Szczyty Fellarionu[Jaskinia w górach] W ciemności widać prawie wszystko

Pokryte śniegiem malownicze góry kryjące w sobie wiele tajemnic. Rozciągają się od granic Rododendronii aż po tereny hrabstw Wybrzeża Cienia. Dom Fellarian.
Awatar użytkownika
Xelliks
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

[Jaskinia w górach] W ciemności widać prawie wszystko

Post autor: Xelliks »

Po wielu długich i żmudnych dniach żeglugi statek w końcu przybił o świcie do portu Trytonii.
Xelliks zabrał swoje rzeczy z kajuty i ruszył w stronę trapu prowadzącego ze statku na stały ląd. Z mocno naciągniętym kapturem na głowę i chustą na twarzy, zamaskowany zaczął przechadzać się poniszczonymi ulicami, złowrogo wyglądającego miasta. Normalny podróżny zatrzymałby się pewnie w jednym z tutejszych przybytków i odpoczął przy kuflu zimnego piwa oraz lokalnej strawie dopatrując jednocześnie swego dobytku. Jednakże jedynym pragnieniem tego lisza jest wiedza, której nie podejrzewał znaleźć w tak zapyziałej dziurze.

Szybki rekonesans po okolicy i kilka zadanych pytań dostarczyło mu potrzebnych informacji. Okazało się, że miał szczęście, gdyż w odległości maksymalnie kilku dni drogi znajdowały się aż dwa warte uwagi miejsca. Jedynym mankamentem było to, że dzieliły je góry, więc musiał zdecydować gdzie ruszyć prostszą drogą w pierwszej kolejności. Wybór padł na Twierdzę Czarodziejów, wynikało to z chęci zobaczenia przydatnej wiedzy i magii w praktyce. Wybrał się więc znowu do portu poszukać kogoś z dostępem do mapy. Najszybciej wyglądającą drogą wydawało się popłynięcie do Katimy i pójście w górę rzeki skąd, według tego co słyszał, powinien dostrzec już strzeliste wieże zamku pradawnych. Także sięgnął on do sakiewki, pomachał monetą komu trzeba i jeszcze przed końcem dnia ku jemu niezadowoleniu był znowu na pokładzie statku.

Po, na szczęście już, krótkiej żegludze, Xelliks, w ogóle niezainteresowany miastem, do którego dopłynął, od razu ruszył wzdłuż rzeki Larr w kierunku Szczytów Fellarionu. Okolica zdecydowanie przykuwała oko. Miasto na brzegu morza z ternem, który od razu przechodził w pagórki oraz góry. Pierwsze dwa dni mijały spokojnie. Liszowi podobało się wśród leśnej gęstwiny, na niewyznaczonej wcześniej ścieżce gdzie spokojnie i cicho szumiał górski potok. Drogę pokonywał dosyć energicznie posiłkując się magią zawartą w lokalnej florze. W okolicach dnia trzeciego wyszedł w końcu za granicę lasu i rzeczywiście jak z opowiadań ludzi od razu dostrzegł w oddali liczne wierze Twierdzy. „Stąd już tylko z górki, tylko że pod górkę” pomyślał odbijając już od rzeki, ale wciąż idąc po coraz bardziej stromym terenie.

Pod koniec piątego dnia wędrówki był już bardzo blisko potężnych murów należących do Czarodziei, a z dniem szóstym stał już u ich bram. Już od jakiegoś czasu wyczuwał ogromną liczbę zaklęć w okolicy. Szczególnie te, które miały za zadanie wykrywanie istot zbliżających się do zamku. Z tego powodu, kiedy zbliżał się do wejścia, drogę zagrodzili mu strażnicy.
-Czego tu szukasz nieumarły? - zawołała jakaś prawdopodobnie ważna postać stojąca na murach.
-Witajcie moi drodzy Czarodzieje. Przebyłem długą drogę z jeszcze dalszych krain, by zobaczyć waszą magię oraz zdobyć wiedzę niezliczonych ilości ksiąg, które mogą być starsze ode mnie.
-Niestety nie możemy cię wpuścić mroczna istoto. Zawróć lub idź dalej, nie jest to ważne tak długo jak opuścisz to miejsce.
-Spodziewałbym się lepszych manier i bardziej gościnnego powitania od istot szczycących się ogromną wiedzą magiczna, ale nigdy nie spodziewałbym się takiego rasistowskiego traktowania. To oburzające.
-Czekaj, co? - zapytał zdziwiony Czarodziej, a u reszty strażników było widać konsternację -Źle się zrozumieliśmy lichu. Może i jest to stanowcze, ale jest to jednak poparte polityką tego miejsca. Takie zasady. Wpuszczamy do środka jedynie Czarodziejów oraz okazjonalnie upoważnionych do tego kupców dostarczających przeliczne dobra. Dlatego nalegamy żebyś zawrócił.
-W takim razie odejdę. Nawet nie próbujcie mnie zatrzymywać. Wiedzcie też, że już nigdy tu nie powrócę, a słowo o tutejszej gościnie rozniesie się po świecie! Tak rzecze ja, Xelliks - oznajmił wyniośle uderzając się w pierś, po czym zrobił teatralny wręcz pół obrót i ruszył tam skąd przyszedł. Ostatnie co widzieli rezydenci Twierdzy to lisza agresywnie skrobiącego coś w swoim dzienniku, a niektórzy donosili również, że na odchodne mruczał coś pod nosem na temat kości niezgody.

Z dwóch miejsc, na które liczył, na jego nieszczęście do pierwszego go nie wpuścili. Dodatkowym problemem było to, że albo wyruszy w długą wędrówkę wokół góry do kolejnego miejsca, albo będzie musiał znaleźć przeprawę przez skały, żeby dostać się do Klasztoru Mrocznych Sekretów. Jako że żądza przygód buzowała w jego szpiku, stwierdził, że górska wyprawa brzmi interesująco. Wrócił więc on do rzeki Larr i ponownie zaczął iść w górę strumienia.

W międzyczasie Xelliks przeglądał swoje dotychczasowe zapiski z podróży. Uważnie przyglądał się szybko spisanej nazwie drugiego miejsca i zastanawiał się „Ciekawe, jakie tajemnice skrywają te stworzenia. Kto w ogóle stworzył Serkrety? Dlaczego są Mroczne? Czemu mają cały Klasztor przeznaczony swej mądrości? Alarania to naprawdę przedziwne miejsce”.

Kolejne dni podróży również minęły bez większego problemu. Choć pora dnia była mu obojętna to wolał podróżować, kiedy było jasno. Lubił podziwiać otaczające go tereny i górskie szczyty, a przy okazji uzupełniał alchemiczne zapasy. Nocami robił przerwy, uzupełniał magiczną energię oraz dla zabicia czasu odtwarzał sobie ostatnie chwile z dusz zbłąkanych istot, które zmarły w tym regionie. Tak też było łatwiej się poruszać, jako że po ciemku nic nie widział, a nie chciał przyciągać niepożądanej uwagi. Mimo licznych czarów ochronnych i tak nie chciał narażać się na niebezpieczeństwo ze strony zwierząt lub czegokolwiek co mogło czyhać na niego w mroku.

W końcu dotarł do stromych zbocz góry, w miejscu, w którym rzeka zanikała gdzieś wśród głazów. Nie widząc dalszej drogi, z pomocą magii zaczął żmudną wspinaczkę. Liczył na znalezienie jakiegoś przesmyku albo chociaż miejsca z małą ilością gruzu, przez którą mógłby przejść, albo chociaż z pomocą czarów przerzucić się na drugą stronę, jednakże nic nie wskazywało na to, żeby droga przez góry okazała się aż tak prosta. W trakcie dalszych poszukiwań, jego zmysł magiczny podpowiadał mu, że musi być jakieś wejście w głąb Szczytów, bo wyczuwał słabą energię magiczną z prawdopodobnie licznych form życia gdzieś pod powierzchnią, a to oznaczało, że gdzieś może być podziemne przejście. Przez resztę dnia błądził wśród głazów i osuwisk, podążając za przemieszczającą się gdzieś pod jego stopami energią co, w końcu, doprowadziło go do wysuniętej półki skalnej, pod którą znajdowało się wejście do jaskini, powoli przysypywane gruzem z wyższych części gór. Zadowolony z odkrycia bez zastanowienia ruszył w głąb mroku. Jako że takie miejsca mogą szybko okazać się bardzo niebezpieczne, jedyne z czego korzystał do poruszania się w ciemności to magia. Wytwarzając bardzo delikatny nacisk na swoje otoczenie, był w stanie wyczuć, co się wokół niego dzieje. Różnica w wysokości podłoża, gdzie znajdują się ściany jaskini, czy nawet czuwające pod sklepieniem pająki.

Po zbadaniu pierwszych kilkunastu kroków i określenia ich jako bezpiecznych, usiadł on nieopodal wejścia, dalej będąc dobrze skrytym w mroku. „Przerwa dobrze mi zrobi. Szczególnie że w takim miejscu wolałbym być pełnym energii na ewentualne starcia. Chętnie bym cię postawił na nogi Alorze, ale potrzebuję być w pełni sił. Może zobaczymy się po drugiej stronie. Dosłownie, jeżeli napotkamy coś groźnego”.
Awatar użytkownika
Ezra
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

Na teren Środkowej Alaranii dostał się dziwną drogą. Szlak Samobójców był czymś, czego wcześniej nigdy nie doświadczył w swoim życiu. Od samego początku, w momencie, w którym postawił tam pierwszy krok, zaczął odczuwać przytłaczające go wręcz negatywne emocje – a im dalej szedł, tym mocniejszy był ich wpływ na jego psychikę. Walczył z tym siłą własnej woli. Walczył, żeby nie poddać się aurze tego miejsca. Po stanie, w jakim był droga, było widać, że nie jest ona często wykorzystywana. Bardziej sprawiała wrażenie takiej, z której korzysta się tylko wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne. Z drugiej strony… miejsce to miało też swój dziwny, może nawet magiczny, urok. Ezra rozglądał się uważnie, choć robił to tylko czasami – wolał skupić się na drodze ciągnącej się przed nim.
Widok majaczących na horyzoncie zabudowań przywitał z ulgą. Domyślił się, że tam skończy się jego walka z aurą tego miejsca. Przyspieszył nawet nieco, żeby tylko znaleźć się tam szybciej. Wybawienie? Nie, to tylko Północna Brama – a przynajmniej tak była podpisana na mapie, którą zakupił, gdy przygotowywał się do wyruszenia w te strony. Strażnicy pilnujący przejścia spojrzeli tylko na niego wzrokiem, którym starali się ocenić, czy będzie sprawiał zagrożenie i, jeśli już, to jak duże. A on, cóż, nie chciał takiego sprawiać. Nie przyszedł tu przecież po to, żeby kogoś zabić lub coś zniszczyć, a po to, żeby badać i odkrywać. Dlatego też po prostu przeszedł przez twierdzę, ale nie obyło się też bez jego ciekawskiego rozglądania się – nie było tak, że pierwszy raz widział taką budowlę, ale nigdy wcześniej niedane było mu ujrzeć tej konkretnej.
        
✾✾✾✾✾
        
Dopiero, gdy opuścił twierdzę, raz jeszcze spojrzał w stronę gór, które dostrzegł już wcześniej. Ciągle znajdowały się po jego prawej stronie, tylko że teraz widział je o wiele lepiej i mógł też poświęcić im chwilę swojej uwagi. Przy okazji podjął też pewną decyzję, bo przecież, dlaczego nie zacząć zbierania materiałów właśnie od tych gór. Konkretniej, dlaczego nie od jaskiń, których na pewno znajduje się tu bardzo dużo? Na mapie tej części kontynentu znajdowały się też inne pasma górskie, które też zamierzał odwiedzić, ale to akurat miał właściwie pod nosem. Szybko zdecydował, że będzie ono dobrym miejscem na to, żeby zacząć.
Najpierw zahaczył jeszcze o najbliższe miasto – Rododendronię – w którym to uzupełnił zapasy i zdobył też nieco informacji na temat miejsca, w które się udawał. Wiedział, że powinien uważać na górzysty teren, przepaście i dzikie zwierzęta, ale dowiedział się też, że do tego musiał dodać również fellarian – rasę skrzydlatych ludzi, która zamieszkiwała Szczyty. Nie był pewien, jak zareagowaliby na wieść o tym, co robił w „ich” górach, więc dla własnego bezpieczeństwa i braku niepotrzebnych nieporozumień postanowił, że postara się nie wchodzić w drogę tym osobnikom. Z Rododendronii ruszył prosto w góry… i zatrzymał się nagle, mniej więcej, w połowie drogi. Rozejrzał się wokół, a później usiadł na kamieniu, który dostrzegł. Tak, naszkicowanie ich będzie dobrym wyborem. Szkic i kilka informacji na temat samych gór. Spędził na tym trochę czasu, ale chciał upewnić się, że na rysunku znajduje się wszystko to, co chciałby, żeby tam było. Wyraźnie zaznaczył pokryte śniegiem szczyty i otaczające je chmury, a także łagodne i te ostrzejsze spadki, po których już z daleka dało się ocenić, jaką drogę należy obrać, jeśli ktoś chciałby się tędy wspinać. Ruszył dalej, gdy stwierdził, że jest zadowolony ze swojego dzieła.

Na początku górska droga nie sprawiała mu żadnych trudności. Przy okazji zastanawiał się też, jaką jaskinię chciałby zbadać – taką, do której łatwo jest się dostać, czy może inną, która będzie stanowić pewne wyzwanie. Z drugiej strony, jego pierwsza książka nie była poradnikiem dla wspinających się po górach, a przewodnikiem po jaskiniach i bardziej chodziło w nim o to, na co można natknąć się w takich miejscach, na co uważać i jak się po nich poruszać. Kolejna też powinna taka być. Poza tym, ta jedna jaskinia nie musi być przecież jedyną, którą tu odwiedzi. A pierwszy rozdział jego drugiej książki – który prawdopodobnie zatytułuje „Górskie jaskinie Szczytów Fellarionu” - powinien zawierać opisy materiałów zebranych w więcej niż jeden jaskini. Dlatego mógł przecież zacząć od takiej, do której trudniej się dostać, przy okazji odświeżyć też trochę swe umiejętności wspinaczkowe, a później poszukać innych, z łatwiejszym dostępem do wejścia.
Najpierw jego uwagę zwróciła wysunięta półka skalna i dopiero to, co znajdowało się pod nią. Dostał się tam i od razu stwierdził, że już samo wejście jest dość niebezpieczne – było w pewnej części przysypane odłamkami skalnymi, które musiały spadać z góry. Istniało też ryzyko, że sama półka osunie się w końcu i całkowicie zakryje to przejście. Wiedział, co powinien zrobić na początku. Nie miał wątpliwości, że powinien zadbać o to, żeby nie stało się to w czasie, gdy on będzie przebywał w środku. Sięgnął do sakiewki z nasionami i wysypał po kilka nasion przy prawej i lewej stronie wejścia. Przykucnął na środku, przyłożył do skały obie dłonie – były ze sobą połączone kciukami, ale tworzyły literę „V”, z ramionami skierowanymi w te dwa miejsca, w których wysypał nasiona – i wyszeptał coś w mowie pradawnych. Nie znajdował się w sytuacji, w której musiał działać szybko, więc mógł skupić się na roślinach, które zaraz stworzy i skierować w nie energię magiczną. Jego dłonie zaświeciły się lekko zielonym blaskiem, który wniknął w skalne podłoże. Chwilę później z nasion wystrzeliły nagle skręcające się łodygi w brązowym kolorze, które nie tylko skruszyły to, co zasypało niewielką część przejścia, lecz także wplątały się w tworzące ją skałę i ją wzmocniły. Kilka z nich ulokował także pod półką skalną tak, żeby podtrzymywały ją. Jednocześnie pnącza te – już w kolorze ciemnego brązu i grubości przedramienia rosłego mężczyzny – wygryzły się korzeniami w skałę, zakotwiczyły się w niej, zupełnie jak statek kotwicą w podwodnym podłożu pod portem. Cały proces nie był specjalnie cichy, ale przecież nie spodziewał się spotkać kogoś w środku. Jeśli już, to jedynie jakieś zwierzęta, które przestraszone hałasem mogły schować się głębiej.

Wszedł do środka. W końcu. I jedynie kilka kroków wystarczyło, żeby poczuł zaskoczenie. Jego oczy zawsze szybko przyzwyczajały się do zmiany, dlatego mógł widzieć w ciemności niemalże od razu, gdy tylko zostawił światło dnia za plecami. Ujrzał nimi sylwetkę, może ludzką. Na początku wydawało mu się, że może jest to jakiś niefortunny poszukiwacz przygód, który tu zmarł, może w wyniku odniesionych ran. Tylko, że wystarczyło mu spojrzeć na to w inny sposób, pod względem wyszukiwania aur, żeby dowiedzieć się, że był w błędzie. Ten ktoś był jak najbardziej żywy. Chociaż, czy na pewno można powiedzieć to o kimś, kogo aura od razu oznajmia, że ma się do czynienia z kimś nieumarłym? W dodatku parał się on magią śmierci, co też niespecjalnie mu się podobało.
         – Nie spodziewałem się tu kogoś spotkać – odezwał się pierwszy. Pozwolił na to, żeby zaskoczenie rzeczywiście znalazło się w jego głosie.
         – Jestem wędrownym uczonym. Człowiekiem nauki, który bada jaskinie i spisuje to, czego się o nich dowiedział. Nie szukam zwady, więc opuszczę to miejsce i poszukam innego, które będę mógł zbadać. Na terenie tych gór na pewno znajduje się mnóstwo jaskiń – dodał, nieco zmusił się do tego, żeby wypowiedzieć tyle słów, ale wolał się wytłumaczyć przed kimś, kogo zamiarów w ogóle nie był pewien. Zrobił też krok w tył. Później drugi. Był gotowy do tego, żeby naprawdę wyjść z powrotem na zewnątrz i poszukać dla siebie innego miejsca.
Awatar użytkownika
Xelliks
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

Post autor: Xelliks »

Nie wiadomo, ile czasu zdążyło upłynąć od momentu wejścia do jaskini. Nieistniejący już prawie zegar biologiczny należący do nieumarłego również nie potrafił oszacować czy minął już dzień, czy jeszcze nie. Choć Xelliks nie może spać i jest on świadom otaczającego go świata i tego, co się w nim dzieje, to potrafi on wejść w specjalny rodzaj „hibernacji”, w którym to rozmyśla zawsze o dotychczasowych poczynaniach, nie zaprzątając sobie zbytnio głowy przemijającą chwilą. Jest to przydatna umiejętność w trakcie podróży, szczególnie dla kogoś, kto w ogóle nie sypia, niezależnie od pory dnia. Jego akt zamyślenia przerwały nowopowstałe dźwięki, które właśnie do niego dotarły od strony wejścia. Konkretniej były to odgłosy kroków. „Nie ma odpoczynku dla nieumarłych. Normalnie to wszyscy życzą po śmierci wiecznego spoczynku. Kolejny dzień z okrutnego życia pod ciągłą opresją istot żywych”.

Z pomocą wszystkich dostępnych mu zmysłów był w stanie zidentyfikować źródło odgłosów jako kroki osoby. I tak oto niedługo po tym, w brzasku światła dziennego ukazała mu się męska, rogata postać, która przystanęła w niewielkiej odległości przed nim. Skąpana w blasku, który uniemożliwiał przyjrzenia się obcemu, który widoczny był tylko jako cienista sylwetka. Nieznajomy najwidoczniej równie szybko spostrzegł, że nie jest w tym miejscu sam. Mimo że z trudem można było dojrzeć mężczyznę w świetlistej poświacie, to na szczęście właśnie światło wpadające częściowo do środka, pozwalało odczytać w pewnej mierze aurę rogatego przybysza. „Trafił swój na swego”.

Przypatrując się, czuł, że też jest obserwowany przez przybysza. Jednak ta chwila nie trwała zbyt długo, ponieważ dotychczasową ciszę przerwało zaskoczenie oraz przedstawienie się, jak się okazało, badacza jaskiń. Xelliks bardzo pewnym i szybkim ruchem poderwał się z ziemi, otrzepując z siebie część ziemi, kamieni i pająków, i nawet nie zastanawiając się nad tym, czy w ogóle go widać w ciemnościach, wykonał przesadnie wyrafinowany ukłon.
- Uszanowanie, wędrowcze – odpowiedział, po czym się wyprostował i zaczął mówić dalej.
- Mnie również zaskoczył fakt, że spotykam tu żywą duszę, a tym bardziej osoby tak cywilizowanej, jak ja, czyli wędrownego uczonego. Proszę, rozgość się w moich skromnych progach, które nie są ani moje, ani progami. Cała ta skalna jama może być wyłącznie twoja, jeśli chodzi o jej naukowe walory, ja jedynie oczekuję znaleźć w niej przejście na drugą stronę, góry rzecz jasna – kontynuował, cały czas gestykulując wręcz teatralnymi ruchami rąk.
- Jeśli również jak ja jesteś znużony podróżą, to chętnie pomogę dopilnować dobytku podczas odpoczynku, a nawet jeśli trzeba, to poczęstuję jakimś wytrawnym eliksirem na wzmocnienie sił. Zawsze trzymam jakiś w zapasie – wskazał po ciemku w stronę swojego dobytku.
- Nie przejmuj się pająkami, są jedynie zainteresowane gośćmi w swoim domu. Co najwyżej mogą przyjść i się przywitać. Mnie osobiście krzywdy nie zrobiły, ale to może dlatego, że posiadam rękę do zwierząt - mówiąc to, zdjął jednego pająka ze swojej szaty, położył go na ubranej w rękawiczkę dłoni i zaczął drugą ręką głaskać i zaczepiać palcem bezbronne stworzonko, które ewidentnie było rozdrażnione tym, że ktoś przeszkadzał w polowaniu. Próbowało nawet, bez skutku, gryźć Xelliksa w palce. Lisza to rozczuliło i twierdził nawet, że to takie maleńkie całusy. Zapytał nawet rogatą postać czy też by chciała pajęczego całusa, wyciągając dłoń ze zwierzęciem przed siebie.

Nieumarły mógł sprawiać wrażenie osoby nie do końca zdrowej na umyśle, co by się zgadzało, ale nie wyglądał również na takiego, co sprawiałby zagrożenie. Jego zachowanie było wyraźnie przyjacielskie, a jedynym problemem wydawał się brak poczucia niebezpieczeństwa ze strony prawdopodobnie jadowitych pająków.
-Jesteś profesjonalnym badaczem jaskiń, więc na pewno wiesz coś również o istotach żyjących pod ziemią. Czy wiesz może coś na temat serkretów? Podobno są mroczne i mają nawet własny klasztor. Właśnie jestem w drodze, by zobaczyć go na własne oczy.
To nie był jedyny problem.
Awatar użytkownika
Ezra
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

Nie sięgnął po magię, nie sięgnął też do sakiewki z nasionami, aby użyć ich w czasie walki, która mogłaby nadejść. Po prostu nie chciał sprawiać wrażenia osoby ze złymi zamiarami wobec nieznajomego, który znalazł się tu pierwszy. Oczywiście, dostęp do energii magicznej, zaklęć i ich efektów mógłby uzyskać od razu, gdyby taka była potrzeba, jednak wcześniejsze przygotowanie się do tego sprawiało, że udawało mu się zrobić to jeszcze szybciej. Tylko, że wolał nie walczyć pierwszego dnia w nowej krainie, dlatego też zdecydował się na przeproszenie, odejście i poszukanie sobie innej jaskini do badań. Mimo wszystko, zanim odwrócił się na dobre, jeszcze przez chwilę obserwował nieznajomego. Widział, jak ten wstaje i kłania się przed nim – na to pozwalała mu zdolność widzenia w ciemnościach, naturalna dla jego rasy niczym oddychanie czy mruganie… albo rogi. Z których swoją drogą był zadowolony, jeśli chodziło o to, jak wyglądały jego rogi. Wolał ich prostotę niż skomplikowane plątaniny, które widywał u części ragarian. Nie to, żeby mu się nie podobało, bo w przypadku kobiet mogą dodawać im piękna i uroku, lecz jemu zwyczajnie by one przeszkadzały. Zwłaszcza, jeśli chodzi o to, kim był, gdzie przebywał i co robił w czasie wykonywania swojego zawodu. Poczuł też coś jeszcze, oprócz przesady, którą widział – mógł widzieć ją tylko on, nie musiała się tam naprawdę znajdować – w ukłonie tajemniczego osobnika. Co? To, że tamten mu się przygląda. Nie zdziwiło go to, bo przecież sam też to robił i nawet czytał wcześniej aurę nieumarłego, więc on przecież mógł robić to samo. Może, gdyby był bardziej wyczulony na magię, udałoby mu się nawet wyczuć to, że jego aura jest przez kogoś odczytywana.
         – Czyli nie muszę jej opuszczać? Świetnie, to ułatwi mi przynajmniej kilka rzeczy – odpowiedział mu, wyraźnie ożywiony. Nawet uśmiechnął się lekko, choć nie był pewien, czy ten grymas faktycznie wyglądał jak trochę radosny uśmiech, czy może bardziej złowrogi. Taki, który miałby szalony naukowiec, gdy dowiedział się, że może tu przeprowadzać swoje – wątpliwej moralności – eksperymenty.
         – Przejście na drugą stronę? Skąd pewność, że znajduje się właśnie w tej konkretnej jaskini? Po drodze minąłem ich przynajmniej kilka, więc w całych górach na pewno znajduje się ich całkiem sporo. Niektóre może nawet łączą się ze sobą korytarzami – dopowiedział jeszcze i pokręcił głową, pozbył się w ten sposób natłoku myśli, który niechybnie sprawiłby, że pogrążyłby się w nich i zapomniał się na chwilę, ignorując w ten sposób nie tylko nowe otoczenie, lecz także nieznajomego, z którym teraz rozmawiał. Wolał do tego nie dopuścić i miał ku temu przynajmniej dwa powody – nie chciał urazić osoby, którą poznał przed chwilą i wolał też ciągle obserwować otoczenia i wspomnianą osobę, nie wiedział przecież nic o jej charakterze i może akurat próbował go zagadać i jednocześnie szykował też atak z zaskoczenia… Nawet, jeśli był to scenariusz, który miał małe szanse na zajście, to i tak musiał o tym pamiętać i o tym, że taka możliwość istniała.
         – Nie jestem zmęczony – odparł, a dobytek nieumarłego obdarzył jedynie krótkim spojrzeniem. Nie potrzebował niczego na wzmocnienie sił, tym bardziej nie musiał też odpoczywać. Był gotowy do pracy i do zbierania materiałów, motywacja i ciekawość dodawały mu sił.
         – Wydaje mi się, że nie będą do mnie podchodzić, a jeśli już, to jedynie przypadkowo – powiedział po chwili. Był o wiele większy od tych małych stworzeń, więc podejrzewał, że zwyczajnie będą się go bały, a jeśli były jadowite, to nie zaatakują go, jeżeli nie będzie im zagrażał. To akurat mógł powiedzieć o tych zwyczajnych pająkach. Bo wyglądały one na zwykłe, niemagiczne zwierzęta… ale i tak wolał nie zakłócać ich życia. Nie bardziej niż robił to teraz, bo można było przecież powiedzieć, że wtargnął teraz do ich domu.
Zmrużył oczy, gdy nieznajomy zaczął bawić się z pająkiem. Czy mu się tylko wydawało, czy jego palce były zdecydowanie za cienkie? Jakby… były to bardziej wyłącznie kości, niż kości pokryte ścięgnami, nerwami, mięśniami i skórą. To było dziwne, ale z drugiej strony mógł przecież mieć bardzo chude palce, a jego wzrok w ciemnościach nie rejestrował barw tak dobrze, jak w świetle. Pokręcił też przecząco głową, gdy wystawił w jego stronę pająka.
         – Serkretów? Nigdy o czymś takim nie słyszałem… Czytałem, że w tych górach znajduje się Klasztor Mrocznych SEKRETÓW, ale nie wiem niczego o tych serkretach – odpowiedział, ale poświęcił chwilę na zamyślenie się i „przejrzenie” swojej pamięci. Specjalnie zaakcentował też te „Sekrety” w nazwie klasztoru. Miał dziwne wrażenie, że osobnik ten źle usłyszał nazwę tego miejsca i może rzeczywiście chodzi mu o budynek, o którym sam Ezra wspomniał przed chwilą.

         – Początkowo pierwszą ekspedycję miałem odbyć samotnie, ale… jeśli chcesz, możesz mi towarzyszyć, może znajdziemy przejście do tego Klasztoru – zaproponował, chociaż brzmiał też jednocześnie tak, jakby sam nie do końca był pewien tego, czy na pewno chce powiedzieć to, co przecież przed chwilą opuściło jego usta. A jak już o tym mowa, to ciekawiło go, czy mężczyzna zauważył jego akcent. Wcześniej, gdy przechodził przez Północną Bramę, handlarz, z którym tam rozmawiał, niemalże od razu zwrócił uwagę na to, że brzmi trochę inaczej niż mieszkańcy tego miejsca i ogólnie ci, którzy zamieszkiwali Środkową Alaranię. Ezra tymczasem – mimo bardzo dobrej znajomości języka wspólnego – spodziewał się, że w jego głosie będzie dało się wyczuć ten północny akcent, chociaż może jedynie trochę, a nie tak bardzo, że „byle handlarz” będzie w stanie rozpoznać w nim cudzoziemca. Z drugiej strony… jak często bywają tu przedstawiciele jego rasy? Może już sam jego wygląd sprawia, że z miejsca jest brany za kogoś, kto pochodzi spoza Środka. Chociaż, z drugiej strony, nie był pewien, czy w tym konkretnym przypadku się to sprawdzi, bo przecież akurat jego wygląd mógł być mylący i mógł być brany za diabła.
         – Jestem Ezra – przedstawił się w końcu. Jednocześnie podszedł też bliżej nieumarłego i odruchowo wyciągnął w jego stronę dłoń.
         – Pójdę dalej, do wnętrza jaskini. Jeśli chcesz, zabierz swoje rzeczy i do mnie dołącz – dodał jeszcze. Tym razem był bardziej pewny wypowiadanych przez siebie słów. Może za drugim razem zorientował się, że sam Klasztor też może być czymś ciekawym. Poza tym, ten mężczyzna był pierwszą osobą, z którą porozmawiał dłużej i która jednocześnie była mieszkańcem tych ziem.
Zaczął też rozglądać się po jaskini. I teraz przypomniał sobie o pająkach, ale jako o pierwszym stworzeniu, które trafi do jego materiałów, a nie o niebezpieczeństwie. Na jego szczęście, na ścianie siedział przedstawiciel tego gatunku – był też dziwnie identyczny jak ten, którego wcześniej chciał podać mu nieumarły. Ten sam osobnik, czy może po prostu wszystkie był tej samej wielkości? Nie był pewien, więc zostawił te myśli i wyciągnął szkicownik, a także rysik wykonany z węgla do rysowania. Zatrzymał się, żeby nie spłoszyć pająka, i zaczął go rysować. Nie zajęło mu to wiele czasu, widać było wprawę w tym co robił i to, że nie jest to jego pierwszy szkic. Pod wizerunkiem zwierzęcia napisał też swoje spostrzeżenia, chociaż lepszą nazwą byłyby pytania, na które powinien poszukać odpowiedzi. „Jadowity?”, „Występuje tylko w jaskiniach w Szczytach Fellarionu czy może można je znaleźć w jaskiniach w całej Środkowej Alaranii?”, „Odżywianie?” i kilka innych.
Awatar użytkownika
Xelliks
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

Post autor: Xelliks »

Stosunkowo długo bawił się małym, nie do końca bezbronnym stworzeniem. Na pewno mimo prowadzenia konwersacji poświęcał temu zbyt dużą uwagę. Pajączek nieporadnie uciekał z jednej dłoni do drugiej, tracąc nadzieje, że uda mu się kiedykolwiek uciec z objęć nieumarłego. Na szczęście, kiedy uwagę Xelliksa przykuło to, co mówił do niego, jak się później dowiedział, Ezra, nastał idealny moment na wielką ucieczkę. W ciągu krótkiej chwili wspinał się już po ramieniu swojego oprawcy, a zaraz po tym, przeciskając się pod materiałem jego szaty, znalazł schronienie w środku licha. Ciemność i to, że nikt nie próbował brać pająka do rąk, sprawiło, że była to idealna kryjówka, która bardzo przypominała rodzinną jaskinię.
**********
Xelliks zaczął uważnie przysłuchiwać się temu, co mówiła do niego rogata postać. Gdyby mógł, to zrobiłby zamyśloną minę, jednak z braku pewnych cech fizycznych takich jak brak szeroko rozumianej twarzy oraz skóry i mięśni mógł jedynie wpatrywać się pustym wzrokiem w rozmówcę.
- Aktualnie wracam z pobliskiej Twierdzy Czarodziejów, a najbliższą drogą do Klasztoru Serkretów byłaby droga przez góry, jeżeli takowa istnieje. Odpowiadając na twoje pytanie, wybrałem tę konkretną, ponieważ stanęła pierwsza na mojej drodze, ale również dzięki magii byłem w stanie stwierdzić, że jaskinia ta schodzi głębiej pod ziemię – przypomniał sobie jak w ostatnich dniach, od kiedy tu przybył, badał skalne zbocza w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak, że znajdzie się jakiś przesmyk wśród gór, lecz jedyne, na co się natknął, to formy życia gdzieś pod nim – nie wiem natomiast, czy zaprowadzi mnie to na drugą stronę, ale liczymy na to. Inaczej oznaczałoby to, że musimy okrążyć całą górę, co byłoby nie tyle czasochłonne, ile po prostu żmudne. - Wydawało się, że wytłumaczył dostatecznie dobrze nieznajomemu, skąd się tutaj wziął.

Po tej wyczerpującej wypowiedzi nastała chwila ciszy, którą przerwała kolejna wypowiedź rogatego rozmówcy na temat bycia w pełni sił oraz braku chęci zabawy z pająkiem, który mniej więcej w tym momencie zaczął już wbiegać po rękach nieumarłego. Wtedy też Xelliks usłyszał nową ciekawą informację na temat swojego celu podróży.
- Mroczne sekrety tak? - zamyślił się chwilę – mam wrażenie, że mój informator był bardzo pewien swego, kiedy mówił o serkretach. Możliwe też, że to moja wina i nie potrafię jeszcze za dobrze rozszyfrować tutejszych akcentów. Jednakowoż, jako że jesteś dopiero moim drugim informatorem w tej sprawie, pozwól, że w duchu nauki nie wykluczę istnienia mrocznych serkretów. Ich byt byłby dla mnie czymś egzotycznym i enigmatycznym, czymś, co chętnie bym zbadał. Natomiast jeśli nie istnieją to cóż, mroczne sekrety są też pożądaną przeze mnie rzeczą. - Myślał o serkretach od kilku ostatnich dni i kiedy był już bliski odnalezienia prawdy o nich, okazało się, że cała ta surrealistyczna idea istnienia takich stworzeń mogła legnąć w gruzach. Bardzo go to zasmuciło. „Może rzeczywiście brzmi to zbyt smacznie, żeby było prawdziwe”.

Natomiast kiedy usłyszał o wspólnym podróżowaniu w głąb jaskini, to się trochę rozpromienił. „Towarzystwa nigdy za wiele, a co trzy głowy to nie jedna. Prawda, Alorze? Myślę, że niedługo będziesz mógł osobiście poznać Ezrę”.
- Chętnie do ciebie dołączę, mój uczony przyjacielu. Zwą mnie Xelliks, moje nazwisko rodowe już dawno przepadło, więc nie przejmuj się pełną formalnością. – Uścisnął wyciągniętą dłoń, a raczej podał swoją w jego chwyt, gdyż ciężko mówić w jego przypadku o uścisku dłoni. – Ruszajmy więc. Zabieram dobytek i pozwolę ci nas prowadzić. - Zanim lisz skończył mówić, Ezra stał już przy jednej ze skalnych ścian, ewidentnie rysując coś na kartce. Sądząc po obecności słabej siły życiowej przed nim oraz czując nacisk na kilku odnóżach, wiedział już, że szkicuje on pająka.
- Jeśli pozwolisz, to chętnie pomogę.
Po tych słowach nieumarły przytwierdził stworzonko w miejscu z pomocą magii
- Nic mu nie będzie, prawdopodobnie nawet nie zauważy, że nie może się ruszyć, ale masz teraz pewność, że nie ucieknie.
Awatar użytkownika
Ezra
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

Na kartce notatnika zaczął pojawiać się kolejny szkic. Zaokrąglone linie tworzyły ciało pająka, a proste i nakreślone pod odpowiednimi kątami, tworzyły jego odnóża. Ezra zauważył też szczękoczułki i nogogłaszczki, które również umieścił w swoim małym dziele. Dodatki takie, jak niewielkie włoski pokrywające odwłok stworzenia, jego oczy, czy nawet wszelakie wzory umieścił na końcu, gdy dodawał wszelakie szczegóły. Ostatni raz jeszcze przyjrzał się pająkowi i porównał go ze swoim szkicem, a gdy był zadowolony z tego, co narysował, zaczął zapisywać pod nim swoje pytania. Te, na które chciałby uzyskać odpowiedzi i później umieścić je w książce, na kartce, na której będzie go opisywał. A, właśnie! Przypomniał sobie też o innej, ważnej rzeczy – o wymiarach pająka. Przy jego ciele narysował kilka linii, przy których następnie szybko zapisał liczby – linie zaznaczały konkretne fragmenty ciała zwierzęcia – takie, jak jego długość od najdłuższych punktów, szerokość, ale też długość poszczególnych części jego ciała – a liczby po prostu były wartością liczbową dla tych miar. Nauczył się oceniać takie rzeczy „na oko”, co było przydatną umiejętnością. Nie potrzebował też światła, bo jego oczy przystosowane były do widzenia w ciemności, więc przez cały ten czas stał tak sobie w ciemnościach i spoglądał na czającego się na ścianie pająka. Niewielkie stworzenie nie musiało uciekać od światła, bo zwyczajnie go tu już nie było.
         – Nie musisz tego robić, naprawdę. Jako profesjonalny badacz, nauczyłem się nie tylko szybko szkicować żywe stworzenia, lecz także łatwo zapamiętywać ich wygląd na czas potrzebny do wykonania szkicu, co przydaje się właśnie wtedy, gdy stworzenie takie zdecyduje się zmienić miejsce, w którym przebywa – powiedział do nowego towarzysza. Poza tym, niemalże skończył już swój rysunek, co było kolejnym powodem, dla którego Xelliks nie musiał używać swojej magii na tym pajączku. Do pytań na kartce dopisał też „Nazwa? Naukowa? Potoczna?”. Nie przypominał sobie, żeby widział coś podobnego w jaskiniach, które opisywał do pierwszego Przewodnika, dlatego też nie znał nazwy tego stworzenia.
         – Możesz go już puścić, mam wszystko, czego potrzebowałem – odparł w tym samym momencie, w którym zdecydował się na schowanie szkicownika i rysika, którego używał przed chwilą. Może lepiej byłoby, gdyby nosił go ze sobą cały czas w ręku, zwłaszcza, gdy zbierał materiał w jaskiniach, ale on uważał zupełnie inaczej. Głównie przez to, że widział w ciemności, a dzięki temu nie musiał nosić ze sobą żadnych – czy to zwyczajnych, czy magicznych – źródeł światła, co płoszyłoby wszelakich żywych mieszkańców takich miejsc. Poza tym, starał się też nosić cały czas wszystko w jednym miejscu, dlatego nawet z zamkniętymi oczami bez problemu i za pierwszym razem wyciągnąłby to, czego akurat by potrzebował.
         – Chodźmy dalej – była to bardziej informacja co do tego, że jest gotowy ruszać i, że chciałby też ruszać, niż jakiś rozkaz czy coś podobnego. Chwilę później wznowił swój marsz, prosto w głąb jaskini.

Przez jakiś czas nie działo się właściwie nic, a samo zejście było dość łagodne. Ściany, sufit i podłoga jaskini także nie wyróżniały się niczym niezwykłym. Było tu też cicho – nie dało się usłyszeć wycia wiatru, kapiącej wody albo odgłosów zwierząt, a jedynymi dźwiękami, jakie mogli usłyszeć, były ich własne, wytwarzane w czasie marszu, oddychania lub mówienia. Aż nagle podłoże jakby zostało ucięte i nie było już proste – przed nimi rozpoczynała się dość stroma ścieżka w dół. Nie była tak stroma, że nie dało się po niej schodzić i było trzeba „zjeżdżać”, ale na tyle stroma, że przy poruszaniu się nią było trzeba zachować ostrożność, żeby nie stracić równowagi i nie zacząć spadać.
         – Innej drogi nie ma – powiedział, niezbyt głośno. Brzmiało to tak, jakby bardziej mówił do siebie, a nie do nowego towarzysza. Wcześniej – gdy uścisnął mu dłoń – zauważył, że to również było coś dziwnego, a sama dłoń była koścista i twarda. Przez to zaczął też coś podejrzewać i było to coś, co pasowałoby do aury, którą wcześniej wyczytał i która należała do Xelliksa. Podejrzewał, że może być on nieumarłym magiem. Nie wiedział o nich zbyt dużo, bo byli rzadko spotykani – przynajmniej z tego, co było mu wiadome – w krainie, w której mieszkał i z której przybył. Środkowa Alarania widocznie była pod tym względem inna, chociaż jednocześnie nie miał też pewności, czy na pewno jest on kimś takim. Może po prostu był bardzo wychudzonym nieumarłym, a nie szkieletem, który ukrywał się pod szatami. Może zapyta go o to później.
         – W razie czego powiem, że teraz powinieneś uważać na swoje ruchy i schodzić tędy ostrożnie. W przeciwnym razie możesz bardzo szybko skończyć na dole, wcześniej turlając się przez całą drogę, która została do pokonania – dodał jeszcze. Nie wiedział, ile jego towarzysz wie na temat poruszania się po jaskiniach, a konkretniej po tych terenach, które można uznać za niebezpieczne i na które jednocześnie można natknąć się w takich miejscach właśnie. Dla samego Ezry to była część jego nauki, więc służył pomocą i radą, gdy miał taką możliwość. Na koniec pokiwał głową sam do siebie i wszedł na spadek.

Szedł ostrożnie, skupiał się na stopach i na tym, żeby cały czas miały oparcie na podłożu i to całą powierzchnią buta. Po kilku krokach, gdy już „wyczuł” podłoże, zdecydował się nawet na to, żeby pochylić się i dotknąć go dłonią. Nie mylił się, było ono pokryte małymi nierównościami, które w pewien sposób ułatwiały nawet poruszanie się i utrudniały też to, że mogłoby dojść do utraty równowagi. Z drugiej strony, gdyby do tego doszło, spadanie po nich byłoby gorsze niż, przypuszczał, bo nierówne podłoże byłoby przyczyną licznych i jednocześnie niewielkich ran ciętych, które może nie byłyby groźne, ale na pewno byłyby denerwujące. Co jakiś czas oglądał się też za siebie, żeby sprawdzić, jak radzi sobie Xelliks – w razie czego mógł też posłużyć mu pomocą albo jakąś radą, ewentualnie zwyczajną odpowiedzią na jego pytania lub dialog, jeśli zdecydowałby się on na rozmowę.
W połowie drogi zauważył, że z korytarza, którym kończy się spadek, wydobywa się słaby blask. Coś tam świeciło, a jeśli miałby szacować, to bardziej była to jakaś roślina, może nawet grzyb, a nie zwierzę. Może nawet było to już coś, co spotkał wcześniej, choć nie zmieniło to tego, że zaczął poruszać się odrobinę szybciej. Poczuł ciekawość związaną z czymś, co może okazać się czymś nowym, ale nie była ona duża, bo istniała też szansa na to, że było to coś, co było mu już znane. Nikt nie powiedział przecież, że jaskinie Środkowej Alaranii będą wypełnione wyłącznie stworzeniami, których wcześniej nie widział.
Awatar użytkownika
Xelliks
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

Post autor: Xelliks »

        „Widok” młodego uczonego, który z zapałem szkicował oraz notował rzeczy na kolejnych kartach, przypomniał Xelliksowi o tym, z jakim uwielbieniem on i Alor kiedyś robili to samo. Zaczął się zastanawiać, ile to już stuleci minęło, kiedy ostatni raz sporządzał notatki oraz szkice na temat różnych roślin, minerałów i zwierząt i wszystkiego tego, czego mu było potrzeba do wszelakich eksperymentów.
        Pogrążony w myślach o czasach, które już minęły, czekał, aż Ezra skończy swoje zapiski. Minęło kilka długich chwil, a każda z nich w akompaniamencie ciszy, gdyż żaden z nich przez ten czas nie odzywał się, nie licząc pomruków ze strony nowego towarzysza, który zdaje się, zadawał sobie pytania na temat badanego stworzenia. Uczony przerwał milczenie i na jego prośbę magiczny uścisk ciążący na pająku zaczął się zmniejszać, by po chwili całkiem zaniknąć, zaraz po tym, jak powiedział, że dalsze, a raczej jakiekolwiek unieruchamianie obiektów, badań nie jest potrzebne.
        Lisz, mimo że nie wyglądał, jakby robił coś więcej poza staniem w miejscu, również badał ich najbliższe otoczenie, ale magiczne. Zastanawiał się, czy rogata postać też zauważyła delikatną emanację magii ze strony tych małych stworzeń, która ciągnęła się jakby w głąb jaskini i czy powinien o tym wspomnieć. Jednakże wzruszył ramionami i nie powiedział ani słowa. Był przekonany, że Ezra też powinien coś takiego zauważyć, kompletnie zapominając o fakcie, że nie wszyscy są tak wyczuleni na magię, jak on. Poza tym wspominał już, że to właśnie magia go tu przywiodła, więc ostatecznie to wszystko powinno być oczywiste. Z dyskusji z samym sobą wyrwały go słowa, że mogą iść dalej. Jednak bardziej z zamyślenia wyrwało go to, że jego towarzysz zdążył już ruszyć wgłąb mroku i zaczął uciekać z jego małego pola „widzenia”.
Pospiesznym krokiem nieumarły poszedł przed siebie, docierając do stromego zejścia w dół, przy którym dostał uwagę na temat tego, żeby pomału i ostrożnie schodzić. Xelliks biorąc tę informację do serca, zaczął z pomocą zaklęcia osłabiać strukturę kamieni, po których szedł, dzięki czemu zaczęły sypać się jak piach, co spowodowało, że z każdym krokiem tworzył on prymitywne schody.
        - Mam nadzieję, że nie masz mi za złe niszczenia naturalnej struktury tej groty. - powiedział lisz, kiedy zauważył, że Ezra spogląda co jakiś czas w jego stronę.
        - Ewentualnie jeśli nie masz nic przeciwko, to w takich przypadkach będę mógł iść przodem i zabezpieczać naszą dalszą drogę.
W połowie zejścia również jak jego towarzysz spostrzegł, że coś przed nimi wydziela słabe światło. Kiedy byli już dostatecznie blisko mogli potwierdzić, że dalszą część jaskini pokrywają bioluminescencyjne grzyby. Po bliższym przyjrzeniu się Xelliks był nawet w stanie stwierdzić, z czym konkretnie mają do czynienia. Znał ich wygląd bardzo dobrze. Tam skąd pochodzi ludzie każdego stanu i majątku lubili wykorzystywać je jako narkotyk. Sam nie raz eksperymentował na nich, żeby zaproponować nowy sposób nieszkodliwego spożywania dla możnych.
        - Latarnie bagienne. W moich rejonach dosyć popularny sposób na omamianie umysłu często dla własnej uciechy lub ucieczki od życia codziennego. W takiej postaci nie są dla nas w żaden sposób szkodliwe i nie powinny przysporzyć kłopotów. Aczkolwiek zastanawia mnie tylko jedno. To, że wszelakie rasy rozsmakowują się w tym delikatesie, już wiemy, ale pierwszy raz widzę, żeby posmak w tym grzybie znalazły pająki.
Lisz wskazał palcem na słabo widoczne w świetle stworzenia, które żerowały właśnie na tych grzybach.
        - Fascynujące. W sumie to nasuwa mi się od razu drugie pytanie. Zagadką jest to dlaczego pomimo tego, że się nimi żywią i mają ich pod dostatkiem to i tak wychodzą do góry, do wejścia jaskini. Mój przyjacielu, natrafiliśmy chyba na coś godnego naszej uwagi.
Awatar użytkownika
Ezra
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

Im niżej byli, tym rzadziej oglądał się na nowego towarzysza. Wcześniej już upewnił się, że Xelliks radzi sobie ze schodzeniem i raczej nie będzie potrzebował jego pomocy. Jeszcze mniej skupił się na nim, gdy do jego oczu dotarł blask czegoś, co znajdowało się na końcu tego spadku.
         – Nie. Nie mam nic przeciwko, może kiedyś, gdy ktoś zdecyduje się tu zajrzeć, schodki te ułatwią takiej osobie wędrówkę – odpowiedział mu. Co prawda w tym samym czasie zerknął w stronę towarzysza, jednak akurat teraz zrobił to dlatego, że się do niego odzywał, a nie dlatego, że chciał go „pilnować”.
         – Nie musisz iść przodem, bardzo dobrze radzę sobie ze schodzeniem – dodał jeszcze. Nawet przyspieszył lekko, ale nie po to, żeby zaprezentować mu potwierdzenie swoich słów, a dlatego, że chciał już zobaczyć, co takiego znajduje się w dalszej części jaskini, że emituje w niej światło. Miał już swoje podejrzenia i był właściwie pewien, że mogli wykluczyć zwierzęta, ale i tak chciał zobaczyć to na własne oczy. Chciał potwierdzić to, o czym myślał w tej chwili. A im bliżej końca spadku się znajdowali, tym lepiej widoczna była przestrzeń za nim i, rzeczywiście, rosły tam grzyby, które wytwarzały światło.

Gdy już ponownie znaleźli się na w miarę równym terenie, Ezra od razu ruszył w stronę grzybów. Z tej odległości też był już w stanie stwierdzić, czym one są – widział je już wcześniej i wyglądało na to, że można je znaleźć na terenie całej Alaranii, jeśli akurat warunki są odpowiednie dla ich rozwoju.
         – Nie wiem, w jaki sposób ty widzisz w ciemności, ale u mnie odbywa się to tak, jak przeważnie u innych, którzy mają taką zdolność. Widzę czerń, biel i odcienie szarości, dlatego nie jestem w stanie stwierdzić, na jaki kolor świecą… Dlatego założę, że emitowany przez nie blask nie różni się od tych, które już spotkałem – w tym samym czasie, w którym mówił, wyciągał już z torby notatnik i potrzebne mu do rysowania przedmioty. Zatrzymał się za to na chwilę, właściwie zastygł w bezruchu, gdy nie tylko usłyszał, co Xelliks mówi o pająkach, ale też zobaczył to na własne oczy. To było dziwne. Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby jakieś zwierzęta pożywiały się tym grzybem, tym bardziej pająki. Z drugiej strony, przecież pierwszy raz spotkał ten konkretny gatunek właśnie tutaj. Teraz było to dla niego bardziej ciekawe, niźli dziwne. Chwila zaskoczenia minęła, a on – niczym nagle wybudzony z krótkiego snu – podszedł bliżej grzybów i najpierw przyjrzał się ośmionożnym stworzeniom, a później zaczął całą tę „scenkę” rysować.
         – Mam nadzieję, że nie będą przeszkadzały ci takie postoje… Mam konkretny cel w zbieraniu takiego materiału naukowego. Zwłaszcza o części kontynentu, na której przebywam pierwszy raz w życiu – odezwał się jeszcze do towarzysza. Zdecydowaną większość uwagi poświęcał grzybom i pająkom, dlatego tym razem nie zerknął w stronę Xelliksa. Pytania już pojawiały się w jego głowie, jednak zatrzymał je tam do momentu, w którym uznał, że ukończył kolejny szkic. Zapisał je później i, jak można było się domyślić, głównie dotyczyły tego, jaki związek ze sobą mają grzyby i pająki.
         – Może, gdy pójdziemy dalej, uda nam się dowiedzieć, o co tu chodzi – odparł, choć bardziej była to myśl wypowiedziana na głos, o czym świadczyło na pewno to, że powiedział to nieco ciszej. Nie na tyle cicho, żeby Xelliks tego nie usłyszał, ale też wyraźnie ciszej, niż wypowiadał się normalnie.

Korytarz, przy którego początku się teraz znajdowali, był szeroki i przynajmniej tutaj nie rosło zbyt wiele grzybów. Zaledwie kilka, skupione obok siebie przy prawej ścianie. Dopiero, gdy poszli dalej, zaczęli trafiać na ich coraz większą liczbę. Dało się tu zauważyć pewną regularność – im dalej szli korytarzem, tym więcej grzybów go porastało, co z kolei sprawiło, że ta część jaskini robiła się coraz jaśniejsza. Cały czas też dało się zauważyć małe pająki, które były widoczne na kapeluszach części z nich, choć nie oznaczało to, że były to jedyne miejsca zajmowane przez zwierzęta. Mogły przecież ukrywać się pod kapeluszami i siedzieć na trzonku, a oni po prostu ich nie widzieli. Na szczęście, nie było ich tu tak dużo, że utrudniały przejście dalej, a także nie rozrastały się liczebnie w dalszych częściach, dlatego światło przez nie tworzone utrzymywało się na stałym poziomie. Było dość jasne, na tyle jasne, że Ezra zaczął widzieć ponownie widzieć kolory.

         – Ciekawe, czy ten poziom światła się utrzyma… Dzięki temu widziałbym wszystkie kolory, a nie jedynie to, co widzę, gdy używam widzenia w ciemności – odezwał się po chwili. Patrzył teraz na grzyby, na pająki. I faktycznie – wyglądały one tak, jak zwyczajne Latarnie Bagienne, nawet świeciły tym samym światłem. Za to pająki miały kolor jasnego fioletu, choć ich odnóża wyraźnie ciemniały. A jeśli chodziło o charakterystyczną strzałkę na odwłoku, to albo była ona czarna, albo miała odcień fioletu tak ciemnego, że bez problemu mógł uchodzić za czerń właśnie. Ezra przyglądał im się przez chwilę, później wyciągnął notatnik, aby zapisać w nim nowe informacje na temat tych niewielkich stworzeń.
Gdy już wznowili wędrówkę i spojrzeli przed siebie, mogli dostrzec, że jaskinia rozdziela się na dwa tunele. Jeden ciągle prowadził prosto, a drugi skręcał w prawo. Ciekawe było to, że grzyby przez cały czas rosły również po prawej stronie, a przez to miało się wrażenie, jakby rozprzestrzeniały się właśnie z prawej odnogi tunelu. Droga na wprost natomiast dość szybko ginęła w ciemności – brak grzybów oznaczał brak światła. Ezra zanotował tylko, że tunel nie prowadzi cały czas prosto i że póki co ma jedną odnogę. Nie wykluczał możliwości, że mogą trafić na większą ich liczbę.
         – Jeśli chcemy zbadać sprawę z pająkami i grzybami, powinniśmy pójść w prawo – zaproponował, gdy już byli dość blisko rozwidlenia.
Awatar użytkownika
Xelliks
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

Post autor: Xelliks »

        Kiedy Xelliks przechodził obok delikatnie migoczących w mroku grzybów, coś sprawiło, że pająk, który do tej pory bezpiecznie przesiadywał w czaszce nieumarłego, stał się niespokojny. Zaczął przeciskać się w luźnych, wolnych przestrzeniach jego głowy co wywierało wrażenie, jakby chciał uciec, lecz zanim to zrobił, to ukąsił on swojego gospodarza w uschnięty już mózg, dodając mu trochę psychoaktywnego, zmieszanego z Latarnikiem jadu. Zaraz po tym małe stworzonko wymknęło się ze środka i dołączyło do swoich bliskich, by wraz z nimi oddać się uciesze w żerowaniu.
        Mężczyźni przystanęli na dłuższą chwilę, żeby przyjrzeć się grzybom porastającym jaskinię i biesiadującym na nich pająkom.
        -Ja nie tyle, co widzę w ciemnościach, a czuję. Mogłeś tego mój drogi towarzyszu nie zauważyć, ale subtelnie rozprowadzam magiczny nacisk na wszystko to, co nas otacza. Jako że wokół nas panuje wszechogarniająca ciemność, to bez problemu zauważyłem jakiego koloru blask jest tu emitowany. Pomyśl o tym jak o przedłużeniu własnej ręki. To tak jakbym osobiście dotykał cały czas całe nasze otoczenie. Oczywiście ciężko jest odebrać te wszystkie informacje naraz, dlatego też nie skupiam się na wszystkim tym co postrzegam.
Lisz oderwał w końcu wzrok od tego co działo się na skalnych ścianach i spojrzał w kierunku Ezry.
        - I nie, nie przeszkadzają mi postoje. Wręcz przeciwnie. Doceniam, że spisujesz i zbierasz wiedzę na temat tego co tu żyje i jak. Powiem ci, że czuję się trochę nieswojo, dlatego gdzieś na niedługą chwilę przystanę. Akurat przy rozwidleniu jest kawałek miejsca, więc na razie zostawię tam swoje rzeczy.
W czasie kiedy Ezra powoli szkicował znalezisko w swoim notatniku, Xelliks ruszył przed siebie, zastanawiając się nad tym co powinni uczynić dalej. Z jednej strony bardzo kusiło go pójść prawym tunelem, by rozwiązać tajemnicę skrytą w mroku i rzucić na nią trochę więcej światła niż słaby blask Latarni Bagiennych. Chciał również iść lewą odnogą i dotrzeć do Klasztoru Mrocznych Serkretów i spróbować dowiedzieć się czegoś więcej na temat problemu związanego z Alorem jak najszybciej.
        Ezra chciał już kontynuować marsz, jednak Xelliks rzekł do niego, żeby dał sobie jeszcze chwilę czasu na rysunki, jako że on dalej nie czuł się najlepiej. Lisz oparł się na chwilę o w miarę płaską skalistą ścianę jaskini. Wstrzyknięty jad sprawił, że poczuł się słabo, co było u niego raczej rzadkością. Na chwilę przestał polegać na swoim zmyśle magicznym do rozglądania się po okolicy i usiadł w totalnym mroku. Jedyne co do niego docierało w tamtym momencie to dźwięki kolejnych sporządzanych nieopodal szkiców i notatek. Powoli jednak coś zaczęło być wyraźnie inaczej. Ciemność ustępowała sprzed jego oczu, ale nie widział żadnego dodatkowego źródła światła. Ku jemu zdziwieniu przed nim wyłaniały się różne obiekty. Dostrzegł teraz z detalami grzyby, które badali, a nawet wyraźnie widział swojego towarzysza Ezrę, ale to nie te wszystkie rzeczy przykuły jego uwagę tylko małe żółte stworzenie, który wyszło właśnie zza zakrętu ze świecącego tunelu i ruszyło w stronę szkicującego uczonego. Jeśli ktoś miałby opisać to stworzenie to wielkością i budową przypominało kreta, z przodu na głowie miało kępkę długiego czarnego futra, a jego ciało było w całości żółte i dziurawe. Zupełnie niczym ser. Xelliks szybko pochylił się przed siebie i padł na czworaka, przyglądając się małej istocie z każdej strony, która podążała w kierunku Ezry. Nieumarły również ruszył, dalej na klęczkach, tropem Serkreta, który zatrzymał się na bucie ragarianina.
        - Ezra nie ruszaj się i zachowaj spokój! - krzyknął zbliżający się, niespokojny Xelliks
        - Na twoim bucie siedzi właśnie jak mi się dobrze zdaje jeden z przedstawicieli Mrocznych Serkretów. Wiedziałem, że one istnieją i że się nie przesłyszałem. Teraz tylko się nie ruszaj, a ja go spróbuję złapać.
Po tych słowach lisz rzucił się w kierunku buta swojego towarzysza, zaczynając go szarpać i tarmosić myśląc, że próbuje on ściągnąć zwierzę z kolegi. W końcu po kilka próbach i kilku sprzeciwach z drugiej strony udało mu się wyswobodzić Ezrę z jego obuwia, które w umyśle nieumarłego było kretem zrobionym z dziurawego sera. Po tym zajściu podniósł się z kolan i trzymając go na rękach jak przestraszonego, małego kotka zaczął go głaskać, nie zważając na docierające do niego z tyłu narzekania. Po chwili zauważył, że tam skąd przybyło pierwsze stworzenie, jest ich teraz więcej i wszystkie idą w stronę prawego tunelu pełnego grzybów.
        To musi być to! Tam musi znajdować się przejście do ich Klasztoru. Ruszajmy więc czym prędzej. Cóż za znalezisko. Przekażcie mi swą wiedzę Mroczne stwory!
Nie bacząc na swojego towarzysza, który został w tyle, ruszył on ze swoją serową, choć tak naprawdę skórzaną zdobyczą przed siebie.
Awatar użytkownika
Ezra
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

Wysłuchał wyjaśnienia Xelliksa. Było ono dość ciekawe i był pewien, że wcześniej nigdy nie spotkał się z takim sposobem rozeznania sytuacji w miejscu, w którym zwykły wzrok nie pozwala na orientację w terenie.
         – Musi to być naprawdę subtelne. Nie wyczułem tego nawet wtedy, gdy czytałem twoją aurę – odpowiedział mu. Może udałoby mu się to zrobić, gdyby jego zmysł magiczny byłby wyczulony jeszcze bardziej. Może byłoby tak, gdyby jeszcze bardziej skupił się na rozwijaniu własnej magii, ale on zamiast tego zdecydował się gonić za swoim marzeniem. Za celem, który postawił sobie lata temu i który powoli spełniał. Kamieniem milowym było wydanie pierwszej książki i to, że nie skończyła ona jako coś, co było jedynie osiągnięciem pewnego celu, a przyniosła mu też rueny – które przeznaczył na kolejne podróże – a także rozpoznanie. A to, że ktoś kupuje jego przewodnik, oznaczało dla niego też to, że ich treść komuś pomoże. A gdy Xelliks powiedział, że nie przeszkadzają mu postoje i nawet sam chciałby zatrzymać się gdzieś na nieco dłużej, Ezra pokiwał tylko głową i wrócił do tego, co robił wcześniej. Dla niego takie zatrzymywanie się było częścią pracy, nie zawsze spotykał na swojej drodze kogoś, kto to rozumiał, dlatego z czasem zaczął uważniej dobierać towarzyszy. Zwłaszcza wśród najemników, których zdarzało mu się wynajmować jako dodatkową ochronę. Właściwie, w czasach podróży w rodzinnych stronach, przez większość czasu i tak towarzyszyła mu jedna para najemników, z którymi z czasem został nawet przyjaciółmi. Przypomniał sobie nawet, że chcieli wyruszyć w to miejsce razem z nim, ale nie zgodził się na to. Może nie do końca zastanawiał się nad tym, dlaczego, ale mogło być też tak, że w głębi duszy chciał poznać nowe osoby i może akurat tutaj również spotka kogoś, z kim połączy go dłuższa znajomość. Chociaż, nawet te krótkie mogą być interesujące. Wydłużając nieco swoją pracę, aby pozwolić towarzyszowi na odpoczynek, Ezra sprawdził cały rysunek pod względem tego, czy w pełni zgadza się z tym, co widzi na własne oczy. Świecące grzyby? Są. Pająki jedzące owe grzyby? Również są. Te dwie rzeczy były tu właściwie najważniejsze. Odwrócił się i zaczął iść w stronę Xelliksa.

Znieruchomiał nagle, gdy usłyszał ostrzeżenie. Spojrzał nawet na swojego buta, choć zrobił to ostrożnie, w razie, gdyby faktycznie coś tam siedziało. Tylko, że… niczego tam nie widział. I zanim zdążył powiedzieć o tym Xelliksowi, ten rzucił się w jego stronę i zaczął siłować się z butem. Próbował zabrać nogę, ale jednocześnie nieumarły z całych sił starał się zdjąć obuwie z tej samej nogi. Ezra wyswobodził w końcu kończynę, niestety, już bez buta, który teraz spoczywał w rękach lisza.
         – To mój but, a nie kret – powiedział do niego stanowczo i jednym, szybkim ruchem odebrał swoją własność z kościstych dłoni towarzysza.
         – Tak bardzo chcesz wierzyć w ich istnienie, że widzisz je w miejscach, w których ich nie ma? - zapytał, choć nie wymagał odpowiedzi. W myślach dodał jeszcze: „bo nie istnieją?”. Zaczął zakładać też buta z powrotem na odsłoniętą stopę. Nie miał zamiaru poruszać się po jaskini bez obuwia, nie chciał ryzykować tego, że zrani się w tym miejscu o jakiś wystający i ostry, nawet niewielki, kawałek skały.
         – Co się z tobą dzieje? - zadał kolejne pytanie po tym, jak przez chwilę przyglądał się Xelliksowi. Wydawało mu się, że nie było to normalne zachowanie. Musiało stać się coś, co sprawiło, że nagle zaczął widzieć wymyślone stworzenia, które nigdy nie istniały. W tym samym czasie uważnie obserwował też nieumarłego. Nie podejrzewał, że ten nagle stanie się agresywny wobec niego i będzie musiał się bronić, ale… wolał być na to przygotowany, tak w razie czego. On natomiast zaczął iść w kierunku jednej z odnóg, akurat tą, w której rosły grzyby i, prawdopodobnie, znajdowały się tam też pająki, które się nimi żywiły. Nie, żeby narzekał, bo i tak chciał pójść właśnie tam. Przynajmniej najpierw, bo przeczucie speleologa podpowiadało mu, że akurat ten tunel prędzej czy później zakończy się litą skałą. Zdecydował się ruszyć za nim.

Korytarz nie był wąski, właściwie utrzymywał tę samą szerokość i nawet mogliby iść obok siebie, ale Ezra wolał utrzymać niewielką odległość od nieumarłego. Cenił swoje życie, a doszedł do wniosku, że Xelliks może być pod wpływem… czegoś. I to „coś” sprawiło, że zachowuje się on właśnie w ten sposób. Widzi to, co chciałby tu zobaczyć najbardziej. Zatrzymał się nagle i szerzej otworzył oczy, jakby trafiony strzałą. Przypomniał sobie, że latarnie bagienne mogą być użyte do tworzenia substancji psychoaktywnych. Elementy układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca, choć nie została ułożona w całości. Jeszcze nie. Te pająki żywiły się grzybami i w jakiś sposób pozyskiwały to, co sprawiało, że z grzybów można tworzyć takie substancje, a później „mieszały” to ze swoim jadem. Jeśli ta teoria jest poprawna, to ich ukąszenie mogłoby powodować halucynacje. Tylko… dlaczego? Po co to robiły? Może odpowiedzi znajdują się właśnie w miejscu, do którego zmierzają. Nie podzielił się swoim odkryciem z Xelliksem, bo zwyczajnie nie miał jeszcze pewności, czy ma rację. Wolał z tym odrobinę poczekać, aż znajdzie coś, co albo to potwierdzi, albo temu zaprzeczy. Nie był pewien, jak długo szli w towarzystwie grzybowego światła i pająków siedzących na większości z grzybów, które mijali, ale tunel rozszerzył się nagle i otworzył na dużą komnatę.
Latarnie rosły również w tym miejscu, jednak znajdowało się ich tu zaskakująco mało. Rzucały jedynie lekką poświatę na całym obszarze, ale nie tak bardzo jasną, jak ta, którą widzieli wcześniej. Jednak to było najmniejszym zaskoczeniem. Większym było to, że znajdowało się tu przynajmniej kilka szkieletów wyglądających na ludzkie lub należące do ras o podobnym szkielecie, a także kilka zwierzęcych, które znajdowały się w różnych stanach rozkładu. Jedno, wyglądające na niedźwiedzie, wydawało się nawet dość świeże – w porównaniu do pozostałych – bo mogło być nawet tak, że leżało tu jakieś trzy dni. Z tej odległości ciężko było to ocenić. Między nimi wyrastało coś, co na początku mogło uchodzić za dziwne grzyby, ale wystarczyło patrzeć na te organizmy przez dłuższą chwilę, aby zobaczyć, że ruszają się lekko. Biały „trzonek” grubości kciuka dorosłego mężczyzny okazał się ciałem, a czerwona „narośl” na jego końcu, przypominająca wyglądem i wielkością złożony kwiat tulipana, w istocie okazała się być głową, ale robaka. Niedźwiedzie truchło nagle zaczęło się ruszać, a po chwili przez jego ciało przebiły się te same robaki, zaczęły wyginać się na boki i przyczepiać głowami do nieżyjącego już zwierzęcia. Na podłodze dało dostrzec się coś jeszcze – pajęczyny i spoczywające w nich pajęcze kokony. Najwięcej było ich na tyłach komnaty, były lekko oświetlane przez poświatę emitowaną przez grzyby. Szybkim krokiem podszedł do Xelliksa i ruchem dłoni zatrzymał go w miejscu, zanim ten zdążyłby wejść do środka komnaty. A przynajmniej to spróbował zrobić.
         – Zatrzymaj się i zobaczyć, co znajduje się przed nami – powiedział do niego, dość głośno zresztą. To sprawiło – a przynajmniej tak mu się wydawało – że najbliższe robali odwróciły swe głowy w ich stronę. Reagowały na dźwięk? Może.
         – Wydaje mi się, że wiem, o co tu chodzi – dodał jeszcze, choć nie był pewien, czy zwróci to uwagę jego towarzysza.
Awatar użytkownika
Xelliks
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

Post autor: Xelliks »

        Małe, powolne, żółte i wyimaginowane ciałka dreptały beztrosko przed siebie. Z każdą mijającą chwilą wydawało się, że ich liczebność wzrastała, a skalne korytarze zapełniały się seropodobnym tworem. Kiedy obaj mężczyźni podążali ślepo za smacznie wyglądającym stworzeniem, dotarli do przestrzennej komnaty. Na widok tego, co rozgrywało się przed nimi, Ezra stanął w miejscu, a z jego pomocą również Xelliks, który obsesyjnie do tej pory gonił nienamacalne krety. Po ostrzeżeniu od swojego towarzysza nieumarły uniósł głowę do góry, chwilę mu zajęło, zanim dotarł do niego obraz całego pomieszczenia i tego, co się aktualnie w nim dzieje. To, co zobaczył, bardzo go zszokowało. Dziesiątki Mrocznych Serkretów błąkających się bez celu oraz jakaś ogromna żółta rzecz, która delikatnie pulsowała od osadzonych w niej białych robali. Nie widział on jeszcze co dokładnie tam leży. Ragarianin w tym czasie ewidentnie usilnie próbował zwrócić uwagę nieumarłego na coś szczególnego w zachowaniu czerwiowatych stworów. Zdawało się, że lisz pojął w czym rzecz, jednakże nie zatrzymało go to na długo i znów ruszył przed siebie, chcąc przyjrzeć się całej sytuacji z bliska. Każdy krok, jaki wykonywał, powodował delikatne drżenia w glebie wychwytywane przez robaki, które zaczęły wycofywać się z martwego niedźwiedzia i niknęły w ciemności w wydrążonych przez siebie dziurach.
        -Myślę, że nie mamy się czego bać. Te szkarady za bardzo się nas boją! Poza tym zobacz na te wszystkie Serkrety. Nic ich nie atakuje, a są tu ich dziesiątki.
Xelliks machnął ręką po całej jaskini, w której walały się jedynie szkielety i drugiej świeżości niedźwiedź. Dopiero wtedy zaczął widzieć, że spomiędzy kretów wystawały kości, a to przy czym właśnie stanął, z rozmazanej plamy uformowało się w jednego wielkiego Serkreta. Przez głowę lisza szybko przewinęła się myśl „Serkrecia mama!”. W tym samym momencie spod ziemi znowu wyrosły białe robale, które zaczęły wić się wokół szkieletowych nóg. Usilnie próbowały one znaleźć konkretny kawałek mięsa pod szatą alchemika, w którym mogłyby zacząć żerować. Nie znalazłszy upragnionego pożywienia, zaczęły dalej wić się w miejscu, aż natrafiły na swój wcześniejszy posiłek. Nieumarły, starając się za dużo nie poruszać, obrócił się z powrotem do Ezry, próbując dać mu jasny sygnał, żeby się nie zbliżał. Kiedy znowu spojrzał na ciało leżące przed nim, ogarnęła go fala gniewu. Jedyne co chodziło mu teraz po głowie to brutalna zemsta.
        By móc lepiej orientować się w swoim otoczeniu lisz odrzucił swój kaptur do tyłu ukazując swoją starą, przeraźliwą czaszkę. Powoli dobył on swoją księgę z zaklęciami, wywołując cichy szmer, który ponownie przyciągał uwagę robali. Na szczęście zostały one przy swoim poprzednim zajęciu. Kiedy tomiszcze zawisło przed nim, był on już gotów na pełnoprawną wojnę ze szkodnikami. Od dłuższego czasu pochłaniał magiczną energię ze swojego otoczenia, jako że wcześniej ciągle posługiwał się czarami, więc mógł użyć pełni mocy dobytego przedmiotu. Księga otworzyła się sama na konkretnej stronie, chwilę później jego magia wypełniła pomieszczenie, po czym zewsząd, ze ścian, sufitu i gleby, dezorientująco można było usłyszeć głos Xelliksa.
        -Precz! - wrzasnął, co spowodowało, że wszystko wokół zadrżało.
Wibracje wywołane przez zaklęcie sprawiły, że w okolicy spod ziemi wyskoczyło kilka kolejnych tulpianogłowych stworzeń, które w szaleństwie kręciły się we wszystkie strony. W tym samym czasie wszystkie Serkrety nagle się gdzieś rozpierzchły. Kolejne karty księgi zaczęły się samoistnie przewracać, a następstwem tego był silny podmuch mocy naprzeciw nieumarłego, który sprawił, że truchło niedźwiedzia wraz z wyrwanymi robalami poszybowało gdzieś dalej i rozbiło się o skalną ścianę. Wraz z tym uniósł się wszelki kurz, który przysłonił widok dwóch badaczy, oraz podrażnił pozostałe przy życiu robaki taki bardzo, że znów pochowały się one w swoich norach.
        Zużywając tak dużo mocy naraz w połączeniu z powstałym odepchnięciem, Xelliks opadł na ziemię, gdzie od razu zaczęły go oplątywać i więzić czerwiowate stwory. W międzyczasie po tak silnym ataku jaskinia zaczęła wydawać nieprzyjemne dźwięki, jedne z tych oznaczające zagrożenie zawaleniem się wszystkiego. Lisz, leżąc w bezruchu, zaczął czerpać moc od robali i gleby, byleby móc rzucić jeszcze jedno zaklęcie. Chciał on podtrzymać sklepienie, żeby obaj nie zostali pogrzebani żywcem. Kiedy pył zaczął z powrotem osiadać na ziemi, zaczęła malować się scena, w której to wyglądało jakby nieumarły uległ pod naporem własnego zaklęcia, a resztę bezskutecznie próbowały dokończyć robale.
Awatar użytkownika
Ezra
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

Miał inne zdanie niż Xelliks, a truchło niedźwiedzia i kości zgromadzone w tym miejscu tylko potwierdzały jego przypuszczenia. Był właściwie pewien, że te dziwne robaki żywią się mięsem. Na potwierdzenie jego myśli, kilka z nich wbiło się nagle w nieżywe już zwierzę i zaczęło się posilać.
         – Tu nie ma żadnych serkretów – odparł. Ta nazwa brzmiała dziwne, ciągle będzie powodowała u niego takie odczucia, może właśnie przez to, że stworzenia te były jedynie wymysłem towarzyszącego mu mężczyzny.
         – Jedynie kości, truchła, robale i pajęcze jaja – dodał jeszcze. On widział rzeczywistość taką, jaka była. Nie stało mu się coś, co sprawiłoby, że widziałby to samo, co Xelliks. Zaczął zastanawiać się za to, co stało się jemu. Przypomniał sobie pająka, z którym wcześniej bawił się tamten i to, że był on przecież podobny do tych, które widzieli na grzybach. Dlatego też trzymał się z tyłu, nie był też chętny do tego, żeby podejść bliżej, niż wydawało mu się to konieczne. Gdy już tak tam stał, wyciągnął swój notatnik i zaczął w nim rysować, przy okazji zapisywał w nim też trochę tekstu – rzeczy, które później pozwolą mu poszukać czegoś więcej na temat tych stworzeń. Zapisał też swoje przypuszczenia i podejrzenia co do tego, dlaczego żyją one w miejscu, w którym znajdują się też pajęcze jaja. Zresztą, nie było trzeba być kimś bardzo mądrym, żeby połączyć fakty i stwierdzić, że w pewien sposób te mięsożerne robale chronią niewyklute jeszcze włochate stworzenia o ośmiu nogach. Niewiadomą jednak – póki co przynajmniej – pozostawało jednak to, w jaki sposób zdobywają one pożywienie, w końcu, wydawały mu się raczej niezbyt ruchome. Owszem, ich ciała częściowo schowane były pod ziemią, jednak sprawiały też wrażenie przytwierdzonych do niej, przez co miały też ograniczone możliwości ruchowe.
Kolejnym powodem, dla którego nie chciał podchodzić bliżej, było to, że pod ziemią również znajdowały się te stworzenia i mogły one wyczuć, gdy coś żywego chodzi nad nimi, aby wyłonić się nagle i od razu przejść do ucztowania. Nie wydawały się silne, ale ich duża ilość połączona z zaskoczeniem mogła bez problemu powalić ofiarę. Tylko, że teraz ich jedynym problemem było to, że nie mogły posilić się na Xeilliksie – szukały na nim mięsa, co było widoczne przez to, że poruszały się pod jego ubraniem. A czaszka, którą pokazał, gdy odrzucił kaptur, tylko zapewniła Ezrę w tym, że rzeczywiście jest on liszem. Przestał rysować i schował swoje przybory krótko po tym, jak tamten otworzył swoją księgę i zaczął w niej czegoś szukać. Ezra przyglądał mu się uważnie, z lekko przymrużonymi oczami – w razie czego przygotował sobie nawet garść ziaren i zaklęcie, które sprawi, że błyskawicznie urosną wokół niego i zapewnią mu ochronę przed czymś, co byłoby na zewnątrz. Wzmocnione magią pnącza były bardzo wytrzymałe, zarówno jeśli chodzi o obrażenia fizyczne, jak i o te magiczne. Zaklęcie to jednocześnie stanowiło też jedno z silniejszych zaklęć obronnych, które znał. Co więcej, jeśli zaszłaby taka potrzeba, mógł wzmocnić je od środka przy użyciu jeszcze większej ilości magii, żeby wytrzymały one jeszcze więcej uszkodzeń.

Wyczuwał ilość energii magicznej, która rosła w pomieszczeniu i wiedział, co może to oznaczać. Obserwował to wszystko, ale gdy już coraz bardziej pewne było, że nic mu nie będzie i nie będzie też musiał ochraniać się przed skutkiem zaklęć Xelliksa, postanowił, że zmieni zaklęcie. Wpłynęła też na to sytuacja, w której znalazł się lisz. Wydawało mu się, że jego nowy towarzysz jest osłabiony przez to, ile mocy magicznej zużył. Nie wiedział, jak działają ciała stworzeń, do których należał nieumarły, znał je jedynie z opowieści i legend, ale poczuł, że powinien pomóc tamtemu.
Cofnął się i rzucił nasiona w miejsce, w którym stał. Dotknął ziemi jedną dłonią od razu po tym, jak zakreślił nią znaki runiczne. Energia przepłynęła z niego w twarde podłoże jaskini, a później dotarła do nasion. Te pękły i w ciągu kilku uderzeń serca zmieniły się w zielone pnącza, którymi Ezra mógł kierować przy użyciu drugiej dłoni. Wysłał je przed siebie, w stronę Xelliksa. Najpierw zaczęły się wić i smagać próbujące dopaść lisza robale, a później, przynajmniej część z nich, złapała go i zaczęła ciągnąć w tył, gdy pozostałe nadal atakowały podziemne robactwo. Nie chciał uszkodzić kości i ciała towarzysza, dlatego pnącza odciągały go dość powoli, ale był bezpieczny, bo część z nich skutecznie odpędzała białe robaki. W końcu, razem z nim, dotarły do miejsca, w którym wyrosły. Bezpiecznego miejsca, gdzie nie sięgały białe ciała mięsożerców. Po chwili zaczęły kurczyć się, aż z powrotem stały się niewielkimi, zielonymi nasionkami, które zresztą Ezra zaraz zaczął zbierać i schował z powrotem do jednej z małych sakiewek, które nosił przy sobie.
         – Wszystko w porządku? - zapytał, gdy spojrzał na Xelliksa.
Pył już opadł, a Ezra dopiero teraz mógł zobaczyć, jak wygląda to pomieszczenie po tym, co zrobił lisz. Ciało niedźwiedzia znajdowało się po jego drugiej stronie, choć teraz było stertą kości, pozostałości mięsa i futra – gdyby nie wiedział, jak wyglądało wcześniej, mógłby mieć problem z rozpoznaniem zwierzęcia. W jego pobliżu leżało też kilka robaków, niektóre nawet wiły się w konwulsjach, w ostatnich znakach życia. Pajęcze jaja również uległy zniszczeniu, jednak wyglądało na to, że jedynie te, które znajdowały się pod ścianą, z którą zderzyło się truchło i robaki.
         – Dalej widzisz te serkrety czy już jesteś normalny? - zadał mu kolejne pytanie.
         – Chyba powinniśmy wrócić do korytarza i wybrać to drugie przejście. Tutaj nie znajdziemy już niczego więcej – dopowiedział na sam koniec. Tak samo, na koniec, wyciągnął raz jeszcze notatnik i sprawdził, czy aby na pewno ma w nim wszystko to, co chciał tam mieć na temat białych robali. Po chwili przyglądania się im, zapisał tam coś krótkiego, a także poprawił szkic grupy tych jaskiniowych drapieżników.
Awatar użytkownika
Xelliks
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

Post autor: Xelliks »

        Pył bitewny osiadł już całkiem na glebę, przysypując część mięsożernego i umierającego robactwa. Nieprzyjemne odgłosy oraz wibracje jaskini powstałe w wyniku rzucenia zaklęcia również z czasem zaczęły się uspokajać, aż zniknęły całkowicie. Małe urocze Serkrety, które wypełniały ogromną, skalną komnatę nagle się gdzieś rozpierzchły i zniknęły wraz z zagrożeniem. Ostatnie drapieżniki wiły się gdzieś resztkami sił na ziemi coraz wolniej i wolniej, dopóki nie zamarły w bezruchu już na zawsze. Lisz wyciągnięty z niebezpieczeństwa z pomocą magii Ezry leżał przez jakiś czas nieruchomo, patrząc w skalny sufit, którego nie musiał już podtrzymywać magią, nim podniósł się, żeby doprowadzić się do porządku. Kiedy wstał, okazało się, że jego szata jest częściowo rozerwana w niektórych miejscach, co sprawiło, że jego kości i wysuszone wnętrzności prześwitywały przez dziury, a miejscami ubranie obluzowało się, ukazując powabnie obojczyki, ręce i nogi. Gdyby nie mrok panujący wokół to jego towarzysz mógłby mu się przyjrzeć dokładniej, a tym samym mógłby sobie obrzydzić widok. Xelliks nie chcąc narazić się w tej chwili na żadne niegodziwe uczynki z czyjejś strony, na które nie wyraziłby zgody, chcąc zachować swoją wierność swojemu wybrankowi, postanowił szybko zająć się okrywaniem z powrotem swojego ponętnego ciała. Dopiero po opatuleniu się porządnie szatą i otrzepaniu resztek kurzu zdał sobie sprawę, że wszystko wokół niego ciemnieje i znowu jego wzrok opanowała ciemność. Zaczerpnąwszy ponownie nieco magicznej energii, zaczął otaczać pobliską powierzchnię swoim zaklęciem, które pozwalało mu „widzieć”. Dopiero po tej krótkiej niezręcznej ciszy, kiedy zajmował się sobą, zwrócił się do Ezry
        -W jak najlepszym porządku mój drogi kolego, który na pewno nie wykorzystałby bezbronnego lisza w takiej sytuacji – mówiąc to, poprawił jeszcze jeden i ostatni raz swoją szatę
        -A co do mojej normalności to nic się nie zmieniło od czasu kiedy spotkaliśmy się przy wejściu jaskini. Więc tak, jestem jak najbardziej normalny. A jeśli chodzi o Serkrety, to już ich nie widzę. - Po tych słowach na chwilę zamilkł i skupił się na swoim otoczeniu
        -Tak, jestem pewien, że już ich tu nie ma. Po zaznaniu smaku zemsty i po tym, że zagrożenie już minęło, musiały się gdzieś schować lub wyruszyły pewnie do swojego Klasztoru. A jeśli o nim mowa to masz rację, chyba musimy zawrócić do rozwidlenia i wybrać się inną odnogą tunelu. - Ruszył w stronę skąd przyszli, po czym zatrzymał się jeszcze raz, położył dłoń na ramieniu Ezry i spytał
        -A u ciebie wszystko w porządku? Zebrałeś wszystkie potrzebne notatki i szkice? Możemy jeszcze zaczekać, jeśli potrzebujesz czasu.

        Wracając do rozwidlenia, tym razem wybrali przejście, które nie było wypełnione świecącymi grzybami i pająkami. Idąc co raz dalej i dalej, raz w górę, później znowu w dół, co było spowodowane nieregularnością jaskini, Xelliks po dłuższej chwili znowu się odezwał
        -Hmm… znalezienie wyjścia z tej strony byłoby cudownym rozwiązaniem. Szczególnie że moja magia, którą posłużyłem się przy walce… No cóż. Po prostu powiedzmy, że mogłem tym sprawić, że wejście, którym weszliśmy, może już nie istnieć i jesteśmy pogrzebani żywcem. Nie ma co panikować oczywiście, toż to tylko mała niedogodność.
Lisz mówiąc to, miał na myśli, jak to dla NIEGO jest mała niedogodność w związku z tym, że nie potrzebował on ani powietrza do oddychania, ani żadnego pożywienia i mógłby on po prostu kruszyć skały swoją magią, tak długo aż wydostałby się z powrotem. Nie był również świadom tego, że Ezra przed wejściem do jaskini umocnił wejście właśnie na wypadek takiej sytuacji.
        -Ależ musisz być podekscytowany na myśl utknięcia w jednej ze swoich jaskiń. Będziesz miał co opisywać. „Ezra i Xelliks: pogrzebani (nie)żywcem” cóż to byłaby za książka. Myślę, że choć tytuł mało naukowy to jest szansa, że cieszyłby się większą popularnością niż zwykle. Co o tym sądzisz?
Awatar użytkownika
Ezra
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

To, co teraz działo się w jaskini sprawiło, że Ezra pochwalił sam siebie za to, co zrobił na samym początku. Dobrze, że zabezpieczył wejście do tego miejsca, bo teraz mogłoby stać się coś nieprzyjemnego, co skutecznie mogłoby go zablokować. Z drugiej strony, nie był przecież pewien, czy na pewno wracałby taką samą drogą – ale, przynajmniej nie będzie to zasypana jaskinia. Zostanie dość niebezpieczna, o czym na pewno napisze w swojej książce, tylko, że nie będzie musiał rezygnować z opisywania jej. Jego książki były przewodnikami, więc wolał, żeby opisywane w nim miejsca były dostępne, nawet jeżeli niektóre z nich tylko dla doświadczonych w eksplorowaniu jaskiń (i w walce).
Mężczyzna przyjrzał się całej sytuacji, szybko rozejrzał po komnacie, gdy już udało mu się odciągnąć Xelliksa od tych dziwnych robali. Był pewien, że żywiły się one mięsem i padliną… albo jedną – prawdopodobnie tą drugą – z tych rzeczy. W każdym razie, tam, gdzie teraz stali, byli bezpieczni przed aparatami gębowymi tych zwierząt. Dlatego mogli teraz odwrócić się i opuścić to pomieszczenie, aby wrócić do rozwidlenia i pójść dalej, ale innym korytarzem. Jego kompan był dziwny, tak, to akurat Ezra wiedział już wcześniej, ale z czasem przeczucie to wydawało mu się coraz większe i coraz bardziej pewne. Może przynajmniej minęło to, co sprawiało, że widział te całe serkrety. Cała ta współpraca powinna teraz pójść nieco lepiej, gdy nieumarły nie będzie widział czegoś, czego zwyczajnie tu nie ma.
         – W porządku. Mam wszystkie materiały, jakie do tego czasu chciałem zebrać w tej jaskini – odpowiedział po chwili. Poczekał, aż Xelliks będzie gotów do wyruszenia w drogę, a później poszedł razem z nim.

Wędrowali w ciszy, przez korytarz, w którym grzyby ustępowały miejsca ciemności, aż w końcu nie było już po nich żadnego śladu. Otaczały ich kamienne ściany. Sufit i podłoże w głównej mierze również powstało właśnie z tego surowca. Ezra znów zaczął widzieć wszystko w odcieniach czerni i szarości – i to nie ze względu na nagłe pogorszenie humoru! - działo się to dlatego, że oczy pozwalały mu na widzenie w ciemności, a wtedy, owszem, widział właściwie tak dobrze, jak w dzień, jednak jego oczy nie rejestrowały wtedy innych kolorów poza tymi dwoma. No, i może poza bielą, gdy coś było naprawdę, naprawdę jasne. I jednocześnie nie było też źródłem światła, które sprawiłoby, że jego oczy znów zaczęłyby dostrzegać więcej odcieni.
         – Będziemy mogli wyjść tędy, którędy tu weszliśmy – odparł po tym, jak nieumarły skończył mówić. Podzielił się z nim też pomysłem na tytuł dla całej książki, która miałaby opisywać to, co stało się w jaskini. Według Ezry, był to zbyt mały materiał na to, żeby napisać coś takiego. Zamierzał wspomnieć w swoim przewodniku o Xelliksie, ale to raczej przez to, że akurat tej jaskini nie zwiedzał w pojedynkę, więc czuł potrzebę wpisania tam imienia swego towarzysza i opisania go krótko.
         – Zabezpieczyłem i wzmocniłem wejście do jaskini – dodał jeszcze. Nie dziwiło go to, że lich o tym nie wiedział. W końcu spotkali się już w środku, więc w to miejsce przybył on wcześniej niż Ezra.
Trudność w podróży, choć niedużą, sprawiło to, że podłoże było nierówne na tyle, że raz musieli iść niemalże pod górę, aby za chwilę przemieszczać się po spadku, który na pewnych odcinkach groził nawet utratą równowagi, upadkiem i stoczeniem się aż do miejsca, w którym spadek taki się kończył.

Po jakimś czasie, do uszu ragarianina, dotarł – póki co – dość odległy odgłos spadających kropel wody. To mogło zwiastować kilka rzeczy, od podziemnych kałuż, które będzie bardzo łatwo ominąć, do takich samych jezior lub nawet całych strumieni albo rzek, z którymi byłby większy problem, jeśli okaże się, że nie da się przejść ich na około. Im dalej szli, tym wyraźniejszy wydawał się ten dźwięk, choć jednocześnie słyszeli go tylko czasami, jakby tylko raz na jakiś czas jakaś kropla wpadała do czegoś, co w istocie było dużą wielokrotnością ten pojedynczej, malutkiej ilości wody.
         – Słyszysz to? - zapytał, głównie dla pewności, gdy usłyszał moment, w którym kolejna zderzyła się z taflą wody o, jeszcze, nieokreślonej dla nich wielkości. Nie mieli też innej drogi, więc musieli iść przed siebie, czyli właśnie prosto w stronę odgłosu.
Kilkanaście kroków później, korytarz zaczął nagle się rozszerzać, aby w końcu stać się wielką komnatą. Nieregularnie umieszczone w niej kolumny niknęły czasem gdzieś wysoko, gdzie również znajdował się sufit. Co zaskakujące, w środku nie było ciemności, gdyż w suficie znajdowała się okrągła dziura z lekko popękanymi krawędziami, która z miejsca, w którym stali nie wydawała się duża. Wpadał przez nią snop światła – teraz słonecznego, a w nocy mogłoby to być światło księżyca – które padało dokładnie na sam środek podziemnego jeziora. Zbiornik wodny miał dobre sto pięćdziesiąt kroków wielkości, a przynajmniej oko Ezry podpowiadało mu właśnie to, a na jego środku znajdowało się kamienne podwyższenie, które wystawało ponad poziom wody i wyglądało jak niewielka, kamienna wysepka. Kamień ten nie był dłuższy niż trzy sążnie i podobnie wyglądało to z jego szerokością. Na samym jego środku znajdowało się za to coś, co z pewnością można było nazwać ołtarzem. Owszem, wykonany został on z kamienia, jednak w zupełnie innej barwie niż „wysepka”. Ten miał kolor jasnego brązu, niemalże podchodził pod pomarańcz – było to widoczne przez to, że światło padało dokładnie na niego. Co prawda, z tej odległości nie mógł dostrzec, czy są na nim wyryte jakieś znaki lub inne rzeczy, ale był pewien, że został on wykonany przez istotę rozumną. Same kolumny otaczające jezioro i kamień na jego środku sprawiały wrażenie niemych i nieruchomych strażników tego miejsca.
         – Ładnie tu – skomentował Ezra, gdy jego oczy dostrzegły już wszystko, co znajdowało się w tym pomieszczeniu.
         – Muszę to narysować i… mogę nawet umieścić na tym rysunku ciebie, jeśli staniesz przy brzegu jeziora lub przy nim usiądziesz – dodał po chwili. Dało się usłyszeć, że przez chwilę zastanawiał się nad tą propozycją, a nawet gdy już ją wypowiedział, to i tak nie był do końca pewien, czy jest tego pewien. W każdym razie, te słowa już padły i Xelliksowi zostawił to, co z tym zrobi.
Awatar użytkownika
Xelliks
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 51
Rejestracja: 9 lat temu
Rasa: Lich
Profesje: Alchemik , Mag , Badacz
Kontakt:

Post autor: Xelliks »

        Propozycja przekazana przez Xelliksa na temat tytułu książki, która mogłaby powstać na temat losów dwójki uczonych, została chyba źle odebrana, sądząc po braku reakcji ze strony Ezry. Ewidentnie było widać, że po tym, jak to usłyszał, stał chwilę w zamyśleniu i tak szybko, jak przyszły do niego te myśli tak szybko je od siebie odgonił w dalszej wędrówce przez jaskinię. Lich był zaskoczony pomysłowością ragarianina i tego, jak z wyprzedzeniem zabezpieczył wejście do jaskini. Oczywiście takie rozwiązania dla kogoś takiego jak on nie były potrzebne. W końcu jako chodzący szkielet nie potrzebował do życia dużo, a i pewnie ostatecznie z pomocą magi wykruszyłby sobie wyjście na powierzchnię. Tak czy siak, nic nie blokowało ich drogi powrotnej, jednak ciekawość na temat tego, co mogło kryć się głębiej, pchała ich dalej w odmęty jaskini.

        Xelliks mógł tylko zgadywać, że droga przed nimi zaczyna się trochę zmieniać i oddawać ewidentny zapach wilgoci. Jedyne, przez co mógł stwierdzić, że są blisko jakiegoś źródła wody to to, że ewidentnie słyszał odległe kapanie i dźwięk, jakby coś cichutko płynęło w otaczających ich skałach. Oczywiście fakt, że jego gładkie kości stopy poślizgnęły się na jakimś głazie, też były dobrą wskazówką.

        Gdzieś pomiędzy odgłosem kropel wody a bliskim spotkaniem ze skalną podłogą, Ezra zadał mu pytanie na temat wyraźnie słyszalnych dźwięków.
- Tak, ja również słyszę to echo kapania roznoszące się po jaskini. Czuję również, że tuż pod naszymi nogami delikatnie coś się przelewa. Mam pewne podejrzenia, na co możemy trafić, ale chodźmy to sprawdzić i przekonajmy się na własne oczy.
Niedługo po tych słowach ciemność ustąpiła, a towarzysze znaleźli się nad wielką, jak na te okoliczności, taflą wody. Widok, który wyłonił się z mroku dzięki otworowi w suficie, był bardzo interesujący. Xelliks był już pewien swoich przypuszczeń, lecz nim zdołał się podzielić tym, co chodziło mu aktualnie po głowie, Ezra zaproponował mu umieszczenie go na swoim rysunku.
Nieumarły z wielką przyjemnością się zgodził, przycupnął gdzieś nad brzegiem i w trakcie pozowania zaczął mówić o tym, o czym myślał wcześniej.
- Samą obecnością wody nie jestem zaskoczony. Nie wiem jak ty, ale ja podążałem tu wzdłuż rzeki Larr. Kiedy dotarłem do zbocza góry, rzeka zaczęła zanikać gdzieś wśród licznie rozrzuconych głazów. Dopiero po całodziennym poszukiwaniu udało mi się znaleźć wejście do tej jaskini. Nie wiedziałem wtedy jeszcze czy będzie to ze sobą jakoś połączone, ale myślę, że można założyć, że jest to przynajmniej jedno ze źródeł tej rzeki.

Lisz skończył pozować do rysunku i wstał. Chodził jeszcze chwilę wzdłuż linii brzegowej, przyglądając się ścianom jaskini i okazjonalnym naciekom skalnym lub innym kamiennym kolumnom. Nie widząc nic, co by go zainteresowało, w końcu zwrócił swój wzrok w stronę kamiennego ołtarza na środku wysepki spoczywającej na jeziorze. Przyglądał się jej przez chwilę z daleka, po czym po chwili wyciągnął swoją księgę, przewertował kilka kart, aż w końcu zatrzymał się na stronie, której potrzebował. Stanął na moment w ciszy, po czym nagle część kamieni z jego otoczenia, z brzegu, jak i z wody, powoli powędrowała przed niego i utworzyła most prowadzący na wyspę. Bez słowa ruszył przed siebie, żeby zbadać znajdującą się przed nim strukturę.

        Pomarańczowy głaz rzeczywiście przykuwał uwagę. Był inny od otaczających go skał i musiał zostać tu sprowadzony w jakimś konkretnym celu. Możliwe, że jego nowy towarzysz byłby w stanie rzucić trochę światła, na jakiego to materiału tu użyto. Jako że bryła ta przypominała kształtem ołtarz, to zaczął badać ją pod kątem magii. Na pierwszy rzut oka obiekt wydawał się całkowicie niemagiczny, jednak skupiając się na nim przez dłuższą chwilę, dał radę wyczuć strzępkowe ślady magii. Były one wyczuwalne w kilku miejscach na całej powierzchni ołtarza i co ciekawe w tych samych miejscach ewidentnie było widać delikatne zagłębienia. Kontemplował nad tym chwilę, po czym wstał i zawołał w stronę Ezry. Kiedy obaj mężczyźni już się spotkali, Xelliks zaczął opowiadać.
- Mój drogi przyjacielu mam dla ciebie szaloną teorię, która może ci się spodobać. Ewidentnie ta wyspa i to, co się na niej znajduje, nie wydają się naturalne. Ze względu na to sprawdziłem je pod kątem magii. Choć w pierwszej chwili nie udało mi się nic znaleźć, to przy mocniejszym skupieniu się odkryłem strzępki energii magicznej. Ołtarz ten zdecydowanie posiadał na sobie kiedyś jakieś runy, ale mogło to być wieki temu, nawet jeszcze przed moimi narodzinami. Przez panujące tu warunki runy przetarły się, aż całkiem zaniknęły, ujednolicając się ze skałą, w której zostały wyryte. To, że w ogóle pozostał po nich jakikolwiek ślad to prawdopodobnie kwestia zastosowania tutaj jakieś potężnej magii, co nie powinno nas dziwić, jako że znajdujemy się pomiędzy Twierdzą Czarodziejów a Klasztorem Mrocznych Serkretów. A to, czemu służyła ta magia, łączy się z moją teorią dla ciebie. Śmiem twierdzić, że to miejsce, w którym się właśnie znajdujemy to miejsce, w którym ukształtowano rzekę Larr. To jej pierwotne magiczne źródło.
Awatar użytkownika
Ezra
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Ragarianin
Profesje: Badacz , Mędrzec , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Ezra »

Czyli się nie przesłyszał, a zamknięte korytarze jaskini nie działały na niego negatywnie. Zdziwiłby się, gdyby tak było, naprawdę, bo przecież nie była to jego pierwsza wyprawa podziemna i tylko działanie magii mogłoby sprawić, że umysł zacząłby płatać mu figle.
         – Ja wcześniej uzyskałem informacje na temat okolic i mapy tej części kontynentu. Później po prostu szukałem wejścia do jaskini, które będzie dostępne i to nie tylko teraz, lecz później także. Nie chcę opisywać w swojej książce czegoś, co nie będzie dostępne w czasie, gdy zostanie już ona wydana – odparł po chwili. A to była dopiero pierwsza jaskinia, którą odwiedzał. Dlatego też to, że wzmocnił wejście pnączami, nie było tylko zabezpieczeniem wejścia do jaskini dla niego i jego towarzysza – było też zadbaniem o to, aby jak najdłużej było ono niezagruzowane.
         – Obecność wody mnie nie zaskakuje. Zdarza się w końcu, że w jaskiniach można znaleźć nie tylko mniejsze lub większe jeziora, lecz także cały systemy podziemnych rzek – dodał jeszcze. Natknął się nawet na taką kiedyś, co zresztą opisał w pierwszym przewodniku. Jaskinia tamta była też niezwykle piękna, z roślinnością bioluminescencyjną często rosnącej przy brzegach, przez to z kolei sama woda zdawała się też świecić przez to, że światło roślin odbijało się w niej. Poza tym, była ona też bezpieczna dla początkujących zwiedzających jaskinie. Ezra nie natknął się tam na żadne niebezpieczeństwa ze strony żyjących tam organizmów. Podłoże i sufit też były tam bezpieczne i nie groziły nagłym zawaleniem i albo zabraniem ze sobą podróżnika w otchłań, albo przysypaniem go niezliczoną ilością kamiennego gruzu.

Kolejne pomieszczenie, do którego trafili, zdecydowanie musiało mieć miejsce w jego przewodniku. Wielkie, pełne kolumn, ze zbiornikiem wodnym i tajemniczym ołtarzem na jego środku. Dodatkową tajemnicą będzie też tożsamości Xelliksa, którego Ezra postanowił umieścić na rysunku, jednak siedzącego tak, jak tamten usiadł – czyli zwróconego do niego tyłem, jakby kontemplującego coś nad brzegiem podziemnego jeziora. Ragarianin chciał też bliżej przyjrzeć się samemu ołtarzowi i również zrobić jego pamiątkowy szkic, choć nie miał jeszcze pewności czy na pewno umieści go w przewodniku. Dlatego, gdy upewnił się, że rysunek nie wymaga już poprawek, pozwolił sobie pójść za Xelliksem po kamiennym moście, który ten stworzył przy pomocy magii.
Gdy lich zaczął mówić o śladach energii magicznej na ołtarzu, Ezra spojrzał na kamień i sam też skupił się na tym, żeby wyczuć w nim magię. Nie, żeby nie ufał towarzyszowi, po prostu sam na własnej skórze chciał poczuć bijącą od ołtarza energię, nawet jeśli jest ona niewielka. I… faktycznie, wyczuwał coś w jego konkretnych punktach. Bez wątpienia był on używany kiedyś do odprawiania jakichś rytuałów, w czym udział na pewno brała też dziura wysoko w suficie, a raczej światło przez nią wpadające.
         – Jest to na pewno ciekawa teoria i przez to śmiem twierdzić, że możesz mieć rację – powiedział do towarzysza, jednocześnie zapisał sobie też najważniejsze punkty tej teorii. Mógłby umieścić ją w książce jako coś w rodzaju ciekawostki na temat tej konkretnej jaskini.
         – Nie jestem za to pewien, z jakiego materiału został wykonany sam ołtarz – odparł i w tym samym czasie przykucnął obok wspomnianej konstrukcji. Chciał mu się bliżej przyjrzeć. Nawet położył nań dłoń, którą chwilę później przesunął po powierzchni, chciał w ten sposób poczuć jego strukturę.
         – Na pierwszy rzut oka wygląda na kamień, ale jest bardzo gładki, wypolerowany wręcz. Poza tym, ma też niespotykany odcień. Nawet jakby miał w sobie miedź, to i tak nie byłaby ona rozłożona tak, żeby przykrywać pierwotny kolor kamienia. Wydaje mi się, że w procesie jego powstawania magia również brała udział – podzielił się w końcu swoimi spostrzeżeniami. Właściwie, nie dziwiło go to, że ostatecznie mogłoby okazać się, że ołtarz też nie powstał jako dzieło natury lub rąk ludzkich, a jako dzieło magii. To nadawało mu jeszcze większej aury mistycyzmu i tajemnicy, którą i tak już wokół siebie roztaczał.
         – Możemy zostać tu jeszcze na chwilę? Zdecydował się, że jednak narysuję ołtarz z bliska – powiedział. Co prawda, brzmiało to, jak pytanie, jednak jednocześnie ton głosu Ezry podpowiadał, że nawet jeżeli Xelliks będzie chciał iść dalej, to czeka go tymczasowa samotna wędrówka, bo on tu zostanie i zrobi to, co powiedział, że chce zrobić.

         – Jestem gotowy do drogi – odparł. Schował swój notes i przybory do rysowania z powrotem do torby. I tak miał do nich szybki dostęp, choć to można było powiedzieć o wszystkim, co znajdowało się w torbie, którą ze sobą nosił. Dlatego, że każda rzecz zawsze była w miejscu, w którym ją umieścił, a on zawsze umieszczał je w tym samych miejscach; w tych samych przegrodach.
A, żeby iść dalej, jeszcze głębiej, musieli najpierw zejść z wysepki i wrócić do „lasu” kolumn. Później przejść wzdłuż brzegu jeziora, aż na drugi koniec komnaty i dopiero tam mogli wejść w dość wąski korytarz. Wąski na tyle, że musieli iść jeden za drugim, w dodatku nie znajdowało się w nim nic, co byłoby warte uwagi. Zostało im po prostu iść przed siebie.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Szczyty Fellarionu”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości