Profil użytkownika Fabio

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Fabio Marco
Rasa: człowiek
Wiek: 18 lat


Aura

Możesz spojrzeć na tę emanację i pomyśleć, że wiesz co widzisz. Bo wiesz! Młodziutka aura niczego nie będzie ukrywać, choć nie każdy dostrzeże to samo. Na pewno nie można powiedzieć, że jest pozbawiona siły, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jak pobłyskuje młodzieńczo. Jednak choć ukształtowana ponad wiek doświadczeniem i wiedzą jest pozbawiona tej magicznej iskry, która mogłaby uczynić ją nieco bardziej wyraźną. Lecz to absolutnie nie jest problemem. Nie dla niej! Powstała z szalonych pokładów miedzi, ostrego szkicu, gdzie drapieżnie połączone kreski największego z mistrzów przechodzą płynnie w finezyjne łuczki i spirale gnąc się zaciekle na nijakich kartkach, opracowana szeregiem miedzianych rzeźb i figurek ni miękkich to ni twardawych, złożona z raniących palce tak suchych jak lepkich błyszczących elementów, dumnie rozkłada skrzydła niezdolne do lotu i oświetla je płochliwą poświatą w kolorze szmaragdu. Jej wnętrze, jej żyjące własnym życiem mechaniczne wnętrze, przebija się przez artystyczną powłokę oślepiającym kobaltem, a gdy po paru zaciekłych próbach oderwania stóp od ziemi zaczyna załamywać się pod własnym ciężarem, dochodzi Cię niespotykana mieszanina zapachów zastępująca kłęby dymu i jakiekolwiek adekwatne dźwięki rozpadu. Sztuczne i organiczne splatają się ze sobą tworząc trudną do rozszyfrowania gamę - woń potu przechodzi w ulotną pozostałość smaru i farb, a wreszcie przyłącza się do nich aromat różnych innych tworzyw, z których zapewne nie wszystkie znasz. Jeśli bardzo się skupisz i będziesz miał dość szczęścia, gdzieś tam z tyłu wyczujesz tajemniczą nutkę pomarańczy oraz lilii, słabą i ulotną niczym nieopowiedziane dzieje zapomnianych już ludzi. Wszystkie te zapachy sprawiają, że trudno dobrze odebrać smak - w jego goryczy kryją się słodkie ścieżki, a kwaskowaty posmak raz zdaje się być pikantny innym razem całkowicie łagodny. Z czasem można dojść do wniosku, że da się poznać w nim barwę głębokiej samotności, ale kto wie czy jest to istotne, kiedy złamana konstrukcja na nowo podnosi się, staje na nogi i po raz kolejny szykuje się do lotu.


Wygląd

To słynne powiedzonko o wodzie cichej, co zrywa brzegi, pasuje w tym przypadku jak ulał, bo Fabio to rzeczywiście najbardziej niepozorny geniusz, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Jest co prawda wysoki jak na swój wiek, ale przy tym bardzo chudy, o wąskich ramionach, trochę przygarbiony od częstego pochylania się nad stołem pełnym szkiców albo nad drobnymi elementami misternych konstrukcji. Czasem aż dziw bierze, że te chuderlawe ręce są w stanie dźwignąć wielką belę drewna czy zwój lin, ale może to kolejna z jego matematycznych sztuczek dotycząca rozłożenia ciężaru czy czegoś podobnego. Cała ta praca zostawia jednak nieraz ślady, i stąd pochodzą drobne blizny pojawiające się na jego bladej skórze aż do łokci. Najwięcej widać ich jednak na dłoniach. Te, chodź szczupłe i dosyć delikatne na pierwszy rzut oka, mają już nieco zgrubiałe opuszki i bardzo wyraźnie zarysowane kształty, jak u dorosłego cieśli. Zwykle noszą ślady farb albo smarów, których nie daje się tak łatwo zmyć, czasem są brudne od sadzy albo obandażowane.
Na całe szczęście Fabio zdaje się dbać trochę lepiej o swoją twarz, bo jedyne ślady obcego pochodzenia, jakie na niej pozostają, to chroniczne zmęczenie, gdy przesadzi z robotą po nocach. Mimo to jego rysy nie tracą wiele. To najpewniej geny babki-anielicy zapewniły mu te duże, błyszczące zawsze oczy w kolorze chabrów, tak pięknie współgrające z ciemnymi brwiami. Sama twarz jest pociągła, o rysach jeszcze miękkich, ale już nieco arystokratycznych. Pełne usta pasują do zadartego nieco, zgrabnego noska, a całość zamyka burza włosów. Czarne jak krucze pióra i bardzo niesforne, bywają czasem przewiązane rzemieniem, ale i tak nie przeszkadza im to w opadaniu luźnymi kosmykami na czoło, wyraźnie zarysowane policzki czy kark Fabia. Ogólnie więc chłopak wygląda dosyć przyjaźnie, nawet jeśli nieczęsto się uśmiecha. Najłatwiej zastać go ze skupionym wyrazem twarzy, gdy tylko spojrzenie przemyka od jednej rzeczy do drugiej. Czasem bezwiednie otwiera przy tym usta, a prawie zawsze porusza palcami, jakby pociągał niewidzialne struny jakiejś wyimaginowanej harfy albo coś rysował lub zapisywał.
Jeśli chodzi o strój, sam Fabio zwykle o nim nie myśli. Zakłada to, co ma pod ręką i co nie powinno za bardzo przeszkadzać przy robocie, czyli co jest wygodne - a że pochodzi z nieco bogatszego domu, to już nie jego wybór. Kaszmirowe czy jedwabne koszule w ciekawych barwach nieraz łączą się z prostym pasem na narzędzia, a przy haftowanych nogawicach mogą wisieć mieszki pełne najróżniejszych rzeczy, od gwoździ po drewniane opiłki. Zwykle zakłada wysokie trzewiki, w które również można powtykać papiery z zapiskami lub cokolwiek, co warto mieć przy sobie - ale nieraz biega po pracowni po prostu boso, bo tak jest znacznie wygodniej. Zdecydowanie nie dba za bardzo o wygląd i nie przejmuje się tym, co inni pomyślą o nim w tej kwestii, ale jakimś cudem udaje mu się sprawiać, by przez cały ten chaos przebijał się jednak wizerunek sympatycznego, trochę zakręconego chłopaka.


Charakter

Fabia najlepiej można poznać w momencie, gdy akurat pracuje nad czymś w swoim warsztacie. Zwykle jest cichy i, chciałoby się rzec, naprawdę niepozorny. O tym, że coś więcej dzieje się w tej głowie, za tą spokojną twarzyczką, świadczą tylko oczy wiecznie błyszczące skupieniem. A więc jest z Fabia trochę odludek. Miewa problemy z nawiązywaniem nowych znajomości, o dawnych nie zawsze pamięta tak bardzo, jakby zapewne należało. Za bardzo obraca się w swoim własnym, doskonale poukładanym światku, by rozumieć wszystko, co dostaje od ludzi z zewnątrz. Gdy już jednak ktoś go zaczepi, na pewno się uśmiechnie, chętnie pomoże ze wszystkim, co tylko możliwe, bo potraktuje to jak nowe wyzwanie. Żadnej pracy się nie boi - i dosłownie, nie boi się chyba niczego, może poza własnym ojcem, gdy ten za bardzo się zagniewa. Strach bowiem rozwiązuje logicznym podejściem, próbuje zawsze rozłożyć go na czynniki pierwsze i tym samym rozbroić. Nie można dopuścić, by głupi lęk powstrzymywał przed dalszym zgłębianiem świata.
Stale kalkuluje, porównuje i wyobraża sobie niestworzone rzeczy. Więc nawet, kiedy siedzi w miejscu przez godzinę i patrzy w jedno miejsce, nie można mieć pewności, czy aby w jego głowie nie buduje się właśnie most zwodzony, okręt albo katapulta, jakiej jeszcze nie zna świat. Tylko on sam widzi, jak tuż przed nim śmigają czasami wyimaginowane latawce, rozkładające się w locie na części pierwsze i składające w coś zupełnie innego, może lepszego. Widzi szanse i katastrofy, przewiduje zachowania - wszystkiego, poza ludźmi! - przypomina sobie ciągi liczb i znaków. Analizuje, poznaje, a jego umysł to jeden wielki labirynt, do którego on jeden zna klucz i dla którego ciało jest tylko bardzo niepozorną fasadą.
Ale właśnie - kiedy zaczyna pracować nad czymś w praktyce, a nie tylko w teorii, część tego wewnętrznego świata wypływa na zewnątrz, a wraz z nim pojawia się w chłopaku energia tak wielka, że chciałoby się nieraz określić go mianem niezrównoważonego. Zdaje się wówczas, że zapomina w ogóle o ograniczeniach, jakie stawia mu własna budowa anatomiczna. Gdy coś konstruuje, biega tam i z powrotem, wskakuje na rusztowania i zeskakuje z nich, rzuca narzędziami, uciera farby jak maniak, jakby jutro miało ich zabraknąć. Tylko on sam odnajduje się w pełni w tym małym chaosie; ktoś z zewnątrz może tylko patrzeć, jak chłopak rzuca się między stosami drewnianych elementów, narzędzi i wielkich planów rysowanych pośpiesznie węglem, aż nagle spod jego rąk wychodzi coś zaskakująco pięknego. Może metalowy ptaszek, który podleci kawałek, by usiąść ci na ramieniu, a może model łodzi, która byłaby w stanie zanurzyć się pod wodę i przepłynąć rzekę całkiem niezauważona. Nie straszna jest mu więc praca pod presją. Pomimo wielkiego tempa nigdy nie można jednak powiedzieć, by zrobił coś niedokładnie; jego staranność zakrawa czasem, ironicznie, niemal o pedantyzm.
Nie znosi tylko tego, kiedy ktoś każe mu coś zrobić. I nie chodzi tu o wszelkie zlecenia - te przyjmuje z radością, wszak zawsze to coś nowego do wykonania czy zaprojektowania, ale kiedy zleceniodawca nie daje mu wolnej ręki, szybko się zniechęca. Podobnie dzieje się, gdy akurat pracuje, a ojciec na przykład nakazuje mu zamieść podłogę. Czy może być coś bardziej frustrującego, niż przerwana praca? Czym jest nudna podłoga w porównaniu z mechanizmem, który może zrewolucjonizować świat!
Bardziej od rozkazów Fabio nie znosi tylko nudy i marnowania czasu, i doprawdy - raczej nie sposób znaleźć go obijającego się gdzieś pod gruszą, czy ucinającego sobie drzemkę pod mostem. Śpi w ogóle tylko tyle, ile to jest konieczne, czasami łatwo mu zapomnieć o posiłku, dopóki prawie nie mdleje z głodu albo ktoś nie zapyta go, czy jest głodny. Zdaje się, że nieraz chciałby przeskoczyć swoje ludzkie ograniczenia, ale na to naprawdę nic już nie poradzi.
Fabio to marzyciel jakich mało. On jednak nie pozwala, by jego sny pozostawały snami, on chce uczynić z nich rzeczywistość. Wierzy, że światy, które buduje w głowie, będą miały szansę kiedyś zaistnieć. A mimo to niczego, co tworzy, nigdy nie nazwie doskonałym, rzadko będzie z siebie dumny i nawet jeśli ktoś nazwie go geniuszem, raczej nie będzie w stanie przytaknąć. Dla niego samego, to co wytwarza jest po prostu dobre - i tylko jeśli tylko spełnia jakąś rolę, jeśli jest użytkowe.
O czym zaś marzy najbardziej, co mu się śni? Lot. To zawsze jest lot. Bez dwóch zdań najwięcej czasu poświęcił w życiu na obserwowanie ptaków i wszelkich innych istot, które mogą wzbijać się w powietrze. Nie jest typem podróżnika (przynajmniej do czasu, gdy nie pozna obecnego miejsca wzdłuż i wszerz), ale gdyby mógł latać, zwiedziłby cały świat, ze wszystkimi jego zakątkami.
Pozostaje jeszcze fakt, na który on sam nie zwrócił nigdy uwagi. Ostatecznie to bardzo samotny chłopak. Świat w nim tak bardzo biegnie, że nie zostaje wiele czasu na świat prawdziwy. Przykry może okazać się moment, w którym Fabio to zauważy.

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt silny, Raczej wytrwały,
Zwinność:Niezwykle zręczny, Szybki, Precyzyjny,
Percepcja:Wyostrzony wzrok, Dobry słuch, Pozbawiony zm.mag.,
Umysł:Niezwykle bystry, Geniusz,
Prezencja:Ładny, Szarak,

Cechy specjalne

Pałac Umysłu [Z]Zapamięta prawie wszystko, czego się nauczy, porządkując to w głowie i potrafiąc potem wykorzystać.
Pracoholik [W]Zdarza mu się zapomnieć o jedzeniu i śnie, kiedy trochę za bardzo skupi się na robocie... Ale zwykle nie wpływa to zbyt negatywnie na wyniki samej roboty, co najwyżej na samego chłopaka.

Umiejętności

Malarstwo [W] Od ucierania pigmentów i mieszania różnych rodzajów farb, przez nabijanie płótna i kładzenie gruntów, aż do finalnej pracy, a więc malowania obrazów zachwycających finezją, dokładnością i realizmem. Malarstwo tablicowe i ścienne.
Rysunek [W] Szkicowniki pełne doskonałych rysunków z natury - ludzie, zwierzęta, rośliny, pejzaże i detale architektoniczne...
Rzeźba [O] Od figurek z gliny do pełnoplastycznych rzeźb w kamieniu. Fabio operuje dłutem w trójwymiarze tylko odrobinę mniej sprawnie, niż pędzlem i rysikiem na płaszczyźnie.
Botanika [P] Znajomość roślin...
Zielarstwo [P] ...i konkretne ich wykorzystanie w lecznictwie i nie tylko.
Astronomia [P] Znajomość ważniejszych i mniej ważnych układów gwiazd.
Architektura [O] A więc projektowanie budowli i znajomość zasad fizyki, które nie pozwolą im runąć.
Logika [O] Przewidywanie zdarzeń, łączenie faktów, bardzo rozbudowana wyobraźnia w zakresie dostrzegania drobiazgów i wiązania ich w solidną, nie zawsze widoczną na pierwszy rzut oka całość.
Anatomia ludzi i zwierząt [P] Kolejne szkicowniki - tym razem pełne rysunków z sekcji zwłok lub z postaci bez przyodziewku, oznaczane gęsto notatkami.
Gra na lutni [P] Zaledwie kilka utworów, ale wypracowanych do perfekcji! W nutach i muzyce widzi Fabio przede wszystkim zapisy matematyczne.
Matematyka [O] W tym przypadku nie chodzi o proste obliczenia, ale o te bardziej złożone, czasem nawet absurdalne, mające sens tylko dla samego konstruktora. Fabio wszędzie widzi liczby i umie to wykorzystać, a wykonywanie w pamięci nawet najtrudniejszych rachunków zdaje się nie być dla niego problemem.
Budowa i reparacja instrumentów muzycznych [O]
Szycie [P] Najprostsze szwy: czasem trzeba zacerować sobie koszulę, a kiedy indziej uszyć żagiel...
Konstruowanie maszyn [W] Tu zaczyna się prawdziwy maraton. Gdy tylko w ręce Fabia wpadnie trochę drewna, metalu i jakiekolwiek spoiwo, jest w stanie wyczarować niemal wszystko: od modeli łodzi, statków i wozów, przez urządzenia pomagające przy pracy, jak świdry czy koła młyńskie, aż po zupełnie nowe, nieznane dotąd konstrukcje. Wyobraźnia chłopaka stale sięga dalej i dalej, podsuwając mu pomysły maszyn latających, obronnych żółwi z drewna i nie wiadomo, czego jeszcze...
Chemia [P] Ograniczająca się głównie do znajomości właściwości różnych substancji i umiejętności ich wykorzystania. Mowa tu o temperaturach topliwości metali czy tym podobnych.
Znajomość kamieni szlachetnych [P]
Kaligrafia [P]
Czytanie map [P] Ah, a więc te niebieskie to rzeki, te zielone to lądy... północ, południe i cała reszta!
Szybkie czytanie [P] I przy okazji zapamiętywanie. Jeśli dostanie na noc dwie opasłe księgi, rankiem będzie w stanie opowiadać o tym, jaka ilustracja umieszczona była na której stronie.

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Towarzysz


Historia

Ta opowieść nie należy ani do typowych pieśni o wielkich czynach, ani do dumnych legend czy nawet zadziwiających podań - a więc i zaczynać musi się stosunkowo, prawda, normalnie. A więc niewiele ponad półtorej dekady temu przybył do Turmalii kupiec nazwiskiem Marco, a przybywał nie sam, ale już z żoną i dzieckiem. Dziwnie mówiono o tym kupcu, bo niewiele o nim samym wiedziano. Przedtem handlował gdzieś, zdaje się, tkaninami przeróżnej maści, teraz zaś przybywał nie po to, by te dalej sprzedawać, ale by osiedlić się na miejscu i szukać nowej roboty. Cóż, szukać musiał dobrze, a przy tym nieco fachu mieć w ręku, bo nie minęło dużo czasu, jak już stawiał sobie nowy dom w głębi rozrastającego się miasta. Pieniądze miał - handlował bowiem teraz pomarańczami, a w pewnych kręgach znany był z tej racji pod mianem Pomarańczowego Barona. Czy to była przesada czy nie, to najłatwiej ocenić biorąc pod uwagę fakt, że jego żona, która przybywała do miasta z dzieciątkiem owiniętym obrusem, od tego momentu zaczęła być widywana w naszyjnikach z pereł i złota.
Minęło jednak trochę czasu i jak tylko inni miejscowi kupcy przyzwyczaili się do obecności samego Marco, nagłą sławę zaczął robić jego syn. Sława - dziwne to słowo w przypadku, gdy mowa o chłopcu liczącym sobie zaledwie pięć lat! Tak jednak było, że pewnego dnia jakiś przechodzień zwrócił uwagę nadobnej matronie-kupcowej tymi słowami:
- Pani droga, czy to pani dziecko puściła bawić się tam przy murze?
Jej to było, więc nie miała co przeczyć, kiwnęła tylko głową. Na to odpowiedział jej człowiek:
- To zobacz lepiej, pani, co on tam już dobre dwa kwadranse wyprawia!
A wyprawiał tyle, że czerwonymi glinkami wygrzebanymi gdzieś z ziemi mazał po bielonym wapnem murze. Gdyby mazał byle co, jak to dzieci, to nie zrobiłoby to pewnie takiej sensacji. Tu jednak wykwitał wielki malunek smoka tak precyzyjnie wyrysowanego, że niejeden sztubak studiujący malarstwo by się go nie powstydził. Matrona zabrała dziecko, smoka w końcu zmył deszcz - ale przedtem zdążył zobaczyć go każdy, kto bywał w tej okolicy.
Któregoś dnia do domu możnej pary zapukał starszy człowiek. Okazało się, że jest nauczycielem, trudno powiedzieć czego dokładnie, ale swego czasu kształcił młodych ludzi w rysunku i uznał, że i w przypadku tego malca chciałby spróbować swoich nauk.
Sam potem mówił o nim, jak następuje:
„Niepodobna było porównać talentów tego młodzieńca do czegokolwiek innego! Gdym go przygarniał, umiał już czytać, pisać i rachować, chociaż nie zawsze starczało mu możliwości, by dobrze w ogóle wymawiać wyrazy. Zdawało się, że rozwój jego umysłu przewyższa rozwój młodego ciała. Nie wiem doprawdy, jak bardzo rodzice jego musieli nie zwracać uwagi na własne dzieciątko, by przegapić tak wielkie zdolności, tym bardziej nie umiałem wyobrazić sobie, skąd je nabył. Zdawał się być zamkniętym w sobie chłopcem, ale wszystko pojmował w mig. Teorię, której zwykłych uczniów musiałem nauczać przez rok, on objął w niespełna dwa miesiące. Rysik leżał mu w dłoni jakby się z nim urodził. Przetrzymałem go przez pięć lat, na tyle tylko pozwalało mi zdrowie. Gdy odchodził, umiał już wszystko, czegom ja się uczył przez całe życie. I ciągle mu było mało! Ja wiedziałem, że tego chłopca, tego, jak go wołali, Fabio Marco, czeka wielka chwała w przyszłości!...”
Czy czekała, tego sam Fabio Marco nie umiał jeszcze określić, wiedział zaś na pewno, że tak - ciągle mu było mało. Gdy opanował podstawy rysunku i malarstwa, rzucił się na rzeźbę. Dwa lata później ciosał już popiersie dla przebywającego krótko w mieście urzędnika, Lucafonta, z innego miasta, bodajże ze wschodu. I powiadali ludzie, że bardziej ta rzeźba była Lucafontem, niż on sam w rzeczywistości. Mniej więcej też w tym czasie wydarzyły się dwie rzeczy: ojciec dostrzegł w Fabio wyjątkowy potencjał (mogło to mieć związek z pieniędzmi, które wpłynęły za wykonane popiersie), a matka - zmarła na cholerę.
Zdaje się, jak powiadali, że chłopaczyna nie dostał czasu na opłakiwanie jedynej ważniejszej kobiety w jego życiu. Tym, co mu po niej zostało, była podobno uroda - o oczach Elizy Marco, tak niebieskich że niemal fioletowych, można było bowiem pisać podobno pieśni. To ciekawa zresztą sprawa - mało kto wiedział, że sama Eliza była córką anielicy i człowieka; w Fabiu płynie więc krew aniołów w co najmniej czwartej części całości!
Przez następne lata wysyłany był od jednej szkoły do drugiej, ale szybko okazywało się, że ani nauczyciele wiejscy, ani dumni profesorowie nie są już w stanie zbyt wiele go nauczyć. On sam zresztą bardzo ich nie lubił. Dopóki był wolny i pozostawiony sam sobie, chłonął wiedzę jak gąbka. Sam znajdował nazwy gwiazd w starych księgach (tak mówił miejscowy bibliotekarz, przez jakiś czas prawdopodobnie jedyny bliższy znajomy Fabia), biegał po łąkach i szkicował napotkane zioła, by potem nauczyć się o ich właściwościach. Od czasu do czasu dostawał małe zlecenia, ale nie lubił też, by narzucano mu dokładnie, co powinien robić.
Któregoś razu miejscowy bogacz miał podobno zatrudnić chłopca do wykonania projektu innego mistrza w swojej posiadłości. Zagniewało to chłopca, ale nie odmówił, wręcz przeciwnie - wymalował freski tak doskonale, że przy jego plamie barwnej kreska innego mistrza wydawała się wręcz groteskowa, zupełnie nieudana. Mówiono, że oto zaistniały stworzenia, którym diabliki nadały kształty, ale bogowie je ożywili.
Innym razem, gdy starszy już młodzieniec pracował w swoim maleńkim zakładzie - ojciec zgodził się bowiem na podobną ekstrawagancję, skoro praca syna zaczęła przynosić tak zadowalające zarobki od czasu do czasu - przybył do niego jeden z mistrzów rzeźbiarskich. Rozejrzawszy się po wszystkich próbach wykonanych przez Fabia, stanął przed rzeźbą anielicy, patrzył chwilę i rzekł wreszcie:
- Niezła, powiadam, ale twarz, drogi chłopcze, w zupełności nie jest anielska! Skąd u anioła taki wielki nos?
Chłopiec wziął więc długo, ale do drugiej ręki nabrał marmurowego pyłu. Stanął na stołku i udał, że poprawia rzeźbę, obsypując pył, a w rzeczywistości nie uczynił choćby najmniejszej zmiany. Gdy jednak odsunął się na bok, mistrz zawołał niechętnie:
- No, teraz zdecydowanie lepiej!
Szkoły pomogły młodzieńcowi zdobyć wiedzę, której sam nie mógł zyskać. Nauczył się anatomii na praktycznych lekcjach, z uczonymi fizykami dowiedział się więcej o architekturze, ale gdy jeden nauczyciel zauważył jego wprawki rysunkowe w projektowanie budowli, zabrał je wszystkie i bardzo poważnym głosem powiedział:
- Mój miły chłopcze: to co rysujesz, jest doskonałe. Ale świat nie jest jeszcze na to gotowy.
Nie mniej od takich konstrukcji już tylko krok pozostawał do tego, co nagle pochłonęło Fabia i nie wypuszcza go, jak mówią, aż po dzień dzisiejszy. Maszyny! Kto by się spodziewał, że te same dłonie, które jeszcze nie dawno dzierżyły delikatne pędzle i ucierały farby, teraz nabrały zgrubień od narzędzi ciesielskich. Rzeźby nie zniknęły z rozrastającej się pracowni chłopaka, ale ich miejsce na stołach zajęły deski, heblowane kłody, liny i gwoździe. Pod sufitem zaroiło się od zawieszanych na sznurkach projektów maszyn, a wśród nich zdecydowanie dominowały dziwne, ptasie konstrukcje z patyczków i błonek. Latanie. Mówili, że przez jakiś czas oszalał na tym punkcie. To budował wielkie skrzydła na dachu domu, to znowu rozbierał je na części. Raz przypominały nietoperza, innym razem kolibra.
Któregoś razu zasłyszano jedną z kłótni, które coraz częściej wybuchały pomiędzy starzejącym się ojcem i dorastającym synem, a urywek z niej brzmiał mniej więcej tak:
- Urodziłem się tylko człowiekiem, bez choćby cienia skrzydeł - (krzyczał Fabio) - ale z nieskończonymi marzeniami o locie! Jeśli to jest kłoda, którą bogowie rzucili mi pod nogi, to przeskoczę ją jak wszystkie inne!
- Bogowie nie dali ci skrzydeł, bo wyraźnie mieli w tym solidny powód! - beształ go surowo ojciec. Piekarz opowiadał, że chłopak nie wracał potem do domu przez trzy dni.
Może jednak w słowach Pomarańczowego Barona było trochę racji. Niespełna dwa tygodnie później zdarzyła się tragedia: jeden z miejscowych chłopców, nieco młodszy od Fabia Vel, zginął podczas próbowania jego najnowszych skrzydeł z drewna i płótna. Trudno było wybronić się młodemu konstruktorowi i gdyby nie wpływy jego ojca, trafiłby najpewniej przed sąd. Nie ważne nawet, co było faktyczną przyczyną klęski: czy rozzuchwalenie tego, który już wbił się w powietrze, czy wina twórcy, bo pomylił się w obliczeniach, czy wreszcie zbyt słaba lina łącząca konstrukcję z ziemią. Vel nie żył, a jego rodzina dostała bardzo solidną rekompensatę dla chociaż częściowego „zaleczenia ran”. Przykra to była sprawa dla tej części Turmalii, ale szybko przycichła.
Nie sposób opisać, jak trudny był to czas dla samego Fabia. Ojciec stał się dla niego wyjątkowo okrutny, chyba tylko cudem pozwolił mu na zatrzymanie pracowni, ale większość elementów coraz ambitniejszych konstrukcji musiała stamtąd zniknąć albo zostać poukrywana. Sam Fabio nie chciał zresztą na nie patrzeć. Jego zapał na jakiś czas przygasł. Marzenia o locie okazały się katastrofą - ale trudno byłoby uwierzyć, że zginęły tak do końca.
Najbliższy czas poświęcił znowu na zgłębianie pewnych bardziej przyziemnych spraw, ale nie dało się ukryć, że astronomia, literatura i poezja zbyt mało były praktyczne, by zadowolić go na dłuższy czas. On musiał być w ruchu i nie minęło pół roku, nim znowu do tego powrócił. Dziwna sprawa - nauka muzyki sprowadziła się prędko do budowania instrumentów, a od tego już tylko krok był z powrotem do coraz ciekawszych maszyn. Tu pomógł jakiemuś podróżnikowi w usprawnieniu jego wozu, tam podpowiedział budowniczym, jak rozwiązać problem innowacyjnego sklepienia nad portowym budynkiem. Wreszcie znowu zaczął wykonywać też zlecenia mniejszych portretów albo figurek cieszących oko istną perfekcją wykonania, będących zawsze odrobinę rewolucyjnymi w jakikolwiek sposób. I dokąd tak dotarł?
Do teraz!
Tak jest, kogo zapytasz, ten ci powie, że jeśli iść w stronę nowej dzielnicy Turmalii, tam gdzie miasto rozbudowuje się w głąb lądu, to nie sposób przegapić tego jednego domu, pobielonego jak wszystkie inne, ale wymalowane w tak fantazyjne błękitno-złote ornamenty, że nawet zupełny laik zatrzyma się i nacieszy nimi oko. Tam możesz zauważyć człowieka o długiej brodzie i bardzo krótkich włosach, w rozłożystej szacie, ale z ciasnymi rękawami, który będzie akurat zmierzał zbijać bajońskie sumy na pomarańczach. A kiedy już wyjdzie, może nawet zobaczysz absolutnie skupionego młodzieńca, wspinającego się na dach po splecionej przez siebie drabince, by znowu kombinować coś przy kominie. Będzie zdawał się jakiś zamyślony, jakby był w zupełnie innym świecie, może nawet jakby był szalony! Ale kiedy zawołasz go po imieniu…
- Fabio!
- Tak?
I proszę! Oczy błyszczą mu jak zwykle i już się uśmiecha, chociaż palce nie przestają robić czegoś z tym przeklętym drutem. I doprawdy, chyba tylko on zawsze wie, co dokładnie robi! Fabio Marco, panie i panowie! Chłopak, który będzie kiedyś słynny na całą Alaranię!

Dane gracza: Fabio

Nazwa użytkownika:
Fabio
Ranga:
Błądzący na granicy światów
Inne Postacie:
Lasota, Vertan, Mezzrat, Bua,
Martwe postacie:
Płeć:
Mężczyzna
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
N lip 15, 2018 11:34 am
Ostatnia wizyta:
Wt lis 13, 2018 7:03 pm
Liczba postów:
15 | Znajdź posty użytkownika
(0.02% wszystkich postów / 0.12 posty dziennie)
Ostatni post:
[Turmalia] Mechaniczne ptaki
So paź 27, 2018 2:04 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Turmalia
(Posty: 13 / 86.67% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Turmalia] Mechaniczne ptaki
(Posty: 13 / 86.67% postów użytkownika)
cron