ThenderionNa koszt państwa.

Thenderion zbudowany jest głównie z kamienia, więc domy są tu masywne i trwałe, ale ich wnętrza są zimne mimo dość ciepłego klimatu. Budynki mieszkalne mają zazwyczaj jedno lub dwa piętra, zaś budynki użyteczności publicznej są zwykle wyższe i bardziej rozległe jak np. gmach sądu. Okna masywniejszych budowli zdobią barwne witraże. W mieście znajduje się rezydencja króla Arina, sprawuję on głównie władzę nad miastem.
Awatar użytkownika
Ruu
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Łowca
Kontakt:

Na koszt państwa.

Post autor: Ruu »

        Thenderion. Miasto ludzi i krasnoludów. Czy w środkowej Alaranii istnieje lepsze miejsce na odnalezienie kosztowności oraz odpowiedniej jaskini? Rasą ludzką tak bardzo Ruu się nie sugerowała, ale te małe grubasy z wąsami zawsze otoczone są jakimś ustrojstwem i złotem. Cały garncami złota! Stosem mieniących się świecidełek... Oooo taaaak...
        Smoczyca oblizała wargi przemierzając ścieżkę w lesie, która prowadziła do potężnego królestwa. Miała tyle lat na karku a nie pamiętała by kiedykolwiek odwiedziła te okolicę... albo była tu i opluła kwasem połowę mieszkańców... albo ich zeżarła. Kobieta podrapała się po policzku w zamyśleniu. To nie miało teraz znaczenia! Bardzo chciała dotrzeć do krainy zamieszkałej przez krasnoludy. Miała już nawet plan, dostać się do ich kopalni, a najlepiej skarbca, a następnie zgarnąć wszystko dla siebie! Szczegóły planowała dopisać w trakcie zdarzeń. Jeszcze nie znała kultury tutejszych mieszkańców (lub jej nie pamiętała). Nie wiedziała, co im się podoba, co im smakuje... prócz piwa. Tym chyba żywią się te okrągłe knypki, piwem. Tak, jak ona złotem.
        Ruu wyobraziła sobie złoty kielich wysadzony kryształami. Wypełniony po brzegi naszyjnikami i wylewającymi się perłami... Wypiłaby wszystko naraz! A później łamałaby i smakowała się drogocennym pucharkiem...
        Smoczyca delikatnie się zgarbiła, jakby wabiła ją woń kryształów.
        - Mhmmmm... - mruknęła kusząco. Chciała dostać się tam jak najszybciej!
        Modły pradawnej wydawały się spełnić. Tuż za jej plecami zaskrzypiały koła. Ruu obróciła się i ujrzała zbliżający się wóz kupiecki.
        - Tak! - podskoczyła uradowana Rayruu machając dłonią w stronę woźnicy.
        To z pewnością był niebywały widok. Młoda, niezwykle piękna kobieta w środku lasu. Z początku mężczyzna nie był pewien czy powinien się zatrzymać, ale pełne nadziei spojrzenie pradawnej zdołało przekupić resztki niepewności. Wóz stanął, starszy gość spojrzał na uszatą. Bał się odezwać, lecz to nie był problem dla smoczycy. Ona śmiało przejęła inicjatywę.
        - Witajcie i wybaczcie, że przerywam spokojną podróż. Próbuję dostać się do tego wielkiego królestwa nieopodal, ale ciągle mylę ścieżki. Czeka tam na mnie pewien człowiek, szukałam go tyle lat panie... Mam nadzieję, że rozumiecie... - ostatnie słowa Ruu powiedziała bardzo cichutko i nieśmiało.
        - Doprawdy? Za miłością gonicie? - uśmiechnął się kupiec.
        - Och... - lekko speszyła się smoczyca. - Ja...
        - Nic nie mów. Rozumiem choć i dziw jestem, że elf i człowiek potrafią być razem... Nie oceniam, nie zrozumcie mnie źle. To po prostu szalone – uznał mężczyzna.
        - Być może, ale nie po to przebyłam szmat drogi, by teraz nie dotrzeć do... do...
        - Thenderion?
        - Tak! Nie umiem tak sprawnie władać wspólną mową... - wyznała Ruu. - Przybyłam aż z Szepczącego Lasu, nie mogę się teraz cofnąć! - zlękła się smoczyca.
        - Och, nie miałbym serca odmówić, lecz proszę usiądźcie z przodu.
        - Oczywiście! - podekscytowała się kobieta. - Jestem niezwykle wdzięczna! Tyle dla mnie robicie... Wynagrodzę to panu! Naprawdę! - zapewniała Ruu wspinając się na przód wozu w bardzo charakterystyczny dla siebie sposób – czyli jak najbardziej niezdarny i seksowny. Mężczyzna obracał wzrok, gdy lekki materiał opinał się na pośladkach domniemanej elfki. Onieśmielony nie spytał czy aby nie potrzebuje pomocy... jakoś tak nie potrafił.
        Rayruu usiadła na drewnianym siedzisku uśmiechając się pokrzepiająco do kupca.
        - To niezwykle miłe. Jesteście kupcem w Thenderion? Nawet pańskie konie są piękne! Ludzie tak potrafią zadbać o swoje zwierzęta...
        I tak miała rozpocząć się jej przygoda. Ruu zaczęła gadać, ale nie byle jak. Umiejętnie! Chciała się dowiedzieć czym handluje kupiec i... czy warto go okraść jeszcze przed bramą królestwa. Cóż, Ruu jeszcze nie wiedziała, jak jej kłamstwo jest bliskie prawdy. Szukała, owszem, może i nie z wielkim zapałem, ale z pewnością gdzieś przy okazji pewnego nemorianina. Niegdyś bogatego... lecz wciąż niezwykle przystojnego! I nie z powodu miłości, chyba, że uznać chęć dokonania zemsty za bardzo specyficzny rodzaj miłości. Będzie mu łamać kości, każdą po kolei, wyrywać mięśnie, kosztować jego ust, gdy będzie krwawił... a jeżeli cokolwiek mu zostało to oskubie go całkowicie z tych wszystkich sygnetów!
        Ech, jakie jednak są szanse znowu go spotkać?
Awatar użytkownika
Veryvin
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Rzemieślnik , Kupiec
Kontakt:

Post autor: Veryvin »

        Co go sprowadzało do Thenderionu? Oczywiście interesy, które w najbliższej okolicy jego domu rzadko kiedy są warte choćby zainteresowania się nimi. A tu? Kraj rubinami i winem płynący, gdzie właśnie to pierwsze najbardziej skusiło nemoriana do przybycia w te strony. Otóż właśnie miał stać się właścicielem jednej z kopalni, ponoć najbardziej, według założeń kilku jego znajomych geologów, obfitującej w złoża rubinów. Wiadomo w przetargu nie tylko on brał udział, gdyż cena była komicznie niska, ale konkurencją już zdążył się odpowiednio zająć i tak zmanipulował ich umysły, że zrezygnowali niemal po pierwszych trzech licytacjach. Teraz czekało go najtrudniejsze - przeżycie i załatwienie wszelkich formalności związanych ze swoim nowym nabytkiem. Stosy papierów do wypełnienia, a zwłaszcza do przejrzenia, czy nikt nie zamierza go podstępnie orżnąć, niemalże przyprawiały go o ból głowy oraz irytację, ale w ten sposób przynajmniej będzie miał tanią i jedynie na wyłączność dostawę rubinów, z których będzie mógł tworzyć na sprzedaż swoje precjoza, przez niektórych uważane już za dzieła sztuki. Czego się nie robi dla pieniędzy?

        A przynajmniej to był jeden z głównych powodów tak znacznego oddalenia się Veryvina od swojej rezydencji w Efne. Demon chciał się zaznajomić z krasnoludzkimi wynalazkami, może byłoby coś pomocnego w ubiciu smoka, a także znaleźć kogoś, kto pomógłby mu w schwytaniu tej łuskowatej poczwary. Wiadomo jednak, że tylko on będzie miał zaszczyt wyrwania ostatniego tchnienia jaszczurzej pokrace, która śmiała go oszukać i zrabować cały jego majątek ze skarbca. Jeśli zakupiona kopalnia i wydobywane w niej rubiny, miałby mu w tym pomóc, był bardziej niż gotów poświęcić tyle tych kamieni szlachetnych ile będzie trzeba, aby zwabić do siebie smoczycę. A nóż przez przypadek udławiłaby się kawałkiem jak ziarenko piasku i... O nie! To on własnoręcznie miał pozbawić ją życia, nie jakiś przypadek i złośliwość losu! Chciał się skąpać w jej krwi!
        - Wszystko w porządku, markizie? - zapytał przygarbiony, starszy krasnolud w urzędowym fraku, siedzący po drugiej stronie biurka zawalonego podpisywanymi przez Veryvina dokumentami.
        - Tak sądzę... Nie widzę tu nic podejrzanego - mruknął ze znudzeniem demon w odpowiedzi, podrapał pod brodą towarzyszącą mu tygrysicę i złożył podpis na czytanym przez siebie arkuszu.
        - Z całym szacunkiem panie, ale jak markiz może nas podej... - Urzędnik zamilkł nagle przełykając z obawą ślinę, gdy wbiły się w niego jadowicie zielone oczy.
        - Jeśli to wszystko...
        - Oczywiście, jednakże...
        - Do widzenia panu - rzucił ze znudzeniem, dając jednoznacznie do zrozumienia, że to spotkanie dobiegło już końca, na co starzec, czy chciał czy nie musiał przystać. Zwłaszcza, że Veryvin był już niemal w połowie drogi do wyjścia z gabinetu.
        - Proszę uważać w tej kopalni! Podobno zamieszkuje ją jakaś bestia! - krzyknął do pleców markiza nim ten całkowicie zniknął za ciężkimi drzwiami.
        - Jeśli smok to lepiej dla mnie, zwłaszcza jeśli to będzie TA smoczyca - powiedział cicho sam do siebie, a Tigra podniosła na niego pytające spojrzenie, idąc cały czas przy jego nodze. Zaraz jednak zamruczała z przyjemnością, kiedy nemorianin obdarzył ją czułą pieszczotą w postaci podrapania za uchem. - Wypadałoby odpocząć i dowiedzieć się nieco o tej całej "bestii".

        Westchnął ze zmęczeniem, wietrząc kolejny ubytek swoich i tak mizernych środków finansowych, ale nie miał innego wyboru. W życiu nie było nic za darmo, nawet plotki, które jeśli okażą się prawdziwe, będzie musiał nająć do roboty kilku najemników, coby się pozbyli domniemanego stwora z JEGO kopalni. Dopiero po tym przystąpi do szukania pracowników do wydobywania i dostarczania dla niego rubinów. Należałoby się z tym pospieszyć zanim ceny pójdą w górę. Jeszcze się zdarzy, że znów zostanie okradziony i co wtedy? Utknie na zawsze w Thenderionie bez grosza przy duszy, jedynie z jakąś tam kopalnią, z której i tak nie będzie mógł już nic wydobyć. Nie mógł na to pozwolić.
Awatar użytkownika
Ruu
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Łowca
Kontakt:

Post autor: Ruu »

        Ruu dotarła do kamiennego grodu krasnoludów. Słońce obejmowało ostre ramy gór ciepłą barwą żółci i pomarańczu. Miasto było cudowne i żywe, a istoty tu chodzące interesujące. Smoczyca chętnie rozmawiała z mieszkańcami, przemierzała najbardziej tłoczne miejsca, by zdobyć odrobinę pożywienia w postaci monet, sygnetów czy naszyjników. Tego dnia skromnie posiłkowała się ozdobami, ale oczekiwała czegoś więcej. Marne miedziane ozdoby przetrawiła w przeciągu godziny, na dłuższy czas to zdecydowanie jej nie wystarczy, szczególnie, że i tak w ciągu ostatnich minionych tygodni jadła bardzo skromnie. Wiedziała jednak, że jest to królestwo krasnoludów, to oznacza, że są tu kopalnie, a kopalnie to duża ilość żarcia!
        Musiała się tylko dowiedzieć gdzie, co i jak, a czy istnieje lepsze miejsce od karczmy?
        Pradawna wyszykowała się na wyjście, nie ma co! Umyła wcześniej włosy nad strumykiem, a za ładne oczy otrzymała od zielarki jakiś specyfik do nich, który miał za zadanie je wygładzić. Faktycznie, układały się tak jakoś lepiej. Wypsikała się perfumami, które ktoś oferował na targowisku, poprawiła spódnicę z rozcięciami na bokach, ukradła ze sznurka kobiecy, czerwony płaszczyk z satynowym wykończeniem. Ładnie połyskiwał, gdy powstawały zagłębienia i uwypuklenia podczas jej ruchów. Krótko mówiąc – wyglądała i czuła się bosko.
        Kapturek naciągnęła do połowy głowy, by zielone kosmyki kontrastowały z czerwoną barwą materiału. Miała nadzieję, że wcześniej tu nie bywała, ale w razie czego mogła szybko zaciągnąć kaptur na głowę i skryć pod nim swoje oblicze. Wchodząc w towarzystwo szybko się dostosowała, chociaż głośne bekanie, i to niemalże w jej twarz, trochę jej przeszkadzało, mimo to nie komentowała zachowań niskich, opasłych gości. Starała się im zaimponować kobiecością i pewnością siebie, opowiadała o miłości, która podobno przebywa na tych terenach oraz piła co tylko jej podali. Wbrew pozorom zdobyła szacunek tutejszych zawziętością, bo przecież nawet i krasnoludy potrafią przytaknąć na romantyczną historię o przebyciu połowy Alaranii za ukochanym. Jednak Ruu nie skupiała się na sobie, a na swych towarzyszach oraz na klientach karczmy. Jej wzrok spoczywał na rozmówcy, ale uszy miała niemalże przyklejone do ściany... tylko do momentu, gdy na twarzy pradawnej w końcu pojawiły się rumiane policzki. Humor zaczął jej dopisywać pod wpływem procentów, a trochę kufli tej nocy musiała wypić by coś na nią zadziałało. Rozbawiona, ale zmęczona wieczorem usiadła na wysokim krzesełku obracając się w stronę ściany i podpierając łokcie na wąskiej ladzie, tuż przy oknie. Smoczyca westchnęła i zaciągnęła kaptur na głowę sącząc ze znudzeniem wino. Niczego się nie dowiedziała! Prócz tego jak bekać.
        - Słyszałeś, jakiś szaleniec wykupił te kopalnię nieopodal Korestor!
        - Doprawdy? - zdziwił się rozmówca.
        - Cii! - skarcił go pierwszy.
        - Ale... jak to? - wyszeptał drugi.
        - Chyba nie wiedział, jak podpisywał umowę. Albo idiota jakiś. Nietutejszy pewnie, ktoś to musiał w końcu kupić.
        - Niby tak... Ale on wie o tej bestii tam grasującej? Jak chce się jej pozbyć?
        - A bo ja wiem?
        „Bestia?”, pomyślała smoczyca prostując sylwetkę. „W kopalni?!”, wzburzyła się marszcząc brwi i składając usta w dzióbek. „Z moimi skarbami?!”, Ruu uderzyła ręką w blat. Nie może być!
        - Paliłaś kiedyś? - spytał Owo, krasnolud, z którym chwilę temu piła przy barze wraz z jego znajomymi.
        - Huh? - pradawna spojrzała na ręce krasnoluda. W dłoniach trzymał pięknie rzeźbioną fajkę, którą już zdołał nabić tytoniem.
        - Fajkę – wyjaśnił. - Młodo wyglądasz. Nie wydaje się byś próbowała takich rzeczy, ale jeszcze ledwo po zachodzie słońca nie sądziłem, że jesteś w stanie tyle wypić. Więc?
        - Nie... Nie wiem czy powinnam – wyjaśniła Rayruu.
        - Zapomniałem, elfy takiej mocnej głowy nie mają! - roześmiał się Owo.
        - Ale za to ładnie rzeźbią. – Ruu tknęła krasnoluda w nos, jakby chciała bronic swoich.
        - No chodź! Nie daj się namawiać!
        Ruu niepewnie zsunęła się z siedziska i podążyła za Owo. Dym, tytoń... Czy to mogło jej zaszkodzić? Raczej nie bardzo. Miała nozdrza odporne na dym, nie dusiła się, ale kto wie, co oni tam palą.
        Rozmowa na nowo się rozkręciła. Towarzystwo śmiało się głośno, a tytoń pozostawiał niesmak na języku. Smoczyca grała doskonale uszatą elfkę. Czekała aż nosy krasnoludów staną się wystarczające czerwone, by w końcu mogła zapytać.
        - O co chodzi z tą kopalnią, nieopodal Korestor?
        Towarzysze spojrzeli wielkimi oczami na zielonowłosą „elfkę”.
        - Łeee... Nie pytaj.
        - Muszę! - Niemalże krzyknęła i tłum na krótką chwilę ucichł, lecz ciekawskie spojrzenia rozeszły się po uniesieniu kufli przez krasnoludy.
        - Muszę – powtórzyła cichuteńko do Owo. - Bo mój ukochany... On opowiadał o Korestor. Jeżeli pracuje akurat w TEJ kopalni! - pisnęła Ruu obgryzając paznokcie.
        - Meh... Nic ci więcej na ten temat nie umiem powiedzieć – bąknął krasnolud od niechcenia. - A ten ukochany? Jak się nazywa? Może wypytam o niego. Chętnie pomogę ci go odnaleźć.
        - Ehm... - zdziwiła się pradawna. - Veryvin. Nazywa się Veryvin – rzuciła luźno, choć w głowie gotowała się na myśl o nemorianinie. To przez niego jest taka słaba! I taka głodna.
Awatar użytkownika
Veryvin
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Rzemieślnik , Kupiec
Kontakt:

Post autor: Veryvin »

        Spacer ulicami miasta, a raczej wypytywanie napotkanych mieszkańców na temat bestii mieszkającej w JEGO kopalni. Obecnie nawet nie mógł myśleć o szukaniu do niej pracowników, gdyż zdawało się, że wszyscy wolą trzymać się jak najdalej od tego miejsca, a przede wszystkim całkowicie o nim zapomnieć. Tigrę powoli zaczynała męczyć ta niekończąca się wędrówka brukowaną drogą między krasnoludzkimi schronieniami i coraz częściej ziewała senna i znudzona. Markiz również z każdą kolejną osobą i brakiem jakichkolwiek interesujących go informacji irytował się coraz bardziej, nie lubił podejmować działań, które nie przynosiły mu żadnych efektów, a obecne wydawały się jedynie stratą czasu. Dobrze, że w pewnym momencie postanowił magią ukradkiem zmieniać kamienie w coś co do złudzenia przypominało srebrne orły, inaczej nie miałby po godzinie już nawet złamanego miedziaka. Okrutny los znów postanowił sobie z niego zakpić, jeszcze dobitniej udowadniając mu, że czego by demon nie robił, w bezkrwawej walce z kapryśnymi siłami wyższymi nigdy nie wygra. Choć nie powinien się teraz czuć aż tak żałośnie pokonany, w końcu obecna sytuacja była praktycznie niczym w porównaniu z oszukaniem go przez smoczycę i zakoszeniu przez nią jego całego skarbca, ale sam fakt, że znów miał jedynie pod górkę wystarczył, by wprowadzić markiza w ten ponury nastrój. Tygrysica próbowała jak tylko mogła pocieszyć swojego pana, łasząc się do niego i mrucząc głośno, jednakże nic to nie dało i wróciła za ostatecznie zrezygnowanym Veryvinem do jednej z najlepszych karczm w mieście, gdzie za nie duże pieniądze mieli wynajęty przytulny i nawet dość elegancki pokój na najbliższy tydzień, z racji tego, że demon musiał oszczędzać swoje niemal ostatnie pieniądze i nie mógł sobie pozwolić zbyt długo przebywać poza Efne, w końcu musiał nadzorować pracę innych swoich inwestycji, a przede wszystkim samemu się nią zająć, tworząc i sprzedając coraz to bardziej unikatowe, eleganckie i wyszukane świecidełka. W końcu to one były dla niego pierwszym i głównym źródłem dochodów oraz dorobienia się niemałej fortuny (choć tej obecnie już nie miał).

        Po wejściu do przybytku nie uraczył nikogo spojrzeniem, a co dopiero słowem, ukrywając zniesmaczony grymas pod maską obojętności. Nie pierwszy raz był w krasnoludzkim mieście, jednakże brak jakichkolwiek manier widoczny u znacznej większości mieszkańców oraz prostackie, o ile nie po prostu świńskie, zachowania wciąż były dla niego odrażające. Gdyby priorytetem nie były jego interesy i odzyskanie swojego majątku, w ogóle by nie nawiązywał najmniejszych kontaktów z tymi krępymi ludzikami. Najchętniej trzymałby się od nich jak najdalej w obawie, że zarazi się ich chamstwem i prostactwem.
        - Panie, jakaś młoda elfka... - odezwał jakiś niepozorny, młody krasnoludzki chłopak, któremu jeszcze nie zaczęła rosnąć bujna broda, najpewniej pachołek szlachcica.
        - Nie ma mnie, chyba że wie coś na temat Bestii spod Korestor - przerwał mu rozdrażniony i zmęczony dniem nemorianin. Zdawać by się mogło, że we krwi miał ucinanie wypowiedzi innych jeśli wydawała mu się jedynie zbędnym i nieinteresującym potokiem przypadkowo zlepionych słów.
        - Panie... Ona twierdzi, że jesteś... - nie miał zamiaru się poddać, nawet gdy towarzysząca markizowi tygrysica zaczęła warczeć na natrętnego sługę - ... jej ukochanym. - Dokończył, ale on już nie słuchał, znikając u szczytu schodów za rogiem. Chłopak westchnął ciężko i zrezygnowany zeskoczył z trzech początkowych stopni po czym wrócił do swojego kufla i opuszczonych towarzyszy.

        W zaciszu wynajmowanej alkowy Verywin oddał się ostatnim analizom i przemyśleniom odnośnie swojej najnowszej inwestycji i panoszącego się tam problemu, o którym wszyscy bali się wspominać. Według kilku najemników odpoczywających w tym mieście od swoich wypraw i szukających nowych zleceń, w kopalni najpewniej zadomowiło się jakieś smoczydło, które owszem mogliby ubić, ale za opłatą (i to aż nazbyt wysoką jak za takie zlecenie) z góry. Nie pierwszy raz nemorianin spotkał się z takimi mięśniakami chcącymi zgrywać cwańszych niż pozwalały im na to ich ptasie móżdżki, wiedział, że po "wynajęciu" ich i opłaceniu, obudziłby się na następny dzień w jakiejś uliczce z guzem niemal takim jak głowa, albo w ogóle nie otworzyłby już oczu, a o nich i jego pieniądzach ślad by zaginął, nawet nie racząc wykonać podjętego zlecenia. Poza tym gdyby to był smok, mieszkańcy nie baliby się o nim mówić. Fakt, wciąż nikt nie zapuszczałby się w okolice kopalni by go nie niepokoić, ale przecież taka istota zdawała się być największą atrakcją i prawdziwą perełką w najbliższej okolicy, zwłaszcza, że te gadziny nie były już tak często widywane w swoich naturalnych środowiskach i postaciach, poddając się postępowi cywilizacyjnemu i po prostu osiedlając się w miastach oraz żyjąc jak zwykli ludzie. Po drugie nawet jeśli, to już niemal w ogóle nie słyszało się o agresywnych smokach napadających osady i pożerających ludzi, a w obawie właśnie przed łowcami wybierały miejsca raczej trudno dostępne, a co za tym idzie bezpieczne - kopalnia taka nie była, nie ważne, z której strony spojrzeć. Może w okolicy się zadomowił po prostu jakiś gryf? Chociaż raczej nie trudno rozpoznać gryfa, nawet w półmrokach jaskini, poza tym raczej wybierają zbocza gór, albo bawet szczyty, nie zawalające się kopalnie, gdzie pełno wąskich i zawiłych przejść, które potrafią być prawdziwym labiryntem... A może mieszka tam coś bliższego ludziom i nie koniecznie ze względu na urodzajne złoża rubinów, a właśnie przez niekończące się korytarze i panujące tam niemal piekielne ciemności? Markiz czuł, że rozwiązanie zagadki znajduje się już na wyciągnięcie ręki, nawet jeśli wciąż nie mógł go nazwać ani do końca zidentyfikować. Postanowił, że z samego rana zbierze kilku przygłupów, którzy bez większego sprzeciwu wejdą do kopalni i potwierdzą bądź zaprzeczą jego podejrzeniom. Jeśli nie wrócą, cóż... Znajdzie jakiś innych, aż nie dowie się wszystkiego. O! I to był genialny plan.
Awatar użytkownika
Ruu
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Łowca
Kontakt:

Post autor: Ruu »

        Świat powoli stawał się nieco niemrawy w oczach Ruu. Smoczyca mocno zaciągnęła się fajką, przechylając ciało ku tyłowi, jakby leżała na czerwonej kanapie i była otoczona złotem czy też drogocennymi świecidełkami. Jej nogi nabrały długości, gdy zarzuciła jedną na drugą, a skromna spódnica odkrywała ich sporą część. Nonszalancko i nieco nieprzytomnie wypuściła dym z ust. Robiła to bardzo delikatnie i w subtelny sposób składała usta w dzióbek. Ponownie wetknęła między wargi fajkę i zaciągnęła się drugi raz, patrząc na rozpływający się w karczmie szary obłok. Rozszedł się on na boki, ujawniając schody prowadzące do pokoi na wynajem. W tedy właśnie zauważyła mężczyznę, którego znała aż nazbyt doskonale.
        Oczy Ruu stały się okrągłe i wielkie, a jej twarz zanurzyła się w szarym dymie. „To niemożliwe...”, pomyślała mimowolnie. Wściekłość kobiety nagle osiągnęła apogeum. Nabierając wdech zapomniała, że wciąż rozpala tytoń w fajce i już po chwili zakaszlała dławiąc się używką. Smoczyca pochyliła się nisko łapiąc oddech, krasnoludy w jej towarzystwie zaczęły się śmiać, a Owo z niedosłyszalnymi żartami klepał „elfkę” po plecach, by czasem dusza dziewczyny nie zaszła do krainy zmarłych. Echo rozmów stało się rozmyte, zapłakane oczy oraz wylatujący dym z nosa nie przeszkadzały smoczycy wpatrywać się w jedno miejsce. Rozpoznałaby go z odległości kilku sążni, jego sposób chodzenia, poruszania się... Oślepiona rozpoznałaby jego głos czy też zapach, a teraz kroczył, jakby w zwolnionym tempie po schodach do pokoju. Chciała wierzyć w omamy, pragnęła uszczypnąć go w nos, a po usłyszeniu jego głosu od razu wzięłaby się za najokrutniejsze tortury i zabójstwo w swoim życiu. Przeciągałaby każdą chwilę jego krwawienia do maksimum, wykorzystałaby każdą sekundę jego świadomości, aby pamiętał wyłącznie cierpienie, błagałby ją o śmierć, a ona podarowałaby mu jeszcze trochę życia, by móc zabijać go na nowo. W końcu by oszalał, ale nim chwyciłby za sztylet, aby się zabić, ona wyrwałaby mu serce. Tak. Taki był pierwszy plan.
        Ale teraz ciężka głowa Ruu opadła na ladę, oparła czoło o przedramię, a czerwony kaptur zakrył zielone włosy smoczycy.
        - Co on tu robi...? - jęknęła Ruu.
        - Och, nie przejmuj się tak bardzo. Twój ukochany z pewnością jest cały i zdrowy – pocieszał ją Owo, lecz ich głosy niknęły gdzieś w głośnym gwarze karczmy.
        - No właśnie... - bąknęła do siebie pod nosem.

        Czy to naprawdę on? Tego pytania nie zadawała sobie Rayruu. Pamiętała go doskonale. Wiedziała gdzie ma pieprzyk na swoim ciele, jakie ma paznokcie u stóp, dotykała jego ciała już tyle razy... A twarz... Tej twarzy nie da się zapomnieć. Jadowicie zielone oczy, ostre kanty brody i ten przeklęty kapelusz na jego łbie. Najpierw zacznie od zniszczenia tego kapelusza. Tylko... chwilę odpocznie.


        Ruu obudziła się na czyimś dachu. Słońce powoli ogrzewało jej ciało. Nie za bardzo pamiętała końca tej jakże ekscytującej nocy, ale chyba chciała dokonać tak doskonałej zemsty, że postanowiła się na chwilę zdrzemnąć. I oto jest. Ruu zmrużyła oczy. Na pewno go widziała, na pewno! Ale po co go było zabijać, gdy myślami odlatywała zupełnie gdzie indziej? Chciała pamiętać to ich ostatnie spotkanie, lecz najpierw musiała się dowiedzieć co tutaj robi, czego szuka. Nie chciała prostej zemsty. Nie widziała zabawy w tym, by go spotkać i utłuc, chciała się jeszcze odrobinę zabawić, tak by cierpiał nie tylko fizycznie, ale psychicznie.
        Smoczyca zaciągnęła kaptur na głowę i postanowiła nie zrobić nic innego, jak go śledzić i podsłuchiwać. Tylko musiała trzymać się na dystans, żeby ten przerośnięty kocur jej nie wyczuł!
        Ruu wciąż chowała się na dachach, uważnie obserwując oberżę. Doglądała ją z każdej strony, jakby się bała, że zaraz straci go z oczu i ucieknie oknem. Przecież jej nie widział! Agh, Rayruu pacnęła się otwarta dłonią w czoło. "Skup się dziewczyno!"
        Miała wielką ochotę przemienić się w hybrydę i bujać ogonem niczym przyczajona tygrysica. Była tak podekscytowana nadchodzącą zemstą!
Awatar użytkownika
Veryvin
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Rzemieślnik , Kupiec
Kontakt:

Post autor: Veryvin »

        Ze swojego zamyślenia wyrwał go niepewny pomruk Tigry, na którą zaraz spojrzał i podrapał za uchem, jak tylko się do niego zbliżyła. Miał oparcie i prawdziwe godne towarzystwo tylko w niej, gdy wokół było tylu idiotów. Choć nie powinien raczej na to narzekać, skoro ćwierćinteligentów łatwiej oszukać i zmanipulować na swoją korzyść. Zamiast zastanawiać się co oblega jego kopalnie, powinien raczej skupić się na tym, jak znaleźć ochotników tego ciemnego narodu, którzy bez wahania pójdą sprawdzić co się tam zalęgło. Jak już zdążył się przekonać, na "zawodowych" najemników nie miał co liczyć, bo głupsze to to od tutejszych górników, a bardziej cwane i łase na pieniądze chyba od smoka. Musiał to dokładnie przemyśleć i zaplanować, nie mówiąc już o wdrożeniu w życie i to nawet w miarę najszybciej jak się da. Zaplanowany przez niego pobyt w tym mieście za kilka dni dobiegnie końca, a on, choć z papierem świadczącym o tym, że kopalnia jest jego własnością, był nadal w czarnej rzyci i praktycznie nie zrobił nic. A przecież najważniejszym było zatrudnienie do niej pracowników, którzy wydobywali by dla niego rubiny i zorganizowanie najlepszego transportu, obarczonego najmniejszym ryzykiem związanym z napadami rabusiów i innymi zdarzeniami losowymi, ku uciesze złośliwego losu. Ten mógłby już zostawić w spokoju biednego nemorianina, z naciskiem na BIEDNEGO.

        Znów do rzeczywistości przywróciła go kocica, która tym razem zamiauczała z boleścią i po chwili prychnęła na swojego pana z niezadowoleniem, gdy ten w swoim wzburzeniu zapomniał o głaskanej przez siebie tygrysicy i ciut za mocno szarpnął ją za futro i ucho.
        - Wybacz. - Zrehabilitował się i pogładził ją już delikatniej, lecz ta nie miała już ochoty na pieszczoty. Odeszła obrażona na rozłożone dla siebie futro z jagnięcej skóry na ziemi w nogach łóżka i położyła się odwrócona do niego grzbietem. Demon przyglądał jej się przez chwilę i pokręcił głową podirytowany jej humorami, które przypominały mu kogoś, kogo z przyjemnością zadusiłby gołymi rękami, jakby tylko spotkał. Westchnął cicho i poszedł do łaźni znajdującej się w drugim pomieszczeniu, graniczącym z jego "apartamentem". Musiał się wykąpać po całym dniu pracy, nawet jeśli była to praca w głównej mierze umysłowa, ale przecież miał styczność z pospólstwem. Osoba jego pokroju i urodzenia musiała się przecież godnie prezentować, bez tego ciężko mu będzie zyskać posłuch cymbałów, dla których, jak uważał, arystokraci mający możliwość zapewnienia im pracy byli dla nich bogami.

        Oddając się kojącej kąpieli z pachnącymi, dobrze wpływającymi na skórę i włosy olejkami, nie mógł całkowicie zapomnieć o obecnej przeszkodzie stojącej mu na drodze. Przede wszystkim nie wiedział, jak przebić się przez wyssane z palca plotki, o jakiejś bestii nie z tego świata, panoszącej się po kopalni, które zatruwały również umysły przejezdnych i napawały ich serca strachem przed tym miejscem. Wątpił by szybko się to zmieniło, szczególnie do momentu aż ktoś nie pozbędzie się tej zarazy i nie pokaże tutejszym debilom, że można już tam bez obaw pracować...

        W jednej chwili wyskoczył z wody jak oparzony, nie wycierając się, błyskawicznie przywdział na siebie swoje odzienie, płaszcz, buty i kapelusz, zbudził Tigrę i jeszcze szybciej niż się ubrał, wybiegł z pokoju. Nie zapomniał jednak o zamknięciu go na klucz po swoim wyjściu, nie był jeszcze na tyle głupi by narazić swoje ostatnie pieniądze i ważne dokumenty na brudne łapy jakiś thenderiończyków. Biegnąc przez miasto potrącił jakąś niezbyt kontaktującą ze światem dziewczynę w czerwonej pelerynie i rzucając za nią tylko: "Patrz jak leziesz".
        Zniknął między budynkami, a po niedługiej chwili opuszczał miasto i gnał, jak opętany w stronę swojej kopalni. Tygrysica była zaniepokojona tym gwałtownym zachowaniem swojego pana i co rusz starała się dowiedzieć chociaż części tego o co chodzi, wydając z siebie serię cichych, krótkich ryków i pomruków, lecz nic to nie dało. Przynajmniej na razie, gdyż Veryvin wyjaśnił jej wszystko jak znaleźli się już na miejscu, albo raczej prawie na miejscu, bo demon nie był idiotą by samemu, bez żadnej ochrony pchać się do pieczary jakiejś maszkary na niechybną śmierć.
        - Ufasz mi, prawda? - zapytał zdyszany łagodnym tonem i pogładził czule kocice po głowie. Ta widząc przebłyski czegoś szalonego w jego oczach niepewnie pokiwała głową, acz w jej ślepiach widać było strach.
        - Więc się nie bój i rób co mówię - polecił i przystąpił do działania.

        Do miasta wrócił dopiero nad ranem, a o jego zbliżającej się postaci zawiadamiały krzyki mieszkańców, jeszcze długo przed tym jak inni go faktycznie zobaczyli. Ranny i sponiewierany, ledwo trzymając się na własnych nogach, ciągnął za sobą na ćwiekowanym łańcuchu ryczące wściekle i z boleści stworzenie, któremu ów łańcuch wżynał się w skórę i ranił potwornie. Miało ciasno przywiązane do tułowia ogon skorpiona i nietoperzowe skrzydła, łapy spętane tak, by mogło iść, ale nie miało możliwości zaatakowania swoimi pazurami, a pysk otaczał fragment porządnej, zaklętej liny, która od razu raziła mantykorę prądem jak tylko ta otwierała swoją paszczę. Bestia wyglądała jakby była u kresu swoich sił i obficie krwawiła z licznych ran na swoim ciele. Markiz chciał wszystkim ogłosić dobrą nowinę i na własne oczy udowodnić, że Bestia z Korestor już nie będzie ich nękać, w tym właśnie celu udał się z potworem na główny rynek, potrzebował publiki do swojego przedstawienia, a im liczniejsza tym lepiej, nie będzie musiał powtarzać i narażać się na ryzyko powstania jakiś kolejnych niestworzonych historii.
        Na miejscu opowiedział kwieciście o swoich zmaganiach ze szkaradą, kilka razy udając, że otrzymane rany zaraz pozbawią go całkowicie sił i przytomności, przejęci tym mieszkańcy proponowali mu pomoc i wołali medyka, lecz on odmawiał wyjaśniając, że odpocznie jak dokończy tę sprawę i raz na zawsze zniszczy koszmary nękające tutejszych mieszkańców odnośnie zamieszkałej jeszcze do niedawna przez tego potwora kopalni. Dzieci patrzyły na niego jak na największego na świecie bohatera, kobiety na przemian wzdychały do niego i opłakiwały jego stan - "Był takim pięknym mężczyzną". Mężczyźni natomiast byli zdumieni, pełni podziwu, szacunku, a także zazdrości, jak również wstydu, że jakiś paniczyk pozbył się ich miejskiego potwora, a nie oni. Byli przez to wściekli. Ktoś z tłumu nazwał go szarlatanem, ale jacyś "patrioci" się zajęli tym osobnikiem i był już spokój. Veryvin jednak zrobił zbolałą minę, jakby naprawdę się przejął tym mianem, pasującym do niego aż nazbyt dobrze i poprosił kogoś z "widowni" o miecz. Gdy go otrzymał, obciął jednym machnięciem szkaradzie głowę i rzucił ją tłumowi na dowód, że nie są to żadne jarmarczne sztuczki.
        Bestia z każdą kroplą krwi tryskającej na zebranych, zaczęła zmieniać się w kamień, a on z uniwersyteckim znawstwem wyjaśnił ciemnocie jedynie, że każda bestia tego rodzaju zawsze po zabiciu zamieni się w kamień. Wśród pospólstwa rozgorzała walka o kamienną głowę mantykory, a raczej zwykły głaz ukształtowany magią na podobieństwo łba przerośniętego lwa. Markiz niby próbował zażegnać ten spór, ale w duchu się śmiał z głupoty tutejszych ludzi. "Poobcinał" od truchła jeszcze kilka fragmentów ciała, a gdy na placu zapanował istny chaos, zabrał resztę truchła do najbliższego zaułka, gdzie zdjął z siebie i z Tigry iluzję. Tygrysicy nawet włosek z głowy nie spadł i czuła się wyśmienicie jak jej pan, prócz tego, że była strasznie senna po nieprzespanej nocy. Miała być ruszającym się modelem mantykory i tak też było, nikt by przecież nie uwierzył gdyby od razu przyniósł martwe stworzenie, a do tego targanie taki kawał kamienia nie byłoby lekkim zadaniem.
        - Zasłużyłaś na odpoczynek - pochwalił ją i pogładził po głowie. Strzepnął kurz ze swojego ramienia i poprawił płaszcz, po czym bocznymi uliczkami wrócił do opustoszałej karczmy, nie wiedząc, że znienawidzona przez niego smoczyca obserwuje jego nadejście, choć zapewne spodziewała się raczej jego wyjścia, a nie powrotu.

        W pokoju postanowił chwilę odpocząć, w końcu zużył ogromne pokłady magicznej energii, a po tym miał w planach zorganizowanie jakiegoś werbunku do swojej "bezpiecznej" kopalni. Będzie musiał na poważnie zająć się tym potworem, inaczej w świat rozejdzie się opinia, że faktycznie jest szarlatanem i oszustem.
Awatar użytkownika
Ruu
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Łowca
Kontakt:

Post autor: Ruu »

        Ruu rozdziawiła usta widząc Veryvina, który WRACA do karczmy, a nie z niej WYCHODZI. Uniosła głowę niczym surykatka wolno przemieszczając ją w przestrzeni i śledząc wzrokiem mężczyznę.
        - Ale... ale... - jęknęła do siebie cichuteńko zaciskając palce na dachówce, którą dosłownie zmiażdżyła. Tak była wściekła! I głodna.
        Przespała jego wyjście! A on sobie teraz wróci i zaśnie na wygodnym łóżku! Szuja! Ten alkohol jest taki zdradziecki, że też ktoś coś takiego wymyślił. Inaczej – miał służyć do obezwładniania i uwodzenia Alarańczyków, a nie do otumaniania jej samej! Źle to rozegrała, bardzo źle to zaczęła, ale przecież on jeszcze nie wie nic o jej obecności.
        - Hmm?... - zastanowiła się pradawna wychylając łeb do przodu.
        A niech to, co on taki sponiewierany? Może zasnął pijany w rowie... Nie, to do niego nie pasowało. Nigdy nie widziała go pijanego... choć kto wie, może po stracie kosztowności topił smutki?
Rayruu zmarszczyła brwi i dmuchnęła nosem z poirytowania. Sama nie wiedziała co o tym myśleć, czy spadł na samo dno slumsów i teraz wygląda jak miernota, czy też właśnie kombinuje...
        Kobieta wyprostowała się i usiadła pewnie na dachu, gdy sylwetkę mężczyzny zasłonił budynek. Skrzyżowała ręce na piersi, nie mogła jakoś uwierzyć, że ten niegdyś przystojny, bogaty, pociągający... ekhem! Że ten gość, mógł się zataczać. Poza tym, była z nim ta tygrysia. Prezentowała się jak zawsze doskonale... jak na tygrysa. Arystokrata nie szedł skulony, czy obolały... Coś tu ewidentnie pachniało pozłacaną podróbą!
        Ruu zsunęła się z dachu. Szybko się odświeżyła, spięła włosy w niesforny kok i zaciągnęła czerwony kapturek na głowę. W pierwszej chwili chciała ponownie skierować się do karczmy, nie miała żadnego planu, ale jej uwagę przykuły przedziwne zachwyty oraz szepczące, ale podekscytowane głosy. Kobieta rzuciła tylko krótkie spojrzenie na kierunek, w którym stała karczma. Prychnęła urażona, po czym wtopiła się w tłum, a w samym sercu rynku odnalazła znajomego krasnoluda. Twarz Ruu od razu nabrała promieni, lecz sytuacja, w jakiej go spotkała sprawiła, że poczekała z okrzykiem radości.
        - Chyba sobie żartujesz, knypie jeden?! - wrzasnął ochryple Owo, który ewidentnie miał zdarte gardło po poprzednim wieczorze. - Spieprzaj mi stąd, spieprzaj zanim palnę ci kłodą w ten nieprosperujący w niczym łeb. Zastanów się jeszcze, tak z dziesięć razy, a potem możesz spróbować wrócić i mi to powtórzyć! Kur... - klął pod nosem krasnolud.
        - Przecież on jest wyższy od ciebie... O co najmniej połowę - zauważyła smoczyca, zbliżając się do krasnoluda.
        - O, nasz elfik! Może i wzrostem wyższy, ale rozumu to mu brakuje. Nawet połowy szklanki nie wypełni inteligencją. Dziad jeden...
        - Starszy też od niego jesteś – zaśmiała się Ruu. - Co też ci takiego powiedział, że biedaka wyzywasz? - zainteresowała się z troską zielonowłosa, gdy krasnolud sięgał po beczkę.
        - Ach, nie chcę narzekać. To nie będzie z pewnością mój dzień – westchnął.
        - Widać, nie wyspałeś się – zauważyła.
        - Kac nic nie zabrania. Robota zaś zmusza, takie życie... Nic nie poczeka. Szczególnie, jak się prowadzi interesy i kopalnie. Choć ty akurat powinnaś się cieszyć.
        - Jak to?
        - Podobno był tu ten Veryvin, na środku rynku. Stanął machając łbem bestii.
        - Doprawdy? - mruknęła gniewnie pradawna, ale szybko się uśmiechnęła, jakby zmieszana sytuacją.
        - Czekaj no, Hekla przyjdzie to ci opowie wszystko. Jedyny porządny, co został w domu. Pewnie mu baba w tany zabroniła pójść, ale dobrze taką babę mieć. Dałbym każdemu kobiecinę, co trzyma rękę na pulsie, wtedy wszyscy by codziennie wstawali żeby mnie obudzić haha! Hekla, chodź tu mi... Mów coś widział - machnął pośpiesznie krasnolud.
        - Prócz twojego zapitego nosa z rana? - odkrzyknął Hekla.
        Rudowłosy pracownik Owo zbliżył się do dwójki i powitał „elfkę”. Ruu musiała przyznać, że bardzo starał się utrzymać jakiś poziom etykiety, jak na kogoś z tej zgrai grubych karłów. Opowiedział jej o całym zajściu, a zdziwienie smoczycy potęgowało się z każdym kolejnym zdaniem. Jaka bestia? Jaki do cholery łeb?!
        - Hah, teraz to się problem zacznie. Ludzie oczekują, że dostaną więcej w Korestor niż zarobią u Owo. Niech się szef nie martwi, jeszcze z niczym ten mieszczuch nie wyszedł. Nawet nie wie ile się tu zarabia, a dopiero biznes chyba otwiera. Z czego ma im płacić?
        - Hekla, zamknij ty no jadaczke. Toż to ukochana tego „mieszczucha” - warknął Owo.
        - O, ojej doprawdy?! Ja, ja nie chciałem!
        - Nic nie szkodzi – uspokoiła Ruu. - Wybacz, Owo...
        - Daj spokój, to interesy. Jeśli będzie wam się dobrze wiodło to będę się chociaż tym cieszył. – Krasnolud wyszczerzył zęby.
        - Ja będę u ciebie pracował aż do śmierci! - Bił się w pierś rudowłosy.
        Nagle smoczyła chwyciła kołnierz Hekly i zbliżyła do niego twarz. Spojrzała na niego kryształowymi od łez oczami, a głos jej drżał z lęku.
        - Był bardzo ranny?
        - O...ehm... ja, nie. Znaczy, oczywiście nie była to łatwa walka, to było po nim widać, ale myślę, że jak odpocznie to się ze spokojem z tego wykaraska. Nie martw się. Dzielny ten twój ukochany, a teraz to i biznes rozkręci. Będzie ci tu jak w raju – uśmiechnął się rudzielec.
        - A mówił coś o tej zbiórce? Kiedy ludzi chce zebrać? Albo chociaż wiecie, gdzie teraz przebywa? - spytała głosem, w którym powoli gasła nadzieja.
        - Nie... Jeszcze nie, lecz gdy tylko się czegoś dowiemy to od razu zostaniesz o tym powiadomiona! Jest w tym mieście, a to już wystarczy – zapewnił Owo.
        Rayruu pożegnała się z handlowcami i od nich oddaliła. Pozbył się bestii... Jeszcze czego. Nie pozwoli Veryvinowi zarobić tu złamanego ruena! Mantykora, też jej coś! Ona takie zjada na śniadanie! Skoro tak bardzo bali się marnej podróby lwa, to co powiedzą na prawdziwego smoka? Niech no zbierze tu choćby garstkę ludzi i grubasków, jedni będą służyć za wykałaczkę, drudzy za przekąskę. Ruu postanowiła odnaleźć kopalnie Veryvina i w niej... zamieszkać, jako nowy współlokator. Stały dopływ do kryształów (czy co on tam u diaska ma!), a wystarczy tylko odstraszać i przekonać wszystkich do tego, że nadęty, przystojny i pociągający panicz kłamie! Jeszcze nie ogłosił zbiórki ochotników do pracy, zdąży się tam zasiedlić i wszystkich przepędzić.
Awatar użytkownika
Veryvin
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Rzemieślnik , Kupiec
Kontakt:

Post autor: Veryvin »

        Jego odpoczynek nie trwał długo, przerwany niespokojnym zachowaniem Tigry i czyimś dobijaniem się do drzwi jego pokoju. A zapowiadał się taki przyjemny dzień. Demon westchnął poirytowany, zwlekając się z niechęcią z łóżka i pogładził Tigrę by się już uspokoiła.
        - Idę, już idę - zakomunikował zmierzając w stronę nieustającego pukania. - Czego zakłócasz mój spokój Mernir? - warknął zaraz po otworzeniu drzwi i ujrzeniu za nimi czarnobrodego grubaska sięgającego mu w kapeluszu klatki piersiowej.
        - Spałeś panie? Wybacz, wybacz żem cie zbudził, jednakowoż po tym coś zrobił w Korestor i dla miasta, ubijając potworę szkaradną, kilku moich kompanów jest zainteresowanych pracą dla ciebie markizie. Z dziada pradziada pracowali w Korestor, do dnia aż nie zalęgła się tam poczwara, a teraz dzięki tobie miłościwy panie, mogą znów tam wrócić - mówił pobladły ze strachu widząc płonący w jego oku gniew, który wydawać by się mogło zaczął stopniowo słabnąć.
        - Kilku to znaczy? Konkrety Mernir, konkrety - zażądał chwytając się nasady nosa i lekko rozmasowując czoło. Zawsze wiedział, że pozory mogą mylić, ale żeby aż tak piękny dzień miał się okazać jednym z najcięższych w jego życiu? Czuł się zawiedziony i oszukany, nawet ślepy zauważyłby, że Veryvin nie jest dziś w najlepszym humorze.
        - Tuzin, tych co znam i wiem na pewno. Jest jeszcze kilku moich ziomków co to u Owo robili, ale mieszkają niedaleko Korestor i słyszeli, że tam złoże na złożu czystego rubinu, więc praca lekka, nie to co u Owo gdzie trzeba coraz głębiej niemal pod same wrota czeluści piekielnych żeby znaleźć tyle coby chociaż wypłatę dostali - odpowiedział posłusznie. Na te słowa oko nemorianinowi zaskrzyło jak najprawdziwszy szmaragd. Może w ogóle nie będzie musiał się bawić w organizowanie werbunku chętnych do pracy. Tuzin powinien na początek starczyć, szczególnie, że kopalnia faktycznie jest jedną wielką żyłą rubinu, a tu jeszcze kilku od jego konkurenta chciało do niego przejść. Może nie będzie to taki straszny dzień jak mu się wydawało... choć będzie musiał się pozbyć potwora szybciej niż planował.
        - Mernir, do diabła, do rzeczy! W czym problem?! - westchnął ciężko. Krasnoludy były najlepszymi pracownikami w kopalni, w Thenderionie się od nich roiło i mając takiego znajomego żadna nowinka cię nie ominie, do tego niezrównany kompan do kufla piwa... Jednakże chyba największą ich wadą było gadulstwo i zbyt częste rozchodzenie się po tematach. Ale cóż zrobić? Gdyby każda rasa była taka idealna jak nemorianie, w życiu nie miałby łatwo i interesy pewnie już by się tak nie układały dobrze jak obecnie.
        - Bo pan Owo im płaci, a o markizie mówią, że stracił cały majątek i nie będzie miał z czego górnikom płacić... - powiedział cicho, bardzo cichutko pod nosem domyślając się jak to się skończy.

        Veryvin poczuł się jakby dostał obuchem w samo serce i stał jak nigdy z ogromnym zdziwieniem na twarzy, szeroko otwartym okiem i lekko rozdziawionymi ustami. Zaraz jednak było widać jak ogarnia go potężna furia i zaciśnięte do białości pięści zaczynają mu drżeć. Krasnolud skulił się widząc co się dzieje z jego pracodawcą i walczył z sobą by pozostać dumnie w miejscu a nie uciec jak najdalej od tego mężczyzny...
        - Niech ten tuzin będzie gotowy w każdej chwili do pracy, może być tak, że za parę dni na nowo ożywimy Korestor, ale to dam ci znać...
        - A co z tymi od Owo? - przerwał mu krasnolud, lecz zaraz się skulił gdy demon na niego spojrzał ostrzegawczo. I tak niemałym zaskoczeniem było dla brodacza to, że markiz nie wybuchł, a przemawiał do niego ze spokojem i niemałym rozsądkiem.
        - Nie będę wykradał pracowników poczciwemu Owo. Tym co o pokoleń robili i dalej chcą robić w Korestor przekaż, że co tydzień za pracę będą dostawać dwa złote gryfy i pół.
        - Z-za tydzień? Panie... Cz-czy się czasem nie pomyliłeś? Nie miało być za miesiąc pracy? - Mernir wybałuszył oczy nie mogąc uwierzyć w to co usłyszał. Chciał się nawet zaśmiać myśląc, że to jakiś żart, ale widząc grobową powagę na twarzy swojego rozmówcy, postanowił jednak odpuścić sobie okazanie rozbawienia.
        - Czy się zająknąłem?
        - Nie markizie...
        - Nie markizie, no właśnie! Dwa i pół na początek mam nadzieję, że wystarczy, gdy kopalnia będzie pracowała na pełnych obrotach i niemały będzie z niej przychód, kto wie czy nie będzie to pięć złotych gryfów.
        Krasnolud zachłysnął się powietrzem słysząc to i nie zauważył kiedy nemorianin zniknął we wnętrzu pokoju, zamykając przed nim drzwi.

        Veryvin poszedł do łaźni się odświeżyć, a Tigra za nim pomrukując pytająco.
        - Nie oszalałem i nie jest to żaden postęp kochana. Krasnoludy nie umieją trzymać języka za zębami, szczególnie przy piwie, a w swojej karłowatej społeczności każdy zna każdego, nim się obejrzymy te wiadomości dojdą do pracowników starego Owo i sami będą chcieli robić w naszej kopalni. Obrót się zwiększy, wydobycie będzie większe i szybsze, a co za tym idzie również przychód. Jeśli do tego jeszcze w pewnym momencie przestaniemy zatrudniać nowych pracowników, te pięć złotych gryfów co tydzień dla jednego krasnoluda będzie jedynie kroplą w morzu jeśli ten sam krasnolud tygodniowo będzie dla mnie zarabiał pięćdziesiąt złotych gryfów - wytłumaczył szykując sobie kąpiel.
        Tygrysica potrząsnęła głową i krótko ryknęła.
        - Z takim wydobyciem kamienie najwyższej jakości wykorzystam do robienia doskonałej biżuterii, te gorsze mogę sprzedawać nieobrobione, a z najgorszych robić tanie podróbki tych najlepszych, które pójdą do paserów i rozejdą się po czarnych rynkach. Poza tym dzięki takim podróbkom bardzo wiele osób się pomyli i przepłaci, albo będzie można drugi raz sprzedać ten najwyższej jakości. W końcu... Jaki to dla mnie problem lekko nagiąć rzeczywistość? - uśmiechnął się delikatnie zanurzając w bali gorącej wody z pachnącymi, pielęgnacyjnymi olejkami. Kocica nie odrywała od niego nieprzekonanego spojrzenia, siedząc i machając na boki smukłym, giętkim ogonem.
        - Wiem co masz na myśli, nie martw się, uszykuję się do wyjścia i pójdziemy rozejrzeć się po naszej kopalni. Wypadałoby też znaleźć jakieś zaklęcie ochronne coby chroniło kopalnię przed kradzieżami, albo jakimiś innymi potworami. Może dziadek coś wymyśli...

        Zrobił tak jak powiedział i zaplanował. Skontaktował się telepatycznie z dziadkiem i skierował się w stronę kopalni, przy której przystanął i odetchnął głęboko. Dziadek mu pomoże dopiero za dwa dni, w ciągu których miał się pozbyć poczwary z kopalni i samemu jakoś postarać się jej chronić. Jednakże wszystko po kolei...
Awatar użytkownika
Ruu
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Łowca
Kontakt:

Post autor: Ruu »

        Ruu była niezwykle zdeterminowana, aby wprowadzić swój plan w życie. Zapamiętała wszelkie wskazówki od Owo na temat tego, gdzie znajduje się kopalnia wykupiona przez Veryvina, a że miała doskonałą pamięć to nie pominęła najmniejszego szczegółu. Głupio by było w końcu pomylić kopalnię.
         Smoczyca dotarła na miejsce oglądając uważnie okolicę. Słońce wznosi się tuż za brzegiem skał Korestor, a zachodzić będzie naprzeciw tunelu. Na jej skarpie, przy samym wejściu, jest idealny widok na gmach sądu znajdujący się w centrum miasta. Wydawał się taki malutki z tej perspektywy! Wejście otoczone zostało linami i postawiono przed nim drewnianą bramkę z ostrzeżeniem, jakby miała jakkolwiek pomóc w ujarzmieniu potwora. Zapewne mieszkańcy bali się zasypać wejście skałami, to by bardzo rozgniewało potwora, który póki wyłącznie mieszkał to było dobrze. Nie wychodził palić mieszkańców królestwa, więc chyba nikt nie kwapił się do podjęcia ogromnego ryzyka, jakim była potyczka z bestią. Rayruu wyminęła zasieki z lin. Delikatnie głaszcząc ich szorstką powierzchnię, przeszła się wokół, jakby chciała zapamiętać ten obraz. Tak, to tutaj po raz drugi zrujnuje nemorianina.
        Kobieta uśmiechnęła się podstępnie, czuła jak satysfakcja w niej narasta. W końcu zbliżyła się do tunelu. Wyminęła bramkę, przeszła dalej. Czuła się niesamowicie, aż oczy się jej zaokrągliły, gdy już na wejściu wyczuła rubiny. Pogłaskała zimne ściany, jej paznokieć zatrzymał się na drobnym krysztale. To był zaledwie drobny ułamek tego, co znajduje się w środku. Bogactwo, ogromne bogactwo!
        Oczy smoczycy delikatnie się zwęziły, gdy szła dalej. Podniosła z ziemi pochodnię, zapaliła miernym czarem ognia. Będzie co zwiedzać. Oj będzie co zwiedzać!
        Tylko nie za głęboko i nie za daleko, musi słyszeć najmniejszy szmer. Jednak głód i pragnienie zdecydowanie ją zdominowały. Zaciskała zęby na wargach, bardzo starała się powstrzymać myśli, ale już sama nie wiedziała kiedy przemieniła się w hybrydę i skubała ściany pazurami. Gdy się już nażarła, powypluwała te gorsze kąski, to zaczęła nieco marudzić. Właściwie przydałoby się tu kilka grubasów, co by jej te pyszności wykopali, ale gdy tylko postawią tu choćby jedno rusztowanie to nie odpuszczą. Przepędzą ją, gdy poczują siłę. Mogła jednak obrócić kota ogonem, skoro Veryvina uznają za kłamcę to ona mogłaby go ośmieszyć, przegnać... może zabić, a sama zgarnąć pracowników, dawać im jakąś część rubinów żeby sobie pohandlowali, a ona większość by żarła... Tylko kto pójdzie na taki układ. Przeklęta chciwość Thenderiończyków, na pewno by nie pozwalali smokowi jeść czegoś, co sami mogą sprzedać! Z resztą, czy ona sama faktycznie trzymałaby się tak kurczowo odpalanych w procencie kryształów? Nie, to nie wchodzi w grę. Chyba, że byłaby i potworem i prowadzącą biznes elfką... ale tyle w tym papierów do wypełniania! Za dużo utrudnień! Najlepiej pozostać tą straszną bestią, której naruszają spokój!
        Właściwie, dlaczego przestali pracować? Jak to się stało, że codziennie pracujący tu ludzie i krasnoludy nagle przerwali swoje obowiązki z powodu potwora, który z dnia na dzień pojawił się w kopalni? Czy mantykora była w stanie wkraść się do Korestor, a później stopniowo pozbywać się pojedynczych górników, plotki szybko się rozsiały i ludzie rezygnowali czy też było jedno wielkie bum, gdy potwór przepędził wszystkich zaledwie w ciągu jednego dnia? Wciąż znajdowały się tu narzędzia i rusztowania, jakby niektórzy uciekli w popłochu, resztę pewnie bali się zabrać z kopalni. Wszak nikt nie postawi na życia szali, by odzyskać kilka wagoników albo desek.
Ruu westchnęła i nieco zgarbiona dalej zdrapywała pazurem kamienie. Ciężki ogon otaczał jej sylwetkę, będąc już najedzona (chociaż nigdy nie było za mało!) mogła teraz czekać na Veryvina. Właściwie już chciała by się pojawił, tu z tą bandą pracowników, wtedy ryknie z głębin kopalni i będzie po sprawie! Gdy zobaczyła go w karczmie, patrzyła na niego otumanionym wzrokiem, nie mogła uwierzyć w jego obecność. Wzrok pradawnej powędrował gdzieś wyżej, błądziła nim po ścianach i przypominała sobie dokładnie każdy detal jego dostojnej twarzy o wyraźnych rysach oraz oczy w barwie jadowitej zieleni. Ciekawe ile kobiet nimi oszukał... Mienił się w nich blask biznesu, lubiła każde jego spojrzenie, a szczególnie to, które spoczywało na niej wieczorami, gdy mogli pobyć sami w złotym świetle ognia oraz świeczników. Wosk spływał wzdłuż długich świec, a ona siadała na jego kolanie w delikatnej szacie z lśniącymi wyszyciami i wplecionymi diamencikami. Wdychał nie zapach jej włosów, lecz złotych kolczyków i wielorzędowego naszyjnika z brylantami. Wyobrażał sobie, jak jego skarbiec powiększa się o kolejne kosztowności. Mieli te samą pasję i rozumieli się doskonale, choć nigdy by na nią nie spojrzał, gdyby tego wszystkiego nie ukradła, gdyby nie stworzyła wizerunku bogatej panny bez męża z ogromnym posagiem.
        Ruu zacisnęła pięść na krysztale, który rozkruszył się w jej dłoni. Smoczyca warknęła, a jej ogon klapnął niespokojnie o ziemię. Przeklęty bogacz! Powinien już tu dawno się pojawić!
        Wściekła pradawna obróciła się, po czym w wygodniejszej dla siebie pozycji hybrydy, czyli na czworaka, przekradła się w stronę wyjścia. Zdaje się, że coś słyszała! Może to ten przeklęty, zrujnowany bogacz... Nie miała zamiaru pokazać mu się od razu na oczy. Niczym rozwścieczona lwica kryła się za skałami w bezpiecznej dla siebie okolicy by doglądać wejścia. Miała ogromna nadzieję, że dziadek już dawno zna prawdę o nim i go wyśmiał, nie zaoferuje mu żadnej pomocy... ale Veryvin to doskonały gracz oraz kłamca. Musiała go zdecydowanie pilnować!
Awatar użytkownika
Veryvin
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Rzemieślnik , Kupiec
Kontakt:

Post autor: Veryvin »

        Nie mógł powiedzieć, że droga do kopalni minęła mu spokojnie i bezproblemowo. Był tym poirytowany bo już od samego rana wiedział, że to będzie paskudny dzień, choć słońce pięknie świeciło na bezchmurnym niebie, a dzieci bawiły się radośnie na ulicach miasta. Prychnął pod nosem i to nie raz w odpowiedzi na tę aluzję od życia, nie potrzebował zobrazowania swojego własnego charakteru, ale ze złośliwym losem w żaden sposób nie idzie pogadać. I tak o to właśnie ledwo wyszedł z karczmy i przeszedł dwie przecznice, gdy zaczepiło go kilkoro mieszkańców, najpierw jakaś "zmartwiona" panienka, aż nazbyt chętna by zająć się jego obrażeniami po heroicznej walce z potworem z Korestor. Jakież było jej zdziwienie, gdy przy bliższym przyjrzeniu się markizowi nie dostrzegła w nim już żadnego zmęczenia i nawet najdrobniejszych oznak po niedawnej walce.
        - Eliksir regeneracji, jestem zapracowanym człowiekiem nie stać mnie na odpoczynek - wyjaśnił nim zdążyła się odezwać. - A teraz przepraszam, mam masę spraw na głowie. Miłego dnia, panienko. - Zgiął się w głębokim, teatralnym ukłonie, przy którym ujął jej dłoń i musnął ustami wierzch. Wyminął po tym zarumienioną i oszołomioną młódkę - prawdopodobnie kurtyzanę, jeśli sugerować się jej strojem, albo rozpieszczoną, nazbyt pewną siebie i swoich wdzięków dziewuchę - idąc dalej w stronę bramy miasta.

        Po jakiś pięciu, może dziesięciu minutach napatoczył się Mernir w towarzystwie dwóch krewniaków. Jak się można domyślić krasnolud również był zdziwiony szybkim odzyskaniem sił przez swojego pracodawcę, szczególnie, że praktycznie przed chwilą się z nim widział. Veryvin znów wyjaśnił swoje ozdrowienie działaniem mikstury, ale nie skończyło się na tym, jednakże to tylko i wyłącznie na życzenie markiza.
        - Mówiłeś już swoim? - zapytał Veryvin, niby od niechcenia i tak też szczerze było, bo za specjalnie nie interesowali go byli górnicy Korestor. Chciał się przekonać, czy Mernir połknął haczyk, a misterny plan przejęcia tutejszego monopolu i zniszczenia wygryzienia Owo zaczął się powoli realizować.
        - N-nie markizie... Jeszcze n-nie - wyjąkał pobladły, widząc jak na swoją odpowiedź, pochmurnieje mężczyźnie lico, a w oczach wzbiera gniew. - W-wie markiz... Miałem im powiedzieć, ale... o suchym pysku ciężko rozmawiać o pracy... I-i daleko do domu trochę, a samemu się nie da... - Zabawnie było patrzeć jak grubasek z każdym swoim słowem truchleje coraz bardziej i gubi się w zeznaniach, nie wiedząc jak zacząć, jak przejść do sedna, jak wyjaśnić i wybronić się z tej sytuacji. To było niezwykle satysfakcjonujące, zwłaszcza, że krasnolud doskonale zdawał sobie sprawę, że spartolił swoje zadanie i zawiódł chlebodawcę.
        - Mernir... - zawarczał cicho demon, a powietrze przeciął odgłos przełykanej głośno śliny. Nie wiadomo nawet kiedy dwójka jego krewniaków się ulotniła. W końcu to prywatna rozmowa o pracy, więc w dobrym takcie byłoby gdyby nie podsłuchiwali i się oddalili.
        - Piłem z kilkoma ziomkami od Owo i przez przypadek powiedziałem im ile będziemy zarabiać w Korestor... - zaskomlał, lecz zamiast się uspokoić jeszcze bardziej pobladł i się skulił, gdy powietrze przeciął złowrogi głos markiza.
        - Mernir...
        - Wiem panie, obiecałem, ale oni zaczęli śmiać się i szydzić, że gdy zacznę pracować w Korestor dla markiza to już skończy się picie piwa, bo z żebractwa albo chleb się kupi albo piwo... No to ja żem się oburzył. Trzasnąłem kuflem w stół i wrzasnąłem na nich, że ich nie będzie stać na piwo, a ja będę mógł nie jeden browar wybudować z pracy w Korestor to się zaciekawili i zapytali, to żem ich z tych emocji powiedział... Ale gdyby markiz widział jak im oczy wybałuszyło, no jak głupie cielęta wyglądali. Wtedy mi się przypomniało, że miałem swoim ziomkom o tym powiedzieć i zostawiłem ich samych... - wyrzucił niemal na jednym wdechu i był już gotów wołać o pomoc, gdy Veryvin podniósł i wyciągnął w jego stronę swoją rękę.
        - Dobra robota Mernir, wracaj do domu i odpocznij, jesteś niezdrowo blady. Mam nadzieję, że nie rozchorujesz się. - Demon poklepał krasnoluda po ramieniu, a ten całkowicie zbaraniał. - Nie zapomnij porozmawiać ze swoimi ziomkami - powiedział spokojnie i poszedł dalej.

        To był jedyny znak tego, że ten dzień mógł jednak stać się tym jednym z lepszych dni. Był zadowolony jak nigdy, że jego plan wykiełkował i właśnie puszczał korzenie. Niezwykle satysfakcjonujące. Wiedział, że przerażony nord do tego zmierzał od początku, a podczas całej rozmowy, o ile można to tak nazwać, starał się nie wybuchnąć śmiechem, albo w jakiś inny sposób się nie zdradzić i nie przerwać swojej szopki. Było dobrze, nawet bardzo dobrze... Musiał się pospieszyć z tym potworem z Korestor. Póki co szczęście mu dopisywało, ale wolał na nim za specjalnie nie polegać tylko myśleć racjonalnie, a zwłaszcza tak działać.

        Kawałek za miastem znów został zaczepiony przez kkrasnoludzkich mieszkańców miasta, tym razem tych od Owo, z którymi pił Mernir. Dla nich nie miało znaczenia, że markiz już dużo lepiej wyglądał, najbardziej byli zainteresowani tym czy Mernir faktycznie mówił prawdę co do zarobków w Korestor, czy nie odniósł się czasem jakimś wyjątkowo głupim i lekkomyślnym rodzajem dumy. Demon lekko im przytaknął, że to prawda i odszedł dalej już przez nikogo nie zatrzymywany. Nie uszedł jednak jego uwadze widok twarzy pracowników konkurencyjnej kopalni. Mernir miał rację, ten widok był bezcenny.

        Nie mógł jednak odetchnąć, gdy ujrzał w dali przed sobą swoją najnowszą inwestycję, gdyż Tigra zwolniła i zaczęła węszyć, a gdy z powrotem zrównała się z demonem, była cała napięta i nastroszyła futro. Veryvin myślał, że wyczuła tę poczwarę, która się tam zalęgła. Nie miał pojęcia, że tygrysica wyczuła dużo gorszą i groźniejszą istotę - byłą partnerkę markiza. Demon odetchnął głęboko, nawet nie zwrócił uwagi na to kiedy sam się napiął i poddenerwował. Nie mógł pokazać, że się boi, to było odwieczne prawo natury - jeśli się boisz, jesteś na przegranej pozycji, zwłaszcza podczas spotkania z jakąś maszkarą. Co prawda już ustalił, że raczej jakaś humanoidalna istota tam zamieszkała, ale nie wiedział czy jest to rozumne stworzenie, czy zna Wspólny, czy raczej jest kompletnie zdziczała, kierowana zwierzęcymi instynktami. Przyszedł bez łuku, czy jakiegoś ukrytego ostrza, bo nie chciał przelewać krwi, przynajmniej nie taki był jego wstępny plan. Zakładał, że jednak mieszkało tu coś rozumnego, a co za tym idzie miał dosyć ciekawy pomysł na interes z tą poczwarą. Owszem, mógł się mylić w końcu był tylko demonem, nie Wszechwiedzącym, wtedy właśnie liczyłby na pomoc swojej pieszczoszki i najlepszej towarzyszki.

        I nie przeliczył się w tej kwestii za specjalnie, ponieważ gdy tylko coś się poruszyło w mroku szyldu kopalni i doszedł jego uszu niepokojące syczenie wraz z odgłosem szurania czegoś ciężkiego po ziemi, Tigra wyszczerzyła zęby i zaryczała wściekle, jednym susem znajdując się przed swoim panem. Nagle z wnętrza tunelu wypełznął przed kopalnię ogromny wąż o smoczym pysku i z ostrym grzebieniem wyrastającym z kręgosłupa. Tygrysica już była gotowa do skoku, a gadzina uniosła swoją przednią część ciała do góry rozdziawiając szeroko paszczę, jakby chciała jednym kłapnięciem pożreć i mężczyznę i jego kocicę. Wtedy stało się coś dziwnego, demon powstrzymał Tigrę kładąc jej dłoń na głowie, a z wnętrza pyska wężydła wychynęła niezwykle piękna kobieta, a przynajmniej jej górnej połowa, całkowicie naga o zielonkawym odcieniu skóry.
        - Veryvin! - wykrzyknęła czarnowłosa i jakby nigdy nic owinęła się ogonem wokół niego i przyległa do niego swoim ciałem przeszczęśliwa. W ogóle się jego nie spodziewała.
        - Gorgona? Co ty tutaj robisz? - Był zaskoczony jej obecnością tutaj, a zaraz wybuchnął śmiechem i objął kobietę lekko przytulając do siebie. Tigra zastygła w bezruchu, ani trochę nie rozumiejąc tego co tu właśnie zaszło.
        - Mieszkam, głuptasie, a na co ci to wygląda? - odpowiedziała cofając się od niego po przywitaniu i uśmiechnęła się zadziornie. - Mogłabym cię zapytać o to samo, gdybym nie widziała twoich wczorajszych podchodów. Na prawdę chciałeś mnie zabić? Chociaż czekaj, nie odpowiadaj, bo widzę, że nie to było twoim obecnym celem.
        - Nie wiedziałem, że tu mieszkasz, jak mógłbym zabić swoją kuzynkę?
        - Daleką, kochany daleką kuzynkę.
        - Bez znaczenia. Nie wiem czy powinienem się cieszyć z takiego obrotu sytuacji, czy raczej wściekać. - Westchnął z rozbawionym prychnięciem. - Nie wyrzucę cię stąd, więc tak na mnie nie patrz, a nawet myślę, że moglibyśmy dojść do zadowalającego dla naszej dwójki porozumienia. Nie chciałabyś dla mnie strzec kopalni przed złodziejami i wszystkim co mogłoby mi zaszkodzić? Nie ważne co zrobisz z tymi co będą próbowali, w zamian obiecuję, że wstawię się za tobą u dziadka.
        - Dziadka...? - powtórzyła z niepokojem rysującym się na twarzy.
        - Opowiem wszystko, ale może mnie zaprosisz? - zaśmiał się z rozbawieniem. - W ogóle jak dzieci?
        - Z nimi w porządku pełzają tu i tam, bardzo im się tu podoba... Ale nie jestem pewna czy powinieneś tu być Vinku, ktoś przed tobą wszedł do jaskini jak byłam na polowaniu, dzieciaki bały się zbliżyć i pozbyć intruza, ale wygląda na to, że ktoś się na ciebie zasadził. Jeszcze nie miałam okazji tego sprawdzić - wyjaśniła konspiracyjnym szeptem, zerkając w stronę odmętów kopalni.

        Demona to nie zaniepokoiło, a na jego ustach pojawił się złowrogi uśmiech. Szepnął coś w odpowiedzi do wężowej kuzynki, której ludzka połowa została wchłonięta z powrotem przez gadzie cielsko i została zastąpiona wężowo-smoczym łbem, po czym zanurkowała w ziemi przed nim zostawiając przekopany użyźniony fragment po dziurze. Markiz się skupił by wysłać kryjącemu się w mrokach intruzowi dość ciekawą iluzję, a może rzeczywistość? o pobłyskującym za jego plecami, ukrytemu przejściu do kryształowej, świecącej komnaty. Skoro ktoś się tu zaszył, pewnie chciałby zostać nieco dłużej, a Veryvin był chętny odpowiednio ugościć takiego bezczelnika. Może być ciekawie, szczególnie z kuzynką i jej dziećmi po swojej stronie. A pomyśleć, że pierwotnie chciał zabić mieszkającą tu poczwarę, los faktycznie miał interesujące poczucie humoru.
Awatar użytkownika
Ruu
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Łowca
Kontakt:

Post autor: Ruu »

        Co za... PONIŻENIE!
        Ruu nie wierzyła własnym oczom, gdy przed Veryvinem pojawiła się kobieta, choć z początku była niezbyt ciekawą podróbą gada, tak chwilę potem smoczyca ujrzała piękną, szczupłą i kształtną sylwetkę płci pięknej. Potem zaś nieznajoma objęła mężczyznę giętkim ogonem, a on odwzajemnił ten czuły gest.
        Pradawna, widząc to wszystko, stopniowo popadła w nieokiełznaną wściekłość. Co za zboczeniec! Ciągnie go tylko i wyłącznie do gadów i płazów. Zwyrodnialec! A w dodatku.... szybko znalazł sobie inną! Jakąś jaszczurzycę z kopalni. Kłamał! Okłamał całe królestwo Thenderionu! Nie pokonał bestii, on z nią zawarł układ! Phe, te jej łuski... Czy były ładniejsze od tych, które posiadała Rayruu? Miała zielone, twarde i gładkie oczka, a nawet kilka złotych, a tamta kobieta? Trudno było określić w ciemnościach, lecz na pewno nie dorównywała smoczym łuskom! Wyglądała jak...jak... jak jakieś plugastwo z Otchłani, a nie jak smok!
Jednak Ruu nie zapłonęła ogniem, nie rozwaliła królestwa, ani nawet nie przemieniła się w smoka. Tknęło ją uczucie żalu, które naruszyło pewność siebie smoczycy. Kobieta zwolniła ucisk dłoni i gdy ci dwoje ze sobą rozmawiali, ona oddaliła się w głąb jaskini. Oczywiście nie zgasiło to jej zapału zemsty, ale niszczycielskie myśli zastąpiła cała gama niespodziewanych przemyśleń. Kobieta miotała się we własnych decyzjach, chciała zedrzeć skórę z demona, gdy nagle w jej głowie pojawiała się ciemnowłosa kobieta stojąca blisko NIEGO.
        Przebiegła poczwara. Jedna i druga.
        Ruu zatrzymała się w miejscu, gdy usłyszała osuwające się kamyki. Zapanowała cisza. Płonące zielenią oczy pradawnej nie gasły w mroku. Zabije. Wymorduje wszystkich.
        Kolejne kroki kobiety były twarde i ciężkie. Smoczyca skierowała się ku kilku zapadniętym belkom, a już po chwili okrągłe oczy zwęziły się, gdy ta dostrzegła już znajomy jej kształt. Ruu wcisnęła łapsko między drewniane zasieki i szybkim ruchem zdołała chwycić śliski ogon. Mocno zacisnęła palce na wężowej powłoce, a następnie pociągnęła do siebie wyrywając z ciemności stworzenie rozmiarów dzieciaka.
        - Ty... - syknęła Ruu, puszczając gada.
        Wężowy twór skulił się w krągłą kulkę ujawniając jedynie pysk i ostre kły. Jego język zawinął się ostrzegawczo wokół pyska, jakby chciał oblizać przyszłą ofiarę, mimo że ta była od niego wielokrotnie silniejsza.
        - Jesteś dzieckiem tej kobiety... - Głos Ruu, był niski, ale dziwnie spokojny.
        To jeszcze dorobił się z tą gadziną dzieci?! W ciągu jednego roku?! A może... może już wcześniej się z nią spotykał?
        Usta Rayruu drżały, jej wzrok zboczył na ścieżkę.
        - A ty jesteś intruzem. – Usłyszała chłopięcy głos i gdy spojrzała na stworzenie drugi raz, ujrzała ludzką głowę oraz tułów zakończony wężowym ogonem. - I jesteś taka silna!
        - Hę? - Zdziwiła się smoczyca. - Oczywiście, że jestem – przyznała kobieta bijąc się w pierś i przenosząc ciężar ciała na jedna nogę tak, aby uwypuklić pośladek oraz podkreślić talię.
        - Potężna...
        - I piękna. Piękna też jestem! - zaznaczała stanowczo Ruu.
        - Jak to robisz? - spytał chłopiec podpełzając do smoczycy i obejmując ją w łydce. - Tez chcę zdobyć taką siłę! Nie bałaś się tutaj wejść! Jak to możliwe?
        - Chłopcze, kogo miałabym się bać?
        - Mojej mamy!
        - Twojej mamy?! - zirytowała się smoczyca zagryzając wargi. Była w stanie roznieść go jednym machnięciem łapy, ale... ale był dzieckiem tej kobiety. - Heh, a co? Nie chciałbyś niczego się nie bać?
        - O taaak...
        - Ja wiem, jak możesz tego dokonać... - mruknęła Ruu, a jej usta wydłużyły się. Karmiąc chłopca ciekawością, ruszyła przed siebie bez słowa, a zauroczony nią chłopak pełzł krok za nią.


        Znaleźli się w ogromnej jamie. Ruu rozejrzała się dookoła. Idealne miejsce by przemienić się w smoka. Dalsze korytarze były wysokie, mogła swobodnie poruszać się między urwiskami, brakowało jedynie wysypiska kryształów czy też złota, na których mogła wylegiwać swoje cielsko.
        - A więc mówisz, że chciałbyś przestać się bać... - zagaiła kobieta siadając zgrabnie na rozwalonej kolejce.
        - Bardzo! - zapewniał chłopiec.
        - Więc musisz mi powiedzieć, czego najbardziej się w życiu boisz – odpowiedziała nonszalancko Ruu.
        - Och... egh.... ja...
        - Słuchaaaam – zaświergotała Ruu, ale chłopiec wyraźnie się zawstydził. Smoczyca westchnęła, po czym zeskoczyła na ziemię i zbliżyła się do dzieciaka. - Nie ma rzeczy, której nie jesteś w stanie pokonać. Strach to tylko przesadna ilość rozsądku. – Ruu tknęła chłopca palcem w klatkę piersiową, by wzbudzić w nim rozbawienie i faktycznie chłopiec zaśmiał się, choć nieco nerwowo.
        - Mojego brata! - wyznał nagle gad.
        - Brata? - zdziwiła się Ruu.
        - Wiedziałem, żeby nie mówić! Taki wstyd!
        - Wstyd? Pha! Starsi bracia to zawsze takie potwory! - potwierdził pradawna. - Ale nie znaczy, że musisz się ich bać. Oni tworzą wokół siebie tylko iluzję. Udają, że są nie do zwyciężenia i nie do wystraszenia... A to właśnie oni boja się najbardziej. – Uśmiechnęła się cwanie Ruu.
        - Nie jestem pewien... - mruknął chłopiec.
        - Och, daj spokój. Skoro twoja mama jest taka straszna, to znaczy, że boją się choćby jej.
        - Ale ja nie jestem mamą – burzył się w rozpaczy chłopiec.
        - Nie – potwierdziła oczywisty fakt Rayruu. - Ani nawet nie jesteś tak silny, jak twój brat. Niestety poziom siły zaciera się dopiero przy dalszym wieku... ale to nie znaczy, że nie możesz mu złoić dupska. – Nadal się przebiegle uśmiechała.
        - Ale...to dopiero za tyle lat!
        - Dokładnie! - syknęła z satysfakcją kobieta. - Dlatego teraz masz mamę!
        - Co? Chyba nie rozumiem...
        - Ależ zrozumiesz mój drogi... - mruknęła smoczyca przygarniając do siebie gada, któremu spojrzała głęboko w oczy. - Kto cię teraz zostawił bez opieki?
        - Rafigas... Ten, którego się boję... - odpowiadał drżącym głosem chłopiec.
        - A kto dostanie bęcki, gdy okaże się, że nie ma cię w gnieździe?
        - Oj... Będzie miał przeze mnie kłopoty...
        - Nie w te stronę myślisz! - poprawiła go gniewnie Ruu. - A ty przez kogo masz kłopoty? Dlaczego tu jesteś?
        - Bo na mnie nakrzyczał! I powiedział, że wolałby mnie nie widzieć!
        - Doskonale!
        - Ale...
        - Sam sobie dołki kopie. – Ruu uklęknęła przy chłopcu obejmując jego ramiona.
        - Ale on później mnie zdzieli, że naskarżyłem!
        - Nie skarżysz! Ty się bronisz! A poza tym... Zawsze możesz to obrócić przeciw niemu... Widzisz, jaszczureczko, byłam najmłodsza w rodzinie. Nie miałam tyle siły co moi bracia, ale miałam więcej odwagi, większą inteligencję i młody wiek... To wszystko musisz wykorzystać na swoją korzyść, a nie się tym katować.
        - Oh...
        - Tylko przekręć w tej swojej głowie myśli, a będziesz najsilniejszy na świecie! Nie silniejszy ode mnie... ale jeżeli będziesz choć tak blisko mnie to będę dumna!
        - Naprawdę?! A moja mama też?!
        - Mama... Mama, mama i tylko mama! Teraz jestem przede wszystkim ja... - mruknęła ciepło przytulając chłopca. - Chodź... Nauczę cie jeszcze trochę logiki i myślenia dużych istot...
Awatar użytkownika
Veryvin
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Rzemieślnik , Kupiec
Kontakt:

Post autor: Veryvin »

        Co prawda nie przyszedł tu, by tracić czas i zajmować się jakimś skrytobójcą, jednakże mógł to być któryś z pracowników Owo, a skoro był tu dłuższą chwilę, na pewno widział że Poczwara z Korestor ma się świetnie, Veryvin jej wcale nie zabił, a nawet beztrosko gawędził. Gdyby nieproszony gość poszedł z tymi informacjami do Thenderionu, markiz byłby skończony w tej i najbliższej części Alaranii, o ile nie rozeszło by się pocztą pantoflową po całej Łusce, że jubiler dopuścił się takiego oszustwa. Wtedy zaczęłyby pojawiać się podejrzenia, że nie pierwszy raz się tego dopuścił i wcześniej zadowolona klientela zmieniłaby się w rozwścieczony, żądny krwi motłoch. Niezbyt pocieszająca perspektywa przyszłości. Musiał się zająć tym problemem i to był jego priorytet, najlepiej zamknąć na wieki delikwentowi usta. W prawdzie demon nie przepadał za posiadaniem krwi na rękach - a przynajmniej nie dosłownie, dlatego albo obchodziło się bez rozlewu krwi, albo wynajmował kogoś, kto odwali za niego brudną robotę - ale z tym kłopotem trzeba było coś zrobić i miał szczerą nadzieję, że Gorgona sama wyjdzie z inicjatywą by się tym zająć. Tak czy tak będzie zabawie, to na pewno.

        Gdy tylko Gorgona zniknęła a "urzeczywistniona" iluzja została rzucona, Veryvin ze znudzeniem wkroczył do jaskini z wierną tygrysicą przy swojej nodze i skierował się w stronę wyczarowanej groty, z której dochodziły go odgłosy rozmowy. Co dziwniejsze, choć echo niosące się po jaskini nieco zniekształcało głosy rozmówców, markizowi oba wydały się dziwnie znajome. Jeden na pewno należał do małego Sylara, a drugi... kobiecy... wywołał w demonie lawinę wspomnień o tej, którą kiedyś może i darzył uczuciem, choć teraz nienawidził jej całym swoim sercem. W zwykle opanowanym mężczyźnie nagle wezbrał tak ogromny gniew, że aż idąca przy nim Tigra się skuliła z przestrachem czy i jej się nie oberwie rykoszetem, nawet jeśli nemorianin nigdy w życiu nie podniósł na nią ani ręki ani głosu.

        Przyspieszył kroku i już zaraz znalazł się w grocie, gdzie intruz miał wpaść w pułapkę i gorzko pożałować swojego wścibstwa i czajenia się na życie jubilera. Widząc zielonowłosą elfkę, albo raczej złodziejską żmiję ze swoim "chrześniakiem", Veryvin niemalże zapomniał o swoim planie i dobył łuku chcąc w ramach czułego przywitania swojej nie tak dawnej miłości posłać jej strzałę między oczy.
        Na szczęście Gorgona nie była zorientowana w sytuacji i po prostu wciąż realizowała ustalony z krewniakiem plan. Skryta pod ziemią wydawała bezgłośne, polegające jedyne na delikatnych wibracjach podłoża, polecenia swoim dziatkom, których ogony w jednej chwili wystrzeliły z ziemi niczym przeklęte korzenie i mocno owinęły się wokół dłoni i nóg smoczycy, by młodsze rodzeństwo mogło zająć się już bez żadnych obaw pętaniem reszty ciała smoczycy. Oczywiście nie całe potomstwo Gorgony zajęło się unieruchamianiem kobiety i wciąż czekały skryte pod ziemią na swoje zadanie, będąc w gotowości do ataku w razie konieczności.

        - Teraz jesssteś tylko ty, powiadasz? - wysyczała z gniewem tutejsza "królowa" węży, wypełzając na powierzchnię i otaczając dokoła elfkę zostawiając jej niewielki kawałek wolnej przestrzeni wokoło, by nie przygnieść "wystających" z ziemi ogonów swoich dzieci, trzymających nieznajomą. Demoniczna wężowa smoczyca zamknęła ją i jednego ze swoich synów w czymś na wzór okrągłej klatki ze swojego własnego ciała i syczała na nią wściekle. Sylar struchlał na widok rozwścieczonej matki i chciał się uwolnić od elfki by uciec z pola rażenia, ale nie był w stanie, gdyż ta go przecież do siebie przytuliła.

        Veryvin rozkazał Tigrze czekać w pogotowiu i sam ruszył w stronę gadów, a konkretniej łuskowatego muru, którym Gorgona postanowiła odgrodzić Ruu od całej reszty. Wdrapał się na grzbiet kuzynki i stanął przy jej łbie na szczycie śliskiego tułowia, celując z łuku w smoczycę.
        - A więc to o tobie mówili moi ludzie - warknął przez zaciśnięte ze złości zęby, sam nie wierzył czemu zamiast od razu strzelać odezwał się do niej. - Co, głód zaczął doskwierać i postanowiłaś znów pożreć cały mój majątek który z trudem udaje mi się na nowo zgromadzić? Czy z braku lepszego pożywienia postanowiłaś przejść na kanibalizm?
        - Kanibalizm...? Czekaj Very, ty ją znasz?! - spytała Gogona zerkając na kuzyna kątem oka. Dla niej w sumie nie miały znaczenia ich relacje, tylko to, że obca trzymała w ramionach jej dziecko! - I zabieraj swoje brudne łapska z mojego syna, dziewko! - ryknęła wściekle rozwierając całą paszczę usianą setką sztyletowych, lekko zakrzywionych do środka zębów w trzech rzędach, w tym po dwie pary długich kłów u góry i u dołu pyska, niemal ociekające jadem widocznym gołym okiem. Wyglądało to tak jakby wężowa oceniała czy zielonowłosa zmieści jej się w całości do pyska i, na nieszczęście pradawnej, miała przy tym jeszcze trochę zapasu.
        Niestety przeszkadzał jej w tym Sylar zakleszczony w objęciach kobiety z przerażeniem malującym się na twarzy. Z oczu zaczęły mu spływać łzy, miotał rozpaczliwie ogonem jakby przez to mógł się wyswobodzić, aż w pewnym momencie nie ugryzł smoczycy w rękę. Bardzo chciał się zaprzyjaźnić z tą dziewczyną, przyjąć całą oferowaną przez nią wiedzę jak stać się silniejszym, ale... widząc złość matki, wolał porzucić swoje marzenia o staniu się silniejszym pod skrzydłami nieznajomej i póki co jeszcze bezwzględnie podporządkowywać się rodzicielce. Poza tym dawno niewidziany wujek również nie wyglądał na zadowolonego.
Awatar użytkownika
Ruu
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Łowca
Kontakt:

Post autor: Ruu »

        Ruu poczuła wibracje rozchodzące się pod jej stopami. Jej usta wykrzywiły się w niesmaku. Nie sądziła, że tak szybko napotka tę puszczalską wężycę. Nie chciała jej widzieć, mogła jeszcze trochę prać mózg dzieciakowi.
        Gdy dzikie pnącza owinęły ręce i nogi smoczycy, ta jeszcze mocniej docisnęła do siebie chłopca. Rayruu warknęła ostrzegawczo i mocno szarpnęła jednym z pnączy. Ruch był na tyle gwałtowny oraz silny, że zdołała się uwolnić. Fakt, zaledwie na krótki moment, ale to dało pradawnej do myślenia. Niektóre „liany” były słabsze, inne silniejsze. Przyjrzała się wijącym dziwactwom dokładniej. Ruu nabrała wdechu. Ciasne sznury okazały się wężową skórą. Śliską, nieprzyjemną w dotyku. Zdaje się, że chłopiec miał odrobinę więcej rodzeństwa niż mogłaby sobie wyobrazić smoczyca. Ale ta nie poddawała się! Mocno tuliła w ramionach syna wężycy i groźnie na nią spoglądała.
Chwilę potem napięcie w ciele Ruu ustąpiło. Wydawała się rozluźnić na tyle, na ile mogła sobie pozwolić, przecież nie mogła utrzymać swej pozycji zachowując się jak ciągnące się we wszystkie strony ciasto. Jednak w niebezpiecznej sytuacji kobieta zachowała spokój, ba! Jej pewność siebie nie zmalała!
        Zgrabne palce Ruu wtopiły się we włosy chłopca, którego czule i opiekuńczo głaskała, a jej spojrzenie nie odrywało się od rozwścieczonych ślepi kuzynki Veryvina. Zielonowłosa delikatnie wsparła policzek na głowie Sylara, jakby chciała go za wszelką cenę uchronić oraz uspokoić. Zapewnić, że ona się nim doskonale zaopiekuje.
        - Biedak, gdyby miał portki to trzęsłyby mu się jak galareta przy takiej matce – zakpiła.
Spojrzenie smoczycy przeniosło się punkt dalej i zapłonęło wściekle. Kobieta przełknęła wyciekającą z kącików ust ślinę, która zebrała się na widok Veryvina. Mogła go pożreć. Jednym chapnięciem.
        Jego głos był taki mrożący, jeszcze bardziej oschły w zimnych ścianach kopalni, wręcz spływał swym dźwiękiem po gładkich ogonach węży.
        - Hah! - zaśmiała się pogardliwie Ruu zadzierając brodę, choć wciąż wspierała ją na głowie dziecka. - Należało ci się. Inaczej oszukałbyś jakąś biedną bogaczkę, która nigdy nie zaznałaby z twej strony choćby krzty czułości... Jesteś żałosny – rzuciła z obrzydzeniem.
        Rayruu cicho warknęła w odpowiedzi na ryknięcie Gorgony. Ukazała rząd zaostrzonych, bielutkich zębów przypominając kuzynce Veryvina o tym, że to ona w rękach trzyma jej dziecko. Gdy zjeżone grzbiety nieznacznie opadły namaszczając przestrzeń ciszą, smoczyca zaśmiała się po raz drugi.
        - Zamknij te japę, bo prędzej omdleję z powodu odoru twego oddechu niż jadu! - balansowała na cierpliwości matki. - Proszę bardzo. Opluj mniej. Twój syn z pewnością będzie wiódł szczęśliwe życie z twarzą roztopionego karalucha. Auć! - pisnęła smoczyca, gdy chłopiec ugryzł ją w rękę. Ruu spojrzała na niego całkowicie zaskoczona. Mrugnęła nawet kilka razy nie rozumiejąc jego intencji. Sylar dostrzegł to. Dziwnie i niewyjaśnione pragnienie jakiemu uległa nieznajoma. Smutek zmieszany z uczuciem zawodu, ale nie wobec niego, a samej siebie, jakby brakowało jej czegoś. Własnego dziecka albo młodszego brata, którym mogłaby się zaopiekować.
        - M... ma... mamo... - jęknął chłopiec, który niemalże zemdlał, gdy ta na niego spojrzała z nieukrytą krytyką.
        - Ona nic mi nie zrobiła... Ja, ja sam opuściłem stado – wyjaśnił. - Mieszkamy w tej jaskini tyle czasu, mogłem wreszcie... komuś opowiedzieć o moich kłopotach... komuś poza nami... Moi bracia i siostry mi pomagają, ale czasem chciałbym wyjrzeć poza te głupią jaskinię! Zawsze muszę chodzić z kimś, a Roker mi na nic nie pozwala!
        Ruu uśmiechnęła się ciepło i cicho westchnęła wzruszona tą sytuacją. Przyglądała się chwilę małemu gadowi. To było urocze, że ten maluteńki płaz odważył się wstawić za nią i wyrazić własną opinię wobec matki. A jednak jej posłuchał! Tak trochę, ale posłuchał! Brakowało mu wcześniej odwagi, a teraz choć cały drżał to mówił by ją obronić!
        - Nie możecie jej zranić, jest moją przyjaciółką – zbuntował się chłopczyk.
        - Huh? Przyjaciółką? - mruknęła po raz kolejny zaskoczona smoczyca, a gdy w jaskini zapadło milczenie i wszelkie spojrzenia spoczęły na pięknej twarzy Ruu, ta wzruszyła ramionami niewinnie się uśmiechając. „Ja mu tylko pomogłam”, wyrażała mowa jej ciała.
        - I... i nie mów tak nieładnie do mojej mamy... - zwrócił się Sylar do "elfki"
         - Oh, wybacz - szybko podchwyciła Ruu i gdyby tylko była w stanie to docisnęłaby w żalu dłoń do klatki piersiowej. - Myślałam, że twoja mama też jest zła, ale najwidoczniej się myliłam. Moja nie była fajna - wyjaśniła z nastoletnią kpiną wspominając w myślach fakt, że właściwie nigdy jej nie spotkała. - A więc jak się nazywasz?
        - Sylar...
        - Sylar... bardzo ładnie imię. Ja nazywam się Rayruu, ale możesz mi mówić Ruu... - przeciągała słodko rozmowę, która powoli zaczęła toczyć się jakby poza Veryvinem i Gorgoną. Smoczyca zdecydowanie miała dar do zmieniania tematu i tak też było w tym momencie. Przez chwilę podpuściła chłopca by poplotkować o błahych sprawach, jak zabawa w chowanego, albo co też kryje się hen, hen daleko poza jaskinią oraz o innych pierdołach niemających dla starszego pokolenia większego znaczenia, ale mogących zainteresować młodszą pulę słuchaczy. Zadziałało, bo poczuła jak ogony coraz słabiej uciskają jej mięśnie. Jednak Ruu jeszcze nigdzie hen hen daleko nie miała się zamiaru stąd wynosić...
Awatar użytkownika
Veryvin
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Rzemieślnik , Kupiec
Kontakt:

Post autor: Veryvin »

        - Oszukałbym?! - To zabolało, lecz na jego twarzy zakwitło jedynie zdziwienie wynikające z jej oskarżeń. Niewiele mu też brakowało by wybuchnąć. - Nigdy ciebie nie oszukałem, za to ty mnie tak! - warknął zdenerwowany. Dłonie mu drżały delikatnie, widać było, że gdyby nie Sylar już dawno posłałby strzałę w stronę smoczycy. O dziwo mówił prawdę, Ruu była jedyną i pierwszą kobietą, której naprawdę pożądał i darzył jakimś zdrowym uczuciem jak również zainteresowaniem. Co noc, gdy tylko kładł się do łóżka atakowały go wspomnienia wspólnie spędzonych chwil, potęgując jego zawód i nienawiść do niej.
        Do mężczyzny nie dochodziło w tej chwili nic co nie miało związku, bądź nie wydobywało się bezpośrednio z ust smoczycy, nie zwrócił więc najmniejszej uwagi na serię pytań ze strony kuzynki. Z tego stanu wyrwało go jednak zachowanie "chrześniaka", który po wyswobodzeniu się z objęć nieznajomej postanowił stanąć w jej obronie i stawić czoła im obojgu. Tak jak Gorgona przez słowa Ruu była bliska wpadnięcia w szał i po prostu pożarcia intruzki, tak teraz, słuchając syna była coraz mniej spięta, aż ostatecznie całkowicie porzuciła gotowość do walki. Nie było żadnych wątpliwości, Veryvin był zmieszany tą sytuacją i cały czas mierzył między oczy smoczycy, dopóki na ułamek sekundy nie zerknął na wężowy pyszczek małego.
        - Wujku, proszę... - mruknął Sylar ze lśniącymi oczami, bliski płaczu.
Markiz skrzywił się groźnie w niezadowoleniu, a po chwili westchnął głośno i opuścił broń.
        - Nie wypuszczaj jej stąd, mam masę spraw do załatwienia - burknął do wężowej, zeskakując z jej grzbietu i skierował się w stronę Tigry i wyjścia z jaskini. Wiedział, że popełnia olbrzymi błąd zostawiając smoczycę przy życiu, ale nie mógł jej zabić i wypatroszyć na oczach tych wszystkich dzieci, nie mógł pozbawić Sylara jedynej przyjaciółki i choć takiego kontaktu ze światem zewnętrznym.
        - Very...? - Odwróciła za nim wzrok Gorgona, lecz do niego nie dotarły jej słowa. Znikał właśnie w ciemnym korytarzu, prowadzącym do wyjścia.
        Znikając rozproszył swoją iluzję i ogromna, pięknie rozświetlona kryształami komnata, pochłonięta została przez mrok, wilgotną duchotę i ciasnotę. Komora, w której byli nie była tak okazała jak się wydawała i Ruu miałaby poważne kłopoty gdyby się tu zmieniła. Ledwo Gorgona była w stanie się tu wyprostować. Mężczyzna sfrustrowany i rozdrażniony wrócił do miasta chciał tam poczekać na swojego dziadka, a wężowa królowa poświęciła całą swoją uwagę smoczycy. Swoim dzieciom, choć to już nie było za specjalnie potrzebne, nakazała puścić pradawną i wyjść spod ziemi. Sylar widząc taki obrót sytuacji odetchnął z ulgą i przylgnął do Ruu, przytulając ją mocno ze szczęściem na pyszczku.
        - A więc to ty pozbawiłaś go wszystkiego co miał - mruknęła patrząc na zielonowłosą, w oczach Gorgony wciąż widoczne były nieufność, niechęć i ostrożność, nie chciała jednak się narażać kuzynowi, który mógł udobruchać ich dziadka i cofnąć wygnanie wężowej z całym jej potomstwem, znów mogłaby wrócić do rodziny w Otchłani. Pysk wężowej demonicy rozwarł się szeroko i rozdzielił zastąpiony górną połową kobiecego ciała. Gorgona zarzuciła długie, czarne włosy za siebie, a kilka kosmyków zasłoniło jej nagie piersi. Zwinęła ogon pod sobą i wyciągnęła do "elfki" dłoń, by zabrać ją w bardziej przytulne miejsce. Sylar wciąż się do nieznajomej tulił. Starsze potomstwo gospodyni wróciło do swoich spraw, a większa część została ciekawa przyjaciółki ich brata i tego co miała jeszcze do powiedzenia.
        - Chcesz coś pić? Może jeść? - spytała od niechcenia, zerkając na nią sporadycznie.

        W Thenderionie Veryvin ze znudzeniem i brakiem większego skupienia zajął się przygotowaniami do jak najszybszego wznowienia wydobycia rubinów z Korestor, choć jego głowę zaprzątało to jak bardzo skomplikowała się jego zemsta. Nie chciał trzymać smoczycy w nieskończoność w swojej kopalni, obawiając się powtórki z rozrywki. Nie ufał jej i wątpił by jeszcze kiedykolwiek to zrobił. Co do jednego miała rację. Gdyby zmuszono go teraz do małżeństwa z jakąś inną kobietą, najpewniej by ją oszukiwał i albo udawał, że wszystko jest w porządku, albo spędzał większość swojego życia, o ile nie wieczność w pracy z dala od domu i całej męczącej szopki. Pochłonięty myślami i przygotowaniami do wskrzeszenia Korestor, pierwsze trzy razy nie zwrócił uwagi, że ktoś puka do jego drzwi. Tigra się spięła i wstała z podłogi, przerywając drzemkę i cicho warcząc ostrzegawczo. Dopiero za czwartym wrócił do rzeczywistości.
        - Wejść - rzucił, przeglądając raz jeszcze papiery na swoim biurku. Opróżnił do końca lampkę wina i zerknął przez ramię. - Oh, Owo, zły humor przyjacielu? Może czegoś nalać? - pytał formalnie, praktycznie bez żadnych emocji.
Awatar użytkownika
Ruu
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Smok
Profesje: Łowca
Kontakt:

Post autor: Ruu »

        Ruu uśmiechała się przyjemnie i nie wychodziła z roli wychowanej damy, gdy czuła na sobie spojrzenia wężowej rodziny, jednak jej źrenice wyostrzały się w momencie kontaktu wzrokowego z Veryvinem. Grała panią domu przed tłumem, lecz za ścianą kłóciła się ze swym mężem, a ich wrogość dostrzec można było jedynie w ukrytych gestach i w drobnych niuansach zachowań. Smoczyca prychnęła na uniesienie się demona i z pogardą wlepiła oczy w migoczące kryształy, które jak się okazało - były tylko iluzją.
        Iluzja. Gdyby nie udawała bogatej panny z dużym posagiem nigdy by na nią nie spojrzał. Taka była prawda. Śmiać się jej chciało na myśl o tym, że z chęcią związałby się ze smokiem – zachłannym gadem, którym przecież była. W końcu odkryłby tą tajemnice i nie chciał dokarmiać bestii kryształami albo dawać jej diamentów by się nimi rozkoszowała. To nie przyniosłoby zysku, a naliczyło same straty. Nagle uświadomiła sobie, jak ich zachłanność jest różna. Ona dążyła do przeżycia i bogactwa, on... wyłącznie do bogactwa.
        Tym niespotykanym dla niej tokiem myślenia poczuła dziwne ukłucie w sercu. Nagle zrobiło się jej smutno. Kryształowe ściany opadły, spływały po zimnych ścianach kopalni wywołując w niej kolejny zawód. To wyglądało zupełnie jak królewska komnata a znowu została sprowadzona do brudnej ziemi. Ruu westchnęła tęskniąc za tą iluzją.
        Tą ze ścian! Nie za związkiem z Veryvinem! Nie, nie!
        - Uhm?... - ocknęła się pradawna czując ciepło obejmującego ją gada. Ruu uśmiechnęła się rozczulona, o dziwo bardzo szczerze i pogłaskała szorstki łepek.
        - Słodki jesteś, wiesz? A można ci tak ścisnąć policzki, jak ludzkim bobasom? - zachichotała podejmując próbę dziecinnego zachowania, przed którym Sylar skrupulatnie się bronił machając gadzimi łapkami.
Głos Gorgony rozszedł się po pomieszczeniu, nie wiadomo czy to karcąc smoczyce, czy też po prostu rzucając w przestrzeń pustą informację. Usta Ruu wydłużyły się zniesmaczone towarzystwem domniemanej żony Veryvina. Nie miała zamiaru się przed nią tłumaczyć, z drugiej strony trudno było pozostawić jej słowa bez komentarza.
        - No tak, on znalazł rękaw, do którego mógł się wypłakać – zakpiła nie odrywając od wężycy jarzących się turkusową barwą oczu.
Rayruu nie była jednak kobietą, która odmawiała i obawiała się plamy na swym honorze. Wręcz przeciwnie. Niszczyła powoli od środka ingerując w życie swoich ofiar i tym razem nie miała zamiaru postąpić inaczej. Mimo swojej porywczości czasem wolała czekać i wpuścić truciznę do organizmu, dlatego dobrze się stało, że spotkała Sylara. Dzięki niemu mogła wprowadzić emocjonalny szantaż, czuć się bezpiecznie dopóki po swej stronie miała chłopca. Pielęgnowała jego uwielbienie, nie odtrącała, nawet jeżeli teraz utrudniał jej chód. Właściwie zaproponowała mu wspięcie się na własne plecy by nie musiał się pałętać między jej nogami, a ogonem, z którego w pierwszej chwili zrobił sobie plac przeszkód próbując go co krok przeskoczyć czasem na niego nadeptując. Ruu zagryzała wargi, ale nie traciła nad sobą panowania. Nie chciała przyznać przed samą sobą, że i ten maluch zawładnął jej chciwym sercem.
        - Jeżeli serwujesz na przystawkę rubiny to z miłą chęcią, a jeżeli nie, to pozwól, że w wolnej chwili sobie coś wydłubię – odpowiedziała tak, jak odpowiada się żonom gdy jest się ex narzeczoną, czyli „grzecznie”.
        - A więc... - szybko zmieniła temat idąc w ślad za demonicą. - Długo tu mieszkasz? Czekałaś w tej kopalni aż Veryvin przybędzie ją odkupić czy w takim właśnie środowisku żyją węże? Choć z taką gromadką dzieci chyba trudno znaleźć odpowiednio duży zamek... - na końcu zdania Ruu zwolniła badawczo. Właściwie Mahoril nie miał funduszy by utrzymać tak dużą rodzinę, ale mając w posiadaniu kopalnie rubinów mógł się wzbić na wyżyny i zamieszkać nawet w jaskini smoka. Mieć własną smoczą jaskinię!
         - Fajne masz te dzieciaki... - rzuciła mimochodem, ale zaraz się spięła zdając sobie sprawę z nadmiernej szczerości.
        - Och, w ogóle nie miałam okazji zapoznać się z twoją osobą. Słyszałaś, ale powtórzę, tak robi się z grzeczności, prawda? Nazywam się Rayruu, a ty? - mówiła nie starając się nawet nie irytować Gorgony.
Awatar użytkownika
Veryvin
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 6 lat temu
Rasa: Nemorianin
Profesje: Arystokrata , Rzemieślnik , Kupiec
Kontakt:

Post autor: Veryvin »

        Gorgonie nie w smak było uczestniczenie w tej niewerbalnej kłótni jaką toczyli z sobą Veryvin i smoczyca. Wpatrywali się w siebie iście bazyliszkowym wzrokiem i naprawę wężycy nic by to nie obchodziło, gdyby pomiędzy byłym narzeczeństwem nie było jej syna. Prawda była taka, że w przypadku bardziej wygodnej dla demonów sytuacji, po postu zabrałaby swoje potomstwo i zostawiła kochanków samych sobie, albo raczej bez najmniejszego zainteresowania, a zwłaszcza interwencji, pozwoliłaby kuzynowi nafaszerować pradawną strzałami. I to był by chyba najmniej kłopotliwy scenariusz, ale przez Sylara nie doszło do jego realizacji. Po części rozumiała syna, sama miała już dość siedzenia w tych ciemnościach pełnych przeciągów i z dala od jakiegokolwiek innego towarzystwa niż pięćdziesiątka łuskowatych dzieci. Wiedziała jednak że w Alaranii od razu znalazłby się ktoś, kto chciałby ją zabić i powiesić sobie jej łeb nad kominkiem. Podobnie zapewne skończyły by jej starsze latorośle, a młodsze by pochwycono, zamknięto w klatce jak zwierzęta i po prostu sprzedano by jako niezwykły, egzotyczny okaz. Zrobiłaby wszystko, by dziadek zezwolił jej i dzieciom na powrót do Otchłani.
Pojawienie się Veryvina w jej skromnych progach było jak manna z nieba, gdyż zdawało się, że z całej rodziny tylko on miał najlepszy kontakt z tym oziębłym staruchem. To dlatego starała się posłusznie spełniać wolę kuzyna, miała nadzieję, że gdy dziadek się pojawi, markiz napomknie słowo w sprawie Gorgony.

        - Rękaw do wypłakania? - zdziwiła się, lecz po chwili zaśmiała się rozbawiona. - Na pewno nie Vinek - pokręciła głową, do wyobrażenia sobie takiego kuzyna. Wesołość nie schodziła jej z twarzy, gdy pełzła przez tunel do swojej groty wraz z Ruu. - Odkąd tylko pamiętał był raczej osobą, która albo sama sobie poradzi ze swoim problemem, albo całkowicie go zignoruje i zapomni o nim uznając za jakąś nic nieznaczącą błahostkę.
        Zerknęła kątem oka na towarzyszkę niosącą jej syna na plecach. To co smoczyca zrobiła nemorianinowi na pewno nie zaliczało się do tej drugiej kategorii, dlatego podejrzanym wydało się wężycy zachowanie markiza, jego rezygnacja i oddalenie się, niby naglony ważniejszymi sprawami. Rozumiała, że gdyby między nimi nie było Sylara, mężczyzna na pewno by puścił strzałę od razu jak tylko spostrzegłby pradawną. Chociaż wydawało jej się, że gdyby naprawdę chciał zabić zielonowłosą, zrobiłby to choć w inny sposób by nie skrzywdzić wężowego chłopca, który teraz stał się po prostu słabą wymówką. Z drugiej jednak strony chyba naprawdę wolała nie wnikać, co też jubiler kombinował, szczególnie, że potrafił dogadać się z najstarszym Raronarem rodu w przeciwieństwie do innych, a jak powszechnie wiadomo: ciągnie swój do swego. Lekko zadrżała na samą myśl, że markiz mógłby się stać taki sam jak ich dziadek. To była naprawdę niepokojąca wizja.

        - Proszę, częstuj się. Myślę, że Vin nie zauważy, tym bardziej że ma całą urodzajną kopalnie - przewróciła oczami i zaraz się zatrzymała i spojrzała na smoczycę zatrzymując się przed wejściem do okazałych rozmiarów groty, w której zmieściłby się dość sporawy smok, rozświetlonej skromnie świecącymi jak gwiazdy kryształami.
        W ścianach była wydrążona niezliczona ilość ciemnych jam, najwidoczniej pokojów licznego potomstwa wężowej. Wystrój był prymitywny, a wszelkie umeblowanie zrobione z kamienia. Po środku tliło się duże palenisko, nieopodal dokoła rozścielone niezbyt umiejętnie zdjęte skóry zwierząt, gdzieś w kącie walające się kości ludzi i zwierząt. Pod jedną ze ścian kilka kamieni w roli siedziska otaczających płasko ścięty głaz służący jako stół. W innej zaś części wydrążone w ziemi oczko wodne, do którego wgłąb odchodziło krystalicznie czyste źródełko, a do którego stale ściekała woda ze ściany. Gdzieś w tym wszystkim było również jedno, wyraźnie często użytkowane miejsce, na co wskazywało wytarte do gołego kamienia podłoże, dające łatwo do zrozumienia gdzie sypiała królowa tutejszych węży. Tak więc duża i przestronna "komnata", skromnie przyozdobiona tym co dało się znaleźć w jaskiniach, lesie i okolicy kopalni, była jednocześnie i kuchnią i salonem, i sypialnią, i łaźnią, i nie wiadomo czym jeszcze. Za to właśnie jamy dzieci Gorgony były oddzielonymi od tego przestrzeniami.

        - Z pięć wiosen na pewno - odrzekła pełznąc w stronę paleniska by znów je rozpalić. - Akurat Veryvina w życiu bym się nie spodziewała w tej części Alaranii, a tym bardziej interesującego się tutejszym górnictwem, ale jak widać w akcie desperacji można zrobić wszystko. Środowisko faktycznie nie jest zbyt sprzyjające, ale nie mogłam w nieskończoność na ślepo pełznąć po tych ziemiach w poszukiwaniu odpowiedniego domu, nie z taką gromadką, a im się póki co tu podoba. Co do trudności z odnalezieniem najlepszego domu dla mojej rodziny najwidoczniej nie wiesz jak jest w Otchłani. Uwierzyłabyś, że tam mam najmniej dzieci ze wszystkich demonów swojego rodzaju? - uśmiechnęła się nostalgicznie do własnych myśli. Bardzo długo nie miała innego towarzystwa, dlatego nie potrafiła być przez cały czas wrogo nastawiona do byłej małżonki swojego kuzyna, a przy tym strasznie się rozgadała.
        - Fajne nie fajne, szkoda że odziedziczyły w większej mierze charakter po ojcu cymbale, który zostawił nas dla jakiejś wyliniałej, starej gadziny - prychnęła z wrogością, nie zdając sobie spawy, że Ruu miała Gorgonę za nową żonę Veryvina. Bardzo ciężko było wyprowadzić wężową z równowagi, zwłaszcza przy takiej gromadce dzieciaków w różnym wieku, ale wspomnienie o ojcu swoich dzieci mogło do tego doprowadzić z łatwością. Właśnie dlatego cieszyła się, że smoczyca zaraz zmieniła temat i postanowiła dopiąć formalności na ostatni guzik.
        - Gorgona Raronar, a do ciebie klei się...
        - Sylar Regulus! - wykrzyczał radośnie z dumą chłopiec, lecz zaraz struchlał widząc surowy wzrok matki. Niby wiedział, że mama nie lubiła już taty z jakiegoś powodu, ale dla niego naprawdę było największą dumą, że był synem zabijającego wzrokiem Bazyliszka. W sumie większość młodszych potomków wciąż tęskniła za ojcem i nie rozumiała gniewu matki, kiedy tylko komuś wyjawiali kto był ich ojcem.
        - Sania! - zawołała gorgona, a gdy przypełzła młoda wężyca o pustynnym odcieniu łusek, trochę bardziej niż nieśmiała, dodała: - Zabierz brata i przypilnuj rodzeństwa, by mi się tu nie pałętało. Dorośli chcą porozmawiać w spokoju.
        - Dobrze matko - mruknęła bardzo cichutko, ledwie słyszalnie, po czym wzięła na ręce wykłócającego się brata i odpełzła do jednego z "pokoi".

***

        U Veryvina natomiast wszystko powoli zaczęło się sypać. Był zmęczony dzisiejszymi przeżyciami, rozdrażniony, nie mógł się doczekać przyjazdu dziadka, by może z jego pomocą raz na zawsze pozbyć się smoczycy, albo przynajmniej ją zupełnie unieszkodliwić. Nie miał przez to całkowicie głowy do papierologii, a tu jeszcze Owo postanowił złożyć mu wizytę, choć...wyraz jego twarzy raczej nie zwiastował niewinnej pogawędki o pogodzie przy filiżance herbatki. Odłożył pióro i odwrócił się na krześle do gościa, któremu uważnie się przyjrzał.
        - Pakuj swoje lumpy paniczyku i wynoś się stąd jak najprędzej, inaczej będziesz miał spore kłopoty - warknął brodacz, wyjmując spod pazuchy delikatnie zakrzywione, bogato zdobione ostrze. Demon przewrócił oczami i przyglądał się ze znudzeniem żałosnym poczynaniom swojego brata.
        - Czego tu szukasz Ingvarze? - Nie wytrzymał w końcu. Krasnolud zrobił naburmuszoną minę i nadął jeden policzek.
        - Skąd wiedziałeś? - jęknął żałośnie "zmieniając" się nagle w nastoletniego nemorianina o potarganych włosach i zmiętoszonych ubraniach. Aż wstyd było się przyznawać do takiego rodzonego brata.
        - Po twojej krnąbrności w kwestii nauki etykiety. Aż dziw bierze, że ojciec jeszcze sobie nie odpuścił... Ale mniejsza, co ty tu robisz?
        - Rodzice mieli coś załatwić w mieście, a mnie zabrali do pilnowania dorożki. - Oparł się o futrynę balansując postawionym na swoim palcu sztyletem tak by nie spadł.
        - Nie widzę tu żadnej dorożki wiesz? - Veryvinowi zaczęła drgać dolna powieka, gdy patrzył bez przekonania na swojego brata. Marną przyszłość wróżył swojemu rodowi jeśli Ingvar nie dorośnie...znaczy zmądrzeje.
        - Rodzina do ciebie przyjeżdża a ty taki niemiły... - Zrobił urażoną minę i założył ręce na piersi. Postanowił jednak odpuścić, gdy oko starszego brata zaczęło ociekać zabójczym jadem. - Rodzice się dowiedzieli, że wzywałeś dziadka. Uważają, że za bardzo na nim polegasz, odcinając się przy tym od najbliższej rodziny. Chcieliby pomóc. Nie patrz już tak na mnie!
        - Podziękuj im ode mnie za troskę, ale sam sobie poradzę - warknął przez zaciśnięte zęby odwracając się znowu w stronę papierów, dając jasno do zrozumienia, że audiencja dobiegła końca.
        Naprawdę nie chciał pomocy najbliższych, bo ostatnim razem w zamian chcieli dziesięć procent jego całkowitych zysków, gdzie przy dokładniejszym przeanalizowaniu sprawy okazywało się, że to co chcieli mu pożyczyć, byłoby jedynie kroplą w oceanie tych dziesięciu procent przez bliżej nieokreślony okres czasu. Chcieli się wzbogacić na niedoli syna, niedoczekanie! Właśnie dlatego nie chciał obecnie ich pomocy i wolał nawet nie myśleć czego zechcieliby w zamian.
Zablokowany

Wróć do „Thenderion”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości