Oglądasz profil – Nocturn

Awatar użytkownika

Ogólne

Godność:
Blythe "Nocturn" Lagorio
Rasa:
Półkrwi Czarodziej
Płeć:
Nieokreślono
Wiek:
40 lat
Wygląda na:
0 lat
Profesje:
Majątek:
Sława:

Aura

Aura, która nie należy do najsilniejszych, ale niewiele jej do tego brakuje. Jej powierzchnia przyjmuje wiele barw, najczęściej widocznymi kolorami są barwy żelaza, miedzi i rtęci, lecz czasem można dostrzec nieregularne wzory w odcieniach srebra, platyny czy też drobniutkie plamki w intensywnym, kobaltowym kolorze. Ten magiczny twór roztacza wokół siebie ciekawą poświatę, która czasem wydaje się być szmaragdowa, czasem obsydianowa, a niekiedy pojawiają się smużki barwy topazowej. Zapach rozchodzący się wokół niej może zdradzić, że istota nie należy do przedstawiciela konkretnej rasy. Mieszanka zapachów kadzidła i starych ksiąg czy palących się świec, przeplata się z zapachami alchemicznych specyfików, suszonych ziół czy też leczniczych medykamentów. Uwagę zwracają dźwięki dobiegające niemal z każdej strony. Ciche brzęczenie, które raz przybiera na sile, a raz traci, bywa irytujące, a momentami intensywność tego odgłosu sprawia, że wszystko wokół wydaje się drgać. Uspokajająco wpływa natomiast echo czyichś słów, jakby ktoś oddali recytował stare zaklęcia, a towarzysząca temu, cicha muzyka jakby koiła zmysły. Trochę matowa powierzchnia aury byłaby gładka i aksamitna, gdyby nie jej nieprzyjemna lepkość, jakby jakaś substancja pokrywała całość aury. Mimo to, twór ten jest całkiem miękki, bez problemu wygina się pod naciskiem dłoni, lecz przez to tworzą się ostre krawędzie. W smaku jest całkiem łagodna, nieco gorzka, a na samym końcu pozostawia słony posmak.

Informacje o graczu

Nazwa użytkownika:
Nocturn
Wiek:
26
Grupy:
Inne Postacie:
Meira, Nergui
Martwe postacie:
Płeć gracza:
Kobieta

Skontaktuj się z Nocturn

PW:
Wyślij prywatną wiadomość

Statystyki użytkownika

Rejestracja:
3 lat temu
Ostatnio aktywny:
3 lat temu
Liczba postów:
11
(0.01% wszystkich postów / średnio dziennie: 0.01)
Najaktywniejszy na forum:
Leonia
(Posty: 8 / 72.73% wszystkich postów użytkownika)
Najaktywniejszy w temacie:
Lek na troski.
(Posty: 8 / 72.73% wszystkich postów użytkownika)

Podpis

Przed Tobą stoi Blythe.
"[…] nie rozumiesz, czym jest przyjaźń lub wrogość. Lubisz wszystkich, to znaczy, że wszyscy są ci obojętni."
~Oscar Wilde.

Połączone profile


Atrybuty

Krzepa:wytrwały, odporny
Zwinność:bardzo zręczny, szybki, perfekcyjny
Percepcja:sokoli wzrok, przygłuchawy, wyostrzony węch, wyostrzony smak, wyostrzone czucie, wyostrzony zmysł magiczny
Umysł:bystry, błyskotliwy, b. silna wola
Prezencja:Ładny, godny, charyzmatyczny

Umiejętności

JeździectwoBiegły
Nocturn jeździectwo uprawia, od kiedy był mały. Sam z konia nie spadnie, potrzebuje do tego pomocy. Zdarza mu się dosiąść również osła, a ze dwa razy jeździł także na wielbłądzie. Jednak tym ostatnim zwierzętom jakoś nie jest w stanie w pełni zaufać.
Otwieranie zamkówBiegły
Jak się chce wejść tam, gdzie nie wolno, to jednak trzeba jakoś otworzyć sobie ścieżkę.
PływanieOpanowany
Nie, żeby jakoś wybitnie uwielbiał pływać, życie jednak czasami potrafi zmusić do nauczenia się takich rzeczy.
PowożenieOpanowany
Jeśli posiada się mentora nad sobą, to trzeba wykonywać jego polecenia. Mistrz Nocturna posiadał powóz, ale nie musiał nim powozić, skoro od tego miał ucznia.
PrzetrwanieBiegły
Jeśli podróżujesz samotnie, musisz umieć zdobywać jedzenie, rozpalić sobie ognisko, czy wiedzieć jak unikać tego, co mogłoby cię zjeść.
Skradanie sięBiegły
Skrytobójca, który nie potrafi chodzić bezszelestnie, to nie skrytobójca — tak mawiał jego mentor.
SkrytobójstwoBiegły
Mistrz ciągle zapewniał, że z czegoś żyć trzeba, a najlepiej z tego, w czym jest się dobrym. Należy jednak umieć przyjmować odpowiednie zlecenia. Wszakże klient musi być zadowolony, a z martwego skrytobójcy z pewnością nie będzie.
SzpiegostwoBiegły
Jeśli płacą ci za zdobycie jakiejś informacji, to musisz umieć ją zdobyć. Nie ma innego wyjścia.
Targowanie sięOpanowany
Najemnik, który sprzedaje się za marne miedziaki? Słyszał ktoś o takim?
Unieszkodliwianie mechanizmówBiegły
No, jak już wejdziesz tam, gdzie wchodzić nie powinieneś, to jeszcze warto przeżyć taką wycieczkę, prawda?
WspinaczkaOpanowany
Przydatna, kiedy twój sposób wchodzenia do domu jest dość... niestandardowy. Na przykład przez okno na piętrze.
Zastawianie pułapekBiegły
Dziczyzna może i wejdzie ci sama we wnyki, ale ludzie... z nimi nigdy nie ma tak prosto – powtarzał jego mentor.
FałszerstwoBiegły
Wiec mówisz, że chcesz odwiedzić jakiś zamek, ale cię nie zaprosili? Nie ma sprawy, już kiedyś taki papierek robiłem.
OburęcznośćBiegły
Broń w obu dłoniach robi wrażenie, ale jest jeszcze lepiej, kiedy możesz jej nimi używać.
Czytanie z ruchu wargMistrz
Z powodu swojego zdrowotnego uszczerbku, to jest częściowej utraty słuchu, musiał nauczyć się korzystać z innych dostępnych mu środków. Zresztą ta umiejętność przydaje się także, kiedy chcesz dowiedzieć się, o czym rozmawiają postacie, znajdujące się zbyt daleko by można je było podsłuchać. Blythe zna jedynie język wspólny, więc tylko słowa w nim wypowiadane jest w stanie odczytać.
AlchemiaBiegły
Trucizny, lekarstwa, maści... Nocturn siłą rzeczy musiał się nauczyć wyrabiać to, co preparował jego mentor.
KartografiaOpanowany
Cóż, skoro większość jego życia to podróż, to dlaczego by tego nie wykorzystać.
ZielarstwoBiegły
Czasem to, czy stworzysz lekarstwo, czy śmiertelną w skutkach truciznę zależy od tego, czy wiesz, co zbierasz. A taka wiedza przydaje się zwłaszcza wtedy, kiedy używasz swoich wyrobów do pracy.
AnatomiaBiegły
Skrytobójcą nie jesteś też wtedy, kiedy nie potrafisz uderzyć celu raz a dobrze. Poza tym, co to za uzdrowiciel bez znajomości ciała? Nie, nie przejdzie.
EtykietaBiegły
Będąc dzieckiem urodzonym w klasie wyższej, musiał nabyć stosownych manier. Choć Nocturn ceni sobie wolność, jaką daje mu obecne życie, to przyznaje, że wyuczona w młodości etykieta przydała mu się nie raz.
KulturoznawstwoOpanowany
Jeśli szpiegowanie na obcym terenie ma mieć jakiś sens, to najpierw trzeba poznać podstawy, bez tego ani rusz.
MedycynaBiegły
Podróżując samotnie, trzeba umieć się poskładać, kiedy będzie taka potrzeba, a że można jeszcze na takiej wiedzy zarobić? Żyć, nie umierać. Dosłownie.
PrawoOpanowany
Prawo należy znać na tyle, by nie rzucać się w oczy osobom niepożądanym. Ale czy trzeba się do niego ściśle stosować, hm? Czasami więc wiedza ta przydaje się, by odwrócić ogonem przysłowiowego kota.
Władanie bronią białąMistrz
Pracując jako najemnik, Nocturn używał różnej broni, najlepiej jednak radzi sobie używając sztyletów i krótkich mieczy. Ma też sentyment do rapiera, którego używał za młodu podczas lekcji fechtunku.
Broń improwizowanaOpanowany
Wyobraź sobie, że po ciężkim dniu, zostawiając ekwipunek w pokoju, schodzisz do izby karczemnej. Wita cię burda, jakiej jeszcze nie widziałeś, nie ma więc czasu wracać na górę... Ale zaraz, przecież nie będziemy się policzkować, noga od krzesła sprawi się znacznie lepiej, co nie?
UnikiBiegły
Mentor zawsze powtarzał, że od przyjmowania ciosów są ci, którzy nie potrafią korzystać z mózgu, a ten jest zbyt cenny, by tak po prostu dać sobie ściąć głowę.
Biegłość w kuszachBiegły
Kusza to bardzo przydatna rzecz, zwłaszcza w chwilach, kiedy twoje ostrze nie może dosięgnąć celu.
AktorstwoMistrz
Bądźmy szczerzy, kiedy całe życie udajesz kogoś, kim nie jesteś, gra staje się twoją drugą naturą.
GimnastykaBiegły
Bez tego uniknięcie ciosu byłoby znacznie trudniejsze, nie mówiąc już o ucieczce, kiedy musisz skakać po małych powierzchniach, albo zgrabnie przecisnąć się przez drobne okienko. Spróbuj to zrobić bez rozciągania, a zobaczysz, o czym mówię.
KaligrafiaOpanowany
Nawet nie przypominajcie Nocturnowi tych wszystkich godzin, kiedy siedział nad nim nauczyciel i bił po łapkach, ażeby ten pisał tak, jak na jego klasę społeczną przystało. Kto by pomyślał, że dziś pisanie będzie sprawiało mu przyjemność i że będzie spoglądał na nie jak na sztukę.
RecytacjaOpanowany
Kiedyś wymagali od niego, by wysławiał się piękniej od rówieśników. Dziś ma to, kolokwialnie mówiąc, gdzieś. No, ale bywa, że się przydaje.
TaniecOpanowany
O! A to... byliście kiedyś na balu? Nie? Jeśli nie umiesz wykonać podstawowych kroków tańcząc z partnerem... jesteś zerem. Nie, nie, ja nie oceniam.
BestiologiaOpanowany
Potrafi rozpoznać i wykorzystać stworzenia, które w jakiś sposób mogą przydać się w jego fachu.
Czytanie i pisanieBiegły
Każdy szanujący się arystokrata musi posiąść te umiejętności, ażeby nie zostać pośmiewiskiem wśród swoich.

