczkami. Spirale dróg i przejść ciągnęły się w górę, stożkowo oplatając wzgórze, na szczycie którego znajdował się pałac Króla. Królewskie ogrody wybuchały zielenią, eksplodując we wszystkie strony i zwieszając się z pałacowych murów.
Serenaa. Kupieckie miasto wypełnione egzotycznymi przyprawami, językami z każdego zakątka Alaranii i księgami ze wszystkich stron świata (tak, tak, księgami. Nick zdążył już dorwać w swoje szpony dwie czy trzy, zanim jeszcze na dobre przekroczył bramy miasta).
To tutaj zaprowadził go trop zgubionego zwoju. Po masakrze księcia w Arturonie, aktualny posiadacz zwoju ruszył brzegiem morza i skierował się właśnie do Sereny. Jego intencje nadal były niepewne, ale diabeł miał niejasne przeczucie, że życie kolejnego z dziedziców może być w niebezpieczeństwie. Czuł też ciążącą na sobie odpowiedzialność, bo wrót do przyzwania TAKICH demonów nie powinien dzierżyć żaden śmiertelnik. No i to puste miejsce na półce!
Ponownie zacisnął ze złości pięści. Wycieczka do Alaranii była intrygująca i z pewnością wiele się z niej nauczył, ale chciałby już wrócić do wygodnego fotela i otulającej ciszy Piekielnej Biblioteki. Do domu. Na to jednak nie zanosiło się zbyt szybko, bo trop, którym podążał od kilku dni, utopił się w mrowiu ludzi wypełniających miasto.
Piekielnik westchnął ciężko, cmoknął na Pana Oberka i prowadząc go za uzdę, skierował się w stronę głównej bramy. Przyzwyczaił się już do tego upartego stworzenia i nawet znalazł z nim nić porozumienia. Przynajmniej przez większość czasu, bo teraz Oberek złośliwie podskubywał mu rękaw koszuli.
- Przestań, cholero jedna! - warknął na niego, niecierpliwie machając ręką.
Widok czarnych pazurów przypomniał mu, że ludzie zazwyczaj boją się piekielników i wiele spraw łatwiej będzie załatwić w bardziej przyjaznej powłoce.
Odetchnął głęboko, rozłożył ręce i zaintonował kilka śpiewnych słów. Jego czarna skóra pokryła się jaśniejącymi znakami, a ciało zaczęło się kurczyć i przeobrażać. Po chwili przed ogierem stał blady arystokrata o kręconych, kasztanowych włosach i oczach w kolorze północnej mgły. Wygładził poły koszuli, poprawił torbę na ramieniu i spokojnym krokiem ruszył w stronę bramy.
Nick przesunął wzrokiem po szumiących cicho palmach porastających całe nadbrzeże, licznych statkach zawijających do portu i mrowiu istot, płynących w tę i z powrotem ciasnymi uliczkami. Spirale dróg i przejść ciągnęły się w górę, stożkowo oplatając wzgórze, na szczycie którego znajdował się pałac Króla. Królewskie ogrody wybuchały zielenią, eksplodując we wszystkie strony i zwieszając się z pałacowych murów.
Serenaa. Kupieckie miasto wypełnione egzotycznymi przyprawami, językami z każdego zakątka Alaranii i księgami ze wszystkich stron świata (tak, tak, księgami. Nick zdążył już dorwać w swoje szpony dwie czy trzy, zanim jeszcze na dobre przekroczył bramy miasta).
To tutaj zaprowadził go trop zgubionego zwoju. Po masakrze księcia w Arturonie, aktualny posiadacz zwoju ruszył brzegiem morza i skierował się właśnie do Sereny. Jego intencje nadal były niepewne, ale diabeł miał niejasne przeczucie, że życie kolejnego z dziedziców może być w niebezpieczeństwie. Czuł też ciążącą na sobie odpowiedzialność, bo wrót do przyzwania TAKICH demonów nie powinien dzierżyć żaden śmiertelnik. No i to puste miejsce na półce!
Ponownie zacisnął ze złości pięści. Wycieczka do Alaranii była intrygująca i z pewnością wiele się z niej nauczył, ale chciałby już wrócić do wygodnego fotela i otulającej ciszy Piekielnej Biblioteki. Do domu. Na to jednak nie zanosiło się zbyt szybko, bo trop, którym podążał od kilku dni, utopił się w mrowiu ludzi wypełniających miasto.
Piekielnik westchnął ciężko, cmoknął na Pana Oberka i prowadząc go za uzdę, skierował się w stronę głównej bramy. Przyzwyczaił się już do tego upartego stworzenia i nawet znalazł z nim nić porozumienia. Przynajmniej przez większość czasu, bo teraz Oberek złośliwie podskubywał mu rękaw koszuli.
- Przestań, cholero jedna! - warknął na niego, niecierpliwie machając ręką.
Widok czarnych pazurów przypomniał mu, że ludzie zazwyczaj boją się piekielników i wiele spraw łatwiej będzie załatwić w bardziej przyjaznej powłoce.
Odetchnął głęboko, rozłożył ręce i zaintonował kilka śpiewnych słów. Jego czarna skóra pokryła się jaśniejącymi znakami, a ciało zaczęło się kurczyć i przeobrażać. Po chwili przed ogierem stał blady arystokrata o kręconych, kasztanowych włosach i oczach w kolorze północnej mgły. Wygładził poły koszuli, poprawił torbę na ramieniu i spokojnym krokiem ruszył w stronę bramy.