Oglądasz profil – Nuka

Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
sir Nuka Esker
Rasa:
Alarianin
Płeć:
Mężczyzna
Wiek:
33 lat
Wygląda na:
30 lat
Profesje:
Szlachcic, Strażnik, Wojownik
Majątek:
Majętny
Sława:
Sławny

Aura

Aura ta nie jest nadzwyczaj silna, bo i silna być nie może - nie stara, ani nie młodziutka pozbawiona jest jakichkolwiek dźwięków. A jednak, mimo ich braku rysuje się w umyśle niezwykle wyraźnie. Wlewa się ciepłym żelazem, żeby się przywitać - uścisk ma twardy jak rzadko, ale przyjaźnie giętka daje się jakoś odsunąć, zaskakując mocnym zapachem używanej zbroi. Lepi się też lekko, ale czy to brud? Gładka, lśniąca powierzchnia zdaje się temu zaprzeczać i miast się wstydzić uśmiecha się i zwodzi żywymi odcieniami miedzi. Ich wzory o ostrych krawędziach toną też wkrótce na cynowych szlakach, gdzie wśród niedawnych wspomnień przebłyskują naloty platyny, a lekka obsydianowa mgiełka unosi się nad pustkowiem wolna i nieskrępowana. I wtedy też usta wypełnia przez lata wyrabiana gorycz z przyjemnie kwaśną nutą i odpowiednio pikantnym zakończeniem. Czas pójść w swoją stronę!

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Nuka
Wiek:
23
Grupy:
Martwe postacie:
Płeć gracza:
Kobieta

Skontaktuj się z Nuka

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
7 miesiące temu
Ostatnio aktywny:
1 godzinę temu
Liczba postów:
51
(0.06% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.23)
Najaktywniejszy na forum:
Arturon
(Posty: 47 / 92.16% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
[Okolice Arturonu] Cichy sen
(Posty: 47 / 92.16% wszystkich postów użytkownika)

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:silny, wytrwały, wytrzymały
Zwinność:bardzo zręczny, szybki, precyzyjny
Percepcja:wyostrzony wzrok, dobry słuch
Umysł:bystry, błyskotliwy, silna wola
Prezencja:Ładny, godny, charyzmatyczny

Umiejętności

Łucznictwo i kusznictwoEkspert
Strzelać z łuku nauczył go ojciec, zaś posługiwania się kuszą nauczył się samodozielnie.
Malarstwo i rysunekEkspert
Za młodu matka zaraziła go sztuką, a guwernantka, utalentowana malarka, nauczyła podstaw rysunku. Później kontynuował naukę samodzielnie, gdy już gościł na dworze króla Artura.
PrzetrwanieEkspert
Po masakrze w Jugrze zmuszony został do radzenia sobie na Pustkowiach. Uczył się metodą prób i błędów. Ale już nigdy nie podetrze się trującym bluszczem.
PolowanieEkspert
Musiał przeżyć na Pustkowiach, nie miał więc wyboru, jeśli chciał danego dnia mieć cokolwiek do jedzenia.
UnikiBiegły
Stroni od bezpośrednich starć, nie lubi rozwiązywać problemów siłą, dlatego latami ćwiczyć spostrzegawczość i zręczność, by nie usiał brać w nich udziału.
Walka wręczBiegły
Umie się bić, choć robi to rzadko, niechętnie i w nikłym stopniu.
WędkarstwoBiegły
Nie mogło być mu to obce, gdyż urodził się w rodzinie rybaków. Mimo ich wielu kaprysów ryby wpadają w jego sieci z pewnością bez pomocy zbiegu okoliczności.
TropienieBiegły
Potrafi dostrzec słabo widoczne ślady i tropy zwierząt, umie rozpoznać odcisk na ziemi i od razu nadać mu przynależność, do jakiego zwierzęcia, czy też humanoida on pasuje.
Skradanie sięBiegły
Potrafi przejść przez las bezszelestnie, a przez budynek niepostrzeżenie. Nie umie jednak podejść żywej istoty. Lepiej nadaje się do włamywania.
ŚpiewZaawansowany
Nauczył go jego świętej pamięci dziadek, z którym za dzieciaka zwykł siadać na pomoście i przypominać sobie stare jak świat przyśpiewki.
Otwieranie zamkówZaawansowany
Proste mechanizmy nie sprawiają mu trudności i potrafi je rozgryźć, nie pozostawiając po sobie żadnych widocznych śladów.
Czytanie i pisanieZaawansowany
Woli czytać, bo z pisaniem nadal ma małe problemy. Na dworze preferował rozwijać swoje talenty malarskie, niż przykładać się do naprawdę przydatnych rzeczy.
GeografiaOpanowany
Przedstawiono mu dosłownie podstawy w różnicach jakie istnieją między poszczególnymi krainami Alaranii. Na glebach się niestety nie zna.
GotowanieOpanowany
Dzięki naukom w kuchni na dworze króla, umie przyrządzić nieco więcej, mając mniej składników. Niezwykle przydatne w podróży.
PoliglotyzmOpanowany
Całkiem nieźle zna język elfów, choć bardziej skomplikowane sformułowania już sprawiają mu trudności.
Otwieranie zamkówPodstawowy
Proste mechanizmy nie sprawiają mu trudności i potrafi je rozgryźć, nie pozostawiając po sobie żadnych widocznych śladów.
PolitykaPodstawowy
Łyknął jej trochę na królewskim dworze, jednak doszedł do wniosku, że jest do niej za mało sprytny. Postanowił więc pozostawić ją ludziom, którzy mają wyjątkowy dar do mamienia ludzi bez skrupułów.
TaniecPodstawowy
Nadepnąć na stopę nie nadepnie, a nawet jeśli, to swoją niezdarność nadrabia urokiem osobistym.

Cechy Specjalne

Częściowa regeneracjaDar
Jego rany z pewnością zasklepiają się szybciej, niż u zwykłego człowieka. Bezsprzecznie zadrapanie po kocie nie będzie się goiło tydzień, a dwa dni.
Urok osobistyDar
Jako że uważany jest za szarmanckiego, pozytywnego jegomościa, potrafi sobie zjednać ludzi, co czasami przekształca na swoją korzyść.
Wyostrzone zmysłyZaleta
Z racji posiadania w swoim drzewie genealogicznym prapraprababki Dhampira, Nuka odziedziczył w nikłym stopniu ulepszenie przede wszystkim dla wzroku i słuchu. Jest w stanie dostrzec i usłyszeć nieco więcej od przeciętnej istoty, lecz pójście po ciemku do lasu już sprawia mu duże problemy.
Wrażliwość na słońceUłomność
Jeżeli zbyt długo przebywa w pełnym słońcu zaczyna go niemiłosiernie boleć głowa.
Niespokojny senSkaza
Co noc nawiedzają go koszmary, przez co obawia się zaśnięcia. Bezsenność powoduje, że nie jest w stanie funkcjonować za dnia, staje się rozkojarzony i osłabiony.

Magia:

Nowicjusz

Przedmioty Magiczne

KuszaZaczarowany
Broń, którą podarował mu król Arturonu. Lekka i poręczna, w którą wtopione zostały dwa kamienie runiczne nasycone magią. Pierwszy niweluje działanie wiatru na wystrzelone bełty, zaś drugi gwarantuje niezniszczalność broni.

Charakter

"Prawdziwy umysł potrafi przeniknąć kłamstwa oraz iluzje, nie gubiąc się. Prawdziwe serce potrafi znieść truciznę nienawiści, nie doznając szkód".

Nuka jest w stanie znieść kaprysy losu, nie odnosząc przy tym większych ran. Inaczej z sytuacjami ekstremalnymi, gdy śmierć zbiera obfite żniwo. Wtedy ciężko jest mu się pogodzić z tak tragicznym obrotem spraw.
Życie ukształtowało go na człowieka odważnego i szczerego, nieobawiającego się podjąć ryzykownych decyzji w razie niebezpieczeństwa. Nie waha się poświęcić zdrowia za kogoś, na kim mu zależy, nie jest egoistą, choć altruistą również nie można go nazwać. Posiada jednakże spore pokłady empatii i zrozumienia dla innych istot, dlatego stara się pomagać, jeśli nadarzy mu się ku temu okazja. Jest oddany przyjaciołom i rodzinie, wierny jak pies, można by rzec, a się nie przesadzi. Za kimś, na kim mu zależy, jest w stanie skoczyć w ogień lub zrobić to za niego. Nie obawia się bólu, ale panicznie broni się przed samotnością. Zbyt długo podróżował, mając za towarzysza jedynie hulający wiatr. Teraz, gdy widzi przyszłość w o wiele jaśniejszych kolorach, nie stroni od towarzystwa. Nie widać tego po nim na pierwszy rzut oka, lecz Nuka nie ma problemów z nawiązywaniem nowych znajomości. Nawet, jeśli ta znajomość zaczęła się od prawego sierpowego którejś ze stron.
Nie wstydzi się przyznać do popełnionego błędu. Bierze pod rozwagę wszystko, co mu się przytrafia i stara się uczyć na swoich porażkach. Krytykę z chęcią przyjmuje, bo zdaje sobie sprawę, że dzięki niej może stać się lepszy w wielu aspektach. W dodatku ma ogromny dystans do siebie - obrażenie go graniczy z cudem.
Nuka, mimo tego, że wydaje się być twardym mężczyzną o skalnej skorupie zamiast powłoki skórnej, jest bardzo uczuciowy. Nie wypłakuje się na każdym kroku, lecz zdarza mu się w czasie wspominania dawnych dni uronić łzę lub dwie. Jeśli kocha, to całym sobą. Nic nie robi na pokaz, chyba że akurat wymaga tego sytuacja. Potrafi kłamać, doskonale pamięta wypowiedziane przez siebie słowa, dlatego też kłamstwo może ciągnąć latami, nie szkodząc tym samym sobie. Jeśli go lepiej poznać, można dostrzec, że jest to osoba nad wyraz miła, wyrozumiała i entuzjastycznie podchodząca do życia, która w swoim życiu wszystko zawdzięcza jedynie ciężkiej pracy.

Wygląd

	Należy do tych przedstawicieli płci męskiej, którzy uważani są za przystojnych, co można wnioskować po lubieżnych spojrzeniach jakie rzucają mu kobiety. Jest wysokim i dobrze umięśnionym mężczyzną o szerokich ramionach i wąskich biodrach. Jego poznaczoną kilkoma zmarszczkami twarz okalają czarne włosy poprzeplatane już gdzieniegdzie siwizną. Nosi ciemną brodę, lecz od opuszczenia Arturonu nie zgolił jej ani razu - co najwyżej przycinał. Sprawia dobre pierwsze wrażenie i miło patrzy mu z ciemnozielonych oczu, w których kryją się spokój i cierpliwość. Widać, że jego ręce nie zostały stworzone do zbierania kwiatków - są stwardniałe, suche i noszą na sobie ślady brutalnego, częstego używania. 
Nie posiada zbyt urozmaiconej ani bogatej w detale garderoby. Jako gwardzista zwykł nosić szykowny kirys, a na nim pełną zbroję. Teraz zaś przywdziewa najtańsze lniane koszule, a na nich kamizelę ze skóry, której lata świetności minęły lata temu. Trzyma ją z sentymentu. W chłodniejsze dni nosi również grubą kurtę podszywaną owczą wełną - prezent od króla Artura.
Po ziemi stąpa pewnie, z rycerską manierą, mimo koczowniczego trybu życia. Lata przebywania na dworze królewskim wywarły na nim swój wpływ, ale z pewnością nie poprawiły mu akcentu, bo wciąż mówi dosyć niedbale. Nie uznał za konieczne zmienianie tego, w końcu z każdym się jakoś dogadywał i nie było z tym większych problemów.

Historia

	Podróżował z Enarem od dłuższego czasu, a spotkał go całkowitym przypadkiem na trakcie do Katimy i tak się złożyło, że obaj tam zmierzali. Postanowili więc towarzyszyć sobie podczas długiej drogi do najbliższej cywilizacji, która nie miała statusu wioski. Dogadywali się całkiem nieźle, można było nawet rzec, że rozumieli się bez słów. Nuka nie wypytywał Enara o jego przeszłość, a Enar odwdzięczał się tym samym. Wiedzieli o sobie tylko tyle, że przyświecał im wspólny cel – więcej do szczęścia nie potrzebowali.
Gdy udało im się dotrzeć na miejsce, doszli do wniosku, że warto byłoby się najpierw rozejrzeć za jakimś noclegiem, bo wieczór był chłodny i na dodatek obaj byli głodni jak przysłowiowe wilki. Nuce udało się upolować gdzieś po drodze ze dwie wiewiórki, ale dwóm rosłym mężczyznom nie mogły one wystarczyć. Zdecydowali więc zgodnie, że najedzą się w karczmie do syta, wyśpią porządnie, a nad ranem każdy pójdzie w swoją stronę i drugiemu przeszkadzać nie będzie. Zasiedli więc do wieczerzy, którą w większości sponsorował Nuka z pieniędzy otrzymanych od króla Artura z Arturonu. Zamówili też alkohol dla umilenia zwieńczenia ich podróży i krótkiej, acz solidnej znajomości.
Po kilku godzinach Enar zdołał się tak wyborowo wstawić, że udało mu się pomylić okno na piętrze z drzwiami. Nic mu się nie stało, chyba nawet nie zauważył, że inną drogę sobie wybrał, ale Nuka za to musiał przywrócić go do porządku, żeby więcej szkód nie narobił, bo prawdopodobnie na to się właśnie zanosiło. Jego towarzysz zaczął bowiem rzucać obelgami pod adresem właściciela przybytku. Nuka nie miał innego wyjścia, jak tylko strzelić mu porządnie w pysk, żeby choć na chwilę się zamknął. Poskutkowało, ale został obrzucony nienawistnym spojrzeniem.
- Jak nie umiesz pić, to się za to nie bierz – warknął Nuka, wracając do stołu.
Enar wydał z siebie niewyraźny bulgot, po czym chwiejnie dołączył do towarzysza i usiadł naprzeciw niego. Nieudolnie próbował podeprzeć głowę na ręce, ale ta wymykała mu się już spod kontroli. Zrezygnował więc z tak skomplikowanej czynności i oparł się plecami o ławę, próbując utrzymać kontakt wzrokowy z rozmówcą.
- Ej - burknął blondyn niewyraźnie - Esker, tak? - Nuka skinął w milczeniu głową. - Ty to skąd w sumie jesteś, hmm?
- Z Jugry - odparł i upił łyk z kufla. - Kojarzysz?
Enar przytaknął skinieniem głowy, ledwie przytomny.
- To taka wiocha nad morzem, tak? - wymamrotał; Nuka zrozumiał pytanie tylko dzięki kontekstowi.
- Mhm. Rybacka. - Ponownie się napił. - Mieszkałem tam za dzieciaka z rodzicami i siostrą.
Blondyn zdrowo beknął, po czym zmarszczył brwi w zamyśleniu.
- To jak ty, do cholery, dostałeś się do króla? Bo coś o królu mówiłeś. Czy to nie ty?
- Mówiłem, ale to długa historia.
- Przed nami cała noc. - Enar rozłożył ręce i pijackim gestem omiótł nimi powietrze, po czym wrócił do osuszania któregoś z kolei kufla. - To opowiadaj. Lubię opowieści.
Nuka zastanowił się nad propozycją towarzysza. Nie zwykł dzielić się historią swojego życia z niemal obcym dla siebie człowiekiem, lecz sądząc po stanie w jakim aktualnie był blondyn, uznał że jedynym, co będzie tamten pamiętał to spuchnięta żuchwa. Ugryzł więc kawałek chleba, popił i sięgnął pamięcią w przeszłość.
- Rodzice uczyli mnie wędkować zanim w ogóle zacząłem chodzić. Od pokoleń żyliśmy z połowu ryb i ich sprzedaży, byliśmy w tym ponoć najlepsi wzdłuż całego wybrzeża. - Wzruszył ramionami. - Nie przejmowałem się reputacją, chciałem jedynie złapać więcej ryb niż moja siostra. Może i była o kilka lat młodsza, ale w wędkowaniu nie miała sobie równych. Zazdrosny trochę byłem. I głupi. Wiesz, pokonany przez dziewczynkę. - Zaśmiał się pod nosem. - Moja duma nieźle wtedy ucierpiała, ale matka przekonała mnie, że to nie ma znaczenia, czy ktoś jest lepszy, czy gorszy. Najważniejsze, żeby samemu starać się rozwijać. Posłuchałem jej i wykorzystuję tę radę do dziś, bo zawsze znajdzie się ktoś lepszy, nie ma co się czarować, a użalanie nad sobą niczego nie zmieni. Dlatego sporo z dziadkiem przesiadywałem - on zwiedził więcej świata, niż cała moja rodzina razem wzięta i miał co opowiadać. Podziwiałem go też za to, jak ładnie umiał śpiewać, więc zacząłem go naśladować. Szło mi okropnie, ale on zaparł się, że mnie nauczy, bo niemożliwym było, żeby Esker śpiewać nie potrafił. Dzięki temu poznałem sporo starych pieśni, za dużo, by teraz wymieniać. Moja matka zaś uwielbiała sztukę, wszelaką. Obrazy, rzeźby, taniec, mnóstwo tego było. Zacząłem się tym interesować dopiero po śmierci dziadka, żeby jakoś myśli odciągnąć, a guwernantka poszła o krok dalej i wcisnęła mi w rękę węgielek i kazała rysować, co mi do głowy przyjdzie. I w ten sposób nauczyłem się rysować i malować. Dziełami sztuki moich wypocin nie można było nazwać, ale na swój sposób cieszyły oko.
Dopił, co miał w kuflu i poprosił karczmarza o dolewkę. Enar wtenczas już począł przysypiać, a głowa latała mu na wszystkie strony, gdy starał się udawać, że jeszcze słuchał towarzysza. Nuce to nie przeszkadzało. Lubił sobie pogadać, nawet do siebie.
- Niestety, sielanka skończyła się wraz z wybuchem buntów Morskich Elfów. - Zasępił się wyraźnie, spoglądając w eter. - Z początku dochodziły nas słuchy o kradzieżach i pomniejszych zniszczeniach, ale później... Później zaczęły parać się mordowaniem ludzi. - Podziękował karczmarzowi za piwo, ale nie napił się; zamiast tego w zamyśleniu ślizgał palcem po krawędzi naczynia. - W końcu padło na Jugrę. Atak przeprowadzili o świcie. Sądzili, że nie zastaną poza domem żywej duszy, a nie wzięli pod rozwagę, że przecież rybacy wstają wcześniej od słońca. Ojciec rozkazał mi zostać w domu i pilnować Lily, a on wybiegł bić się z najeźdźcą. - Prychnął z pogardą. - Byłem idiotą, że go nie posłuchałem. Chciałem pomóc, przydać się na coś. Powiedziałem siostrze, by za żadne skarby nie szła za mną, ja chwyciłem łuk, strzały i jak ostatni baran pobiegłem za ojcem, zamiast wykonać jego przykaz. Kretyn - dodał ciszej, sięgnąwszy po piwo. - Elfów, jak mrówków, mówię ci. Gdzie nie spojrzałem, tam byli. Wszędzie. Już nie pamiętam szczegółów, widzę tylko pojedyncze obrazy, przebłyski. Krzyczący ludzie, wojujące elfy, fale rozbijające się o brzeg. Urywki.
Umilkł, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w dal. Enar już dawno zasnął z odchyloną głową, chrapiąc donośnie. Znaczna część bywalców karczmy podzieliła jego los, gospodarz też przysypiał za szynkiem. Za to Nuka nie odczuwał zmęczenia ani senności. Powrócił myślami do dni, o których chciał od wielu lat zapomnieć. To była jedna z wielu ran, które do tej pory się nie zagoiły.
- Zmarła w moich ramionach - rzekł po dłuższej chwili zachrypniętym głosem. - Moja siostra... Lily... Wybiegła za mną. Chciała się upewnić, że mnie ani ojcu nic się nie stało. Prosiła, żebym wracał do domu. Żebym uciekał. Żebym uciekał razem z nią. Ciągnęła za rękaw mojej koszuli, krzyczała, ale nie słuchałem. I nagle zamilkła, pisnęła cicho. Odwróciłem się... i ujrzałem strzałę wystającą z jej barku. Zastygłem, krew mi w żyłach zmroziło. To nie mogło być prawdziwe. Przerażenie w jej oczach, łzy... - Odetchnął głębiej, spuszczając wzrok na brudny blat stołu. Zacisnął dłoń na uchu kufla. - Upadła. Nie potrafiłem jej pomóc. Do dziś nawiedzają mnie koszmary. Co noc Lily umiera raz za razem, jakby wyrzuty sumienia chciały mnie zabić powolną, bolesną i wyjątkowo okrutną torturą. - Emocje ścisnęły mu gardło, nie pozwalając dalej mówić. Wypił wszystko, co miał, dopił jeszcze piwo Enara, i dopiero po tym mógł kontynuować, choć z ciężkim sercem wspominał tamte chwile. - Uciekłem stamtąd, winiąc siebie za jej śmierć. Walki wciąż trwały, nie wiedziałem, czy moi rodzice przeżyli. Wiedziałem jedynie, że gdyby oni również zginęli - ja bym tego nie przeżył. Byłem wystraszony... Przerażony, nie miałem pojęcia, co robić, nogi same niosły mnie w stronę lasu, umysł miałem zaćmiony, nie pamiętam zbyt wiele. Tylko krzaki raniące moją twarz, przez które musiałem się przedrzeć, by do tego lasu dotrzeć. Nie potrafiłem pogodzić się z myślą o stracie rodziny. Zresztą, jeśli ktokolwiek umie, niech rzuci kamieniem. - Pokręcił głową i prychnął pod nosem. - Idiota. Pamiętam, że wycieńczony i brudny trafiłem w okolice jakiejś oberży. Stały przy niej konie, ze środka dobiegała jakaś muzyka. Miejsce pełne życia. Nie wiedziałem, ile dni minęło od ataku na Jugrę, i nie potrzebowałem tego wiedzieć. Mimowolnie skierowałem się ku tyłowi przybytku, żeby usiąść i otrzeźwieć z szoku. Ile mogłem mieć lat? Trzynaście? Może czternaście. Ochłonąłem nieco, złapawszy w końcu spokojniejszy oddech. I dotknęła mnie pustka. Pochłonęła wszystkie odczucia i emocje, jakie burzyły się we mnie od tych kilku dni. Rozejrzałem się bezmyślnie za jakimś wyjściem z tej patowej sytuacji. Dostrzegłem butelkę, stojącą samotnie na beczce obok. Pomyślałem, że w tej chwili alkohol byłby rozwiązaniem bardzo na miejscu. Głupi byłem, a do tej pory nie spróbowałem ani łyka tego świństwa. Z opowiadań ojca wywnioskowałem jedynie, że można na chwilę o wszystkim zapomnieć, a zapomnienie było w tamtej chwili jedyną rzeczą, o której marzyłem. No, więc nie zastanawiając się w ogóle, chwyciłem tę pieprzoną butelkę, odkorkowałem, po czym wypiłem prawie połowę za jednym oddechem. I wtedy straciłem przytomność.
Zrzucił przez przypadek łokciem kufel, robiąc tym samym niezły hałas, aż karczmarz podskoczył wyrwany z półsnu. Gestem ręki przeprosił mężczyznę i sięgnął po naczynie. Zerknął na Enara, który tylko zachrapał głośniej. Usiadł z powrotem przy stole i wpatrzył się w trzymany przez niego drewniany kubek. Przypomniało mu się przysłowie wypowiedziane niegdyś przez jego dziadka: „Topisz swe kłopoty w alkoholu? Nie rób tego, one umieją świetnie pływać”. Słowa prawdy.
Odchrząknął, pozbywając się chrypki.
- Przebudziłem się, czując potężny ból w całym ciele, jakby mnie coś rozrywało na strzępy lub wyżerało od środka. Nie widziałem za dobrze, przez bardzo długi czas nic dookoła mnie nie miało krawędzi ani kształtu. Słyszeć też ledwo słyszałem, jakieś szumy, głosy niby z oddali. Byłem wrakiem człowieka, miałem wrażenie, że moje ciało gniło od wewnątrz, rozkładało się. Pamiętam strach, jaki przeszył mnie wtedy na wskroś. - Wzdrygnął się. - Istny koszmar. Już nie pamiętam, czy ponownie odpłynąłem, czy po prostu leżałem nieobecny duchem. Minęło dużo czasu, nim względnie oprzytomniałem. Mimo odzyskania świadomości wciąż czułem się źle, a panika nie poprawiała mojego stanu. Ale zacząłem widzieć i słyszeć wyraźniej. Znajdowałem się w chatce zielarza, wszędzie porozwieszane były zioła i kwiaty, widziałem stosy ksiąg, przybory alchemiczne. Właściciela tych rzeczy poznałem niedługo potem. Był to starszy mężczyzna, mający zapewne koło siedemdziesiątki, ale poruszał się lekko, z młodzieńczą manierą. Niczego wtedy nie rozumiałem, byłem zbyt skonsternowany i słaby, by myśleć logicznie. By myśleć jakkolwiek. Zapytałem wprost o jego tożsamość. Miał na imię Hanavald i robił za lokalnego uzdrowiciela, lecz coś mi świtało, że mógł być kimś więcej. No, i okazał się czarodziejem. Uratował mnie przed śmiercią, bo tym, co wypiłem za karczmą, była trucizna - trutka na szczury. Kto trzyma trutkę w butelce po piwie? - Pokręcił głową z niedowierzaniem. - W każdym razie Hanavald jeszcze długo sprawował nade mną pieczę. Trzy lub cztery lata siedziałem z nim w głuszy, ucząc się wielu przydatnych rzeczy. Razem przyrządzaliśmy posiłki; on nauczył mnie podstaw gotowania, a ja pokazałem mu jak należy złowić rybę tak, by jej nie uszkodzić. Dogadywaliśmy się bardzo dobrze, mimo różnicy wieku. Najwyraźniej obaj tego potrzebowaliśmy - zatroszczyć się o kogoś. Czarodziej przypominał mi ojca, a pewnego wieczoru wyznał, że traktuje mnie jak syna, którego nigdy nie miał. Poczułem swego rodzaju ulgę, ale gdzieś w głębi zaszyła się namiastka bólu, poczucie straty znów powróciło i nie chciało odejść. Płakałem tamtej nocy w poduszkę, nie potrafiłem nad sobą zapanować. Wyłem i ryczałem, chcąc przelać całe rozgoryczenie na bogu ducha winny materiał. Tamtej nocy nienawidziłem siebie i tego, co uczyniłem. Albo czego nie uczyniłem. Miałem nadzieję, że ta katorga skończy się jak najszybciej. Hanavald jednak dbał, by w moim otoczeniu nie było żadnych przedmiotów, które potencjalnie mogłyby pomóc mi dokończyć to, co zacząłem za oberżą. Przeleciała mi przez myśl makabryczna wizja, czy dwie, lecz nie poddałem się im. Uwierzyłem czarodziejowi, że może być i będzie lepiej. Przez chwilę było. - Potarł zesztywniały kark i przetarł twarz dłońmi. - Hanavald pewnego dnia zmarł w swoim łóżku. Nie wiem jak, nie wgłębiałem się w temat. Wiem jedynie, że rozpaczałem jeszcze długo po jego śmierci. Sam musiałem urządzić mu pogrzeb. W moich stronach zmarłych się paliło, więc i ja tak zrobiłem. Pamiętam żar ognia na twarzy, gdy żegnałem przyjaciela, a wszystko dookoła mnie ucichło, słyszałem tylko trzaskanie ognia. Nie chciałem mieszkać w chacie bez niego, zabrałem więc potrzebne mi rzeczy, a chatę spaliłem. Dopilnowałem, by ogień nie rozszedł się po lesie, i ruszyłem w drogę.
Przeciągnął się, chcąc rozluźnić mięśnie. Słońce już dawno zaszło, miasto spało, a on jeden nie umiał zmusić się do snu. Najwyraźniej opowieść musiała zostać zakończona.
- Jakoś radziłem sobie w puszczy. Jakoś. Polowania nie zawsze się udawały i nie na każdym rozdrożu napotykałem strumień. Ale dawałem radę. Może była to kwestia dziedzictwa, o którym opowiedział mi kiedyś ojciec. Ponoć moja prapraprababka była Dhampirem i stąd moje nieco bardziej wyostrzone zmysły. No, i ta regeneracja, słaba bo słaba, ale działa całkiem nieźle. Wracając: przede wszystkim chciałem przeżyć. Spałem po krzakach i przy drogach, w błocie, na piachu, trawie, czasem na mchu. Nie zliczę ile razy mrówki mnie pogryzły i ilu pcheł nałapałem. - Prychnął z rozbawieniem. - To były moje najmniejsze problemy. Kończyło mi się jedzenie i woda, nie mogłem wiecznie tułać się bez celu. Zgubiłem się gdzieś na Wschodnich Pustkowiach; notabene, adekwatna nazwa, bo tam rzeczywiście niemal niczego nie ma. Może jakieś ruiny, w których zresztą także sypiałem. Jeśli udało mi się znaleźć niezamoknięty kawałek papieru - rysowałem na nim mapę okolicy, ale nigdy nie niałem dość miejsca, by narysować wszystko. I tak traciłem zaraz te zwitki, bo trzeba było czymś ogień rozpalać, a wtedy jeszcze nie byłem zaznajomiony z innymi sposobami. Ale - zaakcentował - pewnego dnia, właśnie gdzieś w otchłani tych pieprzonych Pustkowi, znaleźli się szaleńcy, którzy zatrzymali się niedaleko mojego obozowiska. Przyczaiłem się, by sprawdzić kim byli. Nie zachwycali aparycją - wielcy i dzicy, tak bym ich nazwał. Nieokrzesani, o, lepiej nawet. Nie najlepiej się skradałem i zostało to potwierdzone, bo w chwilę później mnie zauważyli. Wystraszony, chciałem uciec, ale oni byli szybsi. Zaczęli debatować nad tym, jak mnie przyrządzą, bo przecież mięso nie może się zmarnować. Przyznam, sikałem w gacie, słuchając ich. Tylko jeden nie wdawał się w dyskusję, najpaskudniejszy z nich. Okazał się liderem bandy, a wkroczył do rozmowy, gdy między jego kompanami doszło do rękoczynów. Nazywał się Ralf. Ryknął, aż się drzewa zatrzęsły, a z ich koron wyleciały stada ptaków. Był potężny jak stodoła. Tak teraz myślę, że mógł być nawet Nordem. Z pewnością budził postrach. Co do szacunku - nie jestem pewien, bo ode mnie go nie otrzymał. Przyjął mnie do bandy, bo ponoć zobaczył we mnie potencjał na wojownika. Kiedy powiedziałem, że przez rok tułałem się po okolicy sam, skinął głową z uznaniem. Rzekł: "Twarda sztuka z ciebie, młody" i położył ogromną łapę na moim ramieniu. Nie miałem co ze sobą zrobić, więc poszedłem z nimi. - Zrobił zniesmaczoną minę, wpatrując się w odległy kąt karczmy. - Do tej pory próbuję znaleźć porządniejszą wymówkę, dlaczego zdecydowałem się dołączyć do bandy Ralfa. Próbuję uciszyć sumienie. Ale to, co robiliśmy nigdy nie zostanie wybaczone. Żadnemu z nas. Plądrowaliśmy mniejsze wioski, kradliśmy, zabijaliśmy. No... Ja nie, ale patrzyłem; osobiście nie widzę różnicy. Nie byłem zdolny do zrobienia czegokolwiek drugiemu człowiekowi. Wchodziłem jedynie do domów i otwierałem je od środka. Dostawałem za to swoją gażę oraz miejsce przy ognisku. Nie jestem dumny z tego, że pomagałem tym łotrom siać chaos. Każdy jednak popełnia błędy, a ja miałem towarzystwo i jedzenie, i to bez większego wysiłku. Po pewnym czasie dostałem od Ralfa kuszę. Spojrzałem wtedy na nią i powiedziałem: "Nie umiem obsługiwać cholernej kuszy", a on na to beztrosko: "Przecież strzelasz z łuku. Tu też masz strzały". Idiota. Niedoedukowany imbecyl. Ale kusza była niezła. Bełty znalazły się po drodze. Ciężkie cholerstwo było, niech je szlag. I skrzypiała przy naciąganiu. Długo miałem problemy z utrzymaniem jej w powietrzu dłużej niż pięć sekund. Teraz w tyle powalam dzika. Droga przez mękę, ale nauczyłem się w końcu. Robiłem za myśliwego. Ile z nimi łaziłem... Dwa lata? Będzie około. Dostałem kilka razy w pysk, jak któryś za bardzo się napruł, ale nigdy od Ralfa. On wyżywał się na innych, nie na mnie. Tak czy siak, miałem dość marnowania z nimi czasu. Obudziła się we mnie chęć zarobienia przyzwoitych pieniędzy, wykonywania uczciwej pracy. Wiedziałem, że nie puszczą mnie ot, tak. Dlatego nie zaszczyciłem ich informacją o moim odejściu. Wymknąłem się z obozowiska w środku nocy. Nie wyruszyłem nieprzygotowany - zabrałem im większość jedzenia, wody, wziąłem też nóż Ralfa. Pewnie nie był zadowolony z tego faktu. Oby już gryzł ziemię. - Napił się wody z bukłaka, miał już po uszy piwa. - Jeżeli jednak jakimś cudem przeżył ostatnie trzynaście lat, będę gotów się z nim zmierzyć.
Enar nagle chrząknął i podskoczył na ławce zdezorientowany. Rozejrzał się po izbie błądzącym wzrokiem, po czym spojrzał na Nukę, nieco zezując.
- Mówiłeś coś - wywnioskował, bełkocząc. Powstrzymał beknięcie i sięgnął po kufel. Zdziwił się bardzo, gdy nie dostrzegł w nim piwa. - Co to ma być? - spytał oburzonym tonem, spoglądając na towarzysza oskarżająco.
- Spragniony byłem. - Nuka nawet nie próbował udawać.
Blondyn burknął coś niezrozumiałego pod gęstym wąsem, podrapał się po brodzie i rzucił:
- No, to co w końcu z tym królem było?
- Właśnie do tego zmierzałem - odparł, siadając wygodniej. - Po tygodniowym zacieraniu swoich śladów w obawie przed Ralfem...
- Kim? - przerwał mu Enar. Nuka westchnął ciężko.
- Przespałeś trzy czwarte opowieści, nie będę się teraz wracał. - Zignorował przekleństwo towarzysza i kontynuował. - Po tygodniowym zacieraniu śladów w obawie przed Ralfem, mogłem na powrót zająć się spokojnym pałętaniem się bez celu po okolicy. Jako że miałem w tym już sporo doświadczenia - nie przeszkadzał mi taki tryb życia: nigdzie nie zagrzałem miejsca dłużej niż na dwa dni, mówię ci. Spod krzaka pod krzak, z jednego traktu na drugi. Raz dotarłem do granic Trytonii, ale zaraz zawróciłem, zdając sobie sprawę, że nie dla mnie miasta i mury. Bardzo dobrze czułem się na Pustkowiach i tam pozostałem przez kolejne kilka miesięcy. Z dala od ludzi, z dala od cywilizacji. Kilka razy wyratowałem jakichś zbłąkanych wędrowców z łap niedźwiedzia, czy innego zwierza. I tyle było po mojej interakcji z ludźmi. Chodziłem brudny, poobdzierany, poraniony i śmierdzący. Jeżeli napotkałem jakiś strumień - myłem się, uzupełniałem zapasy wody. Nie czułem przymusu brania kąpieli, bo kto mnie wąchał? Co najwyżej mech, na którym często sypiałem, ale nie słyszałem, by składał skargę do zarządu w tej sprawie. Dopiero później przyszło mi zadbać trochę o siebie. Wiesz, na dworze królewskim byle jak człowiek się nie może nosić.
- No - skwitował Enar, podpierając głowę ręką. - Czyli u króla byłeś, ta? To jak w końcu tam trafiłeś, bo ja dalej nie mogę tego pojąć.
- Uratowałem mu życie - odparł Nuka zwięźle. - Zawędrowałem na główny trakt do Arturonu, już miałem zawracać, bo to nie moje rewiry były. Ale patrzę - jakiś sznurek napięty w poprzek drogi. Mój wzrok machinalnie się uniósł i co zobaczyłem? Ogromne płótno zawieszone nad traktem, prawdopodobnie wypełnione czymś ciężkim, bo drzewa uginały się pod jego ciężarem. "Oho", pomyślałem. Nie patrz tak na mnie, każdy głupek by się zorientował, że to zasadzka. I tak się złożyło, że bandyci trafili akurat na powracającego z delegacji króla. Ależ mieli szczęście.
- Ano - zgodził się blondyn. - Jak sam ch...
- W każdym razie - przerwał mu wpół przekleństwa Nuka - wyskoczyłem przed orszak, bo król podróżował nie w powozie, a konno, i macham im, by się zatrzymali. Nikt nie zdążył nawet słowa wypowiedzieć, gdy z obu stron traktu wybiegli napastnicy. Konie w kwik, zabrzęczała broń, ryknęły głosy. Wokół króla utworzył się mur ze strażników, sześciu czy siedmiu bodajże, bandyci natarli. Rycerze wykrzykiwali rozkazy, próbując odeprzeć dobrze przygotowanych łotrów. Jeden z nich przyuważył mnie, stojącego jak słup soli, na środku traktu. Zanim pomyślałem, zacząłem uciekać. Jak myślisz, co zrobiłem? - Enar wzruszył ramionami.- Uruchomiłem pułapkę. W tej panice zupełnie zapomniałem o tym cholernym sznurku... Wyrżnąłem jak długi, kusza przygniotła mi plecy, nadal miałem tamtą od Ralfa. Zabrakło mi tchu, świat nagle zwolnił. Zdążyłem się tylko obrócić na plecy. W następnej chwili zwaliło się na mnie cielsko potężnego mężczyzny z zakrwawioną głową. Tylko dzięki niemu nie zostałem zmiażdżony przez stertę kamieni, które wysypały się z płótna nade mną. Nie jestem pewien do końca, jak wyszedłem z tego niemal bez szwanku. Jako że byłem dosyć wątłej postury, zniknąłem pod martwym łotrem, walcząc o oddech. Kiedy się wydostałem, a miałem wrażenie, jakby trwało to długie lata, przeniosłem wzrok na toczącą się bijatykę. Dwóch strażników leżało bez życia w kałużach krwi, dookoła wzbijał się kurz. Chciałem uciec, ratować siebie i nie patrzeć na resztę. Ale nie potrafiłem. Zamiast tego, jak zaczarowany, napiąłem cięciwę kuszy, nałożyłem bełt i wycelowałem. Pocisk przebił czaszkę zbira zamachującego się na króla, kolejny powalił drugiego, szarżującego wściekle na jednego ze strażników. Król dobił ostatniego, który zaciekle walczył o swoje. - Zamilkł na kilka chwil. Przed oczami widniał mu obraz, o którym opowiadał. Widział wszystkie szczegóły, jakby to stało się wczoraj. - Kiedy wszyscy sądzili, że wrzawa ustała, usłyszałem charakterystyczne skrzypienie starej cięciwy z krzaków niedaleko mnie. Jako że zawczasu przygotowałem kuszę, nałożenie i wystrzelenie bełtu były już tylko kwestią dwóch sekund. Z krzaków doszedł głuchy jęk, a później wyczołgał się z nich chudy mężczyzna z raną w boku. Upadł na kolana, błagając króla o litość. Szczerze? Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że pomogłem samemu królowi. Domyślałem się jedynie, że ten człowiek jest zamożnym gościem, z którym lepiej nie zadzierać. Wolałem się nie odzywać, egzystowałem jedynie, obserwując poczynania królewskiego orszaku. Król postanowił wtrącić do lochu tego łajdaka, chcąc wszcząć sprawiedliwy proces sądowy. Łajdaka skuto, a następnie król skierował się do mnie. "Podejdź, chłopcze", rzekł wtedy głębokim tonem, pamiętam to bardzo dokładnie. Nogi się pode mną ugięły, nie miałem pojęcia, czego się spodziewać. Dwudziestoparoletni chłystek, stający przed obliczem szanowanego władcy. Wyobrażasz to sobie? W dodatku, pamiętasz, nie myłem się wtedy zbyt często... Trochę było mi wstyd, że taki obdarty tam stałem. Musiałem zetrzeć pot z czoła, tak się denerwowałem. Ale co miałem zrobić? Podszedłem więc, serce mi w gardle stanęło. Król zlustrował mnie od stóp do głów uważnym, surowym wzrokiem. Przełknąłem ślinę ze strachu, naprawdę nie myślałem trzeźwo. Lata przebywania na Pustkowiach wytrąciły ze mnie umiejętności interpersonalne. I nagle, widzę, król wyciąga do mnie ozdobioną pierścieniami dłoń. Takie oczy zrobiłem. Miałem uścisnąć prawicę króla! Odchrząknąłem, wytarłem dłonie o spodnie, które były równie brudne... I, kłaniając się w pas, uścisnąłem dłoń władcy. Poczułem jak poklepał mnie po plecach i zaśmiał się cicho. „Nie przywykłeś do tego typu gestów, nieprawdaż, chłopcze?”, zapytał, a ja miałem wrażenie, jakby serce miało mi zaraz wyskoczyć z piersi i dać mi w mordę. Skinąłem tylko głową w milczeniu, bo wszelkie słowa zostały zatrzymane gdzieś głęboko w mojej krtani i nie mogły się z niej wydostać. Resztę tego niecodziennego wydarzenia pamiętam jak przez mgłę. Chyba nawet udało mi się zemdleć.
Enar parsknął śmiechem pod gęstym wąsem. Nuka uniósł brew, nie komentując.
- W każdym razie, pełną świadomość odzyskałem dopiero na królewskim dworze. Ja, taki obdartus, w pałacu. Mówię ci, cały świat obrócił się dla mnie o sto osiemdziesiąt stopni. Teraz wiem przynajmniej, ile to jest i co oznacza… W najśmielszych snach nie miałem wizji samego siebie wśród marmurów i kryształów, ze służbą biegającą dookoła i spełniającą moje zachcianki. Z początku czułem się nieswojo, muszę przyznać. Bardzo nieswojo. Król przyjął mnie pod swój dach, dostałem własny kąt; notabene, i tak spałem na podłodze. Tyle lat w lesie odzwyczaiło mnie od wszelkich wygód. Pokój nie był za duży, prawdopodobnie dlatego dopadła mnie klaustrofobia. Mało brakowało, a bym gdzieś za stajniami spał, naprawdę, ty się durnowato nie śmiej, bo ci zęby pięścią policzę. Ten pokoik miał jeden duży plus – okno. Wielkie okno, które wychodziło na bogate, kolorowe ogrody. Cały czas miałem je otwarte, nie było takiego momentu, w którym byłoby zamknięte. Nie jestem pewien, czy z grzeczności, czy ze strachu przed dzikusem służba nie wchodziła do tego pomieszczenia. Nie musiałem się z nimi użerać, na szczęście. Wszystko robiłem sam. Z początku pomagałem w kuchni, otrzymując przy okazji jakieś tam wynagrodzenie. Nie wiem, dlaczego król zdecydował się mnie przygarnąć. Ponoć ujrzał drzemiący we mnie ogromny potencjał. Cóż, z nim nie zamierzałem się kłócić. Nie wypadało po prostu. Zresztą, wolałem nie ryzykować, że wykopie mnie na zbity pysk. Zaczynało mi się tam podobać. Z kuchni przenieśli mnie po paru miesiącach do zbrojowni, co bym poobcował sobie z porządnymi pancerzami i bronią. Nie będę się roztkliwiał nad resztą lat spędzonych jako cieć. Zasłużyłem się dla króla paroma wyczynami typu złapanie złodzieja, czy innego przestępcy. Nawet sporo tego było, nie będę teraz wyliczał.
- Ej, bo nie rozumiem… - odezwał się nagle skonfundowany Enar. – Znaczy, rozumiem, że tam byłeś i… istniałeś w zasadzie, ale jak zostałeś gwardzistą? Bo zostałeś, tak? Czy to nie ty?
Nuka skinął głową.
- Zostałem. Po, bodajże, dwóch latach. Najpierw zrobił ze mnie giermka – „przynieś, wynieś, pozamiataj”, wiesz. Całymi dniami ganiałem za kilkoma rycerzami naraz, bo wtedy był deficyt pomagierów. Nauczyłem się oporządzać konie, czyścić lance i ostrzyć miecze. Kondycję przy okazji sobie poprawiłem. Nauczyłem się prościej chodzić i poznałem wiele trudnych słów. Stałem się bardziej elokwentny. Z dzikusa powolutku formował się zacny człowiek, choć bywało, że wyruszałem na przygody do lasu. Miałem niezłe oko do celowania, więc król zaproponował mi, bym wraz z nadwornym myśliwym jeździł na wypady. Tak więc robiłem, a sprawiało mi to ogromną przyjemność. Mogłem poćwiczyć celność, zręczność. Na wypadach czułem się najswobodniej. Mimo pięciu lat przebywania na dworze nie byłem w stanie w pełni się dostosować. Nie zawsze było kolorowo, ma się rozumieć, lecz tych milszych chwil było więcej niż złych. Na przykład poznałem dziewczynę, elfkę, żeby było ciekawiej. Twarda sztuka, trudna do rozszyfrowania, ale tym lepiej. Lubię stawiać sobie wyzwania. Zaintrygowała mnie, niech ją smok. Urodziwa ponad wszystko, w życiu nie widziałem tak pięknej kobiety. Oczy jak dwa szmaragdy, porcelanowa cera, wysoka, smukła. Doskonała. Nosiła się z taką gracją, że żaden chłop nie potrafił oderwać od niej wzroku.
Enar poruszył brwiami w dwuznacznym geście i uśmiechnął się złośliwie. Nuka odchrząknął.
- Niemniej… Widywałem ją bardzo często, nawet udało mi się zamienić z nią kilka słów… Chodziłem z lekka rozkojarzony po tamtej konwersacji. Bardzo chciałem ją bliżej poznać…
- Tylko? – zapytał Enar, a oczy zabłysły mu wścibsko.
- Spierdalaj – rzucił krótko Nuka. Nie zamierzał dalej komentować. Ze stoickim spokojem kontynuował opowieść. – Król postanowił wcielić mnie w korpus strażników patrolujących ulice Arturonu, przez co musiałem przejść szkolenie wojskowe. Tragedii nie było, ale w kość dostałem, nie chwaląc się. Nie przywykłem do otrzymywania rozkazów, tak że i od razu ich nie wykonywałem, za co obrywałem po łbie. Zresztą, moje myśli fruwały wtenczas wokół tajemniczej elfki; obrywałem więc podwójnie. Powiem szczerze, że warto było.
- Hmm? – zainteresował się blondyn, pożerając kawałek zeschniętego sera z talerza względnie trzeźwego towarzysza.
- Patrolowałem ulice przez ponad rok. Cierpliwości, zaraz dotrę do meritum, zjedz lepiej ten ser do końca. Nie nudziłem się, światek przestępczy działał sprawnie i regularnie, a tu jakaś kradzież, a tu pobicie, tu znowu ktoś w pysk dostał za złe spojrzenie. Za morderstwa również przymknąłem paru zwyrodnialców. Gdyby zerknąć na statystyki, byłem jednym z lepszych strażników, miałem ogromną ilość zatrzymań. I to w ciągu roku. Nie chwaląc się.
- Oczywiście – przytaknął potulnie Enar z pełnymi ustami.
- Nie mieszkałem w koszarach z resztą moich kolegów i koleżanek. Wciąż miałem pokój na dworze królewskim. Doznałem zaszczytu, król traktował mnie niemal jak swojego syna, mówię ci. Jadałem z nim i jego rodziną przy jednym stole, razem z nimi wyjeżdżałem w delegacje, jako jego gwardzista.
- A co z tą elfką?
- Właśnie ku temu zmierzałem. Okazało się, że była córką lennika, bogatego gościa z potężnymi wpływami, z którym król liczył się jak mało z kim. Przyjaźnili się, tyle udało mi się dowiedzieć. Nie poznałem go osobiście, gdyż zmarło mu się przed paroma laty. Ponoć nie mam czego żałować.
- Od tej elfki się dowiedziałeś?
- Mhm – mruknął w zamyśleniu. – Nazywała się Ahné. Niech ją szlag, nawet imię miała zachwycające. Oficjalnie było ono zbyt fikuśne, by zwykły śmiertelnik mógł swobodnie je wymówić. Swego czasu próbowała mnie nauczyć, jak poprawnie je wypowiadać… Język elfów jest tragicznie pogięty, choć piękny. Powiem ci szczerze, druhu… Ta kobieta nie posiadała wad. Niespotykanie urodziwa, dystyngowana, acz delikatna, spijałem każde słowo z jej lekko zaróżowionych ust, podziwiałem każdy ruch, każdy gest, jaki wykonywała. Nawet gdyby jeździła na pokracznym kucyku z czapką błazna na głowie – robiłaby to z ponadprzeciętną gracją i wdziękiem, wyglądając przy tym zniewalająco.
Enar pokręcił głową z dezaprobatą, wpatrując się w blat stołu. Zaśmiał się pod nosem.
- Taki stary chłop, a się zauroczył.
- Dwadzieścia dwa, czy trzy lata miałem. Ty zapewne jesteś niewiele starszy ode mnie, więc cicho siedź i słuchaj, do końca niedaleko. – Enar podniósł jedynie ręce w geście poddania się. Nuka kontynuował. – Ahné była mniej więcej w moim wieku, może nieco młodsza. Tak czy siak, mądrzejsza była od wszystkich dookoła, włączając w to samego króla. Nie wiem, skąd w niej tyle mądrości i inteligencji, bo jej ojciec… Krótko mówiąc: mentalny wieśniak. Zmuszał zmuszał córkę do małżeństwa, a ona uparcie się sprzeciwiała i opierała jego naciskom. Opowiadała mi, jak potrafiła wyjść w środku jego monologu. Chłodno, z dystansem. Jak przystało szlachetnej damie. Zdziwiłem się niesłychanie, gdy poprosiła mnie kilka miesięcy później, byśmy spotkali się poza pałacowymi murami. Stwierdziła, że jako strażnik zapewne wiem, gdzie można wypić dobre piwo. Zdziwiłem się jeszcze bardziej, lecz ukryłem to głęboko w sobie wraz z podekscytowaniem, które miało zamiar wyrwać mi serce z piersi.
- Ohoho, w końcu zaczyna robić się ciekawie – skomentował Enar, gestem dłoni zamawiając u karczmarza kolejne piwo.
Nuka nie skomentował.
- Poszliśmy więc w miasto, oboje z dobrymi humorami. Nawet nie denerwowałem się tak bardzo, jak sądziłem, że mógłbym. Powiem ci, druhu, że spotkanie udało się nawet aż za bardzo. – Enar uniósł pytająco brew. – Spotykaliśmy się bowiem przez kolejne kilka lat, niemal codziennie. Ahné stała się najbliższą mi osobą, byliśmy ze sobą niezwykle zżyci. Zanim cokolwiek powiesz – nie, nie gruchaliśmy jak zakochane gołąbeczki. Byliśmy na to zwyczajnie za starzy. – Podziękował karczmarzowi skinieniem głowy i upił łyk z kufla.
- I? – zapytał blondyn niecierpliwie. – Co dalej?
- Po ośmiu latach służenia w patrolu strażniczym i doradzaniu królowi, dostąpił mnie zaszczyt pasowania na rycerza.
- No, to gratulacje, bracie! – zakrzyknął wesoło Enar. – Wypijmy za to!
Nuka uśmiechnął się smutno, uniósłszy kufel.
- Tak. Wypijmy. – Po chwili milczenia kontynuował opowieść. – Ceremonia miała nad wyraz duży rozgłos, przybyło wiele poważanych osobistości z całej Alaranii. Ja, osobiście, miałem ich głęboko, dla mnie liczyła się jedynie obecność Ahné. Widziałem, że cieszyła się moim sukcesem. Byłem jej wdzięczny za te wszystkie lata bycia przy mnie, ze mną. A od ceremonii oficjalnie mogłem ją poślubić.
Enar zrobił wielkie oczy, zamarł w miejscu z ustami pełnymi piwa, które wypływało mu spomiędzy warg. Nuka uniósł kącik ust. Blondyn przełknął alkohol, lecz tak zdumiał go ten fakt, że jeszcze przez następne kilka minut wpatrywał się w towarzysza jak sroka w gnat. Nuka cierpliwie poczekał, aż Enar odtai i ponownie będzie mógł wyrażać się z pomocą słów.
- Tu mi zabiłeś ćwieka – skwitował blondyn, ocierając usta. Na jego gęstej brodzie pozostały resztki piany z piwa, tym się jednak nie przejął. Bardziej interesował go dalszy ciąg historii, bo takiego zwrotu akcji nawet on się nie spodziewał.
Ale Nuka milczał dosyć długo. Enar ponaglił go więc gestem dłoni, mając nadzieję, że historia nie dobiegła jeszcze do końca. Mina jego rozmówcy nie wskazywała na szczęśliwe zakończenie.
- Miałem wielką nadzieję poślubić moją lubą – kontynuował, lekko ściszywszy głos. – Miałbym wtedy wszystko, czego mi do szczęścia brakowało. Cóż, los nie zawsze jest życzliwy wobec żyjących i od czasu do czasu zsyła na świat idiotów. – Enar uniósł pytająco brew. – Ahné, zanim ją poznałem, zaręczona była z jakimś Fredrikiem, lecz gdy jej ojciec zmarł natychmiast zerwała zaręczyny, odsuwając od siebie niedoszłego męża najdalej jak to możliwe. Dobrze zrobiła. Zdarzyło mi się z nim zetknąć w bardzo niesprzyjających temu okolicznościach, dwa lata temu.
Enar beknął i zarechotał głupio.
- A co? Żonka jednak wróciła do niego?
Nuka westchnął ciężko, rozcierając palcami czoło.
- Nie, poza tym nie zdążyłem ożenić się z Ahné, bo oskarżono mnie o kradzież królewskiej biżuterii. – Blondyn ponownie uniósł brew, tym razem tak wysoko, że niemal dotknął nią końca czoła. – Mhm, dokładnie tak samo zareagowałem, gdy usłyszałem zarzuty. Pewnego dnia, ledwie świt wstał, do drzwi mojej komnaty rozległo się głośne pukanie. Przez myśl by mi nie przeszło, że moi koledzy po fachu przybyli zabrać mnie do celi w podziemiach pałacu. Oni byli tak samo zaskoczeni jak ja. Prawie od razu po tym, jak strażnik przekręcił klucz w drzwiach mojej celi, zjawił się król z wyrazem rozczarowania na zmęczonej twarzy. Niczego nie zrobiłem, więc nie miałem wyrzutów sumienia, nie panikowałem, nie błagałem o litość. Nie. Nic z tych rzeczy. Grzecznie wysłuchałem tego, co król miał mi do powiedzenia, ja przedstawiłem swoją wersję. Oczywiście, że król mi wierzył, bo dlaczego niby miałbym ukraść tę biżuterię? Dla pieniędzy? Zarabiałem więcej niż niejeden władyka, nie miałem żadnych chorych pobudek, które miałyby podsycić moje męskie ego. Niestety, król miał związane ręce w tej sprawie, mimo że był świadomy mojej niewinności. Zgłoszenie kradzieży dotarło do sądu, więc rozpoczął się długi, żmudny i bezsensowny proces udowadniania, że jestem winny tej zbrodni. Takim sposobem odebrano mi tytuł rycerza, prawo do posiadania ziemi, jakiś klecha przeklął mój ród do pięćdziesiątego pokolenia wprzód. To były jedynie drobnostki. Ktoś, kto przywiązywał wielką wagę do dóbr materialnych mógłby narzekać. Ja wkurwiłem się dopiero, gdy odebrano mi prawo do ożenku z kobietą, którą kochałem całym sobą.
Enar gwizdnął przeciągle.
- No to sobie napluli w brodę. Niech mnie, Ekser, mam nadzieję, że poznali twój gniew?
- Sąd musiał działać tak, jak nakazuje prawo, wiadomo. Nie miałem o to żalu do nikogo, poza jedną osobą, którą wymazałem z kart historii, a jej egzystencja trafiła do najodleglejszych czeluści Piekieł. Zemściłem się z nawiązką. Przez półtora roku nie widziałem się z Ahné, bo ktoś wciąż i wciąż przedłużał proces. Ja sobie spokojnie gniłem w celi.
- To nie wysłuchali twojej wersji?
- Wysłuchali, owszem. A później wróciłem do więzienia i zostałem zapomniany. Zakaz odwiedzin, bezwzględny. Mówię ci, sam fakt siedzenia w więzieniu nie zrobił na mnie wrażenia, oprócz tego, że schudłem. To było nieważne. Przerażała mnie myśl, że mogę już nigdy nie ujrzeć ukochanej. Półtora roku to szmat czasu.
Zasępił się. Mimo tego, że wiedział, jak skończy się ta opowieść, nadal nie dawało mu spokoju poczucie straconego czasu.
- Okazało się poniewczasie, że biżuterię podłożył Fredrik, gnany zazdrością o moją relację z Ahné.
- Skurwysynów nie sieją… - przytoczył słynne przysłowie Enar.
- Nie sieją – zgodził się Nuka, skinąwszy głową. – Nic się z tym nie zrobi. Wyszedłem niedługo po tym, ale Ahné ujrzałem dopiero dwa miesiące później, gdy proces oficjalnie się zakończył. Powiedziała, że wyglądam jak wrak człowieka, a ja na to: „Naprawdę? Bo czuję, jakbym dopiero teraz odżył”.
- Dobrze, że tak to się skończyło. Ale co zrobiłeś temu gnojkowi?
- Wiesz - uśmiechnął się enigmatycznie – wolałbym zachować to dla siebie.
Brodacz upił potężny łyk z kufla, po czym zadał kolejne pytanie.
- A z rodziną to ty się widziałeś w ogóle?
Nuka spochmurniał wyraźnie, spuszczając spojrzenie na brudny blat stołu. Po chwili skinął głową.
- Widziałem - odparł w zamyśleniu, nie podnosząc wzroku. - I nie jestem pewien, czy to dobrze, czy źle.
- A bo co? - zapytał Enar bez ogródek.
- A bo to, druhu - Esker przeniósł nań wzrok - że moi rodzice założyli nową rodzinę. Dowiedziałem się od nich poniewczasie, w trakcie wizyty, że przez te bez mała dwadzieścia lat sądzili, że nie żyję. Że umarłem wraz z Lily lub zaraz po niej. Wcale się nie dziwię, nie dałem im wszakże żadnego powodu do tego, by myśleli inaczej. Nie pozostałem obojętny, uszanowałem fakt, że wiodą teraz zupełnie nowe życie. Ale to wciąż moi rodzice. I choć dosadnie określili, że lepiej by było, gdybym więcej się nie pokazywał w okolicy, wspieram ich finansowo. Bo co ja z tymi pieniędzmi niby zrobię? - Uniósł dłoń, uciszając od razu Enara. - Nie odpowiadaj.
Blondyn przytaknął z szacunkiem, po czym uniósł kufel.
- Nie smęćmy, wypijmy za względnie szczęśliwe zakończenie! – I wychylił wszystko, co miał jednym haustem.
Nuka wzniósł toast wraz z nim. I też się napił.