Cechy Specjalne

DyscyplinaZaleta
Lata specjalnych, trudnych i nieprzyjemnych treningów pod okiem mentora, a także wcześniejsze doświadczenia zahartowały ciało i umysł Nocturna, sprawiając, iż są praktycznie nie do złamania. Ponadto równowaga, cierpliwość oraz koncentracja, jakimi się on wykazuje również są ponadprzeciętne i trudno go z nich wytrącić. Wszystko to przełożyło się również na wyostrzenie sprawnych zmysłów, którymi nadrabia on znaczną utratę słuchu. Jego mentor przykładał także ogromną wagę do precyzji, z jaką podrostek wykonywał zlecone mu zadania, a więc dyscyplinie Nocturn zawdzięcza też swój perfekcjonizm.
Nocny marekZaleta
Nocturn przyzwyczaił się do minimalnej ilości snu. Zazwyczaj wystarcza mu około trzech, czterech godzin na dobę. Jest w stanie funkcjonować bez niego naprawdę długo. Później siłą rzeczy musi ten brak odespać, ale nie trwa to tak długo, jakby mogło się wydawać.
Odporność na trucizny i jadyZaleta
Lata faszerowania się różnymi specyfikami, czasem wbrew własnej woli, sprawiły, że Nocturn jest na takowe odporny. Oczywiście istnieje pewna granica, której nie chce przekraczać, co nie zmienia faktu, że jego organizmowi niestraszne są standardowe dawki.
ObserwatorZaleta
Nieznaczne oblizanie dolnej wargi, prawie niezauważalne skubanie rękawa, rozbiegany wzrok... Nic Wam to nie mówi? Ten człowiek ma coś do ukrycia i mocno się stara, by nikt się nie dowiedział. No cóż, za późno. Nocturn już wie. Wie też, że tamten zaraz spróbuje uciec. Niektórzy mówią, że posiada jakiś cudowny zmysł, ale to nic takiego. Nasz kroczący wśród cieni bohater po prostu doskonale odczytuje mowę ciała, co sprawia, że jest w stanie przewidzieć ruch przeciwnika, a jego reakcje nań są dużo szybsze. Poza tym czyta ludzi jak otwarte książki – kilka prowokujących pytań, kilka reakcji, diagnoza postawiona. Po co komu widzenie wymyślnych aur, kiedy ludzie sami mówią ci, kim są i nawet o tym nie wiedzą?
AseksualizmZaleta
Zaleta, czy może wada? Dla Nocturna relacje fizyczne pomiędzy dwójką osób wydają się zbyt odległe, by mógł je pojąć, choć inteligencji mu nie brakuje. Uważa je też za... prymitywne, zwierzęce. Nie rozumie, czym jest pożądanie, nie odczuwa go. Traktuje je jako słabość, od której jest wolny. Tych, którzy mu się poddają widzi jako otumanionych, jako takich, których można wodzić za nos bez najmniejszych problemów. Umie jednak grać w tę grę dosyć przekonująco, kiedy zajedzie taka potrzeba.

Magia: Rozkazy

StrukturyUczeń
Chociaż Nocturn korzysta z dwóch domen, to używa tylko jednej magicznej zdolności, w której zawierają się one obie. Swoista jedność z cieniem jest, można by powiedzieć, jego symbolem, bez którego byłby po prostu niewyróżniającym się z tłumu najemnikiem. Po raz pierwszy zastosował ją wiele lat temu, na oczach swojego, niedoszłego jeszcze wtedy, mentora, zdeterminowany, by zniknąć, zlać się z otoczeniem, unikając ciosu. Jego ciało stało się jednym z cieniem, w którym stał zaledwie na kilka sekund, ale to wystarczyło, by jego życie zostało oszczędzone. Istotą samej zdolności jest właśnie pewne stapianie się z mrokiem, zlanie się z nim formą, strukturą. Jednocześnie stanowi on ścieżkę, po której można się poruszać szybciej niż za pomocą nóg. Cień taki jednak musi być połączony z innym, by można było swobodnie się przez niego przemieszczać. Jeśli dana osoba stanie na środku placu, a słońce będzie padać na nią centralnie z góry, to wchodząc w jej cień, zostaniemy w nim unieruchomieni aż do momentu, gdy połączy się on z innym, bądź, gdy postanowimy z niego wyjść. W następstwie scalenia z cieniem nasze ciała stają się niematerialne, a więc nie mogą zostać zranione, jednak i my nie możemy nikogo zaatakować, jedynie zbliżyć się, o ile mamy przed sobą tę mroczną ścieżkę. Na chwilę przed atakiem trzeba jednak z niej zejść, co oznacza, że istnieje szansa, iż nasz przeciwnik zdąży nas zauważyć, bądź wyczuć i odparować cios. Nocturn uważa to więc za umiejętność przydatną głównie do ucieczek i podchodzenia ludzi, którzy z jego obecności nie zdają sobie w ogóle sprawy. Samo wchodzenie w cień wygląda dość ciekawie, nasza sylwetka w kilka sekund zmienia się w czarną mgiełkę, która nieznacznie rozmywając się w powietrzu, zapada się w czerń. Odwrotny proces następuje, gdy z niego wychodzimy.
PrzestrzeniUczeń
Kolejną ważną sprawą do nadmienienia jest fakt, iż umiejętności tej używać można także w nocy. Wiąże się to jednak z pewnym ryzykiem. Nocą bowiem ów „świat cienia” zlewa się w jedną masę, a punkty odniesienia widoczne za dnia znikają. Mentor zalecał więc Nocturnowi, by używał jej nocą tylko wtedy gdy w pobliżu znajduje się źródło światła, dające cień, ponieważ będzie wtedy dla niego świecić jak, gdyby było latarnią morską. Wynikało to z obawy, iż jego uczeń mógłby się zgubić. Weźmy hipotetyczną sytuację, mamy dwa dachy, a ponieważ jest noc, obydwa spowite są ciemnością. W teorii droga jest bardzo prosta, w praktyce, niewprawny użytkownik tej magicznej zdolności, tracąc orientacje, może wylądować w, chociażby, świńskim korycie stojącym nieopodal tego domu, albo i gorzej... Nocturnowi jednak po kilkunastu latach ciężkiego pracowania nad tą umiejętnością udało się wydłużyć czas pobytu w formie cienia z kilku sekund do około trzydziestu minut, później zaczyna się męczyć, a po godzinie, może mieć trudności z koncentracją, a co za tym idzie powrotem do pierwotnej postaci. Dzięki wyostrzonemu wzrokowi, łapiącemu więcej światła, łatwiej znaleźć mu punkty odniesienia, kiedy korzysta z tej magii w środku nocy, co pozwala mu na bezpieczne poruszanie się w obrębie około trzydziestu stóp. Co ciekawe mentor zapewniał go, że ta „magia cienia”, jak zwykł ją zwać, ma również inne oblicza, a mistrz jego mistrza ponoć potrafił zrobić znacznie więcej niż te proste sztuczki z „teleportacją” przez cień. Kolejnym intrygującym faktem zdaje się ten, iż demoniczne Cienie wydają się unikać użytkowników tej magii. Czy robią to instynktownie, wyczuwając zagrożenie, czy może widzą ich podobnie jak siebie? Być może dawni przodkowie potrafiliby odpowiedzieć na to pytanie...

Przedmioty Magiczne

BubonemBaśniowy
Czarna maska, zakrywająca całą twarz. Posiada pozłacane elementy, przywodzące na myśl sowę. W miejscu oczu zamieszczone są dwa nieco wypukłe, przyciemnione szkiełka, obramowane złotą linią. Podobnie zaznaczona jest szlara. Między nimi, nieco niżej, znajduje się malutki, złoty dziób. Nad tym wszystkim górują zaś dwie kreski, przypominające charakterystyczne dla niektórych sów „uszy”. Maska owa pozwala Nocturnowi na widzenie w ciemnościach. Zmienia też nieco jego głos, pogłębiając go, dodając pewnego drżenia i sprawiając, że niesie się on nieznacznym echem.
Lux&NoxZaklęty
Dwa bliźniacze sztylety, z których pierwszy posiada jakby srebrne ostrze i rękojeść z kości słoniowej, a drugi, wydawałoby się, swoją czernią pochłania padające na niego światło słoneczne. Ich głowice wyglądają jak nieco rozwarte pyski węży z, kolejno, czerwonymi, bądź zielonymi, kryształowymi oczyma. Magia w nich zaklęta polega na tym, iż raz rzucone, na rozkaz właściciela wracają do niego po najbardziej optymalnej drodze. Muszą jednak znajdować się w odległości do około stu stóp. Dodatkowo osoba nimi władająca intuicyjnie wyczuwa, gdzie się znajdują, więc nie musi się obawiać, że je zgubi. Im dalej się znajdują, tym mniej precyzyjne położenie potrafi określić. Zawsze jednak wyczuwa, w jakim kierunku powinno się zmierzać, by do nich dotrzeć. Właścicielem zostaje się na zasadzie kontraktu, uzyskując dostęp do specjalnego kolca ukrytego w rękojeści sztyletu, poprzez nakłucie się nim i ofiarowanie mu kilku kropel swojej krwi. Haczyk polega na tym, że do owego kolca dostęp ma tylko właściciel, a więc skradzione ostrza staną się jedynie ładnie wyglądającymi zabawkami, a ponadto sprowadzą na złodziejaszka owego ich kontrahenta, co dla tego pierwszego raczej nie skończy się dobrze.
Złoty wążZaklęty
Delikatna, złota bransoleta, którą nosi wyłącznie jako Blythe. Sama dopasowuje się do ręki posiadacza. A na jego życzenie, tylna część owego gada zmienia się w niewielki sztylet. Dostał ją jeszcze przed pozostałą dwójką sztyletów, ale Khazhak nigdy nie zdradził, jak wszedł w jej posiadanie.
Juki o drugim dnieBaśniowy
Cztery skórzane torby przyczepione zazwyczaj po bokach Svarta. Każda z nich ma objętość dwóch wiader. Wbrew nazwie nie posiadają drugiego dna, a ich wyjątkowość polega na tym, iż gdy otworzymy jedną z nich po wypowiedzeniu odpowiednich słów, będzie tak, jakbyśmy mieli dodatkową torbę tej samej pojemności. Ich waga nigdy jednak nie przekracza dwóch łutów. Podobnie jak poprzednie przedmioty, pozostały mu one po mentorze. Blythe używa tego „drugiego dna” do ukrywania co cenniejszych rzeczy.

Charakter

Kiedy masz do czynienia z Nocturnem, przestajesz się dziwić, dlaczego nazywają go kroczącym wśród cieni. Czarna postać sprawia wrażenie drapieżnika czyhającego na swoją ofiarę, jak gdyby każdy ruch rejestrowany był przez szkiełka w jego masce, jak gdyby nigdy nie odwracał od ciebie wzroku. Istotnie stara się on nie spuszczać go z osoby, z którą obcuje, ponieważ w ten sposób może uzyskać więcej informacji. W czasie swojej nocnej warty jest raczej oszczędny w słowach, jak gdyby nie chciał powiedzieć zbyt wiele. Trzeba tu zaznaczyć, że choć jego mentor szkolił go w sztuce skrytobójstwa, Nocturn nie jest zabójcą z natury. W porównaniu do swojego mistrza, zlecenia tego typu przyjmuje niezwykle rzadko i tylko wtedy, jeśli z jakiegoś względu wydaje mu się, że taka kolejność spraw wyjdzie na dobre większości, choć może to tylko wymówka, by zarobić...


O ile jest taka możliwość, zawsze stara się uniknąć walki. Ostrzy dobiera dopiero wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. Uznaje bowiem, że wszelka broń służy do jednego celu – jeśli po nią chwytasz, oznacza to, że chcesz zabić i sam jesteś gotów, by zginąć. Jeśli jednak nie chcesz pozbawić kogoś życia, nie ma sensu po nią sięgać. Nocturn w takich przypadkach nigdy się nie zawaha. Poza tym posiada swoisty kodeks i jeśli dane zlecenie mu nie pasuje, nie boi się odmówić jego wykonania, nawet jeśli miałby tym zrazić do siebie klienta. A więc klient nasz pan, do czasu... Wyznaje także zasadę, że jeśli ma coś zrobić, to raz a dobrze. Jest perfekcjonistą, a każdy z nich nie przepada za porażkami. Jednak jeżeli takowe się zdarzą, stara się je on przeanalizować i wyciągnąć z nich najtrafniejsze wnioski. Poza uczeniem się nowych rzeczy lubi także mądrze podyskutować, ma w sobie bowiem coś z filozofa, a podważanie czyichś przekonań i reakcje z tym związane uważa za intrygująco zabawne. Uwielbia także dużo wiedzieć... słyszeliście kiedyś stwierdzenie, iż wiedza równa jest władzy? Panowanie nad sytuacją to już połowa sukcesu!

Dlatego też nigdy nie narzekał na swoje ciało, które daje mu przecież olbrzymią przewagę nad tępymi osiłkami, którzy mają w zwyczaju nie doceniać przeciwnika. Z jego delikatną, niewinną twarzyczką wystarczy bardzo niewiele by zdobyć zaufanie drugiej osoby, co, jako Blythe, skrzętnie wykorzystuje. Jest wszakże w dużej mierze oportunistą. Przystosowuje się do otaczającej go rzeczywistości. Wszelkie zasady i kodeksy, nawet te własne, czasem należy łamać. Sam jest tego idealnym przykładem. Gdyby jego mentor nie nagiąłby swego, Nocturna nie można by było nazywać zbyt ruchliwym. Odgrywając rolę wędrownego uzdrowiciela, sprawia wrażenie otwartego na kontakt i łagodnego, a na jego licu widnieje zwykle spokojny uśmiech. Ci bardziej doświadczeni, znający się na ludziach starcy, mogliby jednak dostrzec niekiedy, że pomimo pogodnego usposobienia, w jego oczach maluje się pewna chłodna kalkulacja i wyrachowanie. Kiedy zajdzie taka potrzeba Blythe chętnie jednak pomaga, a za swoje usługi lecznicze bierze tyle, ile dana osoba jest w stanie zapłacić. Nie można więc powiedzieć, by zależało mu na pieniądzach. Nie rozróżnia też między biednymi a bogatymi, pomiędzy jedną rasą a drugą. Klient, to w końcu klient, praca jest pracą, a Kostucha nie wybiera. Jeśli kogoś ocenia, to robi to na podstawie doświadczenia, nie pozorów. Zdarza mu się być cynicznym, czasem wręcz prowokującym, a specyficzne poczucie humoru wcale mu przy tym nie pomaga. Nigdy jednak nie robi tego, by kogoś do siebie zrazić. Pogrywanie z ludźmi jest raczej jego sposobem na poznanie ich natury. Zwykle też odbywa się w granicach zdrowego rozsądku, choć zdarzy mu się przesadzić, gdy jest znudzony. Mimo słabości do zwodzenia raz danego słowa nie łamie, ale zdarza się, że jego obietnice bywają... nieprecyzyjne. Mimo wszystko pozostaje pacyfistą i jeśli może, stara się, by „krew nie lała się strumieniami”, stawiając siebie w roli neutralnego mediatora. Dzięki takiej postawie jest ochoczo przyjmowany w większości miast, poznaje wielu ludzi, a co za tym idzie, słyszy od czasu do czasu ciekawe informacje.

Co najważniejsze jednak, Blythe choć wydaje się towarzyski na pierwszy rzut oka, nigdy nie wchodzi w głębsze relacje ze spotkanymi ludźmi. Zupełnie tak, jakby stawiał pomiędzy nimi a sobą swoisty mur, przez który do tej pory nikomu nie udało się przejść. Podobnie ma się sytuacja z uczuciami. Widzi on swoje myślenie jakoby dwutorowo, oddzielając uczucia od logicznych decyzji. Nie neguje ich jednak i nie tłumi, a świadomie pozwala im z siebie ulecieć, nie dając się im jednocześnie wodzić za nos. Czasem zdarza mu się zażartować, iż pukał kiedyś parę razy do drzwi Kostuchy, ale ta zawsze udawała, że nie ma jej w domu. Całe to igranie ze śmiercią sprawiło, iż nie spogląda w jej stronę ze strachem, a życie docenia nieco bardziej. Nie płacze nad umarłymi i nie ubolewa nad losem żywych. Oddaje się w ręce pchającego go przeznaczenia, nie tracąc czasu na rozpamiętywanie rozlanego mleka. Skupia się za to na tym, aby nie rozlać go więcej, a co będzie dalej... cóż, zobaczy. Żyje raczej z dnia na dzień, nie snując wielkich planów na przyszłość.

Gdyby zapytać go, którym z nich – zabójczym Nocturnem, czy pogodnym Blythe'm – jest tak naprawdę, zapewne odpowiedziałby, unosząc nieznacznie kąciki ust, że obojgiem, a potem dodał, że może jednak żadnym. Odchodząc rzuciłby, z tym swoim nieprzeniknionym uśmiechem, że ma przecież znacznie więcej twarzy...

Wygląd

Można powiedzieć, że Nocturn, podobnie jak cebula i ogry, posiada warstwy. Pierwsza z nich spowita jest czernią. Choć jego sylwetka jest drobna i niewysoka, bo mierzy nieco ponad pięć i pół stopy, to fałdy czarnego materiału, wszystkie uprzęże, paski i klamry sprawiają, że wygląda na masywniejszą. Mimo wszystko waży jedynie cetnar i niecałe dwa kamienie. Porusza się bezszelestnie, niczym łowca czyhający na zdobycz. Tu i ówdzie upchnięte są ostrza, przy pasie widoczna lekka kusza, dwie zdobione pochwy, w których siedzą Lux i Nox, a do tego jedna większa, w której znajduje się krótki miecz, kilka fiolek, a z tyłu nieco większa skórzana torba. Pomimo wielu widocznych kieszonek, pojemników i sakiewek, Nocturn ma w swoim odzieniu więcej zabójczych skrytek, niż można by było na pierwszy rzut oka pomyśleć. Rękawice na jego dłoniach posiadają, na czubkach palców, drobne ostrza, których może używać niczym pazurów, choć rzadko mu się to zdarza. Twarz ukryta jest szczelnie pod charakterystyczną maską sowy, a całość wieńczy ciemny, postrzępiony nieco na końcach płaszcz z kapturem, spoczywającym zawsze na głowie Nocturna. Nie ma co ukrywać – stanowczo ta chodząca groteska rzuca się w oczy. Czerń porzuca on zatem za dnia.


Kiedy słońce góruje wysoko nad horyzontem, a Nocturn nie nosi maski, patrząc na niego widzimy chuderlawego podrostka, który, wydawałoby się, nigdy nie widział miecza na oczy. Jego ciało wydaje się jeszcze drobniejsze, niż wtedy, gdy zakrywa twarz. Zwykle ubrany jest w jaśniejsze kolory, począwszy od białej, jakby trochę zbyt dużej, lnianej koszuli, kończącej się aż pod szyją, na którą nakłada podobnie wiszący na nim dublet. Na to wszystko zarzucona jest dłuższa, skórzana kamizelka z luźnymi rękawami kończącymi się przed łokciem. Na przedramionach znajdują się proste, ale wytrzymałe karwasze. Ciemne, nieopinające się nogawice wchodzą w wysokie, wiązane buty z licznymi klamrami. Przy pasie znajduje się prosty rapier i sztylet, a także liczne skórzane torebki, z których wydobywa się woń ziół. Na lewym przedramieniu spoczywa złota bransoleta w kształcie węża. Mijane osoby bacznie lustrują jadowicie zielone, duże oczy, okraszone długimi, gęstymi rzęsami. Na owalną twarz o bladej cerze oraz nieco pucułowate policzki spada gęstwina krótkich, kruczoczarnych włosów, jakby żyjących własnym życiem na wietrze. Nie znajdziemy u niego jednak żadnego zarostu. Urodę ma raczej delikatną, złośliwi pokusiliby się nawet o stwierdzenie, że dziewczęcą. Dzięki niej jednak wygląda na kilka lat młodszego niż w rzeczywistości, czego pewnie wielu mu zazdrości. W sukniach zresztą zdarzało mu się już biegać, ale spodnie są zdecydowanie wygodniejsze i przy nich pozostanie. Jego chód jest lekki, czasem wręcz niesłyszalny.

Pod warstwą Blythe'a znajduje się jeszcze jedna – jego ciało. Jedna z dziewek, z którymi spędził kiedyś noc na polecenie mentora, opowiadała różne rzeczy, jak chociażby to, że tak naprawdę jego tors jest niezwykle umięśniony, a on sam w zupełności nieskalany bliznami... Cóż, każdy chciałby spędzić parę gorących chwil z młodym bogiem, ale Blythe słysząc takowe przechwałki, jedynie zaczerwienił się cały i kazał obiecać swojemu opiekunowi, że nie wrócą do tego miasta przez następne kilka lat. Prawdą jest, że owa niewiasta zabawiała się z nim przez cały wieczór, podrostek jednak upił ją, nim do czegokolwiek doszło. Jedyną osobą, która owe ciało widziała, był jego mentor i gdyby żył, w ramach ciekawostek mógłby powiedzieć wam, że jest poznaczone ono licznymi, drobnymi bliznami, w okolicach brzucha zaś znajduje się jedna większa, zdecydowanie po ranie kłutej. A jako bonus dodałby, że brakuje mu małego palca u lewej stopy. Więcej informacji zabrał jednak ze sobą do grobu.

Historia

– Kroczący wśród cieni – solidny mężczyzna pochylił się nad towarzyszem, jak gdyby właśnie miał mu zdradzić sekret o niezwykle wielkiej wadze. – Wiesz... ponoć jest nieśmiertelny... Mój dziad...
– Nie pleć bzdur! – uniósł głos ten drugi, bardziej krępawy. – Nie będziemy przecież, no tego... Płacić jakiemuś...
– Szzz... – uciszył go wyższy, drżąc jak osika. – A co, jeśli gdzieś tu jest i nas słyszy?
Istotnie, Nocturn siedział na dachu budynku, skąd miał doskonały widok na szepczących mężczyzn. Zdecydowanie ich nie słyszał, ale doskonale rozczytywał ruchy ich warg. Jego potencjalni pracodawcy nie należeli do stałych klientów. Biorąc pod uwagę tok rozmowy, jeden z nich zapewne znalazł wzmiankę o nim w rzeczach swego przodka. Nocturn jednego był pewien, kiedy dziad mężczyzny stąpał jeszcze po łusce smoka, jego nie było nawet w planach. Ba, jego rodziciele zapewne też jeszcze mieli przed sobą długą drogę przed postawieniem stóp na tym padole. Przodek tego człowieka musiał zetknąć się więc z jednym z poprzednich właścicieli sowiej maski. Nawet jednak on nie wiedział, kim owa osoba mogłaby być. Zresztą nie można było tego od niego wymagać, skoro nie znał prawdziwej tożsamości własnego mentora, pomimo spędzenia z nim wielu ciężkich lat.
Nocturn westchnął niemalże niesłyszalnie, ze znudzeniem przenosząc wzrok na widoczny za wioską ogromny las, nad którym w oddali górowały zamkowe wieże. Z tej odległości wydawały się niezwykle malutkie, tak niewiele znaczące. To właśnie tam, za gęstwiną szeleszczących drzew, wiele lat temu, wszystko się zaczęło. To tam umarł po raz pierwszy...

Wszystko zaczęło się dwadzieścia sześć lat temu, kiedy w jednej z wywodzących się z arystokracji rodzin, pochodzących z Elisii, na świat przyszły bliźnięta – dziewczynka i chłopiec. Oczywiście pan domu wraz z małżonką byli wniebowzięci. Lillianne oraz Isidore dorastali razem, otoczeni przywilejami, na których to Isidore, jako męski potomek i oczko w głowie rodziców, korzystał najbardziej. Jeśli zaś chodzi o jego siostrę, to planowano wydać ją za mąż, jak tylko osiągnie odpowiedni do tego wiek. Życie bliźniąt urozmaicała niekiedy matka, pokazując drobne, acz niedostępne zwykłym ludziom, magiczne sztuczki. Przestrzegała zarazem, by nie zdradzali nikomu jej tajemnicy. Niestety tę arystokratyczną sielankę przerwał nieszczęśliwy wypadek, który zabrał syna rodzicom jeszcze zanim ten dożył szóstego roku. Lillianne, będąc świadkiem zdarzenia, wiedziała, iż odpowiedzialną za nie była fascynacja magią ich rodzicielki, którą przejawiał chłopiec. Pani domu za to długo rozpaczała, nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że jej pierworodny przepadł. Ponieważ twarze bliźniąt w tym wieku były ogromnie podobne, zaczęła Lillianne nazywać imieniem syna, a kiedy ta się buntowała, powtarzając swoje imię, kobieta wpadała w furię i histerię. Chcąc ulżyć małżonce, pan domu nakazał by Lillianne zaczęła nosić stroje swego brata, a niedługo po tym nawet zajmować się typowo męskimi zajęciami. Także i służba zwracać się miała do niej imieniem chłopca. Nieraz gdy pobierała lekcje fechtunku, ojciec przyprowadzał matkę, która łudziła się, że wciąż patrzy na syna. Pan domu sam zdawał się ulegać kłamstwu, które spreparował. Nie minął rok od owej tragedii, jak zaczął pozbywać się służby, która znała szczegóły wypadku i ich następstwa. W końcu w posiadłości nikt już nie używał imienia dziewczynki. Czuła więc, że w dzień, gdy pożegnali się z jej bratem, tak naprawdę umarła ona sama. Wciąż jednak nie mogła pogodzić się z odrzuceniem swego istnienia i ciągłym jego zaprzeczaniem przez własną matkę. Tylko pewna wewnętrzna siła jej woli sprawiła, iż gdzieś w niej pozostało poczucie własnego „ja”. Nie chciała też uczestniczyć w złudnym, rodzinnym szczęściu, o którym zapewniał ojciec. Miała wrażenie, że szaleństwo rodzicielki udziela się także i jemu. W końcu pan domu poważnie zachorował i kiedy „Isidore” skończył jedenaście wiosen, odszedł z tego świata. Być może był już wcześniej świadom swojego losu i chciał w swych ostatnich latach życia cieszyć się męskim spadkobiercą. Jego latorośl nie miała jednak czasu się nad tym rozwodzić, gdyż na horyzoncie pojawił się nowy problem.

Ponieważ panicz nie osiągnął jeszcze odpowiedniego wieku, a żona zmarłego nie była w stanie niczym zarządzać, na dwór sprowadzono wuja Isidore'a. Mężczyzna ten od wielu lat przebywał poza Elisią i nie był świadomy sytuacji jaka panowała w domostwie. Isidore już od momentu, kiedy ten postawił pierwszy krok w posiadłości, wiedział, że krewnemu zależy wyłącznie na majątku. Nie zamierzał go jednak oddawać i, choć młody, świadomy przewagi jaką dają mu spodnie w tej sytuacji, skrzętnie ukrywał swą małą tajemnicę. Odnajdywał się w intrygach wuja, wychodząc mu naprzeciw i niekiedy skutecznie burząc jego plany, gdyż mężczyzna zwykł go lekceważyć ze względu na młody wiek. W końcu jednak miarka się przebrała i nowy pan domu postanowił, w subtelny sposób, pozbyć się uprzykrzającego mu życie natręta. Kiedy pewnego wieczoru z cieni wyłoniła się przed nim sylwetka znajomego skrytobójcy, od razu przeszedł do rzeczy. Isidore nie mógł tego jednak wiedzieć i, gdy kilka dni później udał się w swoją zwyczajową przejażdżkę po pobliskim lesie, nie był świadom, że ów cień za nim podąża. Tę wiedzę uzyskał dopiero, gdy spłoszony koń zrzucił go z grzbietu i szybko uciekł. Złamana ręka bolała niemiłosiernie, ale bardziej przerażał czarny sztylet leżący nieopodal, który po chwili uniósł się i wrócił do właściciela. Mroczna sylwetka zbliżała się powoli. Mężczyzna najwyraźniej się nie śpieszył, jak gdyby był pewien, że dzieciak nie jest w stanie mu uciec. Isidore wstał i ruszył przed siebie, starając się oddalić od napastnika. Padł jednak kilka metrów dalej, kiedy w jego łydce zatopiło się ostrze sztyletu, by ze świstem powrócić później do swojego właściciela. Dotarło do niego, że to koniec. Wbrew sobie rozumiał też, że obecna sytuację zawdzięcza wujowi. W jednej chwili, kiedy zrozumiał, że rodzina się go ostatecznie wyparła, jego emocje jakby się wyciszyły. Przerażenie zaczęło ustępować pogardzie, mieszającej się z coraz większym bólem. W umyśle zacząć się klarować tylko jeden cel – przeżyć. Gdyby mógł powtórzyć tamto wydarzenie sprzed lat, zniknąć, zapaść się... Stać się nieosiągalnym dla kroczącego w jego stronę mężczyzny. Ten z kolei przystanął parę metrów przed nim i kolejny raz posłał w jego stronę swoje sztylety. Isidore wyłączył się. Myślał tylko o tym by się zapaść, by sztylety nie mogły go dotknąć. Minęło kilka sekund nim ponownie otworzył oczy i zobaczył rozchodzącą się wokół niego czarną mgiełkę. Jego usta wygięły się w uśmiechu, który jakby nosił znamiona odrobiny szaleństwa. Udało się, nie umarł. W końcu byli bliźniętami i choć może nie miał tak wielkiego talentu, by użyć tej zdolności spontanicznie, z łatwością, w wieku kilku lat, tak jak jego bliźniak, to udało mu się jednak uzyskać precyzję, by pozostać w miejscu, uniknąć sztyletów i przeżyć. Tym razem Isidore nie umrze, pomyślał. Spojrzał na mężczyznę ubranego w czerń raz jeszcze. Stał on nieruchomo, wciąż wpatrując się w młodzika, ale coś w jego postawie się zmieniło. Chłopak wiedział, że za jego plecami znajdują się wbite w ziemię sztylety. Dziwiło go, że mężczyzna, który chciał go zabić nie sięga po broń. Kiedy ruszył w jego stronę, Isidore napiął się nieco, szykując na atak.
– Nie żyjesz – oznajmił mężczyzna, jednym zgrabnym ruchem unosząc maskę z twarzy oraz zrzucając z głowy kaptur. – Nie żyjesz, młody. Właśnie cię zabiłem.
Usta Isidore'a rozchyliły się lekko, jak gdyby chciał zaprzeczyć słowom mężczyzny. Czuł się tak, jakby był ofiarą jakiegoś kiepskiego żartu, a jednak, gdy jego szeroko otwarte ze zdziwienia oczy wpatrywały się w twarz skrytobójcy, dostrzegał jedynie jego powagę.
– C... Co chcesz przez to powiedzieć? - wydukał przez zaciśnięte z bólu zęby. Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Jego niedoszły zabójca schował broń, a następnie przyklęknął tuż przed nim, opierając łokieć o kolano i wwiercając się w niego swoje lodowato chłodne, błękitne spojrzenie. Isidore otworzył usta, chcąc powtórzyć pytanie, ale mężczyzna ubiegł go.
– Masz dar – przerwał na chwilę – Blythe.
– Dar? - zapytał, ignorując fakt, iż zwrócono się do niego obcym mu imieniem.
– Tak, bardzo rzadki – zajrzał mu głęboko w oczy. - Nauczę cię z niego korzystać nim zostaniesz błądzącym.
Isidore nie rozumiał nic z tego, o czym mówił jego rozmówca. Najważniejsze było jednak to, iż wydawało się, że nie chce mu już zrobić krzywdy. Obserwował więc, jak sięga do pasa i wyjmuje z niego okrągłe, drewniane pudełeczko, mamrocząc coś o kolorze zielonym i jaszczurkach. Otwiera je i macza palce w resztkach maści, które się w nim znajdowały. Po chwili mężczyzna znów skierował wzrok na jego twarz.
– Lagorio – stwierdził, by po chwili unieść umazane maścią palce. - Magiczna, kiedy wrócimy do karczmy nie powinno być śladu po ranach – chwycił za łydkę chłopaka i dokładnie wysmarował nią ranę od sztyletu, nim ten zdążył zaprotestować. Ból sprawił, że aż nim zakołysało, a kiedy mężczyzna złapał za złamane przedramię, mało brakowało by nie zemdlał. Chwilę później obydwa miejsca objęło jednak przyjemne mrowienie, znak, że maść zaczynała działać. Isidore ze złością spoglądał na swego oprawce, który wydawałoby się w ogóle nie liczył się z odmową. Nie podobało mu się, iż nie ma najmniejszej kontroli nad sytuacją. Jednakże wiedział też, że nie było z niej innego wyjścia.
– Twarz, na którą patrzysz nosi miano Khazhak – oznajmił wstając, a później zakładając maskę sowy oraz kaptur, dodał – Mnie nazywają Nocturnem. – Ruszył w kierunku, z którego przybyli. - Ruszaj, Blythe, nie mamy całego dnia.
– Mam na imię Is...
– Isidore, o którym mówisz jest martwy – nie dał dokończyć mu wypowiedzi i, nie zatrzymując się, kontynuował. - Jutro zamelduję jego wujowi, że wykonałem zlecenie.
Blythe nie wiedział co wywołało w nim większe ciarki. Czy była to zmiana głosu wywołana przez maskę, czy obojętność z jaką wypowiadał się o swojej pracy mężczyzna. Jak wiele takowych zleceń mógł już dostać? Nie odezwał się jednak więcej i w ciszy, pokornie podążył za Nocturnem. Ku swojemu zdziwieniu nie odnalazł powodu, dla którego miałby z nim nie pójść. Miejsce, które nazywał domem wszakże przestało dlań istnieć. Isidore umarł więc po raz kolejny, ledwie kończąc czternasty rok życia. Blythe postanowił jednak, że choćby cały świat zaprzeczył jego istnieniu, będzie wychodził mu naprzeciw, udowadniając jak bardzo ten się myli.

Karczma, w której zatrzymał się Khazhak należała do tych bardziej majętnych. Blythe doskonale wiedział skąd jego nowy towarzysz brał pieniądze, by stać go było na zatrzymywanie się w takich miejscach. Kiedy weszli do pokoju, w którym spał, nozdrza młodzika od razu pochwyciły woń ziół i kilka dziwnych, nieznanych mu zapachów.
– Siadaj – rozkazał mu mężczyzna,wskazując na łóżko, a następnie podchodząc do jednej z toreb leżących pod ścianą. Blythe zauważył, że znajdowały się tam pudełeczka podobne do tego, którego użył na nim wcześniej, a także kilka flakoników i fiolek wypełnionych bliżej niesprecyzowanymi płynami. Khazhak wziął w końcu jedno ze szkiełek z oleistą substancją i ponownie stanął przed Blythem.
– Pierwsza lekcja, młody – zaczął. - Kiedy jaszczurki zielone zostają pochwycone za ogon, odrzucają go, by móc przeżyć – mówił wpatrując się w niego, jak gdyby chciał sprawdzić reakcję na wypowiadane słowa. Blythe przyglądał mu się bacznie, ale człowiek ten wciąż stanowił dla niego zagadkę. Nie wykonywał żadnych niepotrzebnych ruchów, które mogłyby coś zdradzić. Jego dłonie bawiły się jedynie korkiem drobnej fiolki. – Wyobraź sobie, że jesteś taką jaszczurką... Co byś zgubił, Blythe?
Młodzik nie zdążył jednak odpowiedzieć. W chwili jego zawahania mężczyzna podstawił mu pod nos otwartą fiolkę. Już po pierwszym wdechu świat przed oczyma zawirował, by w końcu zostać pochłoniętym przez ciemność. Kiedy otworzył oczy następnym razem, jego ciało było całkowicie przytwierdzone do łóżka licznymi pasami, a w usta włożone miał coś twardego, obleczonego w kawałek skóry. Khazhak klęczał przy jego stopach i jedynie zerknął w jego stronę, widząc, że ten porusza się niespokojnie.
– Wygląda na to, że szybko pozbywasz się toksyn, młody. Gorzej dla ciebie – usłyszał tylko, by zaraz poczuć przeszywający ból w lewej nodze, który narastał coraz bardziej. Po raz kolejny go zamroczyło, zdążył jednak zarejestrować, jak jego oprawca wrzuca coś do małej sakiewki i unosi, jakby chcąc mu pokazać. – Twój ogon, jaszczurko – usłyszał od niego i zaraz znów zapadła ciemność.
Obudził się dopiero późnym południem następnego dnia. Ku jego zdziwieniu noga nie bolała aż nadto. Wspomnienie bólu, jakiego doznał ostatniego wieczoru, wywołało nieprzyjemne dreszcze. Mimo tego przemógł się i zerknął pod materiał, chcąc sprawdzić stan stopy. Z radością dostrzegł, że jedynym mankamentem był brak małego palca, a miejsce, w którym się kiedyś znajdował było lekko opuchnięte i zaczerwienione. Przypomniał sobie ostatnie zapamiętane przez siebie słowa mężczyzny i zaczynał powoli pojmować o co mu chodziło.
– Lekcja numer dwa, młody – drygnął i natychmiast odwrócił się, słysząc tuż za sobą charakterystyczny głos Nocturna. - Klient zawsze powinien dostać dowód dobrze wykonanej roboty. Musisz dbać o nasz wizerunek – po raz pierwszy uśmiechnął się do młodzika, zdejmując przy tym maskę. W taki sposób, jak gdyby zaraz miał go ukąsić. - Przypatrz się dobrze młody, tyle było warte życie Isidore'a. Jednego złotego gryfa i palec.
Blythe spojrzał na leżącą obok niego złotą monetę, którą przed chwilą podrzucił tam skrytobójca. Zacisnął zęby, a knykcie zbielały mu od ściskania materiału pościeli. Jego rozwścieczone spojrzenie powędrowało ku mężczyźnie. Nie był jednak w stanie nic mu odpowiedzieć.
– Możesz o mnie myśleć co chcesz, ale doskonale wiesz o czym mówię – powiedział, spoglądając na niego poważniej. - Szykuj się.

Z początku Blythe robił bardziej za pomagiera swego mentora, aniżeli ucznia. Khazhak powtarzał jednak, że sprawny umysł jest przy magii cienia, jak zwał magiczną umiejętność, której używali, równie ważny co sprawne ciało, jeśli nie ważniejszy. W towarzystwie mężczyzny szybko utwierdził się on też, że choć tamten zabijał dla pieniędzy, to przyczynił się do uratowania równie imponującej liczby żyć. Podróżowali we dwoje jako wędrowny uzdrowiciel i jego uczeń, po godzinach przyjmując różne mniej chwalebne zlecenia, które później wykonywał Nocturn. Chłopak istotnie szybko uczył się obydwu fachów, zwłaszcza, że jego mistrz miał w zwyczaju rzucać go na głęboką wodę. Czasem Blythe wspomni, jak pochopnie zachował się, gdy pierwszy raz mu towarzyszył w czasie wykonywania zlecenia. Jak, kiedy podniósł koszulę, by pozwolić mistrzowi przyjrzeć się ranie na brzuchu, brew tego uniosła się nieznacznie w konsternacji. Nigdy nie odgadł, czy było to spowodowane zdziwieniem na widok zabandażowanych, drobnych piersi, czy jednak skupiał się on wyłącznie na jątrzącej się posoką dziurze w jego ciele, zastanawiając się, jak dzieciak mógł pozwolić, by do tego doszło. Mentor nigdy również nie wracał do całego zajścia, nie zmienił także swojego podejścia wobec ucznia. Cóż, być może wiedział już wcześniej.
– Zaglądasz śmierci w oczy bez strachu, Blythe – mówił jedynie, wcierając w ową ranę ostatki magicznej maści. - Śmiejesz się jej w twarz, myśląc, że będzie łaskawa, bo znasz parę magicznych sztuczek, ale one nie będą chronić twojego tyłka wiecznie. Wciąż jesteś słabym człowiekiem, Blythe, nie daj się sobie oszukać. - Dokładnie zapamiętał, jak pudełeczko po magicznej maści wymownie strzaskało się w dłoni mentora. - Doceń życie, nie traktuj go jako coś pewnego, bo następnym razem umrzesz naprawdę.
Mistrz był surowym nauczycielem, który cenił sobie żelazną dyscyplinę. Od początku uczył go samodzielności, odmawiając pomocy, gdy był pewien, że młody poradzi sobie sam. Czasem Blythe miał wrażenie, że czerpie on jakąś nieopisaną satysfakcję patrząc na męki podopiecznego spowodowane jego treningiem. Choć zdawał się kierować pewnymi zasadami, jakimś bliżej niesprecyzowanym kodeksem, bywał nieprzewidywalny. Blythe musiał być zawsze czujny, gdyż często podczas posiłków, dosypywał mu różnych specyfików. Jeśli udało mu się ich uniknąć, mistrz tylko uśmiechał się nieznacznie, gdy zaś nieświadomie ich zażył... cóż, słyszał jedynie ilość czasu, jaką ma na spreparowanie czegoś, co mogłoby go uratować. Cięgle wystawiany na próby szybko się zahartował i nabrał szacunku do tej, choć zabójczej dla swego celu, to wbrew pozorom, łaskawej dla zwykłych ludzi, postaci.

Blythe pierwszy raz założył maskę sowy kilka lat temu, dowiadując się, iż klientem, który ma mu zapłacić jest jego wuj. Z początku wzbraniał się, niepewny, czy będzie w stanie niewzruszenie stanąć przed osobą, która przecież, poniekąd, przyczyniła się do jego „śmierci”. Jednakże był już świadom, że w słowniczku Khazhaka nie było słowa takiego jak odmowa. Gdy w końcu stanął w gabinecie krewnego, w swej dawnej posiadłości, miał wrażenie, że widzi jedynie cień człowieka, którego znał wcześniej. Myślał, że kiedy ta chwila nastąpi, obudzi się w nim jakaś głęboko skrywana nienawiść, że zapragnie zatopić ostrze w jego ciele. Nic takiego się jednak nie stało. Mężczyzna wodził rozbieganym wzrokiem po pomieszczeniu i nieznacznie drżąc mamrotał o tym, że wszyscy inni książęta chcą się go pozbyć, ale to on pozbędzie się ich pierwszy. Blythe patrzył na ten żałosny teatrzyk z politowaniem, zastanawiając się, czy jego wuj zawsze taki był. Dziecięce wyobrażenie, jakie miał wobec tej osoby prysło zupełnie, zniknęły resztki poszanowania, zniknął strach. Blythe sięgnął do maski i zdjął ją, ukazując swoje oblicze. Wuj podskoczył, a potem przewrócił się, lądując na podłodze i podpierając się rękami, wciąż zwrócony w stronę Nocturna, próbował zwiększyć dystans między nimi. Bełkotał przy tym, że przecież pozbył się go raz na zawsze, że nie możliwym jest by tu stał, jakim potworem musi być by tu przed nim oddychać. Schował twarz w dłoniach i podkulił nogi, trzęsąc się przy tym ze strachu niemiłosiernie.

Nie daj się sobie oszukać, Blythe, wciąż jesteś słabym człowiekiem, powtórzył sobie w myślach słowa mistrza, patrząc na zrujnowanego swoimi własnymi intrygami wuja. Spojrzał ponownie na maskę sowy i z powrotem nałożył ją na twarz. Nowy początek. W tej jednej chwili zrozumiał dosadnie, że nic go już nie łączyło z tym miejscem, że Isidore naprawdę umarł. Kiedy wrócił, jego mistrz przywitał go tym swoim tajemniczym uśmiechem, którego Blythe nigdy nie mógł rozgryźć. Jednak to właśnie sprawiało, że stał się on dla niego autorytetem, a z czasem kimś na kształt ojca. Tym bardziej nie mógł zrozumieć jego zamierzeń, gdy pewnego wieczoru, Khazhak związał z nim swoje sztylety i opuścił karczmę, nie zdradzając mu przy tym swych zamiarów. Blythe był jednak zbyt pochłonięty podziwianiem wiekowych ostrzy, by zwrócić uwagę na nietypowe zachowanie mistrza. Założył, że, jak zawsze, jeśli nie brał on ze sobą broni ani maski, znaczyło to, iż po prostu nie była mu ona potrzebna. Kiedy jednak nie wrócił do rana, uczeń postanowił poszukać mistrza. Zastał go w niecodziennej sytuacji, spętanego na środku wioski, wśród gawiedzi, która rzucała w jego stronę oszczerstwami. Blythe wyłapał, chociażby to, że oskarżono go o otrucie jakiejś ważnej osobistości i, że zostanie potraktowany w myśl zasady „oko za oko, ząb za ząb”. Wiedział, że jego mentor wychodził cało ze znacznie gorszych sytuacji, tym bardziej zastanawiał się dlaczego ten, choć co jakiś czas wykonywał ruch, jak gdyby protestował przeciwko niewoli, w ogóle nie próbuje się uwolnić. Kiedy jednak ich oczy się spotkały, zrozumiał, że mężczyzna znalazł się w tej sytuacji z własnego wyboru. Jego usta układały się niemo w pojedyncze słowa, kiedy spoglądał w stronę ucznia. Idź. Nie mieszaj się. Żyj. Blythe wiedział już, że radość wczorajszego wieczoru miała jedynie odwrócić jego uwagę. Nie odszedł jednak, a pozostał obserwując jak z jego mistrza ucieka życie.
- Nie daj się sobie oszukać, Blythe, wciąż jesteś słabym człowiekiem – wyszeptał tylko.

Nawet teraz, trzynaście pełnych księżyców później, wciąż nie mógł zrozumieć wyboru swego mentora. Był przecież tym, który uczył go o kruchości życia. Sam jednak je odrzucił. Któż wie, co kryło się w jego głowie? Być może gdzieś w głębi toczony był przez wyrzuty sumienia i, być może dlatego też kiedyś podjął się uzdrawiania tych pokrzywdzonych przez los? Być może dlatego w końcu pękł i postanowił to zakończyć? Nawet teraz, choć już go tu nie było, zdawał się unosić kąciki ust w tym swoim uśmiechu o tysiącu znaczeń. Wszakże do końca ich znajomości, Blythe nie poznał jego prawdziwej tożsamości, wciąż pozostawał on dla niego zagadką. Kroczący wśród cieni wychował swego następcę, a więc zapewne spełnił osobisty dług, jaki odczuwał wobec poprzednika. Blythe zastanawiał się, jak wielu noszących wcześniej maskę sowy podzieliło los Khazhaka, spoglądając w dół na zniecierpliwionych jego nieobecnością mężczyzn. Możliwe, że i on spotka kiedyś kogoś, kogo przygarnie pod swoje skrzydła. Wizja ta wydawała mu się jednak na ten moment zbyt odległa, by się nad nią rozwodzić.

Podniósł się więc w końcu i zapadł w cień. Czekało kolejne zlecenie...