Góry Dasso[Podgórski dwór i okolice] Poznaj moich rodziców

Rozciągające się od Równin Andurii aż po Równinę Maurat góry z wierzchołkami pokrytymi wiecznym śniegiem, przeplatane zielonymi dolinami i niebezpiecznymi przełęczami, zamieszkałe przez dzikie zwierzęta i legendarne potwory. Góry otaczają i chronią przed niebezpieczeństwami Szepczący Las, dając mu w ten sposób spokój.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Mari
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Syrena
Profesje: Zabójca , Wędrowiec
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

[Podgórski dwór i okolice] Poznaj moich rodziców

Post autor: Mari »

Wróżka nadęła policzki i wciąż unosząc się w powietrzu, bezgłośnie tupnęła nogą.

- Ja cię czymś zaraziłam? JA? To ty tu jesteś wstrętnym chochlikiem, co się szlaja nie wiadomo gdzie! I to jeszcze z pchlarzem!

Mari wywróciła oczami, tych dwoje wciąż się prowokowało i na nic jej próby załagodzenia sporu. Miała tylko nadzieję, że zaspany Drim nie zwróci większej uwagi na słowa małej naturianki. Ostatecznie obydwoje odsunęli się od siebie na tyle, o ile pozwalały ściany świątyni. Przynajmniej nastała błoga cisza. Syrenka odetchnęła.

- W końcu… - mruknęła pod nosem. – Taa… A jak z tobą? – spytała Mari, kierując swoje słowa do tygrysołaka.

Spojrzała raz jeszcze na świstek papieru. Pradawny mógł im go dać, byle mieli jakieś zajęcie i nie męczyli go w najbliższym czasie. Z drugiej strony nie mieli za wiele do stracenia, więc mogli to sprawdzić. Przy okazji Mari miała kolejną okazję do zapoznania się z miastem. Nie cieszyło ją to jednak tak, jak wcześniej. Miała poczucie zagubienia, jakby zgubiła swój cel i błądziła w świecie. Zerknęła na swoją bransoletkę. Jak do tego doszło? Miała pozbyć się zabójców i morderców z tego świata, a tymczasem była gdzieś w środku kontynentu razem z tygrysołakiem i Lilianną, która nie mogła przestać kłócić się z chochlikiem. Odnalezienie Avekera było jakimś celem, ale co dalej? Naturianka przez dłuższą chwilę nie chciała nawet wychodzić na zewnątrz, maskując to niepokojem przed strażnikami.

- Rybkę? W sumie jeszcze nie jadłam takiej przyrządzanej na lądzie – stwierdziła, uśmiechając się lekko i zbierając w sobie. – Tak, ruszajmy.

Gdy w końcu wyszli, na zewnątrz nie czekał na nich oddział uzbrojonych żołnierzy, jak zakładała syrenka. Zdziwiła ją tak nijaka reakcja przechadzającego się strażnika, ale lepsze to, niż atak albo lochy. Czując się nieco pewniej, dzięki wskazówkom tutejszym szybko odnaleźli wskazaną przez czarodzieja gospodę. Znajdowała się ona niemal na drugim końcu miasta, na dodatek zupełnie się nie wyróżniała. Przynajmniej do chwili, gdy na bruk wyleciał z niej jakiś mężczyzna. Fioletowa poświata wokół niego od razu zaalarmowała białowłosą. Nie bardzo miała jednak co z tym zrobić. O ile wcześniejszy występek nie był tak tragiczny, to zabójstwo w biały dzień już nie uszłoby im płazem. Dziewczyna z niesmakiem spoglądała, jak ten bierze nogi za pas, przewracając się po drodze jeszcze kilka razy i znika gdzieś w ciemnych uliczkach.
W środku było tłoczno i głośno. Woń piwa była niezwykle intensywna i co chwilę słychać było stukot kufli. Gdzieś w kącie była nawet jakaś drobna bójka, ale nawet gospodarz nie raczył wyrzucić tych gości, tylko obserwował to zapewne niezwykle fascynujące starcie. Słoneczne Podgórze nie było przyjemnym miejscem i jeden z mężczyzn wyglądał na bardzo świadomego tej sytuacji. Mimo to siedział przy jednym ze stolików zgarbiony zapewne liczący na to, że dzięki jego powolnym ruchom nie przykuje niczyjej uwagi.

- Aveker? – zawołała Mari, licząc, że może usłyszy ją w tym hałasie, następnie powtórzyła to kilka razy.

Mężczyzna słyszał dobrze, ale dopiero po chwili do nich podszedł i pytał, czego chcą. Nie wyglądał na chętnego do rozmowy. Jednakże po wstępnych wyjaśnieniach wylądowali w jego wozie i ruszyli. Nieznajomy był niezadowolony, a oni nie mieli pojęcia, gdzie z nim jadą. Zaczynało się ciekawie.

Minęło kilka dni drogi, podczas której Mari nie miała lekko. Nie czuła się dobrze z dala od wody, a nawet jak trafiali na okoliczne stawy bądź niewielkie rzeki nie były one wystarczające. Wprawdzie pozwalały jej spełnić syrenie potrzeby, ale coraz bardziej tęskniła za oceanem. Nic o tym nie wspominała ani nie dawała po sobie poznać. Wystarczyło już, że Aveker marudził na codzienne zbaczanie z kursu, żeby Mari mogła popluskać się w wodzie. Na dodatek, gdy mężczyzna widział ją w jej prawdziwej postaci, robił się niezwykle niecierpliwy i niespokojny. Jakby czuł się nieswojo w obecności syreny.
W końcu jednak ta niezbyt przyjemna wędrówka dobiegła końca. Wóz zatrzymał się kawałek od obrośniętej bluszczem bramy. Za nią była ścieżka przyozdobiona różami w nietypowym czarnym kolorze. Prowadziła do wielkiego, pełnego przepychu domostwa, którego z całym przekonaniem można by nazwać pałacykiem.

- Tam mieszkają ludzie, którzy być może wam pomogą, podobno wyleczyli już jakiegoś wilkołaka – odparł takim tonem, jakby bardzo się śpieszył i nie miał ochoty na dodatkowe tłumaczenia.
- Wilkołaka? Ale nam chodzi o… - Mari nie zdążyła dokończyć, bo gdy tylko wraz z Drimem zsiedli z powozu, Aveker odjechał czym prędzej. – Hm… To było… nietypowe. Ale skoro już tu jesteśmy, czemu by nie spróbować? – spytała z uśmiechem, podchodząc do bramy.
Awatar użytkownika
Drim
Szukający drogi
Posty: 41
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Tygrysołak
Profesje: Wędrowiec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Drim »

„To musi być sen.”
 
        Drim stał przed domostwem, które pamiętał tak dobrze, jakby był tu ledwie wczoraj, w czasie gdy minęło… kto wie ile czasu. Zmiennokształtny już dawno przestał liczyć dni rozłąki od tych, którzy zamieszkiwali to miejsce.
 
„Albo koszmar. Albo kiepski żart.”
 
        Czarne róże były wszędzie – na ścieżce, która ich podprowadziła tutaj, w doniczkach obecnych zarówno za szybami jak i również wiszącymi w każdym miejscu, gdzie było to możliwe. Nawet tereny zielone tuż przy budynku zdawały się tonąć w morzu czerni.
 
„Jeśli to jest prawda, to…”
 
        Niektóre płatki były matowe. Inne lśniły się jak polerowany metal. Jeszcze inne zdawały się mienić tęczowym blaskiem gdy patrzyło się na nie pod konkretnym kątem. Wszystkie jednak były czarne, nawet jeśli każdy kolejny kwiat wydawał się bardziej magiczny i niemożliwy od poprzedniego.
 
„… Czemu nie kazali mi powrócić?”
 
        Szok powoli mijał, dzięki czemu Drim mógł ponownie skupić się na tym co się właściwie stało. Czarodziej dał im imię, które ich zaprowadziło do dziwnego gostka, a ten ich zawiózł do jego rodzinnego domu, twierdząc iż mieszkańcy tego miejsca wyleczyli wilkołaka.
 
        Czy to naprawdę byli oni? Czy też raczej jego rodzina zdołała wynieść się, lub umrzeć, i ich dom zajął mag, zielarz czy inna istota na tyle potężna, by pozbawić go klątwy? Drimilianos wiedział, że niemalże każdy członek jego rodziny, od matki i ojca po jego młodszą siostrę, byli uzdolnieni w tym co robili. To jednak od zawsze była uprawa czarnych róż, i nic więcej. Nic więc dziwnego, że jego wiara w to, iż za bramą zastanie znajome twarze, była niemalże znikoma. A mimo to coś głęboko w jego sercu mówiło mu, że to właśnie tutaj wciąż mieszkają jego bliscy.
 
„Ej, ejejejejej! Czekaj. Z kocurem coś jest nie tak.” - Telepatia nosząca ze sobą głos Oka, chochlika z świeżo odkrytą nienawiścią do wróżek, dotarła do wszystkich obecnych, w tym także do syreny. Skrzydlata istota zaczęła wisieć przed futrzastą hybrydą, pstrykając przy tym palcami. - „Wszystko gra w tej łepetynie? Wyglądasz jakbyś udar miał, czy jak to tam się zwało.”
 
        Jedyną odpowiedzią, jaką uzyskał Oko, było milczenie… I tygrysia łapa, która z gracją słonia pacnęła go wprost we wróżkę. Oczywiście los, przodkowie i wszystkie inne bóstwa zażyczyły sobie w tym momencie, aby chochlik w trakcie lotu poszybował tak, co by tyłek jego był na kursie kolizyjnym z twarzą jego arcywroga płci pięknej, więc tak też się stało.
 
- Nie. Nie nie nie nie nie. – Drim zaczął mówić, idąc przy tym stanowczo w stronę bramy. – Nie. Nie! – Kilka kroków później zmiennokształtny stanął przed syreną i zagrodził jej dalszą drogę, jego postawa łagodna, ale stanowcza. – I jeszcze raz nie. Milion razy nie. Nie możemy tam wejść!
 
        Chochlik, który natychmiast uciekł od wróżki tam, gdzie bezpiecznie – co w tym momencie oznaczało, iż chował się przed mikro naturianką za głową syreny, co by ta swym życiem chroniła jego własne – był równie ciekawy rozumowaniem Drima co oburzony tym, jak został potraktowany.
 
„Czy tobie całkiem na mózg padło? Czy może te kwiaty to jakaś nielegalna kocimiętka?! TO JEST TWOJA SZANSA TY TŁUMOKU JEDEN!”
 
- Oko. Morrrda w kubeł.
 
„To daj mi powód, by to zrobić, zamiast odpierdzielać nie wiadomo co! Jeśli ja nie zasługuje na wytłumaczenie, to chociaż Marielce powiedz, czemu nagle zmieniłeś zdanie, skoro już zataszczyliśmy ją przez Natura wie jak wiele smoków odległości!”
 
        Nie mając sił na dalsze kłócenie się z chochlikiem, zmiennokształtny westchnął, wpół zdenerwowany, wpół zmęczony, ugniatając przy tym swoją twarz przy pomocy swoich dłoni, jakby zabierał się do pieczenia bochenka chleba ze swojej głowy zamiast z ciasta.
 
- Jeżeli w środku tego domostwa są ludzie, którzy z tego co mi wiadomo, powinni tu być, to… nie powinniśmy tu wchodzić.
 
"Booooooo?”
 
- Ponieważ gdyby chcieli mnie wyleczyć, to by już dawno mnie tu sprrrowadzili! – Jego krzyk niemalże stał się zwierzęcym rykiem, ale nawet to nie zdołało przysłonić tego, iż jego oczy zaszkliły się od łez, a słowa były pełne goryczki, której jak dotąd zmiennokształtny nie przejawiał.
 
Nastała niekomfortowa cisza… a przynajmniej tak by było, gdyby nie głos zza Drima i zza bramy, przy której był.
 
- Drimilianos? – łagodny kobiecy głos rozbrzmiał, szok i zaskoczenie łatwe do wyłapania w tonie, póki co nieznanej kobiety.
 
        Zmiennokształtny zamarł w bezruchu gdy tylko usłyszał ten głos. Obrócił się tak powoli, jakby spodziewał się, iż rzuci się na niego dzikie zwierze. Łzy spływały mu po futrzastych policzkach, gdy spojrzał na skromnie ubraną kobietę o pomarszczonej twarzy i siwych włosach sięgających do kolan. Ich spojrzenia spotkały się, obydwie pary oczu skąpane we łzach. Różnica była taka, że kiedy Drimilianos wydawał się wciąż pełen smutku, dama zza bramy nosiła na twarzy uśmiech, który stopiłby serce nawet najgorszego z potępionych.
 
- …Mama?
 
„Przepraszam, że się tak wyrażę, ale CO DO K-„
 
Tym razem cios tygrysiej łapy sprawił, iż chochlik poszybował swoją twarzą wprost w tors wróżki, ale ani zmiennokształtny, ani kobieta, którą nazwał matką, nie byli tym szczególnie przejęci na chwilę obecną.
Awatar użytkownika
Mari
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Syrena
Profesje: Zabójca , Wędrowiec
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Mari »

Mari z zaciekawieniem spoglądała na czarne róże, miała wrażenie, że o nich słyszała, tylko od kogo? Po dłuższej chwili namysłu przypomniała sobie.

- Nie wspominałeś przypadkiem, że twoi rodzice też uprawiają takie kwiaty? – spytała od razu, zakładając, że to wcale nie jest dom tygrysołaka – Jejku, są naprawdę niesamowite. Ciekawe jak pachną? – Mari nie czekając na odpowiedź, chwyciła bramę i już miała ją otworzyć, gdy usłyszała w swym umyśle telepatyczny głos chochlika.

Zaskoczona spojrzała na Drima, wyglądał, jakby zobaczył ducha. Tymczasem wróżkę mało to obchodziło i ziewnęła przeciągle, chwilę przed tym, jak oberwała cielskiem chochlika i oboje wylądowali na trawie.

- Gamoń! – krzyknęła na Oko i zaczęła się z nim szamotać.
- Wszystko w porządku? – spytała Mari, ignorując bójkę skrzydlatych naturian – Dlaczego nie?! Nie chciałeś przypadkiem pozbyć się klątwy? – syrenka nie mogła uwierzyć, byli tak blisko, a zmiennokształtny nagle zaczął blokować jej drogę i odstawiać jakieś cyrki.

Chochlik również nie potrafił zrozumieć swojego kolegi, a wróżka tylko westchnęła ciężko, obrażając pod nosem wszystkich przedstawicieli płci męskiej. Białowłosa z rozdziawionymi ustami patrzyła, jak tygrysołak się męczy, chciała mu pomóc, ale nie potrafiła zrozumieć tej sytuacji. Po prostu położyła swoją delikatną dłoń na jego ramieniu i spojrzała w jego błękitne oczy.

- Nie do końca to wszystko rozumiem, ale spokojnie, będzie dobrze – usiłowała go pocieszyć.

Wtem usłyszała kobiecy głos wymawiający pełne imię Drima. Wszyscy spojrzeli na starszą panią i zapanowała chwila milczenia, którą przerwał zmiennokształtny z pomocą jednego słowa, słowa, które zdawało się wyjaśniać wszystko.
- To jego matka… - naturianka nie mogła uwierzyć, że szybciej się nie skapnęła, przecież te czarne róże…

- No ładnie, nie ma to, jak rodzinne pojednania, będzie co oglądać – mruknęła wróżka, zacierając ręce.
- Lilii – szturchnęła ją Marielka.

Co skutkowało tym, że mali naturianie znowu na siebie wpadli i po raz kolejny spadli na ziemię. Blondynka aż cała gotowała się ze złości, a jej twarzy przybrała kolor dorodnego pomidora.
- Mam tego dosyć! Traktują nas jak jakieś natrętne muchy – prychnęła do chochlika – Chyba powinniśmy coś z tym zrobić, nie sądzisz? Ale najpierw…
Wróżka poleciała dokładnie przez twarz zapłakanej kobiety i bez precedensu zaczęła mówić, ku niezadowoleniu Mari.
- No więc tak, rozumiem, żeście się długo nie widzieli i tak dalej… Ale przecież nie będziemy tu stać jak kołki, nie? Mamy za sobą długą drogę, może zaprosi nas pani do środka i wyjaśni, dlaczego od razu nie sprowadziliście tego wielkiego kota, żeby go odkocić, co? No i jeszcze jed-

W tym momencie skrzydlata została chwycona przez syrenkę, a jej usta zasłonięte palcem morskiej naturianki.
- Najmocniej przepraszam, jest trochę… Um. To przez zmęczenie. W istocie przebyliśmy podróż, która dla istoty tego pokroju była dwa razy cięższa. Prawda, Lilii? – spytała, a gdy oburzona wróżka z niechęcią pokiwała głową, wypuściła ją.
- Tak… Przepraszam za moje zachowanie – wyrecytowała niczym dziecko zmuszone do mówienia wierszyka, którego bardzo nie lubi.
- Nazywam się Mari, jak już wspomniałam to Lilia, a tam Oko – przedstawiła wszystkich, po czym odchrząknęła lekko i dała lekkiego kuksańca Drimowi, by w końcu też się odezwał.
Awatar użytkownika
Drim
Szukający drogi
Posty: 41
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Tygrysołak
Profesje: Wędrowiec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Drim »

“Masz absolutną rację. Tyrania wielkoludów przelała czarę goryczy!”

Stwierdził Oko, który był już tak poobijany tym całym uderzaniem we wróżkę, że kiedy ta poszła zadręczać matkę zmiennokształtnego, chochlik dopiero co zaczął wstawać na nogi, bo świat w końcu postanowił przestać się kręcić.

        Co do wróżki i ludzkiej staruszki, do której naturianka przemawiała, to rozmowa, czy też raczej jednostronny monolog między nimi szedł całkiem nieźle. Matka Drimilianosa o dziwo, zamiast wpatrywać się w swojego syna, natychmiast zwróciła uwagę na wróżkę, w międzyczasie przecierając oczy z łez. Z początku na jej twarzy było zdziwienie, później niemalże dziecięca fascynacja, a gdy został wspomniany temat jej syna, jej wzrok powrócił do Drima, szczęście w jej oczach widoczne, choć nieco słabsze niż wcześniej.

- Miło was poznać, nazywam się Drimia, pani tego domu i opiekunka czarnych róż, zarówno tych faktycznych, jak i tych, co naszego rodu się wywodzą - powiedziała ze szczerym uśmiechem, choć gdy tylko zobaczyła, jak syrena próbuje wybudzić jej syna z otumanienia, to aż zachichotała, z gracją i kulturą godną głowy rodu. - Drimilianos, język sobie odgryzłeś czy już zapomniałeś, jak własną matkę należy przywitać?

        Zmiennokształtny niemal natychmiast zaczął wyglądać, jakby był przerażony. Aż mu uszka przyklapły, a ogon zamarł w bezruchu. Jego matka musiała tylko podnieść jedną brew, by dać mu do zrozumienia, że dalej czeka na niego, by futrzasty nieśmiało podszedł do niej, tylko po to, aby zatrzymać się w takiej odległości, by nie doszło do żadnego kontaktu poza wzrokowym.

- Em… Ja… To znaczy…

        Drim przestał przypominać w tym momencie straszliwego tygrysa, zamiast tego przynosząc na myśl małego kociaka, który pogryzł buty swojej właścicielki. Drimia na chwilę zamknęła oczy i westchnęła, wyraźnie zawiedziona zachowaniem swojego syna, który aż opuścił głowę, widząc jej reakcję.

- Mamo, ja… przepra-aAA?!

        Ledwo zmiennokształtny zaczął mówić a jego matka podeszła do niego żwawo, objęła go wokół pasa i… podniosła. Zmiennokształtny był minimum dwa, może nawet trzy razy cięższy od niej, a ona go podniosła i zaczęła się obracać, czemu towarzyszył niemożliwy do pomylenia dźwięk tygrysich kości uginających się pod siłą matczynej miłości.

- Tyle lat cię nie było! Nawet nie wiesz, jak bardzo tęskniliśmy, ile cię ominęło!

        Oko, który kilka chwil temu podleciał do wróżki i syreny, zawisnął w powietrzu tuż przy nich, z niedowierzaniem patrząc na to, co się z nimi działo.

“Wiecie co?”. Nawet głos chochlika roznoszony telepatią brzmiał, jakby ten nie do końca wierzył w to że to jest jawa, a nie sen. “Jeśli teraz zaczniemy powoli się wycofywać, to może nawet uda nam się uciec zanim zaczniemy żałować tego, że chcieliśmy tu przyjść…”

- Co masz na swoją obronę, że nawet matki nie potrafisz odwiedzić? - spytała Drimia, wciąż kręcąc nim tak, jakby był stertą słomy, a nie kupą mięśni i kości.

- Po…wietrza!

- Och.

        Staruszka przestała się kręcić i wypuściła swojego synka, który jak wór ziemniaków padł na ziemię, a po tym dyszał jak ryba wyciągnięta z wody. Matka wydawała się tym niewzruszona, sądząc po tym, że uśmiechała się, zamiast martwić się o to, że o mało nie zmiażdżyła własnego potomka.

- W sumie jak nad tym pomyślę, to wróżka miała rację… Co to ze mnie za gospodyni, stoicie tu, już nie wiadomo nawet ile, a ja nawet herbaty nie zaczęłam robić! - Jak gdyby nigdy nic, podeszła do jednego z krzewów i urwała kilka pąków czarnych róż, po czym ruszyła do wnętrza domu. - Za mną, poczęstuje was ciastkami, coś powinno zostać po ostatnich gościach!

        Oko, widząc, że żadna z kobiet nie posłuchała jego rady, postanowił mieć to jak najszybciej z głowy i pierwszy poleciał ku wejściu do domostwa. Drim, nie chcąc kazać swojej matce czekać ani chwili dłużej, złapał Mari za rękę i zaciągnął ją do środka, choć po jego minie wciąż było widać, że nie do końca wiedział, co się dzieje, ani jak na to zareagować.
Awatar użytkownika
Mari
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Syrena
Profesje: Zabójca , Wędrowiec
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Mari »

Mari była zadowolona z przebiegu tego spotkania, wprawdzie sama była lekko speszona, ale ta mała niedogodność nie przeszkadzała jej zbytnio. Przez to, jak Drim nienawidził swojej nieludzkiej natury myślała, że pogonią ich co najmniej z widłami za sam wygląd, a rzeczywistość była zupełnie inna. Matka tygrysołaka była przemiła, syrenka zaczęła rozważać, czy jego ojciec również będzie tak pozytywnie nastawiony do powrotu syna.

- Um? – Zarówno wróżka, jak i druga naturianka stanęły jak wryte, widząc drobną kobietę, bez trudu podnoszącą cielsko ogromnego zmiennokształtnego.
- Nie wiem, co oni mają w tych różach, ale poproszę to samo – stwierdziła Lilian.
- Cicho, nie psuj tego momentu – uciszyła ją białowłosa, na co skrzydlata ostentacyjnie przewróciła oczami.

Gdy matka Drima skończyła go wreszcie ściskać, wszyscy zostali zaproszeni do środka. Lilian nie umknęło uwadze, jak starsza kobieta zerwała parę róż. Skrzydlata naturianka już zacierała ręce, naprawdę licząc, że być może te kwiaty kryją w sobie jakąś magię. Gdyby zyskała taką siłę, ten wstrętny chochlik nawet by jej nie podskoczył.
Tymczasem Marielka była bardziej skupiona nad tym, czy na pewno powinna wchodzić. Choć znali się stosunkowo krótko, zmiennokształtny szybko stał się dość ważny dla Marielki, jednakże dziewczyna miała coraz większe obawy co do ich znajomości. Czy jak już Drim nauczy się, chociaż zmieniać postać na ludzką, to czy ich drogi się rozejdą?

- Może powinny – wytykała sobie naturianka z każdym krokiem, który przybliżał ją do drzwi wejściowych. Pierwsze zauroczenie zwierzołakiem powoli ustępowało, a Mari nie mogła wybaczyć sobie głupiej naiwności.

Gdy weszli, ujrzeli całkiem przytulone wnętrze przyozdobione całym mnóstwem obrazów przedstawiających naturę oraz bukiety suszonych ziół i kwiatów powieszone pod sufitem. Na wprost widniał salon i kuchnia natomiast tuż obok były schody na górę.

- Pani Drimio? – Ktoś właśnie schodził z piętra, a delikatny głos sugerował, że należy do młodej dziewczyny. – Posprzątałam już sypialnie, zajmę się teraz ogrod…

Już po chwili stała przed nimi drobna kobieta. Miała jasne, blond włosy i była bardzo skromnie ubrana. Wyglądała na zwykłą służącą, ale na widok tygrysołaka i stojącej obok uradowanej pani domu wcale nie uciekła, wręcz przeciwnie.

- Czy to… To ty? – spytała po namyśle, podchodząc do Drima i lekko się uśmiechając. – Minęło tak dużo czasu… Myślałam, że już nigdy cię nie spotkam…
- Poznajesz Stellę? Ach, pamiętam, jak mówiłeś jako taki berbeć, że będzie twoją żoną – zaśmiała się gospodyni, pesząc tym samym większość zainteresowanych – Mieszka z nami od dłuższego czasu. Jej dom został podpalony, biedna tylko ona ocalała.
- Mhm… - Jasnowłosa spuściła głowę. – Ale nie wracajmy do tego. Wróciłeś. Skupmy się na tymi... Och! Kim są twoi… znajomi? – spytała wyraźnie zaciekawiona.
- Jestem Mari – odpowiedziała niechętnie. – A to jest Lilian – przedstawiła wróżkę, która znudzona gadaniną lekko pomachała do dziewczyny i wróciła do trzymania jak największego dystansu od chochlika. – Czy wiadomo coś odnośnie do tego podpalenia? Ktoś to zrobił celowo? – dopytywała, choć temat nie miał być kontynuowany.
- Nie wiem, widziałam kogoś, ale daleko i chyba był w masce – odpowiedziała na odczepnego.
- Mhm... – Naturianka zaczęła rozmyślać, czy przypadkiem w okolicy nie błąka się bezkarny morderca. Jeśli jest na to nawet drobna szansa, nie będzie mogła tego tak zostawić. Przez Drima niemal całkowicie zapomniała o swojej misji, co było wręcz niedopuszczalne.
Awatar użytkownika
Drim
Szukający drogi
Posty: 41
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Tygrysołak
Profesje: Wędrowiec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Drim »

        Mimo szoku, który wciąż przeszywał tygrysołaka na wskroś, wszyscy udali się do środka. Drim nie mógł się powstrzymać przed rozglądaniem się po wnętrzu, które, choć zgoła inne niż pamiętał, wciąż emanowało ciepłem domu, w którym się wychował. Oko, spodziewający się bóg wie czego po ostatnich wydarzeniach, był nadzwyczaj cichy i ostrożny, latając w bezpiecznej odległości od wszystkiego i wszystkich, jakby same ściany mogły potencjalnie się na niego rzucić.

- Tak. Tak pamiętam. Hej Stella… - Drim może i był pokryty futrem, ale nawet lita ściana by nie ukryła rumieńca, którym płonął w tym momencie. To, że stał jak słup soli, wciąż oszołomiony tym jak… normalnie całą tą sytuację traktowała matka, wcale nie pomagało, Stella bowiem zachichotała, nie trzeba było znać się na zwierzołakach, by zrozumieć, co się dzieje z synem Drimii

“Jestem Oko… Czy cała wasza rodzina jest taka nienormalna?”

- Eh, to od mojej strony tylko. Spokojnie, przyzwyczaisz się, ojciec Drima był uparty jak stado osłów, więc skoro on dał radę, to każdy zdoła. - Odpowiedziała szczerze matka Drima, w czasie gdy ten zaczął pomrukiwać coś pokroju “mamo, przestań” - Dobra, nie ma co tu stać i gadać, wszyscy za mną do jadalni, akurat szykowałam wodę, więc napar zrobi się raz dwa! - powiedziała, po czym z energią godną nastolatki pobiegła wgłąb mieszkania, gdzie widać było elegancki stół otoczony licznymi krzesłami

“To na pewno jego matka, nie siostra?” Stwierdził chochlik, wciąż kwestionując czy ucieczka nie byłaby rozsądniejszą opcją niż tutejsze szaleństwo.

- Tutejsze róże mają w sobie więcej niż tylko wyborny smak, a między wszystkimi ich odmianami nie trudno o to, by nawet z kogoś w kwiecie wieku rozkwitła iście młodzieńcza energia. - Stwierdziła tajemniczo Stella, która jeszcze chwilę patrzyła w stronę dociekliwej syreny. Następnie, jakby nigdy nic, ruszyła ona do jadalni, gdzie zaczęła rozstawiać zarówno filiżanki, jak i również talerze i sztućce

- … Miejmy to już z głowy. - Stwierdził Drim, wzdychając, jakby już teraz ta sytuacja wymęczyła go psychicznie.

“A czemu? Nie chcesz, byśmy zasiedzieli się tutaj i przez to dowiedzieli o innych kobietach, którym przysiągłeś miłość i inne bzdety?”

        Warknięcie, którym odpowiedział na komentarz ze strony oka skutecznie uciszył uskrzydlonego naturianina, choć gdy tylko Drim przestał zwracać uwagę na chochlika, to ten podleciał do wróżki, był bowiem ciekaw co ona sądzi o miłosnych podbojach Drima za jego dzieciństwa. Akurat, kiedy cała nieludzka gromada dosiadła się do stołu - choć w przypadku wróżki i chochlika mieli oni miejsca dosłownie na stole, na drobnych poduszkach - matka drima wraz z Stellą zaczęły przynosić zarówno herbatę, jak i pieczywo i ciasto, które zaczęły nalewać i rozdawać między obecnych, a gdy skończyły, to same także się dosiadły.

- Podejrzewam, że wiem, po co przyjechałeś, Drim, ale nigdy bym nie pomyślała, że sprowadziłby aż tyle przyjaciół razem z tobą. Mari, wydajesz się najbardziej rozmowna, mogłabyś opowiedzieć jakim cudem mój syn zdołał kogoś takiego jak ciebie zaciągnąć aż w swe rodzinne strony? - Matka tygrysołaka miała niecny uśmieszek i błysk w oku, jakby już planowała to, jakiego koloru będzie suknia syreny na ich hipotetycznym ślubie. Oczywiście chciała się podroczyć, nie na poważnie zeswatać syna z kobietą, którą ledwo znała, ale o tym to już akurat nikt nie musiał wiedzieć.
Awatar użytkownika
Mari
Szukający drogi
Posty: 40
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Syrena
Profesje: Zabójca , Wędrowiec
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Kontakt:

Post autor: Mari »

Mari była pełna różnych emocji, z jednej strony ta cała Stella i to jak patrzyła na Drima, sprawiało, że syrenka czuła wyraźne ukłucie zazdrości w sercu. Nie mogła jednak narzekać, ta dziewczyna pewnie znała zmiennokształtnego dłużej i na dodatek była człowiekiem. Natomiast z drugiej strony matka tygrysołaka, niezwykle miła i gościnna przywiodła naturiance na myśl dawne wspomnienia o jej rodzicach. Wszystko, co pozytywne bardzo szybko przyćmiewał nie fizyczny ból, ale Mari uśmiechała się od ucha do ucha, nie chcąc sprawić nikomu przykrości.
Czarne róże były niezwykle intrygujące, a ich witalne właściwości z pewnością byłby świetnym dodatkiem do niejednego eliksiru lub innego alchemicznego wywaru. Naturianka jednak mało miała z nimi wspólnego. Jej myśli zaprzątały inne sprawy, a kąśliwe uwagi Oka robiły w jej głowie jeszcze większy bałagan. Jakże głupie było to zauroczenie, weszła prosto do ludzkiego domostwa w imię pomocy mężczyźnie, do którego nawet nie była pewna, co dokładnie czuje. Fala świadomości i racjonalności była jak kubeł zimnej wody w twarz. Co jakiś czas spoglądała na drzwi, mają stale na uwadze wróżkę. Nie zostawiłaby jej tu ze znienawidzonym chochlikiem, nie była przecież potworem.

- Ciekawe co on mógł poderwać, jakąś zdesperowaną kotkę na zdechłą mysz, którą niby sam upolował? – prychnęła Lilianna, patrząc na chochlika i tygrysołaka z drwiącą miną – Ale zawsze to coś, nie to, co ty Oko – dogadywała mu skrzydlata.

Przestała dopiero w momencie, gdy dosiadły się do nich Stella i matka zmiennokształtnego. Naturianka w obliczu zadanego pytania uśmiechnęła się lekko.

- Cóż, wpadliśmy na siebie przypadkiem i jakoś tak… Razem zaczęliśmy szukać sposobu na zdjęcie jego klątwy, aż dotarliśmy tutaj. I w sumie…

- Przepraszam na chwilkę – dawna przyjaciółka Drima wstała od stołu i ruszyła gdzieś w głąb domu.

Jednakże w momencie, gdy znikała ona za ścianą, syrenka spostrzegła mieniący się w szkarłatnym świetle fragment ostrza tuż przy jej szyi. Doskonale wiedziała, co to znaczy. Nie miała czasu tłumaczyć. Po prostu wstała w dość gwałtowny sposób i pobiegła za Stellą.
Dziewczyna zdążyła wyjść na dwór w jedynie jej znanym celu, którego nie sposób było już określić, ponieważ jej głośny krzyk został przerwany równie nagle, jak jej niezbyt długie życie. Mari naprawdę chciała pomóc, miała w dłoni swoją kosę i gotowa była ukarać mordercę, ale on zniknął. Zamiast tego syrenka stała sama tuż przy świeżych zwłokach z rozciętą szyją.
Zaraz zjawiła się cała reszta. Drim, jego matka i para drobnych naturian. Nikt z obecnych nie miał fioletowej aury, kto w takim razie zabił? Syrenka była tym tak pochłonięta, że ledwo zrozumiała pytanie matki zmiennokształtnego.

-… Huh? – spojrzała na nią pytająco i dopiero teraz dostrzegła w jej oczach żal i narastający gniew.
- Dlaczego to zrobiłaś? – powtórzyła kobieta przez zaciśnięte zęby, podnosząc powoli ton głosu.
- Ale ja… - zaczęła syrenka, gdy dostrzegła lekki blask i cień sylwetki wyglądający zza rogu domu. Wskazała na niego dłonią i krzyknęła – Morderca!

Nim ktokolwiek zdołał jednak dostrzec sprawcę, jego już nie było. Mari natomiast nie zamierzała tracić czasu i pobiegła za nim co sił w nogach. Liliana nie chcąc zostać kozłem ofiarnym, poleciała za swoją przyjaciółką, bez słowa opuszczając całą resztę.
Awatar użytkownika
Drim
Szukający drogi
Posty: 41
Rejestracja: 8 lat temu
Rasa: Tygrysołak
Profesje: Wędrowiec , Włóczęga
Kontakt:

Post autor: Drim »

W jednej chwili wszyscy byli przy stole, a Mari miała opowiedzieć coś więcej o tym jak się spotkali, a w następnej chwili syrena zerwała się i ruszyła, w kierunku który sugerował, że biegła za Stellą. Wszyscy inni spojrzeli za biegnącą syreną, a potem na siebie nawzajem i po chwili wahania pobiegli za nią. O dziwo matka Drima była na tyle szybka, by dotrzymać mu kroku, nawet gdy ten zaczął biec niczym tygrys, korzystając ze wszystkich czterech kończyn, by nadrobić dystans, jaki powstał między nimi a naturianką. Wróżka i Chochlik, choć zostali w tyle, także podążali tropem syreny, choć ich drobny rozmiar sprawiał, iż nie byli na tyle szybcy, by dotrzymać tempa starszej kobiecie i zmiennokształtnemu.

Ledwo wyszli na zewnątrz, a widok Mari z kosą w ręku stojącą nad zwłokami zszokował Drima. Zatrzymał się nieco dalej, a wróżka i chochlik dołączyli do niego, w czasie gdy jego matka, stanowczo i z łzami w oczach zbliżyła się do dzierżącej broń syreny. Drimia zadała pytanie, ale syrena wydawała się w szoku. Pytanie zostało powtórzone, lecz nim jakakolwiek odpowiedź została udzielona, syrena wykrzyknęła coś o mordercy i ruszyła, znikając z pola widzenia, a wróżka czmychnęła za nią, bez słowa wytłumaczenia czy pożegnania.

Minęła chwila, nim zmiennokształtny otrząsnął się i stanął na dwóch nogach, zbliżając się powoli do matki, która opłakiwała śmierć Stelli, klęcząc nad jej skalaną krwią twarzą i brudząc swoje własne ubrania w kałuży szkarłatu, która rosła pod wciąż ciepłymi zwłokami. Zbliżając się do swojej matki, uklęknął on obok niej i położył rękę na jej ramieniu, w międzyczasie wąchając wyraźnie powietrze. Woń krwi była intensywna, przysłaniając niemal zapach syreny. Ale jego krew drapieżnika nie była na tyle ułomna, by zignorować trzeci zapach, na tyle słaby, że nie mógł go zidentyfikować, lecz bez wątpienia niepowiązany z wonią słonej wody i ryby, z którą to utożsamiał Mari.

- Nie były tutaj same.

Stwierdził, warcząc przy tym z gniewu. Ktoś ośmielił się zranić jego matkę w ten sposób i zabić Stellę. Powinien znaleźć, rozszarpać, zabić!... Szloch jego matki przebił się przez gniew, a zwierzęce instynkty zostały odepchnięte w kąt. Syrena już goniła tego jegomościa, ktokolwiek to był. A on… może nie ufał jej tak mocno, aby bezgranicznie wierzyć, że tego nie zrobiła, ale jego zwierzęca część nie uważała jej za wroga, ani nie wzywała za gonitwą śladem syreny. To powinno coś znaczyć, a on nie miał czasu, by upewnić się, czy na pewno nie jest winna tej zbrodni.

- … - Drimilianos przytulił swoją matkę, a ta całkiem dała się pochłonąć emocjom. Nie było słów ani czynów, które naprawią tak wielką stratę, ale jako jej syn, zmiennokształtny nie mógł pozwolić by jego matka spędziła żałobę samotne w domu, który tylko będzie jej przypominał o stracie. - Mamo. Mamo, spójrz na mnie.

- D…Drim? - Jego matka zdołała odezwać się przez łzy.

- Zaprowadzę cię do środka i… zajmę się tym. Zrób ten napar, który zawsze robiłaś, gdy tato był zestresowany, dobrze?

- Ale Ste… - jego matka zakrztusiła się na imieniu zmarłej kobiety, łkając i za wszelką cenę nie patrząc na zwłoki, przy których była.

- … Nie zasługiwała na to, ale nie chciałaby, abyś rozpadła się na kawałeczki. Zgłosimy morderstwo w najbliższym mieście i… i zorganizujemy pochówek. A potem… zobaczymy. Razem, dobrze?

Po tym zabrakło słów. Spędzili jeszcze kilka chwil przy Stelli, ale po tym matka Drima udała się do środka, wciąż w szoku, nie zważając na krwawe ślady, które zostawiała z każdym krokiem. Sam Drim czuł, jak serce mu krwawiło, zarówno na widok matki w tak złym stanie, jak i w obliczu tak nagłej śmierci. Gdyby nie jego klątwa, on i Stella mogliby być razem. Czy wtedy nie doszłoby do tego? Czy jej śmierć to koniec końców wina tego, że porzucił ją i wszystkich innych w momencie gdy przestał być człowiekiem?

To nie był czas na przemyślenia. Zmiennokształtny uciszył swoje myśli, po czym ostrożnie podniósł ciało swojej przyjaciółki. Nie zasługiwałaby leżeć na zewnątrz, gdzie słońce i owady zbezcześciłyby jej zwłoki. Ruszył więc do środka, gdzie miał nadzieje znaleźć starą pościel czy inny materiał, którym mógłby owinąć ciało Stelli, co by uszanować jej pamięć i by matka jego nie musiała po raz kolejny spoglądać na nieruchomą twarz tej, którą straciła.

Kolejne tygodnie były pełne bólu i łez, którego ani on, ani jego matka nie potrafili opisać byle słowami.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Góry Dasso”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości