Eclipsa zgodziła się z Sakurą delikatnym skinieniem głowy, o ile bowiem cienia na plaży nie brakowało, o tyle spokoju to tutaj się nie znajdzie tak długo, jak długo smocza rodzina będzie przebywać na tej wyspie, więc powrót do chaty i omówienie szczegółów dopiero tam brzmiało jak rozsądna decyzja. Nim jednak do tego doszło, zjawiła się obca osoba. Eclipsa by pomyślała, że to ktoś ze statku, kto nie zdążył wraz z resztą wrócić na pokład, lecz reakcja Sakury była jednoznaczna - osoba ta stanowiła zagrożenie… choć pozostawało pytanie, czy skala tego zagrożenia była na tyle duża, by nawet smokom jakiekolwiek zagrożenie groziło. Ton głosu upadłej poza tym zdawał się niezwykle emocjonalny, więc nie było jasne, czy zagrożenie to było natury fizycznej, czy też wiązało się z relacją między pomagierem Sargerasa a nieznajomym.A skoro o Sargerasie mowa, to ten z uśmiechem przywitał nieznajomego, nawet jeśli jedna z jego rąk została ustawiona tak, by zasłonić znaczną część sylwetki Kalli.
- Oto kolejny fan przybył, wiedząc o mojej potędze i chwale! Witaj, kimkolwiek jesteś. Nazywam się Sargeras, jak zapewne doskonale wiesz, i…
W tym momencie, nim cokolwiek jeszcze powiedział, w mężczyznę niczym głaz z trebusza wbił się Czarny Rycerz. Obcy był na ziemi, a Sakura w swojej zbroi zapewniła mu należyty szacunek, o ile należytym szacunkiem jest gotowość do poderżnięcia cudzego gardła. Nastąpiła krótka wymiana zdań i nawet ktoś o tak zakutym łbie, jak Sargeras, zrozumiał, że o ile upadły szukał Sakury, to ona - przynajmniej na chwilę obecną - wolała być nieodnaleziona.
“Co robić, co robić…”
W czasie gdy najpotężniejszy z tutejszych smoków zastanawiał się co zrobić dalej, Eclipsa powolnym krokiem zaczęła zgarniać wszystkie siostry razem. Dalej nie sądziła, aby to było konieczne, była bowiem pewna, że nawet Kalii, przy odpowiednim wyjaśnieniu, zdołałaby przerobić jegomościa na deser, a później to także na nawóz najwyższej klasy, ale nie zamierzała sprzeczać się z upadłą, gdy ta ewidentnie nie panowała nad swoimi emocjami. Kilka chwil później potomstwo Sargerasa w pełnym składzie stało za ojczulkiem, który w międzyczasie wstał na własne nogi i otrzepał piasek z kolan.
“Skoro Sakura definitywnie nie chce być rozpoznana to… o, mam!”
- Wiem, gdzie jest kobieta, o którą pytasz. - Ledwie głos Sargerasa rozległ się, a Eclipsa już wyglądała, jakby była gotowa oddać się w objęcia śmierci z zażenowania. Było tak, ponieważ najstarsza córka rozpoznała ton głosu ojczulka oznaczający bardzo, ale to bardzo kiepski pomysł. - Otóż zjadłem ją dosyć niedawno, więc jest w moim żołądku.
Cisza, jaka nastała po tych słowach była tak głęboka, że słychać było drżącą powiekę Eclipsy, a także chichoczące od absurdu tej sytuacji pozostałe córki Sargerasa.
- Więc ten… przykro mi, ale nie znajdziesz jej już i muszę cię prosić o opuszczenie tej wyspy. Jeśli nie to cóż… Wyglądasz mi na smakowity deser.
Plaśnięcie dłoni najstarszej smoczycy o jej twarz niemal zdołało odwrócić uwagę obecnych od tego, że Sargeras pokazowo oblizał się tak, jakby patrzył na dorodny kawałek sera, a nie upadłego, którego zasypał istną górą fałszywych informacji.
Dalekie Krainy ⇒ [Nienazwana wyspa] Nawet bohater potrzebuje odpoczynku
- Sakura
- Błądzący na granicy światów
- Posty: 11
- Rejestracja: 7 lat temu
- Rasa: Upadły Anioł
- Profesje: Wojownik
- Kontakt:
Gdy Sargeras stwierdził, że wie, gdzie można znaleźć Sakure, powietrze wokół stało się jakieś takie cieplejsze. Nagrzany już słońcem piasek w tym momencie był wręcz gorący, jeśli ktoś ośmieliłby się stanąć na nim bosą stopą.
- Czy ten baran… czy on serio…? – myślała piekielna, zerkając na smoka przez otwory na oczy w swym hełmie. Błagała wręcz, aby ten smok miał jednak nieco więcej niż tylko dwie zakochane w sobie, szare komórki.
Po chwili jednak ten powiew ciepła momentalnie zmalał. Saki westchnęła wewnętrznie, słysząc pradawnego. W tej chwili naprawdę zaczęła rozważać, czy jego zdrada nie byłaby lepszym wyjściem niż coś tak żenującego. Zabrakło jej słów i prawie ręce upadły, ale nie mogła nic dać po sobie poznać, nie przed Asmodeuszem. Nadal trzymała broń w gotowości.
Tymczasem mężczyzna spojrzał na spiczastouchego, marszcząc brwi. Znał swoją dawną miłość i nie chciało mu się wierzyć, że mogłaby skończyć w paszczy jakiegoś smoka. Poza tym ten tutaj nie wyglądał na szczególnie morderczego, bardziej mu zależało na tym, aby wszyscy go podziwiali i wychwalali pod niebiosa.
- Oh, cóż za przykry wypadek… Ale chyba ktoś tu nie jest do końca szczery — piekielny odsunął się od ostrza Czarnego Rycerza i korzystając z chwili nieuwagi, wstał, po czym podszedł do fioletowoskórego. Oparł dłoń na jego ramieniu niczym stary przyjaciel i wskazał dłonią całą rozpościerającą się przed nimi wyspę – Otóż drogi bohaterze. Jest to całkiem spory kawałek lądu, czyż nie? I gdy moja droga Sakuriela opuściła świat żywych, to ten medalion nie wskazywałby mi, że jest gdzieś tutaj i to całkiem blisko – wyciągnął zza koszuli zamykany wisiorek, który emitował wyrazisty, szkarłatny blask, a za szkłem widać było, iż w środku znajduje się pukiel czerwonych włosów, zapewne należących do Saki.
Upadła, choć pozostawała w pewnej odległości, doskonale słyszała słowa swej dawnej miłości, a gdy zobaczyła medalion, poczuła zimny dreszcz na plecach. Dlaczego Asmodeusz był aż tak zdesperowany, aby ją znaleźć? Czego chciał, nie wystarczyło mu, że dla niego porzuciła dosłownie wszystko, co miała? A teraz gdy znalazła sobie nową rodzinę i miejsce na tym świecie, znów musiał się pojawić, znów wszystko zepsuje.
Piekielna nie mogła wytrzymać tego napięcia. Sargeras i Asmodeusz byli zajęci rozmową między sobą, więc Saki sama pobiegła w głąb dziczy, mijając zaniepokojoną Eclipse i resztę smoczyc. Im dalej biegła tym emocje były większe, co skutkowało samozapłonem losowych roślin, który powoli zaczął przeradzać się w mały pożar, wciąż jednak niewidoczny dla tych, którzy pozostali na plaży.
Dopiero po dłuższej chwili zdołała się uspokoić. Postanowiła spakować szybko wszystkie ważne rzeczy i czym prędzej stąd wyruszyć. To było idealne rozwiązanie problemu. Przestała podpalać rośliny wokół więc gdy tylko dotarła do domu, było względnie bezpiecznie. Weszła do środka i zaczęła wdrażać swój plan w życie. Pierwsze poszły ubrania, pieniądze i trochę skarbów, aby mieć na start w nowym mieście, następnie prowiant i rzeczy ważne pod względem sentymentalnym. Gdy Saki skończyła, spojrzała raz jeszcze na każdy pokój z osobna i westchnęła ciężko na myśl, że będzie musiała opuścić swój mały raj na ziemi.
Wtem przyszła Eclipsa.
- O, jak dobrze, że jesteś. Pomożesz mi z bagażami, nie jest ich aż tak dużo, ale dodatkowa para rak zawsze się przyda – stwierdziła pierwsza, nie pozwalając pradawnej dojść do słowa – Ruszamy do Rubidii, nie ma na co czekać – zarządziła. Głos wydawał się wesoły, ale fakt, że lico ciągle miała skryte pod hełmem, nie dodawał mu wiarygodności.
- Czy ten baran… czy on serio…? – myślała piekielna, zerkając na smoka przez otwory na oczy w swym hełmie. Błagała wręcz, aby ten smok miał jednak nieco więcej niż tylko dwie zakochane w sobie, szare komórki.
Po chwili jednak ten powiew ciepła momentalnie zmalał. Saki westchnęła wewnętrznie, słysząc pradawnego. W tej chwili naprawdę zaczęła rozważać, czy jego zdrada nie byłaby lepszym wyjściem niż coś tak żenującego. Zabrakło jej słów i prawie ręce upadły, ale nie mogła nic dać po sobie poznać, nie przed Asmodeuszem. Nadal trzymała broń w gotowości.
Tymczasem mężczyzna spojrzał na spiczastouchego, marszcząc brwi. Znał swoją dawną miłość i nie chciało mu się wierzyć, że mogłaby skończyć w paszczy jakiegoś smoka. Poza tym ten tutaj nie wyglądał na szczególnie morderczego, bardziej mu zależało na tym, aby wszyscy go podziwiali i wychwalali pod niebiosa.
- Oh, cóż za przykry wypadek… Ale chyba ktoś tu nie jest do końca szczery — piekielny odsunął się od ostrza Czarnego Rycerza i korzystając z chwili nieuwagi, wstał, po czym podszedł do fioletowoskórego. Oparł dłoń na jego ramieniu niczym stary przyjaciel i wskazał dłonią całą rozpościerającą się przed nimi wyspę – Otóż drogi bohaterze. Jest to całkiem spory kawałek lądu, czyż nie? I gdy moja droga Sakuriela opuściła świat żywych, to ten medalion nie wskazywałby mi, że jest gdzieś tutaj i to całkiem blisko – wyciągnął zza koszuli zamykany wisiorek, który emitował wyrazisty, szkarłatny blask, a za szkłem widać było, iż w środku znajduje się pukiel czerwonych włosów, zapewne należących do Saki.
Upadła, choć pozostawała w pewnej odległości, doskonale słyszała słowa swej dawnej miłości, a gdy zobaczyła medalion, poczuła zimny dreszcz na plecach. Dlaczego Asmodeusz był aż tak zdesperowany, aby ją znaleźć? Czego chciał, nie wystarczyło mu, że dla niego porzuciła dosłownie wszystko, co miała? A teraz gdy znalazła sobie nową rodzinę i miejsce na tym świecie, znów musiał się pojawić, znów wszystko zepsuje.
Piekielna nie mogła wytrzymać tego napięcia. Sargeras i Asmodeusz byli zajęci rozmową między sobą, więc Saki sama pobiegła w głąb dziczy, mijając zaniepokojoną Eclipse i resztę smoczyc. Im dalej biegła tym emocje były większe, co skutkowało samozapłonem losowych roślin, który powoli zaczął przeradzać się w mały pożar, wciąż jednak niewidoczny dla tych, którzy pozostali na plaży.
Dopiero po dłuższej chwili zdołała się uspokoić. Postanowiła spakować szybko wszystkie ważne rzeczy i czym prędzej stąd wyruszyć. To było idealne rozwiązanie problemu. Przestała podpalać rośliny wokół więc gdy tylko dotarła do domu, było względnie bezpiecznie. Weszła do środka i zaczęła wdrażać swój plan w życie. Pierwsze poszły ubrania, pieniądze i trochę skarbów, aby mieć na start w nowym mieście, następnie prowiant i rzeczy ważne pod względem sentymentalnym. Gdy Saki skończyła, spojrzała raz jeszcze na każdy pokój z osobna i westchnęła ciężko na myśl, że będzie musiała opuścić swój mały raj na ziemi.
Wtem przyszła Eclipsa.
- O, jak dobrze, że jesteś. Pomożesz mi z bagażami, nie jest ich aż tak dużo, ale dodatkowa para rak zawsze się przyda – stwierdziła pierwsza, nie pozwalając pradawnej dojść do słowa – Ruszamy do Rubidii, nie ma na co czekać – zarządziła. Głos wydawał się wesoły, ale fakt, że lico ciągle miała skryte pod hełmem, nie dodawał mu wiarygodności.
- Sargeras
- Błądzący na granicy światów
- Posty: 10
- Rejestracja: 7 lat temu
- Rasa: Smok
- Profesje: Inna , Najemnik , Wędrowiec
- Kontakt:
Sargeras nawet nie zareagował gdy praktycznie nieznany mu jegomość postanowił oprzeć się dłonią o ramie smoka, jakby byli oni dobrymi znajomymi. Jako bohater swej sławy pradawny on przyzwyczajony do losowych ludzi zapominających o tym co to jest przestrzeń osobista, choć zdecydowanie preferował gdy to płeć piękna korzystała z tego przyzwyczajenia. Nim jednak zepsuł sobie dobry humor, nieznajomy pokazał mu piękny wisiorek. Emanował magią i jeśli wierzyć słowom mężczyzny, to był zdolny namierzyć Sakurę. A do tego nie mógł pozwolić. Był skupiony na tym jak przejąć wisiorek, że zie zarejestrował, nawet gdy Sakura zniknęła, a córki także zwiększyły dystans, obserwując swojego ojca i jego poczynania z dalszej odległości - coś co zrobiłyby móc bez przeszkadzania ojcu obstawiać na to, czy dojdzie do bójki i czy ojciec postanowi nieznajomego zjeść żywcem, czy dopiero po tym gdy pokona go w jakiś sposób.
To, czego nikt się nie spodziewał, to, że gdy trybiki w głowie smoka zatrybiły, to przybliżył się do wisiorka, pochylając głowę tak, jakby chciał mu się przyjrzeć z bliska. Lecz zamiast tego, postanowił on znienacka i bez żadnego ostrzeżenia otworzyć szeroko usta i zamknąć je dookoła wisiorka, czemu towarzyszył metaliczny dźwięk przegryzanego łańcuszka, na którym on się utrzymywał. Po tym, jakby nigdy nic, Sargeras wyprostował się i dosyć dramatycznie zaczął przeżuwać, choć minę miał nietęgą, bo magia zawsze dawała metalom nietypowy posmak, a brak klejnotów szlachetnych tylko pogorszył jego opinie o tej nieplanowanej przekąsce. W kilka chwil przeżuł tyle ile mógł, aż w końcu połknął wszystko naraz, po czym spojrzał na osobę, którą to przed chwilą praktycznie okradł i odezwał się, jego mina i ton jakby właśnie komentował dzieło kucharza, a nie cudzą własność.
- Bardzo kiepski metal, szkło też amatorka. Ciutka rubinów polepszyłaby smak. - Po tych jakże bezcennych słowach, wydał on z siebie dwa odgłosy, jakby zbierało mu się na wymioty, po czym za trzecim razem wypluł on, wprost na twarz mężczyzny, którego wisiorek przed chwilą skonsumował, kłaczek z włosów Sakury, teraz pokrytych w smoczej ślinie i drobinach szkła i metalu. - Jak widzisz, nie przyjęło się ani trochę.
W tle tego wszystkiego, córki Sargerasa w różnych stopniach rozbawienia i zażenowania dyskutowały intensywnie ze sobą o tym co będzie dalej. Tyle że brakowało wśród nich Eclipsy, która znikła już jakiś czas temu w pogoni za Sakurą.
Najstarsza ze smoczyca stała w wejściu do pomieszczenia, gdzie obecnie krzątała się Sakura. Zamiast faktycznie pomóc z bagażami, uniosła jedynie jedną brew, niewzruszona niczym smoczyca, którą była, choć po jej twarzy widać było, iż była zmartwiona o upadłą.
- Nie powiem, że wiem, co czujesz, ale nie sądzisz, że odkąd pojawił się ten, bez wątpienia powiązany z tobą, jegomość to nie masz kontroli nad swoimi emocjami? - Wspomniała Eclipsa, jej ton praktycznie matczyny, to nie pierwszy raz bowiem kiedy musiała ukoić emocje młodszej od siebie istoty, choć zazwyczaj chodziło o jej siostry, nie o chyba-może-partnera ojczulka. - Jeśli go nie chcesz żywego, każ Sargerasowi go zjeść. Jeżeli nie chcesz go widzieć, to powiedz mu to wprost. Wybacz jeżeli zabrzmi to nie miło, ale mając wiele setek lat na kraku, wiem, że tego typu sytuacje są z reguły prostsze niż to, jak sami o nich myślimy.
To, czego nikt się nie spodziewał, to, że gdy trybiki w głowie smoka zatrybiły, to przybliżył się do wisiorka, pochylając głowę tak, jakby chciał mu się przyjrzeć z bliska. Lecz zamiast tego, postanowił on znienacka i bez żadnego ostrzeżenia otworzyć szeroko usta i zamknąć je dookoła wisiorka, czemu towarzyszył metaliczny dźwięk przegryzanego łańcuszka, na którym on się utrzymywał. Po tym, jakby nigdy nic, Sargeras wyprostował się i dosyć dramatycznie zaczął przeżuwać, choć minę miał nietęgą, bo magia zawsze dawała metalom nietypowy posmak, a brak klejnotów szlachetnych tylko pogorszył jego opinie o tej nieplanowanej przekąsce. W kilka chwil przeżuł tyle ile mógł, aż w końcu połknął wszystko naraz, po czym spojrzał na osobę, którą to przed chwilą praktycznie okradł i odezwał się, jego mina i ton jakby właśnie komentował dzieło kucharza, a nie cudzą własność.
- Bardzo kiepski metal, szkło też amatorka. Ciutka rubinów polepszyłaby smak. - Po tych jakże bezcennych słowach, wydał on z siebie dwa odgłosy, jakby zbierało mu się na wymioty, po czym za trzecim razem wypluł on, wprost na twarz mężczyzny, którego wisiorek przed chwilą skonsumował, kłaczek z włosów Sakury, teraz pokrytych w smoczej ślinie i drobinach szkła i metalu. - Jak widzisz, nie przyjęło się ani trochę.
W tle tego wszystkiego, córki Sargerasa w różnych stopniach rozbawienia i zażenowania dyskutowały intensywnie ze sobą o tym co będzie dalej. Tyle że brakowało wśród nich Eclipsy, która znikła już jakiś czas temu w pogoni za Sakurą.
Najstarsza ze smoczyca stała w wejściu do pomieszczenia, gdzie obecnie krzątała się Sakura. Zamiast faktycznie pomóc z bagażami, uniosła jedynie jedną brew, niewzruszona niczym smoczyca, którą była, choć po jej twarzy widać było, iż była zmartwiona o upadłą.
- Nie powiem, że wiem, co czujesz, ale nie sądzisz, że odkąd pojawił się ten, bez wątpienia powiązany z tobą, jegomość to nie masz kontroli nad swoimi emocjami? - Wspomniała Eclipsa, jej ton praktycznie matczyny, to nie pierwszy raz bowiem kiedy musiała ukoić emocje młodszej od siebie istoty, choć zazwyczaj chodziło o jej siostry, nie o chyba-może-partnera ojczulka. - Jeśli go nie chcesz żywego, każ Sargerasowi go zjeść. Jeżeli nie chcesz go widzieć, to powiedz mu to wprost. Wybacz jeżeli zabrzmi to nie miło, ale mając wiele setek lat na kraku, wiem, że tego typu sytuacje są z reguły prostsze niż to, jak sami o nich myślimy.
- Sakura
- Błądzący na granicy światów
- Posty: 11
- Rejestracja: 7 lat temu
- Rasa: Upadły Anioł
- Profesje: Wojownik
- Kontakt:
Zjedzenie magicznego artefaktu przez Sargera było ostatnią rzeczą, której oczekiwał Asmodeusz. Na dodatek ten przerośnięty jaszczur raczył jeszcze marudzić na smak ów medalionu. Piekielny patrzył na niego z rozdziawionymi ustami pełnymi oburzenia i konsternacji. Zdenerwowany upadły miał już coś powiedzieć, ale oberwał obślinionymi resztkami.
- Może nie smakowało… - zaczął, siląc się na grzeczny uśmiech, aczkolwiek powieka mu drgała – BO NIE MIAŁEŚ TEGO DO CHOLERY ZJADAĆ?! – wykrzyczał z całych sił, jednocześnie wzlatując w powietrze, tak aby pradawny na pewno dobrze go usłyszał.
Tymczasem Sakura pakowała rzeczy w pośpiechu, próbując trzymać swoje emocje na wodzy. Słowa Eclipsy po części ją zirytowały, aczkolwiek najstarsza córka Sargerasa miała wiele racji. Brakowało jej jednak zrozumienia całej historii.
- Eclipso. Rozumiem, że jesteś wiele lat starsza ode mnie. Aczkolwiek to nie jest takie proste, jak myślisz – odpowiedziała upadła z bólem serca tak silnym, iż na drewnianej ściana obok zapłonęła. Na szczęście anielica dość szybko zdołała to ugasić.
Wzięła kilka głębokich wdechów, aby utrzymać nad sobą kontrolę, co z każdą chwilą było coraz trudniejsze. Nie znosiła protekcjonalnego traktowania przez córkę swojego niemalże partnera. Cóż ona mogła wiedzieć? Całe swoje życie spędziła u boku ojca, nie zaznawszy prawdziwie niezależnego życia i samotności czy wykluczenia.
- A może ma rację?
- To Asmodeusz – wyjaśniła – Mężczyzna, przez którego straciłam wszystko… - zaczęła, ale czuła, iż brakuje jej siły, aby wyjaśnić szczegóły, więc szybko zmieniła temat – W każdym razie i tak mieliśmy ruszać na stały ląd. Dlaczego nie teraz? Póki jeszcze nie spopieliłam tego naszego… małego raju – uśmiechnęła się piekielna, kładąc dłoń na ramieniu smoczycy – Zawołaj siostry i powiedz, aby się pakowały. Wyruszamy już dzisiaj. Już za chwilę. Muszę tylko coś załatwić – stwierdziła, ściągając zbroję i wyzwalając swoje potężne, czarne skrzydła.
Jakiś czas później córki Sargerasa były już pod opieką Eclipsy. Sargeras natomiast nadal drażnił się z wnerwionym Asmodeuszem. Przerwała im Sakura, która z impetem wylądowała na plaży, wzbijając w powietrze kłęby kurzu połączonego z piachem. Asmodeusz, gdy tylko ją dostrzegł, uśmiechnął się zawadiacko.
- Witaj Sakurielo Antelion – powiedział upadły anioł, zdradzając pełne imię czerwonowłosej, a także jej nazwisko, które przecież noszone również przez Królową Delię, było dość znane w Alaranii. Mężczyzna rozłożył swoje skrzydła, będąc w gotowości do walki.
- Asmodeusz – odburknęła Saki, a głos jej przesiąknięty był gniewem i bólem tak wielkim, iż w sekundę wokół niej zapłonął ogień. Serce jej biło jak oszalałe, a głowę przepełniały wątpliwości. Powinna go zabić, dlaczego więc wydaje się to aż tak trudne?
- Dobrze cię widzieć moja droga, jak tam szyjka? – sugestywnie przejechał palcem po swojej, przywołując w pamięci upadłej moment, gdy niemalże umarła, po którym została jedna wielka blizna, nie tylko na jej ciele, ale i w sercu.
Sprawiło to, iż kobieta nie zdołała wytrzymać ani chwili dłużej. Trzymając miecz, wzbiła się w powietrze i zaczęła szarże prosto na byłego kochanka. Tuż pod nią na ziemi tworzyła się ściana ognia.
Oboje walczyli nad wyraz zaciekle, Sakura w międzyczasie zasygnalizowała również Sargerasowi, aby nie interweniował. To była jej walka, jej przeszłość, którą musiała w końcu pogrzebać. W powietrzu niosły się odgłosy uderzeń mieczy, czy trzaski płomieni, które powoli stawały się coraz większym pożarem niebezpiecznie zmierzającym w stronę zalesionej części wyspy.
W pewnym momencie najmłodsza z córek Sargerasa przybiegła zobaczyć, co się dzieje i to był najgorszy możliwy scenariusz. Mężczyzna postanowił to wykorzystać. W mgnieniu oka do niej podleciał i przyłożył młodej nóż do gardła. Było to dla niego idealne rozwiązanie na zyskanie na czasie.
- Ani drgnijcie albo po niej! – zawołał zarówno do anielicy, jak i pradawnego.
- Zostaw ją! Jej to nie dotyczy! – krzyczała Sakura.
Wtedy też pojawił się jasny rozbłysk światła i na plaży stanęła grupa uzbrojonych aniołów, którzy przybyli prosto z Planów Niebiańskich. Pułapka. Upadła nie mogła zrozumieć motywów swojego dawnego ukochanego. Dlaczego jej to robił?
- Dlaczego? – spytała.
- Bo mogę – odpowiedział z chamskim uśmieszkiem i okrucieństwem w oczach.
- Sakuriela? – znajomy, ciepły głos sprawił, iż czerwonowłosa zadrżała, odwróciła się natychmiast.
- Mamo? – powiedziała, zalewając się łzami. Tego wszystkiego było za dużo. Nie mogła tego znieść. Jej życie wywracało się do góry nogami po raz kolejny.
Emocje były tak silne, iż wszyscy wokół mogli zaobserwować jak ciało Sakury niemalże staje się prawdziwym, żywym ogniem, jej czarne pióra otaczają płomienie, a temperatura otoczenia wzrasta. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, kobieta wydała z siebie dziki krzyk rozpaczy, a ognista, niszczycielska fala pochłonęła całą wyspę, sprawiając, iż w ułamku kilku sekund powstała pożoga na ogromną skalę. Po aniołach, które przybyły z planów został proch. Podobnie z Asmodeuszem. Kalli ocalała dzięki magicznej barierze, którą ktoś zdołał zawczasu na nią nałożyć. Podobnie z Sargerasem i pozostałymi dziewczynami.
Sakura tymczasem opadła na rozgrzany piach, była zbyt wyczerpana, by wstać czy nawet otworzyć oczy.
- Może nie smakowało… - zaczął, siląc się na grzeczny uśmiech, aczkolwiek powieka mu drgała – BO NIE MIAŁEŚ TEGO DO CHOLERY ZJADAĆ?! – wykrzyczał z całych sił, jednocześnie wzlatując w powietrze, tak aby pradawny na pewno dobrze go usłyszał.
Tymczasem Sakura pakowała rzeczy w pośpiechu, próbując trzymać swoje emocje na wodzy. Słowa Eclipsy po części ją zirytowały, aczkolwiek najstarsza córka Sargerasa miała wiele racji. Brakowało jej jednak zrozumienia całej historii.
- Eclipso. Rozumiem, że jesteś wiele lat starsza ode mnie. Aczkolwiek to nie jest takie proste, jak myślisz – odpowiedziała upadła z bólem serca tak silnym, iż na drewnianej ściana obok zapłonęła. Na szczęście anielica dość szybko zdołała to ugasić.
Wzięła kilka głębokich wdechów, aby utrzymać nad sobą kontrolę, co z każdą chwilą było coraz trudniejsze. Nie znosiła protekcjonalnego traktowania przez córkę swojego niemalże partnera. Cóż ona mogła wiedzieć? Całe swoje życie spędziła u boku ojca, nie zaznawszy prawdziwie niezależnego życia i samotności czy wykluczenia.
- A może ma rację?
- To Asmodeusz – wyjaśniła – Mężczyzna, przez którego straciłam wszystko… - zaczęła, ale czuła, iż brakuje jej siły, aby wyjaśnić szczegóły, więc szybko zmieniła temat – W każdym razie i tak mieliśmy ruszać na stały ląd. Dlaczego nie teraz? Póki jeszcze nie spopieliłam tego naszego… małego raju – uśmiechnęła się piekielna, kładąc dłoń na ramieniu smoczycy – Zawołaj siostry i powiedz, aby się pakowały. Wyruszamy już dzisiaj. Już za chwilę. Muszę tylko coś załatwić – stwierdziła, ściągając zbroję i wyzwalając swoje potężne, czarne skrzydła.
Jakiś czas później córki Sargerasa były już pod opieką Eclipsy. Sargeras natomiast nadal drażnił się z wnerwionym Asmodeuszem. Przerwała im Sakura, która z impetem wylądowała na plaży, wzbijając w powietrze kłęby kurzu połączonego z piachem. Asmodeusz, gdy tylko ją dostrzegł, uśmiechnął się zawadiacko.
- Witaj Sakurielo Antelion – powiedział upadły anioł, zdradzając pełne imię czerwonowłosej, a także jej nazwisko, które przecież noszone również przez Królową Delię, było dość znane w Alaranii. Mężczyzna rozłożył swoje skrzydła, będąc w gotowości do walki.
- Asmodeusz – odburknęła Saki, a głos jej przesiąknięty był gniewem i bólem tak wielkim, iż w sekundę wokół niej zapłonął ogień. Serce jej biło jak oszalałe, a głowę przepełniały wątpliwości. Powinna go zabić, dlaczego więc wydaje się to aż tak trudne?
- Dobrze cię widzieć moja droga, jak tam szyjka? – sugestywnie przejechał palcem po swojej, przywołując w pamięci upadłej moment, gdy niemalże umarła, po którym została jedna wielka blizna, nie tylko na jej ciele, ale i w sercu.
Sprawiło to, iż kobieta nie zdołała wytrzymać ani chwili dłużej. Trzymając miecz, wzbiła się w powietrze i zaczęła szarże prosto na byłego kochanka. Tuż pod nią na ziemi tworzyła się ściana ognia.
Oboje walczyli nad wyraz zaciekle, Sakura w międzyczasie zasygnalizowała również Sargerasowi, aby nie interweniował. To była jej walka, jej przeszłość, którą musiała w końcu pogrzebać. W powietrzu niosły się odgłosy uderzeń mieczy, czy trzaski płomieni, które powoli stawały się coraz większym pożarem niebezpiecznie zmierzającym w stronę zalesionej części wyspy.
W pewnym momencie najmłodsza z córek Sargerasa przybiegła zobaczyć, co się dzieje i to był najgorszy możliwy scenariusz. Mężczyzna postanowił to wykorzystać. W mgnieniu oka do niej podleciał i przyłożył młodej nóż do gardła. Było to dla niego idealne rozwiązanie na zyskanie na czasie.
- Ani drgnijcie albo po niej! – zawołał zarówno do anielicy, jak i pradawnego.
- Zostaw ją! Jej to nie dotyczy! – krzyczała Sakura.
Wtedy też pojawił się jasny rozbłysk światła i na plaży stanęła grupa uzbrojonych aniołów, którzy przybyli prosto z Planów Niebiańskich. Pułapka. Upadła nie mogła zrozumieć motywów swojego dawnego ukochanego. Dlaczego jej to robił?
- Dlaczego? – spytała.
- Bo mogę – odpowiedział z chamskim uśmieszkiem i okrucieństwem w oczach.
- Sakuriela? – znajomy, ciepły głos sprawił, iż czerwonowłosa zadrżała, odwróciła się natychmiast.
- Mamo? – powiedziała, zalewając się łzami. Tego wszystkiego było za dużo. Nie mogła tego znieść. Jej życie wywracało się do góry nogami po raz kolejny.
Emocje były tak silne, iż wszyscy wokół mogli zaobserwować jak ciało Sakury niemalże staje się prawdziwym, żywym ogniem, jej czarne pióra otaczają płomienie, a temperatura otoczenia wzrasta. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, kobieta wydała z siebie dziki krzyk rozpaczy, a ognista, niszczycielska fala pochłonęła całą wyspę, sprawiając, iż w ułamku kilku sekund powstała pożoga na ogromną skalę. Po aniołach, które przybyły z planów został proch. Podobnie z Asmodeuszem. Kalli ocalała dzięki magicznej barierze, którą ktoś zdołał zawczasu na nią nałożyć. Podobnie z Sargerasem i pozostałymi dziewczynami.
Sakura tymczasem opadła na rozgrzany piach, była zbyt wyczerpana, by wstać czy nawet otworzyć oczy.
- Sargeras
- Błądzący na granicy światów
- Posty: 10
- Rejestracja: 7 lat temu
- Rasa: Smok
- Profesje: Inna , Najemnik , Wędrowiec
- Kontakt:
Sargeras uważał, że jak dotąd szło mu świetnie.
Artefakt który zagrażał prywatności i bezpieczeństwie Sakury? Niesmaczny, ale zlikwidowany.
Piekielny, który ten artefakt odważył przynieść? Natrętny jak mucha, ale wkurzony.
Był niemalże pewien, że jedyny powód, czemu piekielny go nie zaatakował, to fakt iż rozumiał on różnice między nimi. Te pozory kultury między nimi? były właśnie tym, pozorem.
Asmodeusz pewnie nie zaatakował go pewnie tylko dlatego, bo wiedział, że nie wygra.
Sargeras? On mógł w każdej chwili zakończyć jednostronną dyskusję i nieznośniego gościa, który ją prowadził. Krzyczał o artefakcie, o tym ile kosztował i jak dużo czasu i zasobów stracił na jego utworzenie. Przewracał tylko na to oczami, bowiem smak tego złomu tylko potwierdził mu, że złamanego ruena to nie było warte.
Mógłby pewnie skończyć marnować czas i po prostu przemienić się w pełną smoczą formę, aby następnie zgnieść piekielnego robaka który musi używać skrzydeł by w ogóle spojrzeć mu w oczy... Ale skoro Sakura tego sama jeszcze nie zrobiła, to pewnie tego od niego nie chciała.
Znudzony potwarzającymi się pustymi słowami upadłego, kątem oka spojrzał na swoje córki. Od razu zauważył, że Eclipsa wróciła i dołączyła do reszty jego córek, tylko po to aby kilka chwil później cała gromada dyskretnie poszła sobie z plaży, bez wątpienia do chatki. Nie wiedział czemu, ale może to nawet lepiej - wkurzający szkodnik który coś mu wykrzykiwał w twarz od około minuty coraz bardziej prosił się o bycie rozdeptanym.
Na całe szczęście to bardzo szybko przestał być jego problem. Sakura, niczym grom z jasnego nieba, wylądowała między smokiem a swoim…byłym? Pradawny niestety nie do końca był pewien jak odwoływać się do natrętnego mężczyzny. Poza tym, że wkrótce będzie martwy, bo zdołał on w dwóch zdaniach sprowokować Sakurę do ataku. Dwóch! Nawet Sargeras potrzebował przynajmniej trzech, może czterech, by ją zdenerwować!
Oczywiście gdy piekielny odpowiedział własnym atakiem, Sargeras z durnym uśmiechem już stawiał pierwszy krok w stronę potyczki, gotowy do tego, by zainterweniować i uratować damę z opresji, jak to bohaterowi przystało. Ale wtedy ona poświęciła kilka cennych sekund uwagi podczas aktywnej walki by spojrzeć na niego, i jego uśmiech opadł. Nie była wystraszona. Nie była pewna siebie. Nie była nawet zadowolona tą walką.
Nie, wręcz przeciwnie, w tych oczach Sargeras zobaczył coś silniejszego. Jej oczy krzyczały “on jest mój!” z głębi jej serca. To było coś dla niej ważnego i nie zamierzała nikomu innemu jej tego odebrać.
Chciwość, ale taka pierwotna. Pragnienie, którego nie chciało się podzielić z innymi, nawet najbliższymi. To było coś, co każdy dorosły smok znał. Ta walka była dla Sakury jej symboliczna stertą złota, coś co było dla niej najważniejsze i co było w najgłębszy sposób prywatne i należało tylko do niej.
To było… Podniecające.
Sargeras zamrugał aż gdy ta myśl przeszyła jego głowę… i jego głowę. Nie będąc pewien co zrobić z tym uczuciem, postanowił po prostu uszanować decyzje Sakury, stojąc kawałek dalej i obserwując, krzyżując ramiona i mieląc w głowie, czy faktycznie widzi on w Sakurze coś więcej, niż tylko towarzyszke. A jeśli już, to co takiego? Nie było to proste pytanie, ale na szczęście walka trwała więcej niż jedną chwilę, więc czas miał. Poza tym, tak długo, jak córki jego nie ucierpią, a Sakura wyjdzie z tego cało, nie widział on problemu aby upadła sama się zajęła Asmodeuszem, a co jak co, ale w jej zdolności walki nie wątpił. Za długo się znali, by wątpić on miał w siłę swojej pomagierki.
Sakura i Asmodeusz byli niczym śmiercionośny pokaz magicznych ognii, tańcząc a to wysoko w niebie, a to bliżej twarzy, zderzając się ze sobą. Temperatura powietrza dookoła rosła i rosła, a ogień który latał w powietrzu zaczął trafiać w najbliższe z drzew, zamieniając je w gigantyczne pochodnie i powoli zapełniając powietrze nad plażą kłębami gęstego dymu. Smok musiał przyznać, iż był to pierwszy raz kiedy to miał okazję bez przeszkód zaobserwować Sakurę w walce. To, co widział, tylko wspominału mu o poprzednich odczuciach które były z nią związane. Bardzo szybko stwierdził - w swej głowie oczywiście, nie chciał rozproszyć upadłej - iż jej siła i jej ogień były… pociągającymi aspektami, teraz gdy miał okazję je docenić. Czy to jednak było jedynie zauroczenie, tak jak w przypadku innych, niesmoczych kobiet, które nie raz, nie dwa zaciągał w swoje objęcia?
Niestety, zanim dokończył ten ciąg myślowy, Kalli, która prawdopodobnie wyślizgnęła się swoim siostrom gdy te nie patrzyły, przybiegła do dźwięku zaciekłej walki, prawdopodobnie słysząc trzaski metalu i eksplozje ognia i myśląc, że to tylko kolejny pokaz siły ze strony jej ojca. Więc najmłodsza ze smoczyc zignorowała otaczające plaże ognie, gdyż te nawet nie zdołałyby jej zagrozić i wyłoniła się zza drzew, z wielkimi oczami i pluszakiem w rękach przyglądając się walce.
Sargeras zauważył to dopiero po tym, gdy dokonał tego Asmodeusz, gdyż piekielny nie zawahał się ani chwilę aby złapać dziecko i użyć go jako zakładnika i żywą tarczę. Sama Kalli zdawała się jeszcze nie pojmować pełni sytuacji, w jakiej się znalazła, niepewnie patrząc między tym, który miał ostry nóż przy jej gardle, a swoim ojcem. Gdy tylko Sargeras się zorientował co się dzieje, jego pierwszym instynktem było przemiana w prawdziwą formę i absolutne zniszczenie głupca, który odważył się zagrażać jego rodzinie. Jednak zamiast tego jedynie stał w miejscu, zęby i pięści zaciśnięte w furii, patrząc z gniewem i chęcią mordu na osobę, która miała życie jego najmłodszej córki w swoich rękach.
To, co stało się dalej, stało się szybko, na tyle szybko że Sargeras nie był w stanie powiedzieć, czy doskonale rozumiał co tak naprawdę się stało.
Sakura wymieniła się słowami z jeszcze żywym trupem który śmiał położyć łapy na jego córce.
Zjawiły się istoty niebiańskie, w tym matka Sakury.
Jego uszy usłyszały zamieszanie na skraju plaży - głosy jego córek, spanikowane, bez wątpienia goniące za Kalli. Obrócił głowę w stronę ich głosów, widząc jak pod przewodnictwem Eclipsy zatrzymują się z daleka od nowego zagrożenia, choć niektóre ewidetnie były gotowe do walki lub ucieczki.
Aż w końcu Sakura najwyraźniej postanowiła skończyć z tym wszystkim… ostatecznie.
Dzięki bogom, gdy tylko kula ognia zaczęła rosnąć i pochłaniać wszystko dookoła, zobaczył on magię, która wpierw utworzyła zakrzywione bariery, które oddzieliły jego, Kalli oraz całą reszte smoczyc od ognia. Nim fala ognia przysłoniła mu widok, zdołał ujrzeć iż to Lai’nome i Riandyosa rzucały zaklęcia by ich wszystkich ochronić. Jego piąta córka bez wątpienia była odpowiedzialna za samą barierę, w czasie gdy jej bliźniaczka prawdopodobnie użyła swojej magii pustki by stworzyć dodatkową powłokę tuż nad barierą siostry, gdzie ogień przestawał istnieć, co Sargeras zaobserwował gdy tenże żywioł otoczył bariere zewsząd, blokując na dłuższą chwilę kompletnie widoczność i pławiąc go w barwach płomieni Sakury.
Ze świadomoscią iż jego córki są bezpieczne i nic im nie grozi, Sargeras mógł przestać się martwić o swoją rodzinę i zaakceptować to, co czuł… Co czuł wobec Sakury.
Bowiem widząc ten ogień, czując jego ciepło na swojej skórze nawet przez barierę, wiedząc że bez wątpienia pochłonął on pewnie większość wyspy… Sargeras musiał w końcu zaakceptować, iż nie widzi Sakury tylko jako pomagiera.
Jej ogień był gorący i potężny.
Jej wola była silna i niezłomna.
Potrafiła ona spojrzeć mu prosto w oczy, stanąć przed nim i stawić mu czoło, czy to fizycznie czy też słownie.
Nawet w walce była ona… spełnieniem tego, co zawsze
Byłaby idealną smoczycą, być może byłaby nawet i tą jedyną, tą ostatnią.
Ale… czy to ma znaczenie?
Choć kochał swoje córki, każdą z nich, to nie sposób było ukryć, iż nadzieje, które wiązał z ich matkami, skończyły się na niczym.
Może… może nigdy nie była mu pisana smoczyca?
Ogień w końcu opadł, a wraz z nim opadły i bariery, ukazując świat okaleczony furią upadłej. Po Asmodeuszu i niebianinach, w tym jej matce? Nie było ani śladu, ledwie proch na wietrze. Plaża, na której stali? Rozgrzana, miejscami nawet do tego stopnia, iż piasek przekstałcił się w kałuże jeszcze płynnego szkła, które powoli zaczęło stygnąć. Nawet tam, gdzie plaża się kończyła, pozostały tylko tlące się zgliszcza i zwęglone drzewa. Cała wyspa, jak wzrok sięgał, tak wyglądała. Nic nie przeżyło pożogi, poza smoczą rodziną i tą, która to spowodowała.
Sargeras spojrzał na Sakurę. Jego pierwszym instynktem było być jej bohaterem. To zawsze był jego pierwszy instynkt. Ale… czy tego właśnie potrzebowała?
W tej chwili zawahania, kiedy to stał na jednynym, nieokaleczonym ogniem skrawku plaży, usłyszał on liczne kroki swoich córek, które bez wątpienia były zmartwione tym, co się stało, jak i tym czy nic nie jest Kalli.
Nim jednak dobiegły na miejsce, to Kalli dokonała pierwszego kroku. Niewzruszona tym co nieomal się stało, być może zbyt niewinna by zrozumieć, jak bardzo otarła się o śmierć, jego niewinne smoczątko podeszło powolnym krokiem do wyczerpanej sakury, która leżała na wciąż gorącym piasku niczym nieżywa. Z pluszakiem wciąż mocno trzymanym w małych rączkach, przycupnęłą ona tuż obok głowy upadłej, na jej małej buzi grymas zmartwienia.
- Sakura?... - Kalli spytała niepewnie, a jej głos drżał, pełen zmartwienia.
Gdy upadła nie odpowiedziała od razu, bez wątpienia zbyt słaba nawet na to, by odpowiedzieć, Sargeras obserwował z coraz to większym ździwieniem jak jego najmłodsza córka, w naiwnej próbie pomocy, wyciągnęła swojego pluszkaa przed siebie i zaczęła go wciskać w klatkę piersiową Sakury.
- Kotek. - Stwierdziła z wielką powagą Kalli, próbując zwrócić na siebie uwagę ledwo przytomnej Sakury. - Przytul.
Oczywiste było, iż był to naiwny, bezcelowy gest. Ale gest ten był zarazem dowodem na to, jak bardzo Sakura stała się częścią smoczej rodziny. Kalli, zazwyczaj niezdolna do rozstania się ze swoim pluszowym kotem, była go gotowa oddać Sakurze, w nadzieji że dzięki temu poczuje się dobrze.
Chwilę później Sargerasa minęło rozwścieczone stado… to znaczy jego pozostałe córki, które po krótkiej, wzrokowej inspekcji jego nienagannego stanu, podbiegły do Sakury i Kalli, otaczając obydwie i wypełniając powietrze swoimi głosami.
Eclipsa skupiła się na najmłodszej siostrze, padając na klęczki przy niej i upewniając się, czy aby na pewno nie ucierpiała ani przez upadłego, ani przez eksplozje płomieni. Ale nie odciągnęła jej od Sakury, na którą co chwila spoglądała zmartwionym wzrokiem.
Exelria siadła tuż obok, choć widać było iż nie była pewna, co ze sobą zrobić. Nie wiedziała, jak może pomóc, nie posiadała bowiem ani wiedzy ani umiejętności które mogłaby tutaj zastosować.. Na całe szczęście Eclipsa miała rozumu w głowie na tyle, by starczyło dla wszystkich, więc gdy tylko potwierdziła, że Kalli nic nie jest, to też wzięła młodą podniosła i bez zbędnych ceremonii wcisnęła w ramiona Exelrii, z rozkazem pilnowania swojej najmłodszej siostry, co zresztą po kilku niepewnych chwilach zrobiła, obejmując młodą. Sama Kalli na całe szczęście była zbyt zajęta aby rozrabiać, wpatrywała się bowiem uporczywie na Sakure, przy której wciąż leżał jej pluszowy kot który wciąż był nieprzytulony przez piekielną.
Persea znalazła się bardzo szybko po drugiej stronie Sakury od Eclipsy, pomagając najstarszej siostrze przy upadłej. Z pomocą Eclipsy zdołały one ułożyć Sakurę w wygoniejszej pozycji, a w którymś momencie Persea uznała iż użyczy swoich własnych nóg jako tymczasowej poduszki dla upadłej, która tego definitywnie potrzebowała, jednocześnie starając się by pluszowy kot od Kalli wciąż był blisko Sakury, skoro najmłodsza smoczyca tego chciała.
bliźniaczka Persei, Sandye, nie mogła usiedzieć w miejscu, bowiem chodziła dookoła i z zapałem, jaki zazwyczaj był zarezerwowany na wyczyny Sargerasa, opowiadała o tym, jak niesamowicie potężna musiała być Sakura, by praktycznie unicestwić wszystko dookoła, nawet istoty piekielne i niebiańskie. Pozostałe siostry zdawały się nie przejmować tym słowotokiem, a nawet przeciwnie, pełen entuzjazmu głos Sandye zdawał się powoli rozładowywać atmosferę stresu i strachu, która otaczała starsze z córek.
Lai’nome i Riandyosa obydwie stanęły przy Persei. Wyjątkowo nie były skupione na sobie nawzajem, zamiast tego bowiem obydwie miały ręce nad Sakurą. Magia Struktury Lai’nome opadała z jej rąk niczym migocząca morska bryza na Sakurę, i choć nie była to lecznicza magia, to jednak pozwalało to wzmocnić osłabione i wyczerpane ciało upadłej. Tymczasem Riandyosa, korzystając z magii śmierci, sprawiła iż rozgrzany piasek dookoła nich zaczął ruszać się niczym żywy, tylko po to aby wznieść się pod i obok nich, oferując siedziska dla smoczyc i równą powierzchnię do leżeniea dla Sakury. Gdy tylko obie skończyły, zmęczone tym i wcześniejszym pokazem magii, usiadły one na swoje nowo naszykowane siedziska i oparły o siebie nawzajem, na tyle wybczerpane iż Riandyosa skupiła się na odzyskaniu oddechu zamiast na torturowaniu swojej bliźniaczki.
Ayla wydawała się w podobnej sytuacji co Exelria, nie wiedząc co może zrobić. Fakt, iż martwiła się mocno wpierw o Kalli, a teraz o Sakurę, wcale nie pomagał. Koniec końców znalazła się tuż przy Persei, okazując wsparcie upadłej poprzez złapanie jej ręki w swoje dłonie.
Wszystko to widział Sargeras, który doszedł do jedynego, słusznego wniosku.
To nie było nic nowego - wiedział to w ten czy inny sposób już od dawien dawna, nawet jeśli nigdy tego nie powiedział na głos.
Sakura… Sakura była już częścią tej rodziny, w każdy sposób jaki miał znaczenie. A rodzina nie potrzebowała go jako bohatera. Jego córki potrzebowały go jako ojca. A Sakura…
W końcu Sargeras ruszył z miejsca. Jego córki, nawet te najgłośniejsze, zamilkły gdy zbliżył się, obserwując jego poczynania. Najpierw podszedł on do Kalli, przy której przyklętknął, a którą to następnie pocałował w czółko, a ona w reakcji zachichotała.
- Cieszę się że nic ci nie jest. - Wyszeptał, a w słowach jego nie dał po sobie poznać, jak wielki ciężar był na jego sercu, gdy stał przed możliwością stracenia jednej ze swoich córek.
Następnie rozglądnął się po swoich córkach, szukając… sam nie wiedział czego. Aż w końcu wzrok jego powędrował do ledwo przytomnej Sakury i usta jego zadrżały.
Starsze z córek (czyli wszystkie poza Aylą i Kalli) natychmiast przestały się ruszać. Nie były bowiem ani ślepe, ani naiwne, a ich ojciec właśnie pokazał coś, czego nigdy nie okazał komuś kto nie był jedną z jego córek. On.. był zmartwiony. Prawdziwie, z głębi serca, zmartwiony. O Sakurę.
Minęło kilka chwil, nim Sargeras przyklęknął tuż przy Ayli. Powolnym ruchem objął własnymi dłońmi ręce siódmej córki, w których trzymana była dłoń Sakury. Oczy jego tymczasem spoglądały na twarz upadłej.
- Zmartwiłaś nas. - Zaczął Sargeras, a głos jego zdawał się pozbawiony kompletnie tego donośnego tonu, który używał jako Bohater.
Nastała chwila ciszy, w której to widać było po twarzy pradawnego, iż szuka on słów, które były więcej niż tylko pustymi zapewnieniami, które tak często wymawiał.
- Nie wiem, co teraz czujesz. Bez wątpienia nie było to dla ciebie łatwe. Pewnie wciąż nie jest. Ten ogień… to był krzyk o pomoc, prawda? Twoja przeszłość przyszła pełną siłą, a ty nie wiedziałaś co zrobić więc… krzyknęłaś, a ogień odpowiedział.
Sargeras zacisnął delikatnie swoje dłonie. W nich dłońie jego córki. A w jej dłoniach dłoń upadłej. Ojciec. Córka… I ktoś jeszcze. Ale też rodzina.
- Przepraszam, że nie cię zawiodłem. Nie ciebie, mojego pomagiera. Ciebie, Sakuro. Kogoś kto był dla mnie i dla mojej rodziny wtedy, gdy my tego potrzebowaliśmy. Gdy… Gdy ja tego potrzebowałem.
Sargeras wziął głęboki oddech. To, co powie dalej, nie można było odebrać, gdy już zostanie wymówione.
- Nie mogę oddać ci tego, to zabrał ogień. Nie mogę pokonać przeszłości, z którą się zmagałaś tak długo sama. - Przyznał Sargeras, a niektóre z córek aż dostały wytrzeszczu na widok ojca, który przyznał się do własnej niedoskonałości. - Ale… Ale chce być lepszy. Dla ciebie. Nie chce spoglądać z oddali, jak łzy spływają po twej twarzy. Nie chce, abyś myślała, że musisz sama stawić czoło swojej przeszłości.
Sargeras zamknął oczy i pochylił głowę.
Teraz albo nigdy.
- Chce być twoim ogniem. - Zaczął pradawny, w jego tonie głosu nadzieja, którą tak wiele razy stracił. - Chce ogrzać cię, gdy będzie ci zimno. Rozświetlić ci drogę, gdy nastanie ciemność. Stać w obronie tego, co ci cenne i strawić to, co odważy się ciebie zranić.
Niemal wszystkie córki patrzyły między nim a Sakurą, pojmując iż to, co właśnie miało miejsce, było niezwykle ważne. Niektóre były zszokowane, inne… inne uśmiechały się jak głupie, niedowierzając w to co właśnie słyszą.
- W zamian… w zamian chciałbym jedynie, abym uzyskał zaszczyt oficjalnego nazywania cię częścią tej rodziny… matką obecnych tu dzieci… moją partnerką.
Wszystkie córki Sargerasa zamurowało, ale wzrok ich szybko przeniósł się na powoli dochodzącą do siebie Sakure.
Artefakt który zagrażał prywatności i bezpieczeństwie Sakury? Niesmaczny, ale zlikwidowany.
Piekielny, który ten artefakt odważył przynieść? Natrętny jak mucha, ale wkurzony.
Był niemalże pewien, że jedyny powód, czemu piekielny go nie zaatakował, to fakt iż rozumiał on różnice między nimi. Te pozory kultury między nimi? były właśnie tym, pozorem.
Asmodeusz pewnie nie zaatakował go pewnie tylko dlatego, bo wiedział, że nie wygra.
Sargeras? On mógł w każdej chwili zakończyć jednostronną dyskusję i nieznośniego gościa, który ją prowadził. Krzyczał o artefakcie, o tym ile kosztował i jak dużo czasu i zasobów stracił na jego utworzenie. Przewracał tylko na to oczami, bowiem smak tego złomu tylko potwierdził mu, że złamanego ruena to nie było warte.
Mógłby pewnie skończyć marnować czas i po prostu przemienić się w pełną smoczą formę, aby następnie zgnieść piekielnego robaka który musi używać skrzydeł by w ogóle spojrzeć mu w oczy... Ale skoro Sakura tego sama jeszcze nie zrobiła, to pewnie tego od niego nie chciała.
Znudzony potwarzającymi się pustymi słowami upadłego, kątem oka spojrzał na swoje córki. Od razu zauważył, że Eclipsa wróciła i dołączyła do reszty jego córek, tylko po to aby kilka chwil później cała gromada dyskretnie poszła sobie z plaży, bez wątpienia do chatki. Nie wiedział czemu, ale może to nawet lepiej - wkurzający szkodnik który coś mu wykrzykiwał w twarz od około minuty coraz bardziej prosił się o bycie rozdeptanym.
Na całe szczęście to bardzo szybko przestał być jego problem. Sakura, niczym grom z jasnego nieba, wylądowała między smokiem a swoim…byłym? Pradawny niestety nie do końca był pewien jak odwoływać się do natrętnego mężczyzny. Poza tym, że wkrótce będzie martwy, bo zdołał on w dwóch zdaniach sprowokować Sakurę do ataku. Dwóch! Nawet Sargeras potrzebował przynajmniej trzech, może czterech, by ją zdenerwować!
Oczywiście gdy piekielny odpowiedział własnym atakiem, Sargeras z durnym uśmiechem już stawiał pierwszy krok w stronę potyczki, gotowy do tego, by zainterweniować i uratować damę z opresji, jak to bohaterowi przystało. Ale wtedy ona poświęciła kilka cennych sekund uwagi podczas aktywnej walki by spojrzeć na niego, i jego uśmiech opadł. Nie była wystraszona. Nie była pewna siebie. Nie była nawet zadowolona tą walką.
Nie, wręcz przeciwnie, w tych oczach Sargeras zobaczył coś silniejszego. Jej oczy krzyczały “on jest mój!” z głębi jej serca. To było coś dla niej ważnego i nie zamierzała nikomu innemu jej tego odebrać.
Chciwość, ale taka pierwotna. Pragnienie, którego nie chciało się podzielić z innymi, nawet najbliższymi. To było coś, co każdy dorosły smok znał. Ta walka była dla Sakury jej symboliczna stertą złota, coś co było dla niej najważniejsze i co było w najgłębszy sposób prywatne i należało tylko do niej.
To było… Podniecające.
Sargeras zamrugał aż gdy ta myśl przeszyła jego głowę… i jego głowę. Nie będąc pewien co zrobić z tym uczuciem, postanowił po prostu uszanować decyzje Sakury, stojąc kawałek dalej i obserwując, krzyżując ramiona i mieląc w głowie, czy faktycznie widzi on w Sakurze coś więcej, niż tylko towarzyszke. A jeśli już, to co takiego? Nie było to proste pytanie, ale na szczęście walka trwała więcej niż jedną chwilę, więc czas miał. Poza tym, tak długo, jak córki jego nie ucierpią, a Sakura wyjdzie z tego cało, nie widział on problemu aby upadła sama się zajęła Asmodeuszem, a co jak co, ale w jej zdolności walki nie wątpił. Za długo się znali, by wątpić on miał w siłę swojej pomagierki.
Sakura i Asmodeusz byli niczym śmiercionośny pokaz magicznych ognii, tańcząc a to wysoko w niebie, a to bliżej twarzy, zderzając się ze sobą. Temperatura powietrza dookoła rosła i rosła, a ogień który latał w powietrzu zaczął trafiać w najbliższe z drzew, zamieniając je w gigantyczne pochodnie i powoli zapełniając powietrze nad plażą kłębami gęstego dymu. Smok musiał przyznać, iż był to pierwszy raz kiedy to miał okazję bez przeszkód zaobserwować Sakurę w walce. To, co widział, tylko wspominału mu o poprzednich odczuciach które były z nią związane. Bardzo szybko stwierdził - w swej głowie oczywiście, nie chciał rozproszyć upadłej - iż jej siła i jej ogień były… pociągającymi aspektami, teraz gdy miał okazję je docenić. Czy to jednak było jedynie zauroczenie, tak jak w przypadku innych, niesmoczych kobiet, które nie raz, nie dwa zaciągał w swoje objęcia?
Niestety, zanim dokończył ten ciąg myślowy, Kalli, która prawdopodobnie wyślizgnęła się swoim siostrom gdy te nie patrzyły, przybiegła do dźwięku zaciekłej walki, prawdopodobnie słysząc trzaski metalu i eksplozje ognia i myśląc, że to tylko kolejny pokaz siły ze strony jej ojca. Więc najmłodsza ze smoczyc zignorowała otaczające plaże ognie, gdyż te nawet nie zdołałyby jej zagrozić i wyłoniła się zza drzew, z wielkimi oczami i pluszakiem w rękach przyglądając się walce.
Sargeras zauważył to dopiero po tym, gdy dokonał tego Asmodeusz, gdyż piekielny nie zawahał się ani chwilę aby złapać dziecko i użyć go jako zakładnika i żywą tarczę. Sama Kalli zdawała się jeszcze nie pojmować pełni sytuacji, w jakiej się znalazła, niepewnie patrząc między tym, który miał ostry nóż przy jej gardle, a swoim ojcem. Gdy tylko Sargeras się zorientował co się dzieje, jego pierwszym instynktem było przemiana w prawdziwą formę i absolutne zniszczenie głupca, który odważył się zagrażać jego rodzinie. Jednak zamiast tego jedynie stał w miejscu, zęby i pięści zaciśnięte w furii, patrząc z gniewem i chęcią mordu na osobę, która miała życie jego najmłodszej córki w swoich rękach.
To, co stało się dalej, stało się szybko, na tyle szybko że Sargeras nie był w stanie powiedzieć, czy doskonale rozumiał co tak naprawdę się stało.
Sakura wymieniła się słowami z jeszcze żywym trupem który śmiał położyć łapy na jego córce.
Zjawiły się istoty niebiańskie, w tym matka Sakury.
Jego uszy usłyszały zamieszanie na skraju plaży - głosy jego córek, spanikowane, bez wątpienia goniące za Kalli. Obrócił głowę w stronę ich głosów, widząc jak pod przewodnictwem Eclipsy zatrzymują się z daleka od nowego zagrożenia, choć niektóre ewidetnie były gotowe do walki lub ucieczki.
Aż w końcu Sakura najwyraźniej postanowiła skończyć z tym wszystkim… ostatecznie.
Dzięki bogom, gdy tylko kula ognia zaczęła rosnąć i pochłaniać wszystko dookoła, zobaczył on magię, która wpierw utworzyła zakrzywione bariery, które oddzieliły jego, Kalli oraz całą reszte smoczyc od ognia. Nim fala ognia przysłoniła mu widok, zdołał ujrzeć iż to Lai’nome i Riandyosa rzucały zaklęcia by ich wszystkich ochronić. Jego piąta córka bez wątpienia była odpowiedzialna za samą barierę, w czasie gdy jej bliźniaczka prawdopodobnie użyła swojej magii pustki by stworzyć dodatkową powłokę tuż nad barierą siostry, gdzie ogień przestawał istnieć, co Sargeras zaobserwował gdy tenże żywioł otoczył bariere zewsząd, blokując na dłuższą chwilę kompletnie widoczność i pławiąc go w barwach płomieni Sakury.
Ze świadomoscią iż jego córki są bezpieczne i nic im nie grozi, Sargeras mógł przestać się martwić o swoją rodzinę i zaakceptować to, co czuł… Co czuł wobec Sakury.
Bowiem widząc ten ogień, czując jego ciepło na swojej skórze nawet przez barierę, wiedząc że bez wątpienia pochłonął on pewnie większość wyspy… Sargeras musiał w końcu zaakceptować, iż nie widzi Sakury tylko jako pomagiera.
Jej ogień był gorący i potężny.
Jej wola była silna i niezłomna.
Potrafiła ona spojrzeć mu prosto w oczy, stanąć przed nim i stawić mu czoło, czy to fizycznie czy też słownie.
Nawet w walce była ona… spełnieniem tego, co zawsze
Byłaby idealną smoczycą, być może byłaby nawet i tą jedyną, tą ostatnią.
Ale… czy to ma znaczenie?
Choć kochał swoje córki, każdą z nich, to nie sposób było ukryć, iż nadzieje, które wiązał z ich matkami, skończyły się na niczym.
Może… może nigdy nie była mu pisana smoczyca?
Ogień w końcu opadł, a wraz z nim opadły i bariery, ukazując świat okaleczony furią upadłej. Po Asmodeuszu i niebianinach, w tym jej matce? Nie było ani śladu, ledwie proch na wietrze. Plaża, na której stali? Rozgrzana, miejscami nawet do tego stopnia, iż piasek przekstałcił się w kałuże jeszcze płynnego szkła, które powoli zaczęło stygnąć. Nawet tam, gdzie plaża się kończyła, pozostały tylko tlące się zgliszcza i zwęglone drzewa. Cała wyspa, jak wzrok sięgał, tak wyglądała. Nic nie przeżyło pożogi, poza smoczą rodziną i tą, która to spowodowała.
Sargeras spojrzał na Sakurę. Jego pierwszym instynktem było być jej bohaterem. To zawsze był jego pierwszy instynkt. Ale… czy tego właśnie potrzebowała?
W tej chwili zawahania, kiedy to stał na jednynym, nieokaleczonym ogniem skrawku plaży, usłyszał on liczne kroki swoich córek, które bez wątpienia były zmartwione tym, co się stało, jak i tym czy nic nie jest Kalli.
Nim jednak dobiegły na miejsce, to Kalli dokonała pierwszego kroku. Niewzruszona tym co nieomal się stało, być może zbyt niewinna by zrozumieć, jak bardzo otarła się o śmierć, jego niewinne smoczątko podeszło powolnym krokiem do wyczerpanej sakury, która leżała na wciąż gorącym piasku niczym nieżywa. Z pluszakiem wciąż mocno trzymanym w małych rączkach, przycupnęłą ona tuż obok głowy upadłej, na jej małej buzi grymas zmartwienia.
- Sakura?... - Kalli spytała niepewnie, a jej głos drżał, pełen zmartwienia.
Gdy upadła nie odpowiedziała od razu, bez wątpienia zbyt słaba nawet na to, by odpowiedzieć, Sargeras obserwował z coraz to większym ździwieniem jak jego najmłodsza córka, w naiwnej próbie pomocy, wyciągnęła swojego pluszkaa przed siebie i zaczęła go wciskać w klatkę piersiową Sakury.
- Kotek. - Stwierdziła z wielką powagą Kalli, próbując zwrócić na siebie uwagę ledwo przytomnej Sakury. - Przytul.
Oczywiste było, iż był to naiwny, bezcelowy gest. Ale gest ten był zarazem dowodem na to, jak bardzo Sakura stała się częścią smoczej rodziny. Kalli, zazwyczaj niezdolna do rozstania się ze swoim pluszowym kotem, była go gotowa oddać Sakurze, w nadzieji że dzięki temu poczuje się dobrze.
Chwilę później Sargerasa minęło rozwścieczone stado… to znaczy jego pozostałe córki, które po krótkiej, wzrokowej inspekcji jego nienagannego stanu, podbiegły do Sakury i Kalli, otaczając obydwie i wypełniając powietrze swoimi głosami.
Eclipsa skupiła się na najmłodszej siostrze, padając na klęczki przy niej i upewniając się, czy aby na pewno nie ucierpiała ani przez upadłego, ani przez eksplozje płomieni. Ale nie odciągnęła jej od Sakury, na którą co chwila spoglądała zmartwionym wzrokiem.
Exelria siadła tuż obok, choć widać było iż nie była pewna, co ze sobą zrobić. Nie wiedziała, jak może pomóc, nie posiadała bowiem ani wiedzy ani umiejętności które mogłaby tutaj zastosować.. Na całe szczęście Eclipsa miała rozumu w głowie na tyle, by starczyło dla wszystkich, więc gdy tylko potwierdziła, że Kalli nic nie jest, to też wzięła młodą podniosła i bez zbędnych ceremonii wcisnęła w ramiona Exelrii, z rozkazem pilnowania swojej najmłodszej siostry, co zresztą po kilku niepewnych chwilach zrobiła, obejmując młodą. Sama Kalli na całe szczęście była zbyt zajęta aby rozrabiać, wpatrywała się bowiem uporczywie na Sakure, przy której wciąż leżał jej pluszowy kot który wciąż był nieprzytulony przez piekielną.
Persea znalazła się bardzo szybko po drugiej stronie Sakury od Eclipsy, pomagając najstarszej siostrze przy upadłej. Z pomocą Eclipsy zdołały one ułożyć Sakurę w wygoniejszej pozycji, a w którymś momencie Persea uznała iż użyczy swoich własnych nóg jako tymczasowej poduszki dla upadłej, która tego definitywnie potrzebowała, jednocześnie starając się by pluszowy kot od Kalli wciąż był blisko Sakury, skoro najmłodsza smoczyca tego chciała.
bliźniaczka Persei, Sandye, nie mogła usiedzieć w miejscu, bowiem chodziła dookoła i z zapałem, jaki zazwyczaj był zarezerwowany na wyczyny Sargerasa, opowiadała o tym, jak niesamowicie potężna musiała być Sakura, by praktycznie unicestwić wszystko dookoła, nawet istoty piekielne i niebiańskie. Pozostałe siostry zdawały się nie przejmować tym słowotokiem, a nawet przeciwnie, pełen entuzjazmu głos Sandye zdawał się powoli rozładowywać atmosferę stresu i strachu, która otaczała starsze z córek.
Lai’nome i Riandyosa obydwie stanęły przy Persei. Wyjątkowo nie były skupione na sobie nawzajem, zamiast tego bowiem obydwie miały ręce nad Sakurą. Magia Struktury Lai’nome opadała z jej rąk niczym migocząca morska bryza na Sakurę, i choć nie była to lecznicza magia, to jednak pozwalało to wzmocnić osłabione i wyczerpane ciało upadłej. Tymczasem Riandyosa, korzystając z magii śmierci, sprawiła iż rozgrzany piasek dookoła nich zaczął ruszać się niczym żywy, tylko po to aby wznieść się pod i obok nich, oferując siedziska dla smoczyc i równą powierzchnię do leżeniea dla Sakury. Gdy tylko obie skończyły, zmęczone tym i wcześniejszym pokazem magii, usiadły one na swoje nowo naszykowane siedziska i oparły o siebie nawzajem, na tyle wybczerpane iż Riandyosa skupiła się na odzyskaniu oddechu zamiast na torturowaniu swojej bliźniaczki.
Ayla wydawała się w podobnej sytuacji co Exelria, nie wiedząc co może zrobić. Fakt, iż martwiła się mocno wpierw o Kalli, a teraz o Sakurę, wcale nie pomagał. Koniec końców znalazła się tuż przy Persei, okazując wsparcie upadłej poprzez złapanie jej ręki w swoje dłonie.
Wszystko to widział Sargeras, który doszedł do jedynego, słusznego wniosku.
To nie było nic nowego - wiedział to w ten czy inny sposób już od dawien dawna, nawet jeśli nigdy tego nie powiedział na głos.
Sakura… Sakura była już częścią tej rodziny, w każdy sposób jaki miał znaczenie. A rodzina nie potrzebowała go jako bohatera. Jego córki potrzebowały go jako ojca. A Sakura…
W końcu Sargeras ruszył z miejsca. Jego córki, nawet te najgłośniejsze, zamilkły gdy zbliżył się, obserwując jego poczynania. Najpierw podszedł on do Kalli, przy której przyklętknął, a którą to następnie pocałował w czółko, a ona w reakcji zachichotała.
- Cieszę się że nic ci nie jest. - Wyszeptał, a w słowach jego nie dał po sobie poznać, jak wielki ciężar był na jego sercu, gdy stał przed możliwością stracenia jednej ze swoich córek.
Następnie rozglądnął się po swoich córkach, szukając… sam nie wiedział czego. Aż w końcu wzrok jego powędrował do ledwo przytomnej Sakury i usta jego zadrżały.
Starsze z córek (czyli wszystkie poza Aylą i Kalli) natychmiast przestały się ruszać. Nie były bowiem ani ślepe, ani naiwne, a ich ojciec właśnie pokazał coś, czego nigdy nie okazał komuś kto nie był jedną z jego córek. On.. był zmartwiony. Prawdziwie, z głębi serca, zmartwiony. O Sakurę.
Minęło kilka chwil, nim Sargeras przyklęknął tuż przy Ayli. Powolnym ruchem objął własnymi dłońmi ręce siódmej córki, w których trzymana była dłoń Sakury. Oczy jego tymczasem spoglądały na twarz upadłej.
- Zmartwiłaś nas. - Zaczął Sargeras, a głos jego zdawał się pozbawiony kompletnie tego donośnego tonu, który używał jako Bohater.
Nastała chwila ciszy, w której to widać było po twarzy pradawnego, iż szuka on słów, które były więcej niż tylko pustymi zapewnieniami, które tak często wymawiał.
- Nie wiem, co teraz czujesz. Bez wątpienia nie było to dla ciebie łatwe. Pewnie wciąż nie jest. Ten ogień… to był krzyk o pomoc, prawda? Twoja przeszłość przyszła pełną siłą, a ty nie wiedziałaś co zrobić więc… krzyknęłaś, a ogień odpowiedział.
Sargeras zacisnął delikatnie swoje dłonie. W nich dłońie jego córki. A w jej dłoniach dłoń upadłej. Ojciec. Córka… I ktoś jeszcze. Ale też rodzina.
- Przepraszam, że nie cię zawiodłem. Nie ciebie, mojego pomagiera. Ciebie, Sakuro. Kogoś kto był dla mnie i dla mojej rodziny wtedy, gdy my tego potrzebowaliśmy. Gdy… Gdy ja tego potrzebowałem.
Sargeras wziął głęboki oddech. To, co powie dalej, nie można było odebrać, gdy już zostanie wymówione.
- Nie mogę oddać ci tego, to zabrał ogień. Nie mogę pokonać przeszłości, z którą się zmagałaś tak długo sama. - Przyznał Sargeras, a niektóre z córek aż dostały wytrzeszczu na widok ojca, który przyznał się do własnej niedoskonałości. - Ale… Ale chce być lepszy. Dla ciebie. Nie chce spoglądać z oddali, jak łzy spływają po twej twarzy. Nie chce, abyś myślała, że musisz sama stawić czoło swojej przeszłości.
Sargeras zamknął oczy i pochylił głowę.
Teraz albo nigdy.
- Chce być twoim ogniem. - Zaczął pradawny, w jego tonie głosu nadzieja, którą tak wiele razy stracił. - Chce ogrzać cię, gdy będzie ci zimno. Rozświetlić ci drogę, gdy nastanie ciemność. Stać w obronie tego, co ci cenne i strawić to, co odważy się ciebie zranić.
Niemal wszystkie córki patrzyły między nim a Sakurą, pojmując iż to, co właśnie miało miejsce, było niezwykle ważne. Niektóre były zszokowane, inne… inne uśmiechały się jak głupie, niedowierzając w to co właśnie słyszą.
- W zamian… w zamian chciałbym jedynie, abym uzyskał zaszczyt oficjalnego nazywania cię częścią tej rodziny… matką obecnych tu dzieci… moją partnerką.
Wszystkie córki Sargerasa zamurowało, ale wzrok ich szybko przeniósł się na powoli dochodzącą do siebie Sakure.
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość