Jezioro CaraTylko martwi nie kłamią

To właśnie władczynią tego jezioro według legendy miała zostać księżniczka Cara, najmłodsza z trzech sióstr. Wody tego jeziora mienią się zawsze kolorem czerni.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Eldrizze
Błądzący na granicy światów
Posty: 15
Rejestracja: 1 rok temu
Inne Postacie: Kerhje, Smilla, Umm, Zgniłek, Øra, Ophelia, Spinka
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Tylko martwi nie kłamią

Post autor: Eldrizze » 7 miesiące temu

Prawda lubi uciekać

        Tylko martwi nie kłamią. Zakon Skały wiedział o tym doskonale, był jednak na tyle wygodny (a może oszczędny?), by ścieżkę prawdy przez kłamstwa poznawać, gdy serce jeszcze bije, a dopiero gdy przestanie, przypieczętować informacje znakiem jakości. Jeśli twoje oczy stawały się puste, mroczni mieli pewność, że każda kolejna odczytana wiadomość będzie najszczerszą ze wszystkich, które w życiu dałeś.
        Oczy te barwą przypominały metalową chochlę, zbyt długo nieużywaną, by pozostać czystą. Rdza plamek zżerała je, by kiedyś całkiem pochłonąć i uczynić bezużytecznym. Zbyt długo nieużywane ujście prawdy doczekało się ratunku. Eldrizze zatrzymała postępującą korozję, by ostatnim wspomnieniem oczu była używalność. Zanurzyła chochlę w prawdzie. Wykorzystała oczy na tyle, ile jeszcze to było możliwe i pozwoliła im gasnąć, nie narażając się na ośmieszenie.
        Ślepia istot powierzchni zbyt często ulegały chorobie nieprzydatności. Niektórzy rodzili się z tęczówkami poznaczonymi niepożądaną barwą. W ich głowach to nic nie znaczyło, ale właścicielka ognistoczerwonych oczu znała prawdę. Znała podłą naturę swych upadłych braci, dlatego... czy nie była miłosierna?
        Ostrze znajdowało się niecały palec od osierdzia. Mroczna elfka nie czuła już oddechu ludzkiej kobiety, wytrzeszczającej na nią ślepia. Wstrzymała go, gdy tylko poczuła, jak śmierć zanurza się w jej klatce piersiowej, lecz teraz zatrzymała się, więc źrenice przeskoczyły z jednego ognistego punktu na twarzy oprawczyni, na drugi. Nadzieja?
- Masz jeszcze szansę powiedzieć mi prawdę.
        Mroczna elfka musiała używać mowy szczurów powierzchni, by zostać zrozumianą, ale nie musiała myśleć i działać jak one. Wiedziała jednak, że w obliczu końca – nawet jeśli ma być wybawieniem – ludzie zrobią wszystko...
        Z gardła przygniatanej kolanem do ziemi kobiety wydobyło się rzężenie, gdy ta spróbowała wydobyć dźwięk z zalewanej krwią krtani. Wzięła głębszy wdech, przełknęła własną posokę, z oczu poleciały kolejne łzy. Ledwo widocznie skinęła głową. Nacisk na żebra zelżał.
- Szybko – zażądała Eldrizze, schodząc z ciała kobiety, lecz nadal trzymając nóż wbity w jej pierś.
- To... koniec. Wytropią was... wy... i zniszczą. Jest oddział do walki... z wami.
- Gdzie?
        Kobieta milczała. Zakaszlała, ale to tylko pogorszyło jej stan. Ból zintensyfikował się i tylko dzięki nagłemu przerażeniu, którym powstrzymała kaszel, nie przekuła własnego serca na wylot.
- Gdzie stworzono oddział?
- S-Serenaa.
- Kto dowodzi?
        Kobieta pokręciła głową.
- Nie wiem! Nie znam jego imienia. Nie wiem, nie...
        Eldrizze pochyliła się nagle. Znów nie poczuła oddechu tamtej, za to ona mogła dokładnie poczuć jej.
- Po co im Salazar?
- To mroczny. I... zbyt ważny. M-myślą, że jest waszą... - kobieta raptem zakrztusiła się, jakby coś odebrało jej na moment powietrze z płuc, a potem oddało z dodatkiem śmieci.
        Eldrizze puściła nóż, uważnie obserwując ofiarę. Nie odwracając się wstała i machnęła na stojącego za nią kleryka. Wzięła go ze sobą, by leczył ją po starciu w Meot i na takie wypadki jak te. Był zdrajcą upadłych, pracował dla Zakonu.
- Napraw to.
        Mężczyzna dopadł kobiety w jednej chwili. Eldrizze odwróciła się. Spojrzała między drzewa na lśniącą pomiędzy nimi taflę jeziora. Było czarne, a w świetle zachodzącego słońca wydawało się zbiornikiem wypełnionym po brzegi krwią. Czarna woda skrzyła się czerwienią. Była piękna. I niebezpieczna. Mimowolny chłód ogarnął elfkę, gdy zdała sobie sprawę jak rozległy i głęboki był ten akwen. Świat nigdy nie pozwala zapomnieć o strachu. Nikomu. Śmierć uśmiechała się do każdego.
        Głęboki wdech, mokry kaszel, bulgot. Mroczna po raz kolejny odwróciła się i spojrzała na kobietę i kleryka.
        Nóż tkwił w sercu po rękojeść. Ofiara wypluwała ostatnie chwile życia. Krew zalewała ją, a nie mogąc już wsiąknąć w ubranie, spływała na ziemię i w niej znikała. Kleryka nie było.
        "Nie"! W jednej chwili znów dopadła do umierającej. Chciała coś zrobić. Rozejrzała się za mężczyzną. Pusto. Chwyciła głowę kobiety. "Miałaś umrzeć, ale nie teraz. Potrzebuję twoich kłamstw! To nie jest miłosierdzie". Jej przekrwione oczy w ostatniej chwili połączyły się z ognistymi członkini Zakonu Skały. Wypluła ostatnie tchnienie. Potem nagle przestała się ruszać. Zrobiła się lekka i uległa. Oczy przymknęły się, głowa opadła w bok. Fala krwi zalała dłonie elfki.
        Eldrizze puściła ją. Zdrajca upadłych zdradził wybrańców. Kleryk uciekł. Teraz pozostała tylko chłodna prawda, bez ścieżki prowadzącej od jednej informacji do drugiej. Ale stało się to zbyt wcześnie. Zbyt wiele kłamstw nie zostało jeszcze obnażonych. Głos opowiadający swoją historię zamilkł, ale wciąż był potrzebny. Na co jednak przyda się to martwe ciało bez odpowiednich znajomości? Tu, w środku lasu, nad Jeziorem Cara nie mogło stać się nic więcej. Żadna nowość nie zostanie już odkryta. Eldrizze nie będzie w stanie zrobić niczego więcej. Kobieta była jej już niepotrzebna.
        Wstała i wzięła głęboki wdech. Mogłaby utopić ciało, ale nie ufała wodzie. Była zbyt zdradliwa. Jedynie ogień był godzien zaufania. Białowłosa przymknęła oczy i zacisnęła dłoń.
        Trup zajął się łagodnym ogniem.

Awatar użytkownika
Morviles
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 7 miesiące temu
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Morviles » 7 miesiące temu

        Spojrzał z wyrzutem na podsunięty mu pod nos gulasz. Nie uniósł wzroku na tłustego karczmarza, który wracał już za swój kontuar, tylko wpatrywał się w miskę z posiłkiem. Wyraźnie widział, że danie zostało przygotowane nad wyraz nieumiejętnie, a jego składniki z pewnością nie były pierwszej świeżości, a raczej stanowiły zgraję resztek z innych specjałów tutejszej kuchni.
        Morviles westchnął, leniwie obracając łyżką wzdłuż miski. Ostatnie dni należały do niesamowicie uporczywych. Poczynając od trudnej i zdecydowanie zbyt długiej podróży, która uszczupliła jego wątłą sakiewkę oraz odzywała się pulsującym bólem pęcherzy na stopach, a na przewianym uchu, mokrym kaszlu, bólu stawów i przeziębieniu, których nabawił się właśnie na trasie kończąc. Teraz, kiedy ujrzał ten bynajmniej apetyczny posiłek, poczuł jak ciężar zawodu opada mu na barki.
        Mocno nachylony nad stołem siorbał każdą łyżkę okropnego gulaszu, co jakiś czas przerywając, by nie przemęczyć swoich kubków smakowych oraz by zerknąć do obszernego tomu "Almanachu Niemartwych", co ogółem robił w każdej wolnej chwili, chcąc przyswoić jak najwięcej nauk z księgi. Oczytywał właśnie rodział dotyczący nadawania tudzież pozostawiania możliwości magicznych w ożywionym ciele. Opisany na wielu stronach skomplikowany rytuał był wręcz niezbędny dla nekromanty, który chciałby zasilić swoje szeregi nieumarłych jakimś wprawnym magiem. Morviles co chwilę odrywał wzrok od drobno spisanego na starym papierze tekstu, by zerknąć na sporządzoną niedbałym, kanciastym pismem notatkę. Jakiś czas temu dostał ją w zamian za pomoc od pewnego ubogiego wampira o smutnej historii.
        Kartka zawierała informacje na temat pewnych wykopalisk nieopodal Demary, gdzie trafiono na ślady niezwykle starego kultu. Jego wyznawcy czcili jakąś nieopisywalną siłę, która sprawiała, że martwi stawali się żywymi, a żywi martwymi. Przynajmniej tak twierdził tamten wampir, który spisał mu wszystko, co wiedział na ten temat. Nekromancie więcej nie było trzeba.
        Zaraz po zapoznaniu się z odpowiednimi rozdziałami "Almanachu", spakował się i ruszył w drogę. Tak pochopnej decyzji zaczął żałować dopiero trzeciego dnia, gdy nie znalazł żadnego schronienia na noc i musiał spać pod gołym niebem, co skończyło się paskudną gorączką. Pozbył się jej dopiero następnej nocy spędzonej w gospodzie, szprycując się odpowiednimi substancjami zakupionymi od wioskowego medyka. Wtedy było, jego zdaniem, już zbyt późno by wracać i kontynuował podróż, nieświadom jak daleko od Maurii leży Demara.
        Tak w końcu trafił do rybackiej wioski położonej nad Carą, gdzie czekał na lokalnego przewoźnika w jakiejś paskudnej i przeludnionej jadłodajni. Planował udać się wpierw do miasta, gdzie załatwiłby sobie jakiś tani nocleg i dorywczą pracę, a w międzyczasie dowiedziałby się czegoś na temat wykopalisk. Jakkolwiek pomocne by nie były informacje zawarte w notatce, brakowało w nich nazwy jeziora, nieopodal którego wspomniane wykopaliska miały się znajdować. Dopiero tu, na miejscu, Morvilesa uświadomiono, że akweny są aż trzy i to całkiem pokaźnych rozmiarów. Ta wieść także dodała ciężaru do złego nastroju nekromanty.
        Cel był jednak wart tego wszystkiego, o ile rzeczywiście istniał. Przemianę martwych w żywych za sprawą tej tajemniczej siły można było spokojnie zrozumieć jako ożywianie, ale dalsza część zapisków od wampira mówiła o zamianie życia w śmierć. Oczywiście, mogło to być zagmatwane przetłumaczenie po prostu zabijania, lecz jeśli kultyści mieli coś wspólnego z nekromancją, to istniała szansa, że to może być to, czego Morviles poszukiwał: wieczne życie w śmierci. Dlatego właśnie zapoznawał się ze sposobami na wskrzeszanie magów, co mogłoby mu się przydać przy dokonywaniu przemiany, o której marzył.
        Skończywszy posiłek dalej przebywał w zacienionym kącie przybytku, całkowicie pochłonięty lekturą. Ku jego oburzeniu, otyły karczmarz przerwał mu tą przyjemność, bezczelnie uderzając knykciami w stół. Morviles wzdrygnął się zaskoczony, a następnie uniósł wzrok znad książki i przełknął narastającą w nim złość, patrząc mniej więcej w kierunku twarzy mężczyzny.
        - Barkę już widać - odezwał się tubalnie. - Długo czekać na brzegu raczej nie będzie, to bym radził się pośpieszyć.
        - Em... - Morviles zastanowił się chwilę, myślami wciąż pozostając przy najkorzystniejszych układach gwiezdnych w najbliższym miesiącu. Pociągnął głośno nosem czując jak spory smark powoli zbliża się do opuszczenia nosa. - Dziękuję.
        Zamknął księgę i wcisnął ją do leżącej na stole sakwy, po czym przewiesił ją sobie przez ramię i pospiesznie opuścił karczmę. Na zewnątrz było chmurno i ponuro. Pomimo dość wczesnej pory, widocznie zaczynało się już ściemniać, a chłodny wiatr szarpał połami podróżnego płaszcza nekromanty i o mało co nie zwiał mu z głowy kapelusza. Westchnął ciężko i przygarbił się jeszcze bardziej, gdyż wiedział, że czeka go jeszcze długa droga nim w końcu wypocznie i zyska trochę czasu, by wyzdrowieć.

Awatar użytkownika
Eldrizze
Błądzący na granicy światów
Posty: 15
Rejestracja: 1 rok temu
Inne Postacie: Kerhje, Smilla, Umm, Zgniłek, Øra, Ophelia, Spinka
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Eldrizze » 6 miesiące temu

        Swąd palonego ciała rozchodził się między wiotkimi gałęziami brzóz i uciekał nad czarną taflę wody wraz z resztkami popiołu, który też zaraz nikł w czarnym kotle. Kocioł pełen smoły. Jeden nieostrożny ruch i połknie cię na zawsze i nikt nie usłyszy twojego krzyku. Może tylko desperaci transportujący się barką z jednego brzegu jeziora na drugi, dostrzegą, jak twoja dłoń niknie pod wodą i pomylą ją z nurkującą wydrą.
        Wiatr był chłodny i zacinał przyjemnie skórę. Białowłosa była czujna.
        Nie było późno, ale wydawało się, że dym ze spalenizny wzniósł się aż do atmosfery i utworzył nad Jeziorem Cara gruby obłok. Takich rzeczy nie powinni oglądać postronni, a już z pewnością nie naiwne oczy istot Powierzchni. Tutaj dzieci odgradzano od rzeczywistości, od małego wciskając im słodkie kłamstewka na temat dobroci otaczających ich istot i łatwości, z jaką się żyje. Oczywiście, nie wszyscy, ale kto nie pragnął takiego losu dla swojego dziecka? Z pewnością nie mroczne elfy, które już dawno nauczyły się, że aby przeżyć, należy w każdej chwili być gotowym na najgorsze. Dzieci zamiast słodkich misiów w prezencie dostawały łańcuchy i stępione noże. Uczyły się i dzięki temu szybko mogły walczyć o swoje, nawet o „dobre” życie. Nie snuły nierealnych marzeń, lecz planowały swoją przyszłość. Wiedziały, że jeśli chcą coś osiągnąć, nie mogą chować nosów w książki i życzyć sobie prezentów pod choinkę, lecz skrupulatnie przygotowywać się i dążyć do realizacji założeń. Jeśli więc chciałaś zostać księżniczką, najłatwiej było odpowiednio się wżenić, ale najlepiej pozbyć się aktualnej rodziny królewskiej. Oczywiście w świetle prawa nie było to legalne, bo prawo ustanawiają rządzący, ale to czy poniesiesz konsekwencje swoich czynów zależało przecież od twojej skuteczności. Nie zasłaniano więc dziecięcych oczu. W Podziemiach nigdy nie było ciemnych chmur, które zasłaniały aniołom ziemskie masakry. Tutaj było inaczej. Ciemna chmura od razu zwiastowała coś, od czego dobrze jest odwrócić wzrok.
        Kobiecy korpus był już nagi i barwy węgla.
        Mroczna rozejrzała się, ale wyglądało na to, że póki co nikt jej jeszcze nie zauważył. Dobrze. Wkrótce jednak ktoś wyczuje smród palonego mięsa i włosów, ale jej już wtedy tutaj nie będzie.
        Kleryk nie miał zbyt dużego wyboru. Uciekł, zniknął z oczu Eldrizze, lecz ta domyślała się dokąd mógł się udać. W terenie dogoniłaby go zbyt szybko, ale mężczyzna niestety miał już okazję podczas wspólnej podróży poznać jej słabość – wodę. Tam mógł się poczuć względnie bezpieczny, dodatkowo przeprawa na drugą stronę oznaczała również cywilizację, gdzie może znalazłby sobie dalszy szybki transport tam... gdziekolwiek zmierza. Nie miała więc wyjścia. Musiała postawić krok ku krawędzi kotła ze smołą.

        Na barkę pierwszy wszedł ciężko łapiący oddech mężczyzna w szarym skórzanym płaszczu, spod którego wystawała niegdyś błękitna, lecz teraz zbyt już brudna i sprana szata. Na ogolonej głowie miał grubą czapę, która mimo mrozu była chyba delikatną przesadą. Jego oczy były rozbiegane, i choć nie był stary, twarz przekreślały mu zmarszczki. Przez ramię przewieszoną miał solidną torbę medyka o pękatych kształtach.
- Kiedy wyruszamy? – rzucił od razu do przewoźnika, akurat, gdy ten mocował pojedynczą cumę do polera, mrucząc coś pod nosem.
- ...diabli by wzięli tych palantów...
- T... Zzznaczy kiedy?
- No rybaków panie! Łowią, co popadnie, zapominają, że jezioro tylko tu jest czarne i potem wyrzucają, co złowili ze strachu. Diabli by ich wzięli! A potem problem, bo...
        Kleryk przełknął ślinę. Nie miał pojęcia o co chodzi i nie chciał wiedzieć. On też nie wiedział za wiele o Jeziorze Cara. Słyszał oczywiście legendę o trzech córkach, z których każda zamieniła się w jedno jezioro, ale nie miał pojęcia czemu akurat to, nad które przybyli musiało być tak niepokojąco czarne. Niemniej ludzie tu żyli, nie? Normalnie. A on i tak niedługo opuści tę okolicę. Rozejrzał się dokoła. Białowłosej wciąż nie było widać, za to dostrzegł, jak spomiędzy drzew unosi się kłąb dymu. Niedobrze.
- Panie, ile... – zaczął znów, ale tamtego już nie było. Znikał właśnie za drzwiami karczmy, a kleryk zaczął rozważać zmianę planów. Minął go kolejny człowiek, cholernie niepoprawiający mu nastroju swym wyglądem. Było w nim coś, co kojarzyło się z tamtą szaloną wiedźmą. Miał na sobie długi ciemny płaszcz, śmieszny kapelusz, jakąś taką posępną twarz i cuchnął śmiercią, choć teoretycznie nie było na to dowodów. Kleryk jednak znał się na tym. Mimo to chwycił go raptem za ramię.
- Panie, wiesz za ile odpływamy?
- Zaraz, napaleńcu – odpowiedział mu kobiecy głos, na który mężczyzna musiał się odwrócić. Jakimś cudem nie zwrócił uwagi na kobietę, która siedziała na barce oglądając głębokie zadry w wiosłach. Była postawna, z pewnością silna. Może nordka? Ubrana była podobnie do przewoźnika.
- To znaczy kiedy?
- Zjemy coś, zbiorą się ludzie i płyniemy.
- Pani, nie ma czasu na jedzenie! Zapłacę potrójnie, tylko płyńmy już zaraz.
- No przecież mówię, że „zaraz”! Czekamy na resztę, nie ma „ale”.
- Ale...
        Kobieta uniosła raptownie wiosło. Jedną ręką, z zaskakującą łatwością. Spojrzała na niego bardzo wymownie. Kleryk zamilkł. Kobieta zeszła z barki, a na jej miejscu pojawiła się niewiasta z dzieckiem.
        Kleryk usiadł, uważając jednak, by nie znajdować się zbyt blisko tego, którego złapał za ramię. Łypał wokół oczyma, wyglądając stracenia. Myślał, czy czekać, czy lepiej uciekać. Odpowiedź nadeszła sama. Wyłoniła się spośród drzew. Od razu poznał jej rozwiewane przez wiatr białe włosy, morderczy błysk w oku i ten chód... Zawsze chodziła jakby każdym krokiem podbijała księstwo. Ich spojrzenia spotkały się. To koniec.
        Poderwał się momentalnie z miejsca. Rozejrzał spanikowany, myśląc, co ma zrobić, ale wiedział, że na lądzie już nie ucieknie, a w starciu nie ma szans. Była więc tylko jedna opcja.

        Eldrizze zobaczyła jak szczur wyciąga nóż i piłuje cumę. Trzask. Puściła. Barka powoli zaczęła oddalać się od brzegu.
        Zaczęła biec.
        Ktoś krzyknął, z karczmy wybiegł przewoźnik, a właściwie ich dwójka, bo kobieta pracowała razem z mężem. Po chwili wszyscy stali na brzegu. Przekleństwa rzucane w stronę kleryka w niczym nie pomagały.
- Wróci – powiedziała mroczna elfka, a przewoźnik popatrzył na nią, jakby dopiero teraz zauważając jej obecność. Zmierzył ją wzrokiem. Nie odpowiedział. Rzucił się w stronę stojącej niedaleko łódki. Eldrizze poszła za nim.
- Popłynę z tobą, mężczyzna jest niebezpieczny.
        I popłynęli. Chwycili za wiosła i wkrótce oboje znaleźli się na otwartej przestrzeni. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, z tego, co właściwie zrobiła. Jej ruchy robiły się coraz mniej regularne.
- Co robisz?! Równo!
        Zmusiła się, by drżącymi rękoma zanurzyć wiosło po raz kolejny w wodzie, ale łódka i tak zakręciła się i zmieniła kierunek. Mężczyzna wyrwał jej kawał drewna z rąk i zaczął sam napędzać łódkę.
        Powietrze wokół jej ciała gwałtownie podskoczyło.

Awatar użytkownika
Morviles
Zbłąkana Dusza
Posty: 4
Rejestracja: 7 miesiące temu
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Morviles » 6 miesiące temu

        Każde życie zaczyna się w ten sam obrzydliwy sposób. Nowa istota niczym pasożyt po pewnym okresie przestaje żerować i opuszcza ciało nosiciela w akompaniamencie wrzasków bólu i fali posoki. Następnie w swojej maleńkiej, zakrwawionej powłoce dalej pasożytuje na swoich rodzicach, będąc całkowicie od nich zależne, póki jest słabe. Nie potrafi nawet w pełni wyrazić swoich myśli, tylko bełkocząc i płacząc.
        Morviles darzył dzieci specyficzną mieszanką pogardy i obrzydzenia z domieszką szczerej nienawiści. Uczucie to było zarezerwowane tylko dla tych nieporadnych, śliniących się stworzeń. Od momentu wejścia na barkę co chwila zerkał na dziecko, które w uroczy sposób spało w ramionach młodej kobiety z niezwykle szerokimi biodrami. Patrzył na niemowlę tak, jak doświadczeni żeglarze spoglądają na horyzont, gdzie ciemne kłębowiska chmur zapowiadają sztorm lub gradobicie. To znaczy, bez strachu, lecz z pełną świadomością tego co nadciągnie.
        Drugą połowę jego uwagi przykuwał wyraźnie zaniepokojony mężczyzna, który wcześniej go zaczepił. Nie przepadał za obcym od samego początku. Jego zachowanie było zbyt chaotyczne oraz dość niegrzeczne i przede wszystkim naruszył prywatność nekromanty, ordynarnie szarpiąc go za ramię i pytając o coś pospiesznie. Morviles nie miał ochoty z nikim rozmawiać, a wtedy był zbyt zajęty rozmyślaniami, by cokolwiek mu odpowiedzieć. Po uiszczeniu opłaty i zajęciu swojego miejsca na barce, dostrzegł sprzeczkę między nieznajomym i zapewne żoną przewoźnika. Nekromanta miał wtedy szczerą nadzieję, że postawna kobieta użyje wiosła i należycie ukarze mężczyznę o rozbieganym spojrzeniu.
        Zostali na barce tylko we troje. Karczmarz ostrzegł Morvilesa, by ten się pospieszył, za to przewoźnicy wyraźnie się ociągali, jakby na złość nekromancie. Zresztą, nie tylko jemu. Niespokojny mężczyzna zrobił rzecz skrajnie niespodziewaną. Dobytym znikąd nożem odciął linę cumującą i kopniakiem odepchnął barkę od brzegu. Przerażona kobieta zareagowała krzykiem, który wnet zbudził jej dziecko, ono zaś od razu zawtórowało jej płaczem. Na lądzie została jego sakwa z zapłatą za przewóz, a wszystko wskazywało na to, że nigdzie nie popłyną. Nekromanta w tym momencie miał szczerą ochotę wyładować narastającą w nim furię poprzez wrócenie do starego zwyczaju zgrzytania zębami.
        - Co ty wyrabiasz?! - krzyknęła matka drącego się potwora.
        - Nie ma czasu, ona tu idzie… - wysapał, sięgając po wiosło. Wykonał nim kilka machnięć w wodzie, o mało go nie upuszczając przez pośpiech. Barka zaczęła nieznacznie skręcać, lecz nic poza tym. Mężczyzna spojrzał prosto w oczy nekromanty, które aż nazbyt wyraźnie mordowały go wzrokiem. - Ty tam, pomóż mi z tym, no... Szybko, ona nas zabije!
        Zzzgzt-chrup.
        Morvilesowi zdawało się, że ukruszył sobie ząb.
         - Na co czekasz, szy…
         - Nie. - Odpowiedź nekromanty była szybka, jak na niego nawet głośna i pozbawiona wyrazu. - Ty odciąłeś cumę, to se wiosłuj.
        Kobieta pokiwała głową z uznaniem i zbliżyła się do nekromanty, zapewne widząc w nim potencjalnego obrońcę. Morviles skrzywił się na widok trzymanego przez nią rozpłakanego bękarta i z każdym jej krokiem oddalał się, by zachować stałą odległość. Zauważywszy to, młódka przystała zdziwiona, a następnie z rozzłoszczonym sapnięciem po prostu usiadła na najbliższym wolnym miejscu. W międzyczasie porywacz ponownie sięgnął po nóż, którym wycelował w nekromantę.
         - Zrób to! - rozkazał, wolną ręką wskazując na wiosło.
         - Nie. - Morviles ani myślał męczyć się dla jakiegoś natarczywego chama. - Jeśli chcesz mnie zabić, zrób to. Skoro ta cała “ona” i tak ma to zrobić, to będę szczęśliwy, wiedząc, że ty i ten bachor też zdechniecie.
Uzbrojony mężczyzna widocznie nie spodziewał się takiej reakcji po wychudzonym współpasażerze. Zbaraniał na moment, wciąż mierząc nożem w nekromantę.
        Barka nie poruszała się zbyt prędko, w przeciwieństwie do napędzanej przez potężne ramiona łodzi, która z każdą chwilą zbliżała się coraz bardziej. Narwaniec był zbyt zajęty swoimi ofiarami, by ją dostrzec. Dopiero, gdy do jego uszu dotarł triumfalny śmiech stojącej na łodzi kobiety, obrócił się w stronę nadciągającego właściciela barki z obstawą. Ujrzawszy ją, gotową do ataku niczym żmija czekająca aż ofiara znajdzie się odpowiednio blisko, najzwyczajniej odrzucił swój nóż i w panice wskoczył w czarne odmęty jeziora Cara, by móc uciec choćby wpław.
        Morviles przyjrzał się kobiecie na łodzi. Faktycznie, wyglądała na niebezpieczną. Może rzeczywiście też powinien się bać o swoje życie? Odrzucił tę myśl zaraz po jej powstaniu. Nie płynęłaby w towarzystwie właściciela barki, by wybić mu wszystkich klientów. Wyraźnie narwany mężczyzna był jej wrogiem i to jego chciała zabić. Nie było to pewne, ale nekromanta żywił szczerą nadzieję, że to właśnie porywacz był jej celem. Liczył także, że nie umrze zbyt szybko. Przez niego ten dzień był kompletnie zrujnowany.
        Zzzgzt.

Awatar użytkownika
Eldrizze
Błądzący na granicy światów
Posty: 15
Rejestracja: 1 rok temu
Inne Postacie: Kerhje, Smilla, Umm, Zgniłek, Øra, Ophelia, Spinka
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Eldrizze » 5 miesiące temu

        Woda. Nieprzenikniony drapieżnik – cierpliwy, zdradziecki i stonowany. Czarny kocioł czekał tylko na swoją ofiarę.
        Czym jest strach? Czymś niedopuszczalnym. W świecie mrocznych elfów to dowód twoich słabości, a gdy się takie posiada, bardzo łatwo można skończyć w kałuży własnej krwi czy jako wygnaniec. Strach zawsze prowadzi do rzeczy niepożądanych. Nie mówiąc już nawet o wątpliwościach, które mogą się narodzić pod jego wpływem, i które nielicznych mrocznych zdradziecko pchnęły ku Powierzchni, przede wszystkim lęki to porażki indywidualne. Gdzieś w wychowaniu musiał nastąpić błąd, a ty nie zdołałeś go naprawić w codziennej pracy nad sobą. A może nie próbowałeś, nie starałeś się wystarczająco mocno?
        Strach brał się z braku zaufania i pewności, a przecież te były podstawą indoktrynacji szlachetnych istot Podziemi. Kontrola zaś była nadrzędnym celem. Jej brak był godzien pogardy, zaś zaprowadzanie porządku i wymaganie od siebie więcej i więcej, by w pełni wykorzystywać własne możliwości, był szeroko pochwalanymi praktykami. Przeszkody nigdy nie były nie do pokonania. To tylko kolejne wyzwanie. Od tego, jak skutecznie będziesz sobie z nimi radzić, zależała twoja pozycja w świecie.
        Eldrizze za każdym razem walczyła ze sobą, ale przecież była wojowniczką, więc chyba wiedziała co robi i powinna być w tym dobra… Niekoniecznie – czasem starcie z hordą nieumarłych wydaje się łatwiejszym zadaniem, niż pokonanie własnych ograniczeń. Nie wolno było ich jednak ignorować i pozwalać przejmować kontroli nad twoim życiem. Lęki były codzienną przeszkodą, którą trzeba było pokonywać na drodze samodoskonalenia. Członkini Zakonu Skały nigdy nie przestawała tego robić. A mimo to… Czy aby na pewno w swych wędrówkach nie pozwalała wodnej fobii kierować swoim życiem? Kiedy ostatnio była nad rzeką, jeziorem, o morzu już nie wspominając? Tym razem nie miała wyboru. Jej śledztwo zaprowadziło ją tutaj, choć nie mogła być pewna, że była to jedyna ścieżka. Bardzo możliwe, że została zmanipulowana przez kleryka, który celowo zdradził ją właśnie w tym miejscu. Zatem musiała mu pokazać, że jej nie docenia…
        Musiała pokazać, że nie wolno z nią zadzierać, w szczególności próbować oszukiwać, bo to może się skończyć tylko źle. Była gotowa na stawienie czoła swojemu największemu lękowi, w imię wyższego celu.
        Była?

        Białowłosa odłożyła wiosło i wstała. Byli już wystarczająco blisko, by bez dodatkowego napędzania łodzi zbliżyć się do barki. Była skupiona tylko na jednym – na szczurze, któremu należało wymierzyć karę. Patrzyła tylko na niego, nie spuszczała z oczu choćby na chwilę. A powinna, bo plotki przewoźnika nie były tylko marudzeniem, a strach bywa uzasadnionym ostrzeżeniem. Ale to ten sam strach nie pozwalał jej patrzeć na czarną taflę dłużej niż sekundę. Niecodzienny kolor wody pozwalał myśleć, że ciemne tło w rzeczywistości jest czymś innym, lecz z drugiej strony wzbudzał jeszcze większy niepokój. Był esencją strachu Eldrizze, tak jakby ktoś wyjął jej koszmar z głowy i uczynił namacalnym.
        Byli coraz bliżej, jeszcze chwilę i postawi krok na barce.
        Szaruga wieczora przechodziła przez każdy odcień szarości i granatu. Ciężko było dostrzec zachodzące słońce, gdyż jezioro otaczał las, mimo to skądś przedostały się ostatnie promienie tworząc na wodzie krwawe refleksy.
        Eldrizze wiedziała, że nie może sobie pozwolić na zbyt duże emocje. Usilnie próbowała uspokoić ogień w żyłach, obniżając temperaturę wokół ciała. Niemniej mężczyzna za nią już widocznie spocił się bardziej niż powinien, ale zrzucił to wyłącznie na zbyt intensywny i gwałtowny wysiłek fizyczny. Kobieta stojąc do niego tyłem, jednym ruchem odwinęła z bioder manriki-gusari. Ogniwa zabrzęczały. Przewoźnik zmarszczył brwi. Również uważał, że kleryk musi zapłacić za swój czyn, ale wszystko należało rozwiązywać w ramach pewnej przyzwoitości. By nie stać się takim samym, jak chuligani i przestępcy. Ona zaś… W niej było za dużo mroku. Zbyt konkretnie się do wszystkiego zabierała. Ale czego można się spodziewać po mrocznej elfce?
- Chyba go nie zabijesz?
        Eldrizze jak wyrwana z transu zerknęła na mówiącego kątem oka. Krople potu perliły mu się na czole.
- Nie.
        "Nie teraz".
        Jeśli jednak przewoźnik nie uwierzył, to w kolejnej chwili mógł uzyskać inną gwarancję. Gdy byli już zdecydowanie zbyt blisko, kleryk raptem rzucił wszystko i skoczył do wody. Zniknął pod ciemną powierzchnią. To był znak. Eldrizze już nie czekała, za to wskoczyła na barkę i odpychając wstającą właśnie kobietę z dzieckiem, a nekromanty nie zaszczycając nawet spojrzeniem, rzuciła się do przeciwległej burty.
- Lirfa du! – zaklęła przez zaciśnięte zęby, stając tuż przy samej burcie. Zwykle słowa te uważała za zbyteczne. Odruchowo miała ochotę skoczyć za swoim celem, ale w porę się opanowała. Z odrazą i przerażeniem spojrzała na wzruszoną taflę, w której nawet nie było widać kleryka. Zanurkował? Magicznymi sztuczkami mógł w ten sposób oddalić się od niej na bezpieczną odległość, ale w końcu i tak będzie musiał się wynurzyć. Powinna może za nim skoczyć. Powinna… Ale nie potrafiła. Właśnie obnażała przed szczurami Powierzchni swoją słabość. Co prawda w okolicy nie było żadnego mrocznego elfa, który mógłby tym samym zrozumieć, że jej nieskazitelny wizerunek ideału mrocznych elfów właśnie pękł w jednym miejscu. Gdyby miała pod swoim dowodzeniem kogoś, mogłoby to zasiać w ich głowach wątpliwość. A ona mogłaby się tylko wstydzić. Swojej fobii i emocji, które ta w niej wzbudzała. Dawała się ponieść emocjom.
Brennt! – wypluła jeszcze na koniec, zaciskając gwałtownie pięści na łańcuchu i w tym też momencie dookoła rozeszła się gwałtowna fala gorąca, sięgając czarnej tafli i wyciągając z niej gęste obłoki pary. Jakiś bury kształt rozjaśnił na chwilę wodę, coś zabulgotało. A może tylko jej się wydawało? Z pewnością jasne, ludzkie twarze zapłonęły rumieńcami i sperliły potem. Ale nie stało się nic więcej. Przecież woda z jeziora nie wyparuje, nie miała aż takiej mocy. A jednak miała cichą nadzieję, że wyciągnie tym samym uciekiniera na powierzchnię. Najwidoczniej jednak znajdował się zbyt głęboko. Już miała się odwrócić i dać sobie spokój, ale w ostatniej chwili znów coś dostrzegła. Odwróciła się znowu.
        Na powierzchnię wynurzył się dziwaczny kształt. Długi, obły, dwumetrowy, z rzędem płetw… Ryba? Wypłynęło bokiem, demonstrując drobniutkie łuski w kolorze sosnowej kory. Z jednej strony zwężało się ku przypieczonemu ogonowi, a z drugiej… Z drugiej zaciskało szczęki na innym kształcie obleczonym w materiał.
        Eldrizze umieściła łańcuch na swoim miejscu i rzuciła po wiosło. Potem…. Potem wychyliła się sięgając wiosłem do przodu, ku kształtowi i z zaciśniętymi zębami zaczęła przybliżać je do barki. Po chwili jednak zbladła, gdy wiosło nieomal wysunęło jej się z dłoni. Odchyliła się z powrotem do tyłu, by wziąć głębszy oddech, a potem znów spróbowała. Wkrótce materiał znalazł się tuż przy barce. "Trzeba to wyciągnąć". Ale nie. Nie. Ona tego nie zrobi. Nie dotknie tej wody, tego byłoby zbyt wiele. Nie…
- Hej ty – rzuciła do nekromanty. – Pomóż mi wciągnąć te ciało.
        A jeśli tamten nie był skory do pomocy, Eldrizze dodała:
- Pomóż albo wokół zaroi się od potworów.
        Wtedy też dostrzegła, że nigdzie nie widać przewoźnika.

Awatar użytkownika
Salazar
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 101
Rejestracja: 2 lat temu
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Vergil, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Malthael, Constantin, Seviron, Nimroth
Lokalizacja: Wrocław
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Salazar » 1 miesiąc temu

Minęło już trochę czasu od wydarzeń w Serenai, które sprawiły też, że Salazar postanowił przez jakiś czas po prostu nie odwiedzać tego miasta, pozwalając na to, żeby wydarzenia związane z kultem tam przebywającym nie były ostatnią sensacją, o której rozmawiają praktycznie wszyscy. Przed opuszczeniem go zdążył jeszcze kupić sobie nowy zestaw ubrań, który kolorystycznie identyczny był do tego, co nosił na sobie wcześniej – jedynie poszczególne części ubioru były świeże, a przez to kolory na nich nie były tak wyblakłe, jak na „starym” zestawie ubrań. Znajomy karczmarz wyposażył go jeszcze w trochę racji żywnościowych, aby miał co jeść w trakcie podróży, a później Salazar opuścił miasto tak cicho i niepostrzeżenie, jak do niego wszedł.

Mroczny elf znalazł się teraz w niedalekiej okolicy trzech jezior, według legendy nazwanych na cześć trzech córek dawnego króla. Z mapy okazało się, że droga, którą aktualnie podążał, doprowadzi go do jeziora Sitriny. Mógłby skierować się do Demary, jednak to będzie wiązało się z przeprawieniem się barką przez dwa jeziora… albo mógł też wybrać dłuższą drogę, obchodząc mniejsze jezioro i okrężną drogą docierając do miasta. Z jednej strony nie narzekał na lekką sakiewkę, więc bez problemu mógłby zapłacić za dwie „wycieczki” barką, a z drugiej… nie spieszył się nigdzie, więc nie musiał dotrzeć do miasta jak najszybciej. Właściwie, równie dobrze mógłby po prostu obejść oba jeziora i znaleźć się w Demarze za… jakiś czas. Zresztą, bez różnicy jaką drogę wybierze, i tak miał zamiar zahaczyć o punkt handlowy znajdujący się na terenie, który z jednej strony stanowił część linii brzegowej jeziora Sitriny, a z drugiej był tym samym dla jeziora Cary. Uzupełniłby tam zapasy, może odpoczął w łóżku, zamiast gdzieś na szlaku czy w lesie, a także zjadł coś lepszego – i zdecydowanie cieplejszego – niż pokarm wchodzący w skład diety podróżnika.
Patrząc na to z innej strony… przecież i tak miał zamiar zatrzymać się na chwilę w Demarze, więc tam też może skorzystać z udogodnień, które gwarantowane są przez miasto i odpocząć w dobrej karczmie z tak samo dobrej jakości łóżkami. Różne możliwości i różne drogi przeznaczenia, z których mógł wybrać właściwie taką, jaką chciał – nie gonił go czas, nie musiał się z nikim spotkać, nie miał też ważnych spraw do załatwienia. Dopiero teraz zrozumiał, że właściwie minęło trochę czasu od momentu, w którym ostatnio tak po prostu podróżował i szedł przed siebie, niekoniecznie obierając sobie jakiś konkretny cel. Uświadomił sobie też coś jeszcze, że… w sumie, to coś takiego było mu potrzebne. Przez jakiś czas nie zajmować myśli niczym konkretnym, czy to celem podróży, czy jeszcze czymś innym, a jedynie iść wzdłuż szlaku albo po prostu tam, gdzie cię nogi poniosą. Może, gdy już będzie w Demarze, to pokusi się o jakiś mały rabunek, a może tego nie zrobi i w czasie jego krótkiego pobytu w mieście nikomu nie zginie nic wartościowego. Nad tym będzie zastanawiał się dopiero, gdy już dotrze do Demary.

Był dzień, a nad brzegiem jeziora Sitriny przywitała go niewielka przystań, przy której akurat stała barka. Pech – albo szczęście – chciał, że akurat szykowali się do odpłynięcia, więc Salazar odruchowo przyspieszył i pomachał do marynarza zwijającego liny, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Mężczyzna spojrzał na niego i na chwilę zaprzestał robić tego, co robił.
         – Znajdzie się jedno miejsce na barce? - zapytał, gdy podszedł bliżej. Elfie oczy w kolorze krwi patrzyły uważnie na marynarza, śledząc każdy jego ruch.
         – My-myślę, że tak. Jeżeli ma pan pieniądze, żeby za nie zapłacić, ma się rozumieć – odparł mężczyzna. Na początku mógł się nieco przestraszyć Salazara, jednak później chyba nabrał nieco odwagi, bo wrócił do zwijania liny, jakby chciał dać mu do zrozumienia, że ma niewiele czasu na namyślenie się, czy chce płynąć, czy może poczeka sobie na następną barkę.
         – Ile kosztowałoby to miejsce? - mroczny zadał mu kolejne pytanie, licząc na raczej szybką odpowiedź.
         – Srebrnego orła – odpowiedział mu marynarz, powoli kończąc już zwijać linę. W tym czasie Salazar sięgnął po sakiewkę i odszukał w niej srebrną monetę, którą po chwili wręczył mężczyźnie.
         – W takim razie zapraszam na pokład. Tylko proszę się pospieszyć, bo odpływamy za kilka chwil – dodał jeszcze, przyjmując od złodzieja należność za przewiezienie go na drugą stronę jeziora. Mroczny elf, nie czekając dłużej, w kilku krokach znalazł się przy trapie, który stanowił wejście na barkę, i przeszedł po nim, dostając się na jej pokład.

Podróż minęła spokojnie, głównie przez to, że wody jeziora także takie były, a wiejący wiatr nie był na tyle silny, aby wzburzyć je tak bardzo, że zaczęłyby kołysać barką. Oprócz niego, na pokładzie znajdowało się jeszcze kilka osób – nie licząc załogi oczywiście – i sporo skrzyń z towarem, które transportowali na drugi brzeg. Całą podróż Salazar spędził oparty o lewą burtę barki, przyglądając się samemu jezioru albo brzegowi, wzdłuż którego płynęli.
Drugi brzeg był… trochę inny od tego, na którym wsiadł na pokład barki. Przede wszystkim przystań była tylko częścią grupy zabudowań. W skład tej grupy – oprócz przystani oczywiście – wchodził spory magazyn, karczma, warsztat kowala i szewca, nieduży dom połączony ze straganem, na którym wyłożone były owoce i warzywa, warsztat krawca, a także dwa budynki mieszkalne mające parter i jedno piętro. Żyła tu mała społeczność, co było widać na pierwszy rzut oka. Salazar podjął decyzję i dlatego też, gdy już zszedł z barki, udał się w stronę budynku wyglądające na karczmę. Wystarczyło, że przeszedł kilka kroków, a szyld był dość dobrze czytelny i wyglądało na to, że tawerna nazwana została „Karczmą na Brzegu Dwóch Jezior”.

Awatar użytkownika
Eldrizze
Błądzący na granicy światów
Posty: 15
Rejestracja: 1 rok temu
Inne Postacie: Kerhje, Smilla, Umm, Zgniłek, Øra, Ophelia, Spinka
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Eldrizze » 1 tydzień temu

        Zaledwie trzy tygodnie temu, Eldrizze można było uznać za dowódcę i bohaterkę. Choć miała swoje słabsze chwile, ostatecznie odeszła po pokazie siły i sprytu. Nie wiedziała co prawda, jak cała sytuacja się zakończyła bez jej pomocy, właściwie los zabójczyni i złodzieja nie bardzo ją też interesował, ale czuła, że sobie poradzili. Niemniej nie daliby rady bez niej. Tak jak ona bez nich. W zgranym zespole z dobrym przywódcą zawsze tkwi siła.
        Teraz mroczna elfka znów musiała poradzić sobie z zagrożeniem, które nieme i skryte, jak złe przeczucie, patrzyło na nią spod czarnej tafli wody. Po raz kolejny też stawić czoło niebezpieczeństwu i słabości musiała w grupie. Jeśli tak można było nazwać losowy zbiór ludzi na barce - kobietę z dzieckiem, nekromantę i ją. Być może gdyby to była faktycznie grupa problemów by ubywało, albo przynajmniej ich liczba nie rosła, jednak histeria i brak chęci współpracy ze strony reszty wykluczała jakąkolwiek możliwość pomocy.
        Poproszony o pomoc nekromanta żachnął się tylko, jak gdyby w ogóle nie odczuwał powagi sytuacji. Przy jego wyglądzie nawiedzonego obdartusa wyglądało to tym komiczniej. Eldrizze była wściekła. Wszystkiemu musiała dać sobie radę sama. Przeklęci idioci powierzchni...
        Oparła się o burtę i czując, jak serce pragnie wyrwać się z piersi spojrzała na swój cel. Potrzebowała tego ciała. Jeszcze mogło przemówić, a ona potrzebowała informacji.
        Przez moment, który wydawał jej się wiecznością obserwowała dziwaczne cielsko ogromnej ryby. Wyciągnęła nawet sztylet, którym z trudem manewrowała złączonym z potworem ludzkim ciałem. I w pewnym momencie zobaczyła - szczęki z szerokimi jak łuski zębiskami, zaciśniętymi na udzie ofiary, z którego gęsto toczyła się krew. Zobaczyła i zrozumiała, że nie wyjmie ciała, bez rozwarcia tej pułapki. Lecz wkrótce problem rozwiązał się sam.
        Zęby zacisnęły się na ludzkim mięsie, uwalniając ściganego przez elfkę. Ta wyprostowała się od razu. Matka krzyknęła. Przez chwilę było znów spokojnie... a potem barka zakołysała się gwałtownie, dziecko rozpłakało, a Eldrizze jako jedyna wpadła prosto do wody.

        „Karczma na Brzegu Dwóch Jezior” była najbliższą siedzibą ludzką, do której można było skierować swe kroki. Była też najbardziej zagospodarowaną i rozwiniętą, dzięki idealnemu położeniu i obrotnemu zarządcy. Stara szkapa, która raptem zaryła kopytami pod wierzejami przybytku sapnęła ciężko, a nogi jej zadrżały. Była oddaną pomocą, ale przypłacała za to zdrowiem.
        Na dworze było już ciemno a podróżni szykowali do spania, gdy właściciel przystani nad Jeziorem Cara zeskoczył z konia i nie tracąc czasu wbiegł do karczmy. Drzwi otworzyły się z hukiem, wpuszczając do ciepłego i niemal pustego już wnętrza chłód i grozę nocy. Idealnie współgrało to z wieściami, które przynosił.
- Ludzie! Pomocy! Na Carze potwór uwięził ludzi... Na środku jeziora. Kobieta i dziecko... I inni.

Awatar użytkownika
Salazar
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 101
Rejestracja: 2 lat temu
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Vergil, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Malthael, Constantin, Seviron, Nimroth
Lokalizacja: Wrocław
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Salazar » 1 tydzień temu

Mroczny elf zdążył zamówić posiłek – kawałki rybiego mięsa pokrapiane cytryną podane z gotowanymi warzywami – a nawet zdążył go w jakimś stopniu zjeść, gdy do karczmy wpadł mężczyzna, który oznajmił każdemu jej bywalcowi, że jakiś potwór uwięził pasażerów promu na jeziorze i najpewniej ten sam osobnik szukał też jakichś odważnych poszukiwaczy przygód lub nawet mieszkańców tego kawałka lądu. W końcu nawet w jego głosie dało wyczuć się, że chciałby, żeby ktoś poszedł z nim i uratował tych ludzi. Cóż… Salazar na pewno nie wyglądał na wojownika, a bardziej na jakiegoś typa spod ciemnej gwiazdy, który zabija na zlecenie lub w inny sposób działa w półświatku przestępczym. Dlatego też westchnął sam do siebie, że w ogóle taki pomysł przyszedł mu do głowy – z drugiej strony widział w tym możliwość zarobku, bo na pewno nie był jakimś rycerzem czy innym honorowym osobnikiem, aby zająć się czymś takim za darmo i powiedzieć, że wystarczy mu wdzięczność pasażerów i mężczyzny, a także ich uratowane życia. Nadal trochę nie wierząc w to, że naprawdę to robi, mroczny elf wstał i podszedł do mężczyzny.
         – Pomogę ci, ale po wszystkim zapłacisz mi… Jeszcze nie wiem, ile, ale na pewno zażądam za to zapłaty – oświadczył Salazar. Rozmówca spojrzał na niego, jego oczy trochę powiększyły się, jasno dając do zrozumienia to, że elf go zaskoczył. Chociaż nie wiedział, czy bardziej przez jego żądanie zapłaty, czy może przez to, że chce mu pomóc ktoś taki, jak on. Nie wyglądało na to, żeby ktoś inny postąpił podobnie, więc albo musiał przyjąć taką pomoc, albo szukać jej gdzieś indziej i ryzykować, że potwór ten zniszczy barkę i zabije pasażerów.
         – Dobrze, niech będzie – w końcu zgodził się mężczyzna. Elf od razu ruszył za nim, gdy tylko ten odwrócił się i wyszedł z budynku. Od razu poszukał wzrokiem drugiego konia, gdy zobaczył, że tamten dotarł tu konno. Podejrzewał, że w tej sytuacji czas był najważniejszy i trzeba było działać jak najszybciej, więc lepiej będzie, jeśli on także znajdzie sobie wierzchowca. Przy karczmie stały trzy konie, które prawdopodobnie można było wypożyczyć. Pilnował ich młody i umięśniony mężczyzna, pewnie syn karczmarza – Salazar rzucił mu srebrną monetę, a także słowa, którymi powiedział mu, że pożycza jednego konia na chwilę i zwróci go całego i zdrowego. Chłopak pokiwał tylko głową, a mroczny wskoczył na siodło – tak szybko, jak mógł – wierzchowca, do którego miał najbliżej.
         – Będę jechał za tobą – powiedział do mężczyzny, a ten od razu ruszył. Mroczny zrobił to, co powiedział, że zrobi i pojechał za „zleceniodawcą”.

Szybko dotarli na brzeg jeziora, przy którym czekała już niewielka łódka – spokojnie zmieściłaby na pokładzie trzy osoby i raczej nie więcej niż ta liczba. Salazar zeskoczył z konia i przywiązał go do wbitego w ziemię kija, co zresztą też zrobił mężczyzna, z którym tu przybył.
         – Zajmę się wiosłowaniem – od razu zaproponował tamten, a elf nawet nie miał zamiaru zmieniać jego zdania. Dzięki temu on będzie mógł skupić się na obserwacji otoczenia i wypatrywania barki, a także potwora, który jej zagraża. Jej i oczywiście pasażerom, chociaż ich życia mrocznego niezbyt obchodziły. Bardziej ciekawiło go, co też może pływać w tym jeziorze i jak duże problemy sprawi mu zabicie tego stworzenia. Niby dłuższa walka oznaczała, że do jego sakiewki wpadłoby więcej monet, jednak Salazar mógłby też zabić go szybko, jeśli dałoby się to zrobić – drugą stroną medalu było właśnie to, że on wcale nie narzekał na to, że ma mało ruenów i musi oszczędzać, żeby nie skończyć z pustą sakiewką.
Obaj weszli na łódkę, a mężczyzna zaczął wiosłować, wiedząc już, w którą stronę płynąć. Mroczny elf w tym czasie zdjął pelerynę, torbę podróżną i mniejsze od niej sakiewki… Po prostu pozbywał się zbędnego ciężaru, w razie, gdyby nagle musiał wskoczyć do wody. Wszystkie swe sakwy zawinął w płaszcz – w razie, gdyby łódka utonęła i jego rzeczy znalazłyby się w wodzie, nie będzie musiał ich szukać po całym jeziorze, bo wystarczy, że tylko znajdzie to „zawiniątko”. Wiosłujący mężczyzna przyglądał się temu wszystkiemu, jednak nie odezwał się słowem, mimo że najpewniej chciał to zrobić.
W końcu dopłynęli w pobliże barki i… sporej ryby, która pływała wokół niej, czasem swym cielskiem obijając się o statek. Wyglądało to tak, jakby próbowała ona wywrócić barkę albo zakołysać nią na tyle mocno, że pasażerowie zaczną z niej wypadać. Wzrok mrocznego elfa zauważył też dryfujące na powierzchni tafli jeziora ciało – z tej odległości nie mógł ocenić praktycznie niczego z nim związanego, więc nie wiedział, czy to kobieta, czy może mężczyzna i jakiej jest rasy.
         – Podpłyń bliżej, ale nie za blisko. Lepiej, żeby nie wywróciła tej łódki – rozkazał Salazar, a wiosłujący kiwnął głową i zaczął ostrożnie zbliżać się do barki.
         – Tyle wystarczy – odezwał się ponownie elf. Gdy stanął w łódce, poczuł jak wzburzona przez „potwora” woda uderza w jej burtę i buja nią w stopniu, który jeszcze nie groził tym, iż ta się wywróci, ale równocześnie sprawiał, że trudniej było utrzymać na niej równowagę. Salazar postanowił sobie, że jednak zamoczy się i podpłynie do ciała, które widział – może ta osoba jeszcze żyje i w ramach wdzięczności też mu jakoś zapłaci, co nie byłoby czymś złym.
Mroczny wytężył wzrok, aby móc przyjrzeć się rybie, gdy ta przepływała między barką i łódką, na której teraz stał. Łuski pokrywające ciało tego stwora były tylko odcień albo dwa jaśniejsze od praktycznie czarnych wód jeziora, jednak nadal były to rybie łuski, więc nie zapewniały dużej ochrony. Salazar już wiedział, że dwie lub trzy Rzutki, odpowiednio wycelowane i wyrzucone w odpowiednim momencie, powinny sprawić, że ryba zatrzyma się i umrze uderzenie serca później. Najlepiej będzie oczywiście celować w głowę – albo w oczy lub ich okolicę, albo w czoło i czubek głowy, albo… we wszystkie te cele, na co zużyłby przynajmniej pięć noży do rzucania, ale miałby też pewność, że stwór na pewno jest martwy. Nie martwił się nawet o odzyskanie ostrzy, bo przecież te i tak po czasie wrócą do miejsca, z których je powyciągał.

Dwie z pięciu Rzutek już znajdowały się w dłoniach Salazara, tylko czekając na to, aż zostaną użyte. Nie musiały długo czekać, bo gdy tylko elf zobaczył wielką rybą, rzucił nimi w przód jej łba, a ostrza wbiły się prosto w środek czoła. Gdy stwór podniósł głowę, przy okazji wydając z siebie ryk bólu, kolejne (dwa) noże powędrowały w jego stronę, tym razem wbijając się w oczy… a przynajmniej jednej „się to udało”, bo druga Rzutka trafiła nad okiem ryby. Ostatni rzut był nieco trudniejszy, bo elf najpierw musiał wyskoczyć w górę – co zresztą zrobił – i rzucić nożem w dół, gdy z góry będzie widział czubek głowy „potwora”.
Rzut. Ostrze przecięło powietrze i wbiło się w miejsce, w które celował jego właściciel w momencie, w którym ten wylądował na łódce. Tylko na krótką chwilę spojrzał za siebie, gdzie zobaczył wytrzeszczone oczy mężczyzny, z którym tu przypłynął. Był on wyraźnie pod wrażeniem umiejętności mrocznego, jednak sam elf miał teraz inne sprawy na głowie niż to, że komuś imponowały jego umiejętności.
         – Podpłyń tam – powiedział, ręką wskazując miejsce, w którym nadal widział unoszące się ciało.
         – Możliwe, że ta osoba jest tylko nieprzytomna – dopowiedział, ciągle spoglądając w tamtą stronę, jakby oczekując, że może jednak nagle ruszy się i wystarczy, że jedynie podpłynął tam i pomogę nieznajomemu lub nieznajomej dostać się na łódkę. Salazar i tak był już trochę rozebrany, więc zdecydował się na wskoczenie do wody i popłynięcie wpław. Okazało się, że nawet on – znający zaledwie podstawy pływania – porusza się szybciej niż łódka. W końcu podpłynął do ciała i chwycił je, dopiero teraz czując, że jest to kobieta. Zaczął płynąć w stronę łódki, chociaż było to trudniejsze niż wcześniej – później nawet „zleceniodawca” musiał mu trochę pomóc, głównie ze wciągnięciem nieprzytomnej kobiety na łódkę.
         – Kieruj się w stronę brzegu – powiedział do mężczyzny, a sam przewrócił ją na plecy.

Na samym początku nie rozpoznał jej, bo przecież sporo czasu minęło, od kiedy widzieli się ostatni raz, jednak gdy ta chwila minęła… już wiedział, kim była ta kobieta. Ciemna skóra i białe włosy wskazywały na przedstawicielkę rasy mrocznych elfów, jednak to nie one sprawiły, że ją rozpoznał. To cechy wyglądu jej twarzy sprawiły, iż rozpoznał w niej Eldrizze. Swoją przyjaciółkę z czasów, gdy żył Pod Powierzchnią i… chyba jedyną osobę, o której mógł powiedzieć, że coś do niej czuł.
Teraz jeszcze bardziej nie miał zamiaru pozwolić jej na to, żeby umarła. Domyślał się, że może być na niego zła za to, że opuścił swój i jej dom, aby udać się na Powierzchnię i wieść swój żywot właśnie tam, ale… nie chciał pozwolić na to, żeby woda i jakaś wielka ryba była powodem jej śmierci. Położył dłoń na jej szyi, aby palcami sprawdzić puls – wydawało mu się, że go wyczuł, ale z drugiej strony zanikał… jakby był urwany. Jakby elfka nadal walczyła o życie, ale żeby jej się to udało, najpierw ktoś musiał jej pomóc. Ostrożnie położył dłonie na jej klatce piersiowej i zaczął w regularnych odstępach czasu uciskać ją. Do jej płuc mogła dostać się woda, która utrudnia oddychanie albo nawet całkowicie je blokuje. Rozchylił też jej usta i zatkał nos, a później podzielił się z nią swym własnym oddechem… Jednak to nie pomagało, ale on nie poddawał się i próbował nadal.
Później, gdy już łódka dobiła do brzegu, a Eldrizze nadal się nie budziła, mroczny podniósł jej ciało, wyniósł z łódki i położył na trawie i ziemi, a później ponownie ucisnął kilkukrotnie jej klatkę piersiową i podzielił się oddechem, licząc na to, że w końcu usłyszy jej kaszel i zobaczy wodę, która wypłynie z jej ust. Dopiero teraz pomyślał, że na pewno wolał zobaczyć to, niż uświadomić sobie, że umarła… Dlatego też ponowił swoje działania, jeśli nadal nic się nie stało i to nawet, jeśli później zdecyduje się go zaatakować, czy to słownie, czy od razu fizycznie.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Jezioro Cara”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości