Iruvia[Iruvia i otaczający ją las] Krew i wino

Wielkie, elfie miasto położone w samym środku Lasów Eriantur. Piękne i obszerne budowle z kamienia wkomponowane są idealnie w leśny klimat. Pałac królewski wybudowany z drewna, białego kamienia i kryształu góruje nad drzewami, a z okien wież rozciąga się przepiękny widok na gęstą puszczę.
Awatar użytkownika
Constantin
Błądzący po drugiej stronie
Posty: 65
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Czarodziej
Profesje: Mag , Zabójca , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Constantin »

        Gdy już zdał sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji oboje się znaleźli i z tego, co zaczął, to przez krótką, bardzo krótką, chwilę w jego głowie pojawiła się jedna myśl – co było trudniejsze, wcześniejsza walka o życie, czy może to, co robili i mówili teraz, po tym gdy już wydostał się z pola działania tamtej pułapki i zniszczył już zasilające ją kryształy. Oczywiście, szybko doszedł do wniosku, że gorsza była ta pierwsza – w obu stawką było zupełnie co innego, ale teraz nie mógł powiedzieć, że boi się o własne życie. Bał się o coś innego, co właściwie było dla niego równie ważne. Gdzieś w zakamarkach swoich myśli doskonale wiedział, jak nazwać zbieraninę tych uczuć, o której wspomniał przed chwilą, jednak sam przed sobą nie chciał tego przyznać, a co dopiero mówić o tym komuś, kogo one dotyczą. Dlatego powiedział o nich w taki sposób – krążąc wokół tematu i niejasno je nazywając, jakby zwyczajnie obawiał się tego, co się stanie, gdy powie o nich inaczej, bardziej wprost. I, cóż, rzeczywiście tak było, o czym zresztą i tak jej powiedział. Bał się, że gdy okaże się, że oboje mają te uczucia wobec siebie, zdecydują się ich posłuchać i wykonają kolejny krok w ich relacji, to nieodwracalnie się ona zmieni. A później, gdyby coś się stało, nie będzie już odwrotu i nie będą mogli wrócić do tego, jak wyglądało to wcześniej. Bo to, co mieli teraz było czymś dobrym i znanym, wiedzieli na czym stoją i jakie „wymagania” mają wobec siebie. Dalej było już nieznane terytorium, po którym Constantin nie był pewien, czy wiedział, jak się poruszać. A ta potencjalna niepewność tylko sprawiała, że obawiał się tego jeszcze bardziej. Ona i, co najmniej, kilka innych rzeczy z tym związanych. Z drugiej strony podobało mu się to, co się teraz działo. Taka… bliskość z Shyilią, czucie ciepła jej ciała i samo to ciało, które teraz znajdowało się w jego objęciach, które zresztą elfka zdecydowała się odwzajemnić. Nie spodziewał się, że zacznie ona płakać jeszcze bardziej, ale to nie była pierwsza rzecz, której się dzisiaj nie spodziewał. Przecież nie wiedział, że z jego oczu też popłyną łzy, co prawda nie było ich aż tyle, ale nie był w stanie przypomnieć sobie, kiedy zareagował w taki sposób na duże nagromadzenie emocji. Był też świadom tego wszystkiego, co jej powiedział. Był z nią jak najbardziej szczery, wszystko to, co padło z jego ust było prawdą i… jeśli powiedziało się jedno, to trzeba przecież powiedzieć drugie, dlatego postanowił w to brnąć.
        Jej pierwsze słowa zbiły go nieco z tropu, przez chwilę pomyślał, że te uczucia faktycznie mogą być jednostronne i zaraz Shyilia postanowi to zignorować i dokończyć zadanie. Jednak kolejne słowa, które padły z jej ust stanowczo przegoniły te myśli. Uważnie wysłuchiwał każdego zdania, aby później móc na nie odpowiedzieć, bo nie mógł przecież zostawić tego bez powiedzenia jej czegokolwiek.
         – Oczywiście, że tak byłoby łatwiej. Zostawić to tak, jak jest to akurat najłatwiejsza droga. Tylko… teraz już nie jestem pewien, czy chcę nią iść. Może ta trudniejsza, bardziej wymagająca droga jest tą… którą warto wybrać… Zwłaszcza, że byśmy szli nią razem – odpowiedział jej, ostrożnie dobierając słowa.
         – Wmawiam sobie, że to nie jest to… że czuję się tak przez to, że upewniłem się co do naszej przyjaźni. Tyle, że w głębi duszy wiem, że jest inaczej i… tylko szukam głupich wymówek, aby móc usprawiedliwić sobie nimi takie myślenie. Tylko, że to robi się coraz trudniejsze… coraz męczące. Mówiłem sobie, że przyjaźń jest wystarczająca… że najlepiej, jeśli to tak zostanie… ale teraz już sam nie wiem. Powoli skłaniam się w stronę tego, że to była tylko kolejna wymówka – kontynuował. W dalszym ciągu brakowało mu odwagi, żeby mówić o tym wprost; nadal krążył wokół tematu, zamiast bezpośrednio przejść do rzeczy. Normalnie starał się tak nie robić, ale to w pewnym sensie nie uważał za coś normalnego. Na pewno nie normalnego dla nich.
        ”Kontynuuj… Kontynnuj!„ – głos matki Constantina wybrzmiewał zaangażowaniem, ale miał też w sobie nuty zachęty, a także desperacji. Tylko, że jego akurat mało to teraz obchodziło, bo musiał skupić się na czymś o wiele ważniejszym.
         – Skoro oboje jesteśmy, jacy jesteśmy, to… możemy być tacy razem, a nie osobno. Pod pewnymi względami jesteśmy podobni, więc… może to ułatwić nam kroczenie tą trudniejszą ścieżką… - mówił dalej, ale nie dlatego, że prosiła i wymagała tego od niego matka. Nie. Robił to dla siebie i dla swej towarzyszki.
         – Mam dziwną mieszankę emocji i uczuć w głowie… i to przez ciebie Shyilio. Już nie wiem, jak sobie z nimi poradzić, zwłaszcza gdy tak bardzo zdałem sobie świadomość z tego, że tam są… Nie mogę ich ignorować, już nie, a wmawianie sobie, że to ci innego… po prostu też już nie pomaga. Zaczynam myśleć, że najlepiej będzie w końcu przestać to robić… przestać udawać, że ich tam nie ma – dokończył. Zastanawiał się czy ma tu coś więcej do powiedzenia, ale chyba nie. Chyba powiedział jej wszystko, co się w nim zbierało, a gdy w końcu dał temu ujście, to nie próbował tamować przepływu.
         – Zależy mi na tobie… Bardziej niż na kimkolwiek innym, kogo spotkałem w swoim życiu – dodał jeszcze to. Cicho, podobnie jak wcześniej odezwała się ona. Tylko, że nie wynikało to z niepewności co do tych słów, a bardziej z tego, że była to kolejna rzecz, której się bał; z jakiegoś powodu bał się wypowiadania takich rzeczy i przyznawania, że nawet on może je czuć. Z drugiej strony, jeśli przy kimś miałby się przełamać, nawet, jeśli tylko w jakimś stopniu, to Shyilia była jedyną osobą, której mógł pokazać taką stronę siebie.

         – Wszystko to, co sobie dzisiaj powiedzieliśmy zostaje między nami, czyli osobami, które powinny o tym wiedzieć. Poza tym, nikt się o niczym nie dowie – zapewnił ją. W jego przypadku, co prawda, były jeszcze trzy osoby, z którymi dzielił swój umysł, ale one też przecież nie miały komu o tym rozpowiadać. Poza tym, w to wszystko i tak zaangażowana była jedynie jego matka. Pozostałej dwójki prawdopodobnie w ogóle to nie obchodziło.
        ”Ah, ależ się tego przyjemnie słuchało. W napięciu wysłuchiwałam tego, co sobie mówiliście„ – do głosu doszła, oczywiście, Camilla Naxam. Jedyna w swoim rodzaju.
        ”Tak? I co w związku z tym?„ – zapytał się jej mężczyzna.
        ”Nic konkretnego… Wiem, że mówiłeś szczerze i, że na swój sposób powiedziałeś jej o swoich uczuciach. W tym jesteście podobni, oboje krążyliście wokół tematu jak sępy nad martwym zwierzęciem„ – odpowiedziała mu, wręcz zaskakująco szybko. Jakby miała to już przygotowane wcześniej.
        ”Nie byłbym w stanie zrobić tego inaczej. Ja… nie chcę teraz o tym rozmawiać„ – odpowiedział jej spokojnie.
        ”A później?„ – zapytała. Constantin wręcz widział ten jej chytry uśmieszek.
        ”Może„ – odparł tylko. Więcej się nie odezwał. Nie była to obietnica, ale wiedział, że gdyby powiedział jej kategoryczne „nie”, to męczyłaby go, aż nie zmieniłby zdania. Dlatego taktycznie, według niego, było zostawić sprawę jako niejasną. Niech jego matka zajmie się czymś i rozmyśla o tym czy faktycznie zgodził się z nią o tym pomówić, czy może tylko ją zwodzi.

         – Nie mogłem, ponieważ zlokalizować dało się je jedynie będąc wewnątrz pole działania pułapki. Później wiedziałem już gdzie są, nie musiałem ciągle ich wyczuwać – odezwał się do niej, ale bez pretensji w głosie. Gdyby to było takie łatwe, to przecież nie wszedłby w pułapkę, tylko najpierw rozbroił ją. Z drugiej strony, gdyby tak spojrzeć na to, jaki był tego skutek, to nie żałował, choć nie mógł powiedzieć jej tego wprost. I chodziło tu oczywiście o to, co stało się po tym, jak Shyilia ocaliła mu życie, a nie o samo wejście w pułapkę.
Naprawdę spodziewał się, że pójdzie dalej, zdobędzie kielich i wróci do niego, ale elfka miała inny plan. Najpierw widział, jak odchodzi, lecz gdy ponownie otworzył oczy, ona wracała i usiadła obok niego.
         – Obiecałem ci przecież, że się stąd nie ruszę. Dotrzymuję raz danego słowa, poza tym, nie miałbym chęci realizować żadnego głupiego pomysłu – odezwał się do niej, nawet uśmiechnął się lekko. Nie przeszkadzało mu to, co zrobiła, może nawet wręcz przeciwnie. Złapał rzuconą przez nią gruszkę.
         – Tak jest szefowo – odpowiedział jej, tym razem nie uśmiech, a uśmieszek zagościł na jego twarzy.
         – Tak sobie myślę… I nie żałuję, że ci to wszystko powiedziałem, wiesz? Teraz czuję, że to jest coś, co chciałem, żebyś prędzej czy później usłyszała – odparł, wpatrując się w jakiś punkt w przestrzeni przed sobą. Mimo pewności w głosie, jakoś nie mógł odwrócić głowy w bok, żeby spojrzeć na siedzącą tuż obok, tak blisko, Shyilię.
        
********
        
         – Chyba możemy iść dokończyć to, po co tu przyszliśmy. Jeszcze nie czuję się w pełni sił, ale jednocześnie mam ich wystarczająco, żeby móc chodzić – odezwał się i, jakby na potwierdzenie tych słów, wstał z pozycji siedzącej, i to bez opierania się plecami o ścianę.
         – Pani pozwoli? – zapytał z cieniem uśmiechu na twarzy, a później wyciągnął w jej stronę dłoń, żeby zaoferować swą pomoc we wstaniu spod ściany. Wykorzystał, oczywiście, tą w pełni sprawną rękę, nie tą, która padła ofiarą kolców.
Następnie oboje udali się w kierunku, który wcześniej blokowała pułapka. Teraz już się tak nie działo, więc dalsza część korytarza stała przed nimi otworem. Kończył się on niewielkim pomieszczeniem, w którym na kamiennej półce stał wyglądający na zwyczajny kielich. Wykonany był ze srebra lub z czegoś, co było do niego tak bardzo podobne, że aż nie do odróżnienia dla kogoś takiego, jak on. W jego szyjce znajdowały się małe rubiny, które przypominały krwiste łzy.
         – To chyba to. Nie widzę w tym miejscu niczego innego, co wyglądałoby jak kielich – odezwał się mag. Użył jeszcze magii czytania aur, aby zobaczyć, czy przedmiot ten takową posiada – te magiczne ją miały, dało się z niej wyczytać kilka rzeczy i też potwierdzić właśnie czy ma się do czynienia z przedmiotem magicznym, czy może ktoś tylko mówi, że jest on magiczny. Kielich otaczała aura świadcząca o tym, że nie jest on zwykłym naczyniem na ciecz.
         – Bierzmy go i wracajmy – zaproponował.

        Reszta poszła już szybko i sprawnie. Wzięli kielich i go zabezpieczyli, a później udali się w drogę powrotną. W jej trakcie byli jacyś tacy mniej rozmowni, a Constantin liczył na to, że jest tak ze względu na to, że oboje są zmęczeni, a nie, że jest to pokłosie rozmowy, którą przeprowadzili. Powrót do posiadłości Bernarda zajął im mniej więcej tyle samo czasu, co dotarcie do ruin poprzedniej. A mieli sobie z nim do pogadania, przynajmniej tak uważał Constantin, bo warto będzie wspomnieć mu o tej pułapce i nieprzyjemnościach, jakie wynikły w związku z nią – i powiedzieć mu też, że są z tego powodu „niezadowoleni”.
        Na spotkanie wyszedł im ten sam syn zleceniodawcy. Niósł nawet ze sobą sakiewkę z umówioną nagrodą. Bernard pewnie myślał, że załatwi to przez syna i nie będzie musiał z nimi już więcej rozmawiać. Niedoczekanie.
         – Prowadź do swojego ojca. Mamy z nim do pogadania. A jak będziesz upierał się, że tego nie zrobisz, to sprawię, że będziesz do niego podobny jeszcze bardziej – odparł Constantin bez emocji w głosie. Była to chłodna, zwyczajna groźba, którą poparł płomieniem, który nagle pojawił się nad jedną z jego dłoni.
         – T-t-tak jest – odpowiedział tylko tamten. I ruszył w drogę powrotną. A oni za nim.
Znowu szli przez te same korytarze i pomieszczenia, co wcześniej, choć teraz skąpane już w półmrokach. Co ciekawe, zostali zaprowadzeni w to samo miejsce i do tego samego pomieszczenia, co poprzednio. Mogłoby to wydawać się dziwne patrząc na to, jaka była pora dnia.
         – Synu, dlaczego zakłócasz mój spokój? – usłyszeli głos starszego elfa, zanim ten jeszcze się pojawił.
         – Oni… Oni chcieli z tobą rozmawiać. To ta dwójka, którą wysłałeś po kielich – odpowiedział mu młodszy. W jego głosie dało się wyczuć, że zwyczajnie się ich boi. I dobrze, to oznaczało, że groźba zadziałała.
         – Mówiłem, żebyś to załatwił… Nieważne. Wyjdź. Zajmę się resztą – Bernard pojawił się dopiero teraz. Jak wcześniej, tym razem też wyłonił się zza jednej z gablot, a maska zdobiła połowę jego twarzy.
         – O co chodzi? – zapytał ich. Ton wskazywał na to, że jest on nieco poirytowany tym, że ktoś mu przeszkadza.
         – O to, że jedno z nas prawie straciło życie w tym potencjalnie niegroźnym zleceniu zdobycia artefaktu – odezwał się Constantin. Również nieco zirytowany, jednak on miał ku temu inne powody.
         – Przecież mówiłem, że możecie natknąć się na przeszkody, prawda? No, to się natknęliście – odpowiedział mu tonem identycznym do poprzedniego. Jakby chciał mieć to jak najszybciej za sobą i wrócić do tego, co robił wcześniej.
         – Radzę zmienić ton. Chyba, że tak dla równowagi chcesz mieć spaloną drugą stronę twarzy, którą poszorujesz też trochę po podłodze tego pomieszczenia i, może, zniszczysz przy okazji parę gablot ze swoim drogocennym badziewiem – w głosie mężczyzny wybrzmiewała już nie tylko irytacja rozmówcą, ale też groźba i chęć oraz brak skrupułów do tego, żeby ją spełnić.
         – Nie mówiłeś nic o pułapkach magicznych, a natknęliśmy się właśnie na taką – dodał jeszcze. Uważnie obserwował rozmówcę, patrzył mu prosto w oczy. Nie rzucał mu wyzwania, a bardziej groźbę. „Zrób coś niewłaściwego, mów dalej tym tonem, a zrobię to, o czym mówiłem” – to wyrażało teraz jego spojrzenie. Przynajmniej powiedział też coś, co zaskoczyło Bernarda, bo tamten widocznie nie spodziewał się czegoś takiego w starych ruinach.
         – Zatem… Czego ode mnie oczekujecie? – zapytał go. Faktycznie zmienił ton głosu – teraz był on neutralny, ale przynajmniej nie sprawiał, że chciało się go uderzyć w twarz.
         – Zapewne wyżej nagrody i może… nie wiem… zatrzymamy sobie ten kielich? Albo, lepiej, może sprawdzimy czy zaklęta w nim magia chroni go przed magicznym ogniem? – zaczął zastanawiać się na głos Constantin.
         – Byłoby to dość… niefortunne. Zależy mi na nim – odpowiedział mu elf z połową maski na twarzy.
         – A co ty o tym sądzisz? Chcesz dodać coś od siebie, powiedzieć coś naszemu zleceniodawcy? – tymi pytaniami Constantin zwrócił się do Shyilii. On już chyba powiedział, co chciał i zagroził też Bernardowi. Dał trochę upust swoim emocjom.
Awatar użytkownika
Shyilia
Szukający drogi
Posty: 35
Rejestracja: 7 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje: Skrytobójca
Kontakt:

Post autor: Shyilia »

         Rozmowa o uczuciach nie przychodziła Shyilii łatwo. Przez większą część swojego trwającego już ponad sto lat życia, spychała je na margines świadomości z prostej przyczyny: gdyby dopuściła do głosu wszystkie cierpienia i nadzieje, gdyby rozdrapała stare rany i pozwoliła sobie ryzykować nowymi - nie byłaby w stanie tego udźwignąć. Rozpadłaby się na kawałki. Póki więc zdołała odsuwać od siebie wszelkie emocjonalne refleksje, funkcjonowała względnie dobrze. Nawet jeśli życie skupione na mechanicznym wypełnianiu zleceń i bezdusznej ścieżce zemsty było niepełną namiastką tego, co świat mógł mieć elfce do zaoferowania. To jej w zupełności wystarczało.
         Do czasu.
         Aż nadszedł dzień, w którym musiała ostatecznie przestać oszukiwać samą siebie. I tak długo już z tym walczyła; zaprzeczała swoim naturalnym reakcjom, ślepa na sygnały płynące z jej własnego ciała i umysłu. Bała się, że po wyeliminowaniu wszystkich zdrajców będzie musiała przewartościować swój światopogląd, by znaleźć nowy sens, ale… ta chwila nastała wcześniej, dopadając skrytobójczynię kompletnie niegotową na tak nagłą konfrontację. Z Constantinem, owszem, ale przede wszystkim z samą sobą. Wyznanie uczuć było jedną rzeczą, zaś to, co leżało głębiej - zgoła inną. Shyilia musiała przyznać, że coś w niej się zmieniło; coś stanowiącego jeden z elementów jej najściślejszego rdzenia. A to, paradoksalnie, było znacznie bardziej przerażające od chwiania fundamentem ich znajomości.
         Ale nie było już odwrotu. W chwili gdy zdecydowała się na szczerość, gdy odpowiadała na słowa towarzysza, podjęła decyzję o próbie redefiniowania pewnej cząstki siebie na nowo. Jeśli coś miało się zmienić, to był ten moment. Jeżeli jakiś czynnik mógł sprawić, że Shyilia dobrowolnie postanowi otworzyć się na doświadczenie, którego przez całe życie unikała bardziej niż ognia - to był ten moment. Ten, w którym nie musiała przechodzić przez to sama. I kiedy od wyborów elfki zależało o wiele więcej niż tylko jej prywatne samopoczucie.
         Choć niepewnie i nieco nieporadnie, mówienie o dziwo nie sprawiło jej wiele problemów. Poukładawszy sobie w głowie sprawy, mając dzięki temu jako taki całościowy obraz sytuacji, wiedziała co chce czarodziejowi przekazać, niezależnie od tego w jaki niezręczne słowa by tego nie ubrała. Pewien problem pojawił się wówczas, gdy mężczyzna mówił dalej. Mimo że, podobnie jak ona, wciąż krążył w bezpiecznej odległości wokół sedna, przesłanie jego wypowiedzi zdawało się stawać coraz bardziej wyraziste, coraz bardziej jednoznaczne. Aż Shyilia zaczęła… się bać. Że w końcu on powie to wprost. Nazwie to, co do tej pory rezonowało między nimi bezimiennie, i sprawi, że stanie się to rzeczywiste. Nieuniknione. A ona… ona nie będzie potrafiła odpowiedzieć tym samym. Jakże by mogła? Zanim zacznie wypowiadać takie słowa i składać obietnice, musiała najpierw poznać, czym było to mistyczne uczucie, o którym istniało tyle poematów, prozy i pieśni, że zdawało się dla każdego być czymś zgoła innym. A Shyilia… Shyilia nie miała pojęcia, czym mogłoby być dla niej. Jeszcze nie.
         Czuła jak jej ciało, które zdążyło ochłonąć po pierwszym szoku, staje się na powrót niespokojne. Puls przyspieszył, oddech zdawał się szumieć niczym morze podczas sztormu, a sama elfka miała wrażenie, że jej świadomość coraz bardziej oddalała się od miejsca, w którym znajdowała się reszta jej jestestwa. Słowa Constantina zdawały się zlewać ze sobą w jeden chaotyczny szum… Aż wypowiedział jej imię. To sprowadziło ją na ziemię, zupełnie jak gdyby pociągnął za jakąś niewidzialną nić, trzymającą w ryzach jej umysł. Rzadko ktoś zwracał się do niej imieniem tak bezpośrednio, a już na pewno nigdy w tym słowie nie kryło się tyle wywołanych jej osobą emocji, niebędących strachem. Spojrzała na czarodzieja i poczuła nagłe, obezwładniające pragnienie, by przyciągnąć go siłą do siebie i zamknąć mu usta swoimi, ale równocześnie owo pragnienie wywołało u niej równie nagłą i równie intensywną falę paniki, wypełniającą umysł elfki chęcią natychmiastowej ucieczki.
         - Ja… nie… - postąpiła krok do tyłu, szukając ściany, o którą mogła się awaryjnie oprzeć. - Nie mogę… oddychać.
         Zamknęła oczy, biorąc kilka głębokich wdechów, przez te kilkanaście sekund skupiona wyłącznie na chłodnym dotyku kamienia za plecami. Nie chciała tego zepsuć - za żadne skarby świata - lecz miała wrażenie, że jeśli te wszystkie myśli i słowa nie przestaną ją zalewać, w końcu pod nimi utonie. Nie potrafiła pływać w morzu wezbranych uczuć. To wszystko działo się zbyt nagle, zbyt szybko… Musiała odzyskać kontrolę nad sytuacją, za wszelką cenę. W końcu ze świstem wypuściła z siebie powietrze i otworzyła oczy, patrząc na pradawnego, ciepło acz stanowczo. Nie była już w stanie mówić o tym, co działo się w jej wnętrzu, wybrała więc łatwiej dostępną ścieżkę obiektywnych negocjacji.
         - Chyba zatem obydwoje mniej więcej wiemy, czego chcemy. - Starała się modulować głos tak, by brzmiał na jak najbardziej opanowany, może nawet zdystansowany, ale nie zdołała do końca ukryć drobnego drżenia, które się weń wkradło. - Cieszy mnie to, że nasze oczekiwania są zgodne, to trochę ułatwia sprawę… Naprawdę nie wiem, jak takie rzeczy powinny działać. Ale jeśli miałabym się o tym przekonać… to chcę zrobić to z tobą u boku. Jesteś jedyną osobą, której mogłabym na to pozwolić. Skoro tego właśnie chcesz.
         Wraz z tym ostatnim zdaniem, elfka poczuła jak z jej ramion znika ciężar, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Jednak oprócz finalnej ulgi, wypowiedzenie tego wszystkiego wiązało się z tak dużym wysiłkiem włożonym w walkę z zakłopotaniem, że wykwitł on w końcu czerwienią na twarzy Shyilii. Co poczuwszy, skrytobójczyni zmieszała się jeszcze bardziej i odchrząknęła niezręcznie.
         - My tu gadu-gadu, a wciąż mamy robotę do wykonania. Możemy już… iść dalej?
         Tak naprawdę jej się nie spieszyło. W tym momencie miała już całe to zlecenie dokładnie gdzieś. I tak naprawdę jakaś jej część chciałaby zatrzymać się w tej chwili trochę dłużej, by przeżyć ją powoli, z dala od otaczającej ich codzienności. Ale nie miała już siły. Całe to zajście w korytarzu wyczerpało ją o wiele bardziej niż walka z kanibalami w winiarni. Pozwoliła sobie dopuścić do głosu cząstkę siebie, którą od lat uważała za martwą. A teraz musiała wrócić. Żeby przetrwać. Poza ich małą bańką wzajemnej adoracji, wszechświat wokół nadal był tak samo okrutny i bezlitosny, jak zawsze.


         Jak już było wspomniane, Shyilia nie znała się zbyt dobrze na mechanizmach działania magicznych pułapek, ale przejścia minionej godziny sprawiły, że stała się nieco zgryźliwa. Musiała jakoś odbić sobie ten moment słabości, jakiego się dopuściła chwilę wcześniej. Najwyraźniej jednak Constantin nie był w nastroju na sprzeczki, być może rana osłabiła go na tyle, że nie zamierzał ich wszczynać, w każdym razie nie wykłócał się o nic. Zgodził się też na przedstawiony przez nią plan, który w zasadzie był nie tyle wyborem, co narzuconą odgórnie strategią. Uśmiechnęła się, gdy nazwał ją szefową. To leżało znacznie bliżej bezpiecznego terenu niż poczynione wcześniej dramatyczne wyznania. Podczas jego następnych słów akurat wgryzała się namiętnie w gruszkę i słysząc to, co jej przekazał, zastygła na chwilę w bezruchu, z zębami wbitymi w soczysty miąższ owocu. Zamrugała oczami, nieco wybita z rytmu, i otarła brodę, po której spłynęła słodka strużka soku. Zerknęła na niego kątem oka, ale nie patrzył na nią, w związku z czym ona też odwróciła wzrok i zapatrzyła się w ciemność, w której niknął korytarz przed nimi.
         - To… chyba dobrze - stwierdziła ostrożnie. - Ja… Hmmm. Jeszcze nie jestem pewna, jak się z czym czuję. Za wcześnie, żeby stwierdzić. Daj mi z tydzień; jak minie pierwszy szok, to może będę w stanie powiedzieć coś więcej.
         Starała się mówić to lekkim tonem, zwracając się delikatnie w stronę żartu, ale nie była pewna czy osiągnęła zamierzony efekt. Nie chciała kłamać i słodzić, nie chciała też wylewać na towarzysza wiadra zimnej wody. Wiedziała tylko, że chciała być z nim stuprocentowo szczera, jak zawsze do tej pory. Miała nadzieję, że ta strategia, która jak dotąd się sprawdzała, nie zawiedzie jej, nawet gdy okoliczności uległy pewnym zmianom.

***

         Pozwoliła Constantinowi odpoczywać tyle, ile uznał za słuszne. Nie pospieszała go, ani też nie protestowała, gdy stwierdził, że jest gotowy do dalszej drogi. Postanowiła zaufać jego osądowi w kwestii własnych możliwości, choć po tym czego dzisiaj była świadkiem może nie powinna robić tego tak ślepo…
         Jego uprzejmy gest zaskoczył ją. Najpierw podniosła wzrok, patrząc na niego z lekką konsternacją, potem zaś parsknęła prześmiewczo, zupełnie tego nie hamując. Zignorowała wyciągniętą dłoń i dźwignęła się z posadzki o własnych siłach.
         - Nie bądźmy niedorzeczni. Do tej pory doskonale radziłam sobie sama i niech tak pozostanie.
         Otrzepała spodnie z kurzu i ziemi, i ruszyła przed siebie. Nie uszła jednak daleko, gdy odezwało się w niej jakieś nieprzyjemne wrażenie, jakby zrobiła coś złego. Zrozumiała, ciut za późno, że wcale nie chciała zareagować w ten sposób. Wmówiła sobie, że to jej duma wyrwała się przed szereg, choć tak naprawdę u źródła zachowania Shyilii leżał jej lęk przed utratą kontroli, wymuszający na niej obronną postawę. Podkreślanie swojego sprawstwa, niezależności tudzież dominacji zawsze było dla niej priorytetem w interakcjach z innymi. Musiała poczuć, że panuje nad sytuacją - i że nikt nie ma co do tego wątpliwości. Tylko że teraz… Teraz miała wrażenie, że na przekór temu do czego była przyzwyczajona, zareagowała wbrew samej sobie. I nieumyślnie odtrąciła coś, co w gruncie rzeczy nie było wrogie, nastawione na podporządkowanie jej, a zwyczajnie… miłe. W typowy dla nich, żartobliwy sposób.
         Początkowo chciała się wytłumaczyć, odwróciła więc głowę i wzięła oddech… i nie wypowiedziała ani słowa. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Przeprosić? Zbyt żałosne. Zażartować? Ileż można. Nie przyszedł jej do głowy sensowny plan działania. Kontynuowała więc marsz, zacisnąwszy dłoń w pięść, w złości na samą siebie.
         “Następnym razem - powiedziała sobie w myślach. - Następnym razem będę wiedziała lepiej.
         O ile będzie jakiś następny raz.

         Nie odzywała się już zbyt wiele przez resztę wędrówki, zarówno w podziemiach, jak i po ich opuszczeniu. Mruknęła jedynie z sarkazmem “Tylko nie aktywuj kolejnej pułapki”, gdy Constantin sięgał po srebrny kielich. I na tym skończyły się jej próby podjęcia rozmowy. Nie byłaby w stanie powiedzieć, o czym konkretnie myślała przez cały ten czas. Chyba przeciążyła umysł na tyle, że przeszedł on w stan bezmyślnego czuwania, pozwalając jej dotrzeć do celu czysto instynktownie. Nie napotkali też na swojej drodze żadnych więcej przeszkód czy niedogodności. Droga minęła im szybko; Shyilia miała wrażenie, że z ruin do posiadłości elfiego szlachcica dostali się w kilka minut i tylko zapadający zmrok stanowił dowód na to, że jednak szli przez las znacznie dłużej.
         Tym razem to Constantin jako pierwszy zajął się formalnościami. Towarzysząca mu elfka w milczeniu i dość biernie obserwowała rozwój wydarzeń, podążając za nim do sali z gablotami. Doprawdy, typ miał jakąś niezdrową obsesję na punkcie tych swoich badziewi. Pewnie zamiast z żoną spędzał noce na polerowaniu swoich figurek… Shyilia wstrząsnęła głową, odganiając natrętne myśli, których wizualizacja wcale jej się nie podobała. Skupiła się na rozmowie, którą mężczyźni przeprowadzali między sobą. Łypała przy tym na Bernarda wzrokiem na pozór obojętnym, choć w jej wnętrzu zagotowała wściekłość. Miała rację co do gnoja, przez jego niedopowiedzenia nieomal straciła tego dnia swojego najlepszego partnera… w znaczeniu tego słowa bliżej niesprecyzowanym. Całą sobą pragnęła przycisnąć go do szyby jednej z gablot, przywołać kusarigamę i napędzić mu stracha, aż chłop popuści w swoje jedwabne gacie. Taki rewanż by ją usatysfakcjonował. Ale gdy usłyszała groźny ton wypowiedzi Constantina - który, nawiasem mówiąc, przyprawił ją o dziwny dreszcz, choć nie umiała określić czy należał on do tych z gatunku nieprzyjemnych, czy też wręcz przeciwnie - stwierdziła, że pozwoli mu zająć się tą sprawą. Ten jeden raz mogła zrezygnować z roli złoczyńcy.
         A jednak, nie mogła się pohamować. Gdy Constantin zadał jej pytanie czy chciałaby w jakiś sposób wziąć udział w tej wymianie uprzejmości, poczuła niepowstrzymaną chęć zrobienia jednej, konkretnej rzeczy.
         W akompaniamencie stukotu obcasów o ciemny marmur podłogi, zbliżyła się do ich zleceniodawcy, krokiem równie opanowanym, co wyraz jej twarzy. Wydawała się nad wyraz spokojna. Dla znających Shyilię byłoby jasne, że ów spokój zwiastował jedynie ciszę przed burzą. Gdy stanęła w zasięgu rąk efa, sięgnęła do torby i wyjęła z niej kielich, który dla niego zdobyli. Przez chwilę ważyła go w dłoni, jakby zastanawiając się, co z nim zrobić, po czym poprawiła uchwyt i ruchem tak szybkim, że niemal niedostrzegalnym, zamachnęła się szeroko. W sali rozległo się głośne chrupnięcie, gdy twardy metal naczynia pogruchotał kości policzkowe i z dużym prawdopodobieństwem także szczękę Bernarda. Elf zawył z bólu, upadając na podłogę.
         - Może to cię oduczy igrania z cudzym losem - odezwała się skrytobójczyni, z lodowatą beznamiętnością w głosie. - Chociaż wątpię, sądząc po dotychczasowym stanie twojej paskudnej gęby.
         - Niech ci nie przyjdzie do głowy szczuć nas strażą, bo mój kolega nie rzuca słów na wiatr i oprócz drugiej połowy twojej twarzy z chęcią puści z dymem cały ten przybytek.
         Posłała mu ostatnie spojrzenie z góry, by następnie z twarzą wyrażającą cokolwiek pomiędzy obojętnością a pogardą rzucić kielich na podłogę i jego stóp. Nie odwracając się już więcej, ruszyła w stronę wyjścia z budynku. Za drzwiami znów natknęła się na syna szlachcica, który nerwowo przestępował z nogi na nogę, gotów biec z pomocą do głowy rodu, gdy tylko goście opuszczą komnatę. Shyilia zatrzymała się na chwilę, posyłając mu spojrzenie kątem oka.
         - Jak to mówią, rodziny się nie wybiera, ale lepiej nie bierz przykładu z ojca, jeśli nie chcesz skończyć jak on.
         Po tych słowach opuścili dwór rodu Rhamnus i była to ich ostatnia wizyta w tym miejscu, aczkolwiek do czujnych uszu Shyilii doszły pewne plotki, jakoby Bernard miał przeklinać wszystkie elfie najemniczki bez wyjątku. Nie żeby jakoś szczególnie ją to obchodziło. Widocznie miał jakiś problem, z którym ewidentnie sobie nie radził. Biedaczysko.

***

         Uzgodnili z Constantinem, że najlepiej zrobią, jak skierują się od razu do karczmy, w której się zatrzymali na czas pobytu w Iruvii. Wyprawa do ruin zmęczyła ich bardziej niż mogliby się spodziewać, w dodatku nie wiedziała jak Constantin, ale Shyilia zdecydowanie nie pogardziłaby porządnym ciepłym posiłkiem. Z czegoś trzeba było czerpać substancje odżywcze, żeby zregenerować siły nadwyrężonych organizmów. O tej porze nie mogli już liczyć na szeroki wybór potraw z menu, ale Einar poczęstował ich resztką pieczeni, która została z kolacji, dorzucając do tego ziemniaki ze smalcem i jakąś warzywną papkę. Mimo prowizorki, był to całkiem smaczny, pełnoprawny posiłek, który nasycił pusty żołądek elfki. Rzuciła w stronę karczmarza nadprogramową monetą, którą mężczyzna złapał w locie i wyszczerzywszy zęby, zniknął za drzwiami prowadzącymi do części budynku, w którym mieszkał wraz z żoną i córką.
         - To był… dzień - mruknęła Shyilia w stronę czarodzieja, nie znajdując żadnego przymiotnika, który odpowiednio podsumowałby całość ich przeżyć. - Nie wiem jak ty, ale moim największym marzeniem jest, żeby już się skończył. Przysięgam, nie pamiętam kiedy ostatnio czułam się tak wykończona, a moje codzienne życie do sielanki nie należy.
         Zebrała się od stołu i podążyła po schodach prosto do wynajmowanego przez nich pokoju. Najchętniej rzuciłaby się prosto do łóżka, tak jak stała, ale wiedziała, że jeśli nie doprowadzi się do porządku, jej ciało nie podziękuje jej za to następnego poranka. Jej ubrania, oprócz kurzu i błota, miały na sobie także resztki constantinowej krwi; ogólnie rzecz biorąc, daleko im było do świeżości. Plus… Elfka odczuwała potrzebę oczyszczenia się ze wszystkiego, przez co dziś przeszła. Zmycia z siebie nie tylko potu, ale i wstydu. I wszystkiego, co wylazło z niej na światło dzienne. Odkręciła więc wodę, by ta ponownie wypełniła balię, odłożyła torbę i wszelkie inne przytroczone do pasa przedmioty na komodę. W oczekiwaniu na gotową kąpiel, oparła się o ścianę. Wodziła przez chwilę wzrokiem po pokoju, bez szczególnego celu, aż spoczął on na Constantinie. Przedstawiał on jeszcze gorszy obraz niż elfka. Odchrząknęła cicho.
         - Może przyda ci się sprawna para rąk do zajęcia się tą raną jak należy? - spytała, chaotycznym ruchem dłoni wskazując jego ramię. Wprawdzie przypalone przestało ono krwawić, ale to tylko zmieniło rodzaj rany z kłutej na oparzeniową. W dodatku po całym dniu było pewnie nieźle zabrudzone mimo bandaża. Skrytobójczyni nie chciała jednak, żeby zabrzmiało to jak narzucanie się. - Pewnie umiesz sobie poradzić sam równie dobrze jak ja. Po prostu… Skoro już tu jestem, mogę się do czegoś przydać. Gadka o robieniu rzeczy razem a nie osobno, czy coś… - wzruszyła ramionami.

         Kiedy w końcu doczekała się chwili, gdy mogła zażyć kąpieli, zdjęła buty i stanąwszy przed lustrem, wzięła się za rozsznurowywanie tasiemek od tuniki. Zatrzymała się jednak w pół ruchu, gdy natrafiła wzrokiem na odbicie czarodzieja. Nagle jego obecność wydała się elfce… nie na miejscu. A przecież dopiero co miał okazję oglądać ją nago lub prawie nago w co najmniej trzech różnych odsłonach - i jak dotąd nie stanowiło to dla niej problemu. Nie wstydziła się swojego ciała i miała dość luźne podejście do tematów będących dla wielu osób tabu, ale… To wszystko miało sens, gdy nie traktowała tego poważnie. Gdy nie zależało jej na cudzej opinii lub gdy stanowiło zwykły żart. Teraz miała wrażenie, że granica między żartem a czymś realnym uległa zatarciu. Shyilia nie była pewna, w którym punkcje obecnie się znajdowała; nie zdążyli jeszcze zdefiniować nowych granic, wyznaczonych przez kierunek, w jakim zmierzała ta relacja. Sypanie podtekstami jak z rękawa i prowokacyjne zaczepki w ramach przyjacielskich przekomarzanek były jedną sprawą. Perspektywa uległa zmianie i w miejsce niedawnych zadziorności wkradła się swego rodzaju niepewność. Te wszystkie rzeczy… mogły teraz oznaczać coś innego niż pierwotnie. Co? Elfka nie była pewna.
         Nie była też pewna czy miała ochotę sprawdzać to właśnie dziś. Znów odchrząknęła, jeszcze bardziej niezręcznie niż poprzednio.
         - No dobra, skończyła się taryfa ulgowa. Za dużo razy już zapewniłam ci darmowe widoki w ciągu ostatnich kilku dni. Płacisz pan albo jazda stąd - uniosła zawadiacko kącik ust, tak jak robiła to zawsze.
         Z tym że teraz niepewność co do jego odpowiedzi z jakiegoś powodu była znacznie bardziej stresująca niż dotychczas.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Iruvia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